Czarny Testament - Jasper Everhar - ebook

Czarny Testament ebook

Jasper Everhar

0,0

Opis

Kiedy ludzie patrzyli na Kaelana Vaelora, widzieli nadzieję.

Był ukochanym magiem Eryndoru, bohaterem miast i jednym z najzdolniejszych uczniów Akademii. Wierzył, że prawda może pokonać każde kłamstwo.

Do czasu, gdy odkrył znak należący do zakonu wymazanego z kronik i ludzkiej pamięci. Każde pytanie i każdy odnaleziony dokument podważają fundamenty świata, któremu przysiągł służyć. Kaelan staje się coraz bardziej niewygodny dla ludzi strzegących oficjalnej historii.

Co stanie się z bohaterem, którego ci sami ludzie okrzykną zdrajcą?


Daleko od Aurum, pośród ziemi zatrutej dawną magią, rozpoczyna się historia Arena Salverna - człowieka bez przeszłości, prowadzonego przez pragnienie sprawiedliwości. Albo tego, co sam postanowił nią nazwać.

Kaelan szuka prawdy.

Aren nie cofnie się przed niczym, by wymierzyć własny osąd.

Katedry wkrótce przekonają się, jak cienka granica dzieli nadzieję od zagrożenia, a sprawiedliwość od zemsty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 479

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ROZDZIAŁ I

NADZIEJA KONTYNENTU

Pierwszy dzwon uderzył, kiedy Kaelan Vaelor schodził z konia.

Nie był to dźwięk, który wzywał mieszkańców na modlitwę ani ostrzegał przed pożarem. Ton był za niski, zbyt długi i wprawiał kamienne płyty rynku w delikatne drżenie. Nad dachami Meredii stado gołębi zerwało się do lotu, lecz po kilku uderzeniach skrzydeł ptaki straciły kierunek. Zatoczyły krąg, uderzyły o siebie i opadły na gonty jak garść szarych szmat.

Kaelan zatrzymał dłoń na siodle.

„To nie jest dzwon miejski” - powiedział.

Darian Voss zeskoczył ze swojego kasztana i spojrzał ku wzgórzu górującemu nad miastem. Stała tam wieża przekaźnikowa Katedry Żywiołów, smukła, opleciona miedzianymi pierścieniami. Jeszcze rano jej kryształowy szczyt jarzył się spokojnym, bladoniebieskim światłem. Teraz pulsował czerwienią.

„To alarm węzła” - odparł Darian. „Trzeci stopień.”

„Już czwarty.”

Drugi dzwon przetoczył się nad miastem. Tym razem z okien posypało się szkło.

Lysandra Merovin wysunęła się zza powozu, w którym wieźli skrzynie z księgami i przyrządami pomiarowymi. Miała na sobie szary płaszcz podróżny, spięty srebrną broszą Katedry Światła. Wiatr wyrwał kilka ciemnych pasm z jej starannie upiętych włosów.

„Raport mówił o niestabilnych przewodach pod północną dzielnicą” - powiedziała. „Nie o rozpadzie węzła.”

„Raport miał sześć dni” - przypomniał Kaelan.

Na rynku zapanował chaos. Kupcy porzucali stragany, konie rwały postronki, a ludzie biegli ku południowej bramie. Strażnicy próbowali kierować tłum w boczne ulice, lecz nikt ich nie słuchał. Z wieży spłynęła czerwona błyskawica. Uderzyła w kamienicę przy studni, rozrywając dach i wyrzucając w powietrze płonące belki.

Kaelan zobaczył dziewczynkę stojącą pośrodku ulicy. Nie mogła mieć więcej niż siedem lat. Patrzyła na spadający fragment dachu, zbyt przerażona, by krzyknąć.

Uniósł rękę.

„Siste.”

Belka zatrzymała się dwie stopy nad głową dziecka. Powietrze wokół drewna zafalowało, jakby stało się gęste. Kaelan zacisnął palce i odrzucił ciężar na bok. Belka roztrzaskała stragan z jabłkami.

„Darian, oczyść rynek. Lysandra, rannych do domu cechowego. Iven...”

Młody mężczyzna, który właśnie wyskakiwał z powozu, niemal zaplątał się we własną szatę.

„Jestem.”

„Zostań przy Lysandrze.”

„Mistrzu, mogę pomóc przy wieży.”

„Możesz. Dlatego zostaniesz tutaj.”

Iven otworzył usta, ale Lysandra chwyciła go za ramię i pociągnęła ku pierwszym rannym.

„Usłyszałeś go. Pomagaj mi i staraj się nie umrzeć. To dziś wystarczająco ambitne zadanie.”

Kaelan ruszył w stronę wzgórza. Darian zrównał się z nim po kilku krokach.

„Znowu wydajesz rozkazy ludziom, którzy nie należą do twojej Katedry.”

„Znowu je wykonujesz.”

„Tylko po to, żeby później móc je krytykować z pełną znajomością sprawy.”

Przed nimi bruk pękł z trzaskiem. Z rozpadliny wystrzelił strumień gorącej pary. Kaelan wyciągnął z rękawa cienki pręt z czarnego metalu i nakreślił nim w powietrzu półokrąg.

„Frigus compesce.”

Para zamarzła w locie. Kryształki lodu opadły na ulicę, gasząc płonące deski. Kaelan poczuł pierwsze wyraźne uszczuplenie Rdzenia Magii. Niewielkie, ale czyste, jak ubytek wody ze zbiornika, którego poziom znało się bez patrzenia. Miał jeszcze więcej niż dziewięć dziesiątych zasobu.

Dla większości magów taka seria zaklęć oznaczałaby ostrożność. Dla niego była dopiero rozgrzewką.

Nie cieszyło go to tak, jak kiedyś.

Na skrzyżowaniu czekał kapitan straży. Krew spływała mu po skroni, a lewa ręka zwisała bezwładnie.

„Vaelor?” - zapytał, jakby nie wierzył własnym oczom.

„Kapitanie, ilu ludzi zostało w północnej dzielnicy?”

„Nie wiem. Dwie setki, może trzy. Wieża zamknęła bramy ochronne. Nie możemy przejść.”

„Kto obsługiwał węzeł?”

„Mistrzyni Edria i sześciu adeptów.”

„Żyją?”

Kapitan spojrzał ku wzgórzu. Kolejna błyskawica przeszła po miedzianych pierścieniach wieży, a światło rozbłysło w oknach najwyższej kondygnacji.

„Nie odpowiadają.”

Kaelan odwrócił się do Dariana.

„Bramy są zamknięte przez pieczęć awaryjną. Rozbijesz ją?”

Darian zmarszczył brwi.

„Mogę. Pytanie, co zatrzymuje po drugiej stronie.”

Jakby miasto chciało udzielić odpowiedzi, zza kamiennego muru dobiegł krzyk. Potem drugi. Wreszcie uderzenie tak silne, że żelazna brama wygięła się na zewnątrz.

Kapitan pobladł.

„W środku nie było niczego tak dużego.”

Kaelan podszedł do bramy. Pomiędzy jej skrzydłami widział cienkie smugi czerwonego światła. Pachniało mokrym metalem i spalonym włosiem.

„Przeciążony węzeł tworzy formy” - powiedział. „Albo przyciąga to, co żyje pomiędzy prądami.”

„To miało być uspokojenie kupców i oględziny instalacji” - mruknął Darian.

„Kupcy będą spokojniejsi, kiedy przestaną być zjadani.”

Kaelan położył dłoń na ramieniu kapitana.

„Zbierz ludzi przy skrzyżowaniu. Łucznicy na dachach, ale nikt nie strzela bez wyraźnego celu. Gdy otworzymy bramę, wszystko, co z niej wyjdzie, kierujcie na plac z fontanną. Nie ścigajcie stworzeń w boczne ulice.”

„A mieszkańcy?”

„Wyprowadzimy ich.”

Kapitan patrzył na niego przez krótką chwilę. Potem wyprostował się, mimo bólu.

„Słyszeliście!” - ryknął do strażników. „Łucznicy na dachy! Włócznie przy fontannie! Ruszać się, do cholery!”

Darian przykucnął przy runach wyrytych w progu. Przesunął palcami nad liniami, nie dotykając kamienia.

„Pieczęć jest odwrócona. Ktoś ją zamknął od środka.”

„Edria?”

„Możliwe. Albo ktoś, kto chciał, żeby nic nie wydostało się z dzielnicy.”

Za bramą ponownie coś uderzyło. Tym razem między skrzydłami ukazał się czarny, haczykowaty pazur.

Darian wyszeptał formułę. „Ferrum, solve vinculum.”

Żelazne nity w pieczęci zadrżały. Kaelan obserwował rytm czerwonych smug. Nie były przypadkowe. Biegły po metalu jak impulsy w żyłach.

„Przerwij” - powiedział.

Darian natychmiast cofnął rękę.

„Co?”

„Pieczęć nie tylko zamyka bramę. Jest częścią klatki. Jeżeli ją rozerwiesz, uwolnisz cały ładunek.”

„W takim razie masz lepszy pomysł?”

Kaelan wyjął z kieszeni brązową monetę. Położył ją na dłoni i przez moment badał jej ciężar, domieszki oraz strukturę. Metal odpowiedział oporem, jaki czuł zawsze przed transmutacją. Nie był to opór świadomy. Raczej pamięć materii, która nie chciała stać się czymś innym.

„Mam droższy.”

Zamknął palce.

„Aurum ex aere.”

Kiedy otworzył dłoń, leżał na niej krążek czystego złota.

Darian westchnął.

„Nawet w chwili katastrofy musisz się popisywać.”

„Złoto prowadzi wzorzec inaczej niż brąz.”

„Wiem. Nadal się popisujesz.”

Kaelan wsunął monetę w centralne zagłębienie pieczęci. Złoto przyjęło czerwone światło, po czym rozprowadziło je po całej powierzchni bramy. Linie run zmieniły barwę z karmazynowej na białą.

„Teraz” - powiedział.

Darian uderzył pięścią w kamień.

„Vinculum frange.”

Pieczęć pękła bez eksplozji. Brama rozwarła się na szerokość człowieka.

Ze szczeliny wypadło stworzenie.

Miało ciało psa, ale przednie kończyny były zbyt długie, a skóra prześwitywała jak mokry pergamin. Pod nią pulsowały czerwone żyły. Pysk rozdzielał się pionowo, odsłaniając trzy rzędy cienkich zębów.

Kaelan zrobił krok w bok. Stworzenie minęło go i rzuciło się na Dariana.

Darian dobył miecza. Ostrze pokryło się srebrzystym blaskiem.

„Nie wszystko trzeba rozwiązywać wykładem” - powiedział.

Bestia skoczyła. Darian ciął od dołu i rozpłatał jej pierś, lecz stworzenie nie zwolniło. Uderzyło go barkiem, przewracając na bruk.

Kaelan skierował pręt ku głowie bestii.

„Fulmen breve.”

Biały łuk przeskoczył między metalem a czaszką. Ciało zesztywniało. Darian odepchnął je nogą i wbił miecz pod żuchwę. Ostrze przeszło przez mózg. Stworzenie drgnęło jeszcze raz, po czym znieruchomiało.

„Miałeś je kierować na plac” - zauważył Kaelan.

Darian wstał i otarł krew z policzka.

„Nie chciało współpracować.”

Zza bramy dobiegł szelest wielu pazurów.

Kaelan spojrzał na wąskie przejście, potem na ustawiających się przy fontannie strażników.

„Teraz będą miały okazję nauczyć się dyscypliny.”

Otworzył bramę do końca.

* * *

Północna dzielnica wyglądała tak, jakby ktoś próbował zbudować ją od nowa podczas trzęsienia ziemi.

Kamienice przechylały się ku ulicy, belki wystawały z murów, a między płytami bruku biegły czerwone szczeliny. W powietrzu unosił się pył i drobne iskry. Kaelan słyszał krzyki ludzi zamkniętych w domach, szczekanie psów oraz odległy, nierówny huk wieży.

Pierwsze trzy stworzenia wybiegły z zaułka jednocześnie.

„Po lewej” - powiedział Darian.

„Widzę.”

Kaelan uderzył końcem pręta o bruk.

„Terra, surge.”

Kamienne płyty uniosły się pod przednią bestią. Stworzenie straciło równowagę i wpadło na drugie. Darian dopadł ich, zanim zdążyły się podnieść. Pierwszej odciął łeb. Drugiej wbił miecz w bok i obrócił ostrze, rozrywając coś, co zapewne pełniło funkcję serca.

Trzecia bestia ominęła go i skoczyła na Kaelana.

Nie cofnął się. Wyciągnął lewą dłoń.

„Impulsus.”

Uderzenie niewidzialnej siły zatrzymało stworzenie w powietrzu. Żebra pękły z suchym trzaskiem. Kaelan obrócił nadgarstek, rzucając ciałem o mur. Bestia spadła, lecz nadal próbowała się podnieść.

Kaelan podszedł i wbił metalowy pręt w jej oko.

Darian spojrzał na niego znad martwego stworzenia.

„Mówią, że Katedra Przemiany unika brudzenia rąk.”

„Mówią też, że twoja Katedra uczy cierpliwości.”

Z okna na drugim piętrze wychyliła się kobieta.

„Pomocy! Moje dzieci są na dole!”

Kaelan spojrzał na wejście do kamienicy. Drzwi były zablokowane przez zawaloną ścianę.

„Ilu ludzi?”

„Czworo! Mąż i troje dzieci!”

„Zostań przy oknie. Nie schodź.”

Darian wskazał wieżę.

„Kaelan, jeżeli węzeł pęknie, zginą wszyscy.”

„Dlatego ty idziesz dalej.”

„Nie zostawię cię tutaj.”

„Nie proszę cię o zgodę.”

Darian zacisnął szczękę.

„Masz pięć minut.”

„Siedem.”

„Pięć.”

„To zastanawiające, że negocjujesz cudzym życiem.”

„Sześć. Ani chwili więcej.”

Darian pobiegł ku wzgórzu.

Kaelan podszedł do zawaliska. Usłyszał płacz dziecka pod kamieniami.

„Słyszycie mnie?”

„Tak!” - odpowiedział męski głos. „Belka przygniotła mi nogę. Dzieci są całe.”

Kaelan przyłożył dłoń do muru. Zwykłe przesunięcie gruzu mogło spowodować dalsze zawalenie. Musiał najpierw zrozumieć układ ciężaru.

„Nie ruszajcie się. Kiedy powiem, podejdziecie do tylnej ściany.”

„Nie ma tylnej ściany!”

„W takim razie do tego, co z niej zostało.”

Kaelan zamknął oczy. Wyobraził sobie budynek jako sieć nacisków, pęknięć i punktów podparcia. Magia nie zastępowała wiedzy. Jedynie pozwalała szybciej wykonać to, co umysł potrafił opisać.

„Lapis, audi.”

Drgania wróciły do niego przez dłoń. Zobaczył strukturę kamienia bez patrzenia: dwie nośne belki, pustą przestrzeń piwnicy, ciężar dachu oparty na osłabionej ścianie. Jedno błędne przesunięcie zabiłoby wszystkich w środku.

Z zaułka dobiegł skowyt.

Kaelan otworzył oczy. Dwie kolejne bestie węszyły przy zwłokach swoich pobratymców. Jedna uniosła łeb i spojrzała prosto na niego.

„Oczywiście” - mruknął.

Nie mógł odejść od muru. Utrzymywał w umyśle jego strukturę. Puściłby wzorzec, musiałby zaczynać od nowa.

Bestie ruszyły.

Kaelan uniósł pręt bez odwracania głowy.

„Ignis linea.”

Cienka smuga ognia przecięła ulicę. Pierwsze stworzenie wskoczyło w płomień i zawyło. Drugie odbiło w bok, wykorzystując ciało towarzysza jako osłonę.

Sprytne, pomyślał Kaelan.

Za sprytne.

Stworzenie skoczyło z przewróconego wozu. Kaelan czekał do ostatniej chwili.

„Mutatio ferri.”

Żelazna obręcz koła wydłużyła się gwałtownie, zmieniając w wąski kolec. Przebił bestię od brzucha po kark. Ciepła krew chlusnęła na bruk.

Pierwsze stworzenie wypadło z ognia, płonące i oszalałe. Kaelan przesunął pręt w jego stronę.

„Ventus preme.”

Powietrze uderzyło z góry. Bestia runęła na ziemię. Kaelan zwiększył nacisk. Kości trzeszczały, aż ciało rozpłaszczyło się między płytami.

Z domu dobiegł przerażony głos mężczyzny.

„Co tam jest?”

„Problem, który właśnie przestał być istotny.”

Kaelan wrócił myślą do struktury budynku. Wyczuł belkę przygniatającą nogę człowieka.

„Teraz. Wszyscy do tyłu.”

„Nie mogę się ruszyć!”

„Pan nie. Dzieci tak.”

Usłyszał szuranie i cichy płacz.

Kaelan skierował pręt ku zawalisku.

„Moles leva.”

Kamienie zadrżały. Pierwsza warstwa uniosła się o cal, potem o dwa. Rdzeń Magii zaczął opróżniać się szybciej. Utrzymywanie wielu ton w precyzyjnym układzie było znacznie trudniejsze niż odrzucenie przeciwnika.

Pot spłynął mu po skroni.

„Teraz belka” - powiedział do siebie.

Przeniósł część ciężaru na zachowany filar i odsunął drewno. Z wnętrza budynku wyszedł chłopiec, potem dwie dziewczynki. Najstarsza ciągnęła najmłodszą za rękę.

„Biegnijcie do bramy” - polecił Kaelan. „Nie zatrzymujcie się i nie patrzcie za siebie.”

Chłopiec popatrzył na martwe stworzenia.

„To pan je zabił?”

„Nie. Przewróciły się wyjątkowo niefortunnie. Biegnij.”

Dzieci ruszyły.

Kaelan opuścił jeden z kamieni, wsunął go pod podniesioną część muru i stworzył prowizoryczną podporę. Potem wszedł do środka.

Mężczyzna leżał w kurzu, z nogą wygiętą pod nienaturalnym kątem. Obok klęczała jego żona, przyciskając do boku zakrwawioną szmatę.

„Dzieci?” - zapytała.

„Są w drodze do bramy.”

Kobieta zamknęła oczy. „Dziękuję.”

Kaelan przykucnął przy rannym.

„Kość jest zmiażdżona. Mogę zatrzymać krwawienie, ale noga wymaga uzdrowiciela.”

„Ratuj żonę” - wycharczał mężczyzna.

„Nie planowałem wybierać.”

Kaelan dotknął rany kobiety. Nie należał do Katedry Światła, lecz znał podstawy leczenia pola walki.

„Sanguis siste. Caro claude.”

Krew zwolniła, a brzegi rany zbliżyły się do siebie. Kobieta jęknęła i chwyciła go za nadgarstek.

„Boli.”

„To dobra wiadomość.”

„Jakim sposobem?”

„Martwi zazwyczaj nie narzekają.”

Mężczyzna zaśmiał się krótko, choć twarz miał szarą z bólu.

Kaelan przeniósł wzrok na jego nogę. „Teraz pan.”

„Rób, co musisz.”

„To zdanie często prowadzi do rozczarowań.”

Usztywnił kończynę kawałkiem przekształconej deski i zmniejszył krwawienie. Potem objął mężczyznę pod ramionami.

„Żona może iść?”

„Mogę” - odpowiedziała kobieta, zanim zdążył sprawdzić.

„W takim razie proszę trzymać się blisko.”

Kiedy wyszli na ulicę, czerwone światło z wieży przybrało niemal czarną barwę.

Kaelan poczuł, jak zmienia się ciśnienie w powietrzu.

Sześć minut, pomyślał.

Darian będzie nieznośny.

Oddał rannych dwóm strażnikom biegnącym od bramy i ruszył ku wzgórzu.

* * *

Im bliżej wieży, tym ciszej było w mieście.

Nie była to naturalna cisza. Dźwięki urywały się, zanim zdążyły wybrzmieć. Kroki Kaelana nie odbijały się echem, a płomienie trawiące dach jednego z domów poruszały się bez trzasku. Przypominało to przebywanie pod wodą, choć powietrze pozostawało suche i gorące.

Na schodach prowadzących do wieży leżały ciała adeptów. Dwóch miało spalone twarze. Trzeci był wbity w balustradę fragmentem miedzianego pierścienia. Kaelan zatrzymał się przy nim i dotknął szyi.

Nic.

Przy drzwiach znalazł Dariana. Klęczał nad mistrzynią Edrią, kobietą po sześćdziesiątce, której siwe włosy zlepiała krew. Jej prawa ręka była zwęglona aż do łokcia.

„Spóźniłeś się” - powiedział Darian.

„O trzydzieści cztery sekundy.”

„Liczyłeś?”

„Wiedziałem, że ty będziesz.”

Edria otworzyła oczy.

„Vaelor...”

Kaelan przykucnął.

„Co się stało?”

„Ktoś zmienił układ przewodów. Węzeł miał zostać wygaszony podczas inspekcji. Kiedy rozpoczęliśmy procedurę, energia wróciła do rdzenia wieży.”

„Sabotaż?” - zapytał Darian.

Edria poruszyła ustami, lecz przez chwilę nie wydobył się z nich głos.

„Nie wiem. Znaleźliśmy znaki w dolnej komorze. Stare. Nie należą do Żywiołów.”

„Gdzie są pozostali adepci?”

„W sali centralnej. Próbowali utrzymać krąg.”

Z wnętrza wieży dobiegło głuche uderzenie. Kamienne drzwi wybrzuszyły się na zewnątrz.

Kaelan spojrzał na Dariana.

„Zabierz ją do Lysandry.”

„Nie zostawię cię.”

„W środku jest przynajmniej czterech żywych ludzi. Edria umrze, jeżeli nie dostanie pomocy.”

„A ty umrzesz, jeżeli ten rdzeń pęknie.”

„Wtedy będziesz mógł powiedzieć, że miałeś rację.”

Darian zaklął cicho.

„Nienawidzę, kiedy brzmisz rozsądnie.”

„To musi być dla ciebie częste cierpienie.”

Darian podniósł Edrię ostrożnie. „Jeżeli nie wyjdziesz za dziesięć minut, wracam.”

„Za dwanaście.”

„Dziesięć.”

„Jedenaście.”

„Nie targuj się o własny pogrzeb.”

Kaelan otworzył drzwi.

Wnętrze wieży było większe, niż pozwalały na to jej zewnętrzne wymiary. Węzły zakrzywiały przestrzeń, a architekci chętnie wykorzystywali ten efekt. Schody spiralne biegły zarówno w górę, jak i w dół, przecinając się pod niemożliwymi kątami. Ściany pulsowały czerwonym światłem. Na kamieniu pojawiały się i znikały runy, jakby ktoś próbował pisać szybciej, niż materiał potrafił zapamiętać.

Kaelan przeszedł przez pierwszą salę. Znalazł dwóch kolejnych adeptów, obu martwych. Jeden trzymał w dłoni stopiony fokus. Drugi miał otwarte oczy i żadnych widocznych ran. Kaelan nie zatrzymał się.

W sali centralnej czterech ludzi stało na obwodzie kręgu. Każdy wyciągał ręce ku wirującej kuli energii zawieszonej nad posadzką. Ich szaty dymiły, skóra na twarzach była popękana, a z nosów płynęła krew.

„Nie przerywajcie wzorca” - powiedział Kaelan.

Najstarszy z adeptów spojrzał na niego. „Nie utrzymamy go.”

„Utrzymacie jeszcze przez minutę.”

„Rdzenie są puste.”

„W takim razie przez trzydzieści sekund.”

Kaelan wszedł do kręgu.

Energia uderzyła w jego ciało jak fala gorąca. Rdzeń wieży nie był prawdziwym Rdzeniem Magii. Był zbiorem minerałów, przewodów i pieczęci, które magazynowały siłę węzła. Teraz cała konstrukcja działała odwrotnie, zasysając energię z miasta i karmiąc coś znajdującego się pod posadzką.

Coś uderzyło od dołu.

Kamień pękł. Przez szczelinę wysunęła się długa, czarna kończyna zakończona trzema palcami. Jeden z adeptów krzyknął i stracił koncentrację.

Kula energii opadła o stopę.

„Patrz na mnie” - rozkazał Kaelan.

Chłopak spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami.

„Nie dam rady.”

„Dasz.”

„Nie czuję Rdzenia.”

„Nie potrzebujesz go przez pięć sekund. Potrzebujesz posłuszeństwa własnych dłoni.”

Kończyna przebiła posadzkę i chwyciła drugą adeptkę za kostkę. Dziewczyna upadła. Jej krzyk przeciął stłumioną ciszę wieży.

Kaelan skierował pręt ku potworowi.

„Seca.”

Powietrze skupiło się w cienką krawędź. Czarna kończyna odpadła. Z rany wypłynęła gęsta ciecz, która zaczęła parzyć kamień.

Kaelan chwycił dziewczynę za ramię i wciągnął ją z powrotem na miejsce.

„Stój.”

„Moja noga...”

„Jest złamana, nie odpadła. Stój.”

Potwór pod posadzką zawył. Pęknięcie rozszerzyło się przez cały krąg.

Kaelan spojrzał na wirującą energię i zrozumiał konstrukcję sabotażu. Ktoś nie próbował zniszczyć wieży. Ktoś użył jej jak klucza. Węzeł zasilał pieczęć ukrytą głębiej, znacznie starszą niż Meredia.

„Kiedy powiem, puścicie wzorzec i pobiegniecie do drzwi.”

Najstarszy adept pokręcił głową. „Kula wybuchnie.”

„Nie.”

„Skąd możesz wiedzieć?”

„Ponieważ nie mam czasu wam tego wyjaśniać.”

Kaelan wbił pręt w posadzkę. Objął wzorzec własną magią. Ubytek w Rdzeniu stał się nagle potężny. Jedna dziesiąta, potem druga. Energia wieży opierała się, próbowała płynąć dawnym torem.

„Teraz!”

Adepci puścili krąg.

Kula runęła ku posadzce.

Kaelan zacisnął obie dłonie na pręcie.

„Ordo inversus. Fluxus ad caelum.”

Wzorzec odwrócił się.

Kula zatrzymała się cal nad kamieniem, spłaszczyła, a potem wystrzeliła pionowo w górę. Przebiła kolejne kondygnacje i uderzyła w kryształowy szczyt wieży. Czerwone światło zmieniło się w białe. Nad Meredią rozległ się grzmot.

Adepci pobiegli ku drzwiom.

Posadzka eksplodowała.

Stworzenie wydostało się z głębi.

Miało ponad trzy sążnie wysokości. Jego ciało przypominało splot korzeni obciągniętych skórą, a pośrodku torsu otwierała się owalna jama pełna drobnych zębów. Nie miało oczu. Zamiast głowy nosiło coś na kształt gładkiej, kostnej maski.

Kaelan wyrwał pręt z posadzki i odskoczył przed ciosem. Pazury przecięły jego płaszcz, rozrywając materiał na piersi. Drugi cios trafił w filar. Kamień rozpadł się na odłamki.

Stworzenie ruszyło za uciekającymi adeptami.

„Do mnie” - powiedział Kaelan.

Nie zareagowało.

„Oczywiście. Brak uszu.”

Uderzył prętem w metalową obręcz kręgu.

„Sonus magnus.”

Fala dźwięku wstrząsnęła salą. Kostna maska potwora pękła. Stworzenie odwróciło się ku Kaelanowi.

„Jednak coś słyszysz.”

Bestia zaszarżowała.

Kaelan rzucił dwa zaklęcia niemal jednocześnie.

„Terra tene. Ferrum transfigura.”

Kamień objął dolne kończyny potwora, a metalowa obręcz kręgu wystrzeliła w górę w postaci sześciu ostrzy. Trzy przebiły tors. Pozostałe ześlizgnęły się po skórze.

Stworzenie szarpnęło się i wyrwało nogi z kamienia. Jedno z ostrzy pękło. Drugie zostało w jego ciele.

Kaelan poczuł, że Rdzeń zbliża się do połowy.

Za szybko.

Potwór był karmiony bezpośrednio przez węzeł. Dopóki połączenie pozostawało otwarte, rany nie miały znaczenia.

Kaelan wycofał się ku krawędzi pęknięcia. W głębi zobaczył runy wyryte na czarnym kamieniu. Nie należały do żadnej z dziewięciu Katedr. Linie tworzyły krąg przecięty pionową kresą.

Symbol, którego nie znał.

Stworzenie uderzyło. Kaelan zablokował cios tarczą powietrza.

„Aegis venti.”

Pazury zatrzymały się pół stopy od jego twarzy. Tarcza zadrżała. Kaelan zobaczył własne odbicie w gładkiej masce bestii: spokojną twarz, ciemne włosy przyklejone do czoła i oczy jaśniejsze niż zwykle od przepływającej magii.

„Brzydki jesteś” - powiedział. „Ale konstrukcja imponująca.”

Tarcza pękła.

Kaelan rzucił się w bok. Pazury rozcięły mu ramię. Ból był ostry, gorący. Krew spłynęła po dłoni.

Stworzenie ponownie zwróciło się ku wyjściu. Ostatnia adeptka kulała kilka kroków od drzwi.

Kaelan nie miał czasu na ostrożność.

Wyciągnął zakrwawioną dłoń ku pęknięciu.

„Claudere fontem.”

Runy odpowiedziały gwałtownym oporem. Przez moment poczuł coś więcej niż wzorzec. Obcą intencję, starą i cierpliwą, jakby ktoś po drugiej stronie kamienia zauważył jego dotyk.

Kaelan zacisnął zęby.

„Claudere. Nunc.”

Pionowa linia w symbolu zgasła.

Połączenie pękło.

Potwór zachwiał się. Czerwone żyły pod jego skórą przygasły.

Kaelan odwrócił się ku niemu i uniósł pręt.

„Fulmen maximum.”

Błyskawica wypełniła salę białym światłem. Uderzyła w metalowe ostrza tkwiące w torsie stworzenia. Ciało wygięło się, a jama pełna zębów otworzyła szerzej. Zapach spalonego mięsa przesłonił woń kamienia i ozonu.

Bestia nadal stała.

Kaelan skierował pręt w szczelinę pomiędzy pękniętymi częściami maski.

„Ignis intus.”

Ogień nie pojawił się na zewnątrz. Narodził się wewnątrz czaszki.

Kostna maska rozbłysła pomarańczowo. Stworzenie wykonało dwa chwiejne kroki, potem runęło na kolana. Kaelan nie opuścił ręki. Utrzymywał płomień, dopóki ciało nie przestało się poruszać.

Dopiero wtedy pozwolił zaklęciu zgasnąć.

W wieży zapadła zwykła cisza. Ciężka, lecz pełna odległych krzyków, trzasku ognia i dźwięku kroków. Świat znów brzmiał jak świat.

Kaelan oparł się o pręt. Jego Rdzeń był niemal pusty. Nie całkowicie, lecz wystarczająco, by dłonie zaczęły drżeć.

W drzwiach pojawił się Darian z mieczem w ręku.

Spojrzał na ciało potwora, zniszczoną salę i Kaelana.

„Jedenaście minut” - powiedział.

Kaelan otarł krew z ramienia.

„Mówiłem, że tyle potrzebuję.”

Darian podszedł bliżej. „Co to było?”

„Nie wiem.”

„Ty nie wiesz?”

„Postaraj się ukryć satysfakcję.”

Darian przyjrzał się pęknięciu. „A to?”

Kaelan uklęknął przy czarnym kamieniu. Symbol nadal był widoczny, choć pozbawiony światła: krąg przecięty pojedynczą linią. Wokół niego znajdowały się litery zapisane archaiczną odmianą łaciny.

Starł pył z fragmentu inskrypcji.

„Decem custodes...” - odczytał. „Dziesięciu strażników.”

Darian stanął za jego plecami.

„Rada ma dziewięć Katedr.”

„Wiem.”

„Może to starszy system liczenia.”

Kaelan spojrzał na niego.

„Nie ma starszego systemu liczenia, w którym dziewięć oznacza dziesięć.”

Darian schował miecz.

„Musisz zawsze odpowiadać w ten sposób?”

„Tylko kiedy pytanie bardzo się o to prosi.”

Kaelan dotknął symbolu. Kamień był zimny mimo gorąca w sali.

Pod opuszkami poczuł ledwie uchwytne drżenie.

Jak bicie serca.

* * *

Wieczorem Meredia pachniała dymem, krwią i gotowanymi ziołami.

Na rynku ustawiono rzędy prowizorycznych łóżek. Lysandra poruszała się między nimi z rękawami podwiniętymi do łokci. Na jej policzku zaschła smuga krwi, nie należała jednak do niej. Iven siedział przy rannym strażniku i próbował utrzymać zaklęcie zamykające ranę.

„Nie ściskaj wzorca” - powiedziała Lysandra. „Prowadź go.”

„Jeżeli puszczę, rana się otworzy.”

„Jeżeli będziesz go dusił, zamkniesz też naczynie. Spokojnie. Jeszcze raz.”

Iven wziął oddech. Blask pod jego dłońmi stał się łagodniejszy.

Lysandra podniosła głowę i zobaczyła Kaelana. Jej twarz najpierw złagodniała, potem stężała, gdy dostrzegła rozcięte ramię.

„Usiądź.”

„Nic mi nie jest.”

„To zdanie powinno być karane grzywną.”

„W takim razie mogę zapłacić złotem.”

„Usiądź, Kaelan.”

Posłuchał. Tylko ona potrafiła wydać mu rozkaz tonem, który brzmiał jednocześnie jak troska i groźba.

Lysandra rozcięła pozostałość rękawa i obejrzała ranę.

„Głębokie.”

„Nie dosięgło kości.”

„Czyli stworzenie uprzejmie zachowało umiar.”

„Próbowałem je tego nauczyć.”

Jej dłonie rozjarzyły się ciepłym światłem.

„Lux sana. Caro renasce.”

Ból zmienił się w pieczenie. Mięśnie zaczęły się zrastać. Kaelan obserwował jej twarz, skupienie widoczne w lekkim zmarszczeniu brwi.

„Darian powiedział, że wszedłeś do wieży sam.”

„Darian zaniósł Edrię do ciebie.”

„Nie odpowiedziałeś.”

„Odpowiedź jest zawarta w pytaniu.”

Lysandra przerwała zaklęcie i spojrzała mu w oczy.

„Któregoś dnia wejdziesz sam do miejsca, z którego nie wyjdziesz.”

Na rynku ktoś krzyknął z bólu. Iven poprosił o bandaże. Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało.

„Dzisiaj wyszedłem” - powiedział Kaelan ciszej.

„Dzisiaj.”

Dokończyła leczenie i owinęła jego ramię czystym płótnem.

Darian przyszedł kilka minut później. Niósł odłamany fragment czarnego kamienia zawinięty w płaszcz.

„Kapitan naliczył trzydzieści jeden martwych” - powiedział. „Sześciu adeptów, dziewięciu strażników, reszta mieszkańcy. Gdyby rdzeń pękł, zginęłaby połowa miasta.”

Kaelan spojrzał na rannych.

„Trzydzieści jeden to nadal za dużo.”

„Nie jesteś odpowiedzialny za ludzi, którzy umarli przed naszym przyjazdem.”

„Odpowiedzialność nie zawsze pyta o zgodę.”

Darian położył kamień na stole.

„Znalazłem coś jeszcze. Inskrypcja ciągnęła się pod posadzką. Większość zniszczyła bestia, ale ten fragment ocalał.”

Kaelan rozwinął materiał. Na czarnym kamieniu widniały trzy słowa.

MEMORIA NON MORITUR.

„Pamięć nie umiera” - przetłumaczył Iven, który podszedł niezauważony.

Darian spojrzał na niego.

„Miałeś pomagać rannym.”

„Mistrzyni Lysandra kazała mi odpocząć.”

„Kazałam ci wypić wodę” - poprawiła Lysandra. „To nie jest to samo.”

Iven podniósł kubek, jakby stanowił dowód jego posłuszeństwa.

Kaelan obrócił fragment kamienia. Na odwrocie znajdował się ten sam znak: przecięty krąg.

„Widziałeś go wcześniej?” - zapytała Lysandra.

„Nie.”

„A w archiwach Przemiany?”

„Znam wszystkie oficjalne symbole Katedr od czasu Pierwszego Konkordatu.”

Darian skrzyżował ręce. „Czyli?”

„Czyli albo symbol jest starszy niż Konkordat, albo ktoś zadbał, by nie znalazł się w oficjalnych zbiorach.”

„To duży wniosek na podstawie jednego kamienia” - zauważyła Lysandra.

„Dlatego zamierzam znaleźć drugi.”

Jej spojrzenie natychmiast się zmieniło.

„Kaelan.”

„To nie był naturalny rozpad węzła. Ktoś zmienił przewody i otworzył pieczęć ukrytą pod wieżą. Ta konstrukcja powstała przed Meredią. Być może przed Valerią.”

„Powinniśmy przekazać to Radzie” - powiedział Darian.

„Przekażemy.”

„Słyszę w twoim głosie część zdania, której nie wypowiedziałeś.”

Kaelan przesunął kciukiem po literach inskrypcji.

„Najpierw wykonam kopię.”

„Dlaczego?” - zapytała Lysandra.

„Bo ktoś już raz usunął ten znak z historii.”

Na rynku rozległy się oklaski.

Kaelan uniósł głowę. Przy wejściu stał burmistrz Meredii wraz z grupą mieszkańców. Ktoś musiał powiedzieć im, kto zamknął węzeł. Ludzie podnosili się z łóżek, ci, którzy mogli, i patrzyli na niego. Oklaski przybierały na sile.

„Kaelan Vaelor!” - krzyknął mężczyzna z bandażem na głowie. „Kaelan nas ocalił!”

Inni podchwycili jego imię.

Kaelan czuł ich wdzięczność jak ciężar. Dzieci uratowane z kamienicy stały obok matki. Najmłodsza dziewczynka pomachała mu nieśmiało.

Burmistrz podszedł i ujął jego dłoń obiema rękami.

„Nie wiem, jak mamy ci podziękować.”

„Naprawcie północną bramę i przestańcie odkładać przeglądy przewodów na kolejny sezon.”

Burmistrz zaśmiał się, uznając to za żart.

Kaelan nie żartował.

Starsza kobieta w tłumie uklękła. Za nią zrobił to młody strażnik. Potem następni.

„Proszę wstać” - powiedział Kaelan.

Kobieta pokręciła głową. „Kiedy przybyłeś, wiedziałam, że przeżyjemy.”

Słowa przeszły przez tłum szeptem.

Jeżeli przybył Kaelan, przeżyjemy.

Słyszał je już wcześniej, w innych miastach, po bitwach i pożarach. Kiedyś napawały go dumą. Teraz widział trzydzieści jeden ciał ułożonych pod płótnem przy zachodniej ścianie rynku.

„Nie zawsze przybywam na czas” - odpowiedział.

Kobieta uniosła na niego oczy.

„Ale przybywasz.”

Kaelan nie znalazł odpowiedzi.

Później, gdy mieszkańcy rozeszli się, a ranni zasnęli pod opieką uzdrowicieli, siedział przy pustym stole. Przed nim leżała kopia symbolu i inskrypcji. Lysandra spała na ławie, z głową opartą o zwinięty płaszcz. Iven zasnął na siedząco, nadal trzymając pusty kubek. Darian stał przy wejściu i obserwował strażników wynoszących ostatnie ciała.

„Powinieneś odpocząć” - powiedział.

„Ty też.”

„Ja nie zamierzam jutro przeszukiwać archiwów w Aurum.”

Kaelan spojrzał na niego.

„Skąd wiesz, co zamierzam?”

„Znam cię.”

„To odważne twierdzenie.”

Darian podszedł do stołu i oparł dłonie o blat.

„Posłuchaj mnie. Dziś ktoś niemal rozerwał miasto, żeby otworzyć coś ukrytego pod wieżą. Nie wiemy kto, nie wiemy po co i nie wiemy, czy ten znak należy do martwej sekty, dawnego królestwa czy grupy szaleńców. Zanim zaczniesz wyważać drzwi w archiwach, porozmawiaj z Orenem.”

„Porozmawiam.”

„I z Radą.”

„Jeżeli będzie to konieczne.”

Darian zamknął oczy.

„Właśnie tego się obawiałem.”

Kaelan przesunął kartę w jego stronę.

„Dziesięciu strażników. Dziewięć Katedr. Pieczęć pod wieżą starsza od miasta. Sabotaż wykonany przez kogoś, kto rozumie współczesne przewody i dawną geometrię. To nie jest martwa sekta.”

„Nie wiesz tego.”

„Nie.”

„A jednak już zdecydowałeś.”

Kaelan spojrzał na śpiącą Lysandrę, potem na Ivena. Wreszcie na ciała pod płótnem.

„Zdecydowałem tylko, że chcę poznać prawdę.”

Darian wyprostował się.

„Prawda nie zawsze jest warta ceny.”

„To zdanie najczęściej wypowiadają ludzie, którzy oczekują, że cenę zapłaci ktoś inny.”

Darian patrzył na niego długo. W jego twarzy nie było gniewu, raczej zmęczenie.

„Kiedyś ta twoja pewność doprowadzi nas wszystkich do nieszczęścia.”

„Kiedyś twoja ostrożność pozwoli złu spokojnie dokończyć pracę.”

„Czyli jesteśmy sobie potrzebni.”

Kaelan uśmiechnął się lekko.

„Niestety.”

Darian odszedł do wyjścia. Zatrzymał się jednak na progu.

„Kaelan.”

„Tak?”

„Dobrze, że przyjechaliśmy dzisiaj.”

Kaelan spojrzał na niego.

„Tak.”

Kiedy został sam, wyjął złotą monetę, którą wcześniej umieścił w pieczęci bramy. Metal był osmalony i przecięty cienką czarną linią. Nie przypominała pęknięcia powstałego od temperatury. Biegła idealnie prosto przez środek krążka.

Tak samo jak linia w nieznanym symbolu.

Kaelan położył monetę obok kopii inskrypcji.

MEMORIA NON MORITUR.

Pamięć nie umiera.

Za oknami domu cechowego gasły ostatnie pożary. Nad wzgórzem wieża znów świeciła spokojnym błękitem, jakby nic się nie wydarzyło.

Kaelan wiedział jednak, że pod jej fundamentami pozostała zamknięta komnata.

I coś, co przez cały dzień próbowało zostać zapamiętane.