Dworzec - Jacopo De Michelis - ebook + książka

Dworzec ebook

Jacopo De Michelis

0,0
75,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wciągający thriller o mrocznych tajemnicach skrywanych w murach potężnego dworca w Mediolanie. Riccardo Mezzanotte, młody policjant z burzliwą przeszłością, rozpoczyna służbę w komisariacie policji przy Dworcu Centralnym. Prowadząc śledztwo dotyczące potwornie okaleczonych trucheł zwierząt, szybko domyśla się, że chodzi tu o coś więcej. Nie spodziewa się jednak, że sprawa może mieć związek z peronem, z którego podczas II wojny światowej wywożono Żydów do nazistowskich obozów koncentracyjnych. Laura Cordero, piękna i zamożna dziewczyna posiadająca niespotykany dar, który jest dla niej także przekleństwem, zgłasza się do pracy jako wolontariuszka na tym samym dworcu. Pomaga osobom z marginesu społecznego, a jednocześnie stara się odnaleźć dwójkę dzieci, które widywała bez opieki na stacji. Losy obojga z czasem się splatają, a co więcej, obie sprawy okazują się być powiązane z czymś poważniejszym i bardziej tajemniczym, wyjątkowo mrocznym i niebezpiecznym. Pełen napięcia i zwrotów akcji, a przy tym subtelny i głęboko poruszający, Dworzec to mrożący krew w żyłach debiut z umiejętnie skonstruowaną fabułą, trzymający w niepewności do samego końca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1076

Rok wydania: 2024

Data ważności licencji: 5/4/2029

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



La stazione

© 2022 Giunti Editore

This edition published in agreement with the Proprietor

through MalaTesta Literary Agency, Milan

Copyright © 2024 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2024 for the Polish translation by Alina Pawłowska-Zampino

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Iwona Wyrwisz, Marta Chmarzyńska

Tłumaczenie tej książki powstało dzięki wsparciu Centrum Książki i Czytelnictwa włoskiego Ministerstwa Kultury.

ISBN: 978-83-8230-909-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2024

1Na powierzchni

Dworzec Mediolan Centralny jest osobnym światem,

jest jak indiański rezerwat pośrodku miasta.

GIORGIO SCERBANENCO

1.

Setki oczu wpatrywały się w tory za rozległymi, poczerniałymi od smogu zadaszeniami ze szkła i metalu. Na razie można było tam dostrzec tylko migoczące kontury starych, dawno nieużywanych budek kontrolnych, ale rozstawieni w szeregach ludzie przekazali już sobie z ust do ust informację o dotarciu do przedmieść Mediolanu składu kolejowego nazwanego w wiadomościach radiowych „pociągiem terroru”. Za kilka minut miał wjechać na stację, prawie cztery godziny później, niż przewidywał to rozkład jazdy.

Czekali na niego od trzydziestu minut. Kordon funkcjonariuszy sił prewencji z wyposażeniem bojowym stał na peronach wzdłuż toru czwartego, pierwszego z tych, które dochodziły do poprzecznego peronu. Ze względu na skrajne usytuowanie było go najłatwiej kontrolować. Teren stacji został zamknięty dla podróżnych, ruch pociągów zatrzymano do odwołania. Była niedziela, dzień, w którym ludzie wracali do miasta z weekendowych wyjazdów, więc takie zarządzenia narażały ich na ogromne niedogodności, wielu ostro protestowało za barierkami, ale decyzję podjął osobiście prefekt prowincji na prośbę zebranego w komisariacie kolejowym sztabu kryzysowego, w którego skład wchodziło kilku funkcjonariuszy sił prewencji oraz sił specjalnych DIGOS, po jednym przedstawicielu pracowników kolei i straży pożarnej oraz szef komisariatu policji kolejowej na Dworcu Centralnym, inspektor Dalmasso, pozostający w bezpośrednim kontakcie z komendą mediolańskiej policji, władzami prowincji i lombardzkim kierownictwem policji kolejowej, zwanej w skrócie Polfer.

Komisarz Riccardo Mezzanotte obficie się pocił, swędziała go skóra pod czapką, ciężka kurtka krępowała mu ruchy. Nie był przyzwyczajony do munduru, rzadko go nosił, gdy pracował w komendzie.

Miał niewielkie doświadczenie w służbach porządku publicznego, ale wyczuwał napięcie u otaczających go funkcjonariuszy sił prewencji. Jeszcze parę minut wcześniej rozmawiali między sobą, dowcipkowali, niektórzy palili papierosy. Odkąd rozeszła się informacja o rychłym przybyciu pociągu, zamilkli i znieruchomieli, szczęki mieli zaciśnięte, oczy zwężone do rozmiaru szparek, dłońmi w rękawicach ściskali nerwowo pałki i uchwyty tarcz z pleksiglasu, jakby chcieli się upewnić, że trzymają je wystarczająco silnie.

Mezzanotte zaledwie kilka dni wcześniej został przeniesiony do komisariatu kolejowego dworca Mediolan Centralny i zaraz znalazł się w samym środku takiej akcji. Nie zdążył się jeszcze zaaklimatyzować w nowym otoczeniu. Zresztą zapowiadało się, że nie będzie to łatwe, co go nie zaskoczyło, bo zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji. Było tylko trochę lepiej, niż kiedy pracował przy via Fatebenefratelli, w trzeciej sekcji komendy, to znaczy w Wydziale Zabójstw. Prawdę mówiąc, w policji kolejowej niewielu kolegów okazywało mu otwartą wrogość, w większości trzymali się po prostu od niego na dystans, z nieufnością zabarwioną strachem, jakby był zdrowym nosicielem jakiejś zakaźnej choroby. Niemniej jednak trudno mu było przywyknąć do pewnych rzeczy. Rozgadane grupki rozchodziły się na jego widok, rozmowy milkły, gdy przekraczał próg zamkniętych pomieszczeń, koledzy szeptali do siebie, zerkając na niego ukradkiem. Czuł się nie tyle przeniesiony, ile wydalony. Bo to właśnie go spotkało: wydalenie. Na które musiał się zgodzić i za które powinien właściwie podziękować, ponieważ pozwoliło mu uniknąć gorszych konsekwencji.

– Cardo, co teraz będzie? Co mamy robić?

Obok niego stał Filippo Colella. Na jego błyszczącej od potu okrągłej twarzy malował się strach. Patrzył pytająco, zdejmując czapkę i przeczesując palcami jasne loki, po czym ponownie włożył ją na głowę. Filippo miał kilka lat mniej i sporo kilogramów więcej niż Mezzanotte. Cztery lata wcześniej razem przeszli szkolenie dla przyszłych funkcjonariuszy policji, a teraz spotkali się na komisariacie kolejowym. Colella należał do nielicznej grupy kolegów, którzy nie trzymali się od niego na dystans. Można właściwie powiedzieć, że w nowym miejscu pracy był dla niego jedyną przyjazną duszą.

– Nie martw się, Filippo. Najgorsza robota czeka tych z oddziału prewencji, my mamy ich tylko wspomagać. Trzymaj się mnie, zobaczysz, że wszystko pójdzie gładko.

Mezzanotte starał się, żeby jego słowa zabrzmiały uspokajająco, ale i on obawiał się tego, co może ich spotkać. Nie dałby sobie uciąć ręki ani nawet małego palca, że naprawdę pójdzie gładko.

Tym bardziej że przychodzące od rana wiadomości na temat pociągu przypominały doniesienia z frontu. W niedzielę 6 kwietnia 2003 roku Intercity 586 miał odjechać ze stacji Termini w Rzymie o godzinie 9.40. Panowała spokojna atmosfera, władze nie spodziewały się problemów. Poprzedni skład załadowany kibicami zmierzającymi do Mediolanu na wieczorny mecz Inter–Roma odjechał bez incydentów. W Intercity spodziewano się około dwustu sympatyków rzymskiego klubu, ale na peronie pojawiło się ich co najmniej dwa razy więcej i nie wszyscy mieli bilet. Podobno wielu wybrało takie wyjście, bo zawiodła firma, która powinna była podstawić autobusy. Hałaśliwa, rozgorączkowana ciżba wydawała się zdecydowana na wszystko, byle wsiąść do pociągu, także bez biletów, tak więc ustawiono kordon policji, żeby wspomóc pracowników kolei przy ich sprawdzaniu. Powolne tempo tych działań doprowadziło do jeszcze większego zaognienia nastrojów. Siły porządkowe zostały obrzucone najpierw przekleństwami i wyzwiskami, a potem plastikowymi butelkami, puszkami, monetami i innymi przedmiotami. Tu i ówdzie wywiązała się szamotanina i kibice wykorzystali to, by się wedrzeć do wagonów. Zajęli w nich także miejsca przewidziane dla zwykłych pasażerów, a niektórych z już siedzących nakłonili grubiańskimi odzywkami lub pogróżkami do przeniesienia się gdzie indziej. Zanim policji udało się ustawić na nowo w kordonie, napięcie sięgnęło zenitu. Podczas gdy pozostali na peronie kibice Romy wpychali się na siłę do pociągu, w środku zaczęły się burzliwe negocjacje z tymi, którzy weszli bez biletu. Z prefektury nadeszło pilne zarządzenie, które ze względu na sytuację zagrażającą porządkowi publicznemu zezwalało na odjazd Intercity z kibicami podróżującymi na gapę. Do składu dołączono parę dodatkowych wagonów i poproszono zwykłych pasażerów, by się przenieśli. Większość z nich, choć nie ukrywała oburzenia, zgodziła się na alternatywne rozwiązanie, niektórzy jednak mimo wszystko zostali na swoich miejscach. Ostatecznie pociąg przepełniony podekscytowanymi fanami Romy opuścił stację Termini z godzinnym opóźnieniem. Na skutek chronicznych braków kadrowych miało w nim pilnować porządku zaledwie czterech funkcjonariuszy Polferu.

Pozostawało tylko mieć nadzieję, że po drodze żółto-czerwoni się uspokoją. Stało się jednak inaczej. Co więksi furiaci zabrali się za dewastowanie przedziałów, czego skutkiem były pozrywane zasłonki, pocięte czy wręcz wyrwane siedzenia, ściany wymazane graffiti. Niektórych pasażerów okradziono, innych poturbowano. Wśród nich znalazł się także konduktor, który starał się jedynie wykonywać swoje obowiązki. Pociąg zatrzymał się parę razy z powodu nieuzasadnionego zaciągnięcia hamulca bezpieczeństwa. Kilku chuliganów wykorzystało te przystanki, żeby wysiąść i zaopatrzyć się w kamienie leżące między torami.

Funkcjonariusze policji kolejowej zdecydowali się na przeniesienie wszystkich zwykłych pasażerów do pierwszego wagonu, żeby ich odizolować od coraz agresywniejszych kiboli, co było tym bardziej uzasadnione, że ci zaczęli się doprawiać alkoholem i narkotykami. Trzy czwarte pociągu znalazło się praktycznie we władaniu ultrasów.

We Florencji mieli już dwie godziny opóźnienia. Wielu pasażerów umknęło z pociągu, jak tylko otworzyły się drzwi. Tylko kilku najodważniejszych czy też może najbardziej lekkomyślnych zdecydowało się zostać z kibicami. Nikomu nie pozwolono wsiąść. Tak się pechowo złożyło, że skład skierowano na peron, na który wysiadali akurat kibice drużyny Perugia w drodze do Bolonii. Miłośnicy Romy uznali, że szkoda byłoby nie wykorzystać takiej okazji, i zasypali ich gradem kamieni oraz żelaznych prętów, wybijając przy okazji parę okien, po czym odpalili petardy i świece dymne. Intercity ruszył pośpiesznie, żeby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli.

W rzeczywistości jednak nikt już nad nią kontroli nie miał. Kiboli odurzonych adrenaliną, alkoholem i narkotykami opanowała jakaś ślepa, nieokiełznana furia. Między Florencją a Bolonią wciąż dewastowali przedziały. Funkcjonariusze Polferu meldowali przez radio, że jest im coraz trudniej zapobiegać nalotom wandali na wagony zajęte przez nielicznych pasażerów, którzy nie wysiedli we Florencji. Niespodziewanie doniesienia z pociągu ustały.

Na stacji w Bolonii Intercity został zablokowany przez pięćdziesięciu policjantów z oddziałów prewencji. Większej liczby nie dało się zmobilizować w tak krótkim czasie. Ostatni pasażerowie uciekli w popłochu z pociągu, zaraz potem kibole wyrzucili z niego trzech pobitych do krwi funkcjonariuszy Polferu. Policjanci opowiedzieli później, już w szpitalu, że dostało im się za interwencję w obronie dziewczyny molestowanej w pustym przedziale. Zdołali ją uwolnić, ale zaraz pojawiło się więcej ultrasów i sami nie zdążyli uciec. Zostali brutalnie pobici, co gorsza, nie wiedzieli, gdzie się podział czwarty kolega.

Na wezwanie policji do opuszczenia pociągu i oddania się bez oporu w jej ręce kibice odpowiedzieli gradem kamieni i petardami. Policjanci próbowali wedrzeć się do pociągu siłą, ale kibole odparli szturm kopniakami i ciosami, uzbrojeni we wszystko, co tylko mieli pod ręką. Głośna eksplozja bomby papierowej sprawiła, że funkcjonariusze sił prewencji zaniechali próby siłowego przejęcia kontroli nad składem.

W tej sytuacji możliwości były dwie: czekać na posiłki, które nie wiadomo kiedy przybędą, lub uruchomić pociąg i przygotować się na jego właściwe przyjęcie w Mediolanie. Wybrano rozwiązanie drugie.

Po raz kolejny pozwolono na odjazd składu z kibolami, którzy czuli się teraz jego panami i przyjęli swoje zwycięstwo dzikimi okrzykami oraz chóralnym śpiewem. Z powodu braku połączenia policjanci moniturujący na odległość trasę pociągu nie mieli pojęcia, co się w nim dzieje. Wreszcie ostatni z chroniących go funkcjonariuszy Polferu zdołał połączyć się z prywatnego telefonu ze swoim komisariatem w Neapolu. Powiedział, że udało mu się wyrwać agresorom i zamknąć się w toalecie siódmego wagonu. Był bardzo poturbowany i przez co najmniej pół godziny leżał półprzytomny na podłodze, poza tym miał prawie całkiem rozładowaną komórkę. Zanim przerwało się połączenie, zdążył zakomunikować, że widzi dym przez okno, co może oznaczać początek pożaru. Od tej chwili panowała cisza.

Zbliżał się wieczór, światła było coraz mniej. Mezzanotte spojrzał na zegarek. Minęło ponad dziesięć minut od zapowiedzi o zbliżaniu się pociągu, ale wciąż nie było go widać. Nie żeby tak bardzo pragnął go zobaczyć na stacji. Rozkazy dostał proste: zatrzymać kibiców, wylegitymować ich i zawieźć na komendę autobusami, które czekały już przed Dworcem Centralnym wraz z kilkoma karetkami pogotowia ratunkowego. Takie rozkazy łatwo jest wydać, ale bardzo trudno wykonać. Dwie jednostki sił prewencji, z których każda składała się z dziesięciu grup po dziesięć osób, do tego dwudziestka funkcjonariuszy policji kolejowej przeciwko ponad czterystu rozzuchwalonym pseudokibicom. To nie będzie zabawa.

Mezzanotte przeczytał komunikat wysłany po południu faksem z sekcji sił specjalnych DIGOS zajmującej się kibicami, że Intercity podróżują między innymi członkowie paru ekstremalnych grup ultrasów, niezwiązanych z grupami większymi, dobrze im znanymi. Podkreślano zwłaszcza nieprzewidywalność jednej z nich, Lords of Chaos. Tę pretensjonalną nazwę wybrała dla siebie banda około trzydziestu twardzieli powiązanych ze środowiskiem neofaszystowskim, chuliganów i zadymiarzy zawsze gotowych do rozróby, z których wielu miało zakaz wstępu na stadiony. Także dlatego, że od dawna podejrzewano ich o dostarczanie narkotyków i prostytutek kibicom Romy. Grupą kierowali: Fabrizio Jannone, przydomek Ninja, lat dwadzieścia osiem, instruktor sztuk walki w siłowni, gdzie spotykali się członkowie bandy, wcześniej karany za pobicia z uszkodzeniem ciała i stawianie oporu funkcjonariuszom publicznym; Juri De Vivo, lat dwadzieścia trzy, który swój przydomek Chirurg zawdzięczał precyzji, z jaką w bójkach ciął nożem sprężynowym pośladki przeciwników, z wyrokami za pobicia i przestępstwa przeciwko mieniu; Carlo Butteroni zwany Górą, lat dwadzieścia sześć, sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, sto czternaście kilogramów wagi i równie ciężka kartoteka; wreszcie Massimiliano Ovidi, Max, lat trzydzieści jeden, niekwestionowany przywódca bandy, sądzony za usiłowanie zabójstwa, posiadanie broni palnej, napad i handel narkotykami, podejrzany o powiązania z mafią; kilka dni wcześniej wyszedł na wolność i podczas wyprawy do Mediolanu banda miała świętować jego zwolnienie z więzienia, a doskonale wiadomo, jak Lords of Chaos zwykli świętować. Nie, spotkanie z nimi to zdecydowanie nie będzie igraszka.

Ciszę i bezruch panujący na stacji zakłócił gołąb, który przeciąwszy powietrze rozpostartymi skrzydłami, wylądował z gracją na peronie przy torze czwartym, w odległości paru kroków od długiego szeregu policyjnych glanów. Mezzanotte obserwował go, jak dziobie coś spokojnie, nie zważając na setki ludzi stojących nieruchomo wokół niego. Gołębia wystraszył dopiero szczęk opuszczanych przyłbic na policyjnych kaskach. Riccardo podniósł wzrok i zobaczył go: Intercity 586 zbliżał się powoli, odcinając się wyraźnie na tle nieba zaczerwienionego promieniami zachodzącego słońca, a za nim ciągnęły się kłęby czarnego dymu. Pomyślał, że pociąg przypomina dryfujący statek widmo.

Pociąg denerwująco opieszale wjechał na stację i zatrzymał się na czwartym torze. Prawie jednocześnie otwarły się drzwi lokomotywy i wyskoczyło z niej dwóch maszynistów. Puścili się biegiem, jakby chcieli jak najszybciej oddalić się od miejsca, gdzie przeżyli koszmar.

Dowódca jednostki sił prewencji wystąpił przed szereg podwładnych z megafonem w dłoni. Włączył go, pokręcił gałkami, żeby uciszyć irytujące piski, po czym jedną ręką podniósł go wysoko, a drugą zbliżył do ust mikrofon.

– Dobrze, chłopaki, zabawiliście się. Ale teraz zabawa się skończyła. Nie pogarszajcie swojej sytuacji, wysiądźcie spokojnie z pociągu, nie stawiajcie oporu, żeby nikomu nie stała się krzywda.

Przez dłuższą chwilę jedyną odpowiedzią była cisza.

ŁUP!

Po tym pierwszym głuchym łupnięciu zaraz nastąpiło kolejne i jeszcze jedno, i znowu – aż z okna w pierwszym wagonie wyleciała muszla klozetowa, wyrwana pewnie z podłogi toalety, i rozbiła się na peronie tuż przy kordonie policjantów. Ci, którzy stali najbliżej, podnieśli odruchowo tarcze, by się ochronić przed odpryskami ceramiki.

Mezzanotte mruknął:

– Jasna cholera…

Zaraz potem dał się słyszeć z wnętrza pociągu groźny śpiew unisono z setek gardeł:

Wszystkie gliny skończą w ziemi!

Bić ich i kopać, łamać kości,

My dla glin nie mamy litości!

Odpowiedź nadeszła i nie mogła być bardziej wymowna. Sprowadzała się do zapewnienia: my się stąd dobrowolnie nie ruszymy. Jeśli chcecie, przyjdźcie po nas, my się was nie boimy.

W Bolonii siłom porządkowym nie udało się przejąć kontroli nad pociągiem, ale porażka posłużyła za lekcję i teraz zastosowano inną taktykę. Podczas gdy z wagonów leciały kamienie, żelazne pręty, butelki i wszystko, co kibolom wpadło w ręce, zwarty front utworzony z tarcz rozstąpił się na tyle, żeby z drugiego szeregu mogli przejść do przodu policjanci uzbrojeni w wyrzutnie granatów z gazem łzawiącym i wcelować się nimi do środka pociągu.

Przez kilka chwil nic się nie działo, widać było jedynie smugi dymu wydobywające się przez rozbite okna, a w powietrzu dało się wyczuć ostry, kwaśny zapach gazu. Później zaczęły się otwierać drzwi pociągu, jedne po drugich, i na peron, z głośnymi krzykami, wylali się kibole. Twarze zasłonili czerwono-żółtymi szalikami, apaszkami i kominiarkami, częściowo po to, by nie dać się rozpoznać, ale przede wszystkim – aby ochronić się przed gazem łzawiącym. Byli uzbrojeni w żelazne drągi, drzewce sztandarów, łańcuchy i pasy z ciężkimi metalowymi klamrami. Budzili strach.

Ich fala uderzyła w policyjny kordon z siłą porównywalną z impetem fali powodziowej.

Początkowo zapora to wytrzymała, przeciwnicy wymieniali wściekłe ciosy ponad cienką granicą oddzielających ich tarcz. Ale fanów Romy było o wiele więcej niż policjantów i w miarę jak wyskakiwali z wagonów, presja rosła. Linia niebieskich kasków stopniowo się cofała, już nie była tak zwarta, wreszcie się przerwała. Starcie zamieniło się w chaotyczną, wściekłą bijatykę, w której żadna ze stron się nie oszczędzała.

Z pociągu wystrzelono petardy i świece dymne, których kolorowe smugi spowiły wszystkich po równo i mieszały się z czarnym dymem wydobywającym się z podpalonego wagonu. Od czasu do czasu eksplozje bomb papierowych zagłuszały zgiełk walki. Komisarz Mezzanotte, z czerwonymi oczami i gardłem palącym od dymu i gazu, pomyślał, że nie musi już sobie wyobrażać, jak wygląda wojna: właśnie sam doświadczał czegoś podobnego.

Był w tej akcji jednym z dwóch oficerów policji kolejowej Polfer, podlegało mu około dziesięciu funkcjonariuszy. Zgodnie z otrzymanymi rozkazami pozostali na tyłach, nie brali bezpośredniego udziału w walce, co nie znaczy, że nie zdarzyło im się wymierzyć lub zainkasować ciosu. Ich główne zadanie polegało jednak na przejmowaniu rozbrojonych kibiców lub co najwyżej zatrzymywaniu tych, którzy próbowali ucieczki. Krępowali ich potem opaskami zaciskowymi, w które zostali obficie wyposażeni, spisywali dane osobowe i doprowadzali ich do autokarów albo w razie potrzeby do ambulansów stojących przed stacją. Niektórych trzeba było dosłownie wyrywać z rąk funkcjonariuszy oddziałów prewencji, bo nie przestawali okładać zatrzymanych pałkami i kopniakami, nawet kiedy tamci leżeli już na ziemi. Mezzanotte nie usprawiedliwiał ich, ale przynajmniej częściowo potrafił zrozumieć. Zachowanie jasnego umysłu i zimnej krwi nie było łatwe w takich sytuacjach.

Do szału natomiast doprowadzał go komisarz Manuel Carbone, podoficer Polferu, z którym był w parze. Wysoki, szeroki w ramionach, z mięśniami napompowanymi w siłowni nie bez pomocy sterydów, jak podejrzewał Riccardo. Carbone – z nosem spłaszczonym jak u rugbysty, niskim czołem i włosami ściętymi na jeża – był tym, który w komendzie czepiał się go najbardziej. Uwielbiał go prowokować i nigdy nie tracił okazji, by okazać mu niechęć. Dlatego i teraz Mezzanotte starał się trzymać od niego z daleka i udawał, że nie widzi, jak ten, wraz z kilkoma podwładnymi, którzy zawsze się go trzymali, wyżywa się na unieszkodliwionych już kibicach. Zadawał im ciosy na zimno, bez potrzeby, dla samej przyjemności sprawiania cierpienia, czego nie dało się w żaden sposób usprawiedliwić.

W pewnej chwili Riccardo zauważył, że Carbone podłożył nogę chłopakowi z czołem zalanym krwią, ubranemu w koszulkę z dziesiątką Tottiego, podczas gdy prowadził go w kierunku wyjścia ze stacji. Tamten miał ręce związane za plecami, nie mógł więc podeprzeć się nimi przy upadku i uderzył twarzą o ziemię. Carbone podniósł go gwałtownym ruchem, ale po kilku krokach ponownie podłożył mu nogę, chichocząc przy tym złośliwie. Dla Riccarda to było za dużo. Podszedł do niego bezzwłocznie.

– Co ty, Carbone, robisz, do jasnej cholery?

Carbone odwrócił się i jak tylko zdał sobie sprawę, kto do niego mówi, usztywnił kanciastą szczękę, ale już za chwilę rozłożył ramiona z fałszywie niewinnym uśmiechem.

– Spokojnie, nic się nie stało, chłopak się potknął. Zdarza się – powiedział tonem podszytym kpiną, a jednocześnie potrzasnął jak kukłą kibicem trzymanym za ramię. – Zajmij się swoją robotą, Mezzanotte, ja ze swoją poradzę sobie sam.

Riccardo jednak nie odpuścił.

– Chyba się nie zrozumieliśmy. Masz przestać zachowywać się jak dupek i wyżywać na aresztantach. Natychmiast!

Uśmiech na twarzy Carbonego zgasł w jednej chwili, ustępując miejsca ponurej minie. Podszedł do Riccarda i stanął tuż przy nim. Przerastał go o pół głowy i cała jego masywna postać wyrażała groźbę.

– Nie waż się mówić mi, co mam robić! – warknął, trzymając swoją wiecznie opaloną twarz w odległości paru centymetrów od twarzy Mezzanottego i celując palcem w jego klatkę piersiową. – Nie będziesz mi rozkazywać. Nie zamierzam słuchać takiego parszywca jak ty.

Riccardo od lat chłopięcych nie stronił od bójek. Przez jakiś czas zastanawiał się nawet, czy za drogę życiową nie obrać boksu. Choć Carbone był od niego potężniejszy, nie bał się go ani trochę, a nos aroganta tuż przy jego czole stanowił prawie nieodpartą pokusę. Zwykłe szarpnięcie głową zakończyłoby sprawę, zanimby się zaczęła. Ale to byłoby bardzo nierozsądne, już i tak tkwił po uszy w tarapatach. Do Polferu trafił właśnie dlatego, że uległ podobnej prowokacji.

– A właśnie że mnie posłuchasz! – powiedział stanowczo, zapanowawszy nad sobą ogromnym wysiłkiem. – Ja tutaj mam najwyższą rangę, więc rób, co mówię, i koniec.

Choć inspektor Dalmasso nie powierzył mu bezpośrednio dowództwa nad akcją, technicznie rzecz biorąc, Mezzanotte miał rację: był wyższy rangą niż Carbone. Który jednak nie zamierzał tego uznać.

– A jak nie, to co? Doniesiesz na mnie? – rzucił zaczepnie.

Riccardo zacisnął pięści, starając się pozbyć z głowy kuszącego obrazu zalanej krwią twarzy Carbonego i dźwięku pękających chrząstek.

To wtedy właśnie, przecisnąwszy się między otaczającymi ich funkcjonariuszami Polferu, zbliżył się do nich mężczyzna koło pięćdziesiątki o szpakowatych włosach i ostrych rysach. Mezzanotte zwrócił już na niego uwagę podczas tego długiego popołudnia i chociaż mężczyzna był w cywilnym ubraniu, odgadł w nim od razu funkcjonariusza sił specjalnych DIGOS.

Nieznajomy stanął między nim a Carbonem i zwracając się do tego drugiego, powiedział lodowatym głosem:

– Komisarzu, radziłbym posłuchać nadkomisarza. W przeciwnym razie będę zmuszony opisać pańskie zachowanie w raporcie służbowym.

Zaskoczony Carbone kilka razy otwarł i zamknął usta, ale nie przyszła mu do głowy żadna replika, wymamrotał więc tylko jakieś przekleństwo, odwrócił się na pięcie i odszedł wściekły.

Szpakowaty mężczyzna zbliżył twarz do ucha Riccarda i szepnął:

– Są wśród nas także tacy, którzy doceniają to, co pan zrobił, komisarzu. Chciałem, żeby pan o tym wiedział. – Skinął mu głową na pożegnanie i zniknął równie dyskretnie, jak się pojawił.

Mezzanotte był tak zaskoczony, że nie zdążył mu nawet podziękować. Stał przez kilka sekund osłupiały, po czym otrząsnął się i krzyknął do swoich ludzi:

– Chłopaki, przedstawienie skończone, bierzmy się do roboty!

W ciągu następnych kilku chwil nie opuszczało go jednak napięcie z powodu bójki z Carbonem, której ledwo uniknął, a perspektywa dalszego, pewnie długiego jeszcze przejmowania od jednostek specjalnych zneutralizowanych kiboli była mało zachęcająca.

Kłąb czarnego dymu wydobywający się z podpalonego wagonu stawał się coraz gęstszy, w oknie jednej z ubikacji błyskał żywy ogień. Rokazano im ograniczyć się do wspierania akcji sił specjalnych, ale Mezzanotte pomyślał, że dobrze byłoby ugasić ten pożar, zanim stanie się naprawdę niebezpieczny, tym bardziej że straż pożarna nie mogła na razie interweniować i nikt się tym problemem nie zajmował.

Dał znak czterem swoim ludziom, by poszli za nim. Zauważył, że najostrzejsze starcia toczyły się na peronie głównym, podczas gdy po drugiej stronie pociągu sytuacja była spokojniejsza, dochodziło jedynie do odosobnionych bójek. Zamierzał zadziałać z tamtej strony.

Przygotowując się do tego wraz z innymi, zauważył, że Colella zamierza do nich dołączyć. Aspirant Filippo Colella stanowczo nie był człowiekiem czynu. Na testach sprawnościowych zachowywał się jak prawdziwa łamaga, na strzelnicy nie trafiał do celu nawet przez przypadek, cudem tylko udało mu się skończyć kurs. Ale o ile jego ciało reagowało powolnie i niezdarnie, o tyle mózg działał sprawnie i szybko. Poza tym doskonale sobie radził z komputerami. Byłby świetnym funkcjonariuszem biura kryminalistyki, tylko że nie miał protektorów ani znajomości, tak więc przydzielono go do Polferu. Mezzanotte wiedział, że to nie odwaga kierowała młodszym kolegą, gdy zdecydował się za nim pójść. Po prostu u jego boku czuł się bezpieczniej.

– Ty nie, Filippo. Zostań tutaj, tak będzie lepiej!

Obeszli lokomotywę i posuwali się teraz wzdłuż pociągu po peronie, z którego wyrastały żelazne filary wspierające łuki zadaszeń. Biegli z opuszczonymi głowami, by nie oberwać czymś, co kibole wyrzucali jeszcze przez okna. W pewnej chwili z jednego z nich wyleciało coś w rodzaju papierowej torebki w kształcie kuli wielkości pomarańczy. Mezzanotte obserwował ten dziwny przedmiot lecący w ich kierunku, jakby oglądał film w zwolnionym tempie. Nie od razu domyślił się, co to takiego. Dopiero gdy dostrzegł wystający z torebki zapalony lont, odgadł, że rzucono w ich kierunku bombę papierową, ale wtedy było już za późno.

Zdążył tylko krzyknąć:

– Uważajcie!

Eksplozja powaliła ich wszystkich.

Riccardo leżał na chodniku. Dzwoniło mu w uszach jak przy czajniku z gotującą się wodą, mostek naciskał na płuca, utrudniając oddychanie, miał zaciśnięte gardło i mdłości. Podniósł się z trudem, był oszołomiony, kręciło mu się w głowie, z trudem stał na miękkich nogach. O Jezu!, pomyślał, niewiele brakowało…

Rozejrzał się dokoła. Jego ludzie też leżeli na ziemi, byli jak on zamroczeni, ale wyglądało na to, że nic poważnego nikomu się nie stało. Dał im więc znak, żeby się podnieśli.

Ruszyli ponownie wzdłuż pociągu, ale już ostrożniej, jeszcze bardziej pochyleni, trzymając się bliżej wagonów. Mezzanotte co jakiś czas wyciągał głowę i zaglądał przez okna do środka. Gdy dobiegli do siódmego wagonu, poprzedzającego ten podpalony, zatrzymał się, jakby nagle przyszło mu coś do głowy. Podszedł do otwartych drzwi i zajrzał do środka. W zasięgu wzroku nie było nikogo, podest przegradzały wyważone i częściowo wyrwane z zawiasów drzwi do toalety.

Mezzanotte znów skinął swoim ludziom i ruszył dalej, ale tym razem wolniej, bo zaglądał do każdego okna. Mniej więcej w połowie wagonu się zatrzymał. A więc dobrze pamiętał. W przedziale po drugiej stronie korytarza zobaczył funkcjonariusza Polferu, tego, który wcześniej dał o sobie znać przez komórkę z zabarykadowanej toalety, zanim urwał się z nim kontakt. Teraz policjant siedział bezwładnie, otaczało go trzech ultrasów, z których jeden groził mu nożem.

Mezzanotte oparł się o ścianę wagonu i rozważał sytuację. Podjęcie jakiegokolwiek działania na pewno wykraczało poza otrzymane rozkazy. Najwłaściwszym zachowaniem byłoby pozostawienie tej sprawy siłom prewencji, ale nieliczni funkcjonariusze tych sił, którzy znajdowali się w pobliżu, byli nazbyt zajęci tłuczeniem się z kibolami, gdyby zaś wezwał posiłki przez radio, mogłyby nadejść zbyt późno, by pomóc koledze, któremu groziło realne niebezpieczeństwo. Powinien skontaktować się z komisariatem, wiedział jednak, że inspektor Dalmasso na pewno nie dałby mu pozwolenia na interwencję, więc od razu z tego zrezygnował, choć słyszał gdzieś w głowie słaby głosik, który mówił, że pakuje się w kłopoty, a nie może sobie teraz na to pozwolić. To był ten sam głosik, który od lat bezskutecznie starał się przemówić mu do rozsądku.

Dzwonienie w uszach zmniejszyło natężenie do irytującego brzęczenia, nogi już mu nie drżały. Powinno się udać. Dał znak trzem swoim ludziom, żeby wrócili do drzwi, które właśnie minęli, on zaś oraz czwarty policjant skierowali się do drugiego wejścia do wagonu. Wszyscy jednocześnie wspięli się po stopniach i znaleźli na przeciwległych końcach korytarza. Był pusty i tak zniszczony, jakby właśnie wyszła z niego horda Hunów. Mezzanotte gestami nakazał podwładnym iść cicho naprzód. Kiedy zauważył, że jeden z policjantów sięga do kabury po pistolet, zdecydowanie pokręcił głową. Tylko tego brakowało, żeby zdarzyły się tu jakieś ofary śmiertelne, jak dwa lata wcześniej podczas szczytu G8 w Genui. Zdążyli zrobić zaledwie parę kroków, kiedy z przedziału w środku wagonu wyszło dwóch mężczyzn. Mieli odkryte twarze. Młodszy nosił markowe jeansy, błękitną koszulę i wyglądał na porządnego chłopca z dobrej rodziny. Drugi, w wojskowych spodniach i bluzie, był wyższy, miał twarz bladą i wychudłą.

Riccardo rozpoznał w nich członków bandy Lords of Chaos, których widział już na zdjęciach dołączonych do dokumentacji zebranej przez sekcję DIGOS. Byli to Juri De Vivo i Fabrizio Jannone, znani wśród kumpli jako Chirurg i Ninja.

Znalazłszy się twarzą w twarz z policjantami, obydwaj zawahali się przez chwilę, po czym wymienili porozumiewawcze spojrzenia i ruszyli naprzód, Jannone w kierunku trzech funkcjonariuszy Polferu, De Vivo ku ich dowódcy i czwartemu policjantowi.

Chirurg wyjął z tylnej kieszeni spodni nóż sprężynowy i wysunął ostrze. Miał rozszerzone źrenice jak ktoś, kto wciągnął więcej niż jedną kreskę. Będzie naprawdę gorąco, pomyślał Mezzanotte. Wystąpić z gołymi rękami przeciwko człowiekowi uzbrojonemu w nóż to nie przelewki. Tym bardziej jeżeli przeciwnik zna się na rzeczy, a ograniczona przestrzeń utrudnia uniki. Musi być cholernie szybki i precyzyjny. Dał znak swemu towarzyszowi, żeby trzymał się za nim, ustawił się bokiem, tak aby trudniej było w niego trafić, podniósł ręce, zwracając je wnętrzem dłoni na zewnątrz, i skoncentrowany patrzył w oczy przeciwnika, by przewidzieć moment, w którym ten zaatakuje.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem w milczeniu. De Vivo wykonał kilka zwodniczych ruchów, lecz Mezzanotte nie dał się nabrać, następnie wyciągnął błyskawicznym ruchem rękę z nożem, próbując ugodzić Riccarda w brzuch, ale on był na to przygotowany, bo chwilę wcześniej dostrzegł błysk koncentracji w źrenicach przeciwnika, gdy ten powziął decyzję o ataku. Uchylił się i lewą ręką złapał Chirurga za przedramię, zmieniając kierunek ciosu. Jednocześnie uderzył go silnie w szczękę i zaraz potem zgiął w łokciu ramię, którym obronił się przed dźgnięciem, i uwięził uzbrojoną rękę De Viva. Kopniakami w pierś zmusił go do upuszczenia noża. Teraz wystarczyło już tylko uderzyć go łokciem w kark, żeby Chirurg stracił przytomność i osunął się na ziemię.

Mezzanotte oparł się o ścianę, ciężko dysząc, i otarł wierzchem dłoni pot z czoła. W tym samym czasie towarzyszący mu policjant zakładał zaciskowe opaski na ręce kibola. W dalszej części korytarza trzem innym policjantom udało się obezwładnić Jannonego. Nie bez trudności, o czym świadczyło podbite oko jednego i krwawiąca warga drugiego.

Z przedziału, z którego wyszli Jannone i De Vivo, rozległ się głos:

– Juri, Fabrizio, co się dzieje? Co to za hałasy? Czemu się nie odzywacie? Gdzie jesteście?

Mezzanotte zbliżył się do drzwi przedziału i zerknął do środka. Zobaczył zaginionego funkcjonariusza w bardzo złym stanie fizycznym, praktycznie nieprzytomnego. Trzymał się na nogach tylko dlatego, że podtrzymywał go mężczyzna stojący za jego plecami, otaczając ramieniem szyję i przytykając mu do skroni lufę pistoletu. Nie był wysoki, miał czarne włosy i wąsy, oliwkową cerę i wyglądał na twardziela. To Max Ovidi, szef bandy Lords of Chaos.

Mezzanotte zwrócił się do niego, starając się nadać swemu głosowi jak najwięcej spokoju i autorytetu.

– Ovidi, jestem komisarzem policji. Twoich kompanów już złapaliśmy. Jesteś sam i nie masz szans na ucieczkę. Sprawy źle się dla ciebie układają, najlepiej zrobisz, jeśli od razu się poddasz. Chyba nie chcesz być oskarżony także o porwanie, prawda?

– Nie wrócę do więzienia! Trzymajcie się z daleka albo go ukatrupię. Słyszeliście, pieprzone gliny? Wpakuję mu kulkę w łeb!

– Spokojnie, Ovidi, spokojnie. Nikt tu nie będzie nikogo ukatrupiać, zrozumiałeś? Porozmawiajmy i razem znajdziemy jakieś rozwiązanie. Wejdę bez broni, usiądziemy sobie spokojnie i pogadamy. Co ty na to?

– Nie ma o czym gadać. Nic nie rozumiecie. Ja go zabiję, zabiję was wszystkich, urządzę jatkę. Macie się do mnie nie zbliżać! Spierdalajcie stąd!

Sądząc po głosie, Max Ovidi był nafaszerowany kokainą i całkowicie niezdolny do trzeźwego myślenia. Był zdesperowany i gotowy na wszystko. Naprawdę potrafiłby zabić. Zresztą biorąc pod uwagę jego kartotekę kryminalną, nie można wykluczyć, że już to kiedyś zrobił.

Mezzanotte zaczął się bać nie na żarty. Niewiele brakowało, żeby stracił kontrolę nad sytuacją, mógł nie poradzić sobie sam. Negocjacje z uzbrojonym bandytą, który wziął zakładnika, to poważna sprawa, ale nie wiedział, gdzie się zwrócić po pomoc. Spróbował skontaktować się drogą radiową z funkcjonariuszem sił prewencji, ale ten nie odpowiedział. Polecił zatem swoim ludziom, by wyszli z pociągu i zawiadomili go o sytuacji, a przy okazji zabrali z sobą tych dwóch cholernych Lords of Chaos, którzy leżeli na korytarzu, on zaś zostanie na miejscu, żeby monitorować sytuację, i poczeka na posiłki i rozkazy. Czterej policjanci wzięli pod pachy kiboli i wywlekli ich z pociągu.

Po kilku minutach Ovidi znów się odezwał.

– Hej, gliny, jesteście tam jeszcze? Tak czy nie?

– Jestem tutaj – odparł Riccardo. – Czego chcesz?

– Wychodzę. Spierdalam stąd. Nie zbliżajcie się i nie próbujcie mnie zatrzymać!

Mezzanotte popadł w rozterkę. Co, do diabła, powinien teraz zrobić? Nie umiał zdecydować, co byłoby gorsze: czy pozwolić, żeby przywódca ultrasów ulotnił się, nie poniósłszy żadnej odpowiedzialności, i to pod jego nosem, czy też starać się go zatrzymać, narażając życie kolegi?

Ponownie spróbował perswazji:

– Ovidi, to nie jest dobry pomysł. Może byśmy jednak…

– Wychodzę! – przerwał mu tamten krzykiem. – Zostawcie mi wolną drogę albo urządzę jatkę!

Ultras pojawił się w drzwiach przedziału, schowany za plecami zakładnika, którego wciąż trzymał za szyję. Rozejrzał się dokoła wytrzeszczonymi oczami, był zdumiony, że czeka na niego tylko jeden policjant. Zaczął się cofać korytarzem, celując z pistoletu to w głowę zakładnika, to w Riccarda. Ten, nie mając pojęcia, co sobie umyślił kibol, szedł powoli za nim, bardzo uważając, by nie wykonać jakiegoś gwałtownego ruchu i zachować stałą odległość.

– Stój! Nie zbliżaj się, kurwa! Będę strzelać! Zrozumiałeś czy nie, że będę strzelać?!

Potem wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Ovidi postawił krzywo nogę i o mało nie stracił równowagi. Przez ułamek sekundy spojrzał w dół, opuszczając broń. Mezzanotte zareagował instynktownie, bez zastanowienia. Rzucił się do przodu, by sięgnąć ręki bandyty z pistoletem. Zwalił się na niego oraz na zakładnika i wszyscy trzej, jeden na drugim, znaleźli się na podłodze wąskiego korytarza. Ovidi szarpał się i kopał, próbując się wydostać z tej plątaniny ciał, podczas gdy Mezzanotte, nie zważając na bolesne ciosy, ściskał go lewą reką za nadgarstek, by utrzymać pistolet na dystans, prawą zaś starał się zwalić z siebie bezwładne ciało funkcjonariusza Polferu, które uniemożliwiało mu ruchy. Z pistoletu padł strzał, od którego aż zadrżał i prawie pękły mu bębenki w uszach, ale nadal przyciskał do podłogi uzbrojone ramię kibola. Wyjąc z wysiłku, zdołał zrzucić z siebie nieprzytomnego policjanta i podnieść się na tyle, żeby przytłoczyć swym ciałem Ovidiego. Zaczął zadawać mu ciosy w twarz z coraz większą furią, aż ten zalał się krwią i przestał się poruszać.

Mezzanotte usiadł jednym gwałtownym ruchem i pomimo bólu dłoni i pokancerowanych kłykci zaczął walić pięściami i nogami w ściany pociągu, powtarzając:

– Kurwa, kurwa, kurwa…

Kiedy dał upust emocjom i poczuł się spokojniejszy, zakrył twarz dłońmi i westchnął głęboko. To koniec, dzięki Bogu, to koniec.

Był wyczerpany i obolały, lecz wstał, żeby sprawdzić stan nieprzytomnego kolegi. Serce mu biło, oddychał miarowo, ale było widać, że bardzo potrzebuje lekarza. Riccardo wziął go na plecy i zaniósł do jednego z przedziałów, gdzie położył go na siedzeniach. Policjant jęczał cicho z zamkniętymi oczami. Mezzanotte pomyślał, że tamten poczuje się lepiej, jeśli przemyje mu twarz i zwilży spierzchnięte usta, zanim przybędzie pomoc lekarska. Wyszedł z przedziału i skierował się do toalety. Na podeście zauważył, że przez szpary w przesuwnych drzwiach do następnego wagonu przedostaje się dym, i poczuł ostry zapach palonego plastiku. Przy tym wszystkim, co się wydarzyło, zupełnie zapomniał o pożarze. Uśmiechnął się na myśl, że obok wszystkich innych głupich pomysłów, przez które zawsze pakował się w kłopoty, ten z gaszeniem pożaru pociągu zasłużył sobie na jedno z pierwszych miejsc w klasyfikacji.

W tej samej chwili przesuwne drzwi się rozchyliły, wpuszczając gęstą chmurę dymu. Kiedy dym się rozrzedził, w przejściu ukazała się postać tak gigantyczna, że wypełniała je prawie w całości. Poruszyła potężnym ramieniem, jakby chciała odgonić muchę, ale to Riccardo był tą muchą: ramię uderzyło go, a on wyleciał przez drzwi wagonu i poturlał się w dół po schodkach, niczym cienka gałązka.

Mezzanotte jeszcze nie uświadomił sobie w pełni, co się stało, a już leżał na peronie rozciągnięty na plecach. Atak był niespodziewany, nastąpił, gdy on przestał się mieć na baczności, opuścił gardę. Teraz na widok olbrzyma o ogolonej na zero, śmiesznie małej głowie z odstającymi uszami, w siatkowym podkoszulku obciągniętym na wydatnym brzuchu, schodzącego po stopniach wagonu, Riccardo poczuł, że panika łapie go za gardło. Tętno oszalało, a oddech zamienił się w dyszenie.

Olbrzym zmierzał w jego kierunku z grymasem okrucieństwa na tępej twarzy. Przez ten grymas marszczył się jego zadarty nos przypominający świński ryjek, a małe oczka zagłębione w tłuszczu zmieniły się w wąskie szparki. Wokół dłoni owinął sobie skórzany pas, z którego końca zwisała duża stalowa klamra w kształcie trupiej czaszki.

Mezzanotte starał się pełznąć w tył, tak żeby zachować dystans od Carla Butteroniego, zwanego Górą, podczas gdy ten podchodził do niego z wolna, potrząsając pasem. Riccardo przełknął ślinę i gorączkowo rozglądał się dokoła w poszukiwaniu pomocy, ale nieliczni policjanci, których miał w zasięgu wzroku, znajdowali się daleko i byli bardzo zajęci.

Pokusa, żeby po prostu uciec, była silna, ale chociaż opanował go strach, duma nie pozwoliła mu na ucieczkę. Nieraz myślał sobie, że duma jest jego największą wadą i największą zaletą jednocześnie. Obawiał się jednak, że w tym wypadku może się okazać jedynie wadą. Butteroni był naprawdę gigantem. Nigdy dotąd nie zmierzył się z kimś aż tak potężnym. To prawda, że Góra był tłusty, ale Riccardo nie wątpił, że pod tłuszczem miał twarde mięśnie. Był bez szans, Góra rozerwie go na strzępy, zmiażdży jak karalucha.

Przede wszystkim powinien się uspokoić, odzyskać panowanie nad sobą. Strach jest niebezpieczny, mąci myśli, usztywnia mięśnie, zwalnia odruchy. Strach jest największym wrogiem. Przypomniał sobie, co słyszał od trenera w kącie ringu, gdy podczas trudnego pojedynku dawał do siebie dostęp lękowi i zniechęceniu, a rękawice zaczynały mu ciążyć jak kamienie: oddychaj przeponą i myśl pozytywnie.

Mezzanotte wstał i nie przestając się cofać, starał się głęboko oddychać, nabierał powietrza, jakby chciał zepchnąć żołądek w dół, potem przetrzymywał je kilka sekund w płucach i wreszcie wypuszczał, jak tylko umiał najwolniej. Jednocześnie poruszał ramionami i szyją, by rozluźnić mięśnie, i dodawał sobie w myślach odwagi, przekonując samego siebie, że Góra, nieważne jak wielki, na pewno nie jest szybki, a na pierwszy rzut oka nie wydaje się też przesadnie bystry.

Dzięki tym poczynaniom także teraz nastąpił cud. O ile ogarniająca go panika przyśpieszała tętno, zmuszając płuca do częstszej wymiany powietrza, by zaspokoić zwiększone zapotrzebowanie na tlen, technika głębokiego oddechu zwalniała je i automatycznie osłabiała uczucie paniki. I choć Riccardo nie wierzył w to na sto procent, powtarzanie sobie, że wszystko będzie dobrze, zasiało w nim ziarno nadziei.

Przestał się cofać. Rozstawił nogi i zgiął je w kolanach, by stać na nich pewniej, po czym uniósł pięści przed twarz, przybierając pozycję obronną. Góra podniósł rękę, chcąc go uderzyć stalową klamrą pasa. Zamachnął się z przerażającą siłą, ale Riccardo zrobił unik, odskakując w bok. Klamra w kształcie trupiej czaszki uderzyła w chodnik w odległości kilku centymetrów od niego, aż poszły iskry. Zanim olbrzym zdążył się wyprostować, Riccardo podskoczył do niego, wymierzył mu prawy sierpowy w bok i natychmiast cofnął się na bezpieczną odległość.

Ten celny cios dodał mu otuchy. Mezzanotte zaczął wierzyć, że naprawdę może pokonać przeciwnika. Wykonywał szybkie ruchy, podskakiwał wokół Góry, wciąż zmieniając rytm i kierunek. Ustawiał się bokiem, nigdy przodem, tak żeby już samo jego ciało stanowiło przeszkodę przy atakach olbrzyma, przede wszystkim zaś starał się pozostawać poza zasięgiem jego łap wielkich jak bochny chleba.

Ultras z trudem dotrzymywał mu kroku. Nieustanne podskoki na prawo i lewo dezorientowały go i denerwowały, co jakiś czas wydawał gniewne pomruki. Miał zwolniony refleks, uderzenia pasa, choć silne, następowały zawsze o chwilę za późno, rękami łapał powietrze.

Do tego jeszcze za każdym razem, gdy jego uderzenia nie sięgały celu, odkrywał się, a Mezzanotte wykorzystywał to, dopadał przeciwnika błyskawicznym ruchem i zasypywał ciosami w nerki i kopniakami w golenie, po czym zaraz odskakiwał zwinnie poza jego zasięg. Uderzenia Riccarda zdawały się nie szkodzić Butteroniemu, pięści grzęzły w tłuszczu, kopniaki były dla niego pewnie jak ukąszenia komara. Mezzanotte miał jednak nadzieję, że w końcu przyniosą pożądany efekt.

Pomimo zmęczenia Riccardo w miarę upływu czasu odzyskiwał pewność siebie, walka zaczęła mu sprawiać przyjemność. Czuł się jak w stanie łaski. Zdarzało mu się to czasem na ringu, wszystko przychodziło mu wtedy łatwo, naturalnie. Jego ruchy były teraz jak taniec: płynne, harmonijne i precyzyjne. Natomiast Butteroni miał widoczne trudności. Poruszał się coraz ciężej, powłóczył nogami i dotykał jednego boku z grymasem bólu.

Obrana taktyka była słuszna, przeciwnik okazywał pierwsze oznaki załamania, przyszedł czas, żeby go przyprzeć do muru, nie zostawiając mu ani chwili na wytchnienie. Mezzanotte zachowywał się teraz śmielej, zmniejszył dystans od Butteroniego, częściej i głębiej wdzierał się w pole rażenia stalowej klamry. Zdążył go rozszyfrować, potrafił przewidzieć jego ruchy.

A jednak, trzymając się go tak blisko, więcej ryzykował. Podczas jednego z odskoków poczuł dotknięcie łapska olbrzyma. Ultrasowi nie udało się go złapać, między palcami zostało mu powietrze, ale uderzenie w ramię wystarczyło, żeby Mezzanotte stracił równowagę i musiał zrobić kilka chwiejnych kroków, by ją odzyskać. Trupią czaszkę ze stali zobaczył już nad sobą i próbował jeszcze umknąć z jej trajektorii, wykonując gwałtowny obrót, lecz tym razem klamra uderzyła go w plecy. Tylko krawędzią, ale i tak przez chwilę poczuł, jakby ktoś przytknął do tego miejsca rozpalony do białości metalowy pręt.

Mezzanotte zwinął się, krzycząc z bólu, i w tej samej chwili ramiona Góry, potężne jak pnie drzew, otoczyły go i podniosły. Policjant zdążył odwrócić się do przeciwnika przodem, zanim zacisnęły się wokół jego klatki piersiowej jak szczęki imadła. Riccardo ramiona miał unieruchomione i nie mógł zrobić nic innego, jak starać się jakoś wywinąć. Butteroni nie przestawał go ściskać z ewidentnym zamiarem zmiażdżenia jego ciała.

– Nie żyjesz, psie! – ryknął z okrutną radością, zionąc mu w twarz śmierdzącym oddechem. Były to pierwsze i jedyne słowa, jakie Mezzanotte od niego usłyszał.

Oddychał z coraz większym trudem i zaczynał tracić ostrość widzenia, gdy kątem oka dostrzegł trzech mężczyzn w szaro-granatowych mundurach idących w ich kierunku po peronie. To byli Carbone i jego dwaj ludzie. Riccardo spróbował zawołać ich i poprosić o pomoc, ale z jego ust wydobyło się tylko zdławione rzężenie. Carbone pokiwał mu ręką z szyderczym uśmiechem, po czym zniknął wraz z dwoma policjantami za drzwiami siódmego wagonu. Gnojek, pomyślał Mezzanotte, ale niespodziewanie zachciało mu się śmiać. Czuł się zamroczony i coraz słabszy, głowę miał lekką, widział jak przez mgłę. Kusiło go, żeby zamknąć oczy i poddać się śmiertelnemu uściskowi olbrzyma, który kołysał nim, jakby tańczyli razem jakiegoś dziwacznego walca.

Nie!

W ostatnim przebłysku świadomości otrząsnął się z apatii i jeszcze raz się napiął, próbując wywinąć się z uścisku. Bez powodzenia – szczęki imadła zaciskały się coraz bardziej, Mezzanotte czuł, że trzeszczą mu żebra. Wtedy desperackim wysiłkiem odchylił głowę i zadał nią gwałtowny cios w splot słoneczny Butteroniego. Ten jęknął z bólu. Riccardo odniósł wrażenie, że nieznacznie zwolnił uścisk, więc zwarł szczęki i uderzył jeszcze raz i jeszcze, choć zdawał sobie sprawę, że to jak walenie głową w mur. A jednak przeciwnik opuścił w końcu ramiona. Policjant zsunął się i postawił nogi na ziemi, podczas gdy Góra zgiął się wpół i przytknął rękę do piersi. Riccardo miał tylko kilka chwil na odzyskanie panowania nad sobą.

Z czoła kapała mu krew, czuł się zamroczony. Być może dlatego nie uznał od razu za absurdalny pomysłu, który nie wiadomo jak wpadł mu do głowy. Doskoczył do szyi Butteroniego i otoczył ją prawym ramieniem. Ścisnął z całej siły, aż dosięgnął dłonią swojego lewego bicepsu. Potem położył zdecydowanym ruchem lewą dłoń na jego karku. Podczas gdy olbrzym się prostował, podnosząc go wraz z sobą, i szarpał się, by go strząsnąć, Mezzanotte zaczął dociskać przedramię do szyi przeciwnika.

Ten chwyt pokazał mu przed laty pewien chłopak w siłowni. Twierdził, że nauczył się go na kursie krav magi zarezerwowanym dla agentów izraelskich służb specjalnych. Prawdopodobnie opowiadał bajki, ale chwyt naprawdę działał. Mata leão to element brazylijskiego dżu-dżitsu, który ma zapewnić panowanie nad przeciwnikiem i zmuszenie go do uległości. Polega na odcięciu dopływu krwi do mózgu i przy prawidłowym wykonaniu doprowadza szybko do utraty przytomności przeciwnika, niezależnie od jego rozmiarów, siły i wytrzymałości. Jeśli uścisk jest za mocny lub trwa za długo, może spowodować śmierć. Pomijając fakt, że Riccardo ledwo mógł objąć ramieniem nadzwyczajnie gruby kark Butteroniego, był jeszcze jeden problem: zwykle wykonuje się ten chwyt na osobie leżącej na ziemi. Próba wykonania go na kimś, kto stoi, i w dodatku jest tak potężny jak Góra, mogła przyjść do głowy jedynie komuś szalonemu albo zdesperowanemu.

Mezzanotte ściskał szyję ultrasa ze wszystkich sił, wisząc na jego plecach i krzycząc na całe gardło, by dodać sobie animuszu, podczas gdy Góra miotał się jak rozdrażniony słoń i wywijał nad głową rękami, próbując go nimi dosięgnąć. Z trudem łapał powietrze. W pewnej chwili rzucił się do tyłu i przygniótł Riccarda swym potężnym ciałem do ściany pociągu, ale policjant i teraz nie zwolnił uścisku, choć z bólu w miejscu rany na plecach zobaczył gwiazdy. Wszystko to trwało kilka minut długich jak godziny, aż wreszcie nieprzytomny Góra zwalił się na peron.

Mezzanotte pozostał jeszcze przez chwilę na rozłożystych plecach ultrasa, jakby nie mógł uwierzyć, że udało mu się przeżyć. Kiedy już uspokoił oddech, bardzo ostrożnie wstał. Czuł się bezgranicznie zmordowany, w miarę jak adrenalina odpływała, zaczęło go wszystko boleć. Niepokoił go pulsujący ból w plecach, tył koszuli miał mokry od krwi.

Drżącymi rękami podniósł z ziemi czapkę i skrępował ręce Butteroniego, używając nie jednej, lecz dwóch plastikowych opasek, ścisnął je tak mocno, aż zniknęły w tłuszczu. Dotarł jakoś do wagonu, ale nie zastał tam ani Ovidiego, ani funkcjonariusza Polferu. Pewnie odprowadzili ich Carbone i jego ludzie. Zataczając się na drżących nogach, ruszył w drogę po peronie.

Colella pobiegł mu na spotkanie, jak tylko zobaczył go na początku peronu. Zapytał, co mu się przytrafiło, ale Riccardo nie odpowiedział.

– Po co przyszedł Carbone? – krzyknął, złapawszy dwiema rękami za kołnierz kurtki aspiranta. – Powiedziałem jasno, żeby zawiadomić dowódcę sił prewencji.

Colella wyjaśnił, że Carbone tak zdecydował. Zatrzymał funkcjonariuszy, którzy przyprowadzili dwóch ultrasów, i kazał sobie wszystko zreferować. Powiedział, że sam się wszystkim zajmie, a chłopakom polecił wrócić do roboty.

– A gdzie jest teraz? – zapytał Mezzanotte, rozglądając się dokoła. Sytuacja była o wiele spokojniejsza, starcia z kibolami dogasały.

– Cardo, zapytałem go, gdzie się podziałeś, ale powiedział, że cię nie widział.

Co za sukinsyn! Nie tylko zostawił go na pastwę Góry, ale przypisał sobie zasługę za uratowanie pobitego policjanta.

Mezzanotte ruszył wściekły w kierunku komisariatu, lecz nogi się pod nim ugięły, a plecy przeszył ostry ból. Musiał się złapać Colelli, żeby nie upaść.

– Filippo, zaprowadź mnie do ambulansu.

2.

Mezzanotte przestępował nerwowo z nogi na nogę, uwięziony wśród pasażerów stłoczonych przy wejściu na ruchome schody. Minęła ósma rano, był już spóźniony na poniedziałkową odprawę. Inspektor Dalmasso łatwo mu tego nie wybaczy. Przykładał dużą wagę do tych zebrań, na których wspólnie oceniali postępy toczących się śledztw i akcji policyjnych, układali plan pracy na rozpoczynający się tydzień oraz, jak zwykł mówić, cementował się duch zespołowy.

Riccardowi znowu ktoś pociął opony samochodowe, chociaż od dłuższego czasu przezornie nie parkował pod domem, tylko parę przecznic dalej. Z tego powodu musiał dzisiaj skorzystać z metra. Od dnia, w którym w ubiegłym tygodniu prokuratura zamknęła postępowanie przedprocesowe i sformułowała akt oskarżenia, był celem wciąż nowych groźb i prób zastraszania: dostawał anonimowe bileciki i nocne telefony z pogróżkami, porysowano mu karoserię samochodu i dziurawiono opony, a nawet podpalono wycieraczkę pod drzwiami mieszkania. Wszystko po to, żeby puściły mu nerwy i prawdę mówiąc, niewiele mu do tego brakowało. Wkrótce miała zostać podana data rozprawy wstępnej i chociaż prokuratorka Trebeschi zapewniła go, że powoła go na świadka tylko w razie absolutnej konieczności, Riccardo wiedział, że wcześniej czy później będzie musiał złożyć zeznania w sali sądowej, w obecności wszystkich. Odsuwał od siebie tę myśl, bo budziła w nim lęk, zimny i oślizły niczym wąż.

– Przepraszam, przepraszam!

Torował sobie drogę wśród stłoczonych ludzi przesuwających się powoli ku metalowym stopniom. Pomagał mu w tym niesiony na plecach spory worek z mundurem. Czuł pod nim zrastającą się, zaklejoną plastrem ranę, ale tego uczucia nie można było nazwać bólem, najwyżej ciągnięciem, choć zaledwie przed paroma dniami wyjęto szwy.

Wyszedł na otwartą przestrzeń przed ciężką bryłą dworca, której biel miała brudny, matowy odcień za sprawą powietrza zanieczyszczonego spalinami. Fasada imponującej budowli, surowej i dostojnej, przypominającej coś między katedrą a rzymskimi termami, dominowała nad piazza Duca d’Aosta. Na prawo od niego wznosił się wieżowiec Pirelli, w który rok wcześniej uderzył mały samolot turystyczny, pogrążając miasto na kilka godzin w koszmarze 11 września, po lewej stronie znajdował się wylot via Vitruvio, z zapchlonymi jednogwiazdkowymi hotelikami odwiedzanymi przez prostytutki i typów spod ciemnej gwiazdy, po przeciwnej zaś stronie, za portykami przy via Vittorio Pisani otwierała się piazza della Repubblica, plac otoczony budynkami z lat 30. XX wieku i drapaczami chmur.

Oficjalnej inauguracji dworca Mediolan Centralny dokonano w 1931 roku, w szczytowym okresie faszyzmu, ale jego architekt Ulisse Stacchini przedstawił pierwszy projekt o wiele wcześniej, bo już w 1912 roku, nazywając gmach „katedrą w ruchu”.

Prawdopodobnie ze względu na długą i burzliwą historię swego powstawania dworzec nie miał wyraźnie określonego stylu architektonicznego. Secesja, art déco, neoklasycyzm, racjonalizm i styl faszystowski nakładały się na siebie, tworząc chaotyczną, przeładowaną ornamentami całość graniczącą z kiczem. Mieszkańcy miasta nazwali ironicznie ten eklektyczny i pompatycznie monumentalny styl „asyryjsko-mediolańskim”. Trudno byłoby powiedzieć o najważniejszym mediolańskim dworcu, że był piękny, ale bez wątpienia był na swój sposób wyjątkowy. Przede wszystkim zaś był ogromny. Wyzywająco i nieumiarkowanie duży.

Nad fasadą królowały dwa gigantyczne skrzydlate konie oraz posągi przytrzymujących je postaci męskich, podobnie jak one wykutych w kamieniu. Pod nimi trzy prostokątne portale przedzielone kolumnami prowadziły do okazałego westybulu nazywanego Galerią Powozów, gdzie o tej porze panował frenetyczny ruch.

Mezzanotte wyszedł z dworca przez środkowy portal i przemierzył szeroki, zatłoczony chodnik oddzielający strefę przeznaczoną dla taksówek od tej, do której mogły dojeżdżać samochody prywatne. Musiał przy tym wykonać slalom między żebrakami oraz handlarzami obnośnymi z Afryki i Chin. Kątem oka dostrzegł grupkę dyskutujących żywo łachmaniarzy, którzy przekazywali sobie z ust do ust karton z najtańszym winem. Stali pod jednym z filarów zachodniego skrzydła galerii, półzasłonięci zaparkowanymi samochodami, i trudno było odgadnąć, czy żartują między sobą, czy się kłócą, ale Riccardo wiedział, że w przypadku alkoholików biwakujących na dworcu jedno mogło się łatwo przerodzić w drugie. Była wśród nich Amelia, bezdomna kobieta w starszym wieku, która od wielu lat pomieszkiwała na dworcu. Znała to miejsce jak własną kieszeń i wiedziała wszystko o jego stałych bywalcach. Była pomarszczona i koścista, na głowie mierzwiły jej się siwe kołtuny, cały dobytek trzymała w zdezelowanym wózku na zakupy, z którym nigdy się nie rozstawała. Na pierwszy rzut oka robiła wrażenie kruchej, bezbronnej staruszki, ale nic bardziej mylnego: była złośliwa jak żmija, bardzo mściwa i należało się dobrze zastanowić, zanim zrobiło się coś, co mogło jej się nie spodobać. Miała jednak pewną słabość: uwielbiała czekoladki. Mezzanotte więc często przynosił jej Baci Perugina i Ferrero Rocher, żeby zaskarbić sobie jej sympatię oraz zaufanie i zdobyć potrzebne informacje.

Nie zwalniając kroku, wszedł do majestatycznej hali kasowej i jak zwykle poczuł się przez chwilę beznadziejnie mały i niewiele znaczący w tej ogromnej przestrzeni. Kolebkowe sklepienie, ozdobione fryzami i płaskorzeźbami, skonstruowano na zawrotnej wysokości czterdziestu metrów. Z zewnątrz było widać, że to najwyższa część konstrukcji, zwieńczona czymś w rodzaju kopuły, przez co przypominała obserwatorium astronomiczne. Blade światło poranka przedostawało się przez witrażowe szyby wstawione w sklepienie i przez wielkie okna w ścianach bocznych, zalewając halę płynną poświatą kojarzącą się z akwarium. Odwiedzający to miejsce czasem czuli się pewnie tak, jakby znajdowali się w czymś w rodzaju świątyni. Tego wrażenia nie mogły zatrzeć ani kioski handlowe, ani banery reklamowe, które w ostatnich czasach wyrosły na dworcu jak trujące grzyby po deszczu, zajmując każdy wolny kawałek.

Wśród ludzi stojących w kolejkach po bilety dostrzegł Strzykawę, jak zwykle aktywnego od samego rana, ubranego tego dnia w jaskrawy dres, zwisający mu luźno z przygarbionych ramion. Strzykawa należał do „kolektorów”, to znaczy narkomanów, którzy spędzali całe dnie na dworcu, starając się wyprosić u podróżnych drobniaki na przynajmniej jedną działkę. W odróżnieniu od większości podobnych mu ćpunów, którzy wymyślali niestworzone historie, żeby wydębić od ludzi pieniądze, stawiał na rozbrajającą szczerość i urok osobisty.

Zadawał przechodniom bezpośrednie pytanie:

– Ej, gościu, nie masz przypadkiem stu lirów? Muszę sobie wstrzyknąć. – Nie docierało do niego, że od ponad roku oficjalną walutą we Włoszech jest euro i stare liry wyszły z obiegu.

Spojrzenie Riccarda skrzyżowało się przez chwilę ze wzrokiem ćpuna, wymienili ledwo zauważalny znak porozumienia. Strzykawa był kolejnym informatorem, którego udało mu się zwerbować na dworcu. Także w czasach testów DNA i innych nowinek technicznych dokładna znajomość terenu i solidna sieć informatorów to podstawa sukcesu w dochodzeniach. Była to jedna z najpożyteczniejszych nauk, jakie otrzymał od swego ojca, legendarnego inspektora Alberta Mezzanottego. Dobry policjant to ten, który potrafi rozmawiać z ludźmi i ma schodzone podeszwy. Usłyszał to w jednym z niewielu wywiadów, jakich udzielił ojciec, i niestety nie zdążył mu podziękować za tę lekcję. Nie zdążył. Uświadomił sobie jej wartość zbyt późno, podobnie jak tyle innych rzeczy w relacjach między nimi.

Przez trzy otwory obramowane kolumnami z różowego marmuru dwie rampy schodów zwykłych i dwie taśmy schodów ruchomych łączyły halę kasową z tak zwanym poziomem żelaznym, to znaczy poziomem torów kolejowych. Tory położono na nasypie podtrzymywanym potężnymi murami na długości ponad kilometra, siedem metrów powyżej ulicy. Mezzanotte wybrał schody ruchome. Kiedy osiągnął wysokość tarasu nad kasami biletowymi, kloszard siedzący na marmurowej ławce i czytający pomiętą gazetę podniósł głowę i uśmiechnął się do niego. Miał za plecami obracający się wielki sześcian wyświetlający reklamy. To Generał, jeszcze jeden stały bywalec dworca. Był w trudnym do określenia wieku między siedemdziesiątką a osiemdziesiątką, miał szczupłe ciało, brodę i długie białe włosy, zadziwiająco czyste jak na bezdomnego. Powłóczył nogą i nigdy nic nie mówił, był niemy i zawsze wesoły, nieszkodliwy i miły. Gdy mógł zaofiarować komuś pomoc lub poczęstować go czymś do picia, zawsze chętnie to robił, więc wszyscy go lubili. Nie wiadomo, skąd się wziął jego przydomek. Może naprawdę służył kiedyś w wojsku, a może nie, trudno powiedzieć, ale trzeba przyznać, że w jego ceremonialnym zachowaniu i sztywnych ruchach było coś z groteskowo militarnej pozy. Nikt nie wiedział, gdzie spędzał noce, co nie powinno dziwić, bo bywalcy dworca, którzy mieli dobre miejsce do spania, ciepłe i bezpieczne, woleli zachować to w tajemnicy. Generał znikał czasem nawet na kilka dni z rzędu, ale kiedy zaczynano się już obawiać, że przytrafiło mu się coś złego, lub gdy o nim zapominano, pojawiał się na nowo, kulejący, ale jak zawsze komicznie po wojskowemu wyprężony. Niektórzy twierdzili, że ma mieszkanie w sąsiedztwie i odłożoną sporą sumkę, lecz z jakichś względów woli prowadzić życie kloszarda. Znaleźli się też tacy, którzy próbowali odkryć jego tajemnicę i śledzili go poza dworcem, okazało się to jednak bezskuteczne. Kiedyś nawet napadli go i pobili, ale znaleźli przy nim tylko kilka drobniaków.

Mezzanotte odpowiedział mu uśmiechem i podniósł do czoła rękę w wojskowym pozdrowieniu. Generał, wyraźnie uszczęśliwiony, wstał gwałtownym ruchem na równe nogi jak nakręcany żołnierzyk i zasalutował, po czym pozostał w pozycji na baczność, aż Riccardo wjechał schodami na samą górę.

Hala główna, przestronna i bogato zdobiona, z poczekalnią, przechowalnią bagaży, sklepami i innymi punktami obsługi podróżnych, zajmowała cały jeden poziom głównego budynku stacji. Wśród dekoracji wyróżniały się ułożone z płytek ceramicznych okazałe widoki najważniejszych miast we Włoszech oraz cyklopowo wielkie lampiony. Na jednym jej końcu można się było posilić w lokalu Gran Bar, na drugim poprosić o informacje w specjalnym biurze, blisko tych miejsc zaczynały się schody prowadzące do atriów przy bocznych wyjściach. Pięć łukowatych otworów w ścianie przeciwległej do kas biletowych dawało dostęp do peronów.

Mezzanotte przemierzył halę pośpiesznie, przechodząc pod ogromną tablicą z rozkładem jazdy, na której bezustannie zmieniał się układ ruchomych czarnych płytek z białymi literami i cyframi, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk. Minął wejścia na poszczególne perony i skierował się w prawo, do komisariatu policji kolejowej, do którego wchodziło się przy torze dwudziestym pierwszym, przy kaplicy kolejowej. Pierwsze strony gazet zawieszonych na klamerkach wokół kiosku donosiły o postępach w inwazji na Irak prowadzonej przez wielonarodową koalicję pod przywództwem Stanów Zjednoczonych. Zapowiedzi przyjazdu i odjazdu pociągów odbijały się schrypniętym echem pod rozległymi zadaszeniami wspartymi na gigantycznych stalowych łukach.

W dyżurce komisariatu stary Fumagalli spryskiwał wodą kalateę w doniczce na biurku. Miał dobrą rękę do roślin i w jego przeszklonej klatce było zielono jak w oranżerii.

Na widok zdyszanego Riccarda zawołał:

– Komisarzu, zebranie już się zaczęło. Niech się pan pośpieszy, bo inspektor jest gotowy wywołać pana przez dworcowe megafony!

– Już biegnę, Pietro, biegnę. Ale mówiłem ci ze sto razy, żebyś zwracał się do mnie per ty.

Starszy aspirant Pietro Fumagalli był w komisariacie najbardziej wiekowy. Całą swoją policyjną karierę związał z mediolańskim dworcem centralnym i teraz, gdy niewiele brakowało mu do emerytury, można go było uznać za chodzącą encyklopedię wiedzy o tym miejscu. Dlatego nie tylko odbierał telefony i stróżował w dyżurce komisariatu, ale odpowiadał też za archiwum. Poznał niegdyś ojca Riccarda i wysoko go cenił, może dlatego okazywał synowi tak dużą sympatię.

Mezzanotte pobiegł się przebrać, wziął potem ze swego biurka kilka dokumentów i pośpieszył do sali zebrań.

Kiedy otworzył drzwi, inspektor Dalmasso, który stał w głębi pomieszczenia pełnego policjantów, przerwał to, co akurat do nich mówił, i powitał go z sarkazmem:

– Komisarzu Mezzanotte, jak miło, że zaszczycił nas pan swoją obecnością! Mam nadzieję, że nie zakrztusił się pan cappuccino, śpiesząc tu do nas.

Wszyscy odwrócili głowy w jego stronę, a Riccardo przybrał skruszony wyraz twarzy i wykonał gest przeprosin. Jak zwykle odniósł nieprzyjemne wrażenie, że niektórzy koledzy zdjęli z niego wzrok zbyt szybko, a inni zatrzymali go na nim parę sekund dłużej, niż to było konieczne. Ale inspektor jeszcze z nim nie skończył.

– W każdym razie przyszedł pan w samą porę, Mezzanotte. Staraliśmy się właśnie rozwiązać problem z nieobsadzonymi dyżurami w weekend dwudziestego piątego kwietnia, ale teraz, kiedy zgłosił się pan na ochotnika, problem zniknął. No dalej, chłopaki, brawa dla komisarza, który uwolnił nas od kłopotów!

Kierując się do wolnego krzesła w pierwszym rzędzie zarezerwowanym dla oficerów, Mezzanotte myślał o tym, że będzie musiał odwołać rezerwację na farmie ekologicznej, gdzie miał spędzić weekend z narzeczoną. Nie żeby jakoś szczególnie zależało mu na tym wyjeździe, ale Alice tak. Na pewno zrobi z tego tragedię. To miały być ich pierwsze prawdziwe wakacje od prawie roku, a po tym wszystkim, co ostatnio przeszedł, naprawdę ich potrzebował.

*

Laura Cordero wyszła spod prysznica w obłokach pary bijącej od wody, której pozwoliła długo po sobie spływać w nadziei, że pomoże jej choć trochę się zrelaksować. Owinęła się ciasno ręcznikiem, umocowała jego koniec pod pachą. Tego ranka czuła się spięta i nerwowa. Czekał ją dzień ważny i pracowity. Zapowiadało się na to, że spędzi go w całości poza domem, a przebywanie wśród ludzi pociągało za sobą wysiłek stałej koncentracji. Dzisiaj miała zaplanowane nie tylko zajęcia na uniwersytecie. Po południu rozpoczynała wolontariat w Ośrodku Wsparcia na Dworcu Centralnym. Od dłuższego czasu czuła potrzebę zaangażowania się w pomoc innym, i kiedy parę tygodni temu przeczytała w „Corriere della Sera” wywiad z kierującym placówką Leonardem Raimondim, od razu pomyślała, że to coś dla niej. Wahała się dość długo przed podjęciem ostatecznej decyzji, bo nie była pewna, czy da radę, czy dla kogoś takiego jak ona nie jest to zbyt duże ryzyko. Potem jednak powiedziała sobie, że właśnie ktoś taki jak ona może pomóc ludziom, którzy cierpią i są nieszczęśliwi, więc warto to ryzyko podjąć. Poza tym niewykluczone, że przy okazji pomoże także sobie.

Stanęła przed umywalką, przetarła ręką zaparowane lustro i zaczęła suszyć suszarką długie, gładkie, ciemne włosy. O tym, że jest piękna, dowiadywała się ze spojrzeń chłopców i dojrzałych mężczyzn, bo sama tak o sobie nie myślała. Z wyglądu była bardzo podobna do matki, która przekazała jej w genach zielone, lekko skośne oczy, wydatne kości policzkowe, delikatny, trochę zadarty nos, ale sama upierała się przy farbowaniu włosów na blond i kręceniu ich w najdroższym zakładzie fryzjerskim w Mediolanie.

Laura rozwiązała ręcznik i pozwoliła mu opaść na podłogę, posmarowała kremem długie, kształtne nogi, krągłe pośladki, płaski brzuch i drobne piersi. Nie była przekonana, czy powinna być wdzięczna matce za szczupłe i zgrabne ciało, które po niej odziedziczyła. Nie lubiła przyciągać uwagi, wręcz przeciwnie, czuła się wtedy skrępowana i zdenerwowana. Gdyby mogła wybrać, wolałaby, żeby jej nie zauważano. Była za to wdzięczna losowi, że nie odziedziczyła charakteru matki. Pod tym względem przypominała bardziej ojca, człowieka powściągliwego i refleksyjnego, wrażliwego i bardzo inteligentnego, który potrafił z żelazną determinacją realizować swoje cele.

Przed kilkoma miesiącami Enrico Cordero znalazł się na okładce czasopisma „Uomini & Business” jako prezes i dyrektor zarządzający firmą farmaceutyczną Farmint, założoną jeszcze przez dziadka Laury. Poświęcony mu artykuł opowiadał o tym, jak po przejęciu kierownictwa nad spółką postawił na badania naukowe oraz innowacje i otworzył firmę na rynki zagraniczne, dzięki czemu błyskawicznie się rozwinęła i zaczęła odgrywać pierwszoplanową rolę wśród przedsiębiorstw tej branży. Obecnie Farmint zatrudniała stu pięćdziesięciu pracowników, osiągała roczny obrót w wysokości około czterdziestu milionów euro i eksportowała swoją produkcję do ponad dwudziestu krajów na całym świecie.

Laurę i jej ojca łączyła więź szczególna. On ją rozumiał – na tyle, na ile ktokolwiek mógł ją rozumieć – i kochał bezgranicznie. Gdyby tylko nie był aż tak bardzo zajęty pracą… Kiedy nie siedział w swoim biurze, podróżował w sprawach zawodowych. Rzadko się widywali i Laurze bardzo brakowało jego towarzystwa.

Jeśli zaś chodzi o matkę…

Matka różniła się od ojca tak bardzo, że Laura zastanawiała się czasem, jak mógł się w niej zakochać. Od razu jednak przypominała sobie, jak mężczyźni pożerali ją wzrokiem, gdy miała na sobie jedną ze swoich wieczorowych sukien, obcisłych i wyciętych tak głęboko, jak pozwalała na to przyzwoitość, i uświadamiała sobie, że to wszystko wyjaśnia. Była za to pewna, co pociągało matkę w ojcu.

Solange poznała go w wieku dwudziestu dwóch lat w paryskiej banlieue, gdzie jako aktorka bez talentu i bez grosza przy duszy związała się z offowym teatrzykiem. Kiedy spotkali się po raz pierwszy, grała w awangardowym, skandalizującym przedstawieniu, w którym nie przewidziano dla aktorów kostiumów scenicznych, on zaś – trzydziestoośmioletni błyskotliwy przedsiębiorca – znalazł się na widowni w ramach imprezowania po pomyślnie sfinalizowanej transakcji biznesowej. Była wówczas prawdziwą pięknością i umiała to wykorzystać. Dwa lata później, zamężna i z nowo narodzoną córeczką, prowadziła luksusowe życie w Mediolanie.

Laura poszła do pokoju, żeby się ubrać. Jeansy, biała bluzka i supergi; bez makijażu, bez biżuterii. Swój pokój też urządziła z prostotą: futon, kanapa, biurko, półki z książkami i niewiele więcej. Przeszklone drzwi prowadziły na balkon z widokiem na bujną zieleń wewnętrznego ogrodu, okno wychodziło na spokojną ulicę Cavalieri del Santo Sepolcro, w samym sercu dzielnicy Brera. Na ścianach wisiała tylko jedna ozdoba: szkic przygotowawczy do obrazu Tancerki, wykonany własnoręcznie przez Degasa. Laura zachwyciła się tym obrazem w dzieciństwie, gdy zwiedzała z rodzicami paryskie Musée d’Orsay, i ojcu udało się zdobyć gdzieś ten piękny rysunek węglem. Pewnie wydał na niego fortunę, żeby podarować go córce na urodziny. Laura ćwiczyła przez kilka lat taniec klasyczny. Lubiła to i była w tym dobra. Nauczycielka twierdziła, że ma wielki talent, co matkę wprawiało w ekstazę, widziała ją już w La Scali jako primabalerinę. Ale dla Laury kariera tancerki nie była właściwą drogą życiową. Taniec wywoływał w niej zbyt silne emocje, co było niebezpieczne, nie powinna nigdy tracić kontroli nad emocjami. W końcu musiała zrezygnować z tańca.

Założyła na ramię torbę z książkami i wszystkim, co mogło jej się przydać w ciągu dnia, zamknęła za sobą drzwi pokoju i zeszła kręconymi schodami na niższy poziom luksusowego, dwupiętrowego apartamentu, do przestronnego salonu. Matka niedawno zmieniła po raz kolejny jego wystrój, kierując się wskazówkami serdecznej przyjaciółki i zaufanej architektki wnętrz w jednej osobie, i uczyniła z niego podręcznikowy wręcz model najnowszych tendencji w hiperminimalistycznym dizajnie. Rezultatem było wnętrze, i owszem, bardzo wyrafinowane, ale zimne jak kostnica. W salonie nie było nikogo, co Laura stwierdziła z westchnieniem ulgi i cichymi krokami skierowała się ku wyjściu.

– Laura! Laura, to ty?