Figurka ze skazą - Monika Kowalska - ebook + audiobook

Figurka ze skazą ebook

Monika Kowalska

0,0
37,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Każda rodzina ma swoją historię – czasem piękną, czasem bolesną, ale zawsze wartą wysłuchania.

Wałbrzych, lato 1998 roku. Weronika przyjeżdża do pustego mieszkania swoich babć na Piaskowej Górze, by uporządkować rzeczy po zmarłej Karolinie i chorej Lucynie. Wśród starych dokumentów, porcelanowych figurek i rodzinnych pamiątek niespodziewanie odnajduje przemilczaną przeszłość.

Dwa zeszyty pozostawione przez Karolinę odsłaniają przed wnuczką pełne tajemnic losy kobiet kruchych i silnych zarazem, naznaczonych wojną, miłością i winą. Od roztoczańskiej wsi i dworu, przez powojenny Wrocław, aż po wałbrzyską fabrykę porcelany – historia Karoliny i Lucyny układa się w opowieść o przetrwaniu, przyjaźni i cenie, jaką przyszło im zapłacić za wybory dokonywane w czasach, kiedy kobiety rzadko mogły decydować o sobie.

Dla Weroniki porządkowanie mieszkania staje się podróżą w głąb rodzinnej pamięci. Czy po latach można naprawić krzywdy, które miały zostać pogrzebane na zawsze? I czy porcelana, choć krucha, okaże się trwalsza niż ludzkie serce?

Figurka ze skazą to pierwszy tom poruszającej sagi o rodzinnych tajemnicach i kobietach, które mimo wielu przeciwności potrafiły znaleźć siłę, by o siebie zawalczyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 316

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładkiNATALIA TWARDY

Fotografie na okładce GoshaMovies / Adobe Stock Syaiyads / Magnific Winjohn / iStock

Koordynacja projektuJOANNA JEZIORNA-KRAMARZ

Opieka redakcyjnaANNA HEINE

RedakcjaELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

KorektaSARA SZULC-PRZEWODOWSKA

Redakcja technicznaRADOSŁAW FIEDOSICHIN / LOREM IPSUM

Polish edition © Monika Kowalska 2026, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All right reserved

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

ISBN 978-83-271-7158-0

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Różowe moje spodeczki,

kwieciste filiżanki (...)

Czesław Miłosz, Piosenka o porcelanie

1

Pustostan w duszy

Wałbrzych, Piaskowa Góra, początek lata 1998 roku

Poczucie winy dopadło Weronikę już w chwili, gdy odkładała słuchawkę po telefonie od ojca. Poinformował ją wówczas, że babcia Karolina zmarła. To samo dręczące i nieprzyjemne wrażenie się pogłębiło, gdy kilka dni później dowiedziała się, że druga babcia, Lucyna, miała wylew i kiedy jej stan zdrowia się ustabilizuje, zamieszka w domu opieki we Wrocławiu, tak żeby mieli do niej bliżej. Uczucie utrzymywało się również przez te wszystkie miesiące, podczas których zbierała się w sobie, by wreszcie zająć się formalnościami wynikającymi z testamentu Karoliny i zakończyć sprawę z mieszkaniem. Gryzło ją wciąż, gdy pewnego ciepłego piątkowego popołudnia wsiadała rano do pociągu, gryzło przez całą drogę z Wrocławia do Wałbrzycha.

Babcie zostawiły jej mieszkanie na Piaskowej Górze, to, w którym od lat razem mieszkały i do którego ona przyjeżdżała podczas ferii, wakacji i świąt. A przecież przez ostatnie lata tak bardzo zaniedbała kontakty z nimi, ograniczając się tylko do rozmów telefonicznych, a rzadkie wizyty traktowała jak przykry obowiązek. Czuła, że bardzo chciałyby się z nią spotkać i porozmawiać, ale nigdy nie miała na to czasu. Zajmowało ją tak wiele spraw: studia, Tomek, wyjazdy w góry ze znajomymi, ale nie życie tych dwóch starszych pań, które czekały na nią w nieodległym mieście w górach. Wizytę na Piaskowej Górze przekładała z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc, aż wreszcie było na nią za późno. I gdy dotarło do niej, że to nieodwracalne, zrobiło jej się bardzo, bardzo wstyd.

Teraz, gdy już wdrapała się po schodach na trzecie piętro bloku na wałbrzyskim osiedlu „domów z betonu”, przekręciła klucz, pchnęła drzwi i weszła do ciemnego, ciasnego przedpokoju, do poczucia winy i wstydu mogła dodać jeszcze jedno nieprzyjemne doznanie. Strach. Musiała przyznać przed sobą, że boi się tego mieszkania, miejsca, z którym wiązało się tyle wspomnień. Jak to będzie przebywać tu bez nich, bez Karoliny i bez Lucy? Czy ona w ogóle ma prawo tutaj być...?

W środku, zamiast świeżego ciasta czy jakiejś smakowitej obiadowej potrawy, którymi zazwyczaj pachniał dom babć, nos Weroniki zwietrzył tylko stęchliznę i zaduch. Woń tak nieoczywista w tym mieszkaniu zdziwiła ją i spłoszyła do tego stopnia, że zawahała się i zatrzymała niepewnie w pół kroku z dłonią na klamce. Potem jednak się otrząsnęła, pomacała ścianę, wcisnęła włącznik światła, zamknęła drzwi i rozejrzała się, jakby tu była po raz pierwszy.

Typowy rozkład. Na wprost wejścia znajdowały się drzwi do łazienki, po prawej i lewej od nich – drzwi do innych pomieszczeń. Zwykły przedpokój w zwykłym dwupokojowym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty na zwykłym szarym osiedlu, jakich mnóstwo w każdym polskim mieście. A dla niej – Weroniki – jeszcze do niedawna przekroczenie tego progu równało się wejściu do beztroskiej strefy. Dlaczego przez ostatnie lata odmawiała sobie wstępu do niej? Dlaczego zrezygnowała na własne życzenie?

Bo dorosłaś, odpowiedziała sobie, wchodząc do większego z pokojów. W nim znajdowało się okno balkonowe, a na końcu, po prawej, wejście do niewielkiej kuchenki. Odsunęła od stołu jedno z krzeseł wyściełanych brązową tkaniną i położyła na nim plecak. Sama usiadła naprzeciwko, na wersalce w miodowo-brązowe pasy, i zamknęła oczy. Cisza panująca dookoła wwiercała się w jej uszy. Mieszkanie wydało się Weronice opuszczone i smutne, a ten smutek udzielił się i jej. Dwie dobre osoby, które przez tyle długich lat wypełniały te cztery ściany swoją życzliwą obecnością, już do niego nie wrócą – jedna jest gdzieś tam, po drugiej stronie, druga, dotknięta częściowym paraliżem po wylewie, pogrążona we mgle nieświadomości. I nie mają już kluczy do drzwi.

Za to Weronika je miała. Przekazał jej je tato razem z aktem własności mieszkania.

– One chciały, żeby było twoje – powiedział. – Zrobisz z nim, co zechcesz, przecież wiem, że nie zamieszkasz w Wałbrzychu.

Nie zamieszka, miał rację. Taka decyzja spowodowałaby za dużo zamieszania i nie byłaby niczym uzasadniona. Werka wychowała się we Wrocławiu, kończyła studia w tym mieście, miała w nim przyjaciół, narzeczonego i rodziców. Całe jej życie toczyło się tam, nad Odrą. Wałbrzych był miastem na wakacje i ferie, a lubiła je, bo mieszkały w nim one, jej babcie, Lucyna i Karolina. Lucy i Karusia.

Mieszkanie stało puste już od niemal pół roku. Wcześniej nie chciała, nie umiała się nim zająć, najpierw sparaliżował ją żal po stracie Karusi, potem bezradność po tym, co się stało z Lucyną. No i wciąż nie miała pomysłu, co zrobić ze spadkiem: sprzedać czy zatrzymać, a jeśli zatrzymać, to po co? Wynająć? Niby komu? W Wałbrzychu wynajem lokalu nie miał szans przynieść kolosalnych zysków, a nawet jakichkolwiek zysków. Odsuwała od siebie myśl, że trzeba się do tego zabrać, a zresztą tak naprawdę nie miała czasu się nad tym wszystkim zastanowić. Czas we Wrocławiu dzieliła między studia, pracę, praktyki pedagogiczne, chłopaka... I tak jakoś to wszystko pędziło do przodu... Ale w zeszłym tygodniu, kiedy zdała ostatni egzamin w sesji letniej, uznała, że trzeba coś postanowić, zakończyć sprawy. Wzięła kilka dni wolnego w pracy i postanowiła, że pojedzie do Wałbrzycha uporządkować sprawy mieszkania na Piaskowej Górze.

Jej obie babcie mieszkały razem od dziesięcioleci. Kiedy bez żadnej specjalnej przyczyny zdrowotnej zmarła Karolina, delikatna i dobra, druga babcia, Lucyna, załamała się, bo prawdopodobnie nie potrafiła bez niej żyć. Tydzień po pogrzebie Karusi, swojej życiowej towarzyszki i najlepszej przyjaciółki, niemal siostry, została znaleziona nieprzytomna na dywanie przez sąsiadkę z góry. Na szczęście w szpitalu uratowano jej życie, jednak jej stan wymagał ciągłej rehabilitacji. Czekali, aż zacznie mówić.

– Miała dużo szczęścia – stwierdził lekarz w wałbrzyskim szpitalu. – W jej wieku istnieje ogromne ryzyko wylewu wtórnego, jednak u niej ten stan został już zażegnany. Widocznie pani Lucyna ma jeszcze coś do załatwienia w tym życiu...

Tata Weroniki powiedział potem, że i Karusia, i Lucy były już bardzo zmęczone. Życiem każdej z nich można by obdzielić kilka osób, mówił, kto by tym nie był zmęczony... A przyjaźń, która je łączyła, wzajemne oddanie i troska wydawały się tak mocne i nierozerwalne, że nikogo z rodziny nie zdziwiła choroba Lucyny, wszyscy uważali, że to reakcja na śmierć przyjaciółki. Wycofały się ze świata jedna po drugiej, niemal równocześnie, jedna definitywnie, druga połowicznie.

Siedząc teraz w ciszy w ich mieszkaniu, Weronika czuła się dziwnie bezwolna. Przygniatał ją ciężar wspomnień, ale także niezwykłość sytuacji, w której się znalazła. Ich – Karoliny i Lucyny – nieobecność, tak dojmująca, sprawiała, że na Piaskowej Górze dziewczyna czuła się obco. Jakby przebywała tutaj bez powodu, bez uzasadnienia. Mieszkanie bez babć było teraz jak... jak rurka bez kremu. Uśmiechnęła się na to infantylne porównanie, ale tylko takie przyszło jej do głowy i wydało się najbardziej trafione.

Nie mogła się pogodzić z tym, że nie ma tu już żadnej z nich. Tylu rzeczy nie zdążyła im powiedzieć, o tyle zapytać... Typowe, prawda? Chyba zawsze w takich chwilach padają podobne słowa. Wszyscy jesteśmy ludźmi, każdy przeżywa śmierć i chorobę bliskich tak samo albo bardzo podobnie, więc banał w takiej sytuacji jest nie do uniknięcia. Ale Weronika ostatnio rzeczywiście nie miała dla babć czasu, zawsze był jej ten Wałbrzych nie po drodze. One dzwoniły, zapraszały, obiecywały, że upieką napoleonkę, a ona przyrzekała, że tak, w następny weekend to już na pewno się zjawi, pójdą na spacer do Lubiechowa albo obejrzą rododendrony kwitnące jak co roku wiosną w parku wokół Zamku Książ, ale nic z tego nie wychodziło. Musiała przyznać, że nie była najlepszą wnuczką.

– Przepraszam, najdroższe – powiedziała niezbyt głośno, jakby obawiając się zakłócić ciszę panującą wokół.

Teraz już za późno na przeprosiny, wiedziała o tym przecież. Otarła dwie łzy, które potoczyły się po policzkach, i poczuła, że jest jej duszno. Może to przez ten kurz unoszący się wokół – drobinki tańczyły w słonecznych plamach jak brokat w magicznej lampie wodnej, którą miała w dzieciństwie. Kichnęła. Chyba znowu odezwała się alergia. Jeśli chciała spędzić tu kilka dni, będzie musiała jeszcze przed wieczorem zajść do apteki. Mieszkanie od niemal sześciu miesięcy było niezamieszkane, więc wszystko pokryło się kurzem.

Werka podeszła do okna balkonowego i otworzyła je na oścież. Razem z ciepłym podmuchem do wewnątrz wpadł z podwórka gwar wczesnego piątkowego popołudnia. Dzieci, otumanione perspektywą rychłego początku wakacji, szalały na placu zabaw pod oknem. Z kluczami dyndającymi na szyjach czekały na powrót matek z pracy, trochę głodne, bo szkolny obiad już strawiony, a domowy jeszcze nieugotowany. Kiedyś i ona dokazywała na tym placyku pod czujnym okiem Karusi. Weronika się zdziwiła, jak bardzo urosły kasztanowce przy zjeżdżalni i krzaki oddzielające od siebie dwie piaskownice. Co to były za krzewy? Chyba typowy dla osiedli, parków i placów zabaw ligustr, bo pamiętała, jak słodko pachniały wiosną jego kwiaty... Przy kiosku Ruchu zatrzymała się karetka pogotowia. Weronka pamiętała, że pan Staszek, jej kierowca, mieszkał w bramie numer jedenaście i często wpadał do domu, żeby wrzucić coś na ząb między wezwaniami. Teraz też zobaczyła, jak mężczyzna zamyka drzwi pojazdu i biegiem kieruje się do swojej klatki schodowej. Przypuszczalnie pani Danka, jego żona, już czekała z ciepłą zupą, którą mąż zaraz w pośpiechu pochłonie, siadając na chwilę przy stole w kuchni, identycznie nieustawnej i ciasnej jak ta w mieszkaniu jej babć.

Pod białą budką z zapiekankami i pitami stała krótka kolejka, w radiu ustawionym na ladzie, rozkręconym na cały regulator, Kazik wyśpiewywał Lewego czerwcowego. Budka stała tuż przy bramie przejazdowej między ulicą a podwórzem, czyli dość daleko od Weroniki, ale w wydzielonych pierścieniem bloków przestrzeniach osiedla dźwięk dziwnie się rozchodził, bo nawet w mieszkaniu słyszała słowa refrenu zapewniające pana Waldka, że cały naród za nim stoi. Przy małej gastronomii sterczał jeden jedyny plastikowy stolik, w teorii przeznaczony dla klientów pochłaniających niekomfortowe w konsumpcji pity, w praktyce miejsca przy nim zajmowali stali bywalcy, bezrobotni górnicy zwolnieni z likwidowanych wałbrzyskich kopalń, wszyscy świetnie zaznajomieni z prowadzącym bar panem Frytką. Wera nie wiedziała, jak naprawdę się nazywał, ale tak go przezwały babcie i tak funkcjonował w jej świadomości: pan Frytka.

Oczywiście biały stolik nie pomieściłby wszystkich zwolnionych, pewnie się zmieniali, rotowali, niektórzy na szczęście znajdowali inne posady i nie mieli czasu, by tutaj przesiadywać. Ale tych bez pracy i perspektyw mieszkało na osiedlu wielu i wciąż ich przybywało. Najpierw upadła Victoria, potem Julia. Obecnie likwidowano Kopalnię Wałbrzych. Wraz ze zwolnionymi z pracy górnikami bez środków do życia pozostawały całe rodziny, bezradni wobec bezlitosnej rzeczywistości ojcowie pogrążali się w żalu, rozpaczy i wściekłości i najłatwiej im było wyładować się na najbliższych. Bezrobocie było jak ciężka choroba.

Weronika wiedziała o tym dobrze, bo na coś takiego kilka lat temu zapadła jej rodzina, kiedy ojciec stracił posadę w likwidowanym zakładzie pracy i nie potrafił sobie poradzić ze znalezieniem nowej. Państwowe fabryki umierały jedna po drugiej, wpuszczając do krwiobiegu miasta wirus bezrobocia. Poszukujących pracy było wielu, stanowili dla siebie konkurencję, często drapieżną, ustawiali się w kolejkach pod urzędem pracy przy ulicy Powstańców Śląskich, widziała ich codziennie rano z autobusu wiozącego ją do szkoły.

Była wtedy w klasie maturalnej, bała się, że jeśli nie dostanie się na studia, ona też będzie musiała ustawić się w tej kolejce razem z nimi. Zresztą bała się również, że nie będzie jej stać na studia, przecież żyli wówczas wyłącznie z pensji mamy. Wtedy uratowały ją babcie. Oświadczyły, że studia to jej obowiązek – po co ma zasilać szeregi bezrobotnych, za pięć lat sytuacja na rynku pracy może się polepszy – a pieniędzmi rodzice mają się nie martwić, bo je stać, żeby łożyć na utrzymanie wnuczki. Powinna się uczyć i już. Zdała wtedy egzamin wstępny na nauczanie początkowe. Znalazła dorywczą pracę w prywatnym przedszkolu, które wyrastały w miejskiej przestrzeni jak grzyby po deszczu, co pozwoliło jej się pozbyć uczucia, że jest pasożytem. Ojciec pół roku później też został zatrudniony i wszyscy odetchnęli. Ale od tamtego czasu wiedziała, że bezrobocie to ciężka choroba, która prowadzi do wyczerpania psychicznego nie tylko zainfekowanej osoby, ale i jej najbliższych. A czasem, jak tutaj, w Wałbrzychu, dotyka niemal całe miasto i chorują całe społeczności. Bo w Wałbrzychu nie było zbyt wielu perspektyw. Stał kopalniami. I porcelaną. Porcelaną...

Ta myśl sprawiła, że oderwała się od kontemplowania osiedlowego podwórza i spojrzała na meblościankę. Podeszła do niej, odsunęła zmętniałą od kurzu szybę, za którą na trzech półkach tłoczyły się książki, a w pierwszym szeregu, przed nimi, niczym przednia straż, stały ceramiczne figurki umieszczone tam rękami Lucyny. Uśmiechnęła się. Bawiła się nimi, tymi pieskami, kotkami, ptaszkami, pannami z koszykami. Babcia Lucy zawsze pilnowała, by Wera żadnej nie utłukła, choć gdy zdarzył się taki wypadek, wybaczyła jej. Pamiętała, jak babcia raz w tygodniu wycierała je z kurzu, biorąc do ręki każdą z figurek. Szczególną uwagę poświęcała pomalowanej na czarno kobiecej postaci bez twarzy, o lekko przechylonej sylwetce. Nazywała ją panną z dziurawymi rękami, bo jedna z kończyn wygięta była w ten sposób, że tworzyła pusty okrąg. Tak jakby coś tą ręką podtrzymywała, coś zakleszczone było w jej objęciu, ale wypadło i zostało tylko puste miejsce. W katalogach fabryki porcelany ten wzór figurował pod nazwą Kobieta z ażurem i produkowano go masowo w latach sześćdziesiątych. Zresztą było też wiele innych: niedźwiedź, grzybiarka, foka, dzik, kot, ptak. Ale tylko pannę z dziurawymi rękami babcia traktowała z taką czułością. Wtedy Weronika o tym nie myślała, ale tak, gdy jej dotykała, w jej gestach była czułość. Nazywała ją „naszą Karusią”, pewnie dla żartu, bo to zdrobnienie imienia drugiej babci, której często coś leciało z rąk. Jej lewa dłoń była nie do końca sprawna i choć zawsze pilnowała, aby ją ćwiczyć – robiła swetry na drutach, szaliki na szydełku, ściskała w niej woreczek wypełniony kaszą – czasem dłoń odmawiała współpracy i babcia po prostu coś upuszczała albo tłukła. Miała dziurawe ręce, tak jak ulubiona figurka Lucyny. A Lucyna długo potrafiła opowiadać o tym, jak przedmiot został pomalowany, o sposobie wypału, szkliwieniu... Choć to nie ona się tym zajmowała, tylko babcia Karolina.

Zresztą obie babcie kochały porcelanę. Właśnie tę miejscową, z Wałbrzycha. Obie przez ponad pół życia zatrudnione były w Fabryce Krzysztof. Podobno to Lucyna ściągnęła Karolinę do zakładu. Lucy, o silnej osobowości i zdecydowanym charakterze, pracowała w administracji. Karolina, niedoszła artystka plastyczka, z głową w chmurach, trochę oderwana od rzeczywistości i nieco przestraszona, choć właściwie nie wiadomo, co tak bardzo napawało ją obawą – w fabrycznej dekoratorni.

Weronika postawiła Karusię na środku stołu. Biedna kochana Karusia z ażurem, pomyślała.

Gdybyś tu była i mogła mi wybaczyć obojętność.

Gdybyście tu były obie.

Zamknęła oczy i teraz zobaczyła je bardzo wyraźnie, jak siedzą przy tym samym stole. Lucyna, starsza z nich, czyta „Przekrój”, sięga po popielniczkę i paczkę Klubowych i mrużąc oczy, zapala papierosa. Lekko skrzywiona zaciąga się dymem, który chyba szczypie ją w oczy, pomarańczowy ognik jak kwiat wykwita na końcu Klubowego. Lucy zabawnie wygląda, gdy się tak krzywi. Welon dymu snuje się i wije leniwie wokół jej pooranej zmarszczkami twarzy i krótkich siwych loków, jakby naśladował skręty trwałej ondulacji na jej głowie.

Karolina, drobna i, mimo siódmego krzyżyka na karku, po dziewczęcemu szczupła i wiotka, odkłada szydełkową robótkę na stół, tuż obok ulubionego tygodnika Lucyny, wstaje, podchodzi do okna i energicznie otwiera je na oścież.

– Prosiłam tyle razy, żebyś paliła na balkonie – odzywa się, zajmując na powrót miejsce obok Lucy. Wkłada okulary, których szkła powiększają nadmiernie jej łagodne oczy, i sięga po robótkę.

Lucyna z westchnieniem gasi papierosa w porcelanowej – a jakżeby inaczej – popielniczce. Przedmiot jest biały, z niebieską kalkomanią z widoczkiem wałbrzyskiej fabryki i datą 1948.

– Przepraszam, Karusiu, ale kiedy myślę intensywnie nad krzyżówką, muszę sobie puścić dymka. A jest jeszcze za zimno, żeby wychodzić na balkon z gazetą. Ale oczywiście masz rację, kochana, masz rację jak zwykle.

– Nie powinnaś też palić przy niej – dodaje Karolina i odwraca się do Weroniki. Kiedy babcia Karusia się uśmiecha, jej twarz wygląda tak subtelnie i słodko. – Przy dziecku nie wolno, bo staje się biernym palaczem.

Lucy kiwa głową i również spogląda na Werkę. Robi minę mającą wyrażać skruchę, wywraca zabawnie oczami i wychodzi jej rozbieżny zez.

Obie babcie wybuchają śmiechem, śmiechem typowym dla starszych pań, trochę zgrzytliwym i skrzypiącym, ale zarazem sympatycznym i zaraźliwym. Weronika też się śmieje.

Dobrze mi tu z wami, kochane. Lubię z wami być.

Lubiłam, poprawia się zaraz w myślach i otwiera oczy. Teraz widzi tylko pusty pokój, który bez nich wydaje się nieprzyjazny. Ze stołu spogląda na nią pusta twarz czarno-białej figurki. Coś w ułożeniu porcelanowego ciała albo w sposobie, w jaki kobieta trzyma głowę, sprawia, że Weronika ma nieodparte wrażenie, iż ona na coś czeka. Wręcz wyczekuje. Lub oczekuje czegoś. I to konkretnie od niej.

– Czego chcesz? Co mam zrobić? – szepcze, wkładając palec wskazujący w pustkę, w elipsę, którą tworzą złączone porcelanowe ręce. Potem przesuwa ten palec z góry na dół po gładkiej powierzchni szkliwa, od koka na czubku głowy, przez krzywiznę tułowia, aż do owalu podstawy. Zna te łagodne kształty na pamięć, gdy więc opuszka palca natyka się na nierówność spódnicy, Wera się uśmiecha, bo przecież właśnie w tym miejscu się jej spodziewała. Mała skaza, niedoskonałość, przez którą figurka nie trafiła do sprzedaży, tylko wylądowała w mieszkaniu babć.

– Powiesz, o co chodzi? – powtarza pytanie.

Jednak nie słyszy odpowiedzi. Z westchnieniem odkłada więc figurkę na stół, podchodzi do meblościanki, wyciąga kolejne i ustawia je obok czarnej Karusi. Niedźwiedź. Grzybiarka. Foka. Dzik. Kot. Ptak.

– Witajcie po latach – mówi z uśmiechem.

A potem otwiera kolejno szuflady komody i wyjmuje z nich stosy szarych, kartonowych teczek wiązanych na sznureczki. Rysunki Karoliny. Dokumenty, w których zmieściło się całe wspólne życie babć. Trzeba będzie je wszystkie przejrzeć. Weronika wzdycha ciężko i otwiera pierwszą teczkę, z której na bordowo-brązowy dywan wysypują się rachunki.

Trzy godziny później, kichając niemiłosiernie, Wera postanowiła przejść się do apteki po coś, co zaradzi jej alergii. Zapomniała zabrać z domu Zaditen, wiedziała, że bez recepty nie dostanie w aptece raczej niczego, co zadziałałoby tak skutecznie jak ten lek, ale może przynajmniej jakieś krople do nosa czy oczu. Z apteki wyszła zaopatrzona w spory zapas soli fizjologicznej, która podobno ma pomóc i na oczy, i na nos, tylko trzeba regularnie płukać. Na widok budki z telefonem dziewczyna zatrzymała się, sięgnęła do portmonetki w poszukiwaniu karty telefonicznej. Znalazła, weszła więc do środka, zdjęła z widełek lepką od wielu rąk słuchawkę, przetarła głośnik i mikrofon chusteczką higieniczną i wykręciła numer do domu, do Wrocławia.

– Cześć, mamo – odezwała się, gdy w słuchawce usłyszała damski głos. – Chciałam powiedzieć, że jestem na miejscu, zaczęłam przeglądanie rzeczy... Tak, dojechałam bez problemu... Z budki dzwonię, przecież telefon w mieszkaniu odłączyliśmy zaraz po... Nie, nie przeziębiłam się, to alergia na kurz. Dobrze, przewietrzę porządnie... Mamo, czekaj, mamo... Mamo, chciałam cię o coś zapytać!

– Tak, kochanie? – spytała mama po drugiej stronie.

Weronika westchnęła.

– Bo ja nie wiem... Właściwie nie mam pojęcia, co zrobić z tymi wszystkimi rzeczami. Papierami, ubraniami, książkami, naczyniami. Co z tym zrobić, mamo? Przecież nie mogę tego wszystkiego tak po prostu wyrzucić.

Na moment zapadła cisza. Weronika niemal słyszała, jak mama się zastanawia nad odpowiedzią.

– Najłatwiej będzie z ubraniami, zacznij od nich – odezwała się w końcu. – Oddaj je biednym, może do jakiejś noclegowni, nie wiem, domu starców? Część ubrań Lucyny zabraliśmy, gdy przenosiliśmy ją do domu opieki, resztę też można oddać... Dokumenty trzeba będzie przejrzeć uważnie, stare rachunki za mieszkanie, gaz, prąd i tak dalej nie będą potrzebne...

– Właśnie to zrobiłam – oznajmiła Wera.

– A książki... Pewnie niektóre zechcesz wziąć, a resztę może przyjmą w bibliotece? Myślę, że możesz od tego zacząć. A potem... Słuchaj, jeśli chcesz, przyjadę i ci pomogę. W przyszły weekend, co? Może tato też się wybierze, zapytam go, jak wróci do domu. Tomek jest z tobą? Cięższe meble możecie wynieść i zostawić obok śmietnika...

– Tomek przyjedzie jutro, dzisiaj kończy zajęcia po dwudziestej. Dobra, mamo, zrobię, jak radzisz. Mamo?

– Tak, kochanie?

– Ciężko bez nich tutaj... Ja dopiero... Dopiero teraz do mnie dotarło, że Karusi już nie ma, a Lucy... – Urwała, bo zaczął drżeć jej głos, i otarła szybko łzy. Rozpacz w budce telefonicznej to takie żałosne, pomyślała. Kompletny brak intymności i niebezpieczeństwo, że ktoś z przechodzących ludzi zobaczy jej smutek i pomyśli sobie nie wiadomo co, otrzeźwiły ją w jednym momencie.

– Wiem... Wyobrażam sobie – dodała mama. – Przeżyj to po prostu, żałobę każdy przechodzi inaczej, kochanie. I jeszcze jedno... Może wydarzy się cud i Lucyna dojdzie do siebie? Poza tym chyba... One by sobie bardzo życzyły, żebyś to właśnie ty pozamykała ich sprawy. Powierzyły ci mieszkanie i wszystko, co jest w środku. Potraktuj te porządki jak czas wspominania. I żegnania się.

– Tak, tak zrobię. – Przyznała matce rację. – Ale nie spodziewałam się, że to będzie takie trudne.

Usłyszała, jak mama nabiera dużo powietrza, a potem je wypuszcza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki