Dom z moich marzeń - Amy Matthews - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Dom z moich marzeń ebook i audiobook

Amy Matthews

4,3
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+

32 osoby interesują się tą książką

Opis

W życiu warto dać drugą szansę, przeżyć prawdziwą miłość i zaakceptować przeszłość, by otworzyć się na przyszłość.

Zoe Copeland nigdy nie miała prawdziwego domu. Dorastając w rodzinach zastępczych, a dziś samotnie wychowując jedenastoletnią Florence, zmaga się z codziennością w wynajętym pokoju w Pittsburghu. Gdy trafia na ofertę małego domku w stanie Maine, nie może uwierzyć własnym oczom – cena jest w jej zasięgu, ale warunki… cóż, dom tonie w starych meblach, skrzynkach pełnych przypadkowych przedmiotów i porcelanowych kotach ukrytych w każdym kącie.​

Flo zakochuje się w tym miejscu od pierwszej chwili, ale Zoe widzi przede wszystkim ogrom pracy i kosztów. Na szczęście z pomocą – nie zawsze chętnie – przychodzi sąsiad Jake, a wspólne sprzątanie szybko zamienia się w coś więcej niż tylko porządkowanie rupieci.​

Kiedy Zoe zaczyna odkrywać historię poprzedniej właścicielki domu, Marly, wracają do niej traumy z własnego życia. Czy to możliwe, że zamiast otworzyć się na nowe możliwości, ugrzęźnie w przeszłości?​

Ta ciepła, krzepiąca historia o nowych początkach, odpuszczaniu, odnajdywaniu drogi do domu i niespodziewanej miłości jest właśnie taka, jakiej teraz potrzebujesz.

Wielowarstwowa opowieść o odnajdywaniu swojego miejsca, nawet jeśli nie jest ono do końca takie, jak się spodziewaliśmy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 501

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 47 min

Lektor: Anna Rawska

Oceny
4,3 (6 ocen)
3
2
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MagdalenaSzary

Nie oderwiesz się od lektury

"Dom jest tam, gdzie czujesz się jak w domu."(T.C.) ⬇️ "Dom z moich marzeń" Amy Matthews @hardewydawnictwo [Współpraca reklamowa] To było moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki i od razu powiem, że zostałam kupiona. Klimatem, opisami, sytuacjami przepełnionymiuczuciami, które trafiają dokładnie tam, gdzie powinny.. to wszystko sprawiło, że przepadłam! Myślałam, że znajdę tu jedynie romans, który spędzi mi sen z powiek. Znalazłam coś znacznie więcej, niż się spodziewałam. Coś, co sprawiło, że nie chciałam kończyć tej historii. Czytałam ją wolno, niespiesznie, delektując się każdą stroną, bo bałam się, że jeśli przemknę przez nią zbyt szybko, przeoczę coś ważnego. Już od samego początku autorka wrzuciła mnie w trudną codzienność, w której samotne macierzyństwo jest jednym z głównych motywów. Pokazuje jego trudy, lęki, rozczarowania i chwile zwątpienia. Niby coś, co zna każdy rodzic.. Jednak samotne macierzyństwo ma w sobie coś jeszcze. Ciężar odpowiedzialności, który nie ...
00



Tytuł ory­gi­nalny: The Tre­asure House

Text Copy­ri­ght © Amy Mat­thews 2026 Publi­shed by arran­ge­ment with Simon & Schu­s­ter (Austra­lia) Pty Limi­ted Suite 19a, Level1, Buil­ding C, 450 Mil­ler Street (PO Box 448), Cam­me­ray, NSW 2062 All rights rese­rved. No part of this book may be repro­du­ced or trans­mit­ted in any form or by any means, elec­tro­nic or mecha­ni­cal, inc­lu­ding pho­to­co­py­ing, recor­ding or by any infor­ma­tion sto­rage and retrie­val sys­tem without per­mis­sion in wri­ting from the Publi­sher.

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © TIME SA 2026 Copy­ri­ght for the Polish Trans­la­tion © Alek­san­dra Weksej 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­tor pro­wa­dząca: Alek­san­dra Paw­liń­ska Redak­cja: Agnieszka Fedo­ro­wicz Korekta: Domi­nika Ładycka, Joanna Myśli­wiec / e-DYTOR Adap­ta­cja okładki: Ewa Popław­ska

Frag­ment książki L. Maud Mont­go­mery Ania z Szu­mią­cych Topoli w prze­kła­dzie Alek­san­dry Kowa­lak-Bojar­czuk.

ISBN 978-83-8343-824-5 Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026

TIME SA ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa Face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two Insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two Tik­tok.com/@har­de­wy­daw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

DlaDru­żyny Ponad­prze­cięt­nejZde­cy­do­wa­nie ponad­prze­cięt­nej od czasu Paryża 2014

Dom powi­nien być skarb­cem życia.

– Le Cor­bu­sier

Dom tchnął spo­ko­jem i pięk­nem. Patrząc nań, myślało się o życiu czyn­nym i poży­tecz­nym. […] prze­żył pięć ludz­kich poko­leń, które pozo­sta­wiły po sobie aurę dostatku – nie bogac­twa, lecz wie­lo­let­niego bez­pie­czeń­stwa i obfi­to­ści, dobrego jadła i wygody. Był to dom, który budził miłość i który darzono miło­ścią.

– Kath­leen Win­sor (przeł. Bar­bara Korzon)

Wszyst­kie wiel­kie sprawy są nie­roz­łącz­nie sple­cione ze spra­wami drob­nymi.

– Lucy Maud Mont­go­mery (przeł. Roza­lia Bern­ste­inowa)

Rozdział pierwszy

Pit­ts­burgh, Pen­syl­wa­nia

Zwy­czajne dni zmie­niają życie. Toczą się jak fale, raz za razem, a my nawet nie zda­jemy sobie sprawy z tego, jak daleko nas zanio­sły, póki nie dotrzemy do brzegu. Ten kon­kretny zwy­czajny dzień był pro­za­icz­nym czwart­kiem na początku lata, kolej­nym mono­ton­nym dniem pracy z prze­rwą na lunch, w któ­rej sta­ra­łam się zabić czas. Nawet nie podej­rze­wa­łam, że otwar­cie apli­ka­cji może wywró­cić moje życie do góry nogami.

– To gdzie dziś zamiesz­kamy? – spy­ta­łam swoją kole­żankę Evę, która sie­działa zgar­biona na końcu stołu i grała w Candy Crush, a jej ciało zda­wało się rów­nie wymięte co jej prąż­ko­wana koszula. Ja posta­no­wi­łam oddać się swo­jej ulu­bio­nej zaba­wie w wyszu­ki­wa­nie domu marzeń i weszłam w jedną z licz­nych apli­ka­cji z ofer­tami nie­ru­cho­mo­ści, byle tylko uciec od naszego bez­barw­nego pokoju socjal­nego, w któ­rym pach­niało odgrze­wa­nymi obia­dami i prze­pa­loną kawą.

– Wczo­raj szu­ka­ły­śmy w Fair Lawn, w New Jer­sey – przy­po­mnia­łam Evie, która ledwo na mnie spoj­rzała znad gierki. Fair Lawn wyda­wało się wprost wyjęte z filmu Disneya, wyglą­dało zupeł­nie jak mia­steczko z Zako­cha­nego kun­dla, któ­rego moja córka Flo­rence obej­rzała chyba z dzie­więć­set razy, kiedy była mała. Flo zawsze spę­dzała waka­cje na jeż­dże­niu od jed­nej niani do dru­giej i czę­sto lądo­wała przed tele­wi­zo­rem. Nie mia­łam pie­nię­dzy, żeby wysłać ją na letni obóz, nawet jed­no­dniowy, a ni­gdy nie mogłam sobie pozwo­lić na wzię­cie urlopu, żeby spę­dzić z nią wię­cej czasu. Jedy­nym, co mnie samej przy­po­mi­nało o tym, że jest lato, były „dni lodów” orga­ni­zo­wane przez moją sze­fową – kiedy tem­pe­ra­tura prze­kra­czała trzy­dzie­ści pięć stopni, przy­no­siła dla wszyst­kich lody na patyku. Ale w Pit­ts­bur­ghu rzadko kiedy zda­rzały się takie tem­pe­ra­tury, a mocna kli­ma­ty­za­cja spra­wiała, że w przy­chodni i tak nie było czuć upału. Nasza kli­nika sta­no­wiła oddział jed­nego z dużych uni­wer­sy­tec­kich cen­trów medycz­nych i mie­ściła się w nie­wiel­kim cegla­nym bun­krze na obrze­żach dziel­nicy South Oakland. Mój dział, który zaj­mo­wał się doku­men­ta­cją finan­sową klien­tów, znaj­do­wał się w pozba­wio­nym okien pomiesz­cze­niu w samym środku budynku. Zawsze kiedy wynu­rza­łam się z niego pod koniec dnia, mru­ga­jąc, czu­łam się jak mor­skie stwo­rze­nie głę­bi­nowe, które ni­gdy nie widziało świa­tła.

Moja mało eks­cy­tu­jąca praca w żad­nym wypadku nie pozwo­li­łaby mi na kupno domu – wła­śnie dla­tego pod­czas prze­rwy na lunch zaj­mo­wa­łam się szu­ka­niem domu marzeń, a nie praw­dzi­wego. Cho­ciaż musia­łam też poszu­kać cze­goś rze­czy­wi­stego, bo wła­ści­ciel miesz­ka­nia, które wynaj­mo­wa­łam, znowu zamie­rzał pod­nieść mi czynsz, a mnie nie stać było ani na centa wię­cej, szcze­gól­nie za zapusz­czoną jed­no­po­ko­jową klitkę z nie­prze­wi­dy­wal­nym dostę­pem do cie­płej wody i nad­re­pre­zen­ta­cją insek­tów.

Ale kto by chciał prze­glą­dać oferty smut­nych miesz­ka­nek na wyna­jem w cza­sie prze­rwy obia­do­wej? Szu­ka­nie domu marzeń było zde­cy­do­wa­nie cie­kaw­sze.

Wczo­raj zna­la­złam nie­ska­zi­tel­nie białą rezy­den­cję kolo­nialną z buj­nym zie­lo­nym traw­ni­kiem i huś­tawką na ganku. To był dokład­nie taki dom, w jakim mogłaby się roz­gry­wać akcja kome­dii roman­tycz­nej. Taki, w któ­rym szyje się pat­chwor­kowe koł­dry i pie­cze placki z jabł­kami, a potem stu­dzi się je na para­pe­cie. I pew­nie byłby też (sek­sowny) ogrod­nik, który przy­cho­dziłby kosić trawę i któ­remu poda­wa­łoby się póź­niej szklankę zim­nej lemo­niady. Wszystko w gra­ni­cach przy­zwo­ito­ści, ale z poten­cja­łem na dobrą zabawę.

To był taki dom, w jakim wyobra­ża­łam sobie inne dzie­ciaki, kiedy jesz­cze sie­dzia­łam w szkol­nej ławce z bur­czą­cym brzu­chem i cho­wa­łam się za zasłoną nie­przy­strzy­żo­nych wło­sów. To był taki dom, gdzie pra­nie suszy się na sznur­kach w słońcu, a kola­cja jest zawsze gotowa na szó­stą.

To był dom pasu­jący do ludzi, któ­rzy nie byli mną.

Dla mnie w dzie­ciń­stwie dom w ogóle nie był miej­scem. Był osobą. Chri­stiną Lynn Cope­land. Moją matką, która z całą pew­no­ścią ni­gdy nie upie­kła placka z jabł­kami i nie stu­dziła go na para­pe­cie. I któ­rej stopa za nic w świe­cie nie posta­łaby w Fair Lawn, w New Jer­sey. „Trzy­maj się mnie, aniołku”, mówiła Tina i trza­skała balo­ni­kiem z gumy do żucia, krad­nąc dla mnie batona. „Nikt nie kocha cię tak jak mamu­sia”. Nosiła obci­słe dżinsy i krót­kie spód­niczki, a włosy far­bo­wała na jaskrawe kolory. Miała brzę­czącą biżu­te­rię, która bły­skała w słońcu. Prze­kli­nała, śmiała się i pła­kała, uwiel­biała słu­chać popu, pusz­czała go sobie gło­śno i tań­czyła, cza­sem nawet w metrze. Żywiła się słod­kimi napo­jami z puszki, schło­dzoną wódką i wszel­kiego rodzaju pro­chami, jakie tylko wpa­dły jej w ręce. Tina była jak impreza, która zaraz miała się zacząć albo wła­śnie się skoń­czyła. Nie było nic pomię­dzy.

Poru­szy­łam się nie­swojo na krze­śle. Dla­czego ja w ogóle myśla­łam o Tinie? Znaj­do­wała się ponad pięć­set kilo­me­trów stąd w wię­zie­niu fede­ral­nym w Hazel­ton, a ja nie widzia­łam się z nią od lat.

– Możemy poszu­kać domów przy plaży, Zoe? – spy­tała mnie Eva. – Mogły­by­śmy przy­naj­mniej tro­chę pouda­wać, że korzy­stamy z lata.

– O, wpisz Miami – powie­działa Caitlin, jedna z pie­lę­gnia­rek, która wła­śnie pod­grze­wała sobie jakieś resztki w mikro­fa­lówce. – Uwiel­biam Miami. A jak kupisz sobie tam dom, będę mogła cię odwie­dzać.

– Ona nie kupuje domu – dopre­cy­zo­wała Eva. – Ona tylko sobie wyobraża, że kupuje dom.

– I co z tego? Wyobraź sobie, że prze­pro­wa­dzasz się do Miami, a ja wyobrażę sobie, że do cie­bie przy­jeż­dżam.

Posłusz­nie zaczę­łam szu­kać nie­ru­cho­mo­ści na sprze­daż w Miami, ode­pchnąw­szy od sie­bie myśli o wzro­ście czyn­szu i Tinie.

– W któ­rej dziel­nicy? – W Miami jesz­cze ni­gdy nie szu­ka­łam.

– Takiej nie­zbyt let­ni­sko­wej – pora­dziła Caitlin. – Niech to będzie miej­sce z klasą.

Musia­łam wygu­glo­wać dziel­nice z klasą.

– Coco­nut Grove?

– Jasne, czemu nie. – Mikro­fa­lówka zapisz­czała, a Caitlin wycią­gnęła swoje jedze­nie i dosia­dła się do nas.

– O, spójrz­cie na to. Willa w stylu śród­ziem­no­mor­skim w połu­dnio­wej czę­ści Coco­nut Grove. Ma trzy sypial­nie, dwie i pół łazienki…

– Na co komu pół łazienki? – burk­nęła Eva. Szu­ka­nie domu marzeń psuło jej cza­sem humor. Zazwy­czaj kiedy zbli­żał się ter­min spłaty karty kre­dy­to­wej.

– Jest też basen! – Migo­ta­nie nie­bie­skiej wody na tle tro­pi­kal­nych ogro­dów mnie urze­kło. Obró­ci­łam tele­fon tak, żeby mogły popa­trzeć na ekran. Szu­ka­nie domu marzeń było jak odwra­ca­nie kolej­nych stron książki i wyobra­ża­nie sobie innej wer­sji wła­snego życia. Czy to w willi śród­ziem­no­mor­skiej w Miami, czy w sta­rym drew­nia­nym domu w Min­ne­so­cie – w każ­dym z tych miejsc potra­fi­łam zoba­czyć swoje wyma­rzone życie.

Odkąd byłam mała, wie­dzia­łam, że każdy dom jest inny, że kryje w sobie odmienne smaki, zapa­chy, kolory, nadzieje i tem­pe­ra­tury uczuć. Może ni­gdy nie mia­łam wła­snego domu, ale naoglą­da­łam się ich w życiu cał­kiem sporo. Od domów rodzin zastęp­czych po wszyst­kie miesz­ka­nia Tiny – prze­pro­wa­dza­łam się wię­cej razy, niż potra­fi­ła­bym zli­czyć.

Dla­czego znowu myśla­łam o Tinie? Willa śród­ziem­no­mor­ska w połu­dnio­wej czę­ści Coco­nut Grove nie miała w sobie nic, co powinno mi się sko­ja­rzyć z rodzi­nami zastęp­czymi albo z Tiną. Jesz­cze moc­niej ode­pchnę­łam od sie­bie te myśli i zaczę­łam sobie wyobra­żać, że zamie­rzam kupić posia­dłość w Miami, że razem z córką wiodę tam życie ską­pane w słońcu i już ni­gdy nie muszę się przej­mo­wać kwe­stiami miesz­ka­nio­wymi.

Pomimo kiep­skiego humoru Eva zain­te­re­so­wała się willą. Zosta­wiła Candy Crush i pod­su­nęła sobie krze­sło bli­żej.

– Ile za niego chcą?

Spraw­dzi­łam.

– Pięć milio­nów trzy­sta.

– Auć. – Caitlin się skrzy­wiła.

– To tyle co nic. – Eva posłała jej pobłaż­liwe spoj­rze­nie. – Dawaj, Zoe, pokaż jej, co tam masz.

– Robi­cie to na każ­dej prze­rwie obia­do­wej? – spy­tała Caitlin, nachy­la­jąc się nad sto­łem.

– Zoe tak. – Eva z sym­pa­tią oparła głowę na moim ramie­niu. – Jest typem pato­lo­gicz­nej doma­torki. Poza tym gustuje w szam­pa­nie, a stać ją tylko na piwo.

– Nawet na piwo nie. – Wes­tchnę­łam, prze­rzu­ca­jąc kolejne zdję­cia lśnią­cych nie­ru­cho­mo­ści w poszu­ki­wa­niu takiej, o jaką mi cho­dziło. – Stać mnie tylko na wodę z kranu. – Poza tym wcale nie byłam doma­torką, na pewno nie w praw­dzi­wym życiu. Mój dom wyglą­dał raczej jak tym­cza­sowe lokum stu­denc­kie. Wszyst­kie meble, które posia­da­łam, były z dru­giej ręki.

– To tak jak mnie – powie­działa współ­czu­jąco Caitlin. – Teraz pew­nie powin­nam oszczę­dzać nawet wodę z kranu.

– O. – Zatrzy­ma­łam się na ofer­cie praw­dzi­wej perełki w Palm Beach. – To jest nasz dom.

Nagłó­wek brzmiał: „Twoja jedyna szansa na wyma­rzony dom”. Eva zagwiz­dała cicho na jego widok. Prze­czy­ta­łam opis posia­dło­ści i wybuch­nę­łam śmie­chem, bo do tego domu nie paso­wało nawet słowo „marze­nie”. Bli­żej mu było do „uro­je­nia”.

– „Trzy­na­sto­po­ko­jowy, pięt­na­sto­ipół­ła­zien­kowy dom jed­no­ro­dzinny”. – Zaśmia­łam się z nie­do­wie­rza­nia. – Co to by miała być za rodzina?

– Rodzina milio­nera, który roz­wiódł się pięt­na­ście razy, a na waka­cje dostaje wszyst­kie dzieci pod opiekę – zasu­ge­ro­wała Caitlin i się­gnęła mi przez ramię, żeby prze­wi­nąć zdję­cia.

Przy domu znaj­do­wał się staw rybny ze słoną wodą, basen typu infi­nity, trzy wodo­spady oto­czone bujną tro­pi­kalną roślin­no­ścią i jacht zacu­mo­wany przy pry­wat­nej przy­stani.

Wszyst­kie trzy pod­nio­sły­śmy wzrok znad tele­fonu i spoj­rza­ły­śmy na pro­za­iczny kra­jo­braz Pit­ts­bur­gha roz­ta­cza­jący się za oknem pokoju socjal­nego. Wes­tchnę­ły­śmy chó­rem.

– To nie jest dom, tylko ośro­dek wypo­czyn­kowy – powie­działa Caitlin, po czym się wypro­sto­wała i wró­ciła do swo­jego lun­chu z miną osoby pogo­dzo­nej z rze­czy­wi­sto­ścią.

Na widok ceny poda­nej w ogło­sze­niu wyrwał mi się mimo­wolny okrzyk.

– Aż tak źle? Ile chcą? Pięt­na­ście milio­nów?

– Trzy­dzie­ści – zga­dy­wała Eva.

– Yy… – Odchrząk­nę­łam. – Co powiesz na sto trzy­dzie­ści sześć?

– No co ty. Cze­kaj. Ale milio­nów?

Prze­chy­li­łam tele­fon, żeby zoba­czyła. Zaklęła.

– Musia­ła­bym wygrać w Mega Mil­lions. – Wes­tchnę­łam i odło­ży­łam tele­fon ekra­nem do dołu, po czym się­gnę­łam po swoją więd­nącą sałatkę. Gdy­bym rze­czy­wi­ście wygrała na lote­rii, mogła­bym wresz­cie wynieść się razem z Flo z miesz­ka­nia, na które już nie było nas stać. Nie potrze­bo­wa­łam trzech wodo­spa­dów i przy­stani na jacht. Wystar­czyłby kawa­łek prze­strzeni dla dwóch osób, może z ogro­dem i z dobrą szkołą w pobliżu. Miej­sce, które mogły­by­śmy zmie­nić w dom.

Ale dosko­nale wie­dzia­łam, że to mrzonka. Mia­łam rów­nie wiel­kie szanse na kupno domu jak na zwy­cię­stwo w Ken­tucky Derby bez konia.

Mimo to uwiel­bia­łam szu­kać domu marzeń. Czu­łam jakiś spo­kój, kiedy wyobra­ża­łam sobie życie w takich miej­scach, szcze­gól­nie tych prost­szych – nie­du­żych budyn­kach pośrodku kwit­ną­cych ogro­dów, przy cichych uli­cach, na przed­mie­ściach albo w mia­stecz­kach wysu­nię­tych poza falu­jący kil­wa­ter wiel­kich miast. W zwy­kłych domach.

Takich jak mój ostatni dom zastęp­czy.

Mia­łam trzy­na­ście lat, kiedy po raz trzeci i ostatni tra­fi­łam do rodziny zastęp­czej. Gdy wezwano mnie przez radio­wę­zeł do gabi­netu dyrek­tora, od razu wie­dzia­łam, kogo tam znajdę. Kolejną przed­sta­wi­cielkę opieki spo­łecz­nej z pod­krą­żo­nymi oczami i wyćwi­czo­nym wyra­zem uprzej­mo­ści na twa­rzy. Nie musiała mi wyja­śniać, dla­czego przy­szła, spo­dzie­wa­łam się jej. Nie pamię­tam, jak miała na imię. Zabrała mnie do miesz­ka­nia mamy, żebym się spa­ko­wała, a potem zawio­zła do domu dziecka, gdzie cze­ka­łam, aż znajdą mi jakieś stałe miej­sce. Dom dziecka to w mojej pamięci roz­ma­zana mar­twa natura: łóżko pię­trowe i zapach taniego proszku do pra­nia. Mia­łam tak cho­ro­bliwe wyrzuty sumie­nia, że nie mogłam spać. Wie­dzia­łam, że tym razem zna­la­złam się tu z wła­snej winy. Była tam dziew­czynka z poszewką w poke­mony, którą zało­żyła sobie na pla­sti­kową poduszkę z sie­ro­cińca – prze­pła­kała wszyst­kie moje bez­senne noce. Ja raczej nie pła­ka­łam. Wtedy już chyba prze­szła mi na to ochota.

Kiedy tydzień póź­niej opu­ści­łam dom dziecka, zosta­łam zawie­ziona na ran­czo w Brad­ford Woods, na pół­noc­nym końcu Pit­ts­bur­gha. Pamię­tam, że był maj, a wzdłuż pod­jazdu, w który skrę­ci­li­śmy, rosły kwit­nące bzy. Były też drzewa rzu­ca­jące wiel­kie cie­nie oraz traw­nik tak zie­lony i ide­alny, że wyda­wał się nie­rze­czy­wi­sty. Póź­niej dowie­dzia­łam się, że Wayne Over­beck, mój nowy ojciec zastęp­czy, ma obse­sję na punk­cie tego traw­nika. Orga­ni­zo­wał sobie cały rok wokół ska­ry­fi­ka­cji i wysie­wów, kosze­nia i nawo­że­nia. Jego ulu­bio­nym zaję­ciem w lecie było prze­cha­dza­nie się po tra­wie ze szlau­chem, piwem w ręce i meczem bejs­bo­lo­wym na słu­chaw­kach. Dla Wayne’a życie było pro­ste. Do szczę­ścia potrze­bo­wał tylko domu, rodziny i traw­nika.

Jego żona Suni była nieco bar­dziej skom­pli­ko­wana, ale nie­wiele. Pra­co­wała w dziale rekru­ta­cji jed­nego z miej­sco­wych uni­wer­sy­te­tów i ni­gdy nie potra­fiła usie­dzieć w miej­scu. Suni cią­gle wynaj­do­wała sobie jakieś zaję­cie: cza­sem two­rzyła albumy rodzinne, innym razem ukła­dała mozaiki ze szkla­nych kamycz­ków, jesz­cze innym zbie­rała dzi­kie rośliny jadalne albo obser­wo­wała ptaki.

Over­bec­ko­wie mieli dwoje wła­snych dzieci – Lance’a i Ali­son – ale przyj­mo­wali też dzieci z domu dziecka, bo jak mawiała Suni: „Nie było powodu, żeby dwie zupeł­nie dobre sypial­nie miały się mar­no­wać”. Ich dom balan­so­wał na gra­nicy mię­dzy porząd­kiem a cha­osem, był pełen ludzi i dźwię­ków: hałasu meczów bejs­bo­lo­wych, które Wayne oglą­dał w tele­wi­zji; gitary i pop punku, któ­rego słu­chał Lance; gło­sów Ali­son i jej kole­ża­nek ćwi­czą­cych przed pró­bami chóru; a także szcze­ka­nia ich pod­eks­cy­to­wa­nego corgi o imie­niu Arthur, który bie­gał od pokoju do pokoju. Przez całe liceum, kiedy tam miesz­ka­łam, zaj­mo­wa­łam tur­ku­sowy pokój, pod­czas gdy przez liliowy prze­wi­nęło się kil­koro innych przy­bra­nych dzieci: Thad, który miał sie­dem lat i został tylko na kilka mie­sięcy; Leanne, która była rok star­sza ode mnie i miesz­kała tam pół­tora roku; i wresz­cie Bethany – tak nie­śmiała, że nie potra­fiła patrzeć ludziom w oczy, kiedy do nich mówiła. Suni i Wayne trak­to­wali nas wszyst­kich tak samo, jako człon­ków rodziny.

Podo­bało mi się życie u Over­bec­ków. Ale i tak chcia­łam, żeby Tina wyszła ze sta­no­wego zakładu kar­nego w Muncy, gdzie tra­fiła za posia­da­nie nar­ko­ty­ków. Chcia­łam, żeby po mnie przy­je­chała, chcia­łam poczuć, jak jej obję­cia ota­czają mnie sło­necz­nym bla­skiem. Nic nie może się rów­nać z wła­sną matką, nawet jeśli wła­sna matka jest ćpunką. Kiedy po raz pierw­szy puści­łam Flo Czar­no­księż­nika z Oz i Dorotka powie­działa: „Nie ma to jak w domu”, na­dal koja­rzyło mi się to z Tiną. Dla mnie poczu­cie prze­by­wa­nia w domu wią­zało się z osobą, nie z miej­scem. I do tej pory tak było, tylko tą osobą stała się Flo.

W ten zwy­kły czwar­tek w pracy, kiedy jadłam sałatkę, myśla­łam o wszyst­kich miej­scach, w któ­rych miesz­ka­łam po Over­bec­kach. O aka­de­mi­kach, o kolej­nych poko­jach, które wynaj­mo­wa­łam we współ­dzie­lo­nych miesz­ka­niach. A potem, kiedy zaszłam w ciążę, był ten krótki okres, kiedy miesz­ka­łam z Timem…

– Zapo­mnij o milio­ne­rach na Flo­ry­dzie – rzu­ciła Eva z obrzy­dze­niem. – Znajdź nam jakiś dom, w który będziemy mogły naprawdę uwie­rzyć. – Popchnęła tele­fon w moim kie­runku.

– Ja tam wie­rzę w tę willę – powie­działa z zapa­łem Caitlin.

Eva rzu­ciła w nią ser­wetką zwi­niętą w kulkę.

– A ja nie. Ja chcę marze­nia, które mogłoby się speł­nić.

Pró­bo­wa­łam wymy­ślić naj­nor­mal­niej­sze miej­sce na świe­cie, gdzieś na przed­mie­ściach, gdzie zatrzy­mują się auto­busy szkolne i gdzie dzie­ciaki jeż­dżą na rowe­rach w dłu­gie let­nie popo­łu­dnia. Może Ohio? Prze­wi­ja­łam oferty jedno- i dwu­pię­tro­wych domów w Cle­ve­land w poszu­ki­wa­niu traw­nika i sypialni, która mogłaby się spodo­bać Flo. Przez całe swoje życie dzie­liła pokój ze mną – czy nie byłoby wspa­niale, gdyby dostała wła­sny?

Flo­rence nie była pla­no­wana. Jako naiwna (głu­pia) dwu­dzie­sto­jed­no­latka potra­fi­ła­bym się zako­chać w dowol­nej oso­bie, która oka­za­łaby mi odro­binę uczu­cia. Kiedy pozna­łam Tima, byłam kłęb­kiem pro­ble­mów z przy­wią­za­niem i lękiem przed porzu­ce­niem, więc zako­cha­łam się szybko i gwał­tow­nie. Na trze­cim roku stu­diów zaszłam w ciążę z face­tem, któ­rego, jak sądzi­łam, kocha­łam, a który był rów­nie naiwny (głupi) jak ja.

Chciał, żebym uro­dziła to dziecko, a ja byłam na tyle młoda, by mu uwie­rzyć, gdy zapew­niał, że zawsze przy mnie będzie. Tak bar­dzo chcia­łam mu wie­rzyć, że kiedy skła­da­li­śmy łóżeczko w kawa­lerce, którą dla sie­bie zna­leź­li­śmy, naprawdę mia­łam wra­że­nie, że nam się uda. Teraz Tim mieszka ze swoją narze­czoną Alyssą w Seat­tle, dokąd prze­niósł się po stu­diach. Dzwoni do Flo w ponie­działki, czwartki i nie­dziele, a oprócz tego wysyła jej paczki pocztą. Płaci ali­menty. Zazwy­czaj. Chyba nie prze­szka­dza mu za bar­dzo, że dzieli go od niej cały kraj. Ja tym­cza­sem ledwo potra­fię znieść roz­sta­nie z nią na week­end, gdy jeź­dzi w odwie­dziny do Tima. Prze­szła­bym boso przez Góry Ska­li­ste w środku zimy, byleby do niej dotrzeć. Dla tego dziecka sta­nę­ła­bym do walki z niedź­wie­dziami.

Albo porzu­ci­ła­bym edu­ka­cję i pra­co­wała po osiem godzin dzien­nie, prze­glą­da­jąc rachunki klien­tów cen­trum medycz­nego.

Otwo­rzy­łam ofertę ślicz­nej drew­nia­nej chaty z roz­ło­ży­stym dębem na tyłach, dom­kiem na drze­wie i dzie­cięcą sypial­nią poma­lo­waną tak, by przy­po­mi­nała altanę wró­żek. Zaczę­łam sobie wyobra­żać, że tam miesz­kamy, a ja co wie­czór kładę Flo do tego cukier­kowo różo­wego łóżka pię­tro­wego, mimo że jest już zde­cy­do­wa­nie za duża na róż. A przy­naj­mniej tak twier­dzi. Nie­po­kój, który poczu­łam w brzu­chu, zaczął się cofać.

– A może ten? – Obró­ci­łam tele­fon, żeby poka­zać im, co zna­la­złam.

Eva, która też miała dzieci, wes­tchnęła z apro­batą.

– Myślisz, że dałoby się tam wci­snąć trze­cie łóżko?

Caitlin, która nie miała dzieci, zmarsz­czyła nos.

– To nie jest dom marzeń. Jest zbyt rze­czy­wi­sty.

Pokrę­ci­łam głową.

– Jest ide­alny.

Nikt nas nie uprze­dza, jak trudno być rodzi­cem – ci zapra­wieni w bojach cza­sem tylko posy­łają tym nie­do­świad­czo­nym iro­niczne spoj­rze­nie, które ledwo cokol­wiek zdra­dza. Bo jak prze­ka­zać nie­wta­jem­ni­czo­nym, że mat­czyna miłość to potężny, nabie­gły czarną krwią nowo­twór uczu­ciowy? Że nie ma nic wspól­nego z lekko roz­mytą reklamą zasypki dla nie­mow­ląt John­son & John­son? Czu­jesz się raczej jak w Tita­nicu. Wiesz, że sta­tek zato­nie nie­za­leż­nie od tego, co zro­bisz, ale za wszelką cenę chcesz wsa­dzić tego dzie­ciaka na dry­fu­jące drzwi (albo do cukier­kowo różo­wego łóżka), zanim sama zgi­niesz.

Prze­raża mnie moja miłość do Flo­rence.

Zanim się poja­wiła, nie zda­wa­łam sobie sprawy, jaka byłam smutna, jaka samotna. Nie wie­dzia­łam, jak bar­dzo byłam zanie­dbana emo­cjo­nal­nie. Ale gdy tylko na nią spoj­rza­łam, całe życie wyostrzyło mi się przed oczami i wcale nie oka­zało się piękne. Sama myśl o tym, że mogłaby tra­fić do mojego dzie­ciń­stwa – gdzie pozo­sta­wiona samej sobie w zim­nym miesz­ka­niu pod­grze­wa­łaby paczkę goto­wego maka­ronu z serem przy akom­pa­nia­men­cie powtó­rek tele­wi­zyj­nych i co chwilę rzu­ca­łaby się do drzwi, żeby spraw­dzić, czy są zamknięte na klucz, bo sąsie­dzi awan­tu­ro­wa­liby się za gło­śno – pra­wie mnie zła­mała.

Tylko czy ja rze­czy­wi­ście radzi­łam sobie lepiej niż Tina? Jasne, nie ćpa­łam ani nie zosta­wia­łam Flo samej, żeby pra­co­wać na ulicy, nie odsia­dy­wa­łam też wyro­ków w wię­zie­niu, ale wynaj­mo­wa­ły­śmy zanie­dbane miesz­ka­nie z kapry­śnym ogrze­wa­niem. I nawet na to już nie­długo nie będzie mnie stać.

– Wie­cie co, ja chyba zagram w Mega Mil­lions – wypa­li­łam, wpa­tru­jąc się w sypial­nię wró­żek, na którą nie mogłam sobie pozwo­lić.

I wła­śnie wtedy Caitlin powie­działa coś, co zmie­niło moje życie na zawsze.

– Zapo­mnij o Mega Mil­lions – rzu­ciła i wstała, żeby wyrzu­cić nie­do­je­dzone resztki do kosza. – Znajdź sobie raczej jakiś dom skar­bów.

Nie mia­łam poję­cia, o czym mówi.

– Dom skar­bów?

– No wiesz, są takie na Tik­Toku. Takie rupie­ciar­nie. – Caitlin cała się roz­pro­mie­niła i wycią­gnęła swój tele­fon. – Och, zoba­czysz, to ci się spodoba. Masz. – I podała mi moją przy­szłość.

Rozdział drugi

Domy skar­bów, jak się oka­zało, były domami, któ­rych nikt nie chciał. Wypeł­nione po brzegi pozo­sta­ło­ściami po cha­otycz­nym życiu, sta­no­wiły po pro­stu sterty śmieci. Ale dało się zauwa­żyć, że ktoś je kie­dyś kochał – można to było wywnio­sko­wać z resz­tek wzo­rzy­stych tapet, które ktoś na pewno sta­ran­nie dobrał; ze sta­rych, zardze­wia­łych huś­ta­wek w zaro­śnię­tych ogro­dach; z zaku­rzo­nych zdjęć w zaśnie­dzia­łych ram­kach.

Poczu­łam natych­mia­stową więź z domami skar­bów z Tik­Toka.

Pierw­sza rolka, którą obej­rza­łam, przed­sta­wiała maleńki domek w Tra­verse City w sta­nie Michi­gan. Miał roz­miary kon­te­nera i ota­czał go złom. Zoba­czy­łam tam stare zlewy, prze­rdze­wiałe taczki, czter­dzie­sto­li­trowe meta­lowe beczki prze­wró­cone na bok i ogól­nie pełno poroz­rzu­ca­nych przed­mio­tów. Kupiła go uśmiech­nięta, żwawa para ludzi w butach robo­czych i z młot­kami w dło­niach. Rolki poka­zy­wały, jak sprzą­tają swoje nowe lokum w dwu­krot­nie przy­spie­szo­nym tem­pie, a uśmie­chy ani na moment nie scho­dzą im z twa­rzy. Na moich oczach zanie­dbany budy­nek wyło­nił się z mroku i zmie­nił w wesoły, żół­ciutki domek ze sło­necz­nymi bia­łymi wnę­trzami i wido­kiem na świeżo wyściół­ko­wane rabaty od frontu.

Naj­więk­sze zasko­cze­nie?

Zapła­cili trzy­dzie­ści sie­dem tysięcy dola­rów za ruderę pełną śmieci. A sprze­dali swoje żółte marze­nie za ponad dwie­ście tysięcy.

Nie no, poważ­nie…

Trzy­dzie­ści sie­dem tysięcy za cały dom.

Domy skar­bów były poroz­rzu­cane po naj­dal­szych zakąt­kach kraju, po miej­scach, które nie spe­cja­li­zo­wały się w kiczo­wa­tych wil­lach i przy­sta­niach do cumo­wa­nia jach­tów: Fort Flagg w Ala­ba­mie, Quilty w Geo­r­gii, Nail­sworth w Ohio. Można było je zna­leźć w Min­ne­so­cie, Dako­cie Połu­dnio­wej, India­nie i Nowym Mek­syku, w mia­stach, o któ­rych ni­gdy nawet nie sły­sza­łam. Hasz­tag ‘domskar­bów’ dopro­wa­dził mnie do ludzi wal­czą­cych z grzy­bem i ple­śnią, opo­sami i szo­pami, wykwi­tami sol­nymi, opa­rzeń­cem pną­cym i opa­rzeń­cem jado­wi­tym, azbe­stem i prze­cią­że­niem emo­cjo­nal­nym. Ale… wszy­scy, bez wyjątku, mieli dom. Wła­sne miej­sce. Za wprost śmieszne pie­nią­dze.

Za pie­nią­dze, które mia­łam nawet ja.

Gdyby te budynki stały w bar­dziej atrak­cyj­nych miej­scach, zosta­łyby sprze­dane za poważne kwoty, pomimo ruiny. One jed­nak znaj­do­wały się w takich zakąt­kach kraju, w któ­rych tylko nie­liczni mieli ochotę zamiesz­kać, a jesz­cze mniej liczni byli gotowi wziąć na sie­bie trud remontu. Weszłam na pro­fil jed­nej kobiety, która nazwała się ZaradnaMama24 – była samotną matką trójki dzieci i kupiła dom skar­bów w sta­nie Waszyng­ton za sześć­dzie­siąt dwa tysiące dola­rów. Gospo­dar­stwo wyglą­dało jak z obrazka, tylko tro­chę prze­tar­tego: popę­kane ramy okienne, walący się komin i farba tak wybla­kła i złusz­czona, że ledwo dało się stwier­dzić, jaki miała kie­dyś kolor. Podwórko przy­po­mi­nało pusty­nię, a za domem rosła potężna cho­ina. Serce mi się ści­snęło na widok tego domu przy­cup­nię­tego smutno pod drze­wem jak stary bez­pań­ski pies.

Ale prze­wi­ja­łam kolejne rolki i zoba­czy­łam, jak ZaradnaMama24 i jej troje dzieci wyła­do­wują z cię­ża­rówki świeżą czarną zie­mię do pokry­cia pyli­stego podwórka. Od nowa pobie­lili zewnętrzne ściany domu, a drzwi fron­towe poma­lo­wali na wiśniowo. W miarę jak dom powoli się zmie­niał, jesie­nią na ostat­nim krzy­wym stop­niu poja­wił się lam­pion z wydrą­żo­nej dyni, zimą na cho­inie zamru­gały lampki świą­teczne, a latem u stóp budynku zakwi­tły kępki kwia­tów. Gospo­dar­stwo wciąż było stare, ale stało się kochane. Zamiesz­kane.

Nie wsty­dzę się powie­dzieć, że oglą­da­łam te rolki kil­ka­na­ście razy po pracy i kolejne kil­ka­na­ście wie­czo­rem w łóżku, ze słu­chaw­kami na uszach, żeby rela­cja ZaradnejMamy24 nie obu­dziła Flo. Nasze miesz­ka­nie miało tak małe roz­miary, że z dowol­nego miej­sca sły­chać było wszystko, co robiła druga osoba: z kuchni sły­sza­łam szczo­teczkę do zębów Flo, z sypialni – pomruk lodówki, spod prysz­nica – sprę­żyny w łóżku, na któ­rym Flo rano sia­dała, żeby wło­żyć buty. A nasze poje­dyn­cze łóżka prak­tycz­nie się doty­kały. Jak można sobie wyobra­zić, zdzia­łało to cuda w moim życiu miło­snym.

Czę­sto czu­łam się jak w pułapce, szcze­gól­nie wie­czo­rami, kiedy skra­da­łam się po miesz­ka­niu, usi­łu­jąc nie obu­dzić wła­snego dziecka, a im bar­dziej Flo rosła, tym bar­dziej nasi­lało się to uczu­cie. Zbli­żały się jej dwu­na­ste uro­dziny. Dwa­na­ście lat życia spę­dzo­nego na skra­da­niu się. Ten czas szybko zle­ciał, a zara­zem dłu­żył się nie­mi­ło­sier­nie. Ja w wieku dwu­na­stu lat zosta­łam przy­jęta do rodziny zastęp­czej pań­stwa Brack­nel­lów. Oboje peł­nili funk­cję dia­ko­nów w jakimś kościele, a ich dom był bar­dzo czy­sty. Na samą myśl o tym, że Flo mia­łaby się spa­ko­wać i zamiesz­kać z obcymi ludźmi, wypeł­niło mnie wiel­kie, gorące, bole­sne uczu­cie. I kiedy tak do późna w nocy oglą­da­łam rolki z domami skar­bów, wycią­gnę­łam rękę, żeby dotknąć swo­jej śpią­cej córki. Prę­dzej bym umarła, niż pozwo­liła, żeby kto­kol­wiek mi ją ode­brał, tak jak ja byłam odbie­rana Tinie jako dziecko.

Flo pochra­py­wała cicho jak szcze­nia­czek. Sko­pała z sie­bie pościel, bo pano­wał upalny czer­wiec, a my nie mia­ły­śmy kli­ma­ty­za­cji. Usły­sza­łam, jak pijani stu­denci wra­cają z barów, gło­śno się nawza­jem uci­sza­jąc i chi­cho­cząc na klatce. Te odgłosy spra­wiły, że poczu­łam się, jak­bym miała milion lat. Czy ja kie­dy­kol­wiek cie­szy­łam się taką wol­no­ścią? I czy na­dal będę tu miesz­kać, kiedy Flo doro­śnie do ich wieku?

Leżąc w ciem­no­ści, poczu­łam, jak coś we mnie pęka. Kurde, prze­cież ja mia­łam dopiero trzy­dzie­ści dwa lata; wcale nie byłam aż tak dużo star­sza od tych stu­den­tów na klatce. Powin­nam teraz zama­wiać drinka w jakimś ele­ganc­kim klu­bie, łapać spoj­rze­nia uwo­dzi­ciel­skiego bar­mana i śmiać się z przy­ja­ciół­kami. W każ­dym kolej­nym dniu powin­nam szu­kać bły­sku nowych moż­li­wo­ści. Powin­nam… robić cokol­wiek, byle nie to.

I kiedy tak leża­łam, oglą­da­jąc, jak ludzie wyno­szą rupie­cie z roz­wa­la­ją­cych się domów, dopa­dła mnie sza­lona myśl.

Mogła­bym to zro­bić.

Mogła­bym stąd uciec. Mogła­bym kupić dom. Zacząć od nowa.

Mogła­bym stwo­rzyć dla sie­bie życie, jakiego chcia­łam, zamiast żyć tym, które odzie­dzi­czy­łam. W zależ­no­ści od stanu budynku i miej­sco­wo­ści, w któ­rej był poło­żony, ceny domów skar­bów wahały się od trzy­dzie­stu do stu tysięcy dola­rów. Za cały dom. Syfia­ste miesz­ka­nie jed­no­po­ko­jowe w moim bloku poszło ostat­nio za sto sześć­dzie­siąt tysięcy, a liczyło tylko około pięć­dzie­się­ciu metrów kwa­dra­to­wych. Domy skar­bów miały wiele pokoi, ogrody, a cza­sem nawet widok na góry, rzekę albo – ist­nym cudem – na ocean. Jasne, były w ruinie, ale ja czu­łam się młoda i silna. Jeśli inni ludzie potra­fią odna­wiać takie budynki, dla­czego mnie mia­łoby się nie udać?

– Co to? – spy­tała Flo­rence następ­nego ranka przy śnia­da­niu i pod­su­nęła mi mój tele­fon, żebym zoba­czyła ekran.

– To dom skar­bów.

– Dom czego? – Oży­wiła się, a ja od razu wie­dzia­łam, że pomy­ślała o pira­tach. Pod­czas naszego ostat­niego wie­czoru fil­mo­wego oglą­da­ły­śmy Goonies.

– Nie takich skar­bów – wyja­śni­łam, żeby unik­nąć roz­mów o dublo­nach. – To po pro­stu domy pełne rupieci, które ludzie sprze­dają.

– Sprze­dają domy czy rupie­cie? – Nachy­liła się nad moim tele­fo­nem, a koniec jej war­ko­cza zwi­nął się na ławie kuchen­nej. Prze­su­nęła do następ­nej rolki.

– Jedno i dru­gie. Kupu­jesz dom, ale razem z nim wszyst­kie rupie­cie.

– A, faj­nie. – Popa­trzyła na mnie z uśmie­chem.

Flo miała wiel­kie, głę­boko osa­dzone oczy, okrą­głe policzki i zwy­czaj żucia koń­có­wek war­ko­czy, aż zaczy­nały przy­po­mi­nać mokre pędzle. Odzie­dzi­czyła po swoim tacie wąskie, ruchliwe usta i swo­bodę towa­rzy­ską, a po mnie dostała ciem­niej­sze włosy i kar­na­cję oraz zami­ło­wa­nie do ksią­żek. Obie były­śmy wyso­kie i mia­ły­śmy troszkę za sze­ro­kie pod­bródki, a ponie­waż nie zno­si­ły­śmy wizyt u fry­zjera, mia­ły­śmy dość dłu­gie, nie­sforne włosy z masą roz­dwo­jo­nych koń­có­wek.

– Patrz, ten ma basen. – Wska­zała łyżką na ekran.

– Nie wydaje mi się, żeby to był basen. To raczej zwy­kły dół.

– Po co komu dół na podwórku?

Nasłu­cha­łam się dość pod­ca­stów o praw­dzi­wych zbrod­niach, by wie­dzieć, że nie chcę pozna­wać odpo­wie­dzi na to pyta­nie. Prze­su­nę­łam na następny fil­mik.

– Jak to się stało, że zastą­pi­łaś Harry’ego Sty­lesa rol­kami o domach peł­nych rupieci? – Flo odwró­ciła pudełko płat­ków i wytrzą­snęła sobie do miski górę Che­erio­sów.

– Uwa­żaj, co mówisz. Harry’ego nie da się zastą­pić. – Zabra­łam jej pudełko.

– Mama Vandy pozwala jej jeść w waka­cje Apple Jacksy.

– Cie­szę się jej szczę­ściem.

– I Pop Tartsy.

– Pop Tartsy to deser, nie śnia­da­nie. – Poda­łam jej mleko.

– Sprze­dają je w dziale z płat­kami śnia­da­nio­wymi.

Zigno­ro­wa­łam tę uwagę.

– Nie sądzisz, że to smutne, że muszę jeść Che­eriosy zamiast Apple Jack­sów, pod­czas gdy moja matka upra­wia phub­bing rodzi­ciel­ski?

Cza­sem czu­łam się tak, jak­bym miesz­kała z mło­do­cianą pro­ku­ra­torką.

– Nie upra­wiam żad­nego „phub­bingu”, tylko szu­kam dla nas domu. – Nie­dawno Flo z upodo­ba­niem zaczęła uży­wać tego poję­cia, bo lubiła mnie besz­tać za to, że patrzę w tele­fon zamiast na nią.

Teraz aż pod­sko­czyła i zachla­pała cały blat mle­kiem.

– Że co?

– O mój Boże, wytrzyj to – jęk­nę­łam, rusza­jąc po ścierkę. – Nie zosta­wiaj tak, żeby wszę­dzie kapało.

– Chcesz mi powie­dzieć, że kupu­jemy dom z base­nem? – Otwo­rzyła sze­roko oczy.

– Nie. – Deli­kat­nie ją odsu­nę­łam i star­łam mleko, zanim prze­lało się przez kra­wędź blatu. – Zobacz, ile mleka zmar­no­wa­łaś. Poza tym to nie był basen, tylko dół.

– Pro­to­ba­sen!

„Pro­to­ba­sen”. Co to w ogóle za dziecko?

– Skąd wiesz, co to zna­czy „proto”?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Z książki? – Pod­su­nęła sobie sto­łek z powro­tem do wil­got­nego teraz blatu. – Opo­wiedz mi o tym domu. Lepiej, żeby był gdzieś bli­sko, bo ja nie zamie­rzam zmie­niać szkoły.

Zupeł­nie o tym nie pomy­śla­łam. Moje nocne marze­nia zaczy­nały się kru­szyć w świe­tle dnia. Ciężko pra­co­wa­łam na to, żeby Flo miała sta­bilne i prze­wi­dy­walne życie. Nie­ła­two mi było pozo­stać w tym samym okręgu szkol­nym pomimo rosną­cych czyn­szów. W ciągu jej krót­kiego życia prze­pro­wa­dza­ły­śmy się już dwa razy, na coraz mniej­szy metraż, byle tylko wciąż miesz­kać w dziel­nicy Squ­ir­rel Hill South. Wie­dzia­łam, że już dłu­żej tak nie pocią­gnę. Nowa pod­wyżka czyn­szu spra­wiała, że po raz kolejny musia­ły­by­śmy zmie­nić lokum na mniej­sze, a to ozna­cza­łoby prze­pro­wadzkę do kawa­lerki. Ta myśl miaż­dżyła mi duszę. Flo już nie­długo będzie nasto­latką, a żadna nasto­latka nie chcia­łaby na­dal dzie­lić pokoju z mamą.

Ani żadna mama nie chcia­łaby dzie­lić pokoju z nasto­latką…

– Nie stać mnie na nic w pobliżu – wyzna­łam jej. – Poza tym nie­długo idziesz do liceum, więc i tak będziesz musiała zmie­nić szkołę…

– Mamo. Mam jede­na­ście lat. Dopiero zaczę­łam gim­na­zjum.

– Pra­wie dwa­na­ście. – Usły­sza­łam wspo­mnie­nie tęsk­nej wio­lon­czeli pana Brack­nella. – Do liceum już tylko krok.

Prze­wró­ciła oczami.

– Jak stąd w nie­skoń­czo­ność.

Ale to nie była prawda. Te krót­kie lata szybko prze­lecą, jak wszyst­kie do tej pory. Czasy, kiedy mia­łam dwa­dzie­ścia kilka lat, minęły bez­pow­rot­nie, a wraz z nimi dzie­ciń­stwo Flo, pod­czas gdy ja zaczy­na­łam sobie uświa­da­miać, że nikt nie przy­bę­dzie mi na ratu­nek. Jeśli nic nie zro­bię, za kolejne dzie­sięć lat mogę wciąż sie­dzieć w tej cia­snej kuchni albo nawet w jesz­cze cia­śniej­szej.

– Nasza kolejna prze­pro­wadzka musi być już na stałe – powie­dzia­łam swo­jemu dziecku z dziw­nym poczu­ciem deter­mi­na­cji. Nocne wcie­le­nie Zoe się nie myliło. Mia­ły­śmy szansę na coś wię­cej. – Prze­nie­siemy się gdzieś, gdzie są dobre szkoły.

Flo zmie­rzyła mnie wzro­kiem.

– Lubię swoją szkołę.

– Polu­bisz też nową. – Mia­łam nadzieję, że to nie kłam­stwo. Pod­su­nę­łam jej swój tele­fon. – Pomo­żesz mi wybrać dom?

– O mój Boże. Mówisz poważ­nie?

Poki­wa­łam głową i poma­cha­łam przed nią tele­fo­nem.

– Co powiesz na ten?

– Jest okropny.

– Nawet nie spoj­rza­łaś.

– Gdzie on jest?

Spraw­dzi­łam.

– W Dako­cie Pół­noc­nej.

– Na pewno nie.

– Co ci się nie podoba w Dako­cie Pół­noc­nej? – spy­ta­łam, szcze­rze zdzi­wiona.

– Nie będę miesz­kać w sta­nie, który nawet nie potrafi sobie wymy­ślić nazwy. – Flo skrzy­żo­wała ramiona na piersi.

– Dakota Pół­nocna to prze­cież nazwa.

– Nie­prawda. To odga­pia­nie od Dakoty Połu­dnio­wej.

– Dobrze, żad­nej Dakoty.

– Znajdź coś tutaj, w Squ­ir­rel Hill – naka­zała Flo i nachy­liła się, żeby zaj­rzeć mi w ekran.

Prych­nę­łam.

– Tutaj nie stać nas na skrzynkę pocz­tową, a co dopiero na dom.

Flo jakoś zmo­gła swoją górę Che­erio­sów. Pod­nio­sła miskę, żeby wypić resztki mleka.

– Nie rób tak.

– Jeśli ty możesz znisz­czyć mi życie prze­pro­wadzką do domu peł­nego rupieci, to ja mogę pić z miski.

– Zgoda. – Wkro­czy­łam i zgar­nę­łam jej pustą miskę. – Cie­szę się, że umó­wi­ły­śmy się na prze­pro­wadzkę.

– Ej! – Dopiero teraz zała­pała, co się wła­śnie wyda­rzyło.

– Nie ma wyco­fy­wa­nia się. – Uśmiech­nę­łam się do niej. – Ale przy­naj­mniej do końca życia będziesz mogła pić z miski.

To było jak wirus. Zła­pa­łam bak­cyla domu skar­bów. Mię­dzy zada­niami w pracy kła­dłam tele­fon na biurku i prze­glą­da­łam ogło­sze­nia. A potem, pod wpły­wem jakie­goś gorącz­ko­wego, swę­dzą­cego uczu­cia, spraw­dza­łam w inter­ne­cie moż­li­wo­ści kre­dy­towe. Nie potrze­bo­wa­ła­bym aż tak dużo pie­nię­dzy… Trzeba jed­nak mieć pracę, żeby spła­cić hipo­tekę, a gdy­by­śmy się prze­pro­wa­dziły, musia­ła­bym zna­leźć sobie nową. Ale chyba wszę­dzie jest jakieś cen­trum medyczne?

Mia­łam też konto z nie­wiel­kimi oszczęd­no­ściami, które cho­mi­ko­wa­łam z przy­zwy­cza­je­nia, na wypa­dek gdyby Tina potrze­bo­wała kau­cji albo pomocy na start po wyj­ściu z wię­zie­nia. Ale na to się na razie nie zano­siło, bo rok przed uro­dze­niem Flo została oskar­żona o prze­myt nar­ko­ty­ków przez gra­nice sta­nów i sie­działa teraz w wię­zie­niu fede­ral­nym w Hazel­ton, w Wir­gi­nii Zachod­niej, gdzie miała pozo­stać na całą prze­wi­dy­walną przy­szłość. Ja jed­nak z przy­zwy­cza­je­nia odkła­da­łam pie­nią­dze „na Tinę”. A one od dzie­się­ciu lat zbie­rały odsetki. Mia­łam ich wystar­cza­jąco dużo, żeby pokryć zada­tek na dom skar­bów – zwłasz­cza przy takich prze­dzia­łach ceno­wych – a wie­dzia­łam, że Suni i Wayne poży­czą mi resztę. Zawsze mówili, że z rado­ścią pomogą któ­re­mu­kol­wiek z nas, gdy­by­śmy tego potrze­bo­wali. Myśl o rusze­niu pie­nię­dzy „na Tinę”, żeby opła­cić zada­tek, napeł­niła mnie na moment prze­ra­że­niem. Co zrobi Tina, kiedy wyj­dzie? Jak sobie pora­dzi? Zalały mnie wszyst­kie dawne kosz­mary dzie­ciń­stwa. Głód, bez­dom­ność, upadki Tiny i nie­unik­nione nawroty jej nałogu. Ona potrze­bo­wała tych pie­nię­dzy. Ja ich potrze­bo­wałam, bo chcia­łam, żeby z nią było dobrze.

Ale może ja i Flo też ich potrze­bo­wa­ły­śmy. Może wła­śnie teraz.

Wymknę­łam się z cen­trum medycz­nego w cza­sie prze­rwy obia­do­wej i poszłam do parku, żeby pobyć sama. Z prze­rdze­wia­łymi samo­cho­dami i grzy­bem raczej sobie nie pora­dzę, ale odgra­cać mogę. Byłam gotowa opu­ścić Pit­ts­burgh, ale nie chcia­łam też za bar­dzo się stąd odda­lać. I na sto pro­cent potrze­bo­wa­łam dobrego okręgu szkol­nego dla Flo­rence.

Wygu­glo­wa­łam stany z naj­lep­szymi szko­łami publicz­nymi. Nie byłam pewna, czy to sza­lone drże­nie w brzu­chu świad­czy o pod­eks­cy­to­wa­niu czy o stra­chu. Moż­liwe, że czu­łam jedno i dru­gie.

– Nie chcę miesz­kać gdzieś, gdzie będzie gorąco – obwie­ściła Flo, kiedy dotar­łam do domu. Zaj­mo­wała się nią Suni i Flo oczy­wi­ście opo­wie­działa jej o moich poszu­ki­wa­niach domu. Na waka­cje mia­łam sta­ran­nie roz­pi­sany gra­fik opieki, który wisiał na lodówce, cały poko­lo­ro­wany. W ponie­działki Flo cho­dziła do swo­jej przy­ja­ciółki Vandy, w środy i czwartki do swo­jej przy­ja­ciółki Candy, we wtorki pil­no­wała jej moja sąsiadka, pani Selva­rat­nam, a w piątki zaj­mo­wała się nią Suni, cza­sem w ich domu w Brad­ford Wood, a cza­sem w naszym miesz­ka­niu.

To była kolejna rzecz, którą stra­ci­ła­bym wraz z prze­pro­wadzką. Opie­kunki.

Mój umysł mio­tał się mię­dzy gwał­tow­nymi przy­pły­wami pod­eks­cy­to­wa­nia a chłod­nymi zde­rze­niami z rze­czy­wi­sto­ścią.

– O co cho­dzi z tymi domami skar­bów? – spy­tała łagod­nie Suni. – I co to dokład­nie jest?

– Już jej mówi­łam. Po pro­stu chce to usły­szeć od cie­bie – poskar­żyła się Flo. – Ale obie się zgo­dzi­ły­śmy, że nie możesz kupić domu gdzieś, gdzie będzie za gorąco.

– Nie po tym miesz­ka­niu – poparła ją Suni, na­dal deli­kat­nie, cho­ciaż teraz mie­rzyła mnie badaw­czym wzro­kiem. – Tu jest jak w sau­nie. – Wzięła ode mnie torbę i posta­wiła ją przy drzwiach. – Usiądź. Wyglą­dasz na zmę­czoną.

Kiedy miesz­ka­łam z Over­bec­kami, Suni była kocha­jąca, ale lekko zdy­stan­so­wana. Ostat­nio jed­nak stra­ci­li­śmy moją przy­braną sio­strę Bethany z powodu przedaw­ko­wa­nia, a teraz córka Wayne’a i Suni Ali­son prze­cho­dziła przez kosz­marny roz­wód ze skry­tym zwy­rod­nial­cem, który zaczął ją nacho­dzić i ter­ro­ry­zo­wać, kiedy od niego ode­szła. To wstrzą­snęło biedną Suni. Teraz spra­wiała wra­że­nie mniej dziar­skiej, a bar­dziej czu­łej – w sto­sunku do nas wszyst­kich.

– Flo poka­zy­wała ci któ­ryś z tych domów? – spy­ta­łam, szy­ku­jąc się w duchu na jej odpo­wiedź.

– Poka­zy­wała. – Suni dosia­dła się do mnie na kana­pie. – Można się domy­ślić, dla­czego miesz­czą się w twoim budże­cie.

Mimo pootwie­ra­nych okien i dmu­cha­ją­cego wia­traka miesz­ka­nie przy­po­mi­nało nagrzaną klatkę. Odgłosy umę­czo­nego mia­sta prze­dzie­rały się przez upał i sapały do środka.

– Zgo­dzę się tylko, jeśli moje przy­ja­ciółki będą mogły przy­jeż­dżać, kiedy będę chciała – oświad­czyła Flo. – I jeśli dostanę wła­sną łazienkę. I psa – dodała.

– Widzia­łaś te ceny? – spy­ta­łam Suni, igno­ru­jąc żąda­nia Flo.

Ciemne oczy Suni bły­snęły iro­nicz­nie.

– Tak. – Ścią­gnęła usta. – A widzia­łaś, co jest w środku?

Wyda­łam jęk połą­czony ze śmie­chem.

– Cał­kiem mi odbiło, prawda?

Wzru­szyła ramio­nami. Potem rzu­ciła okiem na Flo.

– Flor­ciu, idź wziąć chłodny prysz­nic i prze­brać się w piżamę, a ja poroz­ma­wiam z twoją mamą.

– Pró­bu­je­cie się mnie pozbyć?

– Tak – odpar­ły­śmy chó­rem.

– Dobra, ale żeby­ście wie­działy, że pod prysz­ni­cem też będę was sły­szeć.

Drzwi do łazienki zamknęły się z trza­skiem.

– Jede­na­ście to nowe trzy­na­ście – powie­działa Suni, pokle­pu­jąc mnie po ramie­niu.

– Wszyst­kie są takie czy tylko moja?

– Twoja jest tylko tro­chę bystrzej­sza od innych.

Zapa­dłam się w kanapę. Suni wycią­gnęła rękę i odgar­nęła mi grzywkę z czoła.

– Wiem, że to jakieś sza­leń­stwo – zaczę­łam – ale przy­naj­mniej mia­ła­bym dom. – Rozej­rza­łam się po miesz­ka­niu. – A poza waszym i paroma epi­zo­dami w innych rodzi­nach zastęp­czych przez całe życie miesz­ka­łam w tego typu miej­scach.

– Wiem – odparła cicho Suni.

– Strasz­nie mnie to męczy.

Poki­wała głową i opa­dła na opar­cie kanapy obok mnie.

Przy­gry­złam wargę.

– Wystar­czy mi pie­nię­dzy na zada­tek.

– Ach. – Bar­dzo wiele udało jej się pomie­ścić w tej jed­nej syla­bie.

– I tak się zasta­na­wia­łam…

– Nad pożyczką? – dokoń­czyła i spoj­rzała na mnie z ukosa.

– Tak. – Zaj­rza­łam jej badaw­czo w twarz. – To zna­czy… tylko jeśli…

– Oczy­wi­ście – prze­rwała moje jąka­nie. – Wiesz, że to zro­bimy. – Wycią­gnęła rękę, chwy­ciła moją dłoń i ści­snęła.

– Wayne stwier­dzi, że to sza­leń­stwo – powie­dzia­łam ner­wowo.

Roze­śmiała się.

– Wayne to czło­wiek, które przez całe życie miesz­kał tylko w dwóch domach: u swo­jej matki, a potem w naszym. – Znowu ści­snęła mnie za rękę. To doda­wało otu­chy, ale też dopro­wa­dzało mnie do pła­czu. – Wiesz, co jest sza­leń­stwem? – spy­tała. – To, że ciężko pra­cu­jąca kobieta nie może sobie pozwo­lić na lep­sze miej­sce do życia niż to. – Posłała mi krze­piący uśmiech. – Poka­żesz mi te domy, nad któ­rymi się zasta­na­wiasz?

– Jesz­cze nie mam nic kon­kret­nego. Na razie tylko prze­glą­dam. I, no wiesz, roz­my­ślam…

– I marzysz, i śnisz?

– Wła­śnie. – Tym razem to ja ją ści­snę­łam. Mocno. – Boję się, że ni­gdy nic się nie zmieni, jeśli teraz cze­goś nie zro­bię – powie­dzia­łam cichutko.

Suni się roze­śmiała.

– Och, Zoe, jedy­nym, na co możesz liczyć w życiu, jest zmiana.

– Cho­dziło mi o to, że na lep­sze. Boję się, że ni­gdy nic się nie zmieni na lep­sze.

– Cóż. Jakoś do nas tra­fi­łaś, prawda? To była zmiana na lep­sze. Może ta też taka będzie.

Tak. Zosta­łam do nich odde­le­go­wana i pod wie­loma wzglę­dami rze­czy­wi­ście zro­biło się lepiej. Ale gdzieś w głębi duszy nie potra­fi­łam tego znieść. Po czę­ści na­dal tak się czu­łam. Jak­bym jedną nogą utknęła w swoim dzie­ciń­stwie i wciąż cze­kała, aż Tina wróci do domu.

– Naprawdę nie uwa­żasz, że to sza­leń­stwo? – Jej zda­nie miało dla mnie zna­cze­nie. Suni i Wayne odgry­wali w moim życiu rolę naj­bar­dziej zbli­żoną do rodziny, poza Flo.

– To zależy, jaki dom wybie­rzesz.

Wayne zgar­nął pizzę i przy­je­chał do nas, do miesz­ka­nia na kola­cję. Zaczę­li­śmy prze­glą­dać domy skar­bów i two­rzyć listę potrzeb w trzech kolum­nach: może, koniecz­nie i abso­lut­nie nie. Flo wyja­śniła, jaki ma sto­su­nek do obu Dakot.

– To chyba wyklu­cza też Wir­gi­nię Zachod­nią – powie­dział Wayne i roz­piął górny guzik w dżin­sach, żeby wci­snąć kolejny kawa­łek pizzy.

– Och, à pro­pos Wir­gi­nii! – szep­nęła do mnie Suni i się­gnęła po torebkę. Wyjęła kopertę i podała mi pod sto­łem. Wid­niał na niej stem­pel pocz­towy z Wir­gi­nii Zachod­niej. Z wię­zie­nia w Hazel­ton.

– To wyklu­cza też Karo­linę Pół­nocną i Połu­dniową – dodał Wayne. – A powiedz, co sądzisz o Nowym Mek­syku?

Wsu­nę­łam nie­otwarty list od Tiny do książki, którą zosta­wi­łam wcze­śniej na bla­cie. Flo na­dal nie wie­działa nic o swo­jej babci. Póź­niej, kiedy będzie myła zęby, prze­łożę list do szu­flady z bie­li­zną, gdzie może zacze­kać razem z innymi, aż będę miała dość czasu i pry­wat­no­ści, żeby go w spo­koju prze­czy­tać.

– Czy w Nowym Mek­syku jest gorąco? – Flo prze­krzy­wiła głowę.

– Tak sły­sza­łem – odpo­wie­dział Wayne.

– To od razu skre­ślamy. Zanim w ogóle zaczniemy się zasta­na­wiać nad nazwą.

– Nie­długo skoń­czą ci się stany.

– Nie­prawda. – Flo przy­nio­sła atlas i otwo­rzyła go na mapie kraju roz­ry­so­wa­nej na dwie strony. – Jesz­cze mnó­stwo zostało.

Pochy­lili się nad mapą, a mnie ogar­nął nagły przy­pływ czu­ło­ści do nich wszyst­kich.

– Boże święty – zapisz­czała Suni – to był kara­luch czy szczur? – Pod­cią­gnęła stopy z pod­łogi i wpa­trzyła się z prze­ra­że­niem w szparę mię­dzy lodówką a ścianą.

– Kara­luch – odpo­wie­działa Flo, nie pod­no­sząc oczu znad mapy.

– Moż­liwe. – Wycią­gnę­łam szyję. – Cho­ciaż mamy też mysią loka­torkę.

– Nie, Angus McMo­use mieszka w łazience – rzu­ciła od nie­chce­nia Flo – a nie w kuchni.

– Ale musi cza­sem wycho­dzić po jedze­nie. – Rozej­rza­łam się bacz­nie po kuchni. Nie zno­si­łam tych gry­zoni.

– Pies na pewno odstra­szyłby myszy – poin­for­mo­wała mnie rado­śnie Flo.

– Może w domu skar­bów rze­czy­wi­ście byłyby lep­sze warunki… – Suni upar­cie trzy­mała stopy nad pod­łogą. – Cho­ciaż myszy pew­nie też by były.

– Naj­waż­niej­sze, żeby wybrać dom ze zdrową kon­struk­cją – pora­dził Wayne, wycie­ra­jąc tłuszcz z twa­rzy ręcz­ni­kiem papie­ro­wym. – Myszy da się zwal­czyć.

– Z pomocą psa – uzu­peł­niła Flo.

Wayne łaska­wie ją zigno­ro­wał.

– Kosme­tyczne uszko­dze­nia to nic, ale kon­struk­cja musi być nie­na­ru­szona.

– Jak mam to zro­bić? W sen­sie jak się upew­nić, że jest nie­na­ru­szona? – Poczu­łam przy­pływ paniki. O Boże. A co, jeśli kupię dom skar­bów, a on zawali nam się na głowy, kiedy będziemy spały? Nie­które z tych miejsc naprawdę przy­po­mi­nały śmier­telne pułapki.

– Musisz zamó­wić eks­per­tyzę – wyja­śnił spo­koj­nie Wayne. Spra­wiał wra­że­nie, jakby był w sta­nie zapa­no­wać nad tym sza­leń­stwem.

– Chcę mieć pory roku – stwier­dziła gło­śno Flo, na­dal przy­glą­da­jąc się mapom. – Nie chcę miesz­kać gdzieś, gdzie w ogóle nie pada śnieg.

– Słusz­nie. – Wayne poki­wał głową. – Ja też lubię, jak cza­sem napada.

– Możemy zamiesz­kać przy plaży?

– Śnieg i plaża? – Wayne popa­trzył na nią z powąt­pie­wa­niem.

– No jasne, jak w tej pio­sence Tay­lor Swift. – Zaczęła ją nucić.

– Co masz w kolum­nie „koniecz­nie”? – spy­tała mnie Suni, prze­ry­wa­jąc ich roz­mowę.

– Dobre szkoły, ogród, a teraz dopi­sa­łam nie­na­ru­szoną kon­struk­cję.

– Jesz­cze pory roku i plaża – przy­po­mniał mi Wayne.

Doda­łam je do listy.

– To już mogą być za duże wyma­ga­nia.

– Wystar­czy, że znaj­dziesz miej­sce z dodat­ko­wymi rupie­ciami, to będzie cię stać.

Zanim skoń­czy­li­śmy jeść pizzę, mie­li­śmy długą listę warun­ków koniecz­nych i kilka wyklu­cza­ją­cych. Łącz­nie ze spi­sem sta­nów, w któ­rych Flo nie chciała posta­wić stopy, nawet dla psa. Na Flo­ry­dzie roiło się od ali­ga­to­rów, Con­nec­ti­cut miało pod­stępną pisow­nię, przez którą kie­dyś prze­grała kon­kurs orto­gra­ficzny, a Ari­zona była zaro­śnięta kak­tu­sami, które były zbyt kol­cza­ste, żeby spraw­dziły się jako rośliny ogro­dowe. Flo miała zde­cy­do­wane poglądy.

– Naprawdę nie jestem sza­lona? – szep­nę­łam do Suni, kiedy żegna­łam się z nią i Wayne’em.

– Każdy jest tro­chę sza­lony, kocha­nie – powie­działa, głasz­cząc mnie po ramie­niu. – Nie­ważne, jak bar­dzo jesteś sza­lona, ważne, jak wyko­rzy­stasz swoje sza­leń­stwo na dro­dze do szczę­ścia.

Rozdział trzeci

Oxeye, Maine

Moje sza­leń­stwo, jak się oka­zało, zapro­wa­dziło mnie do pod­upa­da­ją­cego mia­steczka na skraju klifu. Wresz­cie wybra­ły­śmy z Flo dom skar­bów, nad któ­rym zaczę­ły­śmy się poważ­nie zasta­na­wiać, i przy­je­cha­ły­śmy do Maine, żeby zoba­czyć go na wła­sne oczy. Na zdję­ciach wyglą­dał aż za dobrze, żeby mógł być praw­dziwy: obity deskami budy­nek pośrodku zaro­śnię­tego ogrodu. W opi­sie nie­ru­cho­mo­ści znaj­do­wała się infor­ma­cja, że z okien od frontu widać kawa­łek oce­anu. Dom był w nie­za­prze­czal­nie żało­snym sta­nie – ale widy­wa­ły­śmy już gor­sze. Przy­naj­mniej sądząc po zdję­ciach. Przy­po­mi­nał miej­sce z ksią­żek dla dzieci, zalud­nione duchami, z magicz­nym drze­wem na tyłach.

Oxeye. Mikro­sko­pijne mia­steczko na wybrzeżu Maine, odda­lone o kilka kilo­me­trów od zamoż­nego kurortu Cam­den i mia­sta Rock­port. Godzi­nami sie­dzia­łam na Google Earth i przy­bli­ża­łam widok na każdy zaką­tek. W mia­steczku były sklep, sta­cja ben­zy­nowa, mała biblio­teka, kawiar­nia, kilka malow­ni­czych pen­sjo­na­tów i parę dom­ków let­ni­sko­wych. Zda­wało się, że Oxeye ist­nieje głów­nie po to, by obsłu­gi­wać pole namio­towe poło­żone na połu­dniu, na zale­sio­nym cyplu wysu­nię­tym w zatokę. Nasz dom skar­bów znaj­do­wał się przy Tin­ker Street i był jed­nym z dwóch budyn­ków sto­ją­cych u wylotu śle­pego zaułka, zwró­co­nych przo­dem do uliczki pro­wa­dzą­cej na klify i dalej nad zatokę Penob­scot. Po jed­nej stro­nie Tin­ker Street znaj­do­wały się tylko lasy, po dru­giej domy let­ni­skowe z wysta­wio­nymi tablicz­kami „do wyna­ję­cia”, a na rogu stał dwu­po­zio­mowy sklep z narzę­dziami – pierw­szy z sze­regu lokali poło­żo­nych wzdłuż głów­nej ulicy.

Na pierw­szy rzut oka Oxeye wyda­wało się raczej zapo­mniane, opusz­czone od strony drogi nad zatokę. Ale dom był w moim zasięgu ceno­wym, a okręg szkolny zna­ko­mity. W Cam­den, kawa­łek dalej wzdłuż wybrzeża, znaj­do­wało się wysoko oce­niane gim­na­zjum, do któ­rego Flo mogłaby cho­dzić teraz, a w Rock­port liceum na póź­niej. Auto­busy szkolne zatrzy­my­wały się w Oxeye, na samym końcu głów­nej ulicy. A co jesz­cze lep­sze, w Rock­port funk­cjo­no­wała mała rodzinna przy­chod­nia, która aktu­al­nie szu­kała osoby do zarzą­dza­nia biu­rem, i kiedy zadzwo­ni­łam tam w spra­wie pracy, mój roz­mówca nie krył ulgi, że ktoś się wresz­cie zgło­sił.

Agentka nie­ru­cho­mo­ści też spra­wiała wra­że­nie, jakby jej ulżyło, kiedy zadzwo­ni­łam z pyta­niem o dom.

– Mogę… yy… zosta­wić klucz u wła­ści­ciela sklepu z narzę­dziami – powie­działa. – Jestem pouma­wiana na oglą­da­nie w Cam­den, ale mogę też spo­tkać się z panią oso­bi­ście. – Par­sk­nęła krót­kim pla­sti­ko­wym śmie­chem. – Cho­ciaż nie mia­ła­bym tam pani za wiele do poka­zy­wa­nia. Widziała pani zdję­cia, prawda?

Zapew­ni­łam ją, że tak.

– Dzięki Bogu. – Znowu ten nie­zręczny śmiech. – Wła­ści­cie­lem sklepu z narzę­dziami jest Jake Aber­na­thy. Na pewno będzie umiał odpo­wie­dzieć na wszyst­kie pyta­nia.

Ale Jake Aber­na­thy sam miał parę pytań.

– Gail mówiła pani, że tam jest pełno rumo­szu, tak? – spy­tał oschle, kiedy zadzwo­ni­łam, żeby umó­wić się na ode­bra­nie klu­cza.

Nie wie­dzia­łam, czym jest „rumosz”, ale powie­dział to tak, że zabrzmiało uro­czo. Uro­cze było rów­nież jego szorst­kie zatro­ska­nie o mnie i Flo. Wyobra­zi­łam go sobie w czapce rybaka, ze szpa­ko­watą brodą. W koszuli fla­ne­lo­wej. Miał powolny, sta­ranny spo­sób mówie­nia, a jego przy­dy­miony głos i uprzejme zacho­wa­nie kazały mi przy­pusz­czać, że jest star­szym czło­wie­kiem. Typem dżen­tel­mena.

– To naprawdę nie jest miej­sce dla samot­nej kobiety – powie­dział, co zabrzmiało już zupeł­nie, jakby był czy­imś dziad­kiem. – A co dopiero z dziec­kiem. O tym agentka też mówiła?

Zapew­ni­łam go, że dosko­nale wiemy, na co się piszemy.

Pan Aber­na­thy podał mi wska­zówki dojazdu do swo­jego sklepu z narzę­dziami, a ja podą­ży­łam drogą, która za Wal­do­boro odbiła od trasy US 1 i dalej popro­wa­dziła mnie wzdłuż zapie­ra­ją­cego dech wybrzeża. Maine w środku lata sta­no­wiło nie­za­po­mniany widok. Niebo lśniło błę­ki­tem, który zda­wał się nie do końca rze­czy­wi­sty, a wszystko dookoła miało ostre kon­tury i wietrzną świe­żość. Sło­nawy zapach zatoki i żywiczna woń sosen wpa­dały przez otwarte okna i ude­rzały nam do głów, kiedy tak klu­czy­ły­śmy wraz z linią brze­gową na pół­noc. Dwu­dniową podróż z Pit­ts­bur­gha odby­ły­śmy moją małą nie­bie­ską Hondą Fit, śpie­wa­jąc pio­senki Disneya i żywiąc się syfia­stym jedze­niem ze sta­cji ben­zy­no­wych, a na noc zatrzy­ma­ły­śmy się w hotelu Days Inn w Hart­ford, w sta­nie Con­nec­ti­cut.

Wresz­cie wje­cha­ły­śmy na szczyt wzgó­rza i nagle, zgod­nie ze wska­zów­kami, które otrzy­ma­łam, zna­la­zły­śmy się w Oxeye. Obok drogi rude klify opa­dały gwał­tow­nie do wez­bra­nej zatoki o nie­moż­li­wie przej­rzy­stej wodzie, zna­czo­nej jedy­nie kil­wa­te­rami jach­tów, które odci­nały się ostrą bielą na tle akwa­ma­ryny. Pod­nisz­czony sklep Jake’a Aber­na­thy’ego stał na rogu Beach Road i Tin­ker Street.

Na rogu naszej ulicy.

– Prze­jedźmy koło domu, zanim odbie­rzemy klu­cze – zapro­po­no­wa­łam Flo. I zanim odpo­wie­działa, skrę­ci­łam w ulicę. Nie potra­fi­łam się oprzeć. Nie mogłam się docze­kać, aż zoba­czę na wła­sne oczy dom skar­bów.

Las po połu­dnio­wej stro­nie Tin­ker Street oka­zał się gęst­szy i dzik­szy, niż wyda­wał się na Google Maps – ciemny gąszcz jodeł bal­sa­micz­nych przy­po­mi­nał zdzi­czałą plan­ta­cję cho­inek. Wszę­dzie uno­sił się zapach żywicy. Zdję­cia w Googlu nie były w sta­nie oddać magii podmu­chów znad oce­anu ani lśnie­nia nad­mor­skiego powie­trza. Zamiast ruchu ulicz­nego sły­sza­łam tylko mia­rowy szum morza i krzyki mew. Po pół­noc­nej stro­nie Tin­ker Street stały domy let­ni­skowe z osza­lo­wa­nymi ścia­nami i otwar­tymi na oścież drzwiami, a ze środka pły­nęły leni­wie ciche dźwięki trans­mi­sji meczu bejs­bo­lo­wego albo muzyki. Na szta­che­tach pło­tów suszyły się ręcz­niki pla­żowe poroz­wie­szane jak kar­na­wa­łowe pro­por­czyki.

– A to pew­nie nasza rupie­ciar­nia – obwie­ściła Flo, kiedy doje­cha­ły­śmy do śle­pego zaułka. U wylotu uliczki stały bliź­nia­cze domy zwró­cone w stronę kli­fów i trudno byłoby nie odgad­nąć, który miał być nasz, bo ten po lewej oka­zał się schlud­nym, uro­kli­wym budyn­kiem w stylu kolo­nial­nym o spło­wia­łym drew­nia­nym sza­lunku, bia­łych wykoń­cze­niach i cytry­no­wo­żół­tych drzwiach. Przy wej­ściu znaj­do­wała się śliczna tabliczka z napi­sem „Nad­mor­ska Sylvie”. Po obu stro­nach scho­dów pro­wa­dzą­cych na werandę kwi­tły bujne różowo-białe hor­ten­sje, a dalej aż do kra­węż­nika cią­gnął się podu­cho­waty zie­lony traw­nik, który zro­biłby wra­że­nie na Way­nie.

Tym­cza­sem budy­nek po pra­wej…

Wyglą­dał jak wiedź­mo­wata sio­stra tam­tego, powy­krę­cana sta­ru­cha w kształ­cie domu. Wzdłuż ścieżki rosły roz­bu­chane krzaki, które strze­lały w niebo upior­nie dłu­gimi wit­kami. Koły­sały się zło­wróżb­nie na mor­skim wie­trze. Z werandy pood­pa­dały kawałki barierki, tak że dziury ziały jak bra­ku­jące zęby, a te okna, które nie zostały wybite, pokry­wała tak gruba war­stwa kurzu, że wyda­wały się brą­zowe. Rynny wisiały jak opa­da­jące ser­pen­tyny, a drzwi fron­towe ktoś zabił deskami. Klu­cze w niczym nam tu nie pomogą. Jak my w ogóle mia­ły­śmy wejść do środka?

– Nie widzę żad­nych rupieci – powie­działa Flo, naj­wy­raź­niej nie­zra­żona wido­kiem domu.

– Chyba całe to miej­sce jest jed­nym wiel­kim rupie­ciem – odpar­łam ner­wowo. Ale tak naprawdę myśla­łam sobie, że to zbyt piękne, żeby mogło być praw­dziwe. Taki dom powi­nien być wart for­tunę. Mimo że był znisz­czony, stał na samym wybrzeżu, o rzut kamie­niem od ład­nych miej­sco­wo­ści tury­stycz­nych. Dla­czego zatem miał tak przy­stępną cenę i dla­czego ludzie nie usta­wiali się w kolejce, żeby go kupić? Prze­cież powinni się o niego sta­rać wszy­scy inwe­sto­rzy ze Wschod­niego Wybrzeża.

– Podoba mi się – oświad­czyła Flo. – Ma kli­mat.

– Nie możemy się tu wpro­wa­dzić – powie­dzia­łam, oszo­ło­miona skalą roz­padu domu. Na żywo wyglą­dał gorzej. Inwe­stor mógłby go po pro­stu wybu­rzyć i zbu­do­wać tu coś nowego. – To się nie nadaje do zamiesz­ka­nia.

– Wayne mówił, że się nadaje.

To prawda. Wayne prze­czy­tał spe­cy­fi­ka­cję budynku, którą prze­słała agentka nie­ru­cho­mo­ści. Pod wzglę­dem kon­struk­cji był nie­na­ru­szony. Pan Aber­na­thy rów­nież nie pozo­sta­wił co do tego wąt­pli­wo­ści.

– To tylko rumosz – powie­dział. – Ten dom potrze­buje po pro­stu tro­chę miło­ści.

„Miłość to za mało”, pomy­śla­łam, kiedy tak patrzy­łam na budy­nek przy Tin­ker Street. Ten dom nie potrze­bo­wał miło­ści, on wyma­gał inter­wen­cji.

Ale prze­je­cha­ły­śmy kawał drogi i skoro już były­śmy na miej­scu, rów­nie dobrze mogły­śmy zaj­rzeć do środka. Poza tym, pomy­śla­łam z dresz­czem eks­cy­ta­cji, gdy­by­śmy tylko mogły tu zamiesz­kać, nad morzem, w domu, na który, reali­stycz­nie rzecz bio­rąc, nie powin­nam mieć dość pie­nię­dzy…

A w dodatku cze­kał na nas pan Aber­na­thy. Zawró­ci­łam więc i skie­ro­wa­łam się z powro­tem do sklepu.

Sklep z narzę­dziami (i budka z homa­rami) w Oxeye był jed­nym z tych dzi­wo­lą­gów, które mogą ist­nieć tylko w bar­dzo małych mia­stecz­kach – wyglą­dało na to, że można tam dostać nie tylko narzę­dzia, ale też prze­ce­nione pamiątki, sprzęt biwa­kowy i jedze­nie na wynos, jeśli sądzić po prze­róż­nych tablicz­kach i zagra­co­nych witry­nach. Było też okienko do wyda­wa­nia posił­ków wycho­dzące na kilka sto­łów pik­ni­ko­wych z wido­kiem na klify oraz tablica rekla­mu­jąca kanapki z homa­rem i Moxie w pusz­kach. Wzdłuż budynku leżały stosy poobi­ja­nych, mocno zuży­tych puła­pek na homary.

Kiedy pod­je­cha­ły­śmy, nie mogłam też nie zwró­cić uwagi na wybit­nie atrak­cyj­nego i osten­ta­cyj­nie pół­na­giego męż­czy­znę, który obsłu­gi­wał stoły pik­ni­kowe. Cho­dził tylko w dżin­so­wych szor­tach z obcię­tymi nogaw­kami i wyglą­dał jak wcie­le­nie waka­cyj­nego amanta znad morza: zaro­śnię­tego i umię­śnio­nego, z wło­sami zmierz­wio­nymi od soli. Na jego widok poczu­łam powolne pul­so­wa­nie, jakiego nie doświad­czy­łam od bar­dzo dawna. Był typem męż­czy­zny, który aż się prosi o fan­ta­zje na temat waka­cyj­nych roman­sów, tęsk­nych wie­czo­rów pod fio­le­to­wym nie­bem i leni­wego mar­no­wa­nia czasu.

O fan­ta­zje, które nie wyda­wały się nie­moż­liwe tutaj, w roz­iskrzo­nym od słońca mor­skim powie­trzu Oxeye.

Rozdział czwarty

– Mogę zostać w samo­cho­dzie? – spy­tała Flo, po czym oparła stopy o deskę roz­dziel­czą i otwo­rzyła książkę.

– Jasne. – Dla mnie nawet lepiej. Ukrad­kiem pocią­gnę­łam za brzeg koszulki bez ręka­wów i prze­cze­sa­łam zmierz­wione włosy. Pod­czas lun­chu zachla­pa­łam sobie musz­tardą cały przód bluzki, więc zde­cy­do­wa­łam się poży­czyć od Flo zapa­sową, prze­kli­na­jąc samą sie­bie za to, że spa­ko­wa­łam się na lekko. Nie­stety, koszulka Flo miała nadruk z Wic­ked, błysz­czące zie­lono-różowe napisy i oka­zała się na mnie za krótka i za obci­sła. W połą­cze­niu z szor­tami odsła­niała o wiele wię­cej skóry, niż mia­łam w zwy­czaju. Ale może to nie tak źle. Przy­stoj­niak sprzą­ta­jący ze sto­łów pik­ni­ko­wych pod­niósł wzrok, kiedy trza­snę­łam drzwiami samo­cho­do­wymi, a słońce odbiło się od socze­wek jego tanich pla­sti­ko­wych oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. Miał bar­dzo eks­pre­syjne, zmarsz­czone brwi. A także impo­nu­jące ramiona…

Powolne pul­so­wa­nie prze­szło w dud­nie­nie.

Ale nad­mor­ski amant nie wyda­wał się ura­do­wany moim wido­kiem. Zmarsz­czone brwi pra­wie się dotknęły nad nasadą nosa.

– Homa­rów już nie wyda­jemy – powie­dział krótko. – Spóź­niła się pani. – Miał tubalny głos ze wschod­nio­ame­ry­kań­skim akcen­tem: z sze­ro­kimi samo­gło­skami i połknię­tym „r”. W jego dło­niach chwiały się puste koszyczki z czer­wo­nego pla­stiku. Przy sto­łach już nikt nie sie­dział, ale sądząc po licz­bie koszy­ków, sporo ludzi przy­szło dziś na homary.

– To nic – odpar­łam pospiesz­nie. – Wła­ści­wie to przy­je­cha­łam do Jake’a Aber­na­thy’ego. Spo­dziewa się mnie. – Posła­łam mu pro­mienny uśmiech, zasta­na­wia­jąc się, czy choć tro­chę pamię­tam, jak się flir­tuje.

Przy­stoj­niak zro­bił jesz­cze mniej zado­wo­loną minę, jeśli to w ogóle było moż­liwe. Może się bał, że pan Aber­na­thy jed­nak każe mu wydać homara. Obej­rzał mnie od stóp do głów, zatrzy­mu­jąc spoj­rze­nie na koszulce.

– Wąt­pię.

– Słu­cham? – Mój uśmiech przy­gasł.

– Wąt­pię – powtó­rzył z iry­ta­cją, jakby chciał się mnie pozbyć.

– Jest w środku? – Nie zamie­rza­łam dać się odpra­wić, skoro już prze­je­cha­łam taki kawał drogi.

– Nie.

Nie do wiary. Sły­sza­łam, że miesz­kańcy Maine bywają mało­mówni, ale ten tutaj był zwy­czaj­nie nie­miły. Szkoda, bo wyobra­ża­łam sobie, że w tym mia­steczku nie ma zbyt wielu męż­czyzn, a co dopiero przy­stoj­nych i w moim zasięgu.

– Naprawdę się mnie spo­dziewa – powie­dzia­łam z naci­skiem, po czym wycią­gnę­łam tele­fon i poszu­ka­łam wia­do­mo­ści od pana Aber­na­thy’ego.

– Wcale nie – prych­nął. A potem ruszył do sklepu.

– Pro­szę mu powie­dzieć, że przy­je­chała Zoe Cope­land – rzu­ci­łam za nim. – Zoba­czymy, co on na to.

Sta­nął jak wryty, a ja pra­wie zła­ma­łam sobie nos na ścia­nie jego ple­ców. Był idio­tycz­nie umię­śniony. Za bar­dzo umię­śniony, uzna­łam i posta­no­wi­łam, że nie będę go lubić. To oczy­wi­sta próż­ność. Dla­czego przy­stojni faceci są takimi dup­kami?

– Niech pani uważa – wark­nął i odsu­nął się na bok.

– To pan się nagle zatrzy­mał.

Przyj­rzał mi się bar­dzo uważ­nie.

– Pani nie może być Zoe Cope­land – oświad­czył z iry­ta­cją, kiedy skoń­czył oglę­dziny.

Zaczer­wie­ni­łam się pod wpły­wem jego bacz­nego spoj­rze­nia i nie­do­wie­rza­nia.

– Wła­śnie, że mogę. – Poczu­łam potrzebę, żeby to wzmoc­nić. – I jestem.

– Nie, nie­prawda. – Pokrę­cił sta­now­czo głową.

Zmarsz­czy­łam brwi. Facet był nie­moż­liwy.

– Chyba lepiej wiem, kim jestem.

– Nie. Zoe Cope­land to mama w śred­nim wieku. Pani nie jest mamą w śred­nim wieku.

– Wła­śnie, że jest – sprze­ci­wiła się gło­śno Flo przez otwarte okno samo­chodu. Męż­czy­zna się wzdry­gnął, bo dopiero teraz ją zauwa­żył. Odło­żyła książkę i wychy­liła się przez okno. – Mogę kanapkę z homa­rem? Jesz­cze ni­gdy nie jadłam.

– Nie jestem w śred­nim wieku. A ten pan powie­dział, że już nie wydają – wark­nę­łam, żeby ją uci­szyć. – Poza tym by ci nie sma­ko­wała. – Odwró­ci­łam się z powro­tem do pół­na­giego gbura. – Czyli jed­nak pan wie, kim jestem.

– Wiem, że Zoe Cope­land przy­jeż­dża po klucz. I że jest mamą w śred­nim wieku. – Teraz dopiero zmarsz­czył brwi. – A nie… panią. Pani nie pozwo­lił­bym zamó­wić piwa, gdy­bym nie spraw­dził naj­pierw dowodu.

– O mój Boże. Czy pan Aber­na­thy jest w środku? – Skie­ro­wa­łam się do otwar­tych drzwi. Nie chcia­łam już gadać z tym upier­dli­wym typem, nie­za­leż­nie od tego, jaki był przy­stojny.

– Nie. – Wypu­ścił poiry­to­wany oddech. – Zna­czy nie, tu jestem.

Teraz to ja sta­nę­łam jak wryta.

Chwila. Co takiego? To ten facet był dżen­tel­meń­skim ryba­kiem, z któ­rym roz­ma­wia­łam przez tele­fon?

– Pan? – Nie potra­fi­łam ukryć nie­do­wie­rza­nia w gło­sie.

– No. – Nachmu­rzył się jak czarny cha­rak­ter w kiep­skim fil­mie. – Dobra, niech pani wej­dzie, zała­twimy tę sprawę.

– Co tu jest do zała­twia­nia? – spy­ta­łam zdez­o­rien­to­wana. – Przy­je­cha­łam ode­brać klucz i rozej­rzeć się po domu, tak jak usta­li­li­śmy przez tele­fon.

Zigno­ro­wał mnie i kiw­nął głową na samo­chód.

– Może pani dzie­ciak chce wejść i się cze­goś napić, jak będziemy roz­ma­wiać? Jest gorąco. – Wieże czer­wo­nych koszycz­ków chwiały się w jego dło­niach. Prze­stą­pił z nogi na nogę, żeby je usta­bi­li­zo­wać, a ja zoba­czy­łam, jak napi­nają mu się mię­śnie brzu­cha.

– Flo, chodź – zawo­ła­łam w stronę samo­chodu. – To chyba potrwa dłu­żej, niż myśla­łam.

Wnę­trze sklepu z narzę­dziami (i budki z homa­rami) w Oxeye przy­po­mi­nało sta­ro­świecki sklep wie­lo­bran­żowy z czarno-bia­łego filmu. Pach­niało ole­jem lnia­nym i dymem z palo­nego drewna. Okna prze­su­wały się do góry i wycho­dziły na werandę ze sto­łami pik­ni­ko­wymi i wspa­nia­łym wido­kiem na zatokę. Tego dnia były pootwie­rane, a wiatr podzwa­niał ozdób­kami wiszą­cymi pod sufi­tem. Na każ­dej ścia­nie znaj­do­wały się opra­wione zdję­cia jakie­goś gol­den retrie­vera, a w rogu przy pęka­tym żeliw­nym pie­cyku zoba­czy­łam lego­wi­sko, cho­ciaż ni­gdzie nie było ani śladu psa.

Jake Aber­na­thy zupeł­nie nie wyglą­dał na czło­wieka, który mógłby pro­wa­dzić takie miej­sce. A teraz, kiedy go tro­chę pozna­łam, doszłam do wnio­sku, że zde­cy­do­wa­nie nie jest w typie gol­den retrie­vera. Jego oso­bo­wość paso­wa­łaby bar­dziej do pit­bulla albo rot­twe­ilera.

– Mię­śnie masz od pracy czy od siłowni? – spy­tała jak gdyby ni­gdy nic Flo, kiedy wcho­dzi­ły­śmy za nim do sklepu tyl­nymi drzwiami. Aura rot­twe­ilera nie robiła na niej naj­mniej­szego wra­że­nia.

Jake potknął się na stop­niu i popa­trzył po sobie.

– Co…?

– Nie musi pan odpo­wia­dać – wtrą­ci­łam pospiesz­nie. – Flo, nie bądź nie­miła.

– Dla­czego nie? On jest dosyć nie­miły. Poza tym czy to naprawdę takie nie­miłe pytać o mię­śnie? – Flo prze­chy­liła głowę. – A on nie zało­żył koszulki, więc pew­nie chce, żeby ludzie patrzyli na jego mię­śnie.

Poczu­łam, jak się czer­wie­nię, bo sama cią­gle na nie spo­glą­da­łam.

– Prze­pra­szam – zwró­ci­łam się nie­chęt­nie do Jake’a, który też zaczy­nał się czer­wie­nić. – Flo, nie­miłe jest samo komen­to­wa­nie wyglądu innych ludzi – wyja­śni­łam jej, cho­ciaż po cichu się cie­szy­łam, że wytrą­ciła go z rów­no­wagi.

– Aha. – Zasta­na­wiała się przez chwilę. – Prze­pra­szam, że sko­men­to­wa­łam twój wygląd – powie­działa do Jake’a, który uciekł do wąskiej kuchni, gdzie pozbył się narę­cza pla­sti­ko­wych koszy­ków. Weszły­śmy za nim, a on czym prę­dzej zgar­nął z haczyka spło­wiałą koszulkę i nacią­gnął ją na sie­bie. Z przodu miała nadruk rysun­ko­wego homara.

Na piecu stał potężny gar, a w powie­trzu uno­sił się ciężki zapach goto­wa­nego homara i zie­lo­nej cebulki. Blat ze stali nie­rdzew­nej był zasłany okru­chami i leżał na nim na wpół opróż­niony worek dłu­gich bia­łych bułek.

– To nic. – Jake zwró­cił się do Flo i odchrząk­nął ze skrę­po­wa­niem. Skrzy­żo­wał ręce i pró­bo­wał zmie­nić wyraz twa­rzy. Wyda­wał się zafra­so­wany… To powinna być pro­sta inte­rak­cja, zwy­kłe prze­ka­za­nie klu­cza, a zro­biło się naprawdę dziw­nie i nie­przy­jem­nie. Pod­czas gdy ja spo­dzie­wa­łam się spo­tka­nia z takim miłym męż­czy­zną.

– Spo­dzie­wa­łem się kogoś innego – przy­znał Jake, odbi­ja­jąc jak echo moje myśli, i wyrów­nał na sobie homa­rową koszulkę.

– A kogo się spo­dzie­wa­łeś? – spy­tała Flo. Oczy jej się roz­ja­śniły, jakby liczyła na cie­kawą odpo­wiedź.

– A… – Jake wyda­wał się zaże­no­wany.

– Spo­koj­nie – dodała zachę­ca­jąco Flo. – Nie obrazi się. Mama mówi, że przyj­mo­wa­nie obelg ze spo­ko­jem ma we krwi po tych wszyst­kich latach pracy na słu­chawce.

– Flo – ostrze­głam ją.

Moja pyskata córka prze­wró­ciła oczami i nachy­liła się kon­spi­ra­cyj­nie do Jake’a.

– Ma też bzika na punk­cie tego, co wypada mówić pry­wat­nie, a co publicz­nie. Ale mnie możesz powie­dzieć, jeśli wzią­łeś nas za zbie­głe kry­mi­na­listki czy coś.

– Chcesz się cze­goś napić? – spy­tał Jake z lekką paniką. Chyba nie wie­dział, co innego mógłby powie­dzieć.

– To zależy. A co masz? – Flo podą­żyła za nim do lodówki.

– Głów­nie Moxie. – Otwo­rzył drzwiczki i świa­tło padło na jasno­po­ma­rań­czowe puszki. Flo rzu­ciła mu powąt­pie­wa­jące spoj­rze­nie.

– To ofi­cjalny napój stanu Maine – wyja­śnił jej, wycią­ga­jąc puszkę z lodówki. – Pew­nie go nie polu­bisz, sma­kuje jak lekar­stwo. – Podał jej i zer­k­nął na mnie. – Dla pani też? – Patrzył na mnie tak, jak­bym mogła go ugryźć. Kurde, co mu się we mnie nie podo­bało? Poznał mnie rap­tem dwie minuty temu.

Pokrę­ci­łam głową.

– Nie, dzię­kuję. Wystar­czy mi klucz.

Posłał mi kwa­śne spoj­rze­nie.

– Nie mogę wpu­ścić was do tego domu. – Brzmiało to tak, jakby ani tro­chę nie było mu żal. Powie­dział to raczej tonem poli­cjanta, który przy­ła­pał mnie na plu­ciu na chod­nik. – A Gail nie miała prawa wyma­gać ode mnie prze­ka­za­nia klu­cza. – To ostat­nie zda­nie zna­czyły dźwięki puszki otwie­ra­nej przez Flo.

– Czy pan sobie żar­tuje? – Nie mogłam wyjść ze zdu­mie­nia. – Jecha­ły­śmy tu z Pit­ts­bur­gha dwa­na­ście godzin. Sam mi pan podał wska­zówki dojazdu.

– No. – Zmarsz­czył się. – Ale nie wie­dzia­łem, że pani to pani.

– Co to ma, do cho­lery, zna­czyć? – Co niby było ze mną nie tak?

– Uch, to jest serio ohydne. – Flo wydała odgłos wymio­tu­ją­cego kota i oddała puszkę Jake’owi. – Wasz stan ma jakiś pro­blem.

– Ostrze­ga­łem. – Odsta­wił Moxie i wyjął z lodówki lemo­niadę. – Masz. Idź się napić przy sto­łach na zewnątrz, a ja poroz­ma­wiam z twoją mamą.

– Pro­szę – upo­mniała go Flo. – Czy wy nie macie manier w tym Maine?

– Pro­szę – wyce­dził.

– Chwila – zapro­te­sto­wa­łam, wycho­dząc za nim z kuchni. – Ja nie chcę roz­ma­wiać. Chcę tylko klucz.

– Masz, weź też loda. – Jake otwo­rzył chło­dziarkę i wycią­gnął loda na patyku. – Jak się przyj­rzysz, to może zoba­czysz wie­lo­ryby w zatoce. Wczo­raj były płe­twale.

– Dzię­kuję – odpo­wie­działa zna­cząco Flo i unio­sła brwi, jakby chciała mu poka­zać, że ma lep­sze maniery niż on. – A co to jest płe­twal? Męski odpo­wied­nik syreny?

– Taki wie­lo­ryb.

– Aha. Faj­nie. – Ruszyła ocho­czo na taras.

– Nie roz­sia­daj się tam – zapo­wie­dzia­łam jej. – Zaraz jedziemy. – Bo zamie­rza­łam obej­rzeć ten dom, choćby się waliło i paliło. Dla zasady. Wszyst­kie moje obawy co do jego stanu tech­nicz­nego nagle się ulot­niły.

– Pro­szę posłu­chać, pani Cope­land… – zaczął ten nie­moż­liwy facet.

– Panno Cope­land – wyce­dzi­łam przez zęby. Pod­sta­rzały sek­si­stow­ski rybak to jedno, ale ten sur­fer z kom­plek­sem wyż­szo­ści to zupeł­nie co innego. Facet miał zero uroku. – A przez tele­fon mówił pan do mnie Zoe.

– No tak. – Prze­cze­sał ręką zmierz­wione od soli włosy i zdjął te swoje tan­detne oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Jego oczy były przej­rzy­ste, bla­do­tur­ku­sowe jak szklane kulki. Odcho­dziły od nich nikłe zmarszczki, tak że przez moment mia­łam wra­że­nie, że się uśmie­cha, cho­ciaż było wręcz prze­ciw­nie. – Zoe. Nie chcesz tego domu.

– Co takiego? – Mój głos zabrzmiał gło­śniej, niż się spo­dzie­wa­łam. – Słu­cham? O co tu cho­dzi? Naprawdę nie rozu­miem. – Skrzy­żo­wa­łam ręce.

– Ech… – Wziął głę­boki oddech. – Słu­chaj. Ten dom to rudera.

– Wiem. Widzia­łam zdję­cia. – Ten facet pro­wa­dził jakąś grę, a ja nie zamie­rza­łam dać się w nią wcią­gnąć. Ale nie chcia­łam też, żeby wygrał.

– Jasne. Widzia­łaś zdję­cia. Ale… w rze­czy­wi­sto­ści jest… gorzej.

Przyj­rza­łam mu się, usi­łu­jąc zapa­no­wać nad sobą.

– Wiem. Wła­śnie dla­tego mnie na niego stać – powie­dzia­łam wprost. – Mimo wszystko nie rozu­miem, dla­czego nie masz tu kolejki dewe­lo­pe­rów.

– Słu­chaj… – Wydał nie­okre­ślony dźwięk. – Agentka nie mówiła mi, że jesteś taka młoda. Myśla­łem, że będziesz kobietą w śred­nim wieku z nasto­let­nią córką. A nie że po raz pierw­szy kupu­jesz dom i jesz­cze masz dziecko na gło­wie. Gdy­bym wie­dział, to…

– To co? Co byś zro­bił?

– To nie prze­lewki – powie­dział bez­rad­nie. – Ten dom. A ty…

– Prze­pra­szam – prze­rwa­łam mu. – Nie rozu­miem, dla­czego mia­łoby cię to obcho­dzić. Prze­cież to nawet nie twój dom.

Prze­łknął ślinę i pod­niósł głowę, żeby spoj­rzeć na sufit. W końcu ski­nął głową.

– Masz rację. Prze­pra­szam. – Jake odchrząk­nął. – Jestem tylko face­tem od klu­cza. Zamknę, znajdę jakieś buty i możemy jechać.

– Możemy jechać? Myśla­łam, że tylko dasz mi klucz.

Ale on już poczła­pał boso do kuchni, żeby zamknąć sklep.

– O co mu w ogóle cho­dziło? – Flo zaj­rzała do środka przez okno, usta miała czer­wone od loda, a w dru­giej ręce trzy­mała otwartą lemo­niadę. Oczy błysz­czały jej od cukru.

– Bóg raczy wie­dzieć. – Pokrę­ci­łam głową. – Może za długo sie­dział na słońcu.

– Ale spodo­bały ci się jego mię­śnie, co?

– Jedz tego loda.

– Dla­czego nie chce, żeby­śmy miesz­kały przy jego ulicy?

Nie wie­dzia­łam. I nic mnie to nie obcho­dziło. Teraz chcia­łam tylko dostać się do tego domu.

Rozdział piąty

Oka­zało się, że „rumosz” to po pro­stu śmieci. A kiedy Jake twier­dził, że jest tu tego sporo, nie prze­sa­dził.

– Uwa­żaj­cie, gdzie sta­je­cie – ostrzegł, pro­wa­dząc nas dookoła budynku, na tyły. – Elton z sąsied­niego domu kosi i przy­cina po tej stro­nie – wyja­śnił Jake. – To miło. Bo wcale nie musi.

Flo truch­tała za nim, chło­nąc wszystko dookoła z takim zachwy­tem, jakby była w Disney­lan­dzie.

– Mamo, patrz, na pod­da­szu są pokoje! – Wska­zała na kawa­łek dachu za cegla­nym komi­nem. – Zakle­puję pokój na pod­da­szu!