Domek nad jeziorem Borzymskim - Agnieszka Łepki - ebook
NOWOŚĆ

Domek nad jeziorem Borzymskim ebook

Agnieszka Łepki

2,0

75 osób interesuje się tą książką

Opis

Czasem największym aktem odwagi jest postawienie na siebie

Bycie rozwódką czy starą panną to wstyd – tak przez lata powtarzała matka Oliwii i Moniki. Dziś, jako dorosłe kobiety, siostry próbują odnaleźć wiarę w siebie, dźwigając ciężar pokoleniowej traumy.

Oliwia podporządkowuje swoje życie innym – partnerowi, jego dzieciom oraz wiecznie niezadowolonej matce. Kiedy niespodziewanie dziedziczy domek w Borzymiu, po raz pierwszy od dawna dostrzega dla siebie szansę na lepsze jutro. Choć o tym miejscu krążą mroczne legendy, czuje, że właśnie tam mogłaby odnaleźć azyl. Problem w tym, że nie jest jedyną osobą, która pragnie tego spadku…

Monice tak bardzo zależy na zerwaniu z łatką „starej panny”, że decyduje się na małżeństwo, które z czasem okazuje się pułapką. Jej codzienność staje się klatką. Inną niż ta, w której tkwi Oliwia, lecz równie bolesną.

Wkrótce dwie siostry z dwóch różnych światów będą musiały zadać sobie te same pytania: ile trzeba poświęcić, by wreszcie odzyskać siebie? I czy starczy im na to odwagi?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 477

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kewunia

Z braku laku…

Nie dobrnęłam nawet do połowy.Jakieś dziwne, przerysowane zachowania.Toksyczna atmosfera.Nie wiem czy to ma być farsa czy dramat.
00



Agnieszka Łepki

Domek nad jeziorem Borzymskim

Kiedy myślę, że złapałam szczęście za ogon

Już od kilku godzin klęczę na podłodze w kuchni, rozpakowując liczne kartony. Przed sobą mam szkliwo pieczołowicie owinięte w gazety. Głównie ceramiczne cudeńka z Bolesławca, które zbieram od lat. Zastygam w bezruchu, zastanawiając się, gdzie umieszczę ukochane „skorupy”. Tymon, który wreszcie do mnie dołączył, robi kursy do samochodu, skąd przynosi opisane markerem pudła. Ważne i kruche rzeczy przywieźliśmy sami. Nie przekazaliśmy ich pod opiekę firmy przeprowadzkowej. Ale są też i totalne badziewia, które trzymałam przez jakiś niedorzeczny sentyment. Mamusia mi dała na urodziny i nie wypadało wyrzucić. Prezent ślubny z „wałkonikowych” czasów się zawieruszył. Patrzę na nie z niedowierzaniem. Jak mogłam zgromadzić tyle rzekomo potrzebnych rupieci w średniej wielkości mieszkanku? Sporo wywaliłam, ale i tak dużo zostało. Nigdy nie uważałam siebie za permanentnego zbieracza. To raczej mój były mąż, Jacek Wałkonik, kolekcjonował rzeczy zbędne, tak zwane przydasie. Przychodzi mi na myśl, że gdybym go dziś tutaj zaprosiła, czułby się jak w raju.

Mimowolnie się uśmiecham. Czuję bezmiar szczęścia pomieszanego z euforią. W końcu postawiłam na swoim i przeprowadziliśmy się do Borzymia. Długo wierciłam Tymonowi dziurę w brzuchu. Wynajdywałam różne argumenty, lecz nic do niego nie trafiało. Za żadne skarby nie chciał się zgodzić, zasłaniając się dziećmi. Dorosłym Grześkiem i nastolatką Sarą. Aż wreszcie spasował. Kiedy zapytałam kolejny raz na zasadzie: kropla drąży skałę, po prostu się zgodził. Powiedział: „OK, niech ci będzie, przeprowadzamy się!”. Już nie wnikałam w motywację. Zaczęłam działać. Na najbliższy możliwy termin zamówiłam firmę transportową specjalizującą się w przeprowadzkach. Zorganizowałam kartony. Spakowałam cały dobytek. Sama! Tymon akurat był w rozjazdach. I dziś wreszcie jesteśmy w Borzymiu. Tylko on i ja. Nareszcie skończą się kłótnie o rodzinę. Odległość zrobi swoje, a my na nowo będziemy przeżywać rozkwit naszego związku…

Ciszę przecina dźwięk dzwoniącej komórki. Zmęczony, ale przede wszystkim zniecierpliwiony Tymon odbiera. Przerywam swoją pracę i uważnie go obserwuję. Żałuję, że nie słychać słów, które tajemniczy rozmówca wypowiada do telefonu. Niemniej efekt jest piorunujący. Mój mężczyzna robi się blady jak ściana. Nagle osuwa się na podłogę. Dosłownie rąbie o nią kolanami. Potem bierze zamach, wali komórką o ścianę i ukrywa twarz w dłoniach. Jego ciałem wstrząsa szloch. Zdezorientowana rzucam się w jego kierunku i próbuję dociec, co się stało. Odpowiedź Tymona zwala mnie z nóg.

Rozdział pierwszy

OBECNIE. WIOSNA

Nadzieja matką głupich

Dziewięć lat temu byłam kobietą po przejściach, lecz z nadzieją patrzyłam w przyszłość. Wierzyłam, że szczęście jeszcze się do mnie uśmiechnie – zarówno w miłości, jak i w macierzyństwie. Dziewięć lat temu przede wszystkim bardzo chciałam zostać matką. Był to dla mnie ostatni dzwonek. Miałam trzydzieści sześć lat. Wiążąc się z facetem około czterdziestki, byłam świadoma, że w tym wieku mężczyźni raczej wolą zostać dziadkami niż ojcami, ale podświadomie liczyłam na to, że w krótkim czasie, niezupełnie przypadkiem, postaramy się o dziecko albo… że los za nas zdecyduje. Mimo że niespecjalnie dbałam o antykoncepcję, w tej kwestii jednak natura mi nie pomogła. Nie potrafiłam też, jak niektóre kobiety, zajść w ciążę i postawić mojego partnera przed faktem dokonanym.

„Rodzina patchworkowa – powstaje w wyniku ponownego założenia rodziny przez jednego lub oboje rodziców po rozwodzie lub owdowieniu. Składa się z dwójki partnerów posiadających dzieci ze swych poprzednich związków i często również posiadających dziecko z nowego związku” – tę definicję przypadkowo przeczytałam w Wikipedii, szukając czegoś zupełnie innego. W pewnym sensie jakby o naszej rodzinie – pomyślałam wtedy – do której, gdyby nam było pisane, dołożylibyśmy jeszcze jedno ogniwo w postaci naszego wspólnego potomka. Tymon i ja stanowimy bowiem typową parę z odzysku. On – może nie były mąż, ale kawaler z dwójką dzieci, ja – bezdzietna rozwódka, ale za to z byłym małżonkiem, mamą, siostrą Moniką i tym jej… żonkosiem w pakiecie.

Zakochałam się w Tymonie, mimo że miał odmienne od moich poglądy na temat zakładania rodziny. Chciał żyć w wolnym związku i cieszyć się życiem. Wolnym życiem. O potomstwie w ogóle nie było mowy. Czemu wtedy nie zrezygnowałam z Tymona, wiedząc, że nie chce już pakować się w pieluchy? Po prostu mu nie uwierzyłam i w którymś momencie próbowałam postawić na swoim. O ja naiwna! Byłam pewna, że go przekonam i już niedługo będę tulić niemowlę do piersi. Tymon mnie bezapelacyjnie zaczarował (tak, wiem, że to nie do uwierzenia, iż trzydziestosześcioletnia baba może stracić głowę dla faceta niczym nastolatka) i choć pragnienie posiadania dziecka tkwiło we mnie bardzo głęboko, wmówiłam sobie, że w ostateczności mogę zrezygnować z macierzyństwa. Postawiłam na miłość? Czy było warto? No cóż… Wtedy wierzyłam, że tak.

Należy dodać, że Tymon, stawiając ultimatum dotyczące wspólnego potomka, był na wygranej pozycji. W jego przypadku to pokrętny los zdecydował, fundując mu dwoje dzieci, więc nie musiał się martwić o przedłużenie rodu. Miał syna i córkę. Każde z inną panią: Rysią i Gabrysią. Chciałabym nadmienić, że z dwiema różnymi paniami, ale one się między sobą niewiele różnią, pomijając wiek. Młodsza jest kopią starszej, a może na odwrót. Kwestia genów albo raczej pieniędzy, które można wydać na operację plastyczną – to mój komentarz. Nikogo za rękę nie złapałam, gdy sobie urodę poprawiał. Atrakcyjne kobiety. Blondynki o gładkich cerach, niezłych nogach i pełnych biustach.

Starszy syn Tymona, Grzegorz, jest pełnoletni już od niemal siedmiu lat, co niestety wcale nie świadczy o jego dojrzałości. Przede wszystkim odziedziczył po tatusiu skłonność do wikłania się w skomplikowane związki, a po mamusi – umiejętność żerowania na innych. Ma partnerkę Balbinę i dwumiesięczną córeczkę Alę. Młodzi mieszkają u rodziców dziewczyny. Dodam tutaj, że mało brakowało, a wylądowaliby u nas. Bez konsultacji ze mną Balbina uznała, że skoro pracuję w domu, mam mnóstwo czasu i mogę pomóc przy dziecku. Na szczęście jej mama o paskudnym imieniu Stefa, a jednocześnie oszalała ze szczęścia babcia wyrywała się przed przysłowiową orkiestrę, pragnąc zająć się wnuczką. A ja postanowiłam, że nie będę stała na jej drodze do spełnienia. Wtedy jeszcze, nie chcąc rozczarować Tymona, udawałam, że jest mi bardzo przykro, i o mało moja intryga nie obróciła się przeciwko mnie. Tymon zrobił awanturę swojej niesynowej, usiłując udowodnić, że próbują mnie odsunąć od pomocy przy Ali. A ja przecież serce na dłoni mam i takie tam… No więc mam to serce na dłoni, ale taka prawda, że wolałabym wychować własne dziecko, a nie cudze. Obce dzieci mnie nie obchodzą. Nic a nic.

Młodsza latorośl Tymona to córka Sara, lat dwanaście z małym hakiem. Rozwydrzona diablica – choć nie zawsze tak uważałam. Zanim mój partner przywiózł ją do mnie pierwszy raz, cieszyłam się jak wariatka. Wyobrażałam sobie (o ja naiwna już do kwadratu), że stworzymy prawdziwą rodzinę. Podeszłam do niej z całą swoją niezaspokojoną miłością macierzyńską. Niestety to trzyletnie dziecko od początku traktowało mnie jak wroga. Ponadto wciąż uczy się, jak owinąć tatusia wokół małego paluszka, i muszę przyznać, że jest w tym coraz lepsze. A ojciec, będący typowym weekendowym tatusiem, ma poczucie winy, że w wychowywaniu dziecka jest figurantem. Cwana Gabrysia dopuszcza go wyłącznie do partycypowania w kosztach wychowania. W samym wychowaniu – już niekoniecznie. Świetnie przy tym opanowała technikę manipulacji. Żongluje poczuciem winy Tymona i jednocześnie wyciąga od niego mnóstwo kasy. Młoda nie zna słowa „nie”. Gdy je bowiem słyszy, wpada we wściekłość. Dosłownie dostaje szału. I osiąga swój cel, bo wtedy jej ojciec, kolokwialnie mówiąc, wyskakuje z kasy jak namiętny kochanek z portek.

Kiedy już dotarło do mnie, że mojej wymarzonej rodziny nie będzie, odpuściłam starania. Ba, nawet poszłam w przeciwnym kierunku, chcąc się odizolować. Marzyłam, żeby wyprowadzić się gdzieś daleko i zostać tam tylko z Tymonem. Wreszcie miałabym go wyłącznie dla siebie, bez konieczności dzielenia się nim z Grześkiem i Sarą. Cóż z tego, kiedy wiem, że on nie poświęciłby dla mnie swojej familii. Taka drobna różnica między nim a mną. Ja na jedno jego skinienie wyjechałabym na koniec świata. On – niekoniecznie. Potrzebuje Grześka i Sary i długo by nie przeżył bez kontaktu z nimi. Oczywiście mam mu za złe, że stawia mnie na drugim miejscu. Moja kuzynka Dagmara twierdzi, że nie powinnam być zazdrosna o dzieci, że miłość do kobiety a miłość do potomstwa to dwa zupełnie odmienne uczucia. Usprawiedliwiam się wtedy, że pewnie bym to rozumiała, gdybym miała z nim syna lub córkę. Wtedy, zamiast krzywo patrzeć na ciepłe relacje Tymona z Grześkiem i Sarą, skupiłabym uwagę na naszym wspólnym maluszku, a mój partner, chcąc nie chcąc, musiałby podzielić swą miłość na troje dzieci.

Czasem puszczam wodze fantazji i widzę kilkuletniego berbecia, który biega po mieszkaniu i co chwilę zadaje tysiące pytań, zaczynając od słów: „Mamo, a co to jest? Mamo, a dlaczego…?”. Widzę też siebie siedzącą na brzegu piaskownicy, w której mój kochany szkrab robi babki z piasku, albo jak Tymon go podrzuca, a nasz dzieciaczek śmieje się w głos. Dość! Starczy, bo się zaraz rozkleję.

Niestety dziecka nie mam i mieć już nie będę. Nadzieję na nie pogrzebałam, bo się po prostu zestarzałam, naiwnie licząc, że Tymon jednak zmieni zdanie i stworzymy prawdziwą rodzinę. Mogę mieć pretensje tylko do siebie, że nie walczyłam o swoje. A teraz przyszedł kryzys. Po prostu niewypowiedziane na głos i niewyegzekwowane pragnienia oraz życiowe rozczarowania w końcu się skumulowały. Spowodowały, że zrobiłam bilans związku z Tymonem. Nie wyszedł on dla mnie zbyt korzystnie. Uświadomiłam sobie, iż przez dziewięć lat pozwalałam, by moje życie w każdej dziedzinie było podporządkowane mojemu partnerowi, że nie mam należącej tylko do mnie przestrzeni. Wydzierał mi ją po kawałeczku i robił to niepostrzeżenie. Zręcznie manipulował lub dla odmiany wiercił dziurę w brzuchu, a ja ulegałam, ulegałam, ulegałam, robiąc wszystko pod jego dyktando i zgodnie z jego oczekiwaniami. Czy ta wiedza zmieniła moją postawę wobec związku? Nie! Chyba potrzebuję impulsu, jakiegoś zdarzenia w życiu, które da mi stosowną odwagę, by zawalczyć o siebie. Na razie czekam. Mam nadzieję, że kiedyś przyjdzie czas, w którym będę żyła w harmonii z własnym „ja”, bez ciągłych kompromisów i notorycznej rezygnacji z tego, co dla mnie ważne. Codziennie wieczorem przed snem życzę sobie, żeby w moim życiu nastąpił spektakularny zwrot.

A podobno trzeba uważać, czego sobie człowiek życzy… bo może się spełnić!

Jak ślepej kurze ziarno

Dzwoni moja komórka. Zerkam na wyświetlacz i krzywię się niemiłosiernie. Jest prawie dwudziesta druga. Nienawidzę odbierać telefonów późnym wieczorem. Zwykle jestem już wtedy w łóżku z… książką albo śpię. Ludzie jednak nie mają rozumu ani taktu, wdzierając się w prywatny świat innych o tej porze. A tak w ogóle udusiłabym gołymi rękami tego, kto wymyślił telefon. Tfu – komórkę! Nie chodziło mi o wynalazek Aleksandra Bella! Kabelek od tamtego można było po prostu wyciągnąć z kontaktu.

– Oliwia, jesteś tam? – odzywa się moja mama, ni to dramatycznym, ni to lękliwym głosem, a ja przewracam oczami (dobrze, że nie widzi). Ona bardzo lubi budować napięcie. – Przed chwilą dzwoniła do mnie babcia Zyta. Umarła jej przyjaciółka, Fryderyka. Wiesz… ta ze wsi… Do babci z kolei zadzwonił notariusz, który zajmuje się testamentem.

– No i? – cedzę przez zęby. Mam wielką ochotę opieprzyć rodzicielkę. Z taką nowiną zdecydowanie mogła poczekać do jutra. Początkowo nie bardzo wiem, o kim mówi. Nawet myślę sobie, że o tej porze niewiele mnie obchodzi jakaś tam nieboszczka i nawet jutro z tego powodu nie będzie efektu „wow”.

– Notariusz chce się z tobą widzieć. Ponoć Fryderyka uwzględniła cię w testamencie, a dokładnie zostawiła ci wszystko – mówi na jednym wydechu. – Dałam mu twój numer telefonu, ale chciałam cię uprzedzić, żebyś nie wywinęła jakiegoś numeru przez telefon.

Opada mi szczęka. Dopiero wtedy dochodzi do mnie, kto umarł i wspaniałomyślnie zostawił mi swój spadek. Choć to absurdalne, od razu wyobrażam sobie skrzynię pełną kosztowności w sezamie, do którego kluczem jest hasło: „sezamie, otwórz się!”. A ja przecież nie cierpię biżuterii. I niespecjalnie zawoalowana uwaga mamy o moim braku wychowania zupełnie mi umyka. Może i dobrze, bo pewnie zaraz byśmy się pokłóciły.

– Wkręcasz mnie – mówię. Mam gonitwę myśli. Zupełnie wbrew sobie wierzę, że jednak mam w życiu farta. Właśnie spada z nieba coś, co wcale mi się nie należało, a z pewnością oznacza poprawę mojej sytuacji finansowej. Gdzieś z tyłu mojej głowy kołacze się myśl, że Monika się zmartwi. Moja siostra uważa, że moje szczęście wpływa dopingująco na jej pecha. Im więcej udaje mi się w życiu, tym większy niefart ją ogarnia. Sądzę, że to wierutna bzdura, ale pewnie Monia nie słyszała o istnieniu samospełniającej się przepowiedni. Nie ma pojęcia, że jej własne czarne myśli napędzają negatywne zdarzenia. No, ale to nie mój problem. Chce uprawiać czarnowidztwo, to niech sobie uprawia.

– Zapisała ci swój dom.

– Nie miała bliższych w rodzinie? – mamroczę zdumiona.

– Miała przyrodniego brata, ale ten umarł, jak zapewne wiesz. – Mama się śmieje (niestety mam wrażenie, że sztucznie, jakby wcale nie cieszyła się z mojego szczęścia). – Nigdy nie wyszła za mąż. Tak naprawdę z bliskich miała tylko twoją babcię. Przyjaciółki z prawdziwego zdarzenia. Zresztą, co ja ci tłumaczę? Sama wiesz… Jako dzieci jeździłyście do niej z Moniczką…

– Uwielbiałam wakacje w Borzymiu. Lepsze od tych w kurortach…

– Prawda? Szkoda, że Fryderyka w tym testamencie Moniczki nie uwzględniła. Nic się w życiu tej dziewczynie nie udaje… Wiecznie ma pod górkę… Za to ty masz szczęście. Zupełnie nie rozumiem dlaczego. Powinno być na odwrót. Z twoim charakterem, jak ci drzwi zamkną, to albo oknem wejdziesz, albo drzwi wyważysz. Moniczka jest dużo subtelniejsza. No ale nic nie poradzę. Dlatego liczę na ciebie. Chyba się z nią podzielisz? – Rodzicielka wypluwa z siebie roszczenia niczym kałasznikow naboje.

Zastygam w bezruchu, zwieszam głowę i milczę. Z trudem powstrzymuję łzy. Znowu jest mi przykro, jak to bywa podczas większości rozmów z matką, która każdą moją cechę charakteru odbiera jako wadę, a mój sukces – jako porażkę… mojej siostry. Zaciskam zęby. Nie zamierzam bowiem składać żadnych obietnic pod wpływem chwili. Ona na szczęście nie ciągnie tematu. Żegnamy się w końcu. A ja odpływam myślami do Fredzi (nigdy nie myślałam o niej jako o Fryderyce) i moich wyjazdów do Borzymia. Tak naprawdę, nawet gdy dorosłam, nie zrezygnowałam z kontaktu z tą przemiłą starszą panią. Za czasów Wałkonika jeździłam do niej rzadziej niż w dzieciństwie, bo raz na kilka lat. A później przestałam. Wstyd się przyznać, ale gdy poznałam Tymona, byłam tam tylko raz, na samym początku. A i wtedy nie czyniła mi wyrzutów. To ja miałam je w głębi duszy. Już tego nie zmienię…

Fredzia była dla mnie kimś w rodzaju przyszywanej babci, która paradoksalnie dała mi więcej ciepła i miłości niż własna rodzina. Przywołuję w myślach jej obraz: siwiuteńka i zgarbiona wiekiem, niezwykle krucha, z wyrazem bezkresnej dobroci na twarzy. Nigdy się nie denerwowała, nie krytykowała. Zawsze pełna zrozumienia dla innych, nawet dla mojej matki i babci, kiedy faworyzowały Monikę, a przede mną stawiały kolejne obowiązki. Po prostu rekompensowała mi brak więzi w rodzinie. Dziś z przykrością myślę, że to zmarnowałam. Brałam, niewiele dając w zamian. Powinnam była poświęcać jej więcej czasu, tak jak ona robiła to dla mnie, gdy byłam dzieckiem. Jest mi wstyd.

Dlaczego nie ja?

– Monisiu, śniadanko zrobiłam – oznajmiła mama, wkładając głowę w drzwi pokoju Moniki. Nie odważyła się wejść głębiej, ponieważ wyrwana ze snu córka czasami zachowywała się nieobliczalnie. Wrzeszczała, że chce się wyspać, a potem rzucała przedmiotami, które akurat miała pod ręką.

Tym razem, o dziwo, nie zdradzała niecnych zamiarów. Po prostu podniosła głowę i spojrzała na matkę nieprzytomnie. Była niedziela. Najpewniej jakaś barbarzyńska pora, ale rodzicielka jak zwykle miała to w nosie. Każdego dnia wstawała o tej samej godzinie i za wszelką cenę chciała, żeby domownicy nabrali identycznych nawyków. Na nieszczęście Monika była obecnie jej jedynym współlokatorem. Parszywy los sprawił, że wciąż mieszkała z mamusią. Niczym nastolatka. Ale obciach.

– Zaraz… – warknęła córka.

– Wstawaj, wstawaj… Mam nowinę. Już się nie mogę doczekać, kiedy ci o wszystkim opowiem…

Monika z ociąganiem usiadła na łóżku. Wczoraj długo serfowała w internecie, poszukując idealnego partnera, i liczyła na to, że dzisiaj odeśpi zarwaną nockę. Jak zwykle się przeliczyła.

W takich chwilach jeszcze bardziej nienawidziła swojego życia i towarzyszącego mu pecha. Dlaczego matka nie może się po prostu od niej odpieprzyć? Dać jej żyć po swojemu. Nie budzić w weekendy. Nie szykować śniadanek – szczególnie kanapek z zielskiem dla królików (przecież nienawidzi warzyw, o czym mamusia nie raczy pamiętać). Nie czekać z obiadem. Nie wydzwaniać z byle czym, kiedy Monika spędza czas na melanżach.

Ta cała matczyna miłość, zamiast ją zmiękczyć, czyniła Monikę zimną i twardą jak głaz. Miała ochotę uciec gdzieś na Alaskę, odciąć się od rodziny na resztę marnego żywota. Zostawić matkę Oliwii. Niech się siostra wreszcie zainteresuje najbliższą rodziną.

Monika zazdrościła starszej siostrze wszystkiego. Nawet tego, że tamta jest rozwódką, podczas gdy młodsza Pachnicka mogła siebie nazywać tylko panną. Starą panną. A dlaczego? Bo niedoszły pan młody spieprzył sprzed ołtarza. Wpadł do kościoła chyba tylko po to, żeby sprawdzić, czy ona tam jest. Po co to zrobił? Żeby mieć satysfakcję? Żeby jeszcze bardziej ją upokorzyć? A potem po prostu uciekł, zostawiając ją ze wszystkimi opłatami za wesele. Kiedy ona kwitła w kościele, samolot już czekał, żeby wywieźć go w ciepłe kraje. Pieprzony tchórz! W tamtym momencie naiwnie pomyślała, że z nerwów dostał biegunki i że zaraz wróci. Chwilę potem uświadomiła sobie, że jej koszmar właśnie powrócił.

Obsesja matki ujawniła się krótko po ukończeniu przez Monikę szkoły średniej. Wychowana w innych – pełnych pruderii i zacofania – czasach głębokiej komuny starsza pani Pachnicka za wszelką cenę chciała wydać córkę za mąż. Uczepiła się myśli o żeniaczce jak rzep psiego ogona. Uruchomiła swoje znajomości i regularnie gnębiła latorośl, podtykając jej pod nos coraz to nowszych kandydatów na męża. Niestety żaden z nich nie podobał się Monice, co powodowało, że tyrady na temat staropanieństwa były stałym elementem rzeczywistości rodziny Pachnickich. Od nich zaczynał się dzień i na nich się kończył. Działo się tak do momentu, dopóki dziewczyna nie poznała Juliana. Związek z nim długo utrzymywała w tajemnicy, obawiając się (zresztą słusznie), że matka osaczy biednego chłopaka, nakłaniając do ślubu. I tak rzeczywiście się stało. Julian wpadł niczym mucha w sieć pająka i miał marne szanse, żeby się z niej wyplątać. A jednak mu się udało – czasem myślała z żalem młodsza Pachnicka.

Od ucieczki narzeczonego sprzed ołtarza minęło kilka lat. Dziewczyna nadal nie przebolała wstydu, jakiego się najadła. Mało tego! Doprowadzona przez matkę do ostateczności nieustannym załamywaniem rąk nad kwestią staropanieństwa, Monika postanowiła ulec, aby ją zadowolić. Po prostu wyjść za mąż i zamknąć ten temat raz na zawsze. O ile na początku puszczała mimo uszu biadolenie rodzicielki, o tyle ostatnio poczuła, że dłużej nie wytrzyma tej atmosfery oczekiwania i strachu. W głębi duszy też chciała za wszelką cenę udowodnić światu, że nie jest wybrakowana. Chciała znaleźć sobie męża i mieć go – jak się posiada wygodną kanapę czy fotel. Mamusi sprawić radość, a sobie zapewnić wreszcie święty spokój. To był jej cel. A do jego osiągnięcia został stworzony plan. Monika precyzyjnie określiła typ urody kandydata na męża oraz swój sposób działania. Najpierw były wyjścia do klubu i zarzucanie sieci. Potem umawianie się na randki w ciemno ze znajomymi znajomych, a następnie za pośrednictwem portalu randkowego. Niestety wciąż nic z tego nie wychodziło. Po kilku spotkaniach potencjalni „narzeczeni” brali nogi za pas, mimo że próbowała różnych metod zainteresowania ich sobą. Udawała nowoczesną kobietę z dużym temperamentem seksualnym. Coś na zasadzie krowy, co dużo ryczy, a mało mleka daje. Grała cnotkę – prawie zakonnicę. Siliła się na obojętność albo, dla odmiany, okazywała zaangażowanie. Jednak cokolwiek by robiła, po prostu chciała za bardzo.

W końcu zdesperowana wpadła na pomysł, żeby zacząć umawiać się w domu. Może jeśli zaprezentuje się jako domatorka, perfekcyjna pani domu (Bogiem a prawdą nie miała pojęcia o sprzątaniu i gotowaniu, ale co tam), to w taki sposób przyciągnie do siebie faceta? Trzeba było tylko uprzedzić mamę.

Monika była zwolenniczką jasnego stawiania sprawy. Przed pierwszą wizytą przeprowadziła z panią Marią rozmowę.

– Poznałam kogoś… – wyznała rodzicielce bez zbędnego wstępu.

– Cieszę się, córeczko! – rozpromieniła się mamusia. – Może wreszcie wyjdziesz za mąż i urodzisz dzieci. Najlepiej troje, jedno po drugim. A może bliźniaki się trafią? – trajkotała jak najęta.

– Mamo! Przestań! Zwariowałaś? Ty już ślub planujesz, a ja nawet nie przebrnęłam przez pierwszą randkę i jak tak dalej pójdzie – Monika wycelowała w matkę palcem – nic z tego nie będzie. Po prostu daj mi trochę przestrzeni, bo na razie mnie osaczasz!

– No już dobrze. Już dobrze. Zamieniam się w słuch…

– A więc poznałam kogoś i w związku z tym chciałabym zaprosić mojego znajomego do domu.

– Świetnie. Upiekę tort. Zrobię sałatkę. A może lepiej obiad dwudaniowy, taki typowo polski: roladki, modra kapustka i kluseczki. Jak to mówią: przez żołądek do serca… – Rodzicielka rozpędzała się coraz bardziej w planowaniu córce randki.

– Mamo! – wrzasnęła Monika. – Opanuj się! Żadnych obiadów i włażenia do tyłka bez mydła. Chcę tylko zaprosić faceta na kawę! Czy ty to rozumiesz? Nie oświadczył mi się i wcale nie chcę, żebyś go poznała. To jeszcze nie ten etap. Właściwie to żaden etap. Pomyślałam jednak, że wygodniej mi jest zaprosić go do domu, zamiast włóczyć się po knajpach, zwłaszcza że wciąż spłacam moje niedoszłe wesele… A ty chcesz mi chłopa wystraszyć?!

– Ależ, dziecko, ja dla ciebie wszystko! Jak się odzywasz do matki? Jak ty mnie traktujesz? – załkała nagle, wprawiając córkę w konsternację.

– Jeśli natychmiast nie przestaniesz histeryzować, odwołam spotkanie i nie było tematu!

– Za moje dobre serce… Za moje…

– Mamo! Prosiłam cię o coś! Po prostu zostań u siebie. Sama zajmę się gościną. Kupię paluszki i chipsy…

– Paluszki i chipsy? Ale ja chciałam…

– Mamo!

Monice opadły ręce. Jak miała sprawić, żeby rodzicielka nie zepsuła jej wszystkiego?

– Tak, oczywiście. Jak sobie życzysz – obiecała solennie pani Maria.

Niestety później nie dotrzymała słowa. Najpierw podsłuchiwała pod drzwiami. Potem bez pardonu wparowała do pokoju, niosąc na tacy herbatkę i ciasteczka. Rozłożyła wszystko na ławie, usiadła na kanapie i rozpoczęła drobiazgowe przesłuchanie. Nie reagowała przy tym na znaki dawane jej przez córkę. W końcu Monika nie wytrzymała, widząc przerażenie na twarzy dręczonego absztyfikanta. Kategorycznym tonem kazała matce wyjść i prawie wypchnęła ją za drzwi. Nowy znajomy nie wytrzymał presji. Po prostu czmychnął i… nigdy nie wrócił. Ba, nawet zablokował ją na portalu randkowym. A ona winiła za to matkę. Co za rodzicielka jej się trafiła?! Tyle się słucha o mamusiach, które nie tolerują swoich zięciów. Psy wieszają. Suchej nitki na nich nie zostawiają… A ta? Zagłaskałaby na śmierć. No to każdy ucieka gdzie pieprz rośnie.

Na rozmyślaniach o własnej egzystencji zeszło Monice kolejne pół godziny. Zniecierpliwiona pani Maria po raz kolejny wsunęła głowę do pokoju córki.

– Idziesz? Jajecznica stygnie.

– Idę, a jak zjem, wrócę do łóżka – zagroziła buńczucznie.

Matka machnęła ręką. Postawiła przed dziewczyną talerz z jedzeniem. Sama usiadła naprzeciwko.

– Miałam ci powiedzieć, czego się dowiedziałam – zaczęła, biorąc do ręki widelec.

– Mamo, nie mam dzisiaj siły na wysłuchiwanie rodzinnych historii. – Córka próbowała zbyć panią Marię. Miała serdecznie dość tych jej nudnych opowieści o ludziach, których nawet nie znała.

– Ale ta cię na pewno zainteresuje…

– Oj tam, oj tam…

– Oliwka otrzymała spadek po przyjaciółce babci. Będzie miała dom nad jeziorem.

– Cooo?! – Monika poderwała się od stołu. – Czy ona zawsze musi mieć w życiu więcej szczęścia ode mnie? Ja nie mam nic! Rzucił mnie narzeczony! Pracuję w gównianym miejscu za jeszcze bardziej gówniane pieniądze! Mieszkam kątem u ciebie, bo nie mam mieszkania. Tymczasem jej znowu się poszczęściło. Nagle spada jej z nieba dom z ogrodem? To wielka niesprawiedliwość! Powinna się ze mną podzielić! – wybuchła.

Ku przerażeniu matki podniosła talerz z jajecznicą z zamiarem ciśnięcia nim o podłogę, lecz w ostatniej chwili zrezygnowała i z powrotem postawiła go na stole. Pobiegła do swojego pokoju, zatrzaskując z hukiem drzwi. Tandetny obrazek z bursztynów, przywieziony przez panią Marię z sanatorium w Kołobrzegu, zakołysał się i spadł ze ściany. Miodowe drobiny rozsypały się po podłodze.

Nie miałam kłopotu, dostałam spadek

Po prawie nieprzespanej nocy, lecz naładowana pozytywną energią dzwonię do Tymona, który pojechał po auto na drugi koniec Polski. Zwykle jeżdżę z nim, ale tym razem miałam sporo swojej roboty z wysyłką paczek i wybrał się sam. Ostatnio weszłam w sprzedaż testerów perfum renomowanych firm, które sprowadzam z Wielkiej Brytanii. Małymi kroczkami zbudowałam firmę opierającą się wyłącznie na sprzedaży internetowej. Nie pchałam się w sprzedaż stacjonarną, czyli prowadzenie sklepu w wynajętym lokalu, a zważywszy na obecną sytuację gospodarczą – wyszło mi to na zdrowie. Kokosów może nie zarabiam, ale głodem nie przymieram. Nadal mieszkam w bloku na Manhattanie i wciąż jeżdżę moją ukochaną Hondą CR-V. Stać mnie na wakacje w ciepłych krajach i godziwe życie, choć niektóre głąby, patrząc na moje auto, sądzą, że ledwo przędę. A ja śmieję im się w twarz. Miałam w życiu co najmniej kilka sytuacji, podczas których los dał mi po nosie, bo sądziłam ludzi po pozorach.

Kiedyś pojechaliśmy z Tymonem kupić starą Hondę Civic. Facet sprzedawał jeszcze jedno auto komuś innemu. Handlarz kupujący drugi samochód mocno się targował. Był wręcz napastliwy. Aż ten, co sprzedawał, po prostu się wściekł. Nakrzyczał na nachalnego chłopa i powiedział, że tyle, ile kosztuje rzeczone auto, on nosi po kieszeniach. Po czym zaprezentował wszystkim obecnym, że nie robi z gęby cholewy. Wyjął z obu kieszeni sfatygowanego dresu po grubym pliku banknotów (na moje oko po dziesięć tysięcy z każdej). To oczywiste, że poopadały nam szczęki. Tymon sfinalizował umowę i nawet jeśli liczył na jakiś upust, nie odezwał się słowem. Wsiedliśmy do aut i wróciliśmy do domu.

Tymon w końcu odbiera, przerywając moje rozmyślania. Po głosie słyszę, że jest zmęczony. Żałuję, że nie pojechałam z nim. Już się boję, że zaśnie w trakcie jazdy. Będzie jechał z Gdańska, co oznacza, że ma przed sobą mnóstwo kilometrów. Zawsze mam takie lęki, choć z drugiej strony staram się myśleć pozytywnie i wierzę w jego umiejętności jako kierowcy.

– Dostałam spadek! – wykrzykuję, gdy mój mężczyzna zdaje mi relację z tego, jak wygląda auto. Po oględzinach najczęściej mnożą się usterki. Auto-igła zwykle ma przynajmniej dwa elementy do malowania, czasem podgięta jest jakaś belka pod zderzakiem, którą trzeba wymienić, zbiorniczek spryskiwaczy dziwnym trafem cieknie, a przedni reflektor w wersji full LED ma urwany uchwyt. Tym razem nie jest źle. Suzuki Vitara jest dokładnie taka, jak zapewniał właściciel. Cieszę się, lecz słucham dość nieuważnie. Mimo wszystko jestem skupiona na ekscytującej wiadomości o spadku. Tymon chyba też, gdyż nagle milknie zaskoczony.

– A-ale… j-jak to? – jąka się.

– Tymon! Mamy farta! Wreszcie wyprowadzimy się z tego molochu z wielkiej płyty! – Ekspresowo streszczam mu dobrą nowinę. Radość po prostu mnie rozsadza. Jego zresztą początkowo też. Oboje marzyliśmy o domu, lecz ciągle myśleliśmy, iż odłożymy na niego pieniądze. Nagle w naszą rozmowę wdziera mi się sygnał drugiego połączenia. Zerkam na wyświetlacz i widzę, że dzwoni moja siostra.

– Słuchaj, rozłączam się! Dzwoni Monika. Pewnie chce mi pogratulować… Zdzwonimy się za chwilę – mówię, po czym naciskam czerwoną słuchawkę. Oddzwaniam do siostry. – Cześć, siostra – mówię serdecznie.

– Ty żmijo przebrzydła! – słyszę i znów patrzę na wyświetlacz, sprawdzając, czy aby na pewno nie pomyliłam abonenta. Jednak nie. – Znowu ci się udało! Z nieba spadł dom nad jeziorem, z dala od naszej toksycznej matki, na którą chyba do końca życia będę skazana. Ja nie mam nic, a ty kolejny raz zostałaś obdarowana przez los! Dlaczego?! – wrzeszczy do słuchawki. – Dlaczego?! Na co ci jeszcze ta stara rudera? Mogłabyś sprzedać to cholerstwo i podzielić się kasą!

Milczę, no bo co mam powiedzieć? Zatkało mnie. Nie sądziłam, że w Monice jest tyle nienawiści, tyle jadu, tyle zazdrości. Wydawało mi się, że nasze relacje są dość dobre, że żyjemy w zgodzie. Otóż nie żyjemy! W tym momencie dociera do mnie, że nie mam wpływu na to, co ona sobie myśli i jak postrzega swój los; że właśnie mnie obwinia za swoje niepowodzenia. Nie widzi własnych wad i popełnionych błędów. Wzruszam ramionami. W mgnieniu oka podejmuję decyzję. Podobno baba z wozu – koniom lżej. I tak muszę potraktować Monikę. Nie muszę tego słuchać. Rozłączam się bez słowa.

Do Tymona już nie dzwonię. Nie chcę go denerwować. Myślę, że jeśli to zrobię, rozkojarzy się na drodze i napyta sobie biedy. On do Moniki zawsze podchodził z pewną rezerwą i czasem pozwalał sobie na uwagi o jej tendencjach do wykorzystywania rodziny, podkreślając jednocześnie, że sam nie dałby się tak traktować. Miałam wtedy ochotę parsknąć śmiechem, zwłaszcza że jego dzieci kręciły nim, jak chciały.

Robię sobie kawę i siadam przy stole, nie tknąwszy jej. Po prostu straciłam na nią ochotę. Mimo wszystko nie potrafię tak po prostu przejść do porządku dziennego nad atakiem siostry. Znowu jest mi przykro. Nie żebym chciała wygadywać, ile razy jej w życiu pomogłam, ale te myśli jakoś tak same się kłębią. Bo w końcu, do cholery, pożyczałam pieniądze na wieczne nieoddanie, woziłam jej tyłek, dokąd chciała, kilka razy nawet znalazłam jej pracę, a potem wstydziłam się za nią po korzonki włosów. Jednym słowem robiłam wszystko, co się dało, żeby jej było w życiu lepiej. Skąd więc w niej tyle niechęci i zawiści? Po raz kolejny zadaję sobie te same pytania. Zastanawiam się, czy nie zadzwonić do mamy, ale przecież ona zawsze staje po stronie mojej siostry. Troszczy się o Monikę, jak o mnie nigdy się nie troszczyła. Ja jestem zawsze ta druga. Ta gorsza. Tym bardziej dziwię się Monice, że nazywa matkę toksyczną. Po chwili przychodzi mi do głowy, że ten spadek to będzie swego rodzaju test dla rodziny i znajomych. Po prostu oddzielę ziarna od plew, szczerość od dwulicowości. Uśmiecham się z przymusem i przystępuję do zadania.

Dzwonię do Dagmary – mojej kuzynki i przyjaciółki w jednym, choć wolę o niej myśleć w tym drugim kontekście. To jedyna osoba w rodzinie, którą naprawdę lubię i szanuję. Wspieramy się od lat, zwłaszcza że obie sporo przeszłyśmy. Dzisiaj oznajmiam jej radosną nowinę i tak jak się spodziewałam, Daga nie posiada się z radości. Oferuje pomoc przy urządzaniu wnętrz. Uwielbia takie prace. Ma zresztą rewelacyjne pomysły dotyczące projektowania, z których zamierzam skorzystać. Co prawda będę musiała zmierzyć się z Tymonem, bo ten ma zupełnie inny gust niż ja, ale jakoś dam radę. Rozmowa z Dagmarą zdecydowanie poprawia mi humor, tym bardziej że moja przyjaciółka ani słowem nie wspomina o darmowej kwaterze na wakacje, co wcale mnie nie dziwi. Taka po prostu jest – taktowna i pomocna.

Potem przychodzi czas na Tempackich, z którymi znam się od lat, ale utrzymujemy bliskie i serdeczne (?) kontakty głównie za sprawą Tymona. On po prostu uwielbia Darka Tempackiego, choć za Boga nie wiem za co. Reakcja Kasi jest, delikatnie mówiąc, oszczędna. Koleżanka ostrożnie wypytuje o szczegóły, o stan domku i jakby z ulgą przyjmuje do wiadomości, że posiadłość wymaga pewnych nakładów finansowych. Odnoszę wrażenie, że dostałaby apopleksji, gdybym otrzymała rezydencję w hollywoodzkim stylu. Ludzie nie lubią, gdy innym się poszczęści. Nawet ci bogaci.

Nagle moja zabawa przestaje być zabawna. Rezygnuję z informowania pozostałych znajomych o spadku. Myślę, że szybko sami się dowiedzą. Takie nowiny ekspresowo się rozchodzą i wywołują zazdrość.

Moje myśli krążą wokół domu Fredzi, który teraz należy do mnie. Dosłownie nie mogę w to uwierzyć. Przypomina mi się, że kiedyś wpadłam na zwariowany pomysł sprzedania mieszkania i poszukania rudery do remontu. Niestety byłam biedna i samotna, a bez wsparcia faceta niewiele bym zdziałała. Mimo wszystko to marzenie gdzieś tam we mnie tkwiło i bardzo długo kiełkowało. Nie wyrzuciłam go z pamięci. Nie wyrwałam niczym chwastu. Od czasu do czasu, siedząc na obskurnym balkonie w bloku i niechętnie wdychając dym z papierosa, którego palił sąsiad dwa piętra wyżej, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie wolność od cywilizacji. Wizualizowałam mój mały domek na odludziu w otoczeniu przyrody, najlepiej nad jakimś jeziorem lub rzeką, oraz poranki o wschodzie słońca z zapachem kawy i skoszonej trawy w tle. W takich chwilach dopiero uzmysławiałam sobie, jak nienawidzę mieszkać w blokowisku. Nie znoszę dzielić tej mojej małej betonowej przestrzeni z mnóstwem obcych, anonimowych, lecz często natrętnych osób. A dziś nie mogę uwierzyć, że to wreszcie się skończy…

Sprzedać czy zostawić?

Budzi mnie trzaśnięcie drzwi. To Tymon wchodzi do mieszkania. Rzuca klucze na półkę pod lustrem. Robi przy tym mnóstwo hałasu. Jak to on – nie przejmuje się, że śpię. Wstaję więc, wkładam szlafrok i idę do kuchni zrobić mu herbatę i podać gorący posiłek. Domyślam się, że jest głodny jak wilk.

Kaczmarek podchodzi do mnie i całuje mocno w usta, a ja się cieszę w duchu, że mimo upływu lat pewne zwyczaje się nie zmieniają. Nawet krótkie rozstania generują długie tęsknoty. Potem włączam czajnik bezprzewodowy, wyciągam z lodówki garnek z bigosem i stawiam go na gazie. Siadamy przy stole.

– I jak tam, moja dziedziczko? – śmieje się mój mężczyzna, ale wyczuwam w nim jakiś fałsz. – Ochłonęłaś? Dzwoniłem do Grzegorza… Był zszokowany i chyba ci zazdrości. Oczywiście też się zastanawia, co z tym zrobisz.

– Co z tym zrobimy! – poprawiam go. Jesteśmy parą. Od początku naszego związku wspólnie podejmujemy decyzje finansowe i mimo że Tymon nie zawsze jest wobec mnie fair, nie widzę powodu, dla którego tym razem miałoby być inaczej. – I jaki pomysł ma Grzegorz? – Lekko się spinam, zadając pytanie. Jak zawsze, gdy mowa o dzieciach mego partnera. Mimo wszystko chcę znać opinię syna Tymona, zwłaszcza że nie spodziewam się, żeby przejmował się tym, co będzie dobre dla nas. Raczej znajdzie furtkę, której uchylenie sprawi, że spadek obejmie również jego. Nie mówię tego głośno. Przez lata związku z Tymonem nauczyłam się, że słowa krytyki nie są przez niego zbyt dobrze przyjmowane. To tak jak antybiotyk podczas grypy. Jeszcze może zaszkodzić.

– Mój syn uważa, że powinniśmy to sprzedać i ulokować gdzieś pieniądze, żeby same na siebie zarabiały…

Zwlekam z odpowiedzią. Żeby zyskać na czasie, nakładam bigos na talerz i podaję Tymonowi, który z zapałem zabiera się za jedzenie.

– Sama też o tym pomyślałam… Ale nie tylko o tym – mówię w końcu. Jednocześnie czuję, jak atmosfera w pomieszczeniu gęstnieje.

– No bo chyba nie chcesz się tam wynieść? – niepokoi się Kaczmarek i patrzy na mnie przenikliwie.

– Różne opcje chodzą mi po głowie – odpowiadam ostrożnie.

– Chciałabyś mieszkać tak daleko od rodziny? – Zadając pytanie, jest pewien, że zaprzeczę.

– Chciałabym mieszkać daleko od miasta…

– Ty?! Prawdziwy mieszczuch?

Wzruszam ramionami, udając obojętność. Z trudem jednak opanowuję łzy. Jest mi przykro. Przecież miały być radość i świętowanie. Miał być szampan, którego nadal chłodzę w lodówce. Jest kwas. Jest niemiło.

– Nie wierzę! Ty naprawdę wzięłaś to pod uwagę?! Oj, Oliwka – złości się Tymon. – Czasem potrafisz mnie bardzo zaskoczyć, i to niestety negatywnie. Nie możemy zostawić bliskich. Oni nas potrzebują… Ile razy mam ci to tłumaczyć?

Mój partner odsuwa od siebie pusty talerz, wstaje gwałtownie i wychodzi do salonu. Słyszę, jak pada na kanapę i sięga po pilot do telewizora. Wzdycham ciężko i idę za nim. Staję w drzwiach i opieram się o futrynę. Już wiem, że miło nie będzie.

– Nie powiedziałam ostatniego słowa. Najpierw chciałabym jechać do Borzymia i zobaczyć, w jakim stanie jest domek, zwłaszcza że nie było mnie tam kilka lat. Dopiero wtedy będziemy się zastanawiać nad remontem lub sprzedażą. I bynajmniej nie zamierzam brać pod uwagę opinii kogokolwiek poza tobą. – Końcowe zdanie dodaję z grzeczności, choć tak naprawdę kusi mnie, żeby wziąć przykład z Tymona i po prostu przedstawić mu swoją decyzję. On w ważnych dla niego sprawach, szczególnie tych związanych z dziećmi, zwykle wcale się ze mną nie konsultuje. Czemu więc ja miałabym się liczyć z nim w kwestii dotyczącej spadku? Sęk w tym, że nie wiem jeszcze, co postanowię w tej sprawie. Nie chcę jednak składać żadnych deklaracji, żeby potem mój partner nie łapał mnie za słówka.

Dzwoni telefon Tymona. Gabrysia – mama Sary. Dobra nowina już do niej dotarła. Gabrysia zastanawia się, czy PO SPRZEDAŻY domku może liczyć na jakiś zastrzyk gotówki w imieniu córuni. Młodej przydałby się nowy laptop, porządny rower, całkowita wymiana garderoby na nową, ponieważ rzekomo ze wszystkiego wyrosła, a poza tym należałoby ją wreszcie wysłać na zagraniczne wakacje. Żądania (bo nie prośby) wylatują z ust zapobiegliwej mamusi niczym naboje z karabinu maszynowego, a mój partner nic nie robi. Po prostu grzecznie potakuje i kiwa głową jak plastikowy piesek na tylnej półce w samochodzie. Mnie powoli rośnie ciśnienie. Chcąc nie chcąc, wszystko słyszę, ponieważ była kobieta Tymona ma bardzo donośny głos. W końcu mężczyzna rozłącza się.

– Słyszałaś? – mówi do mnie, a ja potwierdzam. I, o dziwo, wcale się nie denerwuję. Przecież spodziewałam się tego.

Taki paradoks, że dotąd byłam traktowana przez byłe Tymona jak powietrze. Udawały, że nie istnieję. Nie rozmawiały o mnie. Teraz nagle staję się częścią rodziny. Liczą się ze mną, bo… liczą na profity.

Nagle uśmiecham się radośnie sama do siebie, gdyż uświadamiam sobie, że otrzymany spadek otwiera przede mną nowy rozdział w życiu. Przede mną – Oliwią Pachnicką, a nie przede mną – partnerką Tymona. Ja sama zaś chyba właśnie dojrzewam do zmiany priorytetów. Do teraz (pomijając nieliczne chwile buntu) nieustannie pozwalałam rodzinie Tymona i mojej własnej wchodzić sobie na głowę. Najwyższy czas odwrócić hierarchię wartości, zwłaszcza że od początku bardzo mnie to uwiera. Postanawiam zrobić pierwszy krok, wyznaczając granice memu partnerowi.

– Tymon, w kwestii spadku musimy coś ustalić… – mówię pewnym głosem, choć w środku drżę z niepokoju, jak on to przyjmie. Złość mu chyba przeszła. Obecnie patrzy na mnie niewinnym wzrokiem. Już ja jednak znam takie spojrzenia, których celem jest zmylić przeciwnika, a później omotać niczym pająk swoją ofiarę. – Schedę dostałam ja. Wiem, że się powtarzam, ale mam wrażenie, że ta informacja do nikogo nie dotarła. Każdy pomija ten drobny fakt i chce mi doradzać, ba, nawet narzucać dalsze działania. Cokolwiek postanowię, jedno jest pewne: z nikim nie będę się dzielić. Spadek to nie tort, który pokroisz i nałożysz każdemu po kawałku. Nie zamierzam więc robić prezentu mojej siostrze ani matce, jak również twoim dzieciom. Żeby nie było niedomówień, radzę ci to wyjaśnić obu mamusiom oraz Grzegorzowi i Sarze. Powiedz im dobitnie, że nie dostaną ani grosza.

Sądziłam, że Tymon coś powie, zaprotestuje na przykład. Tymczasem mój mężczyzna milczy jak zaklęty, jakby mu mowę odjęło. Bo chyba odjęło. Podejrzewam, że wyobrażał to sobie inaczej, lecz po moim ultimatum już mi o tym nie powie.

– Hej – przerywam w końcu milczenie. – Nie masz mi nic do powiedzenia?

– Myślałem, że zrobimy jakiś plan…

– Owszem. Zrobimy, lecz nie będziemy nikogo sponsorować. Jeśli chcesz kupić jakąś rzecz z tego koncertu życzeń, który ci zaserwowała przed chwilą Gabrysia, po prostu to zrób. Nie zamierzam ci bronić, choć uważam, że za dużo dajesz.

– Ty znowu swoje… Mam dzieci, muszę na nie łożyć. Po prostu robię wszystko, żeby czuły się kochane – irytuje się Tymon, po czym wychodzi do kuchni. Słyszę, jak otwiera lodówkę, wyciąga piwo i po chwili strzela kapsel.

– Mnie też przynieś! – wołam głośno, odwracając głowę w jego stronę, i dorzucam: – Dając im kasę, co najwyżej sprawisz, że poczują się doinwestowane, a to nie ma nic wspólnego z miłością. Paradoks niestety jest taki, że jak im z kolei nie dasz, poczują się niekochane, bo dotąd zawsze dostawały.

Mój partner rzuca mi złowrogie spojrzenie. Znowu się naraziłam, ale chyba wreszcie mam to gdzieś.

Niesprawiedliwy los

Nie no, zaraz mnie potarga ze złości i bezsilności – pomyślała Monika. Od dnia, kiedy dowiedziała się o spadku, który przypadł w udziale jej siostrze, nieustannie roztrząsała tę kwestię. Poczucie krzywdy narastało. Nienawiść do Oliwii również. To ją obwiniała za wszystkie swoje nieszczęścia. Tymczasem prawda była następująca: Monika miała w swoim życiu mnóstwo szans i żadnej nie wykorzystała.

Po zdaniu matury rodzice namawiali ją, żeby poszła na studia. Zadeklarowali, że je sfinansują. Początkowo zapaliła się do tego pomysłu. Nawet zdała egzaminy wstępne i łaskawie pojawiła się na kilku wykładach. Niestety uznała wtedy, że studiowanie jest nudne. Zrezygnowała, nie przejmując się tym, że pierwszy semestr został opłacony przez państwa Pachnickich. Rodzice nie usłyszeli przeprosin. Ba, córka była na nich obrażona, że wkręcali ją, przekonując, iż studia mogą być inspirujące. Może dla nich. Dla niej inspirujące było zarabianie pieniędzy. Po kilkumiesięcznym siedzeniu w domu Monika wreszcie znalazła pracę. Pierwszy był magazyn budowlany. Wytrzymała tam dwa tygodnie, po czym z dnia na dzień porzuciła posadę, twierdząc, że od dźwigania worków z cementem siada jej kręgosłup. Później zatrudniła się na bramkach na autostradzie. Po miesiącu zrezygnowała, gdyż przeszkadzały jej przeciągi. W rezultacie przez kilka lat obskoczyła przynajmniej dwadzieścia zakładów pracy. Ostatnio przyjęła się do Pepco i właśnie pobiła rekord, ponieważ mijało pół roku, a ona wciąż w nim pracowała.

Dzisiaj wróciła z pracy zupełnie wykończona. Miała ochotę otworzyć sobie piwo i zalegnąć na kanapie.

– Witaj, Monisiu – odezwała się mama. Czy chociaż raz mogłaby po prostu nie wychodzić z tej kuchni? Uszanować, że człowiek wraca z roboty zmęczony i nie ma ochoty rozmawiać? – Zjesz zupkę?

– Nie jestem głodna – warknęła w odpowiedzi Monika.

– Jak to nie jesteś głodna? Ja tyle czasu przy garach stoję, żeby ci dogodzić, a ty mi mówisz, że masz w nosie moje jedzenie?

– Nie, mamo, nie mam w nosie, ale nie jestem głodna. Później zjem…

– Odgrzewane będzie niedobre. A co ty tu… – Wzrok matki spoczął na papierowej torbie z logo markowego sklepu odzieżowego.

– A co to mamę obchodzi?! – wrzasnęła Monika. – Czasem muszę sobie sprawić nowy ciuch. Ciągle chodzę ubrana, jakbym była jakąś żebraczką… Łachmaniarą, która w slamsach mieszka. A przecież żeby sobie męża znaleźć, muszę dobrze wyglądać!

– Monisiu, bój się Boga…

– Ty tu Boga w sprawy doczesne nie mieszaj.

– A skąd wzięłaś na to pieniądze? O ile wiem, do wypłaty został tydzień, a ty już wszystko wydałaś. Pożyczyłaś?

– Mamo, do cholery! Nie jestem małą dziewczynką. Nie będzie mnie mama kontrolować!

– Ależ ja cię nie kontroluję, dziecko. Po prostu się o ciebie martwię…

– To się nie martw! Dam sobie radę! A tak w ogóle to mi mama całkiem apetyt odebrała. – Mówiąc to, młodsza Pachnicka weszła do swojego pokoju i głośno zamknęła drzwi.

Zazgrzytała zębami, sięgając po laptopa, i usiadła na kanapie. Dlaczego ta stara wariatka Fryderyka nie przepisała swego majątku jej, tylko Oliwii? Przecież obie jeździły do Borzymia na wakacje! Obie się tam bawiły. W ostateczności powinna chociaż podzielić go na pół. Żal do Fredki, następnie do Oliwii, a na końcu do losu wypełniał serce Moniki i powoli przeradzał się we wściekłość, a na końcu w nienawiść.

Żeby nie myśleć o przykrych sprawach, weszła na portal randkowy. Poczuła ekscytację. Może gdzieś się tam czaił jej przyszły mąż? Z zadowoleniem stwierdziła, że ma piętnaście wiadomości od różnych mężczyzn. Ponad godzinę siedziała, oddzielając ziarna od plew. W rezultacie został jej jeden mężczyzna, nazywający się Paziem Królowej. Napisał o sobie, że nie szuka przygód, tylko drugiej połówki jabłka (jak romantycznie), i że chciałby zaryzykować spotkanie. Przyjrzała się zdjęciu, które umieścił na swoim koncie. Zobaczyła totalnego przeciętniaka. Nijaka uroda. Zwyczajne ubranie. Nic rzucającego się w oczy. No ale może właśnie o to chodziło, żeby facet był dobry, a nie ładny. Może najwyższy czas, żeby Monika zaczęła szukać męża wśród przeciętniaków, skoro ci piękni wiali przed nią gdzie pieprz rośnie. Sama była naprawdę atrakcyjną kobietą. Miała piękną twarz o regularnych rysach, gęste kasztanowe włosy, które zwykle nosiła rozpuszczone, świetną figurę w kształcie klepsydry i zgrabne nogi. Niestety jej typ urody przyciągał wyłącznie mężczyzn, którzy chcieli się zabawić i po kilku tygodniach byli nią bardzo znudzeni.

Przeciętniak we własnej osobie

Monika, ubrana w nową sukienkę, weszła do knajpy, rozglądając się uważnie. Facet z internetu miał czekać przy barze. Oczywiście, że czekał. Na takiego właśnie wyglądał. Porządnicki, punktualny, ugrzeczniony i pozbawiony fantazji. Posiadał wszystkie cechy, których u potencjalnych partnerów nie znosiła. Ale nic to. Postanowiła eksperymentalnie spróbować związku z nijakim mężczyzną. Uznała, że taki bezbarwny, zakompleksiony ktoś złapie się na jej urodę, zachłyśnie się myślą, że chciała go piękna kobieta, i nawet się nie spostrzeże, kiedy stanie na ślubnym kobiercu. Wcale przy tym nie będzie musiał jej się podobać. W końcu cały czas chodziło o jedno: żeby znaleźć męża i raz na zawsze pozbyć się piętna starej panny. A potem szybko rozwód i… problem z głowy.

Bezszelestnie podeszła i usiadła obok. Zanim się odezwała, dyskretnie obrzuciła go uważnym i lekko pogardliwym spojrzeniem. Chciała mieć chwilę na pierwsze wrażenie, które zwykle mówiło jej wszystko o przyszłych relacjach.

– Cześć – powiedziała uwodzicielskim tonem i spojrzała mu w oczy, trzepocząc rzęsami.

– Och, cześć. Nie zauważyłem, kiedy weszłaś… – Uśmiechnął się do niej.

– Monika. – Wyciągnęła do niego rękę. Podał jej swoją. Prawie nie poczuła uścisku.

– Wiesiek Ćmok.

Ożeż! Jakie paskudne imię i jeszcze gorsze nazwisko – pomyślała. Imię adekwatne do jego mało atrakcyjnej aparycji. No ale może później będzie lepiej. Może ten mężczyzna ma jakieś inne zalety, które na razie skrzętnie ukrywa. Zresztą niby jakim cudem miałby ją oczarować, skoro spędzili ze sobą może minutę?

– Czym się zajmujesz? – zapytali jednocześnie, kiedy już przenieśli się do stolika i zamówili piwo.

Monika zauważyła, że jej towarzysz jest bardzo spięty, co okazywał, bawiąc się podstawką pod szklankę. Pomijając powitanie, unikał też patrzenia jej w oczy.

– Ty pierwszy – ustąpiła mu, starając się sprawiać wrażenie nieśmiałej i nieco zagubionej.

– Nie, ty pierwsza.

– OK. Pracuję w Pepco – odparła krótko. Zwykle unikała tego typu zwierzeń na pierwszej randce. Nie miała ochoty przyznawać się, że co chwilę zmieniała pracę. To mogło bowiem rzutować na opinię Wiesława o niej. A przecież chciała zrobić jak najlepsze wrażenie. Olśnić mężczyznę. Zauroczyć go. Rozkochać. Poślubić.

– Ja jestem młodszym opiekunem zwierząt w zoo w Chorzowie.

– Naprawdę? Zajmujesz się zwierzętami? – Monika nie kryła zaskoczenia i podekscytowania niespotykanym charakterem pracy. Na szczęście nie musiała udawać zainteresowania, co z pewnością by nastąpiło, gdyby powiedział, że jest, dajmy na to, księgowym. – Dotąd nie znałam nikogo takiego.

– To sekcja akwarium. Nie mam do czynienia z tygrysami, jeśli to miałaś na myśli. – Mówiąc to, obrzucił ją uważnym spojrzeniem, jakby sprawdzając, czy aby sobie z niego nie kpi.

– Ale i tak to super sprawa…

– Ja wiem? Praca jak każda, choć może nie taka popularna jak ta w sklepie – odparł skromnie Wiesiek i zamilkł.

Monika poczuła się znużona. Rozmowa od początku się rwała. Niby wymieniali się informacjami na swój temat, ale każda odpowiedź mężczyzny na jej pytanie kończyła się takim właśnie milczeniem. Żeby zyskać na czasie, kobieta sięgnęła po kufel, upiła łyk.

– A co lubisz robić poza pracą? – zapytała w końcu z nadzieją, że ten temat sprawi, iż Wiesiek się trochę bardziej otworzy.

– Uwielbiam jeździć na rowerze. Kiedy przeprowadziłem się ze wsi do Katowic, okazało się, że mam strasznie dużo wolnego czasu i energii do spożytkowania. Kupiłem więc rower. Najpierw jeździłem tylko po parku. Energii nie ubywało. Za to w parku zrobiło się ciasno, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Później zacząłem dojeżdżać do pracy, a w weekendy wypuszczałem się w dłuższe trasy. No i tak sobie jeżdżę do dzisiaj. Niezależnie od pory roku. Nieważne dokąd. Każdy pretekst jest dobry. A ty masz rower?

– Nie. Nie przepadam za wysiłkiem fizycznym. – Monika się skrzywiła.

– Szkoda – odparł mężczyzna i znowu zamilkł.

Pachnickiej nie pozostało nic innego, jak pociągnąć dalej rozmowę.

– Powiedziałeś, że przeniosłeś się ze wsi do Katowic. Myślałam, że jesteś stąd.

– Nie, nie! Pochodzę z kieleckiego. Od pół roku mieszka ze mną mama. Tata umarł i bardzo jej się w domu nudziło. Z kolei w pole iść… nie miała siły. Postanowiłem ją do siebie zabrać. Teraz dla odmiany przykrzy jej się tutaj. Nieprzyzwyczajona do mieszkania w bloku. Narzeka, że mało miejsca. Na balkon nie wychodzi, bo kręci jej się w głowie. Windą też boi się jeździć. Już przebąkuje, że wróci do Zagnańska, do mojej siostry. Bo właśnie siostra na gospodarce z mężem została. Ma ponad dwadzieścia hektarów. Brokuł hoduje. Jest też kilka świnek i krów. Każdy urlop spędzam, pomagając im. Wtedy rower idzie w odstawkę. Po całym dniu na polu nie mam siły na jeżdżenie.

– Lubisz pracę na roli?

– Bardzo. W Katowicach wylądowałem za sprawą mojej byłej żony. Poznaliśmy się na targach zoologicznych. Planowałem hodować alpaki i z tego powodu tam się zjawiłem. Nic z tego nie wyszło, bo na tych targach zakochałem się w hostessie. Ona była po prostu w pracy. Miała w nosie zwierzęta. Chciała mnie, a raczej frajera, który zapewni jej wikt i opierunek. Wzięliśmy ślub, bo nalegała, a ja byłem zakochanym osłem. Zamieszkaliśmy na piętnastym piętrze w bloku w centrum Katowic i chciałoby się powiedzieć, że żyliśmy długo i szczęśliwie. Nic bardziej mylnego. Jola zostawiła mnie dla jakiegoś Araba, którego poznała na wycieczce w Dubaju – wyrecytował jak na spowiedzi Wiesiek.

– Pojechała na wycieczkę bez ciebie?

– Powiedziała, że leci służbowo. Uwierzyłem jej. Dość często gdzieś wyjeżdżała. Tymczasem wyczyściła mi konto, płacąc za bilet. Do dziś się wkurzam sam na siebie, że dałem się tak perfidnie oszukać. Już nie jestem taki łatwowierny – rzucił ze złością mężczyzna.

Monika postanowiła nie komentować ostatniej uwagi i czym prędzej zmieniła temat.

– Nie chciałeś wrócić na wieś? – zapytała.

– Kredyt na mieszkanie mnie zatrzymał. Wziąłem go sam, uprzednio podpisawszy intercyzę majątkową. Razem z Jolą nie mieliśmy zdolności kredytowej. Solo bardziej się kwalifikowałem…

– A później nie próbowałeś ułożyć sobie życia? – chciała wiedzieć Monika.

– Nie bardzo. Po porażce z żoną przez dłuższy czas nie mogłem patrzeć na kobiety. Dopiero jakiś miesiąc temu kumpel z ptasiej sekcji namówił mnie na założenie profilu na portalu randkowym. Nie wiem, czy mi uwierzysz, ale napisałem tylko do ciebie jednej. Twoja uroda powaliła mnie na kolana. Jesteś piękną kobietą. – To mówiąc, Wiesław spojrzał pożądliwie na Monikę.

– Dziękuję. Miło mi, że tak uważasz, ale to chyba nie jest najważniejsze?

– Dla mnie bardzo. Jola też była zjawiskowa. Na ulicy oglądał się za nią każdy facet bez względu na wiek – odpowiedział Wiesiek poważnie, a Monikę po prostu zatkało. – Mam szczęście do pięknych i zgrabnych kobiet…

Kiedy się żegnali pod blokiem jej matki, Wiesiek zaproponował kolejną randkę. Zgodziła się, nie mając nic innego do roboty. W sobotę poszli do kina, w niedzielę na spacer do parku. Potem był basen, teatr i kolacja w restauracji. Ich znajomość rozwijała się bez pośpiechu, dokładnie w takim tempie, jakie zaplanowała sobie Monika. Najważniejsze, żeby osiągnąć cel.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Nakładem Wydawnictwa Novae Res ukazała sie również:

Kamila i Nina – siostry bliźniaczki – nie mają szczęścia w miłości. Podczas gdy pierwsza przeżywa kryzys małżeński z powodu oziębłości męża, druga próbuje na nowo ułożyć sobie życie po bolesnym rozwodzie. I choć obie odczuwają znużenie oraz samotność, to nie rezygnują z walki o swoją przyszłość i dzień po dniu próbują odczarować szarą rzeczywistość.

Kamila chce ratować piętnastoletni związek, dlatego stara się obudzić w mężu namiętność oraz pożądanie, Nina zaś postanawia założyć konto na portalu randkowym i tam poszukać swojej drugiej połówki.

Jakie efekty przyniosą starania sióstr?

I czy po czterdziestce można poczuć jeszcze… motyle w brzuchu?

Domek nad jeziorem Borzymskim

ISBN: 978-83-8423-366-5

© Agnieszka Łepki i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Dominika Synowiec

KOREKTA: Emilia Kapłan

OKŁADKA: Agnieszka Wrycz-Szybowska

GRAFIKA: freepik.com

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek