Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Poznajcie lek na ludzką zarazę
W odizolowanej od świata posiadłości, najdalej na północy, jak to tylko możliwe, umarł lekarz barona. Jego zastępca musi rozwiązać zagadkę: odkryć, jak to się stało, że Instytut stracił z oczu jedno ze swoich licznych ciał.
Przez setki lat Międzyprowincjonalny Instytut Medyczny rósł w siłę, zapuszczając korzenie w młodych umysłach i przekształcając je w lekarzy, którzy zastąpili wszystkich ludzkich medyków. Instytut chce pomagać ludzkości, leczyć i kroić, tulić i chronić cały gatunek przed apokaliptycznym koszmarem rozpętanym przez przodków.
Na skutej lodem północy należące do Instytutu ciało odkryje rywala, który chce zająć najwyższy szczebel ewolucyjnej drabiny. Pasożyta, który rozplenił się w zamku barona, mrocznym przybytku pełnym sekretów, kłamstw, przemocy i strachu. Ta dwójka stoczy wojnę, a polem bitwy stanie się ludzkie ciało. Ktokolwiek wygra, ludzkość czeka kolejna klęska.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 412
księga I
Przymierze
1690
Doro odkrył tę kobietę przypadkiem, gdy wybrał się sprawdzić, co zostało z jednej z jego wiosek hodowlanych. Wieś była dobrym miejscem do życia, otaczało ją ogrodzenie z gliny i piasku, za którym rozciągała się sawanna porośnięta gdzieniegdzie drzewami. Ale już zbliżając się do wioski, zdał sobie sprawę, że jest opustoszała. Jeszcze przed nim dotarli do niej handlarze niewolników. Z bronią w ręku, pchani chciwością, w kilka godzin zniweczyli dzieło tysiąca lat. Mieszkańców nie popędzili z wioski, tylko krwawo wymordowali. Doro znalazł ludzkie kości, włosy, kawałki wyschniętego mięsa pominięte przez padlinożerców. Stanął nad maleńkim ludzkim szkieletem – kośćmi dziecka – i zastanawiał się, dokąd zabrano ocalałych. Do której z kolonii Nowego Świata? Jak daleką musiałby odbyć podróż, aby znaleźć niedobitków niegdyś zdrowego, pełnego żywotnych sił ludu?
W końcu chwiejnym krokiem odszedł z cmentarzyska, pełen goryczy i gniewu, nie wiedział, dokąd idzie, ani specjalnie się nad tym nie zastanawiał. Duma nakazywała mu chronić swój lud. Może nie poszczególnych jego członków, ale całe grupy. Byli wobec niego lojalni i posłuszni, a on dawał im ochronę.
Poniósł porażkę.
Powędrował na południowy zachód w stronę lasu, tak jak przybył – samotny, nieuzbrojony, bez zapasów, godząc się na sawannę, a później na las tak łatwo, jak godził się na każdy inny teren. Umarł już kilka razy – zabity przez chorobę, zwierzęta, wrogich ludzi. To nie był przyjazny kraj. Mimo to szedł dalej na południowy zachód, bez namysłu oddalał się od odcinka wybrzeża, gdzie przecież czekał na niego statek. Po chwili uświadomił sobie, że naprzód nie pcha go gniew na utratę hodowlanej wioski. Pchało go coś nowego – jakiś impuls, uczucie, porywała go fala myśli. Mógł z łatwością stawić mu opór, ale tego nie robił. Czuł, że odrobinę dalej, już bardzo blisko, coś na niego czeka. Ufał takim przeczuciom.
Nie zapuszczał się tak daleko na zachód od kilkuset lat, dlatego miał pewność, że cokolwiek czy też kogokolwiek znajdzie, będzie dla niego nowym odkryciem – nowym i potencjalnie wartościowym. Szedł, nie zwalniając kroku.
Przeczucie stawało się coraz silniejsze, nabierało wyrazu, zmieniało się w sygnał, który zazwyczaj spodziewałby się odebrać tylko od ludzi sobie znanych – takich jak jego utraceni wieśniacy, których teraz powinien wytropić, zanim zmuszą ich do zmieszania nasienia z obcymi, a tym samym do przekazania innym tych wyjątkowych cech, które w nich cenił. Dalej jednak zmierzał na południowy zachód, powoli zbliżając się do swojej zdobyczy.
***
Anyanwu miała słuch i wzrok dużo ostrzejsze niż inni. Celowo uwrażliwiła te zmysły po tym, jak pierwszy raz podkradli się do niej uzbrojeni ludzie – z maczetami gotowymi do ciosu, z jasnymi zamiarami. Tamtego strasznego dnia musiała zabić siedem razy – siedmiu przerażonych mężczyzn, którzy mogli uniknąć śmierci – i niemal sama wtedy zginęła, tylko dlatego, że pozwoliła, by zaszli ją ukradkiem. Nigdy więcej.
Teraz na przykład była w pełni świadoma, że buszem nieopodal skrada się ten samotny intruz. Trzymał się w ukryciu, podkradał do niej niczym dym, ale słyszała go, śledziła go słuchem.
Nie dając nic po sobie poznać, dalej zajmowała się ogródkiem. O ile tylko wiedziała, gdzie intruz się znajduje, nie bała się go. Może opuści go odwaga i sobie pójdzie? A tymczasem jej taro i zioła zarosły chwastami. Jej zioła były inne, nie takie, jakie tradycyjnie uprawiał i zbierał jej lud. Ona hodowała je, by leczyć przyprowadzanych do niej chorych. Często nie musiała stosować żadnych wyjątkowych środków, ale nie zdradzała się z tym. Służyła swoim współplemieńcom, przynosząc im ulgę w bólu i chorobie. Do tego pozwalała im rozpowiadać wśród sąsiednich plemion o jej mocach. Była wyrocznią. Kobietą, przez którą przemawia bóg. Obcy przybysze słono płacili za jej usługi. Płacili jej ludowi, a potem płacili jej. Tak być powinno. Ludzie z jej plemienia rozumieli, że jej obecność przynosi im korzyści i że słusznie lękają się jej mocy. I to ją zazwyczaj przed nimi chroniło – a ich przed nią. Od czasu do czasu jednak któryś z nich pokonywał strach i znajdował powód, by zakończyć jej długie życie.
Intruz się zbliżał, nadal jednak trzymał się w ukryciu. Nikt o uczciwych zamiarach tak by się nie skradał. Kim był? Złodziejem? Mordercą? Kimś, kto obarczał ją winą za śmierć pobratymca albo za inne nieszczęście? W jej przeróżnych młodościach wielokrotnie obwiniano ją o powodowanie nieszczęść. Musiała połykać truciznę, gdy sprawdzano, czy nie jest czarownicą. Za każdym razem dobrowolnie poddawała się próbie, wiedząc, że na nikogo nie rzuciła czarów – i że żaden zwykły człowiek z jego skąpą znajomością trucizn nie potrafi wyrządzić jej krzywdy. A ona miała o nich wiedzę wielką, przyjęła ich więcej w ciągu długiego życia, niż ktokolwiek z jej ludu mógłby sobie wyobrazić. Za każdym razem przechodziła próbę zwycięsko, a ośmieszeni oskarżyciele musieli płacić grzywnę za fałszywe zarzuty. W każdym z żywotów, kiedy się starzała, ludzie przestawali ją oskarżać – choć nie wszyscy przestawali wierzyć, że jest czarownicą. Niektórzy postanawiali wziąć sprawy w swoje ręce i zabić ją bez względu na próby czarów.
Intruz w końcu wkroczył na wąską ścieżkę i zbliżał się do niej otwarcie – już miał dość szpiegowania. Podniosła wzrok, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z jego obecności.
Był to obcy przybysz, postawny mężczyzna, wyższy niż większość znanych jej ludzi i szerszy w barach. Skórę miał ciemną jak jej skóra, twarz szeroką, urodziwą, lekko się uśmiechał. Był młody – pomyślała, że nie ma jeszcze trzydziestu lat. Z pewnością był zbyt młody, by stanowić dla niej jakiekolwiek zagrożenie. Mimo to coś ją w nim niepokoiło, być może fakt, że się tak nagle ujawnił po długiej wędrówce w ukryciu. Kim był? Czego chciał?
Kiedy podszedł już dostatecznie blisko, przemówił do niej, a ona w zakłopotaniu uniosła brwi. Były to obce słowa, całkiem dla niej niezrozumiałe, coś jednak brzmiało w nich znajomo – jakby powinna je rozumieć. Podniosła się, skrywając niezwykłą dla siebie nerwowość.
– Kim jesteś? – zapytała.
Przybysz nieznacznie uniósł głowę, gdy mówiła, wydawało się, że jej słucha.
– Jak mamy rozmawiać? Musisz pochodzić z daleka, skoro twoja mowa tak się różni od naszej – zauważyła.
– Z bardzo daleka – przyznał w jej własnym języku. Jego słowa brzmiały teraz dla niej całkiem zrozumiale, chociaż mówił z akcentem, który przypominał jej mowę ludzi sprzed wielu, wielu lat, kiedy była prawdziwie młoda. Nie podobał jej się. Wszystko w nim sprawiało, że czuła się nieswojo.
– Czyli potrafisz mówić w moim języku – stwierdziła.
– Przypominam sobie tę mowę. Już od bardzo dawna się nią nie posługiwałem. – Podszedł bliżej, uważnie się w nią wpatrując. W końcu się uśmiechnął i pokręcił głową. – Nie jesteś zwykłą starą kobietą – stwierdził. – Być może wcale nie jesteś stara.
Cofnęła się, zbita z tropu. Skąd mógł o niej cokolwiek wiedzieć? Jak mógł cokolwiek zgadywać tylko na podstawie jej wyglądu i kilku wypowiedzianych słów?
– Jestem stara – odparła, ukrywając strach za złością. – Mogłabym być matką twojej matki! – Mogła być przodkinią matki jego matki. Ale tę myśl już zachowała dla siebie. – Kim jesteś? – zapytała jeszcze raz.
– Ja mógłbym być ojcem twojej matki – odpowiedział.
Znowu cofnęła się o krok, starając się opanować narastający lęk. Ten człowiek był kimś innym, niż się wydawał. Powinna odebrać jego słowa jako drwinę, niedorzeczność, a jednak odczytała je inaczej – ujawniały równie wiele i równie niewiele, jak jej własne.
– Bądź spokojna – powiedział. – Nie mam złych zamiarów.
– Kim jesteś? – powtórzyła z naciskiem.
– Jestem Doro.
– Doro? – Jeszcze dwukrotnie wymówiła to obce słowo. – Czy to imię?
– To moje imię. W mowie mojego ludu oznacza wschód, stronę, gdzie wstaje słońce.
Chwyciła się za głowę.
– To jakaś sztuczka – stwierdziła. – Ktoś się z tego śmieje.
– Sama wiesz lepiej. Kiedy ostatni raz obawiałaś się zwykłej sztuczki?
Tak dawno, że już nawet nie pamiętała kiedy. Miał rację. Ale ich imiona… Ta zbieżność była niczym znak.
– Wiesz, kim jestem? – zapytała. – Zjawiłeś się tu nieprzypadkowo czy…?
– Przyszedłem tu do ciebie. Nie wiedziałem o tobie nic oprócz tego, że jesteś kimś niezwykłym i że cię tu odnajdę. Świadomość twojego istnienia kazała mi mocno zboczyć z drogi.
– Świadomość?
– Miałem przeczucie… Ludzie odmienni tak jak ty w pewien sposób mnie przyciągają, wzywają mnie, nawet z bardzo daleka.
– Ja ciebie nie wzywałam.
– Istniejesz i jesteś inna. To wystarczyło, by mnie przyciągnąć. A teraz powiedz mi, kim jesteś.
– Musisz być chyba jedynym człowiekiem w tych stronach, który o mnie nie słyszał. Jestem Anyanwu.
Powtórzył jej imię i ze zrozumieniem spojrzał w niebo. Jej imię oznaczało słońce. Słońce: Anyanwu. Pokiwał głową.
– Nasze ludy minęły się o szmat czasu i przestrzeni, Anyanwu, a jednak zdołały nadać nam dobre imiona.
– Jakby spotkanie było nam przeznaczone. Z jakiego ludu pochodzisz, Doro?
– Za moich czasów zwano go Kush. Jego ziemia leży na wschód stąd. Urodziłem się jako członek tamtego plemienia, ale nie ma mnie z nimi już od wielu lat. Nie widziałem mojego ludu bardzo długo, być może dwanaście razy tyle, ile ty żyjesz na świecie. Kiedy miałem trzynaście lat, rozdzielono mnie od krewnych. Teraz moim plemieniem są ci, którzy pozostają wobec mnie lojalni.
– Czyli uważasz, że wiesz, ile mam lat? – zapytała. – Tego nie wie o mnie nawet mój lud.
– Bez wątpienia przenosiłaś się z miasta do miasta, by pomóc im zapomnieć. – Rozejrzał się, dostrzegł nieopodal przewrócone drzewo. Podszedł do pnia i przysiadł na nim. Anyanwu ruszyła za nieznajomym niemal wbrew własnej woli. Ten człowiek, chociaż mącił jej w głowie i budził obawy, również ją intrygował. Od bardzo dawna nie przytrafiło jej się nic, co nie zdarzyłoby się już wcześniej – i to wielokrotnie. Przybysz przemówił znowu.
– Ja w żaden sposób nie ukrywam swojego wieku – powiedział – a jednak mój lud woli nie pamiętać, ile mam lat. Ponieważ ani nie może mnie zabić, ani stać się taki jak ja.
Stanęła nad nim i uważnie mu się przyjrzała. Najwyraźniej oznajmiał, że jest jak ona – długowieczny i potężny. Przez wszystkie lata życia nie spotkała ani jednej podobnej do niej osoby. Już dawno przestała takich szukać, zaakceptowała swoją samotność. Ale teraz…
– Mów dalej – poprosiła. – Masz mi dużo do powiedzenia.
Przyglądał się jej, wpatrywał się w jej oczy z ciekawością, którą większość osób starała się przed nią ukryć. Ludzie mówili, że miała oczy jak niemowlę – ich biel była zbyt biała, ich brąz zbyt głęboki, zbyt czysty. Żaden dorosły człowiek, a z pewnością żadna stara kobieta nie powinna mieć takich oczu, mówili. I unikali jej spojrzenia. Oczy Dora były całkiem zwyczajne, ale wpatrywał się w nią tak, jak gapiły się dzieci. Bez lęku i najpewniej bez wstydu.
Zaskoczył ją, ujmując jej dłoń i pociągając, żeby usiadła obok niego na pniu. Z łatwością mogłaby cofnąć rękę, ale nie cofnęła.
– Przebyłem dzisiaj długą drogę – wyjaśnił. – To ciało potrzebuje odpoczynku, jeśli ma dalej mi służyć.
Obracała w myślach jego słowa. „To ciało potrzebuje odpocząć”. Jak dziwnie je dobierał.
– Przybyłem na te ziemie około trzystu lat temu – ciągnął. – Szukałem grupy mojego ludu, która zgubiła drogę, ale wybito ich, zanim ich odnalazłem. Twojego ludu wtedy jeszcze tutaj nie było, a ty jeszcze nie przyszłaś na świat. Wiem to, ponieważ twoja odmienność jeszcze mnie wtedy nie wzywała. Sądzę, że drogi mojego i twojego plemienia kiedyś się przecięły, a ty jesteś tego owocem.
– Chcesz powiedzieć, że twoi współplemieńcy mogą być moimi krewnymi?
– Tak. – Wpatrywał się bacznie w jej twarz, być może szukając jakiegoś podobieństwa. Nie znalazłby jednak. Twarz, którą nosiła, nie była jej prawdziwą twarzą.
– Twój lud przekroczył Niger – powiedział z wahaniem, marszcząc czoło – a potem nadał tej rzece jej właściwą nazwę: Orumili. Ostatni raz, kiedy ich widziałem, żyli jeszcze na ziemiach za rzeką, w Beninie.
– Przekroczyliśmy rzekę dawno temu – odparła. – Dzieci urodzone w tamtym czasie już się zestarzały i umarły. Przed przejściem byliśmy Ado i Idu, poddanymi Beninu. Potem walczyliśmy z Beninem i przekroczyliśmy rzekę do Onitshy, aby stać się wolnym ludem, by nie mieć nad sobą panów.
– A co się stało z plemieniem Oze, które mieszkało tu przed wami?
– Niektórzy uciekli. Inni zostali naszymi niewolnikami.
– Czyli wypędzono was z Beninu, a potem wy wypędziliście stąd innych albo wzięliście ich w niewolę?
Anyanwu odwróciła wzrok.
– Lepiej być panem niż niewolnikiem – odparła głosem pozbawionym emocji.
Tak powiedział jej mąż z czasów migracji – pan wielkiego gospodarstwa, mający wiele żon, dzieci i niewolników. Anyanwu natomiast niewolnicą była w życiu dwukrotnie i uciekła wyłącznie dzięki temu, że całkowicie zmieniła postać i znalazła męża w innym mieście. Wiedziała, że niektórzy ludzie są panami, a inni niewolnikami. Zawsze tak było. Ale jej własne doświadczenie nauczyło ją nienawidzić niewolnictwa. W ostatnich latach nawet bycie dobrą żoną sprawiało jej trudność, ponieważ kobiety musiały pochylać głowę przed mężem i być mu posłuszną. Lepiej było być kimś takim jak ona – kapłanką, która przemawiała głosem boga, której się bano i której słuchano. I co z tego wyszło? Sama stała się kimś w rodzaju pana.
– Czasem trzeba być panem, aby nie stać się niewolnikiem – powiedziała cicho.
– Owszem – zgodził się.
Rozmyślnie zwróciła myśli ku sprawom, które podsunął jej w rozmowie. Na przykład ku swojemu wiekowi. Nie mylił się. Miała około trzystu lat – żaden z jej współplemieńców by w to nie uwierzył. A on powiedział coś jeszcze – coś, co ożywiło jej najstarsze wspomnienia. Gdy była dziewczynką, szeptano, że jej ojciec nie mógł spłodzić dzieci, że była córką nie tylko innego mężczyzny, ale w dodatku obcego przybysza, który zatrzymał się tam w drodze. Zapytała o to matkę i po raz pierwszy i jedyny w całym jej życiu matka ją uderzyła. Od tamtej pory przyjmowała tę historię jako prawdziwą. Ale nigdy nie zdołała dowiedzieć się niczego o tym obcym przybyszu. Niewiele ją to obchodziło – mąż jej matki uznawał ją za córkę i był dobrym człowiekiem – zawsze jednak zastanawiała się, czy plemię tego obcego nie przypominało jej bardziej.
– Żaden nie przeżył? – zapytała Dora. – Z tych moich… współplemieńców?
– Żaden.
– W takim razie nie byli do mnie podobni.
– Mogli się tacy stać po wielu pokoleniach. Nie tylko ich dzieckiem jesteś. Twoi krewni z Onitshy też musieli być na swój sposób wyjątkowi.
Anyanwu powoli pokiwała głową. Mogła wymienić kilka powodów, dla których jej matka była wyjątkowa. Miała pozycję i wpływy, mimo plotek, jakie o niej krążyły. Jej mąż był członkiem szanowanego klanu, słynącego z magicznych mocy, ale w domu to matka Anyanwu zajmowała się czarami. Miewała niezwykle dokładne prorocze sny. Przygotowywała lekarstwa, by leczyć choroby i chronić ludzi przed złem. Na targu żadna kobieta nie handlowała lepiej. Matka doskonale wiedziała, jak się targować – jakby potrafiła czytać w myślach tych innych kobiet. Stała się bardzo bogata.
Mówiono, że w klanie Anyanwu, czyli w klanie męża jej matki, byli tacy, którzy, kiedy tylko chcieli, umieli zmieniać postać, przyjmować kształt zwierząt, ale Anyanwu nie dostrzegła w nich nigdy takiej dziwnej mocy. To jej matka była osobliwa, z matką połączyła Anyanwu bliskość i porozumienie serc znacznie silniejsze niż zazwyczaj między matką i córką. Z matką spajała ją jedność ducha, rzeczywiście czytały nawzajem swoje myśli i uczucia, uważały jednak, by nie robić tego ostentacyjnie przy innych. Kiedy Anyanwu coś bolało, matka, zajęta handlowaniem daleko na jakimś targu, natychmiast o tym wiedziała i wracała do domu. Z własnymi dziećmi i z trzema mężami łączyło Anyanwu zaledwie blade echo tej pierwotnej bliskości. Poza tym od wielu lat szukała w swoim klanie, w klanie matki i w innych choćby cienia osobliwości, która odróżniała ją najbardziej – daru zmiany kształtów. Wysłuchała już wielu przerażających opowieści, ale nie spotkała nikogo, kto jak ona potrafiłby objawić tę moc. Chyba że właśnie teraz to się zmieniło. Spojrzała na Dora. Co takiego czuła, gdy na niego patrzyła – jaką osobliwość? Nie dzieliła z nim myśli, ale było w nim coś, co przypominało jej matkę. Jakiś duch.
– Jesteś moim współplemieńcem? – zapytała.
– Nie – odparł. – Ale twoi współplemieńcy byli wobec mnie lojalni. A to niemało.
– Czy właśnie dlatego skierowałeś się tutaj, kiedy… moja odmienność cię przyciągnęła?
Pokręcił głową.
– Przyszedłem zobaczyć, kim jesteś.
Zmarszczyła czoło, nagle stała się ostrożna.
– Jestem sobą. Przecież mnie widzisz.
– A ty widzisz mnie. Sądzisz, że widzisz już wszystko?
Nie odpowiedziała.
– Kłamstwa odbieram jako obrazę, Anyanwu, a to, jaką cię widzę, jest kłamstwem. Pokaż mi, kim jesteś naprawdę.
– Nie zobaczysz niczego innego!
– Boisz mi się pokazać?
– Nie. – To nie był strach. W takim razie co? Całe życie ukrywania się, nakazywania sobie, by nigdy nie zabawiać się swoim darem przy obcych, nigdy nie pokazywać mocy jak zwykłych sztuczek, nigdy nie dać swojemu plemieniu, ani żadnemu innemu, poznać pełni jej potęgi, chyba że w walce o własne życie. Czy miała teraz zerwać z tą tradycją tylko dlatego, że prosił ją o to jakiś obcy? Niby dużo mówił, ale co takiego właściwie ujawnił o sobie? Nic.
– Czy moje skrywanie może być kłamstwem, skoro twoje nie jest? – zapytała.
– Moje jest – przyznał.
– To pokaż mi, kim jesteś. Okaż mi zaufanie, tak jak prosisz, bym zaufała tobie.
– Ja ci ufam, Anyanwu, ale wiedza, kim jestem, tylko by cię przeraziła.
– Czyli masz mnie za dziecko? – zapytała gniewnie. – Jesteś moją matką, która musi ochraniać mnie przed prawdami dorosłych?
Nie pozwolił, by jej słowa go uraziły.
– Większość członków mojego ludu jest mi wdzięczna, że chronię ich przed moją prawdą – wyjaśnił.
– Tak mówisz. Ale ja jeszcze niczego nie zobaczyłam.
Wstał, a ona stanęła na wprost niego, jego cień w pełni pochłaniał jej drobną postać staruszki. Była od niego prawie dwa razy mniejsza, ale stawanie twarzą w twarz z ludźmi nad nią górującymi nie było dla niej niczym nowym, podobnie jak zmuszanie ich słowem, by wypełniali jej wolę, czy też bicie ich, aż stawali się posłuszni. Tak naprawdę mogła stać się równie postawna jak rosły mężczyzna, ale wolała zwodzić ludzi drobnym kształtem. Najczęściej obcy czuli się przy niej swobodnie, bo wydawała się nieszkodliwa. Poza tym wtedy nie doceniali jej ewentualni napastnicy.
Doro spoglądał na nią z góry.
– Czasem dziecko musi się sparzyć, by nauczyło się nie igrać z ogniem – odparł. – Pójdź ze mną do jednej z osad twojego miasta1, Anyanwu. Tam ci pokażę to, co jak sądzisz, chcesz zobaczyć.
– Co zamierzasz zrobić? – zapytała ostrożnie.
– Pozwolę ci kogoś wybrać. Wroga, albo po prostu kogoś bezużytecznego, bez kogo twój lud może się spokojnie obejść. A potem go zabiję.
– Zabijesz go?!
– Zabiję, Anyanwu. Właśnie w ten sposób zachowuję młodość i siłę. Mogę zrobić tylko jedno, by pokazać ci, kim jestem: zabić człowieka i nosić jego ciało jak odzienie. – Westchnął. – To nie jest ciało, w którym się urodziłem. Nie jest też dziesiątym, jakie nosiłem, ani setnym, ani nawet tysięcznym. Twój dar ma naturę raczej łagodną. Mój taki nie jest.
– Jesteś duchem! – wykrzyknęła przestraszona.
– Mówiłem, że dziecko z ciebie – odparł. – Widzisz, jak się wystraszyłaś?
Był jak ogbanje, zły duch dziecka, które rodzi się jednej kobiecie po wielokroć, tylko po to, by umrzeć i przynieść matce cierpienie. Kobieta nękana przez ogbanje może rodzić w bólach wiele razy, a i tak zostać bez żadnego dziecka. Ale Doro był dorosły. Nie wciskał się z powrotem do łona matki i z niego nie wychodził. Nie pragnął ciał dzieci. Wolał kraść ciała mężczyznom.
– Jesteś duchem! – powtórzyła głosem drżącym z przerażenia.
Zarazem w myślach zastanawiała się, czemu tak łatwo przyjmuje jego słowa na wiarę. Sama znała wiele sztuczek, wiele zastraszających kłamstw. Dlaczego reagowała teraz jak każdy sprowadzony przed nią nic nierozumiejący obcy, który wierzy, że przemawia przez nią bóg. A mimo to wierzyła – i czuła lęk. Ten człowiek był dużo bardziej niezwykły niż ona. Ten człowiek nie był człowiekiem.
Kiedy nieoczekiwanie dotknął lekko jej ramienia, krzyknęła.
Skrzywił się z niesmakiem.
– Kobieto, jeśli takimi krzykami sprowadzisz tu swoich ludzi, nie będę miał innego wyboru, jak tylko zabić któregoś z nich.
Zamarła, wierząc również w to.
– Zabiłeś kogoś w drodze tutaj? – zapytała szeptem.
– Nie. Robiłem, co mogłem, żeby unikać zabijania, mając ciebie na względzie. Pomyślałem, że możesz mieć tutaj rodzinę.
– Całe pokolenia. Synów i synów tych synów, a nawet ich synów.
– Nie chciałbym zabić jednego z twoich synów.
– Dlaczego? – Poczuła ulgę, ale i ciekawość. – Są dla ciebie ważni?
– A jakbyś mnie przyjęła, gdybym przyszedł tutaj ubrany w ciało jednego z twoich synów?
Cofnęła się, nawet nie wiedząc, jak mogłaby to sobie wyobrazić.
– Widzisz? Poza tym twoich dzieci nie powinno się marnować. Mogą być dobrym… – powiedział jakieś słowo w obcym języku.
Usłyszała je wyraźnie, ale nic dla niej nie znaczyło. Słowem, którego użył, było „seed”2.
– Co to jest „seed”? – zapytała.
– To ludzie zbyt cenni, by ich zabijać od niechcenia – odparł. Po czym dodał ciszej: – Musisz pokazać mi, kim jesteś.
– Jaką wartość mają dla ciebie moi synowie?
Długo spoglądał na nią w milczeniu, a potem odparł cicho jak wcześniej:
– Być może będę musiał do nich pójść, Anyanwu. Być może będą bardziej ulegli niż ich matka.
Nie potrafiła sobie przypomnieć, by ktokolwiek groził jej kiedyś równie łagodnie – i równie skutecznie. Jej synowie…
– Chodź – wyszeptała. – Jesteśmy za bardzo na widoku, bym ci cokolwiek pokazała.
***
Ze skrywanym podekscytowaniem Doro ruszył za tą drobną, zasuszoną kobietą do jej maleńkiego obejścia. Otaczający je mur – z czerwonej gliny, wysoki na sześć stóp – miał zapewnić im prywatność, której Anyanwu potrzebowała.
– Moi synowie na nic ci się nie zdadzą – powiedziała mu, gdy szli. – To dobrzy ludzie, ale wiedzę mają nikłą.
– Nie są jak ty? Żaden z nich?
– Żaden.
– A twoje córki?
– One też nie. Obserwowałam je bacznie, aż odeszły ze swoimi mężami do ich miast. Są jak moja matka. Potrafią wywierać wielki wpływ na mężów i na inne kobiety, ale nic poza tym nie umieją. Żyją i umierają.
– Umierają?
Otworzyła drewnianą furtę i poprowadziła go za mur. Potem zamknęła furtę za nim.
– Umierają – przyznała smutno. – Jak ich ojcowie.
– Może gdyby twoi synowie brali za żony twoje córki…
– Ohyda! – krzyknęła wystraszona. – Nie jesteśmy tutaj zwierzętami, Doro!
Wzruszył ramionami. Przez większość życia musiał ignorować takie protesty i sprawiać, że protestujący zmieniali zdanie. W starciu z nim ludzie rzadko trzymali się do końca swoich zasad. Na razie jednak należało postępować łagodnie. Ta kobieta była cenna. Gdyby miała choć w połowie tyle lat, ile mówiła, byłaby najstarszą osobą, jaką znał – a mimo to była całkiem żwawa. Pochodziła z ludu, którego wyjątkowa długowieczność, odporność na choroby i kiełkujące wyjątkowe zdolności sprawiały, że był dla niego bardzo cenny. Z ludu, który jak wiele innych padł ofiarą handlarzy niewolników lub wrogich plemion. Takich ludzi jak ona było teraz bardzo niewielu. Tej ocalałej kobiecie, tej mającej szczęście hybrydzie o drobnym ciele nic nie może się stać. Przede wszystkim należy ją chronić przed samym Dorem. Nie może jej zabić w gniewie ani przez przypadek – a nieszczęśliwe przypadki w tym kraju zdarzają się bardzo łatwo. Musi ją zabrać ze sobą do jednej z bezpieczniejszych osad hodowlanych. Niewykluczone, że dzięki tej swojej osobliwości nadal może rodzić dzieci, a z mężczyznami o dużych mocach, których potrafi jej zapewnić, może tym razem potomstwo okaże się jej warte? Jeśli nie, zawsze istnieją jej żyjące dzieci.
– Patrzysz, Doro? – zapytała. – Przecież sam chciałeś zobaczyć.
Skupił na niej uwagę, a ona zaczęła pocierać dłonie – dłonie o długich, zasuszonych, kościstych palcach niczym ptasie szpony. Gdy patrzył, zaczęły się wygładzać, wypełniać i odmładzać. Jej ręce i ramiona również zaczęły nabierać ciała, a jej obwisłe piersi podniosły się i zaokrągliły. Jej biodra także nabrały krągłości pod wiązaną przepaską, przez co nabrał ochoty, by zerwać z niej to okrycie. Na koniec dotknęła twarzy i wygładziła zmarszczki. Zniknęła stara blizna pod okiem. Ciało stało się gładkie i jędrne, a cała ona – uderzająco piękna.
Stała teraz przed nim, nie wyglądając nawet na dwadzieścia lat. Odchrząknęła i zapytała go łagodnym, kobiecym głosem.
– Wystarczy?
Przez dłuższą chwilę nie mógł oderwać od niej wzroku.
– To twoja prawdziwa postać, Anyanwu?
– Tak, to ja. I taka pozostanę, jeśli nie będę się postarzać ani zmieniać dla innych. Ta postać zawsze wraca do mnie z łatwością. Inne trudniej mi przyjmować.
– Inne?!
– A sądzisz, że mogę przyjmować tylko jedną? – Jej zmienne ciało zaczęło przybierać inny kształt. – Zmieniałam się w zwierzęta, by przerażać moje plemię, kiedy chciało mnie zabić – powiedziała. – Raz stałam się lampartem i groźnie na nich warczałam. Wierzą w takie rzeczy, ale nie chcą, by ich wiarę poddawać próbom. A raz stałam się świętym pytonem i nikt nie ośmielił się zrobić mi krzywdy. Postać pytona przyniosła mi szczęście. Potrzebowaliśmy deszczu, by uratować zbiory jamów, a kiedy byłam pytonem, deszcze nadeszły. Lud stwierdził, że moje czary są dobre, i wiele czasu minęło, zanim znowu chcieli mnie zabić. – Gdy to mówiła, zmieniała się w niskiego, umięśnionego mężczyznę.
Teraz Doro spróbował zdjąć z niej przepaskę, powolnym ruchem, żeby zrozumiała. Kiedy chwyciła go za dłoń, a potem, niemal bez wysiłku, prawie ją złamała, przez moment poczuł jej siłę. Gdy stłumił zaskoczenie i powstrzymał jęk bólu, sama rozwiązała węzeł przepaski i ją zdjęła. Przez kilka sekund większe wrażenie niż jej ciało robił na nim ten silny chwyt jakby od niechcenia, nie uszło jednak jego uwagi, że teraz stała się w pełni mężczyzną.
– Mogłabyś spłodzić dziecko? – zapytał.
– Z czasem. Nie teraz.
– A spłodziłaś już jakieś?
– Tak. Ale tylko dziewczynki.
Ze śmiechem pokręcił głową. Ta kobieta przerastała jego wyobraźnię.
– Dziwię się, że twoi współplemieńcy darowują ci życie.
– Sądzisz, że dałabym się zabić? – zapytała.
Znowu się roześmiał.
– Co więc zamierzasz zrobić, Anyanwu? Zostaniesz tutaj ze swoim ludem i będziesz przekonywać każde kolejne pokolenie, że najlepiej będzie, jeśli da ci spokój – czy pójdziesz za mną?
Z powrotem obwiązała się przepaską, a potem wpatrywała się w niego, a jej duże, zbyt przejrzyste oczy patrzyły zwodniczo łagodnym spojrzeniem na jego młodą, męską twarz.
– Tego właśnie chcesz? – zapytała. – Żebym z tobą poszła?
– Tak.
– Czyli właśnie dlatego tutaj przyszedłeś?
Pomyślał, że słyszy w jej głosie lęk, a pulsowanie w jego dłoni przekonało go, że nie wolno jej niepotrzebnie przerażać. Miała zbyt wielką moc. Mogła go zmusić, by ją zabił. Przemówił szczerze.
– Dałem się tu przyciągnąć, ponieważ wzięto w niewolę ludzi, którzy przysięgli mi lojalność – powiedział. – Poszedłem do ich wioski, żeby przesiedlić ich w bezpieczniejsze miejsce, ale zastałem tam… tylko to, co zostawili handlarze niewolników. Odszedłem, nie zastanawiając się, dokąd niosą mnie nogi. Kiedy dotarłem tutaj, byłem zaskoczony i po raz pierwszy od wielu dni zadowolony.
– Zdaje się, że całkiem często ktoś ci zabiera twoich ludzi.
– Bo tak właśnie jest. Dlatego teraz gromadzę ich w nowym miejscu, by żyli tam wszyscy bliżej siebie. Łatwiej będzie mi ich tam chronić.
– Ja zawsze sama siebie chroniłam.
– Owszem, widzę. Będziesz dla mnie bardzo cenna. Myślę, że innych potrafisz ochraniać równie dobrze, jak siebie.
– Mam zostawić swoje plemię, by pomóc ci ochraniać twoje?
– Powinnaś stąd odejść, by w końcu żyć z podobnymi sobie.
– Z kimś, kto zabija ludzi i okrywa się ich skórą? Nie jesteśmy do siebie podobni, Doro.
Doro westchnął i spojrzał na jej chatę – niewielki, prostokątny budynek, którego stromy, kryty strzechą dach opadał kilka stóp nad ziemię. Ściany ulepione były z tej samej gliny, co mur wokół gospodarstwa. Doro zastanawiał się, czy ta czerwona ziemia jest z tej samej gliny, którą widział w siedzibach Indian w południowo–zachodnich regionach Ameryki Północnej. Przede wszystkim jednak był ciekaw, czy Anyanwu ma w chacie posłania, pożywienie i wodę. Był już zbyt zmęczony i głodny, by się dalej spierać z tą kobietą.
– Daj mi jeść, Anyanwu – poprosił. – Wtedy będę miał siłę nakłonić cię, żebyś stąd odeszła.
Wydawała się zaskoczona, a potem roześmiała się, ale jakby z niechęcią. Przyszło mu na myśl, że nie chciała, by zostawał u niej na posiłek, w ogóle nie chciała, żeby został. Uwierzyła w to, co jej powiedział, i bała się, że ją nakłoni, by opuściła tę ziemię. Chciała – przynajmniej w pewnej mierze – żeby sobie poszedł. Z pewnością jednak była równocześnie zaintrygowana, zastanawiała się, co by się stało, gdyby porzuciła swój dom, poszła za tym obcym. Umysł miała zbyt żywy, zbyt czujny, by nie badał, nie zgłębiał, nie przysparzał jej od czasu do czasu kłopotów.
– Chociaż odrobinę jama, Anyanwu – poprosił z uśmiechem. – Nic dzisiaj nie jadłem. – Wiedział, że go nakarmi.
Bez słowa odeszła do innej, mniejszej chaty i wróciła z dwoma dużymi jamami. Potem zaprowadziła go do kuchni i podsunęła mu skórę jelenia, żeby na niej usiadł, ponieważ nie miał ze sobą nic oprócz przepaski na lędźwiach. Nadal w swojej męskiej postaci uprzejmie podzieliła się z nim orzechem koli i odrobiną wina palmowego. Następnie zaczęła przygotowywać posiłek. Oprócz jamów miała warzywa, wędzoną rybę i olej palmowy. Roznieciła ogień z tlących się węgielków w kamiennym trójnogu, który tworzył jej domowe palenisko, i wstawiła gliniany garnek z wodą, by się zagotowała. Zaczęła obierać jamy. Zamierzała je pokrojone gotować do miękkości, aż będzie je można roztłuc, jak lubiło jej plemię. Może ugotowałaby też zupę z warzyw, oleju i ryby, ale to zabrałoby więcej czasu.
– Co zwykle robisz, kiedy jesteś głodny? – zapytała zajęta pracą. – Kradniesz jedzenie?
– Tak – potwierdził. Kradł nie tylko jedzenie. Jeśli nie było wokół osób, które znał, albo jeśli poszedł do znanych sobie ludzi, którzy jednak nie przyjęli go gościnnie, po prostu brał jakieś nowe, silne, młode ciało. Żaden człowiek, żadna ludzka grupa nie potrafiłaby go przed tym powstrzymać. Nikt nie potrafił go powstrzymać przed niczym.
– Złodziej – oceniła Anyanwu z niesmakiem, który wydał się mu nie całkiem prawdziwy. – Kradniesz, zabijasz. Co jeszcze robisz?
– Buduję – odparł spokojnie. – Szukam ziemi dla ludzi, którzy są nieco inni albo wręcz bardzo odmienni. Wyszukuję ich, łączę w grupy, zaczynam tworzyć z nich nowy silny lud.
Wpatrywała się w niego zaskoczona.
– Pozwalają ci na to? Pozwalają ci, żebyś ich zabierał z ich plemion, od rodzin?
– Niektórzy zabierają rodziny ze sobą. Wielu nie ma nikogo bliskiego. Przez swoją odmienność żyją jak wygnańcy. Chętnie udają się ze mną.
– Zawsze?
– Dość często – odparł.
– A co, jeśli ludzie nie chcą z tobą iść? Co się dzieje, jeśli mówią: „Jakoś zbyt wielu twoich ludzi umiera, Doro. My sobie zostaniemy i będziemy dalej żyć tu, gdzie żyliśmy”?
Wstał i podszedł do drzwi prowadzących do drugiego pomieszczenia, gdzie z glinianych ścian wystawały dwa twarde, ale zapraszające podesty z posłaniem. Musiał się przespać. Ciało, które nosił, mimo że młode i silne, było tylko zwykłym ciałem. Jeśli będzie z nim postępował ostrożnie – zadba o odpoczynek i jedzenie, nie dopuści, by coś je zraniło – posłuży mu jeszcze kilka kolejnych tygodni. Jeśli jednak będzie je forsował, tak jak w drodze do Anyanwu, zużyje je dużo wcześniej. Wyciągnął przed siebie dłonie, wnętrzem do dołu, i nie był zdziwiony, że drżą.
– Anyanwu, muszę się przespać. Obudź mnie, kiedy posiłek będzie gotowy.
– Zaczekaj!
Jej ostry ton zatrzymał go, kazał mu spojrzeć przez ramię.
– Odpowiedz – zażądała. – Co się dzieje, kiedy ludzie nie idą za tobą?
To wszystko? Zignorował ją, wszedł na jeden z podestów, położył się na macie, która go przykrywała, i zamknął oczy. Zanim zasnął, wydawało mu się, że słyszy, jak ona wchodzi do tego pomieszczenia, a potem z niego wychodzi, ale nie zwracał na to uwagi. Już dawno odkrył, że ludzie dużo chętniej współpracują, jeśli im pozwala, by sami znajdowali odpowiedź na pytania takie jak jej. W istocie tylko głupcy musieli usłyszeć od niego odpowiedź, a ta kobieta głupia nie była.
Kiedy go obudziła, chatę wypełniał zapach strawy, a on poderwał się czujny i wygłodniały. Usiadł z nią, w zamyśleniu umył dłonie w misce z wodą, którą mu podała, a potem czubkami palców nabrał kawałki tłuczonego jama ze swojego talerza i zanurzył je we wspólnym garnku z ostrą zupą. Jedzenie było dobre i sycące i przez jakiś czas skupiał się na nim, ignorując Anyanwu, zauważył tylko, że również jadła i nie wydawała się chętna do rozmowy. Przypomniał sobie mgliście, że kiedy ostatnim razem przebywał pośród jej plemienia, między myciem rąk a jedzeniem następował jakiś mały religijny ceremoniał. Składana bogom ofiara z pożywienia i wina. Zapytał o ten rytuał, kiedy już zaspokoił pierwszy głód.
Spojrzała na niego.
– Jakim bogom okazujesz szacunek?
– Żadnym.
– Czemu?
– Sam sobie radzę – wyjaśnił.
Pokiwała głową.
– Widzę. Przynajmniej w dwóch sprawach. Ja też sama sobie radzę.
Uśmiechnął się nieznacznie, ale cały czas zastanawiał się, jakim wyzwaniem musi być choćby częściowe oswojenie kobiety z dzikiego nasienia, która sama sobie radzi od trzystu lat. Nie byłoby trudno skłonić ją, by z nim poszła. Miała synów, o których dobro drżała, a to czyniło ją wrażliwą na ciosy. Bez wątpienia mogła jednak sprawić, że pożałowałby decyzji, by zabrać ją ze sobą – szczególnie że była zbyt cenna, by ją zabijać, skoro tylko mógł ją oszczędzić.
– W oczach mojego ludu – powiedziała – otaczam bogów szacunkiem. Przemawiam jako głos bóstwa. Ale tak naprawdę… Przez długie lata nauczyłam się, że ludzie sami muszą być dla siebie bogami i wykuwać własny szczęśliwy los. Zło tak czy owak przyjdzie albo nie przyjdzie.
– Zupełnie nie tutaj jest twoje miejsce.
Westchnęła.
– Zawsze to w końcu słyszę. A ja jestem tu zadowolona, Doro. Miałam już dziesięciu mężów, którzy mówili mi, co robić. Po co miałabym brać jedenastego? Bo zabijesz mnie, jeśli odmówię? Czy właśnie tak mężczyźni biorą żony w twoich stronach – grożą im śmiercią? A może wcale nie potrafiłbyś mnie zabić? Może to sprawdźmy?
Zignorował jej wybuch, zauważył za to, że Anyanwu zakłada, że on chce ją dla siebie jako żonę. Było to naturalne założenie, być może nawet poprawne. Wcześniej zadawał sobie pytanie, z którym z jego plemienia powinna spółkować w pierwszej kolejności, ale teraz wiedział, że sam ją weźmie – przynajmniej na jakiś czas. Często przez kilka miesięcy, może przez rok, trzymał dla siebie ludzi o najsilniejszych mocach. Jeśli byli dziećmi, uczyli się widzieć w nim ojca. Jeśli byli mężczyznami, uczyli się być mu posłuszni jako panu. A jeśli były to kobiety, najlepiej przyjmowały go jako kochanka lub męża. Anyanwu była jedną z najatrakcyjniejszych kobiet, jakie znał. Zamierzał zabrać ją na posłanie jeszcze tej nocy i zabierać przez wiele przyszłych, aż dotrze z nią do wioski hodowlanej, którą tworzył w kolonii Nowy Jork pod panowaniem brytyjskim. Czy to jednak miałoby wystarczyć? Ta kobieta była rzadkim egzemplarzem. Odezwał się cicho:
– Czyli mam cię spróbować zabić, Anyanwu? Czemu? A ty zabiłabyś mnie, gdybyś mogła?
– Może mogę!
– Proszę bardzo. – Patrzył na nią, nie zwracając uwagi na przybraną przez nią męską postać. Jego spojrzenie przemawiało do kobiety we wnętrzu – taką przynajmniej miał nadzieję. Byłoby znacznie przyjemniej, gdyby przyszła do niego z własnej woli niż powodowana lękiem.
Nic na to nie odparła – jakby jego łagodność zbijała ją z tropu. To właśnie miał na celu.
– Byłoby nam dobrze ze sobą, Anyanwu. Nie chciałaś nigdy męża, który byłby ciebie wart?
– Masz o sobie wysokie mniemanie.
– O tobie również – inaczej by mnie tu nie było.
– Miałam już mężów, którzy byli wielkimi ludźmi – zaznaczyła. – Którzy zdobyli wiele zaszczytnych tytułów, dowiedli własnego męstwa, choć nie mieli żadnej wyjątkowej zdolności jak ty. Mam synów, którzy są kapłanami, z majątkiem, pozycją. Po co mi mąż, który musi polować na innych jak dzikie zwierzę?
Dotknął piersi.
– Ten człowiek przyszedł zapolować na mnie. Zaatakował mnie maczetą.
To ją na chwilę wstrzymało. Zadrżała.
– Mnie też przecięto w ten sposób… niemal na pół.
– I co zrobiłaś?
– Uleczyłam się. Nie sądziłam, że zabliźnię ranę tak szybko.
– Miałem na myśli, co zrobiłaś z człowiekiem, który cię pociął.
– Z ludźmi. Siedmiu ich przyszło mnie zabić.
– Co zrobiłaś, Anyanwu?
Wydawało się, że kuli się w sobie na to wspomnienie.
– Zabiłam ich – wyszeptała. – Aby dać ostrzeżenie innym i dlatego, że… kipiałam gniewem.
Doro siedział i uważnie jej się przyglądał, widział ból, jaki pojawił się w jej oczach na ten przywołany obraz. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz czuł ból, zabijając człowieka. Gniew – być może, kiedy człowiek pełen mocy i potencjału staje się zbyt butny i wtedy należy go zniszczyć – w takich wypadkach czuł gniew na to marnotrawstwo. Ale nie ból.
– Widzisz? – zapytał cicho. – Jak ich zabiłaś?
– Własnymi rękami. – Rozłożyła je przed sobą, zwykłe dłonie, teraz nawet nie były tak okropnie brzydkie, jak te wcześniej, u starej kobiety. – Kipiałam gniewem – powtórzyła. – Od tamtej pory uważam, żeby się za bardzo nie rozgniewać.
– Ale co zrobiłaś?
– A po co ci te wszystkie haniebne szczegóły? – zapytała ostro. – Zabiłam ich. Nie żyją. Byli z mojego plemienia i ich zabiłam!
– A czemu to haniebne, skoro zabiłaś kogoś, kto chciał zabić ciebie?
Milczała.
– Bez wątpienia nie tylko tych siedmiu zabiłaś.
Westchnęła, wpatrując się w ogień.
– Kiedy mogę, po prostu ich odstraszam, a zabijam tylko, gdy mnie do tego zmuszają. Najczęściej już przychodzą wystraszeni i łatwo ich przepędzić. Dbam, żeby tutejsi ludzie za moją sprawą się bogacili i żeby nikt stąd jeszcze przez wiele lat nie chciał mnie zabić.
– Powiedz, jak zabiłaś tamtych siedmiu.
Wstała i wyszła z chaty. Za progiem panował już mrok – głęboki, bez księżyca, ale Doro nie wątpił, że Anyanwu wszystko widzi tymi swoimi oczami. Dokąd jednak poszła i po co?
Wróciła, usiadła z powrotem i wręczyła mu kamień.
– Skrusz go – powiedziała głuchym głosem.
Był to kamień, nie stwardniałe błoto, i chociaż pewnie rozbiłby go innym kamieniem albo metalowym narzędziem, gołymi dłońmi nie potrafił go jednak nawet zarysować. Zwrócił go jej nienaruszony.
A ona skruszyła go jedną dłonią.
Musiał mieć tę kobietę. Była dzikim nasieniem najlepszego gatunku. Wzmocniłaby każdą linię hodowlaną, w którą by ją włączył, i to ogromnie.
– Chodź ze mną, Anyanwu. Twoje miejsce jest przy mnie, z ludźmi, których zbieram. Jesteśmy plemieniem, do którego możesz należeć – ludem, którego nie musisz straszyć ani przekupywać, by pozwolił ci żyć.
– Urodziłam się pośród tego plemienia – powiedziała. – Moje miejsce jest z nim. – I powtórzyła z naciskiem: – Ty i ja nie jesteśmy do siebie podobni.
– Jesteśmy bardziej podobni do siebie niż do innych. Nie musimy się przed sobą ukrywać. – Spojrzał na jej muskularne ciało młodego mężczyzny. – Stań się z powrotem kobietą, Anyanwu, a pokażę ci, że powinniśmy być razem.
Uśmiechnęła się niechętnie.
– Dziesięciu mężom urodziłam czterdzieścioro siedmioro dzieci – powiedziała. – Sądzisz, że co takiego możesz mi pokazać?
– Jeśli ze mną pójdziesz, myślę, że kiedyś pokażę ci dzieci, których nigdy nie będziesz musiała grzebać. – Urwał, widział, że teraz słucha go z pełną uwagą. – Matka nie powinna patrzeć, jak jej dzieci starzeją się i umierają – podjął po chwili. – Jeśli ty żyjesz, one też powinny. To wina ich ojców, że umierają. Pozwól, że dam ci dzieci, które będą żyć!
Zakryła twarz dłońmi i przez chwilę myślał, że płacze. Ale kiedy podniosła na niego wzrok, jej oczy były suche.
– Dzieci z twoich skradzionych lędźwi? – zapytała szeptem.
– Nie z tych lędźwi. – Wskazał swoje ciało. – Ten mężczyzna był tylko człowiekiem. Ale przyrzekam ci, że jeśli ze mną pójdziesz, dam ci dzieci takie jak ty.
Nastąpiło długie milczenie. Usiadła i z powrotem wpatrywała się w ogień, być może podejmując decyzję. W końcu spojrzała na niego, przyglądała mu się badawczo, wbijała w niego wzrok tak intensywnie, że aż poczuł się nieswojo. Własne skrępowanie go zdumiało. Był raczej przyzwyczajony, że to inni czują się nieswojo w jego obecności. I nie podobało mu się jej oceniające spojrzenie – jakby się zastanawiała, czy go kupić, czy nie. Jeśli już zdobędzie ją żywą, kiedyś nauczy ją odpowiedniego zachowania!
Dopiero, kiedy zaczęły rosnąć jej piersi, wiedział już na pewno, że wygrał. Podniósł się, a kiedy w pełni przybrała postać kobiety, zaprowadził ją na posłanie.
Wstali przed świtem następnego dnia. Anyanwu wręczyła Dorowi maczetę, a drugą wzięła dla siebie. Wydawało się, że jest zadowolona, kiedy wkładała swój niewielki dobytek do owalnego kosza, który zamierzała zabrać. Teraz, kiedy już podjęła decyzję, nie zgłaszała żadnych wątpliwości, czy powinna z nim pójść, chociaż martwiła się o swój lud.
– Musisz pozwolić, bym cię poprowadziła przez wioski – zastrzegła. Znowu przybrała młodą męską postać i owinęła się przepaską wokół lędźwi oraz między nogami jak mężczyzna. – Wioski są tu wszędzie wokół, tak aby żaden obcy nie mógł się do mnie dostać, nie płacąc. Miałeś szczęście, że dotarłeś tu niezatrzymany. A może to moi ludzie mieli szczęście? Muszę dopilnować, by znowu się do nich uśmiechnęło.
Kiwnął głową. O ile tylko prowadziła go w dobrym kierunku, mogła iść przodem, jak długo chciała. Na poranny posiłek podała mu trochę tłuczonych jamów z zeszłego wieczoru, a nocnym kochaniem się zdołała wyczerpać jego silne męskie ciało.
– Jesteś dobrym mężczyzną – zauważyła potem zadowolona. – I minęło zbyt wiele czasu, odkąd przeżywałam to ostatni raz.
Był zaskoczony, uświadamiając sobie, jak bardzo ucieszył go jej drobny komplement – w ogóle ile przyjemności sprawiała mu ta kobieta. Była wartościowym odkryciem pod wieloma względami. Patrzył, jak ostatni raz spogląda na swoją chatę, którą zostawiała czystą i posprzątaną; na swoje gospodarstwo, przyjemne i przestrzenne, mimo że niewielkie. Zastanawiał się, ile lat to obejście było jej domem.
– Gospodarstwo pomogli mi zbudować synowie – wyjaśniła cicho. – Powiedziałam im, że potrzebuję własnego miejsca, gdzie mogłabym w spokoju przygotowywać lekarstwa. Wszyscy przyszli pomóc, oprócz jednego. Oprócz mojego najstarszego żyjącego syna, który stwierdził, że muszę mieszkać w jego gospodarstwie. Był zaskoczony, gdy go nie posłuchałam. Jest zamożny, butny i przywykł, że wszyscy go słuchają, nawet kiedy wygaduje bzdury – czyli często. W ogóle nie pojmował, kim jestem, pokazałam mu więc trochę tego, co i tobie. Odrobinę. To zamknęło mu usta.
– Nie wątpię – roześmiał się Doro.
– Teraz jest już bardzo leciwym człowiekiem. To chyba jedyny z moich synów, który nie będzie za mną tęsknił. Ucieszy się, gdy odkryje, że mnie nie ma – podobnie jak niektórzy z mojego ludu, mimo że uczyniłam ich bogaczami. Zaledwie nieliczni, którzy jeszcze żyją, są na tyle starzy, by pamiętać moje wielkie przeobrażenia – z kobiety w lamparta i w pytona. Reszcie pozostały tylko legendy i strach.
Podniosła dwa jamy i włożyła do podłużnego kosza, potem wzięła kilka kolejnych i rzuciła je kozom, które najpierw próbowały przed nimi bezładnie uciekać, a potem wróciły biegiem, żeby je zjeść.
– Jeszcze nigdy nie jadły tak suto – roześmiała się.
Potem spoważniała, poszła do małej komórki, gdzie stały niewielkie gliniane figurki bogów.
– Niech zobaczy je moje plemię – powiedziała Dorowi. – Te i te we wnętrzu. – Wskazała w stronę chaty.
– Nie widziałem żadnych w środku.
Jej oczy się uśmiechnęły, chociaż jej usta pozostały ściągnięte.
– Prawie na nich usiadłeś.
Zaskoczony wrócił myślami do chaty. Zazwyczaj starał się unikać ludzkiego oburzenia i nie obrażać wiary innych zbyt szybko, choć wydawało się, że Anyanwu nie ma silnych religijnych przekonań. Ale pomyśleć, że o mały włos usiadł na przedmiotach kultu i nawet ich nie rozpoznał!
– Masz na myśli te bryły gliny w rogu?
– Owszem – odparła po prostu. – To moje matki.
Symbole duchów przodków. Teraz już sobie przypomniał. Pokręcił głową.
– I am getting careless3 – powiedział po angielsku.
– Co tam mówisz?
– Że przykro mi, że tak długo mnie tu nie było, wśród twojego ludu.
– Wszystko jedno. Jak powiedziałam, to inni mają je zobaczyć. Od czasu do czasu muszę kłamać, nawet tutaj.
– Już nie będziesz musiała – zapewnił.
– W mieście pomyślą, że w końcu umarłam – powiedziała, wpatrując się w figurki. – Może wybudują świątynię i nazwą ją moim imieniem. W innych miastach tak robiono. Wtedy wieczorem, kiedy będą widzieć cienie i gałęzie poruszane wiatrem, będą mogli sobie opowiadać, że widzieli mojego ducha.
– Świątynia z duchami będzie ich chyba mniej przerażać niż ty jako żyjąca kobieta – zauważył Doro.
Nie całkiem się uśmiechając, Anyanwu poprowadziła go przez furtę obejścia i rozpoczęli długą podróż labiryntem ścieżek między wysokimi drzewami, tak wąskich, że mogli iść tylko jedno za drugim. Anyanwu niosła na głowie swój kosz, a u boku maczetę w pochwie. Bose stopy ich obojga stąpały prawie bezszelestnie po ścieżce – nie zagłuszały dźwięków okolicy, które Anyanwu odbierała wrażliwym słuchem. Kilka razy, gdy szli nadawanym przez nią tempem – szybkim marszem – skręciła ze ścieżki i zniknęła w buszu. Doro skręcał za nią równie sprawnie i zawsze wkrótce potem mijali ich ludzie. Były wśród nich kobiety i dzieci niosące na głowach garnce z wodą albo drewno na rozpałkę. Byli mężczyźni, którzy nieśli motyki i maczety. I tak jak mówiła wcześniej Anyanwu, znajdowali się w środku jej miasta, otaczały ich osady. Żaden Europejczyk nie rozpoznałby jednak w tym miasta, ponieważ najczęściej nie było widać żadnych ludzkich siedzib. Wcześniej jednak, gdy Doro szedł tutaj do niej, widział te wioski, natrafiał na jedno duże gospodarstwo za drugim i albo je mijał ukradkiem, albo szedł śmiało, jakby w słusznej sprawie. Na szczęście nikt go nie nagabywał. Ludzie często myśleli dwa razy, nim zaczepili człowieka, który wydawał się ważny i szedł pewnym krokiem. Nie zawahaliby się jednak przed zaczepieniem obcego, który się skrada jak szpieg. Doro szedł teraz za Anyanwu. Obawiał się, że niestety i tak skończy się na tym, że włoży ciało jednego z jej współplemieńców – i będzie miał z nią wielki problem. Poczuł ulgę, gdy powiedziała, że już wyszli poza granice ziem jej ludu.
Początkowo Anyanwu udawało się prowadzić Dora przez tę ziemię udeptanymi ścieżkami, które znała albo dlatego, że kiedyś tu mieszkała, albo dlatego, że teraz mieszkały tu jej córki. W drodze opowiedziała mu o swojej córce, która wyszła za mąż za przystojnego, silnego, ale leniwego młodzieńca, a potem uciekła do znacznie mniej atrakcyjnego mężczyzny, który miał jednak pewne ambicje. Doro słuchał jej przez dłuższą chwilę, a potem zapytał:
– Ile twoich dzieci dożyło wieku dorosłego, Anyanwu?
– Każde z nich – odparła z dumą. – Wszystkie były silne i zdrowe i nie miały żadnych zabronionych skaz.
Dzieci z „zabronionymi skazami” – na przykład bliźnięta, dzieci, które przyszły na świat nóżkami do przodu, dzieci z dowolną szpetotą, dzieci urodzone z ząbkami – te wyrzucano. Jedne z najlepszych egzemplarzy w swojej hodowli Doro zdobył właśnie od wcześniejszych kultur, które z jakiejś przyczyny wyrzuciły niemowlęta na pewną śmierć.
– Miałaś czterdzieścioro siedmioro dzieci, z których wszystkie przeżyły i były doskonałe? – zapytał z niedowierzaniem.
– W każdym razie miały doskonałe ciała. Przeżyły wszystkie.
– To dzieci mojego ludu! Może jednak niektóre z nich wraz ze swoim potomstwem powinny udać się z nami?
Anyanwu stanęła jak wryta – tak gwałtownie, że Doro niemal na nią wpadł.
– Nie będziesz niepokoił moich dzieci – powiedziała spokojnie.
Patrzył na nią z góry – nadal nie zadała sobie trudu, by przyjąć wyższą postać, choć zdradziła mu, że mogłaby, gdyby chciała – i próbował zdławić nagły gniew. Mówiła do niego, jakby był jednym z jej dzieci. Jeszcze nie pojęła, jaką on ma moc!
– Jestem ja – dodała równie spokojnie. – Masz mnie.
– Mam?
– Na tyle, na ile może mnie mieć mężczyzna.
To go powstrzymało. Ton jej głosu nie rzucał mu wyzwania, Doro z miejsca jednak zrozumiał: Anyanwu nie zapewniała go, że jest cała jego, że jest jego własnością. Mówiła tylko, że on ma tę niewielką jej część, którą ona rezerwuje dla swoich mężczyzn. Nie przywykła do mężczyzn, którzy żądają więcej. Chociaż pochodziła z kultury, w której żony całkiem dosłownie należą do swoich mężów, miała moc, która czyniła ją niezależną, nawykłą do samostanowienia. Jeszcze nie pojęła, że zostawiła tę niezależność za sobą w chwili, kiedy odeszła z nim ze swojego plemienia.
– Ruszajmy dalej – powiedział.
Ale ona ani drgnęła.
– Musisz mnie o czymś zapewnić – przypomniała mu.
Westchnął.
– Twoje dzieci są bezpieczne, Anyanwu. – Na razie.
Odwróciła się i poszła przodem dalej. Doro ruszył za nią, myśląc, że najlepiej będzie, jeśli szybko ją zapłodni. Jej niezależność zniknie wtedy bez walki. Anyanwu zrobi, cokolwiek jej każe, dla bezpieczeństwa dziecka. Była zbyt cenna, by ją zabijać, gdyby jednak porwał którekolwiek z jej potomstwa, bez wątpienia sprowokowałaby go do zabójstwa. Ale gdy będzie już odosobniona w Ameryce, z niemowlęciem, którym trzeba się zajmować, nauczy się posłuszeństwa.
***
W miarę jak zagłębiali się w krainę, której Anyanwu nie znała, ścieżki stawały się rzadkim luksusem. Coraz częściej musieli torować sobie drogę maczetą. Problemem stały się strumienie. Płynęły wartko głębokimi wąwozami, przez które musieli się jakoś przeprawiać. W miejscach, gdzie strumienie przecinały się ze ścieżkami, miejscowe plemiona przerzuciły kładki z drewnianych żerdzi. Ale tam, gdzie Doro i Anyanwu nie znajdowali ani ścieżek, ani mostków, musieli sami ciosać sobie żerdzie na kładkę. Podróż stała się powolniejsza i bardziej niebezpieczna. Upadek by ich nie zabił, ale Doro wiedział, że jeśli upadnie, nie będzie mógł się powstrzymać przed przejęciem ciała Anyanwu. Była zbyt blisko. Wcześniej, w drodze na północ, przekroczył kilka rzek, po prostu porzucając swoje ciało i przejmując ciało najbliższego człowieka na drugim brzegu. A ponieważ teraz to on prowadził, pozwalając, by zmysł tropiciela kierował go w stronę załogi na oczekującym go statku, nie mógł ani posłać jej przodem, ani zostawić jej z tyłu. A zresztą nie chciałby. Znajdowali się na ziemi ludów, które prowadziły wojny, by łapać niewolników, a potem sprzedawać ich Europejczykom. Plemiona te porąbałyby ją na kawałki, gdyby spróbowała się przeobrazić na ich oczach. Niektórzy tutaj mieli nawet europejską broń i proch.
Ich powolny marsz nie był jednak zupełną stratą czasu. Dał mu okazję, by dowiedzieć się więcej o Anyanwu – a było czego się dowiadywać. Odkrył, że nie będzie musiał kraść pożywienia, póki ma ją ze sobą. Gdy już upiekli i zjedli oba jamy, jedzenie znajdowała wszędzie. Każdego dnia podróży napełniała swój kosz owocami, orzechami, korzeniami, czymkolwiek, co znalazła i co było jadalne. Ciskała kamieniami tak szybko i z taką siłą, jakby strzelała nimi z procy, i w ten sposób zabijała ptaki lub drobną zwierzynę. Pod koniec dnia zawsze mieli pożywny posiłek. Jeśli jakaś roślina nie była jej znajoma, brała ją do ust i wrażliwym wnętrzem wyczuwała, czy jest trująca. Zjadła kilka takich, które jej zdaniem zawierały truciznę, choć żadna z nich najwyraźniej jej nie zaszkodziła. Nigdy jednak nie podała mu niczego, co nie było dobrym pożywieniem. Jadł wszystko, co przed nim stawiała, ufając jej zdolnościom. A kiedy niewielkie skaleczenie na dłoni zaczęło mu się jątrzyć, dała mu kolejny powód, by jej zaufał.
Zanim zauważyła ranę, zakażona dłoń Dora już spuchła i zaczął czuć się źle. Właśnie szukał sposobu na zdobycie nowego ciała bez narażania jej na niebezpieczeństwo, kiedy ku jego zaskoczeniu oznajmiła, że pomoże mu pokonać chorobę.
– Powinieneś był mi powiedzieć – upomniała go. – Tylko niepotrzebnie cierpisz.
Spojrzał na nią z powątpiewaniem.
– Potrafisz zdobyć w tej okolicy potrzebne zioła?
Popatrzyła mu w oczy.
– Czasem zioła były dla mojego ludu tym samym, co figurki bogów w moim obejściu. Jeśli mi pozwolisz, pomogę ci bez nich.
– Niech będzie. – Podał jej spuchniętą, zaognioną dłoń.
– Będzie bolało – ostrzegła.
– Trudno.
Ugryzła go w dłoń.
Wytrzymał, cały sztywny, i napiętymi mięśniami z całych sił usiłował stłumić śmiertelnie groźną reakcję na nagły ból. Dobrze zrobiła, że go ostrzegła. Już drugi raz zbliżyła się do śmierci bardziej, niż mogła sobie wyobrazić.
Po ugryzieniu go przez pewien czas nic nie robiła. Wydawało się, że całą uwagę skupia na swoim wnętrzu, i nie odpowiedziała, kiedy do niej przemówił. W końcu znowu podniosła jego dłoń do ust, kolejny raz poczuł ból i nacisk, ale już go nie ugryzła. Splunęła trzy razy, za każdym razem ponownie skupiając się na jego dłoni, a następnie wydawało się, że pieści ranę językiem. Jej ślina piekła jak ogień. Potem czujnie obserwowała jego dłoń, jeszcze dwukrotnie zadając mu ten nagły, piekący ból. Niemal od razu opuchlizna zeszła i słabość minęła, a rana zaczęła się goić.
– W twojej dłoni było coś, czego nie powinno w niej być – wyjaśniła. – Żyjątka, zbyt małe, by je zobaczyć. Nie wiem, jak się nazywają, ale potrafię je wyczuć i rozpoznaję, kiedy przyjmuję je do swojego ciała. Kiedy tylko je rozpoznam, mogę je w sobie zabić. Dałam ci z mojego ciała trochę broni przeciw nim.
Drobne żyjątka zbyt małe, by je zobaczyć, ale na tyle duże, by wywołać w nim chorobę. Gdyby jego rana nie zaczęła się goić tak szybko i gładko, nie uwierzyłby w ani jedno jej słowo. Teraz jednak jego zaufanie do niej wzrosło. Bez wątpienia była wiedźmą. W każdej kulturze budziłaby lęk. Musiałaby walczyć, by pozostać przy życiu. Nawet ludzie rozsądni, którzy nie wierzyli w wiedźmy, zwróciliby się przeciwko niej. A Doro, hodowca wiedźm, kolejny raz uświadomił sobie, jakim Anyanwu jest skarbem. Zatrzyma ją i nic ani nikt nie może mu stanąć na przeszkodzie.
Dopiero kiedy dotarł do jednego ze swoich kontaktów niedaleko wybrzeża, ktoś postanowił rzucić mu wyzwanie.
***
Anyanwu nigdy nie powiedziała Dorowi, że potrafi przeskakiwać przez rzeki, które musieli przekraczać, oprócz tych najszerszych. Z początku myślała, że sam to odgadnie, bo poznał już siłę jej dłoni. Jej nogi i uda były równie potężne. Ale Doro jeszcze nie nauczył się widzieć zdolności Anyanwu jej oczami, nie przywykł przyjmować jej siły ani mocy przeobrażeń za rzecz oczywistą. Nigdy nie zgadywał ani nie pytał, co Anyanwu potrafi.
Ona milczała, bo obawiała się, że on też umie przekraczać wąwozy – tyle że przy tym może zostawić za sobą swoje ciało. Nie chciała, by zabijał z błahego powodu. W podróży słuchała jego opowieści i wydało jej się, że Doro zabija zbyt łatwo. O wiele za łatwo – chyba że jego opowieści były zmyślone. Chociaż nie sądziła, by tak było. Nie wiedziała, czy Doro odbierze komuś życie tylko po to, by szybko przedostać się na drugi brzeg rzeki, ale obawiała się, że może się do tego posunąć. To sprawiło, że zaczęła zastanawiać się nad ucieczką. Zaczęła tęsknić za swoim ludem, za gospodarstwem, za domem…
Nocami jednak przybierała dla niego postać kobiety. Nigdy nie musiał jej o to prosić. Czyniła tak, bo sama chciała, ponieważ mimo wszelkich jej wątpliwości i obaw dawało jej to wiele przyjemności. Przychodziła do niego tak, jak szła do swojego pierwszego męża, mężczyzny, którego darzyła głębokim uczuciem, i ku jej zaskoczeniu Doro traktował ją bardzo podobnie jak pierwszy mąż. Z szacunkiem słuchał jej opinii i odnosił się do niej z respektem i przyjaźnią jak do mężczyzny. Z jej pierwszego męża śmiano się ukradkiem, że tak ją traktuje. Jej drugi mąż był grubiański, brutalny i odnosił się do niej z pogardą, a mimo to uważano go za wielkiego człowieka. Uciekła od niego, tak samo jak teraz pragnęła uciec od Dora. On tymczasem nie mógł wiedzieć, że ożywił w jej wspomnieniach tych tak różnych od siebie mężczyzn.
Nadal nie dał jej żadnego dowodu na rzekomo posiadane moce, żadnego dowodu na to, że gdyby zdołała uciec, jej dzieci znalazłyby się w niebezpieczeństwie ze strony istoty innej niż zwykły człowiek. Ona jednak dalej mu wierzyła. Nie potrafiła zdobyć się na to, by wstać i uciec w głąb lasu, kiedy on leżał pogrążony we śnie. Dla dobra swoich dzieci musiała z nim zostać, przynajmniej dopóki nie zdobyłaby dowodu na jego moce lub ich brak.
Szła za nim z ponurą miną, zastanawiając się, jak to będzie, kiedy w końcu zostanie żoną mężczyzny, którego nie może ani opuścić, ani przeżyć. Ta wizja sprawiła, że stała się wobec niego ostrożna i łagodna. Poprzedni mężowie nie mogli jej w pełni poznać. Teraz starała się, by ten ją doceniał i o nią dbał. W ten sposób mogła wywierać na niego pewien wpływ, a później, kiedy przyszłaby taka potrzeba, miałaby nad nim jakąś kontrolę. Długie doświadczenie w małżeństwie mówiło jej, że kiedyś będzie tego potrzebować.
Szli teraz nizinami, przez wilgotniejszą krainę. Było tu więcej deszczu, więcej komarów, panował większy upał. Doro zapadł na jakąś chorobę, kasłał i kasłał. Anyanwu dostała gorączki, ale przepędziła ją z siebie, kiedy tylko ją wyczuła. Dość było nieszczęść i bez gorączki.
– Kiedy w końcu będziemy już mieli ten kraj za sobą? – jęknęła. Padał deszcz. Szli teraz wydeptaną przez innych ścieżką, brnęli w głębokim po kostki błocie.
– Niedaleko przed nami jest rzeka – powiedział. Zatrzymał się na chwilę, żeby poradzić sobie z atakiem kaszlu. – Umówiłem się tam z ludźmi w nadrzecznym mieście. W dalszą podróż zabiorą nas swoimi kanu.
– Obcy – powiedziała z niepokojem. Dotąd udawało im się unikać kontaktu z większością plemion, przez ziemie których przechodzili.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. W dalszej części opowieści Anyanwu wyjaśnia, jak wygląda afrykańskie miasto z tamtych czasów – według europejskich standardów stanowi bardziej aglomerację dość rozproszonych osad niż zwarty miejski organizm. Ona sama nazywa te osady wioskami (villages), z czego należy wnosić, że pojęcia „wioska” i „miasto” w jej świecie nie stanowią przeciwieństw (przyp. tłum.). [wróć]
2. Ang. – nasienie, ziarno (przyp. tłum.). [wróć]
3. (Ang.) – „Staję się nieuważny” (przyp. tłum.). [wróć]
