Echa nad światem - Christelle Dabos - ebook + książka
NOWOŚĆ

Echa nad światem ebook

Christelle Dabos

4,2

110 osób interesuje się tą książką

Opis

W czwartym, finalnym tomie "Lustrzany" świat wpadł w totalny zamęt. Rozpad arek rozpoczął się na dobre. Jedyny sposób, żeby go zatrzymać, to znaleźć sprawcę. Odszukać Innego. Tylko jak tego dokonać, skoro nikt nie wie, jak on właściwie wygląda?

Ofelia i Thorn ruszają razem tropem echa. To powtarzające się zjawisko wydaje się kluczem do wszystkich zagadek. Muszą w tym celu nie tylko zajrzeć za kulisy Babel, ale też zgłębić własną pamięć. Tymczasem Bóg trafił na Łuk Tęczy i być może wkrótce wejdzie w posiadanie mocy, której tak pożąda. Która z tych dwóch postaci – on czy Inny – stanowi większe zagrożenie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 648

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (75 ocen)
43
16
4
10
2
Sortuj według:
helena7

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna historia. Bardzo polecam.
00
KasiaBeu

Całkiem niezła

zdecydowanie najslabsza książka z całej serii Narracja która była ł budowana i rozwijana w poprzednich tomach staje się chaotyczna i nieprawdopodobna. Zakończenie niestety pozostawia wiele do życzenia
00
usago

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna, nowatorska nieszablonowa. Książka która czyta się sama a historia w niej opisana zostaje w pamięci jeszcze przez długi czas. Fantastyczny fenomen. Świat wykreowany przez autorkę pochłania w całości a postacie dopełniają całość tworząc powieść idealna w każdym calu. Brawo
00
Atramentowa123

Nie oderwiesz się od lektury

cudo 💙💛💚❤️
00
miszasc

Nie oderwiesz się od lektury

Seria książek dla dorosłych, którzy wyrośli z Harrego Pottera
00

Popularność




Tytuł oryginału: La Passe-Miroir, Vol.4 La Tempête des échos La Passe-Miroir, Vol.4 La Tempête des échos © Gallimard Jeunesse, 2019 Front cover design and illustrations, by Laurent Gapaillard © Gallimard Jeunesse.
© Copyright for the Polish translation by Paweł Łapiński, 2021 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Entliczek, 2021
Redakcja: Irma Iwaszko, Beata Turska
Korekta: Tatiana Audycka-Szatrawska, Małgorzata Kuśnierz
Skład i przygotowanie do druku: Milena Leśniak
Wydawnictwo Entliczek ul. Maszewska 33/14 01-925 Warszawawww.entliczek.eu
Wydanie I
Warszawa 2021
ISBN 978-83-63156-49-7
Konwersja: eLitera s.c.

W TRZECIM TOMIEPamięć Babel

Po prawie trzech latach wyczekiwania Ofelia trafia w końcu na ślad Thorna na Babel – kosmopolitycznej arce, perle nowoczesności. Udaje się tam dzięki Gaëlle, Ryżemu i Archibaldowi, którzy od miesięcy za pomocą kolejnych Róż Wiatrów poszukują połączenia z Łukiem Tęczy.

Po przybyciu na arkę bliźniąt Polluksa i Heleny Ofelia, posługując się sfałszowanymi dokumentami, wstępuje w szeregi konserwatorium Dobrej Rodziny i zamierza prowadzić swoje badania nad tożsamością Boga. Konfrontuje się wówczas z wszechmocą Lordów z LUX-u oraz zmową milczenia, która – paradoksalnie – steruje tym centralnym ośrodkiem informacji. Ślady jej poszukiwań znaczą dziwne zgony: ludzie umierają z twarzami wyrażającymi czyste przerażenie.

Śledztwo, które Ofelia prowadzi z niezwykłą determinacją, wreszcie doprowadza ją do Thorna. Mężczyzna odnajduje się w samym sercu Memoriału Babel – ogromnej biblioteki roszczącej sobie prawo do bycia „pamięcią świata”, gdzie schronił się, żeby poszukiwać śladów Boga. Wbrew wszelkim oczekiwaniom – tożsamość Boga skrywa się w książkach dla dzieci. To Eulalia Boogue, z zawodu pisarka. Zniekształcenie nazwiska stopniowo wyniosło ją do rangi Boga.

Jeśli jednak Bóg jest Eulalią, to kim jest Inny – owo alter ego, które Ofelia dostrzega w lustrze i które doprowadzi do ostatecznego rozpadu arek? I czym są echa, które Lazarus, jeden z sojuszników Boga, uznaje za „klucz do wszystkiego”?

POSTACI

OFELIA

Ofelia, urodzona na Animie, odrzuciła dwie propozycje matrymonialne, po czym została zmuszona do poślubienia Thorna, mężczyzny z Bieguna. Odmiana mocy rodzinnej Ofelii pozwala jej czytać przeszłość przedmiotów oraz przemieszczać się za pomocą luster. Po wypadku, do którego doszło podczas takiego przejścia w dzieciństwie, dziewczynie pozostała chorobliwa niezdarność, wątły głos oraz rozbrajająca skłonność do robienia wokół siebie zamieszania. Niewielkiego wzrostu, chroni się ze swoją nieśmiałością za okularami o prostokątnych oprawkach, których szkła zmieniają kolor w zależności od jej nastroju, a także za swoim starym trójkolorowym szalikiem. Nigdy się z nim nie rozstaje, zapewne dlatego jest przeniknięty jej animizmem. Rodzina dziewczyny załamuje ręce nad noszonymi przez nią ponurymi i niemodnymi sukniami oraz nad stanem jej cennych rękawiczek czytaczki, których szwy są nieustannie podgryzane przez nerwową właścicielkę. Aby móc udać się nierozpoznana na arkę Babel, poświęci swoje gęste brązowe loki na rzecz krótkiej, choć równie nieposkromionej fryzury, a także schowa swój charakterystyczny płaszcz i szalik, żeby wdziać ciemnogranatowy uniform sekcji zwiastunów.

Pod dyskretną powierzchownością Ofelia skrywa niezłomność, determinację i wytrwałość. Choć początkowo była bezbronna w konfrontacji z okrucieństwem panującym na Biegunie, to głębokie poczucie sprawiedliwości i prawdy dawało jej siłę do przetrwania. Odmawia poddania się woli innych, kiedy jest to sprzeczne z jej własną. Do tego jest uparta i stanowcza – spędziła ponad dwa lata na poszukiwaniu najmniejszych śladów Thorna, swojego zaginionego męża, i przemierza kawał świata, żeby wreszcie móc wyznać mu swoje uczucia i uczynić swoim sojusznikiem. Okazuje się równie nieustraszona i pomysłowa w swoich dążeniach do odkrycia tożsamości Boga oraz źródeł kataklizmu, który podzielił dawny świat na galaktykę pojedynczych arek.

THORN

Thorn, nadintendent Bieguna, na pierwszy rzut oka wydaje się ponurym i szorstkim księgowym, który ze swoim imponującym wzrostem i oschłością stanowi całkowite przeciwieństwo drobnej i serdecznej Ofelii. Jako bękart wychowywał się pod opieką swojej ciotki Berenildy z klanu Smoków, jednak po matce odziedziczył również moc przynależną Kronikarzom – upadłemu klanowi, którego członkowie są obdarzeni wybitną pamięcią. Powierzchowność Thorna odpowiada jego charakterowi: mężczyzna jest wycofany i zimny niczym lód pokrywający jego arkę, stroni od ludzi, szanuje tylko cyfry i nie znosi nieporządku. Każde jego działanie jest ściśle odmierzane wskazówkami zegarka z dewizką, z którym się nie rozstaje. Jego ponuractwo niewątpliwie ma związek z niełatwym dzieciństwem. Jednocześnie jednak Thorn wyraźnie brzydzi się przemocą, zaciekle broni tych, którzy są mu bliscy, i ma niezmordowane poczucie obowiązku. Obsesyjnie dąży do uzyskania obiecanej mu rehabilitacji, która uwolni go od statusu bękarta. Zamierza wykorzystać dar czytania Ofelii, żeby odkryć tajemnice Księgi należącej do Faruka – ducha rodziny panującego nad Biegunem. Niestety sprawy wymykają mu się spod kontroli. Spisek, do którego wciągnął swoją narzeczoną, ciotkę oraz bliskich, o mały włos nie kończy się dla nich wszystkich tragicznie.

Thorn postanawia, że nie będzie więcej angażował Ofelii w nic, w czym sama nie zgodzi się uczestniczyć, po czym znika, by prowadzić śledztwo nad tożsamością Boga oraz wszechpotężną mocą, która zdaje się potajemnie sterować życiem na arkach. Uświadamia sobie jednak, że gdy działają wspólnie, są skuteczniejsi. Będąc razem, wykorzystują swój potencjał jeszcze lepiej, jakby ich porażki i niepewności roztapiały się w spojrzeniu partnera. Pocięte bliznami i okaleczone ciało Thorna jest przeciwwagą dla jego błyskotliwego umysłu oraz wewnętrznego przyrzeczenia, żeby czynić dobro i ulepszać świat dla swoich bliskich oraz całej ludzkości.

ARCHIBALD

Członek żyjącego na Biegunie klanu Sieci, dysponuje mocą rodzinną polegającą na telepatii. Archibald jest ambasadorem Bieguna, choć trudno dokładnie powiedzieć, na czym ma polegać ta funkcja, od ambasadora bowiem oczekuje się jednak pewnego wyczucia... dyplomacji. On tymczasem staje na głowie, żeby czynić coś wręcz przeciwnego: ten niechlujny i beztroski bawidamek ma w zwyczaju mówić prawdę i niespecjalnie przejmuje się uczuciami swoich rozmówców. Paradoksalnie jest jednocześnie wielce szanowany i pogardzany za swoje wybryki. Być może ta dezynwoltura jest mu wybaczana z uwagi na anielską urodę, a może to wynik jego pozycji na dworze oraz respektu, jaki wzbudza jego rodzina. To właśnie ona jest źródłem prestiżu, który on sam tak usilnie stara się pomniejszać. Tak czy inaczej, za kpiarską postawą Archibalda kryją się żywa inteligencja i głęboka melancholia. Pozornie beztroski ambasador jest jednocześnie groźnym politycznym strategiem, który z kunsztem i swadą wywołuje u wszystkich wrażenie, że służy tylko własnym interesom, choć tymczasem większość jego działań pozwala Ofelii, Berenildzie, a nawet Thornowi wyjść cało z konfrontacji z ich wrogami. Od kiedy został porwany w samym sercu swojej posiadłości uchodzącej za najbezpieczniejsze miejsce w Niebieście, Sieć zerwała z nim klanową więź. Archibald, pozbawiony wszystkiego, co stanowiło dla niego punkt odniesienia, jest teraz jak wolny elektron, zdolny do wynajdowania połączeń między Różami Wiatrów – wrotami pozwalającymi na podróże z jednego końca świata na drugi...

ROZALINA

Ciotka Rozalina nie poskarżyła się ani słowem, kiedy wysłano ją na Biegun jako przyzwoitkę Ofelii. Tę sztywną i zrzędliwą niczym nienaoliwiony zawias w drzwiach kobietę wyróżnia niezachwiane poczucie rzeczywistości.

Pod surowym kokiem skrywa się tak naprawdę zaciekły instynkt opiekuńczy oraz moralność, która okazuje się niezachwiana nawet w najbardziej wrogim otoczeniu. Odmiana mocy rodzinnej, którą została obdarzona Rozalina, predestynuje ją do rekonstrukcji papieru, dlatego nierzadko można zobaczyć ciotkę, jak dla zabicia nudy – albo uspokojenia nerwów – naprawia tapety i książki, jakie trafią w jej ręce. Nie znosi siarczystego mrozu panującego na Biegunie, ale naprawdę kocha swoją chrześnicę Ofelię, a także uwielbia Berenildę, z którą zadzierzgnęła więzi szczerej przyjaźni. Kiedy zostaje zmuszona do powrotu na Animę – po tym, jak jej rola przyzwoitki dobiegła końca – koszmarnie tęskni za Biegunem i Berenildą, chociaż zapewne wolałaby zjeść wszystkie swoje cenne okazy papieru niż przyznać to otwarcie. Dlatego kiedy tylko nadarza się ku temu okazja, ciotka Rozalina wchodzi bez najmniejszego wahania do Róży Wiatrów, żeby wrócić do swojej przyszywanej rodziny i wesprzeć ją w trudnych czasach.

BERENILDA I WIKTORIA

Piękna i bezlitosna – to pierwsze słowa, jakie przychodzą do głowy, kiedy chce się opisać olśniewającą Berenildę, jedyną ocalałą członkinię klanu Smoków i ciotkę Thorna. To faworyta Faruka, wielbiona za swoją urodę oraz wzbudzająca respekt z powodu intryg, jakim oddaje się w Niebieście. Klanowe niesnaski i dworskie knowania kosztowały życie jej męża Nicolasa, a także trójkę dzieci: Thomasa, Marion i Pierre’a. Berenildę pcha do działania wściekłość, ból i potrzeba ponownego zostania matką, dlatego nie cofnie się przed niczym, by umocnić swoją pozycję na dworze. Kapryśna natura ciotki Thorna często stawia Ofelię w delikatnej sytuacji, jednak Berenilda, pomimo szorstkich pozorów, jest głęboko przywiązana do narzeczonej swojego bratanka.

Ciąża Berenildy stawia ją w wyjątkowej pozycji, bowiem dziecko, które ma wydać na świat, będzie pierwszym od wieków bezpośrednim potomkiem ducha rodziny. Faworyta Faruka ostentacyjnie lekceważy Archibalda, jednak wierzy ślepo w jego lojalność oraz dobroć i zgadza się, by został ojcem chrzestnym jej córki Wiktorii. Chodzą słuchy, że Berenilda i Wiktoria to jedyne osoby, którymi Faruk naprawdę się przejmuje. Na szczęście dla dziewczynki jej nowa moc daje jej możliwość rozdwojenia się i przemieszczania pod postacią swojej astralnej kopii, którą są w stanie dostrzec tylko Bóg i Faruk... Berenilda natomiast, by bronić ostatnie dziecko, jakie jej pozostało, bez wahania wysunie swoje szpony...

RYŻY I GAËLLE

Ryży, który tak naprawdę nazywa się Renold, to lokaj z Księżycowa służący u wielmożnej Klotyldy, babki Archibalda. Charakter tego rudzielca jest równie ognisty jak jego włosy. Kiedy Ofelia zjawia się w Księżycowie, udając Mima, lokaja Berenildy, Ryży bierze ją pod swoje skrzydła i zgadza się wtajemniczyć w arkana swojego fachu w zamian za pierwszych dziesięć zielonych klepsydr, które dziewczyna otrzyma. Kiedy później – w następstwie śmierci swojej pani – Ryży pada ofiarą uchybienia formalnego, Ofelia zatrudnia go jako swojego doradcę. Mężczyzna jest wiernym przyjacielem, niezawodnym przewodnikiem oraz zawsze służy swoim mocarnym ramieniem, na którym można się oprzeć. Od lat uwielbia i podziwia Gaëlle, mechaniczkę również pracującą w Księżycowie.

Gaëlle jest protegowaną Matki Hildegardy i ostatnią ocalałą członkinią klanu Nihilistów, którego moc pozwala unieważniać moce wszystkich innych rodów. Aby ukryć pochodzenie, dziewczyna farbuje swoje krótkie włosy na kruczoczarno i chowa „złe oko” za czarnym monoklem. Jest mniej wylewna niż Ryży, ale podziela jego uczucia, choć nigdy mu tego tak naprawdę nie wyznaje. Uczciwa do bólu Gaëlle nie znosi dworskich intryg i zawsze bez wahania wspiera Ofelię.

ELIZABETH I OCTAVIO

Elizabeth, młodsza wirtuozka, stoi na czele sekcji zwiastunów nowicjuszy, do których Ofelia dołącza na Babel. Wysoka i strzelista, z twarzą usianą piegami, nie najlepiej orientuje się w zawiłościach humoru, za to góruje w dziedzinie informacji. Specjalizuje się zresztą w bazach danych. Jest Chrześniaczką Heleny, co oznacza, że należy do grupy bezmocnych, jednak jako jedna z niewielu sprzyja Ofelii podczas jej nauki w gronie zwiastunów.

Octavio natomiast jest potomkiem Polluksa i należy do gałęzi rodzinnej zwanej Wizjonerami. Tak jak jego matka, lady Septima, wykładowczyni w Dobrej Rodzinie, został obdarzony niezrównaną ostrością wzroku. Studiuje, żeby zostać kiedyś wirtuozem w sekcji zwiastunów. Choć jego rodzicielka robi wszystko, żeby uczynić z niego prymusa, Octavio pragnie samodzielnie zasłużyć sobie na tę pozycję. Wszelkie knowania lady Septimy są mu całkowicie obce. Zaprzyjaźnia się z Ofelią i stawia sobie za punkt honoru, żeby udowodnić jej, że jest „dobrym człowiekiem”. By osiągnąć ten cel, jest gotowy wpaść nawet w największe tarapaty, choćby miały go one przerosnąć.

LAZARUS I AMBROŻY

Lazarus podróżuje z arki na arkę, jak przystało na renomowanego eksploratora. Jeżeli wierzyć jego opowieściom, próbował kiedyś skoczyć w skafandrze za krawędź świata, ale trzeba było wciągnąć go z powrotem, zanim zdołał dojrzeć cokolwiek innego niż chmury. Kiedy akurat nie włóczy się po świecie, poświęca się wynalazkom – to dzięki niemu na Babel funkcjonuje mnóstwo automatów, które stanowią dowód na walkę z „wykorzystywaniem człowieka przez człowieka”. Niestety jego wesołkowata i serdeczna powierzchowność skrywa lojalność wobec Boga. Intencje Lazarusa być może nie są aż tak czyste, jak próbuje je przedstawiać.

Jego syn dla odmiany to wrodzona niewinność i dobroć. Od urodzenia jest niepełnosprawny – jego lewa ręka znajduje się na miejscu prawej, a nogi są podobnie odwrócone. Z tego powodu przemieszcza się na wózku inwalidzkim i żywi nadzieję, że zostanie kierowcą taryfy, żeby móc wozić ludzi po Babel. Jest pierwszą osobą, która podejmuje Ofelię po jej przybyciu na tę nieznaną jej arkę i pomaga jej się odnaleźć. Niemniej ma świadomość istnienia Boga oraz wie, że jego ojciec jest wplątany w szeroki spisek tego, który steruje porządkiem świata. Kiedy Ofelia wstępuje w szeregi Dobrej Rodziny i wysyła mu rozpaczliwe wiadomości, telegramy od chłopaka są rzadkie i lakoniczne. Dziewczyna myśli wówczas, że została przez niego porzucona, tymczasem Ambroży, pod wpływem swojego ojca, sądzi, że to ona jest Innym – tajemniczą istotą stojącą u źródeł rozpadu arek.

DUCHY RODZIN

Tak naprawdę nie wiadomo, jak narodziły się duchy rodzin ani w wyniku jakiej katastrofy utraciły pamięć. Trwają na swojej pozycji od wieków, nieśmiertelne i wszechmocne, za jedyny punkt odniesienia mając Księgi – pradawne dzieła utworzone z materii przypominającej ludzką skórę, niepokojące, tajemnicze, zapisane w języku, którego nikt już nie rozumie, kryjące w sobie sekrety, których nawet najzdolniejsi czytacze z Animy nie są w stanie zgłębić. Duchy przekazały swoje moce ludzkim potomkom i rządzą – każdy na swój sposób – na przypisanych sobie arkach, których nigdy nie opuszczają.

Czuwająca nad Animą rudowłosa olbrzymka Artemis uciekła w gwiazdy, które z fascynacją bada. Ma niewielki kontakt ze swoimi potomkami, ale zachowuje wobec nich życzliwość. Robi wrażenie zupełnie niezainteresowanej czymkolwiek, co odnosi się do przeszłości.

Faruk, duch Bieguna, jest choleryczny i kapryśny niczym dziecko. Jego pamięć jest tak wadliwa, że wszystkie myśli i decyzje zapisuje w notesie, nad którym stale czuwa jego asystent Memo. Za to siła jego mocy psychicznych jest ogromna. Tak naprawdę nigdy nie starał się nad nimi zapanować, dlatego fale psychiczne, które wysyła, często powodują w jego otoczeniu ciężkie migreny. Jak prawie wszystkie duchy rodzin jest niewiarygodnie piękny, ale pięknem tak zimnym, że wydaje się wykute w marmurze. Często się garbi, co wyraża jego zobojętnienie. Ma tylko jedną obsesję: pragnie zgłębić tajemnicę swojej Księgi i jej przeszłości.

Panujące na Babel bliźnięta Polluks i Helena dopełniają się nawzajem. Polluks jest pięknem, a Helena inteligencją. W przeciwieństwie do pozostałych duchów rodzin Helena została obdarzona paskudną powierzchownością i nieproporcjonalną sylwetką. Porusza się za pomocą krynoliny na kółkach albo zautomatyzowanych członków. Jako że nie może mieć potomstwa, poświęciła się czuwaniu nad bezmocnymi, których na Babel nazywa się Chrześniakami Heleny. Polluks zaś przejawia niemal ojcowskie zainteresowanie swoimi potomkami, którzy noszą miano Synów Polluksa. Oboje są miłośnikami wiedzy, wspólnie prowadzą konserwatorium Dobrej Rodziny, które kształci elitę arki, a także nadzorują prowadzenie Memoriału – ogromnej biblioteki mieszczącej wszystkie książki i źródła wiedzy gromadzone od Rozdarcia świata. Panują na arce, która w oczach Ofelii jest zarazem najbardziej kosmopolityczna i najbardziej totalitarna.

O ile na Animie żyje się beztrosko, a życie na Biegunie składa się z intryg i hulanek, życie na Babel wymaga przestrzegania bezlitosnych praw oraz promuje zgłębianie wiedzy. Skryci w cieniu elitarni Lordowie z LUX-u pociągają za sznurki i niech się ma na baczności ten, kto będzie próbował mieszać się w ich sprawy!

BÓG

Potrafi odtworzyć wygląd i moc wszystkich ludzi, z którymi się bliżej zetknął.

Chce zdobyć ostatnią moc, której mu brakuje – panowanie nad przestrzenią właściwe Arkadyjczykom.

W dawnych czasach był drobną, mało znaną pisarką z Babel.

Jego prawdziwe imię i nazwisko to Eulalia Boogue.

Nie ma odbicia.

Szuka Innego.

INNY

Nikt, poza Bogiem, nie wie, kim naprawdę jest ani jak wygląda.

Ofelia uwolniła go podczas swojego pierwszego przejścia przez lustro.

Prawie doszczętnie zniszczył dawny świat.

A dziś znów się do tego przymierza.

Dla Ciebie, mamo,

która inspirujesz mnie swoją odwagą

C.D.

– Jesteś niemożliwy.

– Niemożliwy?

– Albo mało prawdopodobny.

– ...

– Jesteś tam jeszcze?

– Jestem.

– To dobrze. Czuję się trochę samotna.

– Trochę?

– Właściwie to bardzo. Moi wierzchowcy... zwierzchnicy... nieczęsto schodzą, żeby mnie odwiedzić. Jeszcze im o tobie nie mówiłam.

– O tobie?

– Nie, nie o mnie. O tobie.

– O mnie.

– Otóż to. Nie wiem, czy się zarozumieli... czy by cię zrozumieli. Ja sama nie wiem, czy dobrze cię rozumiem. Z trudem już rozumiem samą siebie.

– ...

– Nie powiedziałeś mi jeszcze, jak się nazywasz.

– Jeszcze nie.

– A jednak zdaje mi się, że mamy się zaraz... znamy się coraz lepiej. Ja jestem Eulalia.

– Ja jestem ja.

– To interesująca odpowiedź. Skąd nadajesz?

– ...

– Dobrze, to pytanie było trochę skomplikowane. Gdzie teraz jesteś?

– Tutaj.

– Gdzie tutaj?

– Z tyłu.

– Z tyłu? Ale z tyłu czego?

– Z tyłu tyłu.

RECTO

W KULISACH

Spogląda w lustro – nie ma odbicia. To bez znaczenia, liczy się samo zwierciadło. Zwyczajne, nie za duże, wiszące nie całkiem równo. Przypomina Ofelię.

Jego palec przejeżdża po powierzchni odbijającej światło, nie pozostawiając przy tym śladu. To właśnie tutaj wszystko się zaczęło czy też – zależnie od punktu widzenia – wszystko się skończyło. Tak czy inaczej, to w tym miejscu sprawy zaczęły przybierać naprawdę ciekawy obrót. Przypomina sobie – jakby to było wczoraj – pierwsze przejście Ofelii przez lustro dokonane tamtej pamiętnej nocy.

Robi kilka kroków po pokoju, rzuca okiem na niezmiennie podrygujące na półkach stare zabawki, a następnie przystaje przed piętrowym łóżkiem. Ofelia dzieliła je najpierw ze swoją starszą siostrą, a potem z młodszym bratem, aż wreszcie opuściła Animę w pośpiechu. On wie o tym doskonale, w końcu od lat obserwuje ją zza kulis. Zawsze wolała spać na dole. Jej rodzina pozostawiła tam rozkopaną pościel i poduszkę z wgniecionym zagłębieniem, jak gdyby wszyscy spodziewali się, że dziewczyna może w każdej chwili wrócić do domu.

Pochyla się i przygląda rozbawiony mapom dwudziestu jeden arek przypiętym pinezkami nad górnym łóżkiem. Ofelia długo szukała na nich swojego zagubionego męża, kiedy Nestorki de facto ją tu uwięziły.

Rusza w dół po schodach, przechodzi przez jadalnię, w której stygnie kolacja. Ani żywego ducha. Wszyscy wyszli w połowie posiłku – oczywiście z powodu dziury. W tych pustych pomieszczeniach odczuwa niemal, że jest obecny, że naprawdę się w nich znajduje. Nawet sam dom zdaje się wyczuwać jego najście: żyrandole podzwaniają, kiedy pod nimi przechodzi, meble skrzypią, stojący zegar z wahadłem bije jeden raz, jakby pytająco. Zawsze go to bawiło u Animistów. W pewnym momencie nie wiadomo już, kto tu do kogo należy: przedmiot do właściciela czy odwrotnie.

Wychodzi z domu i nonszalancko rusza ulicą. Nie spieszy mu się. Napędza go ciekawość, owszem, ale nie pośpiech. A przecież czas ich wszystkich jest już teraz policzony, a jego dotyczy to tak samo jak pozostałych.

Dołącza do grupki sąsiadów stojących wokół dziury, którzy wymieniali zaniepokojone spojrzenia. Wyrwa przypomina studzienkę ściekową w chodniku, tyle że kiedy zaświecić do środka latarką, światło gubi się w ciemności. Ktoś w celu zbadania dna rozwija kabel ze szpuli, ale ten wkrótce się kończy. Wcześniej nie było tam dziury, to Nestorka podniosła przed chwilą alarm, kiedy o mało co nie wpadła do środka.

Nie może powstrzymać uśmiechu. To dopiero początek, droga pani.

Zauważa w tłumie zgromadzonych matkę i ojca Ofelii, oni jednak – jak zwykle – nie widzą go. W ich szeroko otwartych oczach połyskuje to samo nieme pytanie. Nie wiedzą, gdzie ukrywa się ich córka – nie wiedzą także, że ta otchłań ziejąca w chodniku to częściowo jej wina – ale nietrudno się domyślić, że tego wieczoru wspominają o niej jeszcze intensywniej niż zwykle. Tak mocno, jak obejmują teraz swoje pozostałe dzieci, nie potrafią odpowiedzieć na ich pytania. Piękne i duże dzieci, zdrowe jak ryby. Latarnie syczą unisono swoimi złotymi ognikami.

Nigdy nie znudzi go obserwowanie, jak bardzo Ofelia się od nich różni, zresztą nie bez powodu.

Przechadza się dalej. Robi dwa kroki i trafia na drugi koniec świata – jest na Biegunie, gdzieś między wyższymi piętrami i podrzędnymi dzielnicami Niebiasta, w dworku Berenildy, na progu głównego wejścia. Ta skąpana w wiecznej jesieni posiadłość jest mu znana równie dobrze jak Anima. Był już wszędzie tam, gdzie dotarła Ofelia. Był na miejscu, kiedy dziewczyna służyła Berenildzie za lokaja. Był na miejscu, kiedy została młodszą bajarką Faruka. Był na miejscu, kiedy prowadziła dochodzenie w sprawie zaginionych z Księżycowa. Przyglądał się jej kolejnym perypetiom z rosnącą ciekawością, nigdy nie opuszczając kulis.

Lubi regularnie wracać do kluczowych momentów historii, historii przez duże H, historii ich wszystkich. Co stałoby się z Ofelią, gdyby spośród wszystkich czytaczek Animy Berenilda wybrała na narzeczoną dla swojego bratanka kogoś innego? Czy wtedy dziewczyna nigdy nie spotkałaby na swej drodze postaci nazywanej przez nich Bogiem? Oczywiście, że by spotkała. Historia potoczyłaby się po prostu inną drogą. Każdy musi odegrać swoją rolę, tak samo jak on odegra swoją.

Kiedy tak kroczy głównym holem, z czerwonego salonu dobiega do niego jakiś głos. Spogląda do środka przez uchylone skrzydła drzwi. W wąskim polu widzenia dostrzega ciotkę Ofelii, która chodzi w tę i z powrotem po dywanie w egzotyczne wzory, iluzorycznym jak porcelanowe wazy i obrazy przedstawiające polowania. Ciotka na zmianę zakłada ręce i je rozprostowuje, wymachuje telegramem usztywnionym pod wpływem jej animizmu, mówi o jeziorze osuszonym jak bidet, wyzywa Faruka od „koszów na pranie”, Archibalda od „kostek mydła”, Ofelię od „zegara z kukułką”, wszystkich zaś miejscowych medyków porównuje do „publicznego szaletu”. Berenilda siedzi na szezlongu i jej nie słucha. Nuci coś, czesząc długie białe włosy swojej córki, która opiera się o nią miękko swoim drobnym ciałem. Berenilda wygląda tak, jakby nie istniało dla jej uszu nic innego oprócz oddechu dziewczynki.

Wtedy on odwraca wzrok. Robi tak za każdym razem w obliczu spraw zbyt osobistych. Zawsze był ciekawski, ale nigdy nie zachowywał się jak podglądacz.

Dopiero wtedy dostrzega obok mężczyznę siedzącego na podłodze w półmroku korytarza, opartego plecami o ścianę, zajętego zaciekłym szorowaniem strzelby myśliwskiej. Mieszkanki posiadłości znalazły sobie zatem kogoś na kształt ochroniarza.

Kontynuuje przechadzkę. Wystarcza krok i opuszcza hol, dworek, Niebiasto, Biegun, żeby znaleźć się gdzie indziej. Jest teraz na Babel. Ach, Babel! Jego ulubiony obszar badań. Arka, na której historia i czas dobiegną końca, miejsce, gdzie krzyżują się wszystkie drogi.

Na Animie był wieczór, tymczasem tutaj panuje poranek. Na dachy miasta spada obfity deszcz.

On sunie teraz galeriami Dobrej Rodziny, tak jak sunęła nimi Ofelia podczas kształcenia się na zwiastunkę. Była o włos od zachowania skrzydełek i stania się obywatelką Babel, co otworzyłoby jej wiele drzwi, gdyby w przyszłości zajęła się dalszymi badaniami. Ale nie udało się – jego zdaniem na całe szczęście. W wyniku tej porażki obserwowanie jej zza kulis stało się jeszcze bardziej ekscytujące. Wspina się po kręconych schodach wieżyczki strażniczej. Z góry, pomimo deszczu, widać w oddali sąsiednie arki pomniejsze. Na wprost dostrzega Memoriał, za nim Obserwatorium Odchyleń. Obydwa te miejsca mają do odegrania w tej historii zasadniczą rolę.

O tej godzinie nowicjusze studiujący w konserwatorium Dobrej Rodziny powinni być już przebrani w uniformy, z hełmami radiofonicznymi na głowach; Synowie Polluksa po jednej stronie, Chrześniacy Heleny po drugiej. Zamiast tego tłoczą się teraz, pomieszani, na murach pomniejszej arki. Ich piżamy przemokły do suchej nitki. Nowicjusze wydają z siebie przestraszone okrzyki, pokazują palcami miasto za morzem chmur. Nawet dyrektorka, Helena we własnej osobie, jedyny duch rodziny, który nie doczekał się potomstwa, dołączyła do nich schowana pod ogromnym parasolem, skupiając na anomalii swoją przenikliwą uwagę.

On tymczasem przygląda się im wszystkim ze swojego uprzywilejowanego miejsca. Czy może raczej stara się spoglądać na zmiany w otoczeniu ich przerażonymi oczami, patrzeć z ich perspektywy na otchłań, która dziś się powiększyła.

Znów nie może powstrzymać uśmiechu. Już wystarczająco długo krył się za kulisami, najwyższa pora, żeby wejść na scenę.

PUSTKA

Ofelia zachowała w pamięci wrażenie, jakie wywarły na niej Ogrody Botaniczne Polluksa. To właśnie od tego efektownego miejsca zaczęła poznawać Babel. Przypominały jej się majestatyczne tarasy na kolejnych piętrach oraz niezliczone stopnie schodów, które musiała pokonać, żeby wydostać się z tej dżungli.

Przypominała sobie zapachy. Kolory. Odgłosy.

Nic się już z nich nie ostało.

Obsunięcie terenu porwało wszystko w otchłań – co do ostatniego źdźbła trawy. Pochłonięty został również cały most, a także połowa sąsiadującego z ogrodem targowiska oraz kilka pomniejszych arek. Oraz wszyscy mieszkający na nich ludzie.

Dziewczyna powinna czuć przerażenie. Tymczasem była jedynie osłupiała. Przyglądała się otchłani przez kratę, którą zamontowano naprędce przy krawędzi nowej granicy między ziemią a niebem. A przynajmniej próbowała się przyglądać. Przestało padać, ale całe miasto było zalane morzem chmur. Przypływ obłoków nie tylko drastycznie ograniczał widoczność, ale w dodatku pokrywał jej okulary parą.

– Inny naprawdę istnieje – stwierdziła. – Do tej pory był dla mnie pojęciem abstrakcyjnym. Wysłuchiwałam, że popełniłam głupstwo, że to przeze mnie Inny doprowadzi do rozpadu arek, że jestem z nim powiązana, czy tego chcę czy nie, nigdy jednak tak naprawdę nie czułam, że mnie to dotyczy. Niby jak miałabym uwolnić kogoś tak potwornego z lustra we własnym pokoju i nie móc przywołać jakiegokolwiek związanego z tym wspomnienia? Nawet nie wiem, jak on może wyglądać ani jak i dlaczego to wszystko robi.

Mgła wokół Ofelii zgęstniała i dziewczynie zdawało się, że jest tylko bezosobowym głosem w samym środku otchłani. Przywarła mocniej do ogrodzenia, kiedy w krótkiej chwili przejaśnienia między chmurami dało się dostrzec niebo – tam, gdzie kiedyś wznosiła się północno-zachodnia dzielnica miasta.

– Nie ma tam już nic. A jeśli Anima... albo nawet Biegun...

Nie dokończyła tych zdań. Mężczyźni, kobiety i dzieci runęli w otchłań, którą miała teraz przed sobą, ona jednak myślała w tej chwili przede wszystkim o własnej rodzinie.

Chmara zdezorientowanych ptaków szukała drzew, które zniknęły. Gdzie znajdują się rzeczy, które znikają za granicą lądu? Wszystkie arki, główne i pomniejsze, krążyły wokół ogromnego oceanu chmur, dokąd nie zapuszczała się żadna forma życia. Ponoć jądro świata było tylko skupiskiem nieustannych burz. Nawet Lazarus, słynny eksplorator, nigdy nie dotarł aż tam.

Ofelia miała nadzieję, że nikt z nich nie cierpiał.

Jeszcze wczoraj doznawała wielkiego ukojenia. Czuła się tak kompletna. Odkryła prawdziwą tożsamość Boga o tysiącu twarzach, który kontrolował istnienie ich wszystkich. Eulalia Boogue. To, że poznała wreszcie personalia Boga i pojęła, że z początku był on jedynie drobną powieściopisarką, idealistką, która nigdy nie miała prawa decydować o tym, co dobre, a co złe, przyniosło jej ogromną ulgę! Tyle tylko, że najgroźniejszym wrogiem może się ostatecznie okazać ktoś inny, niż jej się zdawało.

„Zaprowadzisz mnie do niego”.

– Inny posłużył się mną, żeby uciec spod kontroli Eulalii Boogue, a dziś Eulalia Boogue chce posłużyć się mną, żeby odnaleźć Innego. Skoro tych dwoje miesza mnie do swoich zbrodni, to dla mnie sprawa osobista.

– Dla nas.

Ofelia obróciła głowę w kierunku Thorna, nawet go nie widząc. On również – z uwagi na mgłę – był tylko szeptem słyszanym z oddali. Jego głos był nieco posępny, lecz zdawał się Ofelii bardziej namacalny niż ziemia pod jej sandałami. Wystarczyły dwa słowa z ust tego mężczyzny, by od razu poczuła się lepiej.

– Jeśli okaże się, że ten cały Inny jest powiązany z Rozdarciem dawnego świata, rozpadem arek i jednocześnie z przemianą zwykłej istoty ludzkiej w tego wszechmogącego osobnika – kontynuował Thorn takim tonem, jakby omawiał bilans księgowy – to będzie oznaczać, że stanowi brakujący składnik równania, nad którym głowię się od lat.

Rozległo się metaliczne stuknięcie. Był to charakterystyczny odgłos wydawany przez należący do Thorna zegarek z dewizką, który sam otwierał i zamykał wieczko, żeby zwrócić uwagę na godzinę – od kiedy uległ animizacji, przejął obsesje swojego właściciela.

– Zaczęło się odliczanie – mówił dalej Thorn. – Dla zwykłych śmiertelników taki rozpad to katastrofa naturalna. My jednak wiemy już, że nie tylko jest czymś innym, ale w dodatku będzie postępował. Nie możemy nikomu o tym powiedzieć, dopóki nie wiemy, komu można zaufać i na jakim dowodzie się oprzeć. A zatem pozostaje nam dokładne ustalenie natury relacji, która łączy Eulalię Boogue z Innym; zrozumienie, czego chcą, czym są, skąd pochodzą, a także w jaki sposób i dlaczego robią to, co robią. A potem wykorzystanie całej zdobytej wiedzy przeciwko nim. I najlepiej byłoby dokonać tego wszystkiego jak najprędzej.

Ofelia zmrużyła powieki. Fala chmur wokół niej rozproszyła się rozegnana przez wiatr i nagle – bez żadnego momentu przejściowego – promienie słońca spadły na nich niczym parzący wodospad.

Teraz widziała Thorna wyraźnie. Mężczyzna, tak samo jak ona, stał przy kracie, z zegarkiem w ręce, ze spojrzeniem zagubionym w nieskończoności nieba, niewiarygodnie wyprostowany, niemożliwie duży. Złocenia jego ubioru oślepiająco mieniły się w słońcu, ale nie skłoniło to Ofelii do odwrócenia wzroku. Przeciwnie, dziewczyna otworzyła szerzej oczy, żeby ten blask wypełnił ją od stóp do głów. Determinacja emanująca z Thorna była odczuwalna niczym prąd elektryczny.

Ofelia całym ciałem czuła, czym się dla niej stał, czym ona stała się dla niego, i teraz nie było dla niej na świecie nic solidniejszego.

A jednak bardzo się pilnowała, żeby się do niego nie zbliżać. Wokół nie było nikogo – władze ewakuowały okolicę – oni jednak zachowywali przepisowy dystans, jakiego wymagano od nich w miejscach publicznych. Należeli do skrajnie odległych warstw społecznych. Od porażki w konserwatorium Dobrej Rodziny Ofelia niewiele już znaczyła na Babel. Thorn z kolei był „sir Henrym”, szanowanym Lordem z LUX-u.

– Eulalia Boogue posiada tysiąc różnych tożsamości, a Inny nie ma żadnej – dodał. – Nie wiemy, pod jaką postacią się ukażą, kiedy nasze ścieżki się skrzyżują, ale musimy być gotowi na tę konfrontację, zanim ich znajdziemy. Albo zanim oni znajdą nas.

Thorn dostrzegł nagle upór, z jakim Ofelia się w niego wpatrywała. Odkaszlnął.

– Nie jestem w stanie sprawić, byś znalazła się poza ich zasięgiem, ale mogę odciągnąć ich od ciebie.

Prawie te same słowa usłyszała od niego w Sekretarium Memoriału. Ofelię niepokoiło tylko to, że wierzy mu na słowo. Thorn poświęcił swoją prawdziwą tożsamość oraz wolną wolę, żeby ostatecznie uwolnić ją od nadzoru, spod którego jej samej było tak trudno uciec i pod który mogła wrócić przy pierwszym fałszywym kroku. Tak, wiedziała, że Thorn jest gotów wyrzec się wszystkiego, jeżeli pozwoliłoby mu to osiągnąć ten jeden jedyny cel. Mężczyzna pogodził się nawet z myślą, że Ofelia narażałaby się na niebezpieczeństwo u jego boku – dopóki to on o tym decydował.

– Nie jesteśmy sami, Thornie. Mam na myśli konfrontację z nimi. Teraz, kiedy tu rozmawiamy, Archibald, Gaëlle i Ryży szukają Łuku Tęczy. Być może już go znaleźli. Jeżeli uda im się przekonać Arkadyjczyków, by przyłączyli się do naszego obozu, to może zasadniczo zmienić układ sił.

Thorn sceptycznie zmarszczył brwi. Rozmawiali o tym dzień wcześniej, zanim syreny alarmowe wyrwały ich z łóżka, ale imię Archibalda niezmiennie wywoływało u niego tę samą reakcję.

– To ostatnia osoba, którą obdarzyłbym zaufaniem.

Krótkie przejaśnienie dobiegało końca i po chwili znów pochłonęła ich fala chmur.

– Pójdę pierwszy – oświadczył Thorn, kiedy jego zegarek zaczął niecierpliwie stukać. – Mam spotkanie z Genealogami. O ile ich znam, kolejna misja, którą mi powierzą, będzie miała bezpośredni związek z dotyczącą nas sprawą. Zobaczymy się wieczorem.

Metalowy zgrzyt uświadomił Ofelii, że mężczyzna się oddala. Egzoszkielet pozwalał mu nie kuleć, ale to jedyne dobrodziejstwo, jakie Genealodzy wnieśli do jego życia. Thorn liczył, że za ich pośrednictwem zbliży się do tajemnicy Eulalii Boogue, ponieważ łączyło ich pragnienie zakończenia jej panowania nad światem. Ale praca dla Genealogów była jak żonglowanie laskami dynamitu. Zapewnili mężczyźnie fałszywą tożsamość, ale mogli mu ją również w każdej chwili odebrać, a bez tej przykrywki stawał się z powrotem zwykłym zbiegiem.

– Bądź ostrożny.

Thorn zatrzymał się w pół kroku – Ofelia mogła dostrzec kanciaste kontury jego sylwetki.

– Ty też. Nawet bardzo.

Po chwili mgła pochłonęła go całego. Ofelia zrozumiała aluzję. Poszperała w kieszeniach togi, gdzie znajdowały się klucze do posiadłości Lazarusa powierzone jej przez Ambrożego oraz wiadomość od Heleny, dyrektorki jej byłej uczelni, która napisała na karteczce: „Zajrzyj do mnie przy okazji ze swoimi rękami”.

Dziewczyna znalazła wreszcie to, czego szukała: aluminiową tabliczkę. Były na niej wyryte te same arabeski, co na Księgach duchów rodzin, to znaczy kod wymyślony przez Eulalię Boogue, po dziś dzień nieodszyfrowany. Tabliczka – przedziurawiona na samym środku przez kulę z karabinu – była wszystkim, co pozostało po starym zamiataczu z Memoriału. Na samą myśl o nim Ofelia czuła mdłości. Okazało się, że istnieje jeszcze jeden duch rodziny – żyjący osobno strażnik przeszłości Eulalii Boogue, który o mało co nie doprowadził Ofelii do śmierci z przerażenia. Syn Nieustraszonego-i-prawie-bez-Skazy uratował ją, chcąc pomścić ojca. Miała szczęście, że celował akurat w głowę, gdzie tkwiła przyśrubowana tabliczka. Kiedy tylko kod został zniszczony, stary zamiatacz rozpłynął się niczym senny koszmar. Jego życie trzymało się wyłącznie tych kilku linijek... Thornowi ani trochę nie spodobała się ta historia, kiedy usłyszał ją później z ust Ofelii.

Dziewczyna wyrzuciła tabliczkę przez pręty kraty. Aluminium ostatni raz błysnęło, po czym zgubiło się gdzieś wśród chmur, dołączając do nieszczęśników, którzy spadli w otchłań.

Ofelia nie mogła przestać myśleć o swojej fałszywej tożsamości. Eulalia. Mimowolnie wybrała sobie imię, które nosił jej wróg. Podobieństwo między nimi było jednak głębsze: czasem nachodziły ją dziwne wspomnienia. Gdzie kończyła się pamięć Eulalii, a zaczynała jej własna? Jak ma zapanować nad sobą w teraźniejszości, skoro jej przeszłość przypomina puzzle? Jak myśleć o przyszłości, kiedy świat się rozpada? No i jak może czuć się wolna, skoro pewnego dnia jej ścieżka znów ma się przeciąć z tą, którą podąża Inny? Uwolniła go i czuła się w obowiązku wziąć za to odpowiedzialność, ale miała przy tym żal do nich obojga – Eulalii Boogue i tego całego Innego – że pozbawili ją tego, co mogłoby być jej udziałem bez nich.

Ofelia dmuchnęła na mgłę, żeby ją od siebie odegnać. By odkryć ich słabe strony, zbada każdy trop, który oferowała jej ta druga pamięć. Historia Eulalii, Innego, duchów rodzin i nowego świata zaczęła się właśnie tu, na Babel. Niezależnie od rozpadu Ofelia nie zamierzała opuszczać tej arki, dopóki nie wyrwie jej wszystkich – co do jednej – tajemnic.

Obróciła się na pięcie i zostawiła otchłań za sobą.

Tuż obok niej ktoś stał. Jakiś cień o kształcie niemożliwym do określenia z powodu mgły.

Cała dzielnica była objęta zakazem wstępu. Jak długo ten ktoś tam tkwił? Czy podsłuchiwał jej rozmowę z Thornem? A może po prostu niewinnie postanowił zobaczyć miejsce niedawnej katastrofy?

– Dzień dobry?

Cień nie odpowiadał, ale zaczął oddalać się wolno wśród mgły. Ofelia pozwoliła mu zrobić kilka kroków, po czym ruszyła za nim między porzuconymi namiotami handlarzy. Być może tylko coś sobie wmawiała, ale jeśli ten ciekawski osobnik – czy też ciekawska osobniczka – celowo ich podsłuchiwał, to Ofelia chciała przynajmniej poznać jego twarz.

Na zamglonym targowisku, przeciętym na pół przez osunięcie terenu, panowała atmosfera końca świata. Nienakręcony w porę automat rozdający gazety zastygł niczym posąg pośrodku placu z wczorajszą gazetą w wyciągniętej ręce. Niepokojące były w tej ciszy nikłe odgłosy, których Ofelia nie usłyszałaby w normalnej sytuacji. Bulgot wody płynącej rynsztokiem. Bzyczenie much nad pozostawionymi na targu towarami. Jej własny oddech. Nie słyszała natomiast żadnych odgłosów wydawanych przez cień, który zresztą prawie zniknął jej z oczu.

Przyspieszyła kroku.

Nagły podmuch wiatru rozwiał mgłę, a Ofelia podskoczyła na widok swojego własnego odbicia. Jeszcze chwila, a z impetem uderzyłaby czołem w witrynę jakiegoś sklepiku.

SZKLARZ-LUSTRZARZ

Dziewczyna rozejrzała się na wszystkie strony – wokół nie było już nikogo. Tajemniczy cień jej się wymknął. Trudno.

Podeszła do wejścia prowadzącego do sklepiku. Jego właściciel, przerażony osunięciem terenu, uciekł, nie zamykając nawet drzwi. Ze środka dało się słyszeć szmer działającego wciąż radioodbiornika:

– ...jest z nami w „Dzienniku Oficjalnym”. Obywatelu, należysz do niewielu świadków tej tragedii... tragedii, która wczoraj rano pogrążyła Babel w żałobie. Opowiedz nam o tym.

– Nadal nie mogę uwierzyć, że naprawdę to widziałem. Really! Chociaż tak właściwie to tego nie widziałem. To skomplikowane.

– Opowiedz nam po prostu, co tam się stało, obywatelu.

– Byłem na swoim miejscu. Rozstawiłem stragan. Padał deszcz jak nigdy... jak nigdy. Lało jak z cebra. Ściana deszczu. Zastanawialiśmy się, czy nie będzie trzeba chować z powrotem towarów. I wtedy poczułem jakby czknięcie.

– Czknięcie?

– Takie ledwo wyczuwalne zachwianie. Nie było nic widać ani słychać, ale to akurat poczułem.

– A potem, obywatelu?

– Potem zrozumiałem, że inni też to poczuli. Wszyscy wyszliśmy z naszych namiotów... namiotów. A tam szok! Sąsiednie stoisko zniknęło. Nic się nie ostało, tylko chmury. To mógłbym być ja.

– Dziękuję, obywatelu. Drodzy radiosłuchacze... radiosłuchacze, tu audycja „Dziennika Oficjalnego”. Lordowie z LUX-u dla waszego bezpieczeństwa zamknęli dla ruchu północną dzielnicę. Zaleca się, żeby pod żadnym pozorem nie czytać zakazanych ulotek, które zaburzają porządek publiczny. Przypominamy również, że w Memoriale odbywa się właśnie spis powszechny... powszechny.

Ofelia nie zamierzała dalej słuchać, za bardzo irytowały ją echa. Zjawisko to, kiedyś rzadkie, jeszcze przedwczoraj sporadyczne, teraz dotykało wszystkich audycji. Zanim Lazarus wyruszył w nową podróż, stwierdził, że echa są „kluczem do wszystkiego”. Dodał, że Ofelia jest „odwrócona”, że on sam taki jest, że eksploruje arki na zlecenie Boga i że zaprojektował swoje automaty, żeby przyczynić się do uczynienia świata Boga jeszcze doskonalszym. Krótko mówiąc, Lazarus mówił wszystko i byle co, ale dysponował piękną posiadłością w centrum miasta, a ona i Thorn postanowili się tam chwilowo rozgościć.

Dziewczyna podtrzymała własne spojrzenie w lustrze stojącym na wystawie. Ostatnim razem, kiedy przez jakieś przechodziła, wykonała ogromny przeskok w przestrzeni, jak gdyby jej moc rodzinna dojrzała w tym samym momencie co ona. Przechodzenie przez lustra pozwoliło jej już nieraz wydostać się z tarapatów, ale świat miałby się dziś lepiej, gdyby powstrzymała się wtedy, gdy zrobiła to za pierwszym razem. Gdyby tylko była w stanie przypomnieć sobie, co się właściwie stało w lustrze jej dziecięcego pokoju! Zapamiętała jedynie urywki ze spotkania z Innym. Czyjąś obecność pod własnym odbiciem. Wezwanie, które obudziło ją w samym środku nocy.

Uwolnij mnie.

Niech będzie, że go uwolniła, ale którędy właściwie się wydostał i w jakiej postaci? Z tego, co jej wiadomo, nikt – ani na Animie, ani nigdzie indziej – nie zgłaszał pojawienia się żadnej demonicznej istoty.

Ofelia otworzyła szeroko oczy. Z jej lustrzanym odbiciem coś było nie tak. Widziała siebie z szalikiem, choć była pewna, że zostawiła go w domu Lazarusa. Kodeks ubraniowy na Babel zabraniał jej noszenia publicznie kolorów, a ona nie miała zamiaru ściągać na siebie uwagi. Po chwili zorientowała się, że to niejedyna anomalia. Jej toga w lustrze była cała we krwi, a okulary połamane. Umierała. Eulalia Boogue oraz Inny również tam byli, choć nie mieli konkretnej formy, a wszędzie wokół nich była tylko otchłań.

– Dokumenty proszę.

Ofelia odwróciła się od tej wizji z łomoczącym sercem. Jakiś strażnik władczo wyciągał do niej rękę.

– Ten sektor jest zamknięty dla cywili.

Podczas gdy mężczyzna studiował jej fałszywe papiery, Ofelia znów spojrzała na lustro z wystawy. Jej odbicie wyglądało teraz normalnie. Żadnego szalika, krwi ani otchłani. Zdarzało jej się już – w czasach, kiedy mieszkała na Biegunie – że napastowano ją z wykorzystaniem iluzji. Najpierw ten cień, a teraz jej odbicie... Czyżby doświadczała halucynacji? A może – i to by było jeszcze gorsze – ktoś próbował nią manipulować?

– Animistka ósmego stopnia – skomentował strażnik, oddając jej dokumenty. – Nie jest pani rodowitą mieszkanką miasta, Eulalio.

Patrolowanie obszaru tuż przy niedawnym osunięciu wyraźnie wprawiało go w nerwowość. Długie uszy mężczyzny obracały się bez przerwy niczym u czujnego kota. Każdy potomek Polluksa, ducha rodziny na arce Babel, miał nad wyraz rozwinięty jeden ze zmysłów. Ten strażnik był Akustykiem.

– Ale mam tu lokum – odpowiedziała Ofelia. – Czy mogę już iść?

Strażnik spojrzał wymownie na jej czoło, jakby szukał czegoś, co powinno się na nim znajdować.

– Nie, miss. To niemożliwe. Czyżby nie słyszała pani komunikatów? Powinna się pani udać do Memoriału, gdzie odbywa się spis ludności. Immediately.

PODPIS

W tramwalocie było już pełno ludzi. Mimo to strażnik tuż przed zamknięciem się drzwi siłą wprowadził do niego Ofelię. Dziewczyna nie mogła się ruszyć ani na krok, żeby nie przydepnąć czyjegoś pantofla. Powietrze było gorące, a odór potu górował nad – i tak przecież intensywnym – zapachem ogromnych latających stworów tkwiących na dachu. Gdzieś krzyczało dziecko. Wszyscy dookoła Ofelii zdawali się równie zdezorientowani. Dlaczego wiezie się ich do Memoriału? W jakim celu zorganizowano ten nagły spis ludności? Czy ma to jakiś związek z odpadnięciem kawałka arki? Pomimo powszechnego niepokoju nikt nie odważył się podnieść głosu. Ofelia, zdając się na swoją znajomość kodu ubraniowego, oceniła, że w ścisku towarzyszą jej Totemiści, Florianie, Wróże, Heliopolitanie, Metamorfiści, Nekromanci, Duchy, mężczyźni i kobiety ze wszystkich arek tego świata, przykład różnorodności, z której Babel zawsze było tak dumne. Każdy wynalazek, który pojawiał się w mieście, był owocem połączonych kunsztów różnych rodzin – doskonały tego przykład to chociażby ociągający się z odlotem tramwalot, w którym właśnie się dusili.

Wszyscy byli trochę podenerwowani, ale Ofelia znacznie bardziej niż inni. Nie miała najmniejszej ochoty brać udziału w spisie ludności, nie z fałszywymi dokumentami w kieszeni i nie teraz, gdy rozpoczęła się zagłada, którą podjęła się powstrzymać. To odbicie w lustrze na sklepowej wystawie – nieważne, czy stanowiło tylko wytwór jej wyobraźni – głęboko ją poruszyło.

Przyciśnięta do drzwi przyglądała się przez szybę tłumowi na zewnątrz. Jakiś handlarz wiązał swoje dywany na przyczepce, starsza kobieta manewrowała wózkiem pełnym dzieci, a na środku ulicy stało zebu uniemożliwiające wszystkim normalne poruszanie się. Uciekano nie tylko z dzielnicy dotkniętej osunięciem, ale też przed krawędzią i otchłanią. Ludzie się bali. Ofelia nie miała im tego za złe – Innym mógłby być każdy z nich... Ona sama była z nim niby powiązana, ale przecież nie rozpoznałaby go ot tak, na ulicy.

Nagle pojawił się jadący na rowerze automat. Był to dość osobliwy widok – mechaniczna kukła bez oczu, nosa i ust, pedałująca prosto przed siebie, której z brzucha wydobywał się skrzekliwy głos fonografu:

– WYRYWAM DLA WAS CHWASTY, POLERUJĘ ZASTAWĘ, REPERUJĘ PANTOFLE... PANTOFLE... I NIGDY SIĘ NIE MĘCZĘ. ZATRUDNIJCIE MNIE I SKOŃCZCIE Z WYKORZYSTYWANIEM CZŁOWIEKA PRZEZ CZŁOWIEKA.

Oczy Ofelii napotkały za szybą wzrok mężczyzny siedzącego na zbyt ciężkim dla niego kufrze. Nieznajomy miał posępny wyraz twarzy, jak ktoś, kto nie wie, gdzie spędzi najbliższą noc. Krzyczał do Ofelii oraz wszystkich pasażerów tramwalotu:

– Poszukajcie sobie innej arki! Zostawcie Babel jego prawdziwym obywatelom!

Tramwalot wreszcie ruszył z peronu. Ofelia poczuła zawrót głowy, i to nie tylko z powodu bujania wywołanego lotem. Przez całą trasę bardzo się starała nie patrzeć w otchłań ziejącą za morzem chmur. Odetchnęła z ulgą, dopiero kiedy drzwi otwarły się na dziedzińcu Memoriału.

Uniosła oczy najwyżej, jak potrafiła, żeby objąć wzrokiem to architektoniczne szaleństwo: połączenie latarni i biblioteki, tak kolosalne, że pożerało całą pomniejszą arkę, pozostawiając miejsce jedynie kilku rosnącym tu mimozom. Znała dobrze to miejsce, spędzała w murach Memoriału całe dnie – a czasem nawet noce – na katalogowaniu, wykonywaniu ekspertyz, klasyfikowaniu, dziurkowaniu.

Była tu jakby u siebie.

Straż rodzinna Polluksa wydawała polecenia. „Proszę wysiadać! Proszę iść prosto! Proszę poczekać!”. Ledwo pasażerowie zdążyli opuścić tramwalot, ich miejsce na pokładzie zajmowała nowa fala już spisanych obywateli, których zamierzano przetransportować z powrotem do miasta. Wszyscy mieli na czołach dziwny ślad.

Ofelia została uwięziona pod palącym słońcem w ciągnącej się bez końca kolejce. Zazdrościła stojącemu za nią staremu Źródlarzowi, który przechadzał się z niewielką chmurką deszczu unoszącą się nad jego głową.

Długo stała przed posągiem żołnierza bez głowy, tak starego jak całe to miejsce. Memoriał istniał jeszcze w dawnym świecie. To właśnie tutaj Eulalia Boogue wychowywała duchy rodzin. Czy także w tym miejscu spotkała Innego? Czy to tutaj wywołali razem Rozdarcie? Memoriał został nim naznaczony. Połowa budynku osunęła się w otchłań, a potem została ambitnie odbudowana, żeby teraz balansować nad morzem chmur. Za każdym razem, kiedy Ofelia przyglądała się tej budowli, zastanawiała się, jak to w ogóle możliwe, że wieża się nie przechyla.

Nagle przestała cokolwiek widzieć. Gwałtowny podmuch wiatru przykleił do jej okularów pomarańczową ulotkę.

BĘDZIEMY PIĆ I PALIĆ.

BĘDZIEMY ŁAMAĆ WSZYSTKIE ZAKAZY.

A TY JAK ZAMIERZASZ UCZCIĆ KONIEC ŚWIATA?

Ofelia odwróciła kartkę. Po drugiej stronie widniało tylko jedno zdanie:

DOŁĄCZCIE DO ŁOBUZÓW BABEL!

Nieustraszony-i-prawie-bez-Skazy nie żył, ale jego akolici działali dalej, i to z rozmachem.

Jakiś strażnik wyrwał ulotkę z rąk Ofelii.

– Proszę wchodzić!

Wreszcie przekroczyła próg Memoriału. Jak zwykle w tym miejscu poczuła się najpierw zdominowana przez jego ogrom: przepastne atrium, kolejne piętra układające się niczym pierścienie, pionowe korytarze transcendiów, czytelnie zaaranżowane na sufitach, globus Sekretarium unoszący się pod kopułą, a także – a może nawet przede wszystkim – masę bibliotecznych regałów, które wprost kipiały od wiedzy. Kiedy minęło to pierwsze przytłaczające wrażenie, Ofelia poczuła natchnienie płynące z niemego chóru tych wszystkich książek, które zdawały się jej podszeptywać, że ona również ma prawo do zabrania głosu.

Kolejka podzieliła się na kilka mniejszych ogonków, które ciągnęły się daleko w głąb atrium. Nieliczni memorialiści, których Ofelia mogła dostrzec na piętrach, kroczyli przed siebie pospiesznie, ze spuszczonym wzrokiem, jakby zawstydzeni przez spis ludności, który u nich zorganizowano. Dziewczyna rozglądała się za znajomą twarzą Blasiusa, ale szybko zorientowała się, że go nie znajdzie – biednego kustosza prześladował taki pech, że nigdy nie pozostawał niezauważony. Na miejscu było natomiast wiele automatów, które chodziły we wszystkie strony z przenośnymi maszynami do pisania.

 – O nie! – wymsknęło się Ofelii, kiedy po czasie, który wydawał się wiecznością, ujrzała wreszcie ladę, do której prowadziła jej kolejka. Siedziała za nią wysoka i szczupła zwiastunka o płowych włosach niedbale ściągniętych w koński ogon.

Elizabeth.

Dziewczyna była w konserwatorium przełożoną jej sekcji. Ofelia lubiła jej dziwaczność i doceniała inteligencję, ale była zdruzgotana ślepym posłuszeństwem zwiastunki wobec kasty rządzącej miastem. Jeżeli fałszywe papiery Ofelii wzbudzą jakiekolwiek wątpliwości, to Elizabeth nie będzie się bawić w sentymenty.

– A ty skąd się tu wzięłaś? – zapytała zwiastunka w ramach przywitania, kiedy przyszła kolej na Ofelię. – Witamy przy stanowiskach dla nierdzennych obywateli Babel.

Elizabeth, jak to miała w zwyczaju, w ogóle się nie uśmiechała. Jej ciężkie szarawe powieki opadały do połowy oczu niczym abażur. Bladości jej cery nie były w stanie zrównoważyć nawet piegi, które pokrywały obficie twarz dziewczyny. Ofelia – od przebywania na słońcu – bardziej przypominała teraz Babeliankę niż jej dawna przełożona.

– Nie wyglądasz zbyt reprezentacyjnie – powiedziała Elizabeth, wskazując swoim piórem na nos Ofelii, z którego kapał pot.

– Ty też nie prezentujesz się najlepiej – odparła Ofelia.

To akurat była łatwa replika, Elizabeth bowiem nigdy nie wyglądała dobrze. Zwiastunka uniosła nieco brwi, zapewne zdziwiona, że Ofelia zwraca się do niej tak bezpośrednio, ale potem chyba przypomniała sobie, że nie obowiązuje już ich hierarchia właściwa dla konserwatorium, bo nieco się rozchmurzyła.

– Nie wolno nam się malować. Musimy prezentować podczas pełnienia naszych funkcji całkowitą przejrzystość. A teraz podaj mi, proszę, swoje dokumenty, żebym mogła sprawdzić twoją przejrzystość, Eulalio.

– Co się właściwie dzieje? Dlaczego nas tu wszystkich zwołano?

– Hmm? – mruknęła Elizabeth, nie podnosząc wzroku znad papierów. – Lordowie z LUX-u postanowili uruchomić procedurę obowiązkowego spisu dla wszystkich, którzy przybyli na Babel wcześniej niż dziesięć lat temu. A możesz mi wierzyć, że to oznacza masę ludzi – zapewniła ją, wykonując flegmatyczny gest w kierunku kolejek, których linie gubiły się w oddali. – Zgłosiłam się na ochotnika do pomocy. To oczywiście tylko tymczasowe rozwiązanie, wkrótce powinnam poznać mój docelowy przydział. Otrzymałam już kilka propozycji.

Ofelię akurat w tej chwili zajmowała bardziej jej własna przyszłość niż perspektywy zawodowe Elizabeth. Jej fałszywe papiery zostały sfabrykowane w pośpiechu przez Archibalda. Wystarczyłaby pieczątka w złym miejscu i cała mistyfikacja wyszłaby na jaw.

– Ale po co to wszystko? – nie dawała za wygraną. – Dlaczego Lordowie postanowili nas policzyć?

– A dlaczego mieliby tego nie robić?

Ofelia mogła się tego domyślić – w przypadku Elizabeth nawet ukończenie konserwatorium nie przekładało się na żadną formę wtajemniczenia. Podobnie jak reszta Babelian nie miała pojęcia, że Lordowie z LUX-u służyli w tajemnicy Eulalii Boogue. Ofelia zaś była przekonana, że wydanie przez nich zarządzenia o spisie w takiej skali dzień po odpadnięciu fragmentu arki musi być z nim powiązane. Coś tu się szykowało.

– Elizabeth – wyszeptała Ofelia, pochylając się nad ladą. – Czy wiesz coś może o osunięciach terenu gdzie indziej, poza Babel?

– Hmm? A dlaczego miałabym o czymś takim wiedzieć?

– Bo jesteś zwiastunką.

Patrząc na niewzruszoną twarz dziewczyny, Ofelia poczuła rezygnację. Potrzebne jej było lepsze źródło informacji. Rozejrzała się po sąsiednich stanowiskach.

– Czy Octavio też tu jest?

Ofelii zależało na spotkaniu z nim nie dlatego, że był synem lady Septimy, która sama należała do kasty LUX-u. Chodziło jej przede wszystkim o to, że był kimś, komu mogła zaufać. Co zakrawało na ironię, kiedy wiedziało się, jak starannie oboje wystrzegali się siebie nawzajem podczas wspólnej nauki w Dobrej Rodzinie.

– Octavio zaczął niedawno pracę na pół etatu w „Dzienniku Oficjalnym” – odpowiedziała Elizabeth. – Ale to nie do nas należy udzielanie ci informacji. Zadam ci teraz serię pytań, żeby uzupełnić twoją kartotekę. Odpowiadaj, proszę, używając jak najmniej słów.

Ofelia musiała poddać się przesłuchaniu, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczyła. Kiedy przybyła na Babel? Z jakiego powodu się tu osiedliła? Z jakiej arki pochodzi? Jaka jest jej moc rodzinna? Czy jest obecnie gdzieś zatrudniona? Czy miała w przeszłości styczność z wymiarem sprawiedliwości? Czy któryś z członków jej rodziny był dotknięty fizycznym lub psychicznym upośledzeniem? Jak określiłaby w skali od jeden do dziesięciu swoje przywiązanie do miasta? Jaka jest jej ulubiona marka słodyczy?

Choć Ofelia starannie przygotowała się do tego, że ktoś może ją kiedyś przepytywać na okoliczność jej fałszywego pochodzenia, musiała teraz naprawdę się postarać, żeby zachować zimną krew i udzielać poprawnych odpowiedzi. Niemniej trudno jej było wytrwać w tym skupieniu, bo oto zbliżała się do niej para, której pojawienie się sprawiło, że wszyscy w kolejce zamilkli z szacunkiem – ludzie przestali nagle szeptać, niecierpliwić się, ziewać, pokasływać. Podczas uroczystej promocji studentów, która również odbyła się w Memoriale, Ofelia widziała Genealogów tylko z daleka, jednak rozpoznała ich bez najmniejszych problemów – od stóp do głów byli ubrani na złoto. Nawet ich włosy i twarze były pokryte złotym pyłem. Przechadzali się niespiesznie, uśmiechnięci, jedno przy drugim, ze splecionymi palcami, jak gdyby spacerowanie w samym środku tego administracyjnego harmidru zamiast po parku było dla nich oczywistością.

Thorn był z nimi umówiony, ale się tu nie zjawił, co zaniepokoiło dziewczynę. Czy zgodnie z planem czeka na nią w domu Lazarusa? Miała nadzieję, że nie spotkało go tyle kłopotów co ją. Genealogów eskortowała młoda Faraonka, która aż podskakiwała ze spłoszoną miną, kiedy jedno z nich musnęło jej rękę albo szepnęło coś na ucho.

Ofelia usztywniła się, kiedy ruszyli w jej stronę. Dlaczego wśród wszystkich stanowisk w Memoriale ich uwagę zwróciło akurat to, przy którym stała?

Genealodzy pochylili się nad Elizabeth – jedno po prawej, drugie po lewej stronie zwiastunki.

– Co robi absolwentka z wyróżnieniem na tym niegodnym jej talentów stanowisku? – utyskiwał mężczyzna.

– Sama jedna zrewolucjonizowałaś bazę danych Memoriału – kontynuowała kobieta. – Twoje kompetencje zdecydowanie się tutaj marnują, obywatelko!

Elizabeth – z natury mało ekspresyjna – była wyraźnie speszona tym, że stała się obiektem ich zainteresowania. Podniosła się i stanęła na baczność, pozdrawiając Genealogów zgodnie z regulaminem: „Wiedza służy pokojowi!”, oni jednak zachęcili ją, żeby usiadła, kładąc jej dłonie na ramionach.

– Nie przeszkadzaj sobie, young lady. Daj nam po prostu znać, czy zastanowiłaś się nad naszą propozycją.

– To znaczy... właściwie nie miałam czasu na...

– Wystarczy, że powiesz „tak” – powiedziała kobieta.

– To coś w sam raz dla kogoś z twoimi kompetencjami – dodał mężczyzna.

– W dodatku wyświadczysz w ten sposób miastu wielką przysługę! – podsumowali jednym głosem.

Ofelia nie miała pojęcia, o czym mowa, ale cieszyło ją, że nie jest na miejscu Elizabeth, której policzki momentalnie pokryły się rumieńcem. Teraz, kiedy mogła przyjrzeć się Genealogom z bliska, dostrzegła dziwną ziarnistość ich pokrytej złotem skóry – jakby cały czas doświadczali efektu gęsiej skórki. Dotykowcy. Nie wiedziała jeszcze nic na temat tej mocy rodzinnej potomków Polluksa.

– In fact, moim pierwszym wyborem było stanowisko osobistej asystentki lady Heleny – wyjaśniła pokornie Elizabeth. – Bez niej żyłabym na ulicy, to jej zawdzięczam wszystkie moje galony.

Genealodzy wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– To naprawdę wzruszająca historia, obywatelko, very moving, ale twoja praca w obserwatorium dotyczyłaby również lady Heleny. Przyjęcie tej oferty to najbardziej użyteczna rzecz, jaką możesz dla niej zrobić!

Wyraz twarzy Elizabeth przestał być tak niewzruszony. Ofelia zerknęła na młodą Faraonkę, która utkwiła wzrok w swoich pantoflach i zdawała się nie uczestniczyć w rozmowie. Nietrudno było zgadnąć, jaką rolę miała do odegrania w tej niezapowiedzianej rozmowie rekrutacyjnej. Urok Faraonów pozwalał im łagodnie oddziaływać na emocje innych tak, aby wzbudzić ich zaufanie. Większość z nich pracowała w branży medycznej, gdzie uspokajali pacjentów, ale tej tu osóbki najwyraźniej ta prawidłowość nie dotyczyła.

– Nie musisz się teraz decydować.

Ofelia nie mogła się powstrzymać przed wyrażeniem tego ostrzeżenia, widząc, jak Elizabeth plącze się i waha, ale momentalnie tego pożałowała. Genealodzy, którzy dotychczas nie zaszczycili jej nawet spojrzeniem, odwrócili się teraz w jej stronę synchronicznym, płynnym ruchem. Ich rzęsy również były pomalowane na złoto.

– Czy chciałaby pani coś powiedzieć, miss? – spytał mężczyzna, przyglądając się jej sfałszowanym dokumentom.

– A może wprowadzić jakieś zmiany do swoich danych? – podpowiedziała kobieta, gładząc formularz.

Oboje wzbudzali w Ofelii tak organiczną niechęć, że aż się cofnęła. W rezultacie ślubu z Thornem, w ramach którego podzielili się swoimi mocami rodzinnymi, otrzymała od męża szpony Smoków. W jej przypadku nie były niebezpieczne, ale potrafiły spłatać figla, kiedy wpadała w złość. Genealodzy jej nie znali, za to ona znała ich. Wcale nie zależało im na dobru miasta, chcieli stać się tym, czym stała się Eulalia Boogue. Ofelia musiała pozostać dla nich małą, nieistotną cudzoziemką, inaczej ściągnie na siebie i Thorna kłopoty.

Przełknęła ślinę, a wraz z nią dumę i szpony.

– Nie.

– No więc? – nie dawali za wygraną Genealodzy, znów zwracając się do Elizabeth. – Przyjmujesz naszą ofertę, obywatelko?

– Milady, milordzie... to będzie dla mnie zaszczyt.

Kobieta wyjęła zza gorsu umowę, którą następnie rozwinęła na ladzie stanowiska. Mężczyzna podał Elizabeth pióro.

Zwiastunka złożyła swój podpis.

– Good girl.

Po tych słowach, które każde z nich szepnęło Elizabeth na ucho, Genealodzy oddalili się, trzymając za ręce i powiewając złotymi szatami. Młoda Faraonka podążała za parą, zachowując odpowiedni odstęp. Ofelia zdała sobie sprawę, że w ich obecności całkiem zaschło jej w gardle.

Elizabeth przetarła chustką czoło, do którego zaczęły jej się przyklejać włosy.

– Może... Nie wiem, może za szybko podpisałam?

– Czego dotyczyła ta oferta? – zapytała Ofelia.

Nagle rozległ się prawdziwy koncert protestów. Teraz, kiedy Genealodzy byli daleko, wszystkie osoby w kolejce traciły cierpliwość. Stary Źródlarz groził, że wywoła burzę, Elizabeth zaś wciąż była nieco otumaniona.

– To poufne, nie mogę o tym mówić. Naprawdę za szybko podpisałam.

Dziewczyna mrugała oczami zdezorientowana, aż Ofelii zrobiło się jej żal.

– Ta Faraonka o to zadbała.

– Dla twojego dobra nie uznam tego za sugestię, że doszło do jakiejkolwiek manipulacji – ostrzegła Ofelię Elizabeth, z surową miną oddając jej dokumenty. – Mówimy o Lordach z LUX-u. To niebywale poważne oskarżenie, szczególnie ze strony osoby, której dokumenty budzą wątpliwości. Będziesz musiała zgłosić się z nimi do sądu.

Zwiastunka nie dała Ofelii czasu na reakcję, tylko przechyliła się nad ladą i przyłożyła jej pieczątkę do czoła.

– Żartuję. Jak na razie wszystko w porządku. Jeszcze tylko badanie lekarskie i możesz wracać do domu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki