Dzień, w którym odeszłaś - Luna Velevitka - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Dzień, w którym odeszłaś ebook i audiobook

Luna Velevitka

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

373 osoby interesują się tą książką

Opis

Gdy Ashling przyłapuje narzeczonego w łóżku ze swoją siostrą bliźniaczką, w jednej chwili traci dwie najważniejsze osoby w swoim życiu. Zrywa zaręczyny, odwołuje ślub i próbuje poskładać serce po podwójnej zdradzie.

A potem przychodzi wiadomość.

Alice nie żyje.

Nie będzie przeprosin ani pojednania. Zostaje żałoba wymieszana z gniewem i poczuciem winy. Bo jak opłakiwać kogoś, kogo jednocześnie się kochało i nienawidziło?

Wtedy do mieszkania naprzeciwko wprowadza się Christopher – były żołnierz, który sam próbuje uciec przed przeszłością. Nie chce pomocy, litości ani ludzi, którzy mogliby podejść zbyt blisko.

A jednak Ashling zaczyna dostrzegać to, co Chris tak desperacko próbuje ukryć.

Dwoje złamanych ludzi. Dwie przeszłości, od których nie da się uciec. I uczucie, którego żadne z nich nie planowało.

Tylko że Ashling nie zna całej prawdy o Christopherze.

Czy dzień, w którym odchodzimy, zabiera ze sobą także serca tych, którzy zostają?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 485

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 57 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magdalena WojtachaDamian Żebrowski

Oceny
4,5 (589 ocen)
394
111
55
19
10
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Jagulka12

Z braku laku…

Historia mnie nie wciągnęła, strasznie mi się dłużyła
SinRostro87

Nie oderwiesz się od lektury

O RANY… TA KSIĄŻKA MNIE ROZJECHAŁA. 😭❤️‍🔥 „Dzień, w którym odeszłaś” to dokładnie ten typ historii, po której odkładasz książkę, patrzysz przed siebie i myślisz: „No i co ja mam teraz ze sobą zrobić?!” 🥹 Wciągnęła mnie od pierwszych stron i już nie wypuściła. Czytałam, przeżywałam, złościłam się, wzruszałam, uśmiechałam… a momentami miałam ochotę wejść do tej książki i potrząsnąć bohaterami. 😂❤️ Bo właśnie bohaterowie są tutaj moim największym „problemem”. Pokochałam ich. Naprawdę. 🥺❤️ Ich emocje, ich historię, ich słabości, wybory i wszystko to, co sprawiało, że byli tak cholernie prawdziwi. Z każdą stroną coraz bardziej się do nich przywiązywałam, aż w pewnym momencie przestałam ich po prostu czytać — zaczęłam ich przeżywać. A emocji tutaj zdecydowanie nie brakuje. 💔 Ta książka potrafi w jednej chwili dać Ci motylki w brzuchu, żeby chwilę później ścisnąć serce i zostawić Cię z gulą w gardle. I właśnie takie historie kocham najbardziej. Nie tylko takie, które są dobrze napisane...
72
Kleosiaok

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka. Dużo emocji. Cierpienia i zła. Ludzie który muszą pochować przeszłość by ruszyć dalej
52
maralalus

Nie oderwiesz się od lektury

wspaniała historia ❤️
52
Choco1234

Nie oderwiesz się od lektury

No w końcu coś od Autorki 🙌 Polecam
52

Popularność




Dla serc, któ­re mimo krętych dróg do­ta­rły tam, gdzie po­win­ny.

Prolog 1

Ashling

Rok wcześniej…

Wil­liam nie ma po­jęcia, że skró­ci­łam po­byt w Soak & Sage Spa tyl­ko dla­te­go, że się za nim stęsk­ni­łam. Zre­zy­gno­wa­łam z sau­ny oraz se­rii re­lak­su­jących ma­sa­ży, na któ­re mnie na­mó­wił, po­nie­waż chcia­łam dziś za­snąć wtu­lo­na w jego ra­mio­na.

A te­raz sto­ję przed drzwia­mi pro­wa­dzący­mi do na­szej sy­pial­ni i choć bar­dzo chcę na­ci­snąć klam­kę, to nie je­stem w sta­nie się ru­szyć, bo do­bie­ga­jące stam­tąd dźwi­ęki brzmią zbyt jed­no­znacz­nie, bym mo­gła po­my­lić je z czym­kol­wiek in­nym. Może to dla­te­go pie­rścio­nek na moim pal­cu za­czął mi nie­zno­śnie ci­ążyć. Spo­glądam na­wet na nie­go i je­dy­ne, co czu­ję, to po­twor­ny nie­po­kój. Dla­te­go ro­bię krok w tył, a po­tem jesz­cze je­den, aż bio­drem ude­rzam o nie­wiel­ki sto­lik przy ścia­nie, przez co na mo­jej twa­rzy po­ja­wia się gry­mas. Moc­niej, niż to ko­niecz­ne, roz­ma­so­wu­ję bo­lące miej­sce i sta­ram się uspo­ko­ić, ale przez moją gło­wę z za­wrot­ną pręd­ko­ścią mkną idio­tycz­ne sce­na­riu­sze tego, co mogę za­stać po dru­giej stro­nie drzwi. Naj­bar­dziej ku­rio­zal­ny jest ten, że Will, za­miast w si­łow­ni, po­sta­no­wił od­być tre­ning w na­szej sy­pial­ni.

Po­trząsam gło­wą, po czym od­li­czam w my­ślach do trzech i ostro­żnie na­ci­skam klam­kę. Za­glądam do środ­ka. Żo­łądek pod­cho­dzi mi do gar­dła na wi­dok Wil­lia­ma klęczące­go na na­szym łó­żku i w sza­le­ńczym tem­pie wbi­ja­jące­go się w…

Mru­gam kil­ku­krot­nie z na­dzie­ją, że wi­dok przede mną za­raz się roz­my­je.

– Ali­ce… – szep­czę zdła­wio­nym gło­sem, gdy do­cie­ra do mnie, że mój na­rze­czo­ny wła­śnie pie­przy się z moją sio­strą bli­źniacz­ką.

To wła­śnie on do­strze­ga mnie jako pierw­szy. Jego oczy w jed­nej chwi­li sta­ją się wiel­gach­ne jak spodki, a wszyst­kie mi­ęśnie na­pi­na­ją mu się ni­czym stru­na. Po­spiesz­nie wy­su­wa się z mo­jej sio­stry i nie­zdar­nie ze­ska­ku­je z łó­żka, po czym w po­pło­chu szu­ka cze­goś, czym mó­głby za­kryć swo­je­go wci­ąż ster­czące­go pe­ni­sa.

To się nie dzie­je…

– Ko­cha­nie, ja… Cho­le­ra… – Zgar­nia z podło­gi spodnie, wci­ąga je na sie­bie, pod­ska­ku­jąc to na jed­nej, to na dru­giej no­dze, by utrzy­mać rów­no­wa­gę. W in­nych oko­licz­no­ściach pew­nie uzna­ła­bym to za za­baw­ne. – Mia­łaś być w spa… – rzu­ca oska­rży­ciel­sko, a se­kun­dę pó­źniej, gdy naj­wy­ra­źniej do­cie­ra do nie­go, jak bez­na­dziej­nie za­brzmiał, krzy­wi się i po­cie­ra dło­nią twarz.

– Sio­stra… – Ali­ce od­zy­wa się w ko­ńcu gło­sem przy­po­mi­na­jącym po­mruk kota i le­ni­wie prze­ci­ąga się w po­ście­li, któ­rą sama wy­bra­łam. – Wy­bacz, tak ja­koś wy­szło. – Jej tłu­ma­cze­nie nie ma w so­bie na­wet nut­ki żalu, wręcz prze­ciw­nie.

Przez chwi­lę przy­glądam się im w mil­cze­niu. Chy­ba po­trze­bu­ję kil­ku se­kund, by do­ta­rło do mnie, że to, na co pa­trzę, to nie wy­twór mo­jej wy­obra­źni, a pie­przo­na rze­czy­wi­sto­ść. Ukła­dam w gło­wie, co po­win­nam po­wie­dzieć, ale żad­ne sło­wa, któ­re przy­cho­dzą mi na myśl, nie od­zwier­cie­dla­ją tego, co wła­śnie czu­ję. Robi mi się dusz­no.

– Nie… Nie prze­szka­dzaj­cie so­bie – oznaj­miam, uno­sząc wy­żej pod­bró­dek, a po­tem się wy­co­fu­ję i ko­ry­ta­rzem ru­szam pro­sto do wy­jścia.

Sły­szę za sobą ci­ężkie kro­ki Wil­lia­ma, któ­ry naj­wi­docz­niej otrząsnął się już z szo­ku i po­sta­no­wił, że czas na wy­ja­śnie­nia. Chwi­lę pó­źniej czu­ję na nad­garst­ku pal­ce. Za­ci­ska­ją się de­li­kat­nie, jak­by nie był pew­ny, czy ma jesz­cze pra­wo mnie do­ty­kać.

– Ash! To… To wszyst­ko tak szyb­ko się po­to­czy­ło, ja… ja tego nie pla­no­wa­łem.

Chcia­łam po pro­stu wy­jść, ale jego sło­wa po­wo­du­ją, że od­wra­cam się i spo­glądam mu w oczy. Tli się w nich na­dzie­ja, bo prze­cież głu­piut­ka Ash za­wsze wie­rzy w ka­żde jego sło­wo i te­raz prze­cież nie może być ina­czej.

– Och, co za ulga… – oświad­czam z iro­nią. – Już się ba­łam, że zro­bi­łeś to z pre­me­dy­ta­cją.

Wy­ry­wam się z uści­sku i wci­ąż na nie­go pa­trząc, ści­ągam z pal­ca pie­rścio­nek za­ręczy­no­wy. Will cały tęże­je, gdy spo­gląda na moją wy­ci­ągni­ętą ku nie­mu dłoń.

Chry­ste, czy on sądzi, że po tym, co zo­ba­czy­łam, ci­ągle chcę za nie­go wy­jść?

– Ash­ling… – Prze­ły­ka ci­ężko. W tym jed­nym sło­wie wy­czu­wam praw­dzi­wą pa­ni­kę.

Drzwi sy­pial­ni otwie­ra­ją się i kątem oka za­uwa­żam za nimi ruch. Jed­nak ja i Will wci­ąż pa­trzy­my upar­cie na sie­bie.

– To ko­niec. – Wkła­dam mu w dłoń pie­rścio­nek. – Za kil­ka dni wró­cę po rze­czy.

– Ash… – szep­cze spa­ni­ko­wa­ny, a ja za­bie­ram wa­liz­kę, któ­rą mia­łam ze sobą w spa, i wy­cho­dzę.

Z ka­żdym kro­kiem co­raz trud­niej jest mi po­wstrzy­mać płacz. Czte­ry wspól­nie spędzo­ne lata wła­śnie sta­ły się za­mkni­ętym roz­dzia­łem.

Spo­glądam w chmu­ry i moje oczy wy­pe­łnia­ją się łza­mi. Gdy­by Lulu żyła, by­ło­by mi ła­twiej.

– Nie mogę uwie­rzyć, że mi to zro­bi­li, bab­ciu…

Prolog 2

Christopher

Siedem lat wcześniej…

Pó­łci­ęża­rów­ka mo­jej sio­stry su­nie po szu­tro­wej dro­dze pro­wa­dzącej na ran­czo Staj­nia Spo­koj­nej Du­szy, a ja mam wra­że­nie, że ka­żdy mi­ęsień w moim cie­le pło­nie. Po wie­lu spędzo­nych w szpi­ta­lu ty­go­dniach, w cza­sie któ­rych prze­sze­dłem skom­pli­ko­wa­ną ope­ra­cję nogi i nie­ma­lże na nowo mu­sia­łem na­uczyć się cho­dzić, a ta­kże – co było naj­trud­niej­sze – pa­trzeć na sie­bie, sądzi­łem, że na­uczy­łem się o bólu wszyst­kie­go. Gów­no praw­da. Po­zna­ję go do­pie­ro te­raz, gdy wy­słu­żo­ny sa­mo­chód La­ven­der pod­ska­ku­je na do­łkach, któ­rych ona naj­wi­docz­niej nie za­uwa­ża albo po pro­stu ma je gdzieś.

Sły­szę wi­bra­cje te­le­fo­nu do­cho­dzące z tor­by, ale igno­ru­ję je, po­nie­waż do­sko­na­le wiem, że to Matt, mój je­dy­ny przy­ja­ciel. My­śla­łem, że gdy opusz­czę szpi­tal, uda­jąc, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, od­pu­ści, ale naj­wi­docz­niej to tyl­ko po­bo­żne ży­cze­nia.

Gdy w ko­ńcu Ven par­ku­je pod do­mem, od­czu­wam nie­wy­obra­żal­ną ulgę, tak ogrom­ną, że przez se­kun­dę mam ocho­tę przy­tu­lić sio­strę. W tej chwi­li zgo­dzi­łbym się na­wet na ko­lej­ną ope­ra­cję, byle tyl­ko nie mu­sia­ła mnie już ni­g­dzie wo­zić. To też jest tyl­ko po­bo­żnym ży­cze­niem, po­nie­waż nie­pręd­ko będę mógł wsi­ąść za kó­łko.

Po­wi­nie­nem był zgi­nąć…

Oci­ęża­le si­ęgam do klam­ki, ale Ven oka­zu­je się szyb­sza. Zdąży­ła już wy­sko­czyć z sa­mo­cho­du, okrążyć go i otwo­rzyć mi drzwi. Z nie­śmia­łym uśmie­chem wy­su­wa w moją stro­nę rękę, bym się na niej wspa­rł, ale ja się nie ru­szam. Pa­trzę na jej dłoń, za­ci­ska­jąc szczęki tak moc­no, że aż trzesz­czą mi zęby.

– Chris… – wzdy­cha.

– Nie. – Moc­niej na­ci­ągam da­szek wy­pło­wia­łej bejs­bo­lów­ki i z nie­by­wa­łym tru­dem wy­sia­dam. Spor­to­we buty, któ­re mi ku­pi­ła i do wło­że­nia któ­rych mnie zmu­si­ła, wzbi­ja­ją tu­ma­ny ku­rzu, gdy tyl­ko moje sto­py zde­rza­ją się z zie­mią.

Roz­glądam się, ale bez sen­ty­men­tu, ra­czej mie­rzę się z nową rze­czy­wi­sto­ścią na chłod­no. Dom ro­dzi­ców wy­gląda nie­mal iden­tycz­nie, jak w dniu mo­jej ostat­niej wi­zy­ty, ja­kieś… trzy, może czte­ry lata temu. Ta sama we­ran­da, ten sam dach i te same wspo­mnie­nia.

Tyl­ko ja je­stem te­raz inny. Znisz­czo­ny. Na ze­wnątrz i w środ­ku.

Dźwi­ęk nad­je­żdża­jące­go sa­mo­cho­du prze­ry­wa go­ni­twę my­śli w mo­jej gło­wie. Po­wo­li od­wra­cam się i za­uwa­żam ja­dący w na­szym kie­run­ku wóz. Nie mam po­jęcia, kim jest kie­row­ca, ale łączy go z moją sio­strą ten sam styl jaz­dy. Au­tem trzęsie na boki, gdy za­pa­da się w ka­żdej mo­żli­wej dziu­rze. Na­wet z ta­kiej od­le­gło­ści da się wy­ła­pać skrzy­pie­nie sta­rej ka­ro­se­rii.

Gdy tak wpa­tru­ję się w tę zbli­ża­jącą się kupę zło­mu, czu­ję na so­bie wzrok sio­stry i coś mi pod­po­wia­da, że nie będę za­do­wo­lo­ny z tego, co się za chwi­lę wy­da­rzy.

Spi­nam się.

Ubło­co­ny Che­vro­let z lat dzie­wi­ęćdzie­si­ątych za­trzy­mu­je się na pod­je­ździe, tuż za au­tem Ven, a po chwi­li wy­sia­da z nie­go ko­bie­ta. Ma na so­bie wy­so­kie ka­lo­sze, rów­nie brud­ne co jej po­jazd, a ta­kże wąskie spodnie do jaz­dy kon­nej i ka­mi­zel­kę przy­po­mi­na­jącą tę, któ­rą nie­gdyś no­sił mój oj­ciec.

– Chris… – od­zy­wa się Ven w spo­sób, któ­ry wca­le mi się nie po­do­ba, bo przy­wo­dzi na myśl mie­szan­kę pro­śby i ostrze­że­nia. – To jest… dok­tor Young.

Za­ci­skam pi­ęści.

– Po­mo­że ci.

Ja nie za­słu­gu­ję na po­moc…

Rozdział 1

Ashling

Nor­mal­nie nie ko­rzy­stam z te­le­fo­nu, gdy na­prze­ciw­ko mnie sie­dzi oso­ba, z któ­rą się umó­wi­łam, ale tym ra­zem to wy­da­je się moją je­dy­ną przy­zwo­itą roz­ryw­ką pod­czas tego po­po­łud­nia.

Bell: Jak rand­ka??? Bła­gam, po­wiedz, że jest go­rący jak wul­ka­nicz­na lawa.

Tri­ni: Czy ktoś może po­zbyć się stąd Bell? Jej rady są tak cen­ne jak zno­szo­ne majt­ki, któ­ry­mi han­dlu­je jak mały di­ler.

Bell: Do ko­ńca ży­cia będziesz mi do­gry­zać z po­wo­du jed­nej uży­wa­nej pary maj­tek, któ­rą sprze­da­łam mężczy­źnie w po­trze­bie???

Tri­ni: Ośmiu par, Bell. Było ich osiem. A ten fa­cet to pew­nie ja­kiś zbok.

Bell: PRZY­PO­MI­NAM TYL­KO, ŻE MIA­ŁY­ŚMY WSPE­RAĆ ASH, A NIE WY­PO­MI­NAĆ MI BŁĘDY MŁO­DO­ŚCI!!!

Tri­ni: To sta­ło się za­le­d­wie dwa ty­go­dnie temu, a ty wci­ąż je­steś mło­da.

Od­kła­dam ko­mór­kę i spo­glądam na fa­ce­ta, z któ­rym spo­tka­łam się wy­łącz­nie dla­te­go, że dziew­czy­ny nie da­ły­by mi żyć, gdy­bym tego nie zro­bi­ła.

– Po­pro­szę flat whi­te na mle­ku mig­da­ło­wym, z lek­ką nut­ką wa­ni­lii – mówi uprzej­mie John. – Ale taką nie­zbyt do­mi­nu­jącą – za­zna­cza z uśmie­chem.

Ob­ser­wu­ję tę sce­nę z za­że­no­wa­niem i mam co­raz wi­ęk­szą ocho­tę po pro­stu wstać i wy­jść, ale idąc tu­taj, obie­ca­łam so­bie, że cho­ćby nie wiem co się wy­da­rzy­ło, wy­trwam do ko­ńca. Nie­za­le­żnie od tego, jak bar­dzo iry­tu­jącym mężczy­zną oka­że się mój to­wa­rzysz.

Pół roku temu Tri­ni i Bell – ab­so­lut­nie gdzieś ma­jąc moje zda­nie – za­ło­ży­ły mi kon­to na apli­ka­cji rand­ko­wej, po­nie­waż obie zgod­nie uzna­ły, że po­win­nam w ko­ńcu za­cząć się z kimś spo­ty­kać. Miał to być cel­nie wy­mie­rzo­ny cios w ty­łek by­łe­go na­rze­czo­ne­go i sio­stry, któ­ra rok temu spa­ko­wa­ła wa­liz­kę i wy­je­cha­ła Bóg wie do­kąd. Z tą idio­tycz­ną my­ślą za­częłam więc uma­wiać się na rand­ki. Nie zli­czę, na ilu nie­uda­nych spo­tka­niach by­łam i jak wie­lu pa­lan­tów po­zna­łam. John jed­nak od po­cząt­ku spra­wiał wra­że­nie zu­pe­łnie in­ne­go. Sko­ńczył ban­ko­wo­ść, ma swo­je miesz­ka­nie, in­te­re­su­jące hob­by, jest ele­ganc­ki i przy­stoj­ny. Nie spędza wie­czo­rów w ba­rach, za to gra w gol­fa. Pi­sa­li­śmy ze sobą od ja­kie­goś cza­su i wy­da­wał się na­praw­dę za­baw­ny, jed­nak te­raz…

– Coś jesz­cze? – pyta kel­ner i je­stem prze­ko­na­na, że z tru­dem po­wstrzy­mu­je od­ruch prze­wró­ce­nia ocza­mi. Po­dob­nie jak ja.

– Och, tak, pew­nie. Po­pro­szę bez­glu­te­no­wy ser­nik we­ga­ński, na spo­dzie z ko­mo­sy ry­żo­wej i dak­ty­li.

John za­my­ka menu i od­da­je kar­tę chło­pa­ko­wi, tłu­ma­cząc coś jesz­cze na te­mat kawy, a ja wy­my­ślam naj­ró­żniej­sze spo­so­by na po­zba­wie­nie mo­ich przy­ja­ció­łek pal­ców, by ni­g­dy wi­ęcej nie do­tknęły żad­ne­go te­le­fo­nu. Zwłasz­cza mo­je­go. Wzro­kiem wędru­ję po ide­al­nie wy­pra­so­wa­nej ko­szu­li Joh­na i zu­pe­łnie nie­spo­dzie­wa­nie do­cie­ra do mnie, że on przy­po­mi­na mi Wil­lia­ma. Co za­baw­ne, gdy wy­mie­nia­li­śmy wia­do­mo­ści, od­no­si­łam wra­że­nie, że jest zu­pe­łnie inny niż mój były na­rze­czo­ny, ale po dzie­si­ęciu mi­nu­tach w jego to­wa­rzy­stwie… mam dość. Na­gle przy­po­mi­na­ją mi się też sło­wa bab­ci Lulu: „Je­że­li wiesz, że ja­kieś ciast­ko ci nie po­sma­ko­wa­ło, po cho­le­rę si­ęgasz po iden­tycz­ne?”. Nie­mal sły­szę w gło­wie ton, ja­kim to mó­wi­ła.

Gdy tyl­ko kel­ner się od­da­la, John znów sku­pia się na mnie.

– Cóż… szko­da, że nie mia­łaś ocho­ty na ten ser­ni­czek.

„Ser­ni­czek”.

– Jest re­we­la­cyj­ny. – Po­sy­ła mi olśnie­wa­jący uśmiech, a po­tem, gdy chce do­dać coś jesz­cze, jego ko­mór­ka za­czy­na dzwo­nić, więc si­ęga po nią do kie­sze­ni, po­sy­ła­jąc mi prze­pra­sza­jący uśmiech. – Cho­le­ra, prze­pra­szam, Ash­ling, ale cze­ka­łem na ten te­le­fon. Wy­bacz, mu­szę ode­brać. Wró­cę za mo­men­cik.

Od­pro­wa­dzam go wzro­kiem, gdy zmie­rza w kie­run­ku wy­jścia, i na­gle w mo­jej gło­wie po­ja­wia się okrop­na myśl. A co, gdy­bym te­raz ucie­kła? By­ło­by mu przy­kro? Upi­łby się z żalu? Zresz­tą, co mnie to ob­cho­dzi. Fa­cet za­miast na drin­ka wie­czo­rem za­pro­sił mnie na kawę i ser­ni­czek w jego ulu­bio­nej re­stau­ra­cji. Chrza­nić to! Chrza­nić moje po­sta­no­wie­nia, któ­re mia­ły dla mnie zna­cze­nie, gdy tu szłam. Zry­wam się z krze­sła i za­rzu­cam to­reb­kę na ra­mię. Roz­glądam się do­oko­ła, szu­ka­jąc dro­gi uciecz­ki.

– Tyl­ne wy­jście – sły­szę nie­spo­dzie­wa­nie za ple­ca­mi czy­jś głos.

Od­wra­cam się i wi­dzę kel­ne­ra, któ­ry przyj­mo­wał na­sze za­mó­wie­nie. Mam ocho­tę rzu­cić mu się w ra­mio­na i uca­ło­wać za ten nie­za­prze­czal­ny akt mi­ło­sier­dzia.

– Mó­wisz po­wa­żnie? – py­tam i je­stem nie­mal pew­na, że brzmię jak de­spe­rat­ka.

Chło­pak uśmie­cha się sze­ro­ko.

– Jak naj­bar­dziej. – Ru­sza w kie­run­ku za­ple­cza, a ja drep­czę za nim, ogląda­jąc się co chwi­lę za sie­bie, by mieć pew­no­ść, że John wci­ąż roz­ma­wia przez te­le­fon.

Za­cho­wu­ję się jak nie­doj­rza­ła na­sto­lat­ka, ale w tej chwi­li wolę my­śleć o tym jak o pod­jęciu je­dy­nej słusz­nej de­cy­zji.

– Tędy. – Zer­ka na mnie przez ra­mię i pro­wa­dzi do du­żych me­ta­lo­wych drzwi, któ­re skrzy­pią prze­ra­ża­jąco, gdy po­py­cha je z ca­łej siły.

– Je­steś cu­dow­ny! Dzi­ęku­ję. – Skła­dam dło­nie jak do mo­dli­twy i pa­trzę na nie­go z wdzi­ęcz­no­ścią.

– Taaa… Po­dob­no… – Nie­co za­wsty­dzo­ny dra­pie się po kar­ku, a po chwi­li zni­ka we wnętrzu bu­dyn­ku.

Ni­g­dy wi­ęcej ran­dek z apli­ka­cji!

Nie­dziel­ne po­po­łud­nie spędzam na wy­le­gi­wa­niu się na ka­na­pie przed te­le­wi­zo­rem i po­chła­nia­niu gi­gan­tycz­nej por­cji lo­dów. Bell i Tri­ni od wczo­raj nie­ustan­nie pró­bu­ją się ze mną skon­tak­to­wać, ale ja świa­do­mie je igno­ru­je, by dać im na­ucz­kę.

Po po­wro­cie do domu z nie­uda­nej rand­ki na­pi­sa­łam im je­dy­nie, że John oka­zał się po­ra­żką, po czym stre­ści­łam prze­bieg tego spo­tka­nia. Za­jęło mi to dwa zda­nia. Do­słow­nie.

Pa­trzę na wy­świe­tlacz i znów mam ocho­tę sko­pać im ty­łki.

Bell: No weź, Ash, chcia­ły­śmy do­brze!

Tri­ni: Żad­na z nas nie sądzi­ła, że jest dzi­wa­kiem, Ty też nie, przy­znaj.

Bell: Do­kład­nie! Mój ra­dar za­kwa­li­fi­ko­wał go do gru­py: NA PEW­NO MA DU­ŻE­GO FIU­TA, ale nie sądzi­łam, że za­ja­da się tek­tu­rą.

Tri­ni: Ko­mo­sa ry­żo­wa to nie jest tek­tu­ra…

Bell: Nie­istot­ne. Fa­cet na zdjęciu wy­glądał na spo­ko go­ścia, je­stem prze­ko­na­na, że gdy­byś zaj­rza­ła mu w spodnie, moja teo­ria na te­mat jego ku­ta­sa oka­za­ła­by się słusz­na. Może trze­ba było na nie­go za­cze­kać?

Tri­ni: Bell, za­mknij się, bo w prze­ciw­nym ra­zie Ash ni­g­dy wi­ęcej się do nas nie ode­zwie!

Ja: Niech żad­na z Was wi­ęcej nie do­ty­ka mo­je­go te­le­fo­nu! Ni­g­dy! Po­zby­łam się tej apli­ka­cji!

Bell:

Tri­ni:

Cho­ciaż je­stem na nie zła, to i tak nie mogę po­wstrzy­mać uśmie­chu ci­snące­go mi się na usta. Od daw­na te dwie wa­riat­ki są jak moja ro­dzi­na i wiem, że na­praw­dę chcia­ły do­brze.

Tak wie­le zda­rzy­ło się w ci­ągu mi­nio­ne­go roku… Na­gły wy­jazd Ali­ce tuż po tym, jak na­kry­łam ją z Wil­lia­mem, sza­le­jąca z nie­po­ko­ju mat­ka, któ­ra mimo wszyst­ko uzna­ła, że po­win­nam dać szan­sę by­łe­mu na­rze­czo­ne­mu i wy­ba­czyć sio­strze. Jak­by to było ta­kie pro­ste. Tyl­ko dzi­ęki Tri­ni i Bell nie roz­pa­dłam się na mi­lion ka­wa­łecz­ków.

Te­le­fon za­czy­na dzwo­nić. Zer­kam na wy­świe­tlacz i na­tych­miast od­bie­ram, wi­dząc imię Me­lo­dy, wła­ści­ciel­ki ksi­ęgar­ni, w któ­rej pra­cu­ję. Od pierw­sze­go dnia mo­jej pra­cy bar­dzo ją po­lu­bi­łam, ale w ostat­nim cza­sie jesz­cze moc­niej się do sie­bie zbli­ży­ły­śmy. To pew­nie dla­te­go, że przy­po­mi­na mi bab­cię Lulu, z któ­rą łączy­ła mnie wy­jąt­ko­wa więź; ni­g­dy nie­wy­stępu­jąca mi­ędzy mną a mamą. Bab­cia była ko­cha­na, tro­chę sza­lo­na, ale za­wsze mo­głam na niej po­le­gać. Gdy mat­kę po­chła­nia­ło bie­ga­nie z ca­stin­gu na ca­sting w na­dziei na rolę ży­cia, Lulu – bo wo­la­ła, gdy tak się do niej zwra­ca­ły­śmy – da­wa­ła mi na­miast­kę praw­dzi­we­go domu. Chło­nęłam ka­żdą chwi­lę w jej to­wa­rzy­stwie i nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go Ali­ce nie może się z nią do­ga­dać.

– Tak, Me­lo­dy?

– Och, Ash­ling! – pisz­czy ra­do­śnie, a ja od­su­wam te­le­fon od ucha, po­nie­waż roz­en­tu­zja­zmo­wa­na Me­lo­dy za­wsze jest zbyt gło­śna. – Te nie­dziel­ne za­jęcia to strzał w dzie­si­ąt­kę!

W tle sły­szę śmiech dzie­ci i dźwi­ęcz­ny głos Chloe, któ­ra wpa­da do nas w ka­żdą nie­dzie­lę i czy­ta ma­lu­chom. Dzie­cia­ki ją uwiel­bia­ją.

– Po­win­nam się po­ja­wić?

– Nie, od­po­czy­waj. – Chi­cho­cze. – Mu­sisz do­jść do sie­bie po wczo­raj­szej rand­ce.

Prze­wra­cam ocza­mi, ża­łu­jąc, że w ogó­le opo­wie­dzia­łam jej, jak wy­gląda­ło spo­tka­nie z Joh­nem, ale ona bywa na­praw­dę nie­ustępli­wa, gdy chce się cze­goś do­wie­dzieć.

– To nie jest za­baw­ne, Me­lo­dy.

– Do­brze, już do­brze. Za­mknę dziś.

– A Frank? Co sądzi o Chloe?

Frank to chło­pak Me­lo­dy, choć brzmi to dość dziw­nie zwa­żyw­szy na to, że obo­je są po sze­śćdzie­si­ąt­ce.

– Nie za­czy­naj! – upo­mi­na mnie, a ja mo­men­tal­nie się uśmie­cham. Me­lo­dy Hay­es to strasz­nie za­zdro­sna zo­łza i nie­jed­no­krot­nie by­łam świad­kiem, jak stro­fo­wa­ła bied­ne­go Fran­ka, gdy jego spoj­rze­nie po­wędro­wa­ło do in­nej ko­bie­ty. – On ma za­kaz pa­trze­nia w jej kie­run­ku. Do­ży­wot­nio. Czy­li… bo ja wiem… na ja­kieś dzie­si­ęć do dwu­dzie­stu lat. Oczy­wi­ście je­że­li prze­sta­nie jeść tyle czer­wo­ne­go mi­ęsa.

– Je­steś okrop­na. – Śmie­ję się.

– Tak, tak… – wzdy­cha. – Po­dob­no.

Za­mie­nia­my jesz­cze kil­ka zdań, po czym się roz­łączam. Mam szczęście, że ota­cza­ją mnie lu­dzie tacy jak ona. Rok temu mu­sia­łam za­cząć nowe ży­cie bez Wil­lia­ma, od­wo­łać ślub i znie­ść la­ment mat­ki, gdy do­wie­dzia­ła się, że zdra­dził mnie z Ali­ce. Naj­gor­sze w tym wszyst­kim było jed­nak to, że bar­dziej ża­ło­wa­ła jej, cho­ciaż to ja po­trze­bo­wa­łam po­cie­sze­nia. Wszyst­ko, co zna­łam, na­gle znik­nęło, a po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa roz­my­ło się, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie cień.

Na­stęp­ne­go ran­ka otwie­ram ksi­ęgar­nię z dziw­nym po­czu­ciem lęku. Nie po­tra­fię wy­ja­śnić, skąd się wzi­ął, ale przy­lgnął do mnie, gdy tyl­ko unio­słam po­wie­ki, i czu­ję go nie­mal na ca­łym cie­le. Jak­by do mo­ich ple­ców przy­kle­ił się mo­kry koc.

Po­py­cha­jąc drzwi, sły­szę gdzieś z od­da­li krzyk Bell:

– Ash­ling! Ash!

Od­wra­cam się i wi­dzę pędzącą w moim kie­run­ku przy­ja­ció­łkę. To dość za­ska­ku­jący wi­dok, zwłasz­cza że jest po­nie­dzia­łko­wy po­ra­nek, a Bell jest wy­stro­jo­na, jak­by wy­bie­ra­ła się na rand­kę.

– Cho­le­ra – sa­pie zdy­sza­na i po­pra­wia gra­fi­to­wą su­kien­kę opi­na­jącą jej kszta­łt­ne bio­dra. – Te szpil­ki to ja­kiś kosz­mar – jęczy z fru­stra­cji.

Spo­glądam w dół, na jej ob­ca­sy, i aż się krzy­wię na samą myśl, jak bar­dzo nie­wy­god­ne mu­szą być. Na­tych­miast prze­no­szę wzrok na swo­je bia­łe tramp­ki, któ­re może i nie są naj­pi­ęk­niej­sze, ale za to kom­for­to­we.

– Co tu ro­bisz? – py­tam, wcho­dząc do środ­ka.

Bell drep­cze za mną, sy­cząc z bólu i prze­kli­na­jąc pod no­sem.

– Mam roz­mo­wę w spra­wie pra­cy. – Sia­da w fo­te­lu pod oknem i zrzu­ca szpil­ki. Przez chwi­lę ma­su­je sto­py, wzdy­cha­jąc z ulgą. – Je­śli tyl­ko zdo­łam tam do­trzeć. – Krzy­wi się.

– O ile wiem, to masz pra­cę. – Za­no­szę na za­ple­cze to­reb­kę, a po­tem wra­cam do przy­ja­ció­łki.

– Ale chcę mieć taką jak Tri­ni – ma­ru­dzi, moc­niej ugnia­ta­jąc pal­ce. Czer­wień na jej pa­znok­ciach lśni w po­ran­nym sło­ńcu, któ­re­go pro­mie­nie wpa­da­ją do środ­ka przez ogrom­ne okno.

Pod­cho­dzę bli­żej i sia­dam na wy­ło­żo­nym po­dusz­ka­mi pa­ra­pe­cie. Kącik do czy­ta­nia był moim po­my­słem, do któ­re­go Me­lo­dy na po­cząt­ku nie była prze­ko­na­na, a oka­zał się ko­lej­nym strza­łem w dzie­si­ąt­kę.

– Pra­cę czy może sze­fa? – Uno­szę brwi, spo­gląda­jąc na Bell.

– A ja­kie to ma zna­cze­nie?

– Chry­ste… – jęczę i za­czy­nam się śmiać. – Po­wiedz mi, gdzie masz tę roz­mo­wę?

– W Jack­son Ate­lier – oznaj­mia dum­nie.

– Je­śli do­brze pa­mi­ętam, fir­ma zaj­mu­je się wy­stro­jem wnętrz no­wo­cze­snych apar­ta­men­tów. Nie znasz się na wnętrzach – stwier­dzam.

– No i co? – Wzru­sza ra­mio­na­mi i w ko­ńcu prze­sta­je ma­so­wać sto­py. Nie­chęt­nie si­ęga po buty i znów krzy­wi się z bólu, gdy tyl­ko wci­ska je na sto­py, po czym wsta­je i po­sy­ła mi udręczo­ne spoj­rze­nie. – Życz mi po­wo­dze­nia.

– Po­wo­dze­nia, Bell. – Uśmie­cham się sze­ro­ko i od­pro­wa­dzam ją wzro­kiem do wy­jścia.

Gdy tyl­ko zo­sta­ję sama, wpi­su­ję w wy­szu­ki­war­kę „Jack­son Ate­lier”, a na­stęp­nie do­pi­su­ję sło­wo „wła­ści­ciel”. Se­kun­dę pó­źniej Go­ogle wy­plu­wa dzie­si­ąt­ki zdjęć przy­stoj­ne­go blon­dy­na w ide­al­nie do­pa­so­wa­nym gar­ni­tu­rze. Na ka­żdym z nich to­wa­rzy­szy mu inna ko­bie­ta. Nie­za­prze­czal­nie jest przy­stoj­ny i bez dwóch zdań w ty­pie Bell, jed­nak sądząc po jego part­ner­kach, to ona nie jest w jego ty­pie. Nie­ste­ty nie ist­nie­je taka siła, któ­ra po­wstrzy­ma­ła­by ją przed pó­jściem na tę roz­mo­wę.

Od­kła­dam te­le­fon i za­bie­ram się do pra­cy, jed­nak przez cały czas mam wra­że­nie, że coś jest nie tak. Je­stem dziw­nie nie­spo­koj­na i dość ner­wo­wo re­agu­ję na ka­żdy dźwi­ęk, za­rów­no w ksi­ęgar­ni, jak i na uli­cy. To przy­po­mi­na dni, w któ­rych wy­pi­jam za dużo kawy i nie je­stem w sta­nie się na ni­czym sku­pić, a moje ser­ce bije nie­co szyb­ciej niż zwy­kle.

Ta­kie roz­tar­gnie­nie to­wa­rzy­szy mi przez na­stęp­ne go­dzi­ny, aż do za­mkni­ęcia.

Gdy idę chod­ni­kiem, my­ślę, czy wło­ski tem­pe­ra­ment mo­jej przy­ja­ció­łki nie do­sze­dł dziś do gło­su i czy Ford Jack­son jesz­cze żyje.

Po dro­dze do miesz­ka­nia wstępu­ję jesz­cze do skle­pu i ro­bię nie­wiel­kie za­ku­py. Go­dzi­nę pó­źniej do­sta­ję w ko­ńcu wia­do­mo­ść od Bell.

Bell: Je­stem pew­na, że mam tę pra­cę!

Ja: Tak Ci po­wie­dzie­li???

Bell: Nie bądź dzie­cin­na, Ash. Wy­czy­ta­łam to w oczach Cho­ler­nie Go­rące­go For­da Jack­so­na!

Ja: Za­tem, Pa­nie, miej w swo­jej opie­ce Cho­ler­nie Go­rące­go For­da Jack­so­na…

Tri­ni: Nie waż się pra­co­wać dla ja­kie­goś dup­ka!!!

Nie od­pi­su­ję, za­miast tego przy­go­to­wu­ję so­bie ko­la­cję, a po­tem idę pod prysz­nic. Gdy kła­dę się do łó­żka, znów ogar­nia mnie nie­po­kój. To cho­ler­nie dziw­ne uczu­cie i za nic w świe­cie nie po­tra­fię go wy­tłu­ma­czyć. Ono po pro­stu jest. Wła­ści­wie to nie mam pew­no­ści, czy w ogó­le mnie dziś opu­ści­ło.

Na chwi­lę wstrzy­mu­ję od­dech. Nie wiem na­wet dla­cze­go, a jed­nak nie je­stem w sta­nie zmru­żyć oczu przez całą noc.

Za­sy­piam do­pie­ro nad ra­nem.

Rozdział 2

Ashling

Łap­czy­wie na­bie­ram haust po­wie­trza, wpa­tru­jąc się w su­fit, i… Cho­le­ra, nie roz­po­zna­ję go. Na­tych­miast się pod­no­szę i sia­dam, opie­ra­jąc drżące dło­nie o ma­te­rac. Pot cien­ką stru­żką spły­wa mi po skro­ni, a klat­ka pier­sio­wa uno­si się i opa­da w nie­na­tu­ral­nie szyb­kim tem­pie. Chry­ste, nie mam po­jęcia, co się dzie­je. I jesz­cze to nie­zno­śne uczu­cie dła­wie­nia w gar­dle, jak­by coś tam utknęło.

– Co, do cho­le­ry…?

Z wi­ęk­szym niż za­zwy­czaj tru­dem prze­ły­kam śli­nę i spo­glądam w kie­run­ku okna, a po­tem na sto­jący na szaf­ce noc­nej ze­ga­rek. Pi­ąta. To ozna­cza, że spa­łam za­le­d­wie go­dzi­nę. Nie mam po­jęcia, co mnie obu­dzi­ło, ale to było… prze­ra­ża­jące. Przy­po­mi­na­ło spa­da­nie w prze­pa­ść. Le­cia­łam, wi­dząc przed sobą czy­jąś wy­ci­ągni­ętą w moim kie­run­ku dłoń. Szczu­płe pal­ce de­spe­rac­ko pró­bo­wa­ły mnie chwy­cić, ale by­łam za da­le­ko.

Z po­wro­tem opa­dam na po­dusz­kę i za­sła­niam przed­ra­mie­niem oczy, da­jąc so­bie chwi­lę, by do­jść do sie­bie. Na­bie­ram kil­ka na­praw­dę głębo­kich od­de­chów, co spra­wia, że czu­ję się odro­bi­nę le­piej. Chy­ba. Z mo­ich ust wy­ry­wa się śmiech. Nie ma nic wspól­ne­go z we­so­ło­ścią, ale bra­ku­je w nim też go­ry­czy. Sama nie wiem, co ozna­cza. Zda­je się, że wła­śnie mia­łam kosz­mar, któ­re­go na­wet zbyt do­brze nie pa­mi­ętam, a któ­ry dość moc­no mną wstrząsnął. To na­praw­dę dziw­ne.

Prze­kręcam się na bok i wci­ska­jąc twarz w wil­got­ną od potu po­dusz­kę, pró­bu­ję znów za­snąć.

Go­dzi­nę pó­źniej piję ko­lej­ną już kawę – dru­gą, a mo­żli­we, że na­wet trze­cią – i nie­chęt­nie zer­kam na ta­lerz z le­żącą na nim nie­tkni­ętą ka­nap­ką. Na­praw­dę czu­ję głód, ale przez mdło­ści nie po­tra­fię się zmu­sić, by za­to­pić zęby w tym cho­ler­nym baj­glu. Gdy­bym cha­dza­ła na rand­ki i sy­pia­ła z fa­ce­ta­mi, pew­nie wła­śnie umie­ra­ła­bym ze stra­chu przed nie­pla­no­wa­ną ci­ążą. To jed­nak nie­mo­żli­we, bo nie upra­wia­łam sek­su od… Ja­sna cho­le­ra, na­wet nie pa­mi­ętam, od kie­dy. Zda­je się, że ostat­ni raz był przed wy­pa­dem do spa, któ­ry za­ko­ńczył się na­kry­ciem Wil­lia­ma z Ali­ce w łó­żku.

Ali­ce…

Nie­spo­dzie­wa­nie myśl o sio­strze za­gnie­żdża się w mo­jej gło­wie, krad­nąc też odro­bi­nę miej­sca w ser­cu. Przez mi­nio­ny rok nie my­śla­łam o niej pra­wie ani razu. Tak bar­dzo upa­rłam się, by wy­rzu­cić ją ze swo­je­go ży­cia, że na­praw­dę mi się to uda­ło. Oczy­wi­ście po­mó­gł mi w tym jej wy­jazd i by­wa­ły na­wet dni, gdy za­po­mi­na­łam, że gdzieś tam jest moja bli­źniacz­ka. Ta sama, któ­ra przez lata udo­wad­nia­ła mi, że jest lep­sza, ład­niej­sza i może mieć, kogo tyl­ko ze­chce.

Na­wet Wil­lia­ma.

– Chloe, je­steś nie­sa­mo­wi­ta! – Z wdzi­ęcz­no­ścią wpa­tru­ję się w dziew­czy­nę i nie wiem, co mo­gła­bym jesz­cze do­dać. – Masz po­jęcie, że dziś rano za­dzwo­ni­ła do mnie ko­lej­na oso­ba z py­ta­niem, czy mamy miej­sce dla jesz­cze dwoj­ga dzie­ci?

Do­strze­gam ru­mie­niec po­ja­wia­jący się na jej ślicz­nej twa­rzy, ale nie dzi­wi mnie to, jest skrom­na i nie­spe­cjal­nie po­tra­fi przyj­mo­wać kom­ple­men­ty.

– To nie moja za­słu­ga. – Kręci gło­wą i si­ęga po jed­ną z ksi­ążek. Ja­kiś czas temu za­uwa­ży­łam, że jest ogrom­ną fan­ką ro­man­sów, dla­te­go gdy tyl­ko za­ma­wiam ja­kieś pi­kant­ne no­wo­ści, na­tych­miast daję jej znać. – Czy­ta­nie. – Spo­gląda na mnie prze­lot­nie. – Cho­dzi o czy­ta­nie, Ash. – Prze­su­wa pal­cem po okład­ce, jak­by się za­sta­na­wia­ła, czy jej się po­do­ba, czy ra­czej nie. W ko­ńcu od­kła­da wo­lu­min na miej­sce i pod­cho­dzi do fo­te­la, na któ­ry opa­da z gło­śnym wes­tchnie­niem.

– Coś cię tra­pi… – stwier­dzam, na co nie­znacz­nie kiwa gło­wą.

– Chy­ba zmie­nię kie­ru­nek. Ak­tor­stwo nie jest dla mnie.

Dla­cze­go nie je­stem zdzi­wio­na?

– Ale pra­ca z dzie­ćmi ow­szem – su­ge­ru­ję i si­ęgam po kawę. Dziś je­stem w sta­nie przy­jąć wy­łącz­nie ją.

– Taaa… Lu­bię dzie­ci. – Wzru­sza ra­mio­na­mi. Ma za­miar do­dać coś jesz­cze, ale drzwi ksi­ęgar­ni otwie­ra­ją się gwa­łtow­nie. Obie spo­gląda­my w tam­tym kie­run­ku.

W pro­gu sta­je mama, co jest dość za­ska­ku­jące, bo ni­g­dy wcze­śniej nie od­wie­dza­ła mnie w pra­cy.

– Mamo, co ty tu ro­bisz? – py­tam idio­tycz­nie, ale chy­ba dla­te­go, że mu­szę samą sie­bie prze­ko­nać, że na­praw­dę tu jest. Nie pa­mi­ętam, kie­dy ostat­ni raz ją wi­dzia­łam. Od cza­su do cza­su dzwo­ni­ły­śmy do sie­bie, ale na­wet wte­dy na­sze roz­mo­wy były sztyw­ne i ja­ło­we.

Kątem oka do­strze­gam, że Chloe wsta­je z fo­te­la.

– To do nie­dzie­li – rzu­ca, po czym wy­my­ka się przez otwar­te na oścież drzwi.

Wpa­tru­ję się w mat­kę i nie je­stem w sta­nie okre­ślić, co wła­ści­wie te­raz czu­ję. Ja­kaś część mnie na­praw­dę za nią tęsk­ni­ła, ale moja ra­cjo­nal­na stro­na ci­ągle szep­ta­ła, że nie po­win­nam prze­by­wać wśród lu­dzi, któ­rzy mnie krzyw­dzą. A mama krzyw­dzi mnie za ka­żdym ra­zem, gdy ba­ga­te­li­zu­je moje cier­pie­nie.

– Ash… – szep­cze, le­d­wo po­ru­sza­jąc usta­mi. Za­zwy­czaj ucze­sa­na i uma­lo­wa­na Wren Ben­nett dziś przy­po­mi­na wrak czło­wie­ka. Jej wło­sy przy­le­ga­ją do gło­wy, a pod ocza­mi ma ciem­ne smu­gi roz­ma­za­ne­go ma­ki­ja­żu. – Ash… – po­wta­rza. – Ash… Ash… – Osu­wa się na ko­la­na i cho­wa twarz w dło­niach, za­no­sząc się szlo­chem. To nie jest zwy­kły płacz. To sko­wyt żalu, bólu i nie­do­wie­rza­nia.

Na­gle, jak ostry szty­let wbi­ty w ser­ce, wra­ca do mnie wspo­mnie­nie tego, w jaki spo­sób wy­bu­dzi­łam się dziś ze snu. Ogar­nia mnie pa­ni­ka, a gdy uda­je mi się ode­zwać, nie roz­po­zna­ję wła­sne­go gło­su. Jest drżący, cho­ler­nie obcy i prze­si­ąk­ni­ęty stra­chem.

– Coś się sta­ło, praw­da? Coś złe­go?

– Mój Boże, Ash… – Mama spo­gląda na mnie, ale je­stem prze­ko­na­na, że nie­wie­le jest w sta­nie do­strzec, po­nie­waż jej oczy wy­pe­łnio­ne są łza­mi. Łka, a jej dol­na war­ga drży. – Có­recz­ka… m-moja ko­cha­na c-có­recz­ka… – jąka się i mru­ga po­spiesz­nie, uwal­nia­jąc ko­lej­ne sło­ne kro­ple. – Moje dziec­ko!

Dreszcz nie­po­ko­ju prze­bie­ga mi po kręgo­słu­pie, a na­stęp­nie cel­nie ude­rza w ser­ce.

Ali­ce.

Sen.

– Co z nią? Co z Ali­ce, mamo?! – krzy­czę.

– Nie ma jej, nie ma jej, nie ma! Nie będzie już mo­jej cu­dow­nej Ali­ce. Uma­rła! – za­wo­dzi.

W tym mo­men­cie nie in­te­re­su­je mnie to, że drzwi ksi­ęgar­ni wci­ąż są otwar­te, a prze­cho­dzący chod­ni­kiem lu­dzie zer­ka­ją z za­cie­ka­wie­niem do środ­ka. W tej chwi­li nic mnie już nie ob­cho­dzi, bo do­ta­rło do mnie, że i ja wła­śnie umie­ram.

– To nie­mo­żli­we – szep­czę i sia­dam na podło­dze.

Ob­raz wy­ci­ągni­ętej ku mnie dło­ni chy­ba już na za­wsze po­zo­sta­nie w mo­jej pa­mi­ęci. To była ona. Ali­ce umie­ra­ła, pod­czas gdy ja le­ża­łam w łó­żku i by­łam zła, że nie mogę za­snąć. Moja sio­stra od­cho­dzi­ła, a ja nie mam pew­no­ści, czy był przy niej ktoś, komu ufa­ła, kogo… ko­cha­ła. Nic nie wiem o jej ży­ciu, a ono zga­sło. Nic nie na­pra­wi mi­nio­ne­go roku, nic mi jej nie zwró­ci. Na Boga! Chcę ją przy­tu­lić. Chcę zno­sić jej głu­pie miny i do­cin­ki, że je­stem jej mniej uda­ną wer­sją. Mogę nią być, dla niej.

– Może to ja­kaś po­my­łka? – py­tam, li­cząc, że za chwi­lę obie doj­dzie­my do wnio­sku, że to tyl­ko głu­pie nie­po­ro­zu­mie­nie.

Mama bie­rze głębo­ki od­dech i pod­no­si się z ko­lan. Sku­lo­na wpa­tru­je się w swo­je dło­nie, jak­by się za­sta­na­wia­ła, jak po­wie­dzieć mi te wszyst­kie okrop­ne rze­czy, któ­re w tej chwi­li mia­żdżą jej ser­ce.

– Po­li­cja. Byli u mnie… – Po­ci­ąga no­sem. – To był wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy. Ali­ce pro­wa­dzi­ła.

Nie, na pew­no nie. Gdy mia­ły­śmy po sie­dem­na­ście lat, moja sio­stra bez py­ta­nia wzi­ęła auto mamy, by za­szpa­no­wać przed zna­jo­my­mi, i mia­ła stłucz­kę. Ni­ko­mu nic się nie sta­ło, ale szko­dy były spo­re, bo dru­gi sa­mo­chód był o wie­le dro­ższy niż nasz, a jego wła­ści­ciel upar­cie eg­ze­kwo­wał na­le­żno­ści zwi­ąza­ne z na­pra­wą. Pa­mi­ętam, że mama dłu­go nie chcia­ła się po­tem zgo­dzić, by Ali­ce zro­bi­ła praw­ko, a i ona sama nie wsia­da­ła chęt­nie za kó­łko.

– Ali­ce bała się je­ździć au­tem! Nie­mo­żli­we, że wsia­dła­by za kie­row­ni­cę. – Zry­wam się na rów­ne nogi, czu­jąc w so­bie ma­le­ńką iskier­kę, któ­ra z ka­żdą se­kun­dą swo­im ża­rem roz­pa­la wi­ęk­sze po­kła­dy na­dziei. – To ja­kaś po­my­łka! Na pew­no! Ali­ce bywa nie­roz­sąd­na, ale nie wsia­dła­by do…

– To nie jest żad­na po­my­łka, Ash – prze­ry­wa mi. – Ali­ce… jej już nie ma… – mówi gło­sem tak pu­stym, że prze­cho­dzą mnie ciar­ki. – Nie ma mo­jej uko­cha­nej Ali­ce…

Znów za­czy­na pła­kać, a ja nie je­stem w sta­nie nic zro­bić. Nie znaj­du­ję słów, któ­ry­mi mo­gła­bym ją po­cie­szyć.

Mama pod­no­si na mnie wzrok. Jest w nim coś ta­kie­go, co po­wo­du­je, że na moim cie­le po­ja­wia się gęsia skór­ka.

– To przez cie­bie wy­je­cha­ła – ce­dzi po­wo­li, świ­dru­jąc mnie spoj­rze­niem. – Ty ją do tego zmu­si­łaś. A te­raz ona… nie żyje.

Ser­ce pęka mi na pół. Czu­ję to. Wy­rwa w jego ide­al­nej struk­tu­rze jest dla mnie ostrym, kłu­jącym bó­lem, któ­re­go nic nie może po­wstrzy­mać. Brak mi tchu, dla­te­go mil­czę i wpa­tru­ję się w za­łza­wio­ne oczy mat­ki. Je­dy­ne, co w nich wi­dzę, to żal. Nie po­tra­fię po­zbie­rać my­śli czy cho­ćby zmu­sić cia­ło, by się po­ru­szy­ło. Tyl­ko mru­ga­nie przy­cho­dzi mi z ła­two­ścią, ale to z pew­no­ścią dla­te­go, że wci­ąż pła­czę. Łzy spły­wa­ją po mo­jej skó­rze, a ja mam wra­że­nie, że są jak ostrze noża tnące po­licz­ki.

Zo­sta­ną mi po nich cho­ler­ne bli­zny. Na za­wsze.

Nie mam od­wa­gi za­trzy­mać mamy, gdy zmie­rza do wy­jścia.

Nie­do­brze mi…

– Mu­sisz coś zje­ść – na­le­ga Bell gło­sem tak ci­chym, że le­d­wo ją sły­szę. Jed­no­cze­śnie czu­ję, jak ma­te­rac ugi­na się pod jej ci­ęża­rem, gdy sia­da koło mnie. Wci­ąż leżę zwró­co­na do niej ple­ca­mi, bo nie mam siły, by się prze­kręcić. – Ash… – od­zy­wa się, tym ra­zem nie­co gło­śniej.

– Wró­cę dziś do domu – mam­ro­czę, bo wy­rzu­ty su­mie­nia nie dają mi spo­ko­ju.

Gdy wczo­raj za­dzwo­ni­łam do niej i po­wie­dzia­łam o Ali­ce, rzu­ci­ła wszyst­ko i przy­je­cha­ła po mnie do ksi­ęgar­ni, a po­tem za­bra­ła pro­sto do sie­bie. Jej ma­le­ńkie łó­żko cu­dem po­mie­ści­ło nas dwie, a mimo to nie od­stępo­wa­ła mnie na krok przez całą noc. I dzi­siej­szy po­ra­nek.

– Nie ma mowy! – pro­te­stu­je. – Zo­sta­jesz tu­taj albo mo­że­my obie prze­nie­ść się do cie­bie. Nie spusz­czę cię z oka, do­pó­ki Tri­ni nie przy­le­ci.

Na wzmian­kę o mo­jej dru­giej przy­ja­ció­łce łzy same ci­sną mi się do oczu.

– Jak to? – py­tam i spo­glądam na Bell przez ra­mię.

– No chy­ba nie sądzi­łaś, że zo­sta­wi­my cię samą? – Mo­żli­we, że tyl­ko mi się wy­da­je, ale chy­ba brzmi na odro­bi­nę wku­rzo­ną. – Cho­le­ra, Ash! Jak w ogó­le coś ta­kie­go mo­gło ci przy­jść do gło­wy?

– Prze­pra­szam. Po pro­stu… – ury­wam, wzro­kiem wędru­jąc w kie­run­ku okna, bo tak na­praw­dę nie wiem, co po­win­nam po­wie­dzieć.

– Będzie wie­czo­rem. Obie­ca­łam, że od­bio­rę ją z lot­ni­ska… – Bell za­sta­na­wia się nad czy­mś przez chwi­lę. – Ale rów­nie do­brze może przy­je­chać tu Ube­rem.

– Nie mu­sisz się oba­wiać, mogę zo­stać sama – oświad­czam.

– Po pro­stu się mar­twię. Chcesz o tym po­ga­dać?

Cza­sem trud­no uwie­rzyć, że ta sza­lo­na i nie­okie­łzna­na ko­bie­ta jest też nie­sa­mo­wi­cie wra­żli­wa i ko­cha­na.

– Nie, dzi­ęki – mam­ro­czę.

– A mama? – pyta z lek­kim wa­ha­niem. – Dzwo­ni­ła?

Wci­ąż mam przed ocza­mi za­pła­ka­ną twarz mat­ki. To, jak pa­trzy­ła na mnie, mó­wi­ąc, że prze­ze mnie Ali­ce uma­rła… Chry­ste, nie znio­sę tego. Nie dam rady. To zbyt wie­le. Zwi­ni­ęta szlo­cham w po­dusz­kę, czu­jąc su­nącą po mo­ich ple­cach dłoń Bell.

– Dasz radę, Ash. Dasz radę, do cho­le­ry – mówi tak, jak­by samą sie­bie chcia­ła o tym prze­ko­nać.

Wie­czo­rem kil­ku­krot­nie się upew­nia, że nie zwie­ję z jej miesz­ka­nia, gdy tyl­ko za­mknie za sobą drzwi, by po­je­chać na lot­ni­sko po Tri­ni. Za­cho­wu­je się, jak­bym była dwu­lat­kiem, któ­re­go zo­sta­wia na polu mi­no­wym. To nie­do­rzecz­ne.

– Za­mó­wi­łam piz­zę – mówi, za­rzu­ca­jąc to­reb­kę na ra­mię. Spraw­dza, czy ma w niej klu­czy­ki i te­le­fon, a po­tem po­sy­ła mi jed­no z tych swo­ich spoj­rzeń pod ty­tu­łem „I tak się do­wiem, co ro­bi­łaś pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści”. – Bła­gam cię, nie ru­szaj się stąd, bo Tri­ni urwie mi gło­wę.

– Obie­cu­ję.

Te­le­fon Bell za­czy­na dzwo­nić, na co prze­wra­ca ocza­mi. Nie musi go wyj­mo­wać, to oczy­wi­ste, że Tri­ni po raz ko­lej­ny przy­po­mi­na, że wci­ąż cze­ka na lot­ni­sku.

– Idę – in­for­mu­je, ale nie robi na­wet kro­ku.

– Nie martw się, po­cze­kam na was. – Wy­py­cham ją za drzwi.

Na­praw­dę nie mam za­mia­ru się stąd ru­szać, bo w tej chwi­li nie ma miej­sca na zie­mi, w któ­rym chcia­ła­bym być bar­dziej niż wła­śnie tu­taj. Przy mo­ich przy­ja­ció­łkach.

Idę do jej ma­le­ńkiej sy­pial­ni po te­le­fon i ze smut­kiem wpa­tru­ję się w ekran, bo mama wci­ąż się do mnie nie ode­zwa­ła. Kła­dę się na łó­żku i po­now­nie wy­bie­ram jej nu­mer, ale od razu wita mnie pocz­ta gło­so­wa, a we­so­ły głos, gdy mówi: „Cze­ść, tu Wren, naj­lep­sza fry­zjer­ka w mie­ście! Na­graj się, a na pew­no od­dzwo­nię!”, spra­wia, że mam ocho­tę krzy­czeć.

Chcia­ła­bym móc cof­nąć czas do dnia, w któ­rym zroz­pa­czo­na za­te­le­fo­no­wa­ła do mnie i oznaj­mi­ła, że Ali­ce wy­je­żdża. Wci­ąż do­sko­na­le pa­mi­ętam jej zło­ść i fru­stra­cję, gdy bła­ga­ła mnie, że­bym po­wstrzy­ma­ła sio­strę.

– Ash­ling! Po­roz­ma­wiaj z nią!

– Chcesz, że­bym po­pro­si­ła, by zo­sta­ła… – upew­niam się, gdy za­trzy­mu­ję się przed ksi­ęgar­nią. Moje ser­ce ło­mo­cze w pier­si jak osza­la­łe i wci­ąż mam na­dzie­ję, że przez szum prze­je­żdża­jących uli­cą aut źle ją usły­sza­łam.

– Prze­cież to przez cie­bie ucie­ka.

Bio­rę głębo­ki od­dech i przy­trzy­mu­ję ko­mór­kę przy uchu ra­mie­niem, by wy­jąć z to­reb­ki klu­cze.

– Ucie­ka, bo zro­bi­ła mi świ­ństwo, mamo, i mo­żli­we, że pierw­szy raz w ży­ciu czu­je wstyd z po­wo­du tego, cze­go się do­pu­ści­ła. – Ja­kim cu­dem mój głos jest tak opa­no­wa­ny, sko­ro le­d­wo uda­je mi się wsu­nąć klucz do zam­ka? – Całe ży­cie da­wa­ła mi do zro­zu­mie­nia, że jest lep­sza ode mnie… – wresz­cie otwie­ram drzwi – …i że może mieć to, cze­go za­pra­gnie. Chcia­ła mo­je­go na­rze­czo­ne­go, więc go do­sta­ła.

Wcho­dzę do ksi­ęgar­ni, a mama w tym cza­sie wy­bu­cha gło­śnym pła­czem.

– W-wiesz, że ona…

– Pa, mamo! – Nie po­zwa­lam jej do­ko­ńczyć, tyl­ko się roz­łączam.

Drgam, gdy na­gle ko­mór­ka, któ­rą wci­ąż trzy­mam w dło­ni, za­czy­na dzwo­nić. Na wy­świe­tla­czu po­ja­wia się ko­mu­ni­kat: „Nu­mer nie­zna­ny”. I choć w pierw­szej chwi­li wa­ham się, czy po­win­nam od­bie­rać, to jed­nak mój pa­lec nie­ma­lże bez­wied­nie prze­su­wa się po ekra­nie.

– Halo? – od­zy­wam się, jed­nak po dru­giej stro­nie pa­nu­je ci­sza. – Kto mówi? Halo?

Mija kil­ka se­kund i po­łącze­nie zo­sta­je ze­rwa­ne.

Rozdział 3

Ashling

Mama leży sku­lo­na na ka­na­pie i pła­cze. Od wi­zy­ty po­li­cjan­tów w jej domu mi­nęły dwa dni i te­raz cze­ka nas trans­port zwłok i cała przy­gne­bia­jąca „resz­ta”, któ­rą mu­si­my się za­jąć. Na samą myśl o tym czu­ję co­raz bar­dziej upo­rczy­wy ucisk w gar­dle.

– Zro­bi­łam ci her­ba­tę. – Sta­wiam przed nią ku­bek. Za­pa­rzy­łam dla niej zio­ła na uspo­ko­je­nie, li­cząc, że choć tro­chę jej po­mo­gą. Tak na­praw­dę nie chcę tu być, ale drze­mi­ące we mnie po­czu­cie obo­wi­ąz­ku nie da­ło­by mi spo­ko­ju, gdy­bym do niej nie przy­je­cha­ła. – Po­win­naś to wy­pić.

Mama zer­ka na mnie prze­lot­nie i le­d­wo za­uwa­żal­nie kiwa gło­wą, po czym sia­da i drżącą dło­nią si­ęga po ku­bek. Nim pierw­szy łyk na­pa­ru lądu­je w jej ustach, w domu roz­le­ga się gło­śne pu­ka­nie. Moje spoj­rze­nie pod ty­tu­łem „Spo­dzie­wasz się ko­goś?” mama zby­wa lek­kim wzru­sze­niem ra­mion, więc idę, by otwo­rzyć. Gdy tyl­ko to ro­bię, za­mie­ram, na­po­ty­ka­jąc spoj­rze­nie mężczy­zny, któ­re­go za nic w świe­cie nie chcia­ła­bym wi­ęcej spo­tkać. Przez mi­nio­ny rok z po­wo­dze­niem uni­ka­łam Wil­lia­ma – nie li­cząc oczy­wi­ście przy­pad­ko­wych spo­tkań na mie­ście i dnia, w któ­rym wró­ci­łam do nie­go po swo­je rze­czy.

Za­glądam do szaf­ki, w któ­rej po­win­na być moja fi­li­żan­ka. Mama pew­nie by mnie wy­śmia­ła, gdy­by wie­dzia­ła, że za­le­ży mi na tej sta­rej por­ce­la­nie, ale ona ni­g­dy nie ro­zu­mia­ła mo­jej re­la­cji z bab­cią ani tego, jak wa­żne jest dla mnie to, co mi po niej zo­sta­ło.

– Cie­szę się, że przy­szłaś. Na­praw­dę, Ash. Tęsk­ni­łem…

– Nie miej złud­nych na­dziei. Wpa­dłam tyl­ko po… – Si­ęgam głębiej do szaf­ki, ale gdy wci­ąż nie znaj­du­ję fi­li­żan­ki, pro­stu­ję się i rzu­cam Wil­lia­mo­wi sro­gie spoj­rze­nie. – Gdzie pa­mi­ąt­ka po bab­ci?

Marsz­czy brwi. Naj­wi­docz­niej nie ta­kiej re­ak­cji się spo­dzie­wał, gdy wy­znał mi, że tęsk­nił. Cóż, ja też by­łam odro­bi­nę roz­cza­ro­wa­na, gdy jego fiut fry­wol­nie ba­rasz­ko­wał w mo­jej sio­strze.

– Jaka pa­mi­ąt­ka? – pyta nie­co zbi­ty z tro­pu, cho­ciaż do­sko­na­le wie, o co mi cho­dzi.

Mi­lion razy pod­kre­śla­łam mu, by na nią uwa­żał, a on mi­lion razy od­po­wia­dał, że dba o nią tak samo, jak o mnie. Cóż, gdy te­raz o tym my­ślę, za­czy­nam sądzić, że ręcz­nie ma­lo­wa­na por­ce­la­na spo­czy­wa już na śmiet­ni­ku.

– Moja. Fi­li­żan­ka. Bia­ła, z ręcz­nie ma­lo­wa­ny­mi kwia­ta­mi. Mia­ła lek­ko uszczer­bio­ny brzeg.

– Po­win­na tam być…

– Ale jej nie ma.

A te­raz wpa­tru­je­my się w sie­bie w mil­cze­niu, co spra­wia, że za­czy­nam się czuć nie­swo­jo, jak­bym wca­le nie spędzi­ła z nim czte­rech lat.

– Ash… – szep­cze i ner­wo­wo prze­cze­su­je pal­ca­mi wło­sy. Jego spoj­rze­nie ucie­ka na mo­ment w bok, a gdy znów sku­pia się na mnie, sta­je się ta­kie jak daw­niej. Czu­łe i zna­jo­me. – Two­ja mama do mnie za­dzwo­ni­ła – tłu­ma­czy.

Nie ko­men­tu­jąc, wpusz­czam go do środ­ka, po czym ci­cho za­my­kam drzwi i opie­ram się o nie ple­ca­mi. Dziw­nie jest znów być tak bli­sko nie­go. Ostat­ni raz wi­dzie­li­śmy się przy­pad­ko­wo kil­ka mie­si­ęcy temu, a te­raz wcho­dzi do tego domu jak do sie­bie i wku­rza mnie to, że tak swo­bod­nie czu­je się w miej­scu, w któ­rym się wy­cho­wa­łam, pod­czas gdy ja za­sta­na­wiam się, czy to wci­ąż mój azyl.

Wil­liam wy­gląda, jak­by chciał coś po­wie­dzieć, ale mo­żli­we, że bra­ku­je mu słów. Stoi z dło­ńmi wci­śni­ęty­mi do kie­sze­ni czar­nych je­an­so­wych spodni, a ja sunę wzro­kiem wy­żej, do jego ko­szu­li w ta­kim sa­mym ko­lo­rze… I wła­śnie coś do mnie do­cie­ra.

Ża­ło­ba.

Ża­ło­ba po mo­jej sio­strze.

Z któ­rą miał cho­ler­ny ro­mans.

Nie­na­wi­dzę się za to, że w tej chwi­li je­stem na tyle sa­mo­lub­na, by roz­pa­mi­ęty­wać to, co mi zro­bi­li.

– Tak mi przy­kro, Ash. – Will robi ku mnie nie­pew­ny krok.

Mo­gła­bym go ode­pchnąć, na co oczy­wi­ście mam ocho­tę, ale to nie jest od­po­wied­ni czas, by to­czyć z nim bez­sen­sow­ną wal­kę.

– Nie wiem, co mó­głbym jesz­cze po­wie­dzieć.

Wpa­tru­je­my się w sie­bie. Mam wra­że­nie, że mi­lion słów ci­śnie się nam oboj­gu na usta, ale osta­tecz­nie re­zy­gnu­je­my z ich wy­po­wie­dze­nia.

To złe miej­sce i jesz­cze gor­szy mo­ment.

– Nic, Will. – De­li­kat­nie kręcę gło­wą. – Nic nie mów.

Mi­jam go i idę do sa­lo­nu, a on ru­sza za mną.

– Wren… – Jego głos jest mi­ęk­ki i wspó­łczu­jący.

Mama na jego wi­dok się oży­wia. Od­sta­wia ku­bek i pod­ry­wa się z miej­sca. W jej oczach lśni ja­kiś ro­dzaj szczęścia, taki, któ­ry nie po­ja­wia się, gdy pa­trzy na mnie. Pew­nie po­win­nam po­czuć się od­rzu­co­na, zra­nio­na, a może na­wet wście­kła, tym­cza­sem ja nie czu­ję kom­plet­nie nic.

– Will, dzi­ęku­ję, że przy­je­cha­łeś. To wie­le dla mnie zna­czy. – Wpa­da w jego ra­mio­na. – Za­wsze by­łeś taki po­moc­ny, a ja…

Wil­liam, mimo że obej­mu­je moją mat­kę, pa­trzy tyl­ko na mnie.

– Mamo, mu­si­my pod­jąć de­cy­zję w zwi­ąz­ku z po­grze­bem… – mó­wię, ale nie otrzy­mu­ję od­po­wie­dzi. Nic prócz gło­śniej­sze­go pła­czu.

– Już się tym za­jąłem – od­zy­wa się Will.

– Za­jąłeś się? – py­tam, nie kry­jąc zdzi­wie­nia.

– Tak, za­ła­twi­łem, co trze­ba. Trans­port zwłok, nie­zbęd­ne do­ku­men­ty…

„Trans­port zwłok”.

– Ty? Ty za­ła­twi­łeś…

– Tak, Ash. Nie gnie­waj się, ale mu­siał to zro­bić ktoś, kto był w sta­nie my­śleć ra­cjo­nal­nie. Wy­bacz, ale… – ury­wa i zer­ka na moją mamę, któ­ra wci­ąż pła­cze wtu­lo­na w nie­go. – To wy­da­wa­ło mi się roz­sąd­ne – do­da­je znacz­nie ci­szej.

Wiem, że ma ra­cję. To na­praw­dę jest roz­sąd­ne. Dzi­ęki nie­mu nie mu­szę dźwi­gać do­dat­ko­we­go ci­ęża­ru i chy­ba po­win­nam być mu za to wdzi­ęcz­na, dla­te­go ki­wam lek­ko gło­wą i sia­dam na fo­te­lu, ob­ser­wu­jąc, jak mama wci­ąż trzy­ma się go kur­czo­wo, jak­by był jej ostat­nią de­ską ra­tun­ku. Gdy w ko­ńcu obo­je zaj­mu­ją miej­sca na ka­na­pie, spoj­rze­nie by­łe­go na­rze­czo­ne­go na­tych­miast lądu­je na mnie.

– Gdzie wy­da­rzył się wy­pa­dek? – py­tam z tru­dem. Nie mam na­wet po­jęcia, gdzie Ali­ce po­dzie­wa­ła się przez mi­nio­ny rok, ale te­raz mu­szę to wie­dzieć.

– W Ko­lo­ra­do, ale…

– Nie mu­sia­ło do tego do­jść… – prze­ry­wa mu mama. – Prze­cież ona mo­gła żyć… Dla­cze­go im po pro­stu nie wy­ba­czy­łaś?

Wil­liam, sły­sząc to, tęże­je i za­ci­ska szczęki. Mam na­dzie­ję, że czu­je wy­rzu­ty su­mie­nia. To ta­kie ma­łost­ko­we z mo­jej stro­ny, że w ob­li­czu ogrom­nej tra­ge­dii ja wci­ąż nie po­tra­fię prze­stać my­śleć o tym, że mój na­rze­czo­ny i moja sio­stra mnie zdra­dzi­li. I na­gle do­cho­dzi do mnie, że być może on… tęsk­ni za Ali­ce.

Wy­brał ją, na­wet je­śli tyl­ko na chwi­lę.

Ali­ce była jego świa­do­mym wy­bo­rem.

– Wren – od­zy­wa się w ko­ńcu Will. – Zo­staw Ash w spo­ko­ju. Pro­szę. To ni­cze­go nie zmie­ni. To nie jej wina, tyl­ko… – spo­gląda mi w oczy, szu­ka­jąc w nich zro­zu­mie­nia – …moja.

Kie­dy to sły­szę, za­czy­nam po­spiesz­nie mru­gać, bo nie­ocze­ki­wa­nie w mo­ich oczach wzbie­ra­ją łzy. Will bio­rący na sie­bie winę to coś no­we­go. Na tyle nie­spo­dzie­wa­ne­go, że wręcz ab­sur­dal­ne­go. A te­raz pa­trzy na mnie wzro­kiem prze­pe­łnio­nym ża­lem i bie­rze na sie­bie ten cho­ler­ny ci­ężar, któ­rym moja mat­ka pró­bu­je obar­czyć mnie. Po­win­nam po­czuć się wo­bec tego lżej, ale… wca­le tak nie jest. Wręcz prze­ciw­nie. Za­pa­dam się w tym cho­ler­nym fo­te­lu jesz­cze bar­dziej i je­dy­ne, o czym ma­rzę, to by znik­nąć. Spoj­rze­nie Wil­lia­ma pali ka­żdy skra­wek mo­jej skó­ry, a mat­ka sku­lo­na tuż przy nim to coś, na co nie chcę pa­trzeć, bo znów czu­ję się zdra­dzo­na.

Po­trząsam gło­wą, by wy­rzu­cić z niej wszyst­kie nie­po­trzeb­ne my­śli, po czym wsta­ję. Nie wy­trzy­mam tu ani mi­nu­ty dłu­żej.

– Will, ja… – głos mi się ła­mie – …chy­ba…

– Idź. – Kiwa gło­wą ze zro­zu­mie­niem. – Ja się nią zaj­mę.

Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek by­łam mu bar­dziej wdzi­ęcz­na niż w tej chwi­li. Nie mam siły na opie­kę nad mat­ką, nie po tym, jak po­wie­dzia­ła, że to ja je­stem win­na wszyst­kie­mu, choć… ja wca­le nie czu­ję, że­bym była. Czy to zna­czy, że je­stem złym czło­wie­kiem? Nie mogę wzi­ąć od­po­wie­dzial­no­ści za śmie­rć Ali­ce. Nie mogę i nie chcę, bo to mnie znisz­czy. Może nie dziś ani nie ju­tro, ale kie­dyś na pew­no. Dla­te­go mu­szę stąd jak naj­szyb­ciej uciec.

Po­sy­łam Wil­lia­mo­wi wy­mu­szo­ny uśmiech i ru­szam do drzwi.

– Ash­ling… – Za­trzy­mu­je mnie jego cie­pły głos. – Zaj­mę się wszyst­kim – za­pew­nia.

Nie od­wra­cam się. Sto­ję, wpa­tru­jąc się w dłoń, któ­rą za­ci­skam na klam­ce, i za­sta­na­wiam się nad sen­sem jego słów. Dziś brzmią jak to, co na­praw­dę po­trze­bo­wa­łam usły­szeć.

Za­nim zmie­nię zda­nie, wy­cho­dzę.

Po­nie­waż u Bell jest za­cznie mniej miej­sca, a dziew­czy­ny upa­rły się, że nie spusz­czą mnie z oka, prze­nio­sły­śmy się do mnie.

– Nie mo­żesz mu ufać – stwier­dza sta­now­czo Bell, sia­da­jąc na podło­dze. W jej gło­sie do­mi­nu­je de­ter­mi­na­cja. – Ash, na Boga, wiem, że to na­praw­dę pa­skud­ny czas, ale Will nie może znów cię wy­ko­rzy­stać. Nie te­raz…

– Wy­jąt­ko­wo zga­dzam się z Bell – wtrąca Tri­ni znad po­ran­nej kawy.

Wci­ąż nie mogę uwie­rzyć, że rzu­ci­ła dla mnie wszyst­ko i przy­je­cha­ła do Se­at­tle. Po­sy­łam jej lek­ki uśmiech i si­ęgam po swój ku­bek. Kawa już daw­no zro­bi­ła się zim­na, ale dziś mi to nie prze­szka­dza. Upi­jam mały łyk i zmie­niam po­zy­cję; sia­dam po tu­rec­ku. Po­zwa­lam my­ślom przez chwi­lę swo­bod­nie wędro­wać po mo­jej gło­wie. To cu­dow­ne, gdy mam pew­no­ść, że żad­na z mo­ich przy­ja­ció­łek mnie nie oce­nia.

Spędza­my tak go­dzi­nę. Bell po­win­na być w pra­cy do­pie­ro wie­czo­rem, cho­ciaż ci­ągle spraw­dza te­le­fon, li­cząc, że przy­stoj­ny Ford Jack­son wy­słał jej już ma­ila z gra­tu­la­cja­mi, ja­ko­by wła­śnie do­łączy­ła do jego ze­spo­łu i może rzu­cić pra­cę w ba­rze. Tri­ni ma ty­dzień wol­ne­go, więc rów­nież się ni­g­dzie nie spie­szy, a w ksi­ęgar­ni jest te­raz Me­lo­dy.

– Kie­dy po­grzeb? – pyta Tri­ni.

– Nie wiem – przy­zna­ję, krzy­wi­ąc się lek­ko.

– O nie! – Bell po­sy­ła mi su­ro­we spoj­rze­nie, czy­ta­jąc mi chy­ba w my­ślach. – Nie waż się o to ob­wi­niać!

– Ja… nie… – kręcę gło­wą – po pro­stu…

– Ash, sko­ro Will za­ofe­ro­wał po­moc two­jej mat­ce, to… cóż, świet­nie – stwier­dza, jak­by to było ta­kie pro­ste. – To też two­ja ża­ło­ba. Bądź sa­mo­lub­na. Prze­żyj ją tak, jak tego po­trze­bu­jesz. Ty. Nikt inny.

– Chy­ba osza­la­łam, ale po­now­nie zga­dzam się z Bell – wtrąca Tri­ni, po czym idzie po ko­lej­ną kawę.

Bell za to wci­ąż sie­dzi obok mnie i czu­ję, że chce do­dać coś jesz­cze, ale tego nie robi, po­nie­waż z całą pew­no­ścią by­ło­by to coś nie­sto­sow­ne­go. Za­miast tego, po­dob­nie jak ja, śle­dzi ka­żdy ruch Tri­ni, któ­ra po­sta­no­wi­ła chy­ba wzi­ąć się też za przy­go­to­wa­nie śnia­da­nia. Otwie­ra ku­chen­ne szaf­ki, ale jej gło­śne wes­tchnie­nia świad­czą o tym, że nie znaj­du­je ni­cze­go, co by ją za­do­wo­li­ło.

– Sko­czę do tego skle­pu na dole – mam­ro­cze. – Ash, nie masz w domu żad­ne­go je­dze­nia.

W chwi­li, w któ­rej Tri­ni za­my­ka za sobą drzwi, mój te­le­fon za­czy­na dzwo­nić. Bell oka­zu­je się jed­nak szyb­sza niż ja i pierw­sza po nie­go si­ęga.

– Kto to? – py­tam.

– Two­ja mama.

Po­da­je mi ko­mór­kę. Wa­ham się przez chwi­lę, ale w ko­ńcu od­bie­ram.

– Tak?

– To ja – od­zy­wa się Wil­liam. – Wy­bacz, ale ba­te­ria mi pa­dła…

Opie­ram gło­wę o ścia­nę i przy­my­kam po­wie­ki.

– O co cho­dzi?

– Chcia­łem ci tyl­ko po­wie­dzieć, że już wszyst­ko za­ła­twio­ne. Po­grzeb… – wzdy­cha ci­ężko. – Po­grzeb od­będzie się za dwa dni. Ash… Cho­le­ra, nie wiem, co mó­głbym jesz­cze zro­bić, by ci ulżyć. Po­zwól mi so­bie po­móc. Chcę być przy to­bie.

Na­sta­je ci­sza, któ­rej nie po­tra­fię prze­rwać. Słu­cham, jak Will od­dy­cha ci­ężko, i mo­men­tal­nie do oczu na­pły­wa­ją mi łzy. Nie mam po­jęcia, czy pła­czę nad śmier­cią Ali­ce, czy może nad tym, co wy­da­rzy­ło się wcze­śniej. A może nad wła­snym ży­ciem, któ­re za­czy­nam ro­zu­mieć do­pie­ro te­raz. Dzie­ci­ństwo, do­ra­sta­nie, zwi­ązek z Wil­lia­mem i jego zdra­da. Dziś je­dy­nym pew­nia­kiem w moim ży­ciu są Bell i Tri­ni.

– Jak… – bio­rę głębo­ki od­dech – …jak mama?

– Śpi. Przy­je­cha­ła tu też moja mat­ka. Mam na­dzie­ję, że nie masz nic prze­ciw­ko.

– Nie wiem, Will – przy­zna­ję nie­chęt­nie. – Na­praw­dę nie wiem. Ale chy­ba nie, bo ja nie po­tra­fię być te­raz przy niej. Chcę, ale nie umiem.

Wil­liam wzdy­cha.

– To nie jest two­ja wina, Ash. Ali­ce sama wy­bra­ła dro­gę, któ­rą chcia­ła podążać.

Otwie­ram oczy i zer­kam na Bell. Jej zmarsz­czo­ne czo­ło świad­czy o tym, że nie jest za­do­wo­lo­na z tego, że roz­ma­wiam z Wil­lia­mem, jed­nak mimo wszyst­ko mi nie prze­ry­wa.

– Wiem, że to… cho­le­ra, ro­zu­miem, że nie chcesz mnie wi­dzieć, ale je­stem tu dla cie­bie, ko­cha­nie. I zro­bię wszyst­ko, by ten czas był dla cie­bie… Po pro­stu chcę ci po­móc. To­bie i two­jej ma­mie. Je­stem ci to wi­nien.

Żad­na od­po­wie­dź nie przy­cho­dzi mi do gło­wy. Wil­liam brzmi szcze­rze, ale ja chy­ba nie chcę mu wie­rzyć. I nie chcę mu za­ufać, zwłasz­cza te­raz, gdy je­stem sła­ba.

Do oczu na­pły­wa mi jesz­cze wi­ęcej łez, a Bell, wi­dząc to, na­tych­miast wy­ry­wa mi te­le­fon i przy­kła­da go so­bie do ucha.

– Masz czel­no­ść dzwo­nić do niej po tym wszyst­kim, ty zła­ma­sie?! – war­czy wku­rzo­na. Mogę so­bie tyl­ko wy­obra­zić jego minę. – Wsa­dź so­bie gdzieś tę tro­skę o jej do­bro! Od tego ma mnie i Tri­ni! Chry­ste, je­steś ta­kim ku­ta­sem, Will!

Bell z za­ci­ętą miną słu­cha tego, co mój były ma jej do po­wie­dze­nia. Chy­ba jesz­cze ni­g­dy nie za­mie­ni­li ze sobą aż tylu zdań, co pod­czas tej roz­mo­wy. Za­zwy­czaj w swo­im to­wa­rzy­stwie po pro­stu mil­cze­li albo rzu­ca­li so­bie mało przy­ja­zne spoj­rze­nia.

– Kur­wa, jak ja cię nie­na­wi­dzę! – Roz­łącza się i już po chwi­li na jej twa­rzy po­ja­wia się lek­ki uśmiech. Zda­je się, że ob­rzu­ce­nie ko­goś bło­tem po­pra­wi­ło jej hu­mor. – Wy­bacz, za­wsze chcia­łam mu to po­wie­dzieć.

– Co ta­kie­go?! – woła Tri­ni, któ­ra wła­śnie wcho­dzi do miesz­ka­nia. Ma ze sobą trzy tor­by pe­łne je­dze­nia i z tru­dem uda­je jej się za­mknąć drzwi. – I komu?

– Zła­mas dzwo­nił – in­for­mu­je ją Bell. – Tro­chę mu na­ga­da­łam.

– Tro­chę… – mam­ro­czę pod no­sem, ale żad­na z nich nie zwra­ca na mnie uwa­gi.

Tri­ni wyj­mu­je za­ku­py, a Bell pod­cho­dzi do niej, by po­móc. Mam cho­ler­ne szczęście, że są tu ze mną.

Wie­czo­rem kła­dę się do łó­żka, wcze­śniej po­zbyw­szy się przy­ja­ció­łek z mo­je­go miesz­ka­nia. Ko­cham je, ale dziś po­trze­bu­ję prze­strze­ni, dla­te­go po­pro­si­łam, by prze­no­co­wa­ły u Bell.

Sa­mot­no­ść tej nocy brzmi za­ska­ku­jąco do­brze. Sta­ram się nie my­śleć o ni­czym. Chcę je­dy­nie za­snąć, a rano za­sta­no­wię się, co da­lej.

Gdy nie­mal od­pły­wam, wy­bu­dza mnie dźwi­ęk te­le­fo­nu. Wy­da­je się bar­dziej upo­rczy­wy niż za­zwy­czaj, dla­te­go po­spiesz­nie od­bie­ram.

– Tak? – mam­ro­czę nie­co sen­nie.

Wdech.

Wy­dech.

– Kto mówi?

Co­py­ri­ght © for the text by Luna Ve­le­vit­ka

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Pro­jekt okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład, ła­ma­nie i przy­go­to­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68916-41-6