Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Polanowie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 314
Rok wydania: 2006
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jerzy Żelazny
Duchypolanowskich wzgórz
Oficyna Wydawnicza Agaton
Ilustracje i projekt okładki
Włodzimierz Kukliński
Redakcja techniczno-graficzna
Zbigniew Janiszewski
Copyright by Jerzy Żelazny
Polanów 2006
ISBN 83-916177-5-0
Wydawca
Oficyna Wydawnicza Agaton76-010 Polanów, ul. Polna 4
Druk: Wydawnictwo FENIKS, Koszalin, Zwycięstwa 137/139
Duchypolanowskich wzgórz
Legendy i baśnie zamieszczone w tym tomie wiążą się z Polanowem, z okolicznymi lasami i wzgórzami. Kilka pochodzi z Żydowa i z pobliskich miejscowości. Zdarzenia, o których opowiadają legendy i baśnie tego zbioru, dotyczą niewielkiego obszaru, ale ich motywy, postaci, zdarzenia pojawiają się w legendach znanych z innych regionów naszego kraju, Europy. W niektórych można doszukać się wątków obecnych w mitologii starożytnej Grecji. Są rezultatem przenikania legendarnych i baśniowych wątków kultur różnych narodów. Wiele z nich to dzieła ludowej fantazji, ludzkiej potrzeby opowiadania o rzeczach niezwykłych, tajemniczych i okrutnych; przejaw tęsknoty za dobrem, sprawiedliwością, przekonaniem, że zło zawsze będzie pokonane przez dobro, a wina ukarana. Przesłanie moralne tych opowieści ma charakter uniwersalny, dotyczy człowieka niezależnie od czasu i miejsca jego egzystencji.
Legendy i baśnie zawarte w zbiorze „Duchy polanowskich wzgórz” są oparte na motywach podań i baśni spisanych przez E. Koglina w książce Was eine ostpomemersche Kleinstadt erzählt (Szczecin 1939) oraz w książce U. Jahna Volkssagen aus Pommern und Rügen (Berlin 1890).
W zbiorach tych, zwłaszcza w książce E. Koglina, zostały spisane relacje mieszkańców Polanowa i okolic o zdarzeniach baśniowych, legendarnych. Są to zapisy krótkie, lapidarne. W niniejszym tomie poszerzyłem je poprzez stworzenie literackiej fabuły, wzbogacając o dodatkowe wątki i motywy. Są to dość znaczne ingerencje, nadające podaniom utrwalonym przez Koglina lub Jahna nową jakość, bogatszy sens, wyrazistszy morał.
Legendy o budowie kaplicy na Świętej Górze Polanowskiej pod kierunkiem mnichów oraz o pokutnej pielgrzymce na Świętą Górę Polanowską rajcy miasta Sławna po odpuszczenie grzechu zabójstwa nie mają swych pierwowzorów w wyżej wymienionych zbiorach. Pielgrzymka rajcy sławieńskiego jest faktem historycznym, ale szczegóły tej podróży, jak i postać rajcy, są fikcyjne.
Niektóre legendy nawiązują do postaci lub zdarzeń znanych z zapisów w kronikach i innych przekazach historycznych. Nie znaczy to jednak, że opowieści zawarte w tym tomie są opisem wydarzeń historycznie udokumentowanych.
I jeszcze jedna uwaga - kilka legend znajdujących się w tym tomie zamieścił w swych zbiorach przed kilkudziesięciu laty Gracjan Bojar Fijałkowski, pisarz z Koszalina, autor wielu opracowań pomorskich legend. Są to podania o źródle z uzdrawiającą wodą, o karzełkach z Przybrodzia. Opracowałem je na nowo, nadając im odmienną i bogatszą fabułę literacką, nieco inny sens, gdyż chciałem, by się znalazły w tym tomie, są bowiem ciekawe i piękne.
Więcek z niepokojem i troską spoglądał na swoją żonę Iwę. Z trudem wykonywała codzienne domowe prace. Wiele wysiłku potrzebowała, by zawiesić nad paleniskiem sagan z gotującą się strawą. Nie potrafiła już sama przynieść ze źródła w cebrze wody, musiał mąż ją wyręczać. Gdy podnosiła najmłodszego synka, by go przytulić do piersi, od wysiłku czerwieniała na twarzy, a w jej oczach gasł radosny blask. Chłopiec był jeszcze mały, ledwie chodził samodzielnie, często wyciągał do matki rączki, prosił tym gestem, żeby go uniosła, podrzucała w górę. Cieszył się, śmiał się głośno, popiskiwał radośnie, a Iwie od jego śmiechu serce łopotało żywiej, była szczęśliwa. Jednak gdy stawiała posmutniałe dziecko na klepisku, zmęczona oddychała z trudem, czuła w głowie szum, miewała zawroty. Więcek, widząc to, siadał obok niej, obejmował, dopytując się z troską:
Posłuchała go, położyła się na rozścielonych kozich skórach, okrył ją owczym kożuchem, a gdy zasnęła, zajął się pracami domowymi. Uporawszy się z nimi, nakarmił dzieci, ułożył je do snu, zajrzał do żony, ale ona wciąż spała, wyszedł więc przed dom, usiadł na przyzbie i spoglądał na Świętą Górę rysującą się na horyzoncie. Przed chwilą znikło za nią słońce i góra ta jakby tonęła w gasnącym blasku słonecznym. Młody Więcek wzdychał i szeptał:
- Duchy Świętej Góry, wspomóżcie, sprawcie, żeby żona ozdrowiała, znowu cieszyła się życiem, bawiła się z dziećmi, pomagała mi w gospodarstwie, była mi żoną obdarowującą mnie swymi niewieścimi urokami. Mój ojciec, Więcław, który odszedł od nas niedawno, opowiadał, że w tobie, góro, drzemie wielka moc, potrafisz dawać szczęście ludziom sprawiedliwym, a karać występnych i złych. Okaż nam łaskę, góro, spraw, by moja ukochana niewiasta znów cieszyła się zdrowiem, jak wtedy, gdy zdjąłem z jej głowy ruciany wianek i przemieniłem śliczną dzieweczkę w kobietę oddaną mi, wierną i kochającą.
Gdy nastała ciemność, Więcek wszedł do chaty, zapalił łuczywo, oświetlił śpiącą Iwę - leżała uśmiechając się przez sen, jakby spłynęła na nią ozdrowieńcza światłość albo ujrzała coś, co dawało jej nadzieję, że rankiem obudzi się pełna życia, siły i radości, a jej słabowitość zniknie, znowu będzie się pracowicie krzątać w domu, radować się dziećmi.
Więcek zgasił smolną drzazgę, ułożył się obok żony, wkrótce zasnął. Prośby, które wypowiedział wpatrując się w zarys Świętej Góry na horyzoncie, a przede wszystkim ten senny uśmiech żony, sprawiły, że poczuł w duszy ulgę. Może przyniosła mu ją wiara w moc drzemiącą na stokach tego wzgórza, a może na samym jego wierzchołku.
Iwa ocknąwszy się jeszcze przed nastaniem świtu, zbudziła męża i zaczęła opowiadać:
- Niech twój mąż znajdzie w okolicy źródło wody, które rozświetli pierwszy promień poranka, a nigdy nie wpadło weń światło księżyca ani żaden liść z drzewa, nie piło jego wody zwierzę i nie frunął nad nim ptak. Niech zaczerpnie z niego dzban wody i tobie przyniesie, a ty się jej napij. Wtedy wyzdrowiejesz.
- Dlaczego, o pani jasna, nie wskażesz, z którego źródła wypływa uzdrawiająca woda, lecz mąż mój musi go szukać, rozwikłać zagadkę.
- Dzięki temu wasza wiara w cudowną moc źródła umocni się. I pamiętajcie, że dobra trzeba poszukiwać, zasłużyć na nie, trudzić się, by je odnaleźć.
Więcek zamyślił się. Był przekonany, że sen żonie zesłały moce drzemiące na lesistych stokach albo na samym wierzchołku Świętej Góry. Zastanawiał się też, kim jest ta świetlista postać kobiety. Nie wspominał o niej jego ojciec, stary Więcław ani nikt inny w opolu Polanów. Mówiono, że zamieszkują tam duchy, ale nie miały postaci kobiety. Siedziały w starych drzewach, a inne wiosną wyrastały wraz z kwiatami, mieszkały w nich, dopóki nie przekwitły, a nasiona wiatr rozsypywał wokół. Przygarniała je ściółka, wchodziły w głąb ziemi. Czasem ptaki unosiły nasiona w dziobach i wówczas dobre duchy razem z ptakami krążyły nad lasem porastającym Świętą Górę.
Znał wiele źródeł w okolicy, ale żadne nie pasowało do tego ze snu jego żony Iwy. Ufał, że tajemnicza wiadomość o źródle, przekazana podczas jej snu, już sama w sobie zapowiada moc uzdrawiającą płynącej z niego wody.
Więcek z rana obrządził inwentarz i wyruszył na poszukiwanie cudownego źródła. Chodził po okolicy przez cały dzień. Wrócił zmęczony i głodny przed zmrokiem, by zająć się wieczornym obrządkiem. Z dala zobaczył siedzącą na przyzbie Iwę. W jej oczach pełgał radosny blask, którym witała powracającego męża. Jednak gdy Więcek zbliżył się i dojrzała w jego oczach zmęczenie i smutek, tląca się w niej nadzieja na ratunek zgasła.
Następnego dnia Więcek znowu wyruszył na wędrówkę po okolicy z nadzieją odnalezienia cudownego źródła. I jak w poprzednim dniu wrócił przed zmrokiem. Iwa wraz z dziećmi oczekiwała go siedząc na przyzbie. Ufność, że wróci z pełnym dzbanem, dodawała jej sił do znoszenia boleści, które wypełniały całe jej piersi. Jednak zobaczywszy, że dzban przyniósł pusty, ze zgasłą nadzieją powlokła się na swe legowisko. Nie miała siły ani chęci, by dać dzieciom jeść. Wyręczył ją w tym mąż. Potem ułożył się obok żony. Gdy poczuł na jej twarzy łzy, pocieszał ją szeptem:
- Czyżbyś straciła wiarę, że odnajdę źródło, o którym we śnie opowiedziała ci jasna pani? Objawiła ci jego istnienie po to, żebym trudził się jego odnalezieniem. Musisz uwierzyć w to, że rozwikłam zagadkę i wrócę z dzbanem pełnym wody, a ona cię uzdrowi. Ta wiara sprawi, że doczekasz mego powrotu. Jutro wyruszę znowu na poszukiwania i wrócę dopiero wówczas, gdy napełnię dzban cudowną wodą.
Więcek poprosił Stanka, mieszkającego w pobliskiej zagrodzie, by zajął się jego żywizną, a żonę Stanka o zaopiekowanie się Iwą i dziećmi, gdyż nie wróci na noc, jeśli nie znajdzie źródła z uzdrawiającą wodą. W całym opolu rozeszła się wiadomość o poszukiwaniach Więcka. Wszyscy życzyli mu powodzenia, lubili bowiem Iwę, gdyż była dobrą i urodziwą kobietą, współczuli jej w nieszczęściu, a zwłaszcza dwojgu dorodnym dzieciom, które mogą w tak młodym wieku stracić matkę.
Więcek do tej pory poszukiwał źródła na wschód od osady, w północnej stronie, a tego dnia poszedł na południe. Ominął Świętą Górę, gdyż ją znał, wiedział więc, że nie ma tam źródeł. Na jej szczycie był ołtarz, przy którym ludzie oddawali cześć bogom tej ziemi, ale on stracił wiarę w dobroć bogów, więc nie chodził składać im ofiar. Zaszedł daleko, aż Żydowa, nad jezioro Kamień, rozglądał się wśród tamtejszych wzgórz. Nie znalazł jednak źródła, które przypominałoby to opisane w śnie Iwy. Szukał go przez dwa dni od wschodu do zachodu słońca. Zdrzemnął się w ciągu zaledwie kilku godzin, gdy ziemię okryła ciemność; spał ułożywszy się na ściółce albo w kopce siana, a gdy nastał brzask, poszukiwania rozpoczynał od nowa. Wszystko nadaremno. Zmęczony chodzeniem po nierównościach, wzgórzach i dolinach, przedzieraniem się przez gęste krzewy, postanowił wrócić do domu, zobaczyć się z żoną, by następnie udać się w leśne knieje położone na zachód od Polanowa.
Wracał krótszą ścieżką prowadzącą zboczem Świętej Góry, w pobliżu jej wierzchołka. Noc go zastała już niedaleko od domu, ale nie miał siły, by do niego dojść. Przysiadł pod drzewem na stoku wzgórza i natychmiast zasnął. Zbudził się, gdy się rozwidniało, na wschodzie niebo zaczęło różowieć. Rozejrzał się, by poznać to miejsce, na którym spędził część nocy pogrążony we śnie. Zdziwił się kępą trawy rosnącej pośród rozległej piaszczystej przestrzeni. W pobliżu wśród gałęzi sosen załopotały skrzydła ptaka. - To wrona - pomyślał Więcek. A ona, jakby chciała to potwierdzić, zaczęła krakać:
- Grzeb, grzeb! - takie słowo usłyszał Więcek w krakaniu wrony.
Uchwycił się głosu ptaka jak ostatniej nadziei. Przecież pamiętał opowieść swego ojca Więcława, który mówił, że z ptakami unoszą się z ziemi dobre duchy i krążą nad Świętą Górą. I pod wpływem głosu ptaka zaczął rozgrzebywać rękami ziemię wzgórza w miejscu, gdzie rosła kępa trawy.
Więcek napełnił wodą dzban i szczęśliwy ruszył do domu. Przybyło mu sił, szedł więc szybko, dziarsko, z wielką wiarą, że woda uleczy jego ukochaną żonę.
A Iwa całkiem opadła z sił. Nie odstępowała jej sąsiadka, żona Stanka, wykonując za nią wszelkie prace domowe. Obawiała się, że Iwa pożegna się z tym światem, zanim wróci Więcek. Często wychodziła przed chatę i spoglądała na drogę, którą poszedł mąż chorej, a gdy wracała do izby, Iwa z trudem podnosiła głowę, wpatrywała się w twarz sąsiadki. Ta ze smutkiem, bez słów, ruchem głowy dawała znak, że nie widać go na drodze. Dopiero kolejnego ranka, gdy wyszła przed dom, z daleka spostrzegła męża Iwy. Domyśliła się, że nie wraca z pustym dzbanem, gdyż niósł go na barku, musiał być ciężki. Mimo to szedł szybko, lekkim krokiem, widać radość z powodu zdobyczy dodała mu sił, śpieszył się, by jak najszybciej stanąć przed swą ukochaną żoną. Natychmiast powiadomiła ją o powrocie męża. Iwa chciała wyjść mu naprzeciw, ale od słabości nie potrafiła dźwignąć się z posłania. Sąsiadka pomogła jej się podnieść, wyjść przed dom, usiąść na przyzbie. Tylko chęć powitania męża i radość z powodu jego powrotu sprawiły, że udało jej się pokonać słabość.
Sąsiadka przyniosła kubek, zaczerpnęła wody z dzbana, podała Iwie. Kobieta wypiła go z nadzieją i wiarą w moc ozdrowieńczą wody. Sąsiadka musiała jednak podtrzymywać kubek, gdyż Iwa była tak słaba, nawet nie potrafiła podnieść go do ust. Jednak tego samego dnia już w południe poczuła się lepiej.
Po kilku dniach powróciły jej siły i znowu krzątała się po domu, wykonując codzienne prace. Rodzina jak przedtem cieszyła się szczęściem i radością życia.
Wieść o cudownym źródle rozeszła się daleko po okolicy. Przez długie lata woda ze Źródła Zdrowia położonego na stoku Świętej Góry Polanowskiej wspomagała mieszkańców Polanowa i okolicy, lecząc ich niedomagania i choroby.
Jechali nieprzetartym, słabo uczęszczanym szlakiem prowadzącym znad morza ku krainie, którą władali Piastowie. Na nocleg zatrzymali się w dolinie nad rzeką Grabową w pobliżu brodu. Wokół rozciągały się malownicze wzgórza, a wśród nich wąwozy, łąki, strumienie, jeziora.
Rozlokowali się nad rzeką, kazał Polko wystawić warty. Przygotowano strawę i po wieczerzy ułożyli się do snu. Zasnęli pod gołym niebem, bo noc była ciepła, pogodna. Rankiem pierwsza zbudziła się Dziewana, usiadła i rozmyślała o śnie, który nawiedził ją tej nocy. Podniosła się i rozglądając się wokół, oddaliła się od rzeki. Jej mąż też się zbudził, a zobaczywszy, że Dziewana wpatruje się w dal, podszedł do niej, zapytał, co tam zobaczyła, że spogląda z wielką uwagą.
- We śnie ujrzałam, jak znad bagien wzniosła się para bocianów, zatoczyła koło, usiadła na tamtym wzgórku za łąkami, Zaczęły klekotać, a ja usłyszałam w tym klekocie wołanie ludzkim głosem: przybywajcie do nas, czekamy. I wtedy pojawił się tam gród duży, zasobny, a jego panem byłeś ty.
Polko zastanowił się nad jej snem. On go też śnił, ale zgoła inaczej: zmagał się w lesie z jakimiś zbójami, rozlegał się szczęk oręża, widział ludzi wchodzących na wzgórze, by oddać cześć bóstwu tej ziemi.
Słyszał wprawdzie Polko, że jest tu gdzieś góra, na którą ludzie podążają, by oddawać cześć dawnym bogom. On sam wyznawał nową wiarę w Jedynego Boga, zresztą jego pan, książę Racibor i cały dwór też przyjęli wiarę w Jezusa Chrystusa, bo takie złożyli przyrzeczenie księciu polskiemu Bolesławowi. Tutaj między wzgórza i bagniska nie dotarli misjonarze z nową wiarą, więc ludzie żyli jeszcze w pogaństwie i oddawali cześć starym bogom.
- Czyżby te sny podpowiadały nam, że mamy tu pozostać i zbudować gród? Książę zaznaczył: słuchaj duchów tej ziemi, zdaj się na nic. One pomogą znaleźć ci miejsce na siedzibę, której łatwo będzie bronić przed najazdami obcych.
- Trzeba sprawdzić, co tam jest na tym pagórku. Tylko jak tam dojść, skoro ze wszystkich stron woda, moczary?
Kazał dwom jeźdźcom objechać wokół bagna i znaleźć suche przejście na wzgórek. Nie chciał ryzykować przedzierania się przez bagna z całym dobytkiem, gdyż mogły okazać się zdradliwe, grząskie i utonąłby w nich cały orszak.
Wrócili z dobrą nowiną - od południa jest wąski pas twardego gruntu, można przejechać koniem, wozami. Na wzgórzu rozciąga się płaska polana, stoją tam chaty, ale ludzi nic widać ani żadnych zwierząt, jakby wszystko wyginęło.
Zdecydował się Polko zobaczyć to miejsce, które zjawiło się we śnie Dziewany. A może i jego sen też odnosił się do tych leśnych kniei, w których ukrywali się rabusie napadający na kupców, na ludzi uprawiających pola, żyjących z myślistwa i hodowli. Docierały do księcia Racibora wieści i skargi, że w tej części jego księstwa jest niebezpiecznie, panuje swawola, strach tamtędy jechać. To była przyczyna, że książę wysłał Polka z poleceniem zbudowania grodu, by ułatwił utrzymanie bezpieczeństwa w tej stronie jego dziedziny. I służyć będzie do odpierania ataków wrogów nadciągających z południa i zachodu.
Wziął z sobą Dziewanę, dwóch zbrojnych drużynników i ruszyli przodem, a całemu orszakowi nakazał podążać za nimi. Oddalili się nieco od rzeki Grabowej, zbaczając na zachód, aby obejść mokradła zagradzające przejście na wzgórek. Dotarli wkrótce do twardego garbu ziemi między bagniskami, po których swobodnie przejechali na polanę, niezbyt rozległą, leżącą na łagodnym wzniesieniu, o wiele niżej niż wzgórza położone dookoła za bagnami albo rysujące się w dali ciemnymi smugami lasów.
Pierwsze co ujrzeli to gniazdo bocianie uwite na wierzchołku złamanej sosny. Pewnie piorun uderzył w czub drzewa, złamał go albo został strącony podczas wichury i sosna stała się dogodnym miejscem na bocianie gniazdo. W pobliżu stała chata wykonana z żerdzi ogaconych mchem i liśćmi oraz gliną, a dach przykryty trzciną i szuwarami. Była obszerna, pewnie zamieszkiwała ją duża rodzina. W pobliżu stały też szałasy dla bydląt.
Nikt nic wyszedł na spotkanie, nie powitał książęcego dostojnika, w chacie trwała cisza i pustka. Liczne ślady, jak choćby popiół w kamiennym palenisku, potłuczone garnki z gliny, wyschnięte resztki roślin jadalnych, świadczyły, że do niedawna mieszkali tu ludzie, hodowali zwierzęta, uprawiali pole. Chata wyglądała, jakby jej mieszkańcy opuścili ją w popłochu albo wbrew swej woli.
Polko obszedł polanę położoną między błotami, rozglądał się uważnie i gdy wrócił, zdecydował:
- Tutaj założę gród. Wokół są trudne do przejścia bagna, a ten wąski pas ziemi, którym tu weszliśmy, rozkopiemy, by powstała fosa, która stworzy przeszkodę przed nagłym wdarciem się nieprzyjaciół na teren grodu. Chata, skoro opuścili ją mieszkańcy, posłuży nam jako pierwsze schronienie. - I nakazał Polko wokół chaty urządzić obozowisko.
Przed wieczorem dwóch drużynników przyprowadziło człowieka skradającego się do domostwa. Przywiedli go przed oblicze Polki. Był to młody mężczyzna, silny i zwinny. Dwóch wojów zaprawionych w bojach, znających dobrze rzemiosło wojenne, z trudem poradziło sobie ze złapaniem go i obezwładnieniem:
- Rozwiążcie go - nakazał Polko. - Mów, kim jesteś, jak cię nazywają i dlaczego uciekasz przed nami? Jesteśmy wysłannikami księcia.
- Panie, zowią mnie Chytrek, a chata, którą ty zająłeś, należy do naszego rodu. Najstarszym w rodzie i moim ojcem jest Grabowiec. Żyliśmy tu spokojnie, uprawiając pole, pasaliśmy bydło i świnie, ale zjawili się zbóje, pełno ich w tych lasach, a najgorszym jest wiciądz Gromosław, on się tak każe nazywać, ale my mówimy na niego Żabi Skrzek, bo zawsze chowa się między bagnami. Chcieli nam zabrać cały dobytek, ojciec się sprzeciwił, więc wzięli nie tylko dobytek, ale i ludzi starych i młodych, nawet dzieci pognali w niewolę. A my są wolni ludzie. Mnie się udało uciec, schować. I błąkam się po lesie. Zobaczyłem, że jakiś dostojny pan, zajął nasz dom, więc się chciałem przekonać, czy to sprawiedliwy pan...
Polko przyjął Chytrka na służbę książęcą, nakazał wszystkim ułożyć się do snu, by wypoczęli, a za dnia wyruszył z połową zbrojnych dalej na południe. Pod wieczór doszli w pobliże siedziby Żabiego Skrzeka, położonej w Krwawym Wąwozie, znajdującym się w niedaleko jeziora. Przed zmrokiem poszedł wraz z Chytrkiem na zwiady, by opracować plan pokonania bandyckiego uzurpatora. Postanowił, że zaatakują zbójów o świcie.
Podkradli się pod obóz, zlikwidowali podrzemujących strażników i wdarli się do obwarowanej siedziby bandytów. Umocnienia były dość prymitywne, nie zatrzymały zaprawionych w bojach wojów Polki. Nawet się nie bronili - widząc przewagę, rzucili miecze, zaczęli błagać o litość. Tylko Żabi Skrzek nie poddał się, natarł z impetem na Polkę, ale on bez kłopotu kilkoma ciosami zwalił go martwego na ziemię. Jego pomocników w zbójowaniu kazał związać, by ich wziąć w niewolę i zapędzić do roboty przy budowie grodu. Byli wdzięczni, że ocalił im życie, przyrzekali służyć mu wiernie i pracą odkupić swe winy.
Tymczasem Chytrek uwolnił trzymanych w zamknięciu swych krewnych i innych wziętych do niewoli kmieci. Kazał Polko wszystkim zebrać się na placu i powiedział:
Część więzionych przez Żabiego Skrzeka mężczyzn i kobiet wróciła w swoje strony, a ci, którzy nie mieli gdzie się podziać, przyłączyli się do Polki. Z nim do swej siedziby powróciła rodzina Chytrka.
Zabrali cały dobytek zgromadzony przez zbója Żabiego Skrzeka: konie, bydło, ptactwo zamknęli w wykonanych naprędce klatkach, słowem - wszystko, co miało wartość, Polko rozkazał zabrać z sobą, a zbójeckie zabudowania spalić. Miała to być przestroga, że wszystko to, co powstaje z gwałtu, wbrew panującym obyczajom, zostanie unicestwione, a ludzi spotka zasłużona kara.
To uczyniwszy, ruszyli w powrotną drogę. Polko niepokoił się o bezpieczeństwo żony Dziewany oraz swego synka.
Po powrocie na polanę między bagnami, gdzie znajdowało się bocianie gniazdo, Grabowiec, ujrzawszy parę ptaków stojącą w gnieździe, powiedział do swych domowników:
Polko usłyszawszy te słowa, zapytał:
Polko, który wyznawał wiarę w jedynego Boga, Stwórcę wszystkiego i Jego Syna oraz Ducha Świętego, zapytał:
Polko poprzestał na wymianie tych słów, gdyż nie chciał rozwijać rozmowy na temat wiary, by nie zrażać do siebie ludzi tu mieszkających. Zamierzał jak najszybciej zbudować gród, potem sprowadzić kapłanów, najpewniej z Wielkopolski, którzy nawrócą miejscowy lud na prawdziwą wiarę. Nosił jej znak w postaci krzyża na piersiach. Polko przyjął chrzest podczas pobytu w Gnieźnie, gdzie przebywał jakiś czas na dworze księcia Bolesława. Wrócił do Sławna, gdy książę umarł.
Rozpoczął Polko budowę grodu i umocnień. Otoczył gród wałem ziemnym umocnionym palisadą, przekopali pasmo gruntu, po którym można było przejść suchą stopą na polanę. W ten sposób powstała wyspa otoczona bagnami i fosą. Z terenami leżącymi wokół łączył wyspę most, który łatwo było rozebrać, jeśli mieszkańcom zagrażało niebezpieczeństwo. Obok warownego grodu zbudowano chaty dla czeladzi, pachołków, ludzi niższego stanu, wykonujących posługi na rzecz załogi rycerskiej grodu. Polko o postępach budowy informował sławieńskiego pana, wysyłając umyślnych posłańców z wiadomościami dla księcia. Oczywiście sam również musiał stawić się przed oblicze księcia, by zdać sprawę ze sprawowanych rządów, zbieranych danin dla książęcego dworu.
Polko nie zaniedbywał pilnowania porządku w poddanej mu okolicy.
Wkrótce wytępił wszelkich wiciądzów, czyli rycerzy rozbójników, którzy utrzymywali się z rozboju i rabunków. W okolicy zapanował ład i porządek, a mieszkańcy tej ziemi czcili Polkę jako męża dzielnego i sprawiedliwego. Starał się on nie obarczać nadmiernymi daninami na rzecz panujących, natomiast bronił mieszkańców przed najazdami obcych, którzy przybywali tu z dalekich ziem. Spokój i bezpieczeństwo służyło zakładaniu nowych osad, zaludnianiu się tych okolic.
Zdarzyło się, że Polko musiał z rozkazu księcia wyruszyć wraz ze swoją drużyną na wyprawę wojenną przeciwko władcy niemieckiemu Fryderykowi Rudobrodemu, który najechał książąt z Piastów, synów jego dawnego pana Bolesława. W jednej z bitew Polko został ciężko zraniony.
Jego rycerze, wracając do swej krainy, zabrali ukochanego rycerza, ich wodza. Jednak w czasie tego marszu zmarł. Nie porzucili martwego rycerza - nieśli go przez wiele dni, aż dotarli do zbudowanego przez niego grodu. Syn, który już dorósł, a zwano go Polanosławem zadbał o to, aby ciało ojca zostało przyniesione do jego grodu i tam pogrzebane. I by mogła jeszcze go ujrzeć Dziewana, jego ukochana żona i matka Polanosława oraz uczestniczyć w pogrzebie.
Nakazał młody pan w pobliżu warowni wykopać grób, złożyć weń ciało swego ojca, a rycerze i towarzysze wielu wspólnych bojów, nakryli ciało swymi tarczami, potem przez wiele tygodni w wielkim trudzie zwozili ziemię, usypali nad grobem Polki kopiec, kurhan. Ziemi zwieziono tak dużo, że ów kurhan stał się wzgórzem. Nazywano go wzgórzem Polki, a z czasem cały gród zaczęto nazywać Polanowem. Potem na wzgórzu tym zbudowano polanowski zamek, który przetrwał długie wieki.
Iwa była starą kobietą, a jej mąż Więcek już nie żył od kilku lat. Umarł ze starości. Jego dziedzinę przejął syn Więtko. Ożenił się z Łękomirą, którą do Polanowa przywiózł z opola znad jeziora Kwiecko, miał z nią dzieci. Wnukami zajmowała się ich babcia Iwa. Siadała często z nimi przed chatą na przyzbie, spoglądała na Świętą Górę. To tam jej mąż Więcek znalazł cudowne źródło, zaczerpnął z niego wody i przyniósł do chaty. I woda wyleczyła ją, dzięki niej odzyskała siły i chęć do życia. Była już taka słaba, że o własnych siłach nie mogła podnieść się z posłania, by wyjść za próg, spojrzeć na ścieżkę, czy nie wraca jej mąż, który przez kilka dni poszukiwał owego cudownego źródła. I gdyby go nie znalazł, Iwy najprawdopodobniej wśród żywych. To jej się przyśniła jasna pani, która podpowiedziała, że uleczy ją źródlana woda, trzeba tylko odnaleźć zdrój i z niego pić.
Potem, gdy już wyzdrowiała, kilka razy Jasna Pani - zaczęła myśleć o niej z szacunkiem niczym o świętej - zjawiła się podczas snu. Widziała spacerującą po stokach Świętej Góry, uśmiechała się promiennie, a z jej oczu bił blask pełen dobroci i miłosierdzia. Iwa zwykle budziła się i szeptała cicho:
Kiedyś ujrzała Jasną Panią siedzącą na wierzchołku Świętej Góry, w pobliżu ołtarza ówczesnych bogów tej ziemi. Ludzie przychodzili tam z wielu stron, by oddawać im cześć, składać dla nich ofiary, błagać o pomyślne plony, o deszcz, odstraszanie gradu, chorób, o obronę przed złoczyńcami rabującymi ludziom dobytek, prosić o oddalenie wszelkich nieszczęść.
Od pewnego czasu coraz mniej przychodziło ludzi, coraz uboższe przynoszono ofiary, z mniejszą wiarą palono snopy zboża, pęki ziół przed posągiem boga, który miał kilka twarzy, patrzał na wszystkie strony świata, zawsze musiał widzieć słońce, przez co był potężny, budził strach. Ludzie bali się przychodzić na wzgórze, gdyż szerzyła się inna wiara, po grodach, opolach chodzili wysłannicy nowej wiary, odwiedzali nawet mieszkańców zagród albo zwoływali ludzi na polanach, opowiadali o Bogu, który swego Syna posłał na ziemię, by umarł na krzyżu dla odkupienia ludzkich win. Ludzie słuchali wieści o wierze w Jedynego Boga, godzili się na polewanie głowy wodą na znak przyjęcia nowej wiary, gdyż tym obrzędom zawsze towarzyszyli zbrojni, którzy tych, co nie chcieli uznać nowego Boga, zabierali na męki, osadzali w lochach. Ciągle jednak byli tacy, co nie chcieli się wyzbyć wierzeń w dotychczasowych bogów, bali się ich zemsty, nadal oddawali im cześć, zanosząc ofiary i daniny.
Jednego dnia na Świętej Górze zjawili się woje, podpalili kącinę z płonącym ogniem na część boga, którego imienia ludzie bali się wypowiadać, zostało więc zapomniane. Wywrócili posąg boga, upadł i potoczył się po leśnej ściółce, a kapłani, którzy opiekowali się wzgórzem świątynnym, zawiedzeni brakiem mocy ich boga, uciekli w popłochu.
Pewnej nocy Iwa podczas snu ujrzała Jasną Panią siedzącą pod gałęziami świerku, chowającą się przed deszczem i wiatrem, trzęsła się z zimna. I wówczas usłyszała głos:
To powiedziawszy, Jasna Pani znikła. Iwa przebudziła się, a sen, który ją przed chwilą nawiedził, mocno utkwił w jej pamięci, nie dawał spokoju. Uznała, że to był ważny sen, musi o nim opowiedzieć innym. Więtko jednak ciągle był zajęty pracą w polu, chodził do boru na łowy albo budować umocnienia polanowskiego grodu, w którym mogli się schować na wypadek najścia nieprzyjaciół. Łękomira natomiast zajmowała się uprawą warzyw, doglądaniem inwentarza, również nie miała czasu na wysłuchiwanie opowieści. Czekała więc Iwa niecierpliwie na tajemniczych gości, by opowiedzieć im o swym śnie, w którym Jasna Pani prosiła ją, by przybysze z dalekich stron zbudowali dla niej dom na wzgórzu. Jej niepokój był coraz większy, gdyż podupadła na zdrowiu, woda ze Źródła Zdrowia już jej nie pomagała.
- To starość. Na nią nie ma rady, żadna cudowna woda nie pomoże - wzdychała, spoglądając na drogę prowadzącą do grodu. Spodziewała się, że stamtąd nadejdą tajemniczy goście. Bo szlakiem tym czasem ciągnęli ludzie obcy, poczty zbrojne albo kupcy z wozami pełnymi towarów. Bywało, że zatrzymywali się w pobliżu, Iwa wraz z Łękomirą albo i Więtkiem podchodzili do kupców, by obejrzeć towary, pokazywali jej piękne sukna, kolorowe i połyskujące, naczynia przeróżne, czasem wymieniali je na skóry, które Więtko zdzierał z upolowanych zwierząt, na miód i wosk zbierane w leśnych barciach.
Wkrótce nadjechali, ale z innej strony niż oczekiwała Iwa - kilku jeźdźców wraz z wyładowanym wozem nadciągnęło od strony przeciwnej, drogą z południa. Przystanęli w pobliżu chaty Więtka, Iwa wyszła na próg, potem swoim zwyczajem usiadła na przyzbie. Była w chacie sama, gdyż syn i synowa od rana przebywali poza domem. On łowił ryby w rzece, ona zbierała jagody i jeżyny.
Dwaj mężczyźni, odziani w białe płócienne szaty zsiedli z koni, zbliżyli się do Iwy. Jeden ubrany podobnie leżał na wozie. Uwiązany do wystającego z wozu drąga stał jego koń. Pomyślała, że to oni, owi tajemniczy goście, których zapowiedź przybycia usłyszała podczas snu od Jasnej Pani.
Zapytali, czy dostaną wody do picia. Iwa z chaty wyniosła napełnione wodą gliniane kubki, podała. Przybysze mówili nieco odmiennym językiem, ale rozumiała ich dobrze.
- Daj nam jeszcze dwa kubki wody, zaniesiemy choremu bratu, leżącemu na wozie oraz woźnicy.
- Cóż się przydarzyło temu, co leży chory? - zapytała Iwa.
Usiedli i Iwa opowiedziała o swej chorobie, o śnie, w którym Jasna Pani poradziła poszukać źródła, a jej mąż chodził przez wiele dni po okolicy, dopóki nie odnalazł zdroju na stoku góry.
- Tamtej? - przybysz pokazał wzgórze rysujące się na horyzoncie.
- Nazywają ją Świętą Górą?
- To wy, panie, słyszeliście o niej? Jesteście więc z niedaleka?
- Przybywamy z odległej krainy, ale sława o waszej górze sięga daleko. Wiemy, że ludzie z okolicy oddają na jej wierzchołku cześć bogom, których uważają za swoich. Zanoszą im ofiary i daniny, a zwłaszcza tym, co pilnują świątyni.
Iwę ta rozmowa upewniła, że podróżni są tymi, których przybycie podczas snu zapowiadała Jasna Pani. Postanowiła im opowiedzieć swój sen.
Słuchali jej opowieści chętnie. Siedząc obok na przyzbie, spoglądali na siebie porozumiewawczo, tak jakby opowieść Iwy była im znana albo bardzo się spodobała.
- Powiadacie więc, że kapłani, co pilnowali chramu na górze, odeszli?
- Gdy woje spalili kącinę, przewrócili posąg boga, oni uciekli. Mówią, że zwątpili w moc boga, którego posąg potoczył się po wzgórzu, leży w krzewach nieopodal. Rycerze na miejscu dawnego ołtarza postawili wysoki znak swego Boga. Nazywają ten znak krzyżem. Oni wyznają nową wiarę, która szerzy się przede wszystkim wśród wojów, ludzi możnych. Tylko lud wciąż jest wiemy starym bogom. Kiedyś zakradli się tam jacyś śmiałkowie, przewalili ów krzyż, leży obok posągu dawnego boga, którego nikt nie chce podnieść i postawić na dawnym miejscu, gdyż ludzie obawiają się jego zemsty za tych, którzy przestali wierzyć w jego moc. Boją się też, że zbrojni wrócą i ukarzą tych, co chcą odbudować ołtarz dawnego boga o wielu twarzach, a przewrócili znak nowej wiary.
- Bardzo roztropnie postąpiłaś, nam powierzając swoją tajemnicę. Od dzisiaj opowiadaj sen o Jasnej Pani każdemu, kogo napotkasz. Niech inni też o nim opowiadają. Bo ten twój sen już nie jest snem.
- Jak to? - zdziwiła się Iwa.
- On z chwilą, kiedy powierzyłaś go nam, stał się prawdą. Na wzgórzu tym, które nazwaliście Świętą Górą, mieszka Jasna Pani, Matka Boga, której ludzie tutejsi powinni zbudować dom, świątynię, a ona za to się wam odwdzięczy. Już zresztą wyświadczyła wielką łaskę, obdarowując was źródłem, z którego woda ma moc uzdrowicielską. Sama dostąpiłaś tej łaski.
- Prawdę mówisz - ja pierwsza zostałam uleczona, a po mnie wielu ludzi z okolicy. Tylko starym ona nie pomaga ani tym, których rozszarpie dziki zwierz albo legną od ciosu miecza woja lub jakiegoś zbója, których wielu włóczy się po okolicy.
- Daj nam tej cudownej wody na zapas, byśmy w drodze mieli czym napoić naszego słabującego brata. Jeśli wyzdrowieje, to wróci tu i na górze zbuduje dom dla Jasnej Pani. Ten dom będzie Jej kościołem.
lwa napełniła źródlaną wodą bukłak i podała podróżnym. Ten starszy, z woreczka, który nosił pod szatą, wyciągnął dwa drewienka złożone na krzyż z uwiązanym do niej sznurkiem, zawiesił jej na szyi, rzekł:
- Noś ten znak aż do ostatnich dni twoich. I opowiadaj swoją nowinę o Jasnej Pani na Świętej Górze każdemu napotkanemu, kto zechce jej wysłuchać. A nasz brat, który nosi imię Jan, jeśli twa woda sprawi, że wyzdrowieje, on tu wróci i pomoże wam zbudować świątynię dla Jasnej Pani, która nawiedza waszą Świętą Górę i w tej kaplicy zamieszka na stałe.
Podróżni, a dla Iwy nadal pozostali tajemniczymi wędrowcami, ruszyli w dalszą drogę. Zatrzymali się na nocleg w polanowskim grodzie, a potem zgodnie z tym co powiedzieli do Iwy, pojechali na północ, do grodu sławieńskiego, w którym osiedlili się na stałe.
Iwa o spotkaniu z tajemniczymi wędrowcami, którzy podarowali jej dziwny amulet, a podobne mieli zawieszone na szyjach, opowiedziała Więtkowi i Łękomirze oraz wszystkim napotkanym ludziom zgodnie z życzeniem braci zakonnych. Niektórzy jej słów słuchali z przestrachem, rozchodziły się bowiem wieści, że ci, co nic chcą przyjąć wiary w nowego Boga, są do tego przymuszani mieczem, wtrącani do lochu, morzeni głodem. Szeptali, że poprzedni ich bogowie byli łagodni, przyjaźni, a wysłannicy nowego są okrutni, bezlitośni.
Iwa dopytywała się, czy nie przyjechał brat Jan, bo wierzyła, że on wyzdrowiał, więc powinien wrócić, by zbudować na Świętej Górze dom dla Jasnej Pani. Nie doczekała jednak powrotu brata Jana - odeszła późną jesienią, gdy już liście opadły z drzew, a jesienny wiatr dął zimnem. Podobno ostatnie słowa, jakie zdołała wypowiedzieć, brzmiały:
Brat Jan przyjechał dopiero wiosną. Nie przybył tu sam, towarzyszyli mu zbrojni. Zapędzili miejscowych ludzi, by na wierzchołku Świętej Góry zbudowali kaplicę - zwozili kamienie służące do wykonania fundamentów, wycinali drzewa, obciosywali je na belki, układali z nich ściany i więźbę dachową, z pobliskich jezior zwozili trzcinę, która posłużyła do wykonania dachu. Wkrótce stanął na miejscu dawnego pogańskiego chramu, wśród wyniosłych, starych drzew niewielki dom, który nazywali kaplicą. Ustawiono tam figurę, przed którą zakonnik nakazał ludziom odmawiać modlitwy. Nauczył ich tych modłów, bo ludzie nie znali żadnych zaklęć miłych nowemu Bogu i jego Matce.
Po wielu latach w miejscu kaplicy stanął kościół z obrazem Matki Boskiej. Zasłynął on wieloma łaskami, przyciągał wiernych z odległych stron. Drzwi tego kościoła nigdy nie były zamykane, zawsze oczekiwano pielgrzymów, którzy strudzeni podróżą padali na kolana przed obrazem Matki Bożej, modlili się żarliwie, by zostały im odpuszczone grzechy, najczęściej bardzo ciężkie.
Oczyszczeni z grzechów wracali do swych krajów, siedzib, rozsławiając polanowski kościół w całej Europie.
Jakub Smede oddał konia do zajazdu, z głowy odrzucił kaptur, zwisał teraz mu na plecach, wszedł do szynku z odkrytą głową. Miał na sobie pokutniczą szatę, twarz przyozdabiała mu gęsta broda, w czarnej czuprynie lśniły nitki pierwszej siwizny. Kostur oparł o ścianę w rogu izby, usiadł na ławic i zawołał do szynkarza:
Szynkarz usłużył mu w pośpiechu, gdyż uznał, że to gość nie byle jaki, pewnie jakiś bogaty kupiec - ocenił. Przybysz przysadził się do kufla z piwem, pił jednym ciągiem, widać był spragniony. Potem z misy palcami wyciągnął kurze mięso, rozrywał je zębami. Gdy zaspokoił pierwszy głód, zawołał do szynkarza, żeby przyniósł mu następną kwartę piwa. Szynkarz podawszy mu świeży kufel, zapytał:
- Niedaleko, to prawda. Nie słyszeliście, że drzwi kościoła na Świętej Górze są zawsze otwarte?
- Tak mówią. Znam też powiedzenie, gdy ktoś rozdziawia usta lub dużo mówi, że "Gęba mu się nie zamyka niczym drzwi kościoła w Polanowie". Ale na noc chyba zamykają. Mogą przecież złodzieje zakraść się i splądrować świątynię.
- Kiedy ich nie można zamknąć. Jeśli ktoś je nawet zatrzaśnie, to one się zawsze otworzą. Żaden zamek nie utrzyma, zaraz pęka i drzwi znowu stoją otworem. A cennych wotów, którymi przyozdobiony jest cudowny obraz Matki Bożej, jak i całej świątyni, pilnują mnisi. Te cenniejsze wota ze złota i drogich kamieni pochowali w różnych trudno dostępnych zakamarkach.
- Pewnie zgromadzono w kościele wiele bogactw?
- Pielgrzymi przybywają z dalekich stron, nawet z Rzymu, przywożą drogocenne przedmioty. Złota mnisi mają tak dużo, że wykonali z niego figury dwunastu apostołów. Podczas uroczystych dni wystawiają je na placu przed kościołem, by wierni mogli obejrzeć i zachwycać się tym wielkim bogactwem.
- Nikt nigdy nie próbował ograbić kościoła z drogocennych rzeczy?
