Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
lub
0 zł
29,98 zł
14,99 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
32 osoby interesują się tą książką
W życiu warto dać drugą szansę, przeżyć prawdziwą miłość i zaakceptować przeszłość, by otworzyć się na przyszłość.
Zoe Copeland nigdy nie miała prawdziwego domu. Dorastając w rodzinach zastępczych, a dziś samotnie wychowując jedenastoletnią Florence, zmaga się z codziennością w wynajętym pokoju w Pittsburghu. Gdy trafia na ofertę małego domku w stanie Maine, nie może uwierzyć własnym oczom – cena jest w jej zasięgu, ale warunki… cóż, dom tonie w starych meblach, skrzynkach pełnych przypadkowych przedmiotów i porcelanowych kotach ukrytych w każdym kącie.
Flo zakochuje się w tym miejscu od pierwszej chwili, ale Zoe widzi przede wszystkim ogrom pracy i kosztów. Na szczęście z pomocą – nie zawsze chętnie – przychodzi sąsiad Jake, a wspólne sprzątanie szybko zamienia się w coś więcej niż tylko porządkowanie rupieci.
Kiedy Zoe zaczyna odkrywać historię poprzedniej właścicielki domu, Marly, wracają do niej traumy z własnego życia. Czy to możliwe, że zamiast otworzyć się na nowe możliwości, ugrzęźnie w przeszłości?
Ta ciepła, krzepiąca historia o nowych początkach, odpuszczaniu, odnajdywaniu drogi do domu i niespodziewanej miłości jest właśnie taka, jakiej teraz potrzebujesz.
Wielowarstwowa opowieść o odnajdywaniu swojego miejsca, nawet jeśli nie jest ono do końca takie, jak się spodziewaliśmy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 501
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 13 godz. 47 min
Lektor: Anna Rawska
Tytuł oryginalny: The Treasure House
Text Copyright © Amy Matthews 2026 Published by arrangement with Simon & Schuster (Australia) Pty Limited Suite 19a, Level1, Building C, 450 Miller Street (PO Box 448), Cammeray, NSW 2062 All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage and retrieval system without permission in writing from the Publisher.
Copyright for the Polish Edition © TIME SA 2026 Copyright for the Polish Translation © Aleksandra Weksej 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redaktor prowadząca: Aleksandra Pawlińska Redakcja: Agnieszka Fedorowicz Korekta: Dominika Ładycka, Joanna Myśliwiec / e-DYTOR Adaptacja okładki: Ewa Popławska
Fragment książki L. Maud Montgomery Ania z Szumiących Topoli w przekładzie Aleksandry Kowalak-Bojarczuk.
ISBN 978-83-8343-824-5 Wydanie pierwsze Warszawa 2026
TIME SA ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa Facebook.com/hardewydawnictwo Instagram.com/hardewydawnictwo Tiktok.com/@hardewydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
DlaDrużyny PonadprzeciętnejZdecydowanie ponadprzeciętnej od czasu Paryża 2014
Dom powinien być skarbcem życia.
– Le Corbusier
Dom tchnął spokojem i pięknem. Patrząc nań, myślało się o życiu czynnym i pożytecznym. […] przeżył pięć ludzkich pokoleń, które pozostawiły po sobie aurę dostatku – nie bogactwa, lecz wieloletniego bezpieczeństwa i obfitości, dobrego jadła i wygody. Był to dom, który budził miłość i który darzono miłością.
– Kathleen Winsor (przeł. Barbara Korzon)
Wszystkie wielkie sprawy są nierozłącznie splecione ze sprawami drobnymi.
– Lucy Maud Montgomery (przeł. Rozalia Bernsteinowa)
Pittsburgh, Pensylwania
Zwyczajne dni zmieniają życie. Toczą się jak fale, raz za razem, a my nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak daleko nas zaniosły, póki nie dotrzemy do brzegu. Ten konkretny zwyczajny dzień był prozaicznym czwartkiem na początku lata, kolejnym monotonnym dniem pracy z przerwą na lunch, w której starałam się zabić czas. Nawet nie podejrzewałam, że otwarcie aplikacji może wywrócić moje życie do góry nogami.
– To gdzie dziś zamieszkamy? – spytałam swoją koleżankę Evę, która siedziała zgarbiona na końcu stołu i grała w Candy Crush, a jej ciało zdawało się równie wymięte co jej prążkowana koszula. Ja postanowiłam oddać się swojej ulubionej zabawie w wyszukiwanie domu marzeń i weszłam w jedną z licznych aplikacji z ofertami nieruchomości, byle tylko uciec od naszego bezbarwnego pokoju socjalnego, w którym pachniało odgrzewanymi obiadami i przepaloną kawą.
– Wczoraj szukałyśmy w Fair Lawn, w New Jersey – przypomniałam Evie, która ledwo na mnie spojrzała znad gierki. Fair Lawn wydawało się wprost wyjęte z filmu Disneya, wyglądało zupełnie jak miasteczko z Zakochanego kundla, którego moja córka Florence obejrzała chyba z dziewięćset razy, kiedy była mała. Flo zawsze spędzała wakacje na jeżdżeniu od jednej niani do drugiej i często lądowała przed telewizorem. Nie miałam pieniędzy, żeby wysłać ją na letni obóz, nawet jednodniowy, a nigdy nie mogłam sobie pozwolić na wzięcie urlopu, żeby spędzić z nią więcej czasu. Jedynym, co mnie samej przypominało o tym, że jest lato, były „dni lodów” organizowane przez moją szefową – kiedy temperatura przekraczała trzydzieści pięć stopni, przynosiła dla wszystkich lody na patyku. Ale w Pittsburghu rzadko kiedy zdarzały się takie temperatury, a mocna klimatyzacja sprawiała, że w przychodni i tak nie było czuć upału. Nasza klinika stanowiła oddział jednego z dużych uniwersyteckich centrów medycznych i mieściła się w niewielkim ceglanym bunkrze na obrzeżach dzielnicy South Oakland. Mój dział, który zajmował się dokumentacją finansową klientów, znajdował się w pozbawionym okien pomieszczeniu w samym środku budynku. Zawsze kiedy wynurzałam się z niego pod koniec dnia, mrugając, czułam się jak morskie stworzenie głębinowe, które nigdy nie widziało światła.
Moja mało ekscytująca praca w żadnym wypadku nie pozwoliłaby mi na kupno domu – właśnie dlatego podczas przerwy na lunch zajmowałam się szukaniem domu marzeń, a nie prawdziwego. Chociaż musiałam też poszukać czegoś rzeczywistego, bo właściciel mieszkania, które wynajmowałam, znowu zamierzał podnieść mi czynsz, a mnie nie stać było ani na centa więcej, szczególnie za zapuszczoną jednopokojową klitkę z nieprzewidywalnym dostępem do ciepłej wody i nadreprezentacją insektów.
Ale kto by chciał przeglądać oferty smutnych mieszkanek na wynajem w czasie przerwy obiadowej? Szukanie domu marzeń było zdecydowanie ciekawsze.
Wczoraj znalazłam nieskazitelnie białą rezydencję kolonialną z bujnym zielonym trawnikiem i huśtawką na ganku. To był dokładnie taki dom, w jakim mogłaby się rozgrywać akcja komedii romantycznej. Taki, w którym szyje się patchworkowe kołdry i piecze placki z jabłkami, a potem studzi się je na parapecie. I pewnie byłby też (seksowny) ogrodnik, który przychodziłby kosić trawę i któremu podawałoby się później szklankę zimnej lemoniady. Wszystko w granicach przyzwoitości, ale z potencjałem na dobrą zabawę.
To był taki dom, w jakim wyobrażałam sobie inne dzieciaki, kiedy jeszcze siedziałam w szkolnej ławce z burczącym brzuchem i chowałam się za zasłoną nieprzystrzyżonych włosów. To był taki dom, gdzie pranie suszy się na sznurkach w słońcu, a kolacja jest zawsze gotowa na szóstą.
To był dom pasujący do ludzi, którzy nie byli mną.
Dla mnie w dzieciństwie dom w ogóle nie był miejscem. Był osobą. Christiną Lynn Copeland. Moją matką, która z całą pewnością nigdy nie upiekła placka z jabłkami i nie studziła go na parapecie. I której stopa za nic w świecie nie postałaby w Fair Lawn, w New Jersey. „Trzymaj się mnie, aniołku”, mówiła Tina i trzaskała balonikiem z gumy do żucia, kradnąc dla mnie batona. „Nikt nie kocha cię tak jak mamusia”. Nosiła obcisłe dżinsy i krótkie spódniczki, a włosy farbowała na jaskrawe kolory. Miała brzęczącą biżuterię, która błyskała w słońcu. Przeklinała, śmiała się i płakała, uwielbiała słuchać popu, puszczała go sobie głośno i tańczyła, czasem nawet w metrze. Żywiła się słodkimi napojami z puszki, schłodzoną wódką i wszelkiego rodzaju prochami, jakie tylko wpadły jej w ręce. Tina była jak impreza, która zaraz miała się zacząć albo właśnie się skończyła. Nie było nic pomiędzy.
Poruszyłam się nieswojo na krześle. Dlaczego ja w ogóle myślałam o Tinie? Znajdowała się ponad pięćset kilometrów stąd w więzieniu federalnym w Hazelton, a ja nie widziałam się z nią od lat.
– Możemy poszukać domów przy plaży, Zoe? – spytała mnie Eva. – Mogłybyśmy przynajmniej trochę poudawać, że korzystamy z lata.
– O, wpisz Miami – powiedziała Caitlin, jedna z pielęgniarek, która właśnie podgrzewała sobie jakieś resztki w mikrofalówce. – Uwielbiam Miami. A jak kupisz sobie tam dom, będę mogła cię odwiedzać.
– Ona nie kupuje domu – doprecyzowała Eva. – Ona tylko sobie wyobraża, że kupuje dom.
– I co z tego? Wyobraź sobie, że przeprowadzasz się do Miami, a ja wyobrażę sobie, że do ciebie przyjeżdżam.
Posłusznie zaczęłam szukać nieruchomości na sprzedaż w Miami, odepchnąwszy od siebie myśli o wzroście czynszu i Tinie.
– W której dzielnicy? – W Miami jeszcze nigdy nie szukałam.
– Takiej niezbyt letniskowej – poradziła Caitlin. – Niech to będzie miejsce z klasą.
Musiałam wyguglować dzielnice z klasą.
– Coconut Grove?
– Jasne, czemu nie. – Mikrofalówka zapiszczała, a Caitlin wyciągnęła swoje jedzenie i dosiadła się do nas.
– O, spójrzcie na to. Willa w stylu śródziemnomorskim w południowej części Coconut Grove. Ma trzy sypialnie, dwie i pół łazienki…
– Na co komu pół łazienki? – burknęła Eva. Szukanie domu marzeń psuło jej czasem humor. Zazwyczaj kiedy zbliżał się termin spłaty karty kredytowej.
– Jest też basen! – Migotanie niebieskiej wody na tle tropikalnych ogrodów mnie urzekło. Obróciłam telefon tak, żeby mogły popatrzeć na ekran. Szukanie domu marzeń było jak odwracanie kolejnych stron książki i wyobrażanie sobie innej wersji własnego życia. Czy to w willi śródziemnomorskiej w Miami, czy w starym drewnianym domu w Minnesocie – w każdym z tych miejsc potrafiłam zobaczyć swoje wymarzone życie.
Odkąd byłam mała, wiedziałam, że każdy dom jest inny, że kryje w sobie odmienne smaki, zapachy, kolory, nadzieje i temperatury uczuć. Może nigdy nie miałam własnego domu, ale naoglądałam się ich w życiu całkiem sporo. Od domów rodzin zastępczych po wszystkie mieszkania Tiny – przeprowadzałam się więcej razy, niż potrafiłabym zliczyć.
Dlaczego znowu myślałam o Tinie? Willa śródziemnomorska w południowej części Coconut Grove nie miała w sobie nic, co powinno mi się skojarzyć z rodzinami zastępczymi albo z Tiną. Jeszcze mocniej odepchnęłam od siebie te myśli i zaczęłam sobie wyobrażać, że zamierzam kupić posiadłość w Miami, że razem z córką wiodę tam życie skąpane w słońcu i już nigdy nie muszę się przejmować kwestiami mieszkaniowymi.
Pomimo kiepskiego humoru Eva zainteresowała się willą. Zostawiła Candy Crush i podsunęła sobie krzesło bliżej.
– Ile za niego chcą?
Sprawdziłam.
– Pięć milionów trzysta.
– Auć. – Caitlin się skrzywiła.
– To tyle co nic. – Eva posłała jej pobłażliwe spojrzenie. – Dawaj, Zoe, pokaż jej, co tam masz.
– Robicie to na każdej przerwie obiadowej? – spytała Caitlin, nachylając się nad stołem.
– Zoe tak. – Eva z sympatią oparła głowę na moim ramieniu. – Jest typem patologicznej domatorki. Poza tym gustuje w szampanie, a stać ją tylko na piwo.
– Nawet na piwo nie. – Westchnęłam, przerzucając kolejne zdjęcia lśniących nieruchomości w poszukiwaniu takiej, o jaką mi chodziło. – Stać mnie tylko na wodę z kranu. – Poza tym wcale nie byłam domatorką, na pewno nie w prawdziwym życiu. Mój dom wyglądał raczej jak tymczasowe lokum studenckie. Wszystkie meble, które posiadałam, były z drugiej ręki.
– To tak jak mnie – powiedziała współczująco Caitlin. – Teraz pewnie powinnam oszczędzać nawet wodę z kranu.
– O. – Zatrzymałam się na ofercie prawdziwej perełki w Palm Beach. – To jest nasz dom.
Nagłówek brzmiał: „Twoja jedyna szansa na wymarzony dom”. Eva zagwizdała cicho na jego widok. Przeczytałam opis posiadłości i wybuchnęłam śmiechem, bo do tego domu nie pasowało nawet słowo „marzenie”. Bliżej mu było do „urojenia”.
– „Trzynastopokojowy, piętnastoipółłazienkowy dom jednorodzinny”. – Zaśmiałam się z niedowierzania. – Co to by miała być za rodzina?
– Rodzina milionera, który rozwiódł się piętnaście razy, a na wakacje dostaje wszystkie dzieci pod opiekę – zasugerowała Caitlin i sięgnęła mi przez ramię, żeby przewinąć zdjęcia.
Przy domu znajdował się staw rybny ze słoną wodą, basen typu infinity, trzy wodospady otoczone bujną tropikalną roślinnością i jacht zacumowany przy prywatnej przystani.
Wszystkie trzy podniosłyśmy wzrok znad telefonu i spojrzałyśmy na prozaiczny krajobraz Pittsburgha roztaczający się za oknem pokoju socjalnego. Westchnęłyśmy chórem.
– To nie jest dom, tylko ośrodek wypoczynkowy – powiedziała Caitlin, po czym się wyprostowała i wróciła do swojego lunchu z miną osoby pogodzonej z rzeczywistością.
Na widok ceny podanej w ogłoszeniu wyrwał mi się mimowolny okrzyk.
– Aż tak źle? Ile chcą? Piętnaście milionów?
– Trzydzieści – zgadywała Eva.
– Yy… – Odchrząknęłam. – Co powiesz na sto trzydzieści sześć?
– No co ty. Czekaj. Ale milionów?
Przechyliłam telefon, żeby zobaczyła. Zaklęła.
– Musiałabym wygrać w Mega Millions. – Westchnęłam i odłożyłam telefon ekranem do dołu, po czym sięgnęłam po swoją więdnącą sałatkę. Gdybym rzeczywiście wygrała na loterii, mogłabym wreszcie wynieść się razem z Flo z mieszkania, na które już nie było nas stać. Nie potrzebowałam trzech wodospadów i przystani na jacht. Wystarczyłby kawałek przestrzeni dla dwóch osób, może z ogrodem i z dobrą szkołą w pobliżu. Miejsce, które mogłybyśmy zmienić w dom.
Ale doskonale wiedziałam, że to mrzonka. Miałam równie wielkie szanse na kupno domu jak na zwycięstwo w Kentucky Derby bez konia.
Mimo to uwielbiałam szukać domu marzeń. Czułam jakiś spokój, kiedy wyobrażałam sobie życie w takich miejscach, szczególnie tych prostszych – niedużych budynkach pośrodku kwitnących ogrodów, przy cichych ulicach, na przedmieściach albo w miasteczkach wysuniętych poza falujący kilwater wielkich miast. W zwykłych domach.
Takich jak mój ostatni dom zastępczy.
Miałam trzynaście lat, kiedy po raz trzeci i ostatni trafiłam do rodziny zastępczej. Gdy wezwano mnie przez radiowęzeł do gabinetu dyrektora, od razu wiedziałam, kogo tam znajdę. Kolejną przedstawicielkę opieki społecznej z podkrążonymi oczami i wyćwiczonym wyrazem uprzejmości na twarzy. Nie musiała mi wyjaśniać, dlaczego przyszła, spodziewałam się jej. Nie pamiętam, jak miała na imię. Zabrała mnie do mieszkania mamy, żebym się spakowała, a potem zawiozła do domu dziecka, gdzie czekałam, aż znajdą mi jakieś stałe miejsce. Dom dziecka to w mojej pamięci rozmazana martwa natura: łóżko piętrowe i zapach taniego proszku do prania. Miałam tak chorobliwe wyrzuty sumienia, że nie mogłam spać. Wiedziałam, że tym razem znalazłam się tu z własnej winy. Była tam dziewczynka z poszewką w pokemony, którą założyła sobie na plastikową poduszkę z sierocińca – przepłakała wszystkie moje bezsenne noce. Ja raczej nie płakałam. Wtedy już chyba przeszła mi na to ochota.
Kiedy tydzień później opuściłam dom dziecka, zostałam zawieziona na ranczo w Bradford Woods, na północnym końcu Pittsburgha. Pamiętam, że był maj, a wzdłuż podjazdu, w który skręciliśmy, rosły kwitnące bzy. Były też drzewa rzucające wielkie cienie oraz trawnik tak zielony i idealny, że wydawał się nierzeczywisty. Później dowiedziałam się, że Wayne Overbeck, mój nowy ojciec zastępczy, ma obsesję na punkcie tego trawnika. Organizował sobie cały rok wokół skaryfikacji i wysiewów, koszenia i nawożenia. Jego ulubionym zajęciem w lecie było przechadzanie się po trawie ze szlauchem, piwem w ręce i meczem bejsbolowym na słuchawkach. Dla Wayne’a życie było proste. Do szczęścia potrzebował tylko domu, rodziny i trawnika.
Jego żona Suni była nieco bardziej skomplikowana, ale niewiele. Pracowała w dziale rekrutacji jednego z miejscowych uniwersytetów i nigdy nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Suni ciągle wynajdowała sobie jakieś zajęcie: czasem tworzyła albumy rodzinne, innym razem układała mozaiki ze szklanych kamyczków, jeszcze innym zbierała dzikie rośliny jadalne albo obserwowała ptaki.
Overbeckowie mieli dwoje własnych dzieci – Lance’a i Alison – ale przyjmowali też dzieci z domu dziecka, bo jak mawiała Suni: „Nie było powodu, żeby dwie zupełnie dobre sypialnie miały się marnować”. Ich dom balansował na granicy między porządkiem a chaosem, był pełen ludzi i dźwięków: hałasu meczów bejsbolowych, które Wayne oglądał w telewizji; gitary i pop punku, którego słuchał Lance; głosów Alison i jej koleżanek ćwiczących przed próbami chóru; a także szczekania ich podekscytowanego corgi o imieniu Arthur, który biegał od pokoju do pokoju. Przez całe liceum, kiedy tam mieszkałam, zajmowałam turkusowy pokój, podczas gdy przez liliowy przewinęło się kilkoro innych przybranych dzieci: Thad, który miał siedem lat i został tylko na kilka miesięcy; Leanne, która była rok starsza ode mnie i mieszkała tam półtora roku; i wreszcie Bethany – tak nieśmiała, że nie potrafiła patrzeć ludziom w oczy, kiedy do nich mówiła. Suni i Wayne traktowali nas wszystkich tak samo, jako członków rodziny.
Podobało mi się życie u Overbecków. Ale i tak chciałam, żeby Tina wyszła ze stanowego zakładu karnego w Muncy, gdzie trafiła za posiadanie narkotyków. Chciałam, żeby po mnie przyjechała, chciałam poczuć, jak jej objęcia otaczają mnie słonecznym blaskiem. Nic nie może się równać z własną matką, nawet jeśli własna matka jest ćpunką. Kiedy po raz pierwszy puściłam Flo Czarnoksiężnika z Oz i Dorotka powiedziała: „Nie ma to jak w domu”, nadal kojarzyło mi się to z Tiną. Dla mnie poczucie przebywania w domu wiązało się z osobą, nie z miejscem. I do tej pory tak było, tylko tą osobą stała się Flo.
W ten zwykły czwartek w pracy, kiedy jadłam sałatkę, myślałam o wszystkich miejscach, w których mieszkałam po Overbeckach. O akademikach, o kolejnych pokojach, które wynajmowałam we współdzielonych mieszkaniach. A potem, kiedy zaszłam w ciążę, był ten krótki okres, kiedy mieszkałam z Timem…
– Zapomnij o milionerach na Florydzie – rzuciła Eva z obrzydzeniem. – Znajdź nam jakiś dom, w który będziemy mogły naprawdę uwierzyć. – Popchnęła telefon w moim kierunku.
– Ja tam wierzę w tę willę – powiedziała z zapałem Caitlin.
Eva rzuciła w nią serwetką zwiniętą w kulkę.
– A ja nie. Ja chcę marzenia, które mogłoby się spełnić.
Próbowałam wymyślić najnormalniejsze miejsce na świecie, gdzieś na przedmieściach, gdzie zatrzymują się autobusy szkolne i gdzie dzieciaki jeżdżą na rowerach w długie letnie popołudnia. Może Ohio? Przewijałam oferty jedno- i dwupiętrowych domów w Cleveland w poszukiwaniu trawnika i sypialni, która mogłaby się spodobać Flo. Przez całe swoje życie dzieliła pokój ze mną – czy nie byłoby wspaniale, gdyby dostała własny?
Florence nie była planowana. Jako naiwna (głupia) dwudziestojednolatka potrafiłabym się zakochać w dowolnej osobie, która okazałaby mi odrobinę uczucia. Kiedy poznałam Tima, byłam kłębkiem problemów z przywiązaniem i lękiem przed porzuceniem, więc zakochałam się szybko i gwałtownie. Na trzecim roku studiów zaszłam w ciążę z facetem, którego, jak sądziłam, kochałam, a który był równie naiwny (głupi) jak ja.
Chciał, żebym urodziła to dziecko, a ja byłam na tyle młoda, by mu uwierzyć, gdy zapewniał, że zawsze przy mnie będzie. Tak bardzo chciałam mu wierzyć, że kiedy składaliśmy łóżeczko w kawalerce, którą dla siebie znaleźliśmy, naprawdę miałam wrażenie, że nam się uda. Teraz Tim mieszka ze swoją narzeczoną Alyssą w Seattle, dokąd przeniósł się po studiach. Dzwoni do Flo w poniedziałki, czwartki i niedziele, a oprócz tego wysyła jej paczki pocztą. Płaci alimenty. Zazwyczaj. Chyba nie przeszkadza mu za bardzo, że dzieli go od niej cały kraj. Ja tymczasem ledwo potrafię znieść rozstanie z nią na weekend, gdy jeździ w odwiedziny do Tima. Przeszłabym boso przez Góry Skaliste w środku zimy, byleby do niej dotrzeć. Dla tego dziecka stanęłabym do walki z niedźwiedziami.
Albo porzuciłabym edukację i pracowała po osiem godzin dziennie, przeglądając rachunki klientów centrum medycznego.
Otworzyłam ofertę ślicznej drewnianej chaty z rozłożystym dębem na tyłach, domkiem na drzewie i dziecięcą sypialnią pomalowaną tak, by przypominała altanę wróżek. Zaczęłam sobie wyobrażać, że tam mieszkamy, a ja co wieczór kładę Flo do tego cukierkowo różowego łóżka piętrowego, mimo że jest już zdecydowanie za duża na róż. A przynajmniej tak twierdzi. Niepokój, który poczułam w brzuchu, zaczął się cofać.
– A może ten? – Obróciłam telefon, żeby pokazać im, co znalazłam.
Eva, która też miała dzieci, westchnęła z aprobatą.
– Myślisz, że dałoby się tam wcisnąć trzecie łóżko?
Caitlin, która nie miała dzieci, zmarszczyła nos.
– To nie jest dom marzeń. Jest zbyt rzeczywisty.
Pokręciłam głową.
– Jest idealny.
Nikt nas nie uprzedza, jak trudno być rodzicem – ci zaprawieni w bojach czasem tylko posyłają tym niedoświadczonym ironiczne spojrzenie, które ledwo cokolwiek zdradza. Bo jak przekazać niewtajemniczonym, że matczyna miłość to potężny, nabiegły czarną krwią nowotwór uczuciowy? Że nie ma nic wspólnego z lekko rozmytą reklamą zasypki dla niemowląt Johnson & Johnson? Czujesz się raczej jak w Titanicu. Wiesz, że statek zatonie niezależnie od tego, co zrobisz, ale za wszelką cenę chcesz wsadzić tego dzieciaka na dryfujące drzwi (albo do cukierkowo różowego łóżka), zanim sama zginiesz.
Przeraża mnie moja miłość do Florence.
Zanim się pojawiła, nie zdawałam sobie sprawy, jaka byłam smutna, jaka samotna. Nie wiedziałam, jak bardzo byłam zaniedbana emocjonalnie. Ale gdy tylko na nią spojrzałam, całe życie wyostrzyło mi się przed oczami i wcale nie okazało się piękne. Sama myśl o tym, że mogłaby trafić do mojego dzieciństwa – gdzie pozostawiona samej sobie w zimnym mieszkaniu podgrzewałaby paczkę gotowego makaronu z serem przy akompaniamencie powtórek telewizyjnych i co chwilę rzucałaby się do drzwi, żeby sprawdzić, czy są zamknięte na klucz, bo sąsiedzi awanturowaliby się za głośno – prawie mnie złamała.
Tylko czy ja rzeczywiście radziłam sobie lepiej niż Tina? Jasne, nie ćpałam ani nie zostawiałam Flo samej, żeby pracować na ulicy, nie odsiadywałam też wyroków w więzieniu, ale wynajmowałyśmy zaniedbane mieszkanie z kapryśnym ogrzewaniem. I nawet na to już niedługo nie będzie mnie stać.
– Wiecie co, ja chyba zagram w Mega Millions – wypaliłam, wpatrując się w sypialnię wróżek, na którą nie mogłam sobie pozwolić.
I właśnie wtedy Caitlin powiedziała coś, co zmieniło moje życie na zawsze.
– Zapomnij o Mega Millions – rzuciła i wstała, żeby wyrzucić niedojedzone resztki do kosza. – Znajdź sobie raczej jakiś dom skarbów.
Nie miałam pojęcia, o czym mówi.
– Dom skarbów?
– No wiesz, są takie na TikToku. Takie rupieciarnie. – Caitlin cała się rozpromieniła i wyciągnęła swój telefon. – Och, zobaczysz, to ci się spodoba. Masz. – I podała mi moją przyszłość.
Domy skarbów, jak się okazało, były domami, których nikt nie chciał. Wypełnione po brzegi pozostałościami po chaotycznym życiu, stanowiły po prostu sterty śmieci. Ale dało się zauważyć, że ktoś je kiedyś kochał – można to było wywnioskować z resztek wzorzystych tapet, które ktoś na pewno starannie dobrał; ze starych, zardzewiałych huśtawek w zarośniętych ogrodach; z zakurzonych zdjęć w zaśniedziałych ramkach.
Poczułam natychmiastową więź z domami skarbów z TikToka.
Pierwsza rolka, którą obejrzałam, przedstawiała maleńki domek w Traverse City w stanie Michigan. Miał rozmiary kontenera i otaczał go złom. Zobaczyłam tam stare zlewy, przerdzewiałe taczki, czterdziestolitrowe metalowe beczki przewrócone na bok i ogólnie pełno porozrzucanych przedmiotów. Kupiła go uśmiechnięta, żwawa para ludzi w butach roboczych i z młotkami w dłoniach. Rolki pokazywały, jak sprzątają swoje nowe lokum w dwukrotnie przyspieszonym tempie, a uśmiechy ani na moment nie schodzą im z twarzy. Na moich oczach zaniedbany budynek wyłonił się z mroku i zmienił w wesoły, żółciutki domek ze słonecznymi białymi wnętrzami i widokiem na świeżo wyściółkowane rabaty od frontu.
Największe zaskoczenie?
Zapłacili trzydzieści siedem tysięcy dolarów za ruderę pełną śmieci. A sprzedali swoje żółte marzenie za ponad dwieście tysięcy.
Nie no, poważnie…
Trzydzieści siedem tysięcy za cały dom.
Domy skarbów były porozrzucane po najdalszych zakątkach kraju, po miejscach, które nie specjalizowały się w kiczowatych willach i przystaniach do cumowania jachtów: Fort Flagg w Alabamie, Quilty w Georgii, Nailsworth w Ohio. Można było je znaleźć w Minnesocie, Dakocie Południowej, Indianie i Nowym Meksyku, w miastach, o których nigdy nawet nie słyszałam. Hasztag ‘domskarbów’ doprowadził mnie do ludzi walczących z grzybem i pleśnią, oposami i szopami, wykwitami solnymi, oparzeńcem pnącym i oparzeńcem jadowitym, azbestem i przeciążeniem emocjonalnym. Ale… wszyscy, bez wyjątku, mieli dom. Własne miejsce. Za wprost śmieszne pieniądze.
Za pieniądze, które miałam nawet ja.
Gdyby te budynki stały w bardziej atrakcyjnych miejscach, zostałyby sprzedane za poważne kwoty, pomimo ruiny. One jednak znajdowały się w takich zakątkach kraju, w których tylko nieliczni mieli ochotę zamieszkać, a jeszcze mniej liczni byli gotowi wziąć na siebie trud remontu. Weszłam na profil jednej kobiety, która nazwała się ZaradnaMama24 – była samotną matką trójki dzieci i kupiła dom skarbów w stanie Waszyngton za sześćdziesiąt dwa tysiące dolarów. Gospodarstwo wyglądało jak z obrazka, tylko trochę przetartego: popękane ramy okienne, walący się komin i farba tak wyblakła i złuszczona, że ledwo dało się stwierdzić, jaki miała kiedyś kolor. Podwórko przypominało pustynię, a za domem rosła potężna choina. Serce mi się ścisnęło na widok tego domu przycupniętego smutno pod drzewem jak stary bezpański pies.
Ale przewijałam kolejne rolki i zobaczyłam, jak ZaradnaMama24 i jej troje dzieci wyładowują z ciężarówki świeżą czarną ziemię do pokrycia pylistego podwórka. Od nowa pobielili zewnętrzne ściany domu, a drzwi frontowe pomalowali na wiśniowo. W miarę jak dom powoli się zmieniał, jesienią na ostatnim krzywym stopniu pojawił się lampion z wydrążonej dyni, zimą na choinie zamrugały lampki świąteczne, a latem u stóp budynku zakwitły kępki kwiatów. Gospodarstwo wciąż było stare, ale stało się kochane. Zamieszkane.
Nie wstydzę się powiedzieć, że oglądałam te rolki kilkanaście razy po pracy i kolejne kilkanaście wieczorem w łóżku, ze słuchawkami na uszach, żeby relacja ZaradnejMamy24 nie obudziła Flo. Nasze mieszkanie miało tak małe rozmiary, że z dowolnego miejsca słychać było wszystko, co robiła druga osoba: z kuchni słyszałam szczoteczkę do zębów Flo, z sypialni – pomruk lodówki, spod prysznica – sprężyny w łóżku, na którym Flo rano siadała, żeby włożyć buty. A nasze pojedyncze łóżka praktycznie się dotykały. Jak można sobie wyobrazić, zdziałało to cuda w moim życiu miłosnym.
Często czułam się jak w pułapce, szczególnie wieczorami, kiedy skradałam się po mieszkaniu, usiłując nie obudzić własnego dziecka, a im bardziej Flo rosła, tym bardziej nasilało się to uczucie. Zbliżały się jej dwunaste urodziny. Dwanaście lat życia spędzonego na skradaniu się. Ten czas szybko zleciał, a zarazem dłużył się niemiłosiernie. Ja w wieku dwunastu lat zostałam przyjęta do rodziny zastępczej państwa Bracknellów. Oboje pełnili funkcję diakonów w jakimś kościele, a ich dom był bardzo czysty. Na samą myśl o tym, że Flo miałaby się spakować i zamieszkać z obcymi ludźmi, wypełniło mnie wielkie, gorące, bolesne uczucie. I kiedy tak do późna w nocy oglądałam rolki z domami skarbów, wyciągnęłam rękę, żeby dotknąć swojej śpiącej córki. Prędzej bym umarła, niż pozwoliła, żeby ktokolwiek mi ją odebrał, tak jak ja byłam odbierana Tinie jako dziecko.
Flo pochrapywała cicho jak szczeniaczek. Skopała z siebie pościel, bo panował upalny czerwiec, a my nie miałyśmy klimatyzacji. Usłyszałam, jak pijani studenci wracają z barów, głośno się nawzajem uciszając i chichocząc na klatce. Te odgłosy sprawiły, że poczułam się, jakbym miała milion lat. Czy ja kiedykolwiek cieszyłam się taką wolnością? I czy nadal będę tu mieszkać, kiedy Flo dorośnie do ich wieku?
Leżąc w ciemności, poczułam, jak coś we mnie pęka. Kurde, przecież ja miałam dopiero trzydzieści dwa lata; wcale nie byłam aż tak dużo starsza od tych studentów na klatce. Powinnam teraz zamawiać drinka w jakimś eleganckim klubie, łapać spojrzenia uwodzicielskiego barmana i śmiać się z przyjaciółkami. W każdym kolejnym dniu powinnam szukać błysku nowych możliwości. Powinnam… robić cokolwiek, byle nie to.
I kiedy tak leżałam, oglądając, jak ludzie wynoszą rupiecie z rozwalających się domów, dopadła mnie szalona myśl.
Mogłabym to zrobić.
Mogłabym stąd uciec. Mogłabym kupić dom. Zacząć od nowa.
Mogłabym stworzyć dla siebie życie, jakiego chciałam, zamiast żyć tym, które odziedziczyłam. W zależności od stanu budynku i miejscowości, w której był położony, ceny domów skarbów wahały się od trzydziestu do stu tysięcy dolarów. Za cały dom. Syfiaste mieszkanie jednopokojowe w moim bloku poszło ostatnio za sto sześćdziesiąt tysięcy, a liczyło tylko około pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Domy skarbów miały wiele pokoi, ogrody, a czasem nawet widok na góry, rzekę albo – istnym cudem – na ocean. Jasne, były w ruinie, ale ja czułam się młoda i silna. Jeśli inni ludzie potrafią odnawiać takie budynki, dlaczego mnie miałoby się nie udać?
– Co to? – spytała Florence następnego ranka przy śniadaniu i podsunęła mi mój telefon, żebym zobaczyła ekran.
– To dom skarbów.
– Dom czego? – Ożywiła się, a ja od razu wiedziałam, że pomyślała o piratach. Podczas naszego ostatniego wieczoru filmowego oglądałyśmy Goonies.
– Nie takich skarbów – wyjaśniłam, żeby uniknąć rozmów o dublonach. – To po prostu domy pełne rupieci, które ludzie sprzedają.
– Sprzedają domy czy rupiecie? – Nachyliła się nad moim telefonem, a koniec jej warkocza zwinął się na ławie kuchennej. Przesunęła do następnej rolki.
– Jedno i drugie. Kupujesz dom, ale razem z nim wszystkie rupiecie.
– A, fajnie. – Popatrzyła na mnie z uśmiechem.
Flo miała wielkie, głęboko osadzone oczy, okrągłe policzki i zwyczaj żucia końcówek warkoczy, aż zaczynały przypominać mokre pędzle. Odziedziczyła po swoim tacie wąskie, ruchliwe usta i swobodę towarzyską, a po mnie dostała ciemniejsze włosy i karnację oraz zamiłowanie do książek. Obie byłyśmy wysokie i miałyśmy troszkę za szerokie podbródki, a ponieważ nie znosiłyśmy wizyt u fryzjera, miałyśmy dość długie, niesforne włosy z masą rozdwojonych końcówek.
– Patrz, ten ma basen. – Wskazała łyżką na ekran.
– Nie wydaje mi się, żeby to był basen. To raczej zwykły dół.
– Po co komu dół na podwórku?
Nasłuchałam się dość podcastów o prawdziwych zbrodniach, by wiedzieć, że nie chcę poznawać odpowiedzi na to pytanie. Przesunęłam na następny filmik.
– Jak to się stało, że zastąpiłaś Harry’ego Stylesa rolkami o domach pełnych rupieci? – Flo odwróciła pudełko płatków i wytrząsnęła sobie do miski górę Cheeriosów.
– Uważaj, co mówisz. Harry’ego nie da się zastąpić. – Zabrałam jej pudełko.
– Mama Vandy pozwala jej jeść w wakacje Apple Jacksy.
– Cieszę się jej szczęściem.
– I Pop Tartsy.
– Pop Tartsy to deser, nie śniadanie. – Podałam jej mleko.
– Sprzedają je w dziale z płatkami śniadaniowymi.
Zignorowałam tę uwagę.
– Nie sądzisz, że to smutne, że muszę jeść Cheeriosy zamiast Apple Jacksów, podczas gdy moja matka uprawia phubbing rodzicielski?
Czasem czułam się tak, jakbym mieszkała z młodocianą prokuratorką.
– Nie uprawiam żadnego „phubbingu”, tylko szukam dla nas domu. – Niedawno Flo z upodobaniem zaczęła używać tego pojęcia, bo lubiła mnie besztać za to, że patrzę w telefon zamiast na nią.
Teraz aż podskoczyła i zachlapała cały blat mlekiem.
– Że co?
– O mój Boże, wytrzyj to – jęknęłam, ruszając po ścierkę. – Nie zostawiaj tak, żeby wszędzie kapało.
– Chcesz mi powiedzieć, że kupujemy dom z basenem? – Otworzyła szeroko oczy.
– Nie. – Delikatnie ją odsunęłam i starłam mleko, zanim przelało się przez krawędź blatu. – Zobacz, ile mleka zmarnowałaś. Poza tym to nie był basen, tylko dół.
– Protobasen!
„Protobasen”. Co to w ogóle za dziecko?
– Skąd wiesz, co to znaczy „proto”?
Wzruszyła ramionami.
– Z książki? – Podsunęła sobie stołek z powrotem do wilgotnego teraz blatu. – Opowiedz mi o tym domu. Lepiej, żeby był gdzieś blisko, bo ja nie zamierzam zmieniać szkoły.
Zupełnie o tym nie pomyślałam. Moje nocne marzenia zaczynały się kruszyć w świetle dnia. Ciężko pracowałam na to, żeby Flo miała stabilne i przewidywalne życie. Niełatwo mi było pozostać w tym samym okręgu szkolnym pomimo rosnących czynszów. W ciągu jej krótkiego życia przeprowadzałyśmy się już dwa razy, na coraz mniejszy metraż, byle tylko wciąż mieszkać w dzielnicy Squirrel Hill South. Wiedziałam, że już dłużej tak nie pociągnę. Nowa podwyżka czynszu sprawiała, że po raz kolejny musiałybyśmy zmienić lokum na mniejsze, a to oznaczałoby przeprowadzkę do kawalerki. Ta myśl miażdżyła mi duszę. Flo już niedługo będzie nastolatką, a żadna nastolatka nie chciałaby nadal dzielić pokoju z mamą.
Ani żadna mama nie chciałaby dzielić pokoju z nastolatką…
– Nie stać mnie na nic w pobliżu – wyznałam jej. – Poza tym niedługo idziesz do liceum, więc i tak będziesz musiała zmienić szkołę…
– Mamo. Mam jedenaście lat. Dopiero zaczęłam gimnazjum.
– Prawie dwanaście. – Usłyszałam wspomnienie tęsknej wiolonczeli pana Bracknella. – Do liceum już tylko krok.
Przewróciła oczami.
– Jak stąd w nieskończoność.
Ale to nie była prawda. Te krótkie lata szybko przelecą, jak wszystkie do tej pory. Czasy, kiedy miałam dwadzieścia kilka lat, minęły bezpowrotnie, a wraz z nimi dzieciństwo Flo, podczas gdy ja zaczynałam sobie uświadamiać, że nikt nie przybędzie mi na ratunek. Jeśli nic nie zrobię, za kolejne dziesięć lat mogę wciąż siedzieć w tej ciasnej kuchni albo nawet w jeszcze ciaśniejszej.
– Nasza kolejna przeprowadzka musi być już na stałe – powiedziałam swojemu dziecku z dziwnym poczuciem determinacji. Nocne wcielenie Zoe się nie myliło. Miałyśmy szansę na coś więcej. – Przeniesiemy się gdzieś, gdzie są dobre szkoły.
Flo zmierzyła mnie wzrokiem.
– Lubię swoją szkołę.
– Polubisz też nową. – Miałam nadzieję, że to nie kłamstwo. Podsunęłam jej swój telefon. – Pomożesz mi wybrać dom?
– O mój Boże. Mówisz poważnie?
Pokiwałam głową i pomachałam przed nią telefonem.
– Co powiesz na ten?
– Jest okropny.
– Nawet nie spojrzałaś.
– Gdzie on jest?
Sprawdziłam.
– W Dakocie Północnej.
– Na pewno nie.
– Co ci się nie podoba w Dakocie Północnej? – spytałam, szczerze zdziwiona.
– Nie będę mieszkać w stanie, który nawet nie potrafi sobie wymyślić nazwy. – Flo skrzyżowała ramiona na piersi.
– Dakota Północna to przecież nazwa.
– Nieprawda. To odgapianie od Dakoty Południowej.
– Dobrze, żadnej Dakoty.
– Znajdź coś tutaj, w Squirrel Hill – nakazała Flo i nachyliła się, żeby zajrzeć mi w ekran.
Prychnęłam.
– Tutaj nie stać nas na skrzynkę pocztową, a co dopiero na dom.
Flo jakoś zmogła swoją górę Cheeriosów. Podniosła miskę, żeby wypić resztki mleka.
– Nie rób tak.
– Jeśli ty możesz zniszczyć mi życie przeprowadzką do domu pełnego rupieci, to ja mogę pić z miski.
– Zgoda. – Wkroczyłam i zgarnęłam jej pustą miskę. – Cieszę się, że umówiłyśmy się na przeprowadzkę.
– Ej! – Dopiero teraz załapała, co się właśnie wydarzyło.
– Nie ma wycofywania się. – Uśmiechnęłam się do niej. – Ale przynajmniej do końca życia będziesz mogła pić z miski.
To było jak wirus. Złapałam bakcyla domu skarbów. Między zadaniami w pracy kładłam telefon na biurku i przeglądałam ogłoszenia. A potem, pod wpływem jakiegoś gorączkowego, swędzącego uczucia, sprawdzałam w internecie możliwości kredytowe. Nie potrzebowałabym aż tak dużo pieniędzy… Trzeba jednak mieć pracę, żeby spłacić hipotekę, a gdybyśmy się przeprowadziły, musiałabym znaleźć sobie nową. Ale chyba wszędzie jest jakieś centrum medyczne?
Miałam też konto z niewielkimi oszczędnościami, które chomikowałam z przyzwyczajenia, na wypadek gdyby Tina potrzebowała kaucji albo pomocy na start po wyjściu z więzienia. Ale na to się na razie nie zanosiło, bo rok przed urodzeniem Flo została oskarżona o przemyt narkotyków przez granice stanów i siedziała teraz w więzieniu federalnym w Hazelton, w Wirginii Zachodniej, gdzie miała pozostać na całą przewidywalną przyszłość. Ja jednak z przyzwyczajenia odkładałam pieniądze „na Tinę”. A one od dziesięciu lat zbierały odsetki. Miałam ich wystarczająco dużo, żeby pokryć zadatek na dom skarbów – zwłaszcza przy takich przedziałach cenowych – a wiedziałam, że Suni i Wayne pożyczą mi resztę. Zawsze mówili, że z radością pomogą któremukolwiek z nas, gdybyśmy tego potrzebowali. Myśl o ruszeniu pieniędzy „na Tinę”, żeby opłacić zadatek, napełniła mnie na moment przerażeniem. Co zrobi Tina, kiedy wyjdzie? Jak sobie poradzi? Zalały mnie wszystkie dawne koszmary dzieciństwa. Głód, bezdomność, upadki Tiny i nieuniknione nawroty jej nałogu. Ona potrzebowała tych pieniędzy. Ja ich potrzebowałam, bo chciałam, żeby z nią było dobrze.
Ale może ja i Flo też ich potrzebowałyśmy. Może właśnie teraz.
Wymknęłam się z centrum medycznego w czasie przerwy obiadowej i poszłam do parku, żeby pobyć sama. Z przerdzewiałymi samochodami i grzybem raczej sobie nie poradzę, ale odgracać mogę. Byłam gotowa opuścić Pittsburgh, ale nie chciałam też za bardzo się stąd oddalać. I na sto procent potrzebowałam dobrego okręgu szkolnego dla Florence.
Wyguglowałam stany z najlepszymi szkołami publicznymi. Nie byłam pewna, czy to szalone drżenie w brzuchu świadczy o podekscytowaniu czy o strachu. Możliwe, że czułam jedno i drugie.
– Nie chcę mieszkać gdzieś, gdzie będzie gorąco – obwieściła Flo, kiedy dotarłam do domu. Zajmowała się nią Suni i Flo oczywiście opowiedziała jej o moich poszukiwaniach domu. Na wakacje miałam starannie rozpisany grafik opieki, który wisiał na lodówce, cały pokolorowany. W poniedziałki Flo chodziła do swojej przyjaciółki Vandy, w środy i czwartki do swojej przyjaciółki Candy, we wtorki pilnowała jej moja sąsiadka, pani Selvaratnam, a w piątki zajmowała się nią Suni, czasem w ich domu w Bradford Wood, a czasem w naszym mieszkaniu.
To była kolejna rzecz, którą straciłabym wraz z przeprowadzką. Opiekunki.
Mój umysł miotał się między gwałtownymi przypływami podekscytowania a chłodnymi zderzeniami z rzeczywistością.
– O co chodzi z tymi domami skarbów? – spytała łagodnie Suni. – I co to dokładnie jest?
– Już jej mówiłam. Po prostu chce to usłyszeć od ciebie – poskarżyła się Flo. – Ale obie się zgodziłyśmy, że nie możesz kupić domu gdzieś, gdzie będzie za gorąco.
– Nie po tym mieszkaniu – poparła ją Suni, nadal delikatnie, chociaż teraz mierzyła mnie badawczym wzrokiem. – Tu jest jak w saunie. – Wzięła ode mnie torbę i postawiła ją przy drzwiach. – Usiądź. Wyglądasz na zmęczoną.
Kiedy mieszkałam z Overbeckami, Suni była kochająca, ale lekko zdystansowana. Ostatnio jednak straciliśmy moją przybraną siostrę Bethany z powodu przedawkowania, a teraz córka Wayne’a i Suni Alison przechodziła przez koszmarny rozwód ze skrytym zwyrodnialcem, który zaczął ją nachodzić i terroryzować, kiedy od niego odeszła. To wstrząsnęło biedną Suni. Teraz sprawiała wrażenie mniej dziarskiej, a bardziej czułej – w stosunku do nas wszystkich.
– Flo pokazywała ci któryś z tych domów? – spytałam, szykując się w duchu na jej odpowiedź.
– Pokazywała. – Suni dosiadła się do mnie na kanapie. – Można się domyślić, dlaczego mieszczą się w twoim budżecie.
Mimo pootwieranych okien i dmuchającego wiatraka mieszkanie przypominało nagrzaną klatkę. Odgłosy umęczonego miasta przedzierały się przez upał i sapały do środka.
– Zgodzę się tylko, jeśli moje przyjaciółki będą mogły przyjeżdżać, kiedy będę chciała – oświadczyła Flo. – I jeśli dostanę własną łazienkę. I psa – dodała.
– Widziałaś te ceny? – spytałam Suni, ignorując żądania Flo.
Ciemne oczy Suni błysnęły ironicznie.
– Tak. – Ściągnęła usta. – A widziałaś, co jest w środku?
Wydałam jęk połączony ze śmiechem.
– Całkiem mi odbiło, prawda?
Wzruszyła ramionami. Potem rzuciła okiem na Flo.
– Florciu, idź wziąć chłodny prysznic i przebrać się w piżamę, a ja porozmawiam z twoją mamą.
– Próbujecie się mnie pozbyć?
– Tak – odparłyśmy chórem.
– Dobra, ale żebyście wiedziały, że pod prysznicem też będę was słyszeć.
Drzwi do łazienki zamknęły się z trzaskiem.
– Jedenaście to nowe trzynaście – powiedziała Suni, poklepując mnie po ramieniu.
– Wszystkie są takie czy tylko moja?
– Twoja jest tylko trochę bystrzejsza od innych.
Zapadłam się w kanapę. Suni wyciągnęła rękę i odgarnęła mi grzywkę z czoła.
– Wiem, że to jakieś szaleństwo – zaczęłam – ale przynajmniej miałabym dom. – Rozejrzałam się po mieszkaniu. – A poza waszym i paroma epizodami w innych rodzinach zastępczych przez całe życie mieszkałam w tego typu miejscach.
– Wiem – odparła cicho Suni.
– Strasznie mnie to męczy.
Pokiwała głową i opadła na oparcie kanapy obok mnie.
Przygryzłam wargę.
– Wystarczy mi pieniędzy na zadatek.
– Ach. – Bardzo wiele udało jej się pomieścić w tej jednej sylabie.
– I tak się zastanawiałam…
– Nad pożyczką? – dokończyła i spojrzała na mnie z ukosa.
– Tak. – Zajrzałam jej badawczo w twarz. – To znaczy… tylko jeśli…
– Oczywiście – przerwała moje jąkanie. – Wiesz, że to zrobimy. – Wyciągnęła rękę, chwyciła moją dłoń i ścisnęła.
– Wayne stwierdzi, że to szaleństwo – powiedziałam nerwowo.
Roześmiała się.
– Wayne to człowiek, które przez całe życie mieszkał tylko w dwóch domach: u swojej matki, a potem w naszym. – Znowu ścisnęła mnie za rękę. To dodawało otuchy, ale też doprowadzało mnie do płaczu. – Wiesz, co jest szaleństwem? – spytała. – To, że ciężko pracująca kobieta nie może sobie pozwolić na lepsze miejsce do życia niż to. – Posłała mi krzepiący uśmiech. – Pokażesz mi te domy, nad którymi się zastanawiasz?
– Jeszcze nie mam nic konkretnego. Na razie tylko przeglądam. I, no wiesz, rozmyślam…
– I marzysz, i śnisz?
– Właśnie. – Tym razem to ja ją ścisnęłam. Mocno. – Boję się, że nigdy nic się nie zmieni, jeśli teraz czegoś nie zrobię – powiedziałam cichutko.
Suni się roześmiała.
– Och, Zoe, jedynym, na co możesz liczyć w życiu, jest zmiana.
– Chodziło mi o to, że na lepsze. Boję się, że nigdy nic się nie zmieni na lepsze.
– Cóż. Jakoś do nas trafiłaś, prawda? To była zmiana na lepsze. Może ta też taka będzie.
Tak. Zostałam do nich oddelegowana i pod wieloma względami rzeczywiście zrobiło się lepiej. Ale gdzieś w głębi duszy nie potrafiłam tego znieść. Po części nadal tak się czułam. Jakbym jedną nogą utknęła w swoim dzieciństwie i wciąż czekała, aż Tina wróci do domu.
– Naprawdę nie uważasz, że to szaleństwo? – Jej zdanie miało dla mnie znaczenie. Suni i Wayne odgrywali w moim życiu rolę najbardziej zbliżoną do rodziny, poza Flo.
– To zależy, jaki dom wybierzesz.
Wayne zgarnął pizzę i przyjechał do nas, do mieszkania na kolację. Zaczęliśmy przeglądać domy skarbów i tworzyć listę potrzeb w trzech kolumnach: może, koniecznie i absolutnie nie. Flo wyjaśniła, jaki ma stosunek do obu Dakot.
– To chyba wyklucza też Wirginię Zachodnią – powiedział Wayne i rozpiął górny guzik w dżinsach, żeby wcisnąć kolejny kawałek pizzy.
– Och, à propos Wirginii! – szepnęła do mnie Suni i sięgnęła po torebkę. Wyjęła kopertę i podała mi pod stołem. Widniał na niej stempel pocztowy z Wirginii Zachodniej. Z więzienia w Hazelton.
– To wyklucza też Karolinę Północną i Południową – dodał Wayne. – A powiedz, co sądzisz o Nowym Meksyku?
Wsunęłam nieotwarty list od Tiny do książki, którą zostawiłam wcześniej na blacie. Flo nadal nie wiedziała nic o swojej babci. Później, kiedy będzie myła zęby, przełożę list do szuflady z bielizną, gdzie może zaczekać razem z innymi, aż będę miała dość czasu i prywatności, żeby go w spokoju przeczytać.
– Czy w Nowym Meksyku jest gorąco? – Flo przekrzywiła głowę.
– Tak słyszałem – odpowiedział Wayne.
– To od razu skreślamy. Zanim w ogóle zaczniemy się zastanawiać nad nazwą.
– Niedługo skończą ci się stany.
– Nieprawda. – Flo przyniosła atlas i otworzyła go na mapie kraju rozrysowanej na dwie strony. – Jeszcze mnóstwo zostało.
Pochylili się nad mapą, a mnie ogarnął nagły przypływ czułości do nich wszystkich.
– Boże święty – zapiszczała Suni – to był karaluch czy szczur? – Podciągnęła stopy z podłogi i wpatrzyła się z przerażeniem w szparę między lodówką a ścianą.
– Karaluch – odpowiedziała Flo, nie podnosząc oczu znad mapy.
– Możliwe. – Wyciągnęłam szyję. – Chociaż mamy też mysią lokatorkę.
– Nie, Angus McMouse mieszka w łazience – rzuciła od niechcenia Flo – a nie w kuchni.
– Ale musi czasem wychodzić po jedzenie. – Rozejrzałam się bacznie po kuchni. Nie znosiłam tych gryzoni.
– Pies na pewno odstraszyłby myszy – poinformowała mnie radośnie Flo.
– Może w domu skarbów rzeczywiście byłyby lepsze warunki… – Suni uparcie trzymała stopy nad podłogą. – Chociaż myszy pewnie też by były.
– Najważniejsze, żeby wybrać dom ze zdrową konstrukcją – poradził Wayne, wycierając tłuszcz z twarzy ręcznikiem papierowym. – Myszy da się zwalczyć.
– Z pomocą psa – uzupełniła Flo.
Wayne łaskawie ją zignorował.
– Kosmetyczne uszkodzenia to nic, ale konstrukcja musi być nienaruszona.
– Jak mam to zrobić? W sensie jak się upewnić, że jest nienaruszona? – Poczułam przypływ paniki. O Boże. A co, jeśli kupię dom skarbów, a on zawali nam się na głowy, kiedy będziemy spały? Niektóre z tych miejsc naprawdę przypominały śmiertelne pułapki.
– Musisz zamówić ekspertyzę – wyjaśnił spokojnie Wayne. Sprawiał wrażenie, jakby był w stanie zapanować nad tym szaleństwem.
– Chcę mieć pory roku – stwierdziła głośno Flo, nadal przyglądając się mapom. – Nie chcę mieszkać gdzieś, gdzie w ogóle nie pada śnieg.
– Słusznie. – Wayne pokiwał głową. – Ja też lubię, jak czasem napada.
– Możemy zamieszkać przy plaży?
– Śnieg i plaża? – Wayne popatrzył na nią z powątpiewaniem.
– No jasne, jak w tej piosence Taylor Swift. – Zaczęła ją nucić.
– Co masz w kolumnie „koniecznie”? – spytała mnie Suni, przerywając ich rozmowę.
– Dobre szkoły, ogród, a teraz dopisałam nienaruszoną konstrukcję.
– Jeszcze pory roku i plaża – przypomniał mi Wayne.
Dodałam je do listy.
– To już mogą być za duże wymagania.
– Wystarczy, że znajdziesz miejsce z dodatkowymi rupieciami, to będzie cię stać.
Zanim skończyliśmy jeść pizzę, mieliśmy długą listę warunków koniecznych i kilka wykluczających. Łącznie ze spisem stanów, w których Flo nie chciała postawić stopy, nawet dla psa. Na Florydzie roiło się od aligatorów, Connecticut miało podstępną pisownię, przez którą kiedyś przegrała konkurs ortograficzny, a Arizona była zarośnięta kaktusami, które były zbyt kolczaste, żeby sprawdziły się jako rośliny ogrodowe. Flo miała zdecydowane poglądy.
– Naprawdę nie jestem szalona? – szepnęłam do Suni, kiedy żegnałam się z nią i Wayne’em.
– Każdy jest trochę szalony, kochanie – powiedziała, głaszcząc mnie po ramieniu. – Nieważne, jak bardzo jesteś szalona, ważne, jak wykorzystasz swoje szaleństwo na drodze do szczęścia.
Oxeye, Maine
Moje szaleństwo, jak się okazało, zaprowadziło mnie do podupadającego miasteczka na skraju klifu. Wreszcie wybrałyśmy z Flo dom skarbów, nad którym zaczęłyśmy się poważnie zastanawiać, i przyjechałyśmy do Maine, żeby zobaczyć go na własne oczy. Na zdjęciach wyglądał aż za dobrze, żeby mógł być prawdziwy: obity deskami budynek pośrodku zarośniętego ogrodu. W opisie nieruchomości znajdowała się informacja, że z okien od frontu widać kawałek oceanu. Dom był w niezaprzeczalnie żałosnym stanie – ale widywałyśmy już gorsze. Przynajmniej sądząc po zdjęciach. Przypominał miejsce z książek dla dzieci, zaludnione duchami, z magicznym drzewem na tyłach.
Oxeye. Mikroskopijne miasteczko na wybrzeżu Maine, oddalone o kilka kilometrów od zamożnego kurortu Camden i miasta Rockport. Godzinami siedziałam na Google Earth i przybliżałam widok na każdy zakątek. W miasteczku były sklep, stacja benzynowa, mała biblioteka, kawiarnia, kilka malowniczych pensjonatów i parę domków letniskowych. Zdawało się, że Oxeye istnieje głównie po to, by obsługiwać pole namiotowe położone na południu, na zalesionym cyplu wysuniętym w zatokę. Nasz dom skarbów znajdował się przy Tinker Street i był jednym z dwóch budynków stojących u wylotu ślepego zaułka, zwróconych przodem do uliczki prowadzącej na klify i dalej nad zatokę Penobscot. Po jednej stronie Tinker Street znajdowały się tylko lasy, po drugiej domy letniskowe z wystawionymi tabliczkami „do wynajęcia”, a na rogu stał dwupoziomowy sklep z narzędziami – pierwszy z szeregu lokali położonych wzdłuż głównej ulicy.
Na pierwszy rzut oka Oxeye wydawało się raczej zapomniane, opuszczone od strony drogi nad zatokę. Ale dom był w moim zasięgu cenowym, a okręg szkolny znakomity. W Camden, kawałek dalej wzdłuż wybrzeża, znajdowało się wysoko oceniane gimnazjum, do którego Flo mogłaby chodzić teraz, a w Rockport liceum na później. Autobusy szkolne zatrzymywały się w Oxeye, na samym końcu głównej ulicy. A co jeszcze lepsze, w Rockport funkcjonowała mała rodzinna przychodnia, która aktualnie szukała osoby do zarządzania biurem, i kiedy zadzwoniłam tam w sprawie pracy, mój rozmówca nie krył ulgi, że ktoś się wreszcie zgłosił.
Agentka nieruchomości też sprawiała wrażenie, jakby jej ulżyło, kiedy zadzwoniłam z pytaniem o dom.
– Mogę… yy… zostawić klucz u właściciela sklepu z narzędziami – powiedziała. – Jestem poumawiana na oglądanie w Camden, ale mogę też spotkać się z panią osobiście. – Parsknęła krótkim plastikowym śmiechem. – Chociaż nie miałabym tam pani za wiele do pokazywania. Widziała pani zdjęcia, prawda?
Zapewniłam ją, że tak.
– Dzięki Bogu. – Znowu ten niezręczny śmiech. – Właścicielem sklepu z narzędziami jest Jake Abernathy. Na pewno będzie umiał odpowiedzieć na wszystkie pytania.
Ale Jake Abernathy sam miał parę pytań.
– Gail mówiła pani, że tam jest pełno rumoszu, tak? – spytał oschle, kiedy zadzwoniłam, żeby umówić się na odebranie klucza.
Nie wiedziałam, czym jest „rumosz”, ale powiedział to tak, że zabrzmiało uroczo. Urocze było również jego szorstkie zatroskanie o mnie i Flo. Wyobraziłam go sobie w czapce rybaka, ze szpakowatą brodą. W koszuli flanelowej. Miał powolny, staranny sposób mówienia, a jego przydymiony głos i uprzejme zachowanie kazały mi przypuszczać, że jest starszym człowiekiem. Typem dżentelmena.
– To naprawdę nie jest miejsce dla samotnej kobiety – powiedział, co zabrzmiało już zupełnie, jakby był czyimś dziadkiem. – A co dopiero z dzieckiem. O tym agentka też mówiła?
Zapewniłam go, że doskonale wiemy, na co się piszemy.
Pan Abernathy podał mi wskazówki dojazdu do swojego sklepu z narzędziami, a ja podążyłam drogą, która za Waldoboro odbiła od trasy US 1 i dalej poprowadziła mnie wzdłuż zapierającego dech wybrzeża. Maine w środku lata stanowiło niezapomniany widok. Niebo lśniło błękitem, który zdawał się nie do końca rzeczywisty, a wszystko dookoła miało ostre kontury i wietrzną świeżość. Słonawy zapach zatoki i żywiczna woń sosen wpadały przez otwarte okna i uderzały nam do głów, kiedy tak kluczyłyśmy wraz z linią brzegową na północ. Dwudniową podróż z Pittsburgha odbyłyśmy moją małą niebieską Hondą Fit, śpiewając piosenki Disneya i żywiąc się syfiastym jedzeniem ze stacji benzynowych, a na noc zatrzymałyśmy się w hotelu Days Inn w Hartford, w stanie Connecticut.
Wreszcie wjechałyśmy na szczyt wzgórza i nagle, zgodnie ze wskazówkami, które otrzymałam, znalazłyśmy się w Oxeye. Obok drogi rude klify opadały gwałtownie do wezbranej zatoki o niemożliwie przejrzystej wodzie, znaczonej jedynie kilwaterami jachtów, które odcinały się ostrą bielą na tle akwamaryny. Podniszczony sklep Jake’a Abernathy’ego stał na rogu Beach Road i Tinker Street.
Na rogu naszej ulicy.
– Przejedźmy koło domu, zanim odbierzemy klucze – zaproponowałam Flo. I zanim odpowiedziała, skręciłam w ulicę. Nie potrafiłam się oprzeć. Nie mogłam się doczekać, aż zobaczę na własne oczy dom skarbów.
Las po południowej stronie Tinker Street okazał się gęstszy i dzikszy, niż wydawał się na Google Maps – ciemny gąszcz jodeł balsamicznych przypominał zdziczałą plantację choinek. Wszędzie unosił się zapach żywicy. Zdjęcia w Googlu nie były w stanie oddać magii podmuchów znad oceanu ani lśnienia nadmorskiego powietrza. Zamiast ruchu ulicznego słyszałam tylko miarowy szum morza i krzyki mew. Po północnej stronie Tinker Street stały domy letniskowe z oszalowanymi ścianami i otwartymi na oścież drzwiami, a ze środka płynęły leniwie ciche dźwięki transmisji meczu bejsbolowego albo muzyki. Na sztachetach płotów suszyły się ręczniki plażowe porozwieszane jak karnawałowe proporczyki.
– A to pewnie nasza rupieciarnia – obwieściła Flo, kiedy dojechałyśmy do ślepego zaułka. U wylotu uliczki stały bliźniacze domy zwrócone w stronę klifów i trudno byłoby nie odgadnąć, który miał być nasz, bo ten po lewej okazał się schludnym, urokliwym budynkiem w stylu kolonialnym o spłowiałym drewnianym szalunku, białych wykończeniach i cytrynowożółtych drzwiach. Przy wejściu znajdowała się śliczna tabliczka z napisem „Nadmorska Sylvie”. Po obu stronach schodów prowadzących na werandę kwitły bujne różowo-białe hortensje, a dalej aż do krawężnika ciągnął się poduchowaty zielony trawnik, który zrobiłby wrażenie na Waynie.
Tymczasem budynek po prawej…
Wyglądał jak wiedźmowata siostra tamtego, powykręcana starucha w kształcie domu. Wzdłuż ścieżki rosły rozbuchane krzaki, które strzelały w niebo upiornie długimi witkami. Kołysały się złowróżbnie na morskim wietrze. Z werandy poodpadały kawałki barierki, tak że dziury ziały jak brakujące zęby, a te okna, które nie zostały wybite, pokrywała tak gruba warstwa kurzu, że wydawały się brązowe. Rynny wisiały jak opadające serpentyny, a drzwi frontowe ktoś zabił deskami. Klucze w niczym nam tu nie pomogą. Jak my w ogóle miałyśmy wejść do środka?
– Nie widzę żadnych rupieci – powiedziała Flo, najwyraźniej niezrażona widokiem domu.
– Chyba całe to miejsce jest jednym wielkim rupieciem – odparłam nerwowo. Ale tak naprawdę myślałam sobie, że to zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Taki dom powinien być wart fortunę. Mimo że był zniszczony, stał na samym wybrzeżu, o rzut kamieniem od ładnych miejscowości turystycznych. Dlaczego zatem miał tak przystępną cenę i dlaczego ludzie nie ustawiali się w kolejce, żeby go kupić? Przecież powinni się o niego starać wszyscy inwestorzy ze Wschodniego Wybrzeża.
– Podoba mi się – oświadczyła Flo. – Ma klimat.
– Nie możemy się tu wprowadzić – powiedziałam, oszołomiona skalą rozpadu domu. Na żywo wyglądał gorzej. Inwestor mógłby go po prostu wyburzyć i zbudować tu coś nowego. – To się nie nadaje do zamieszkania.
– Wayne mówił, że się nadaje.
To prawda. Wayne przeczytał specyfikację budynku, którą przesłała agentka nieruchomości. Pod względem konstrukcji był nienaruszony. Pan Abernathy również nie pozostawił co do tego wątpliwości.
– To tylko rumosz – powiedział. – Ten dom potrzebuje po prostu trochę miłości.
„Miłość to za mało”, pomyślałam, kiedy tak patrzyłam na budynek przy Tinker Street. Ten dom nie potrzebował miłości, on wymagał interwencji.
Ale przejechałyśmy kawał drogi i skoro już byłyśmy na miejscu, równie dobrze mogłyśmy zajrzeć do środka. Poza tym, pomyślałam z dreszczem ekscytacji, gdybyśmy tylko mogły tu zamieszkać, nad morzem, w domu, na który, realistycznie rzecz biorąc, nie powinnam mieć dość pieniędzy…
A w dodatku czekał na nas pan Abernathy. Zawróciłam więc i skierowałam się z powrotem do sklepu.
Sklep z narzędziami (i budka z homarami) w Oxeye był jednym z tych dziwolągów, które mogą istnieć tylko w bardzo małych miasteczkach – wyglądało na to, że można tam dostać nie tylko narzędzia, ale też przecenione pamiątki, sprzęt biwakowy i jedzenie na wynos, jeśli sądzić po przeróżnych tabliczkach i zagraconych witrynach. Było też okienko do wydawania posiłków wychodzące na kilka stołów piknikowych z widokiem na klify oraz tablica reklamująca kanapki z homarem i Moxie w puszkach. Wzdłuż budynku leżały stosy poobijanych, mocno zużytych pułapek na homary.
Kiedy podjechałyśmy, nie mogłam też nie zwrócić uwagi na wybitnie atrakcyjnego i ostentacyjnie półnagiego mężczyznę, który obsługiwał stoły piknikowe. Chodził tylko w dżinsowych szortach z obciętymi nogawkami i wyglądał jak wcielenie wakacyjnego amanta znad morza: zarośniętego i umięśnionego, z włosami zmierzwionymi od soli. Na jego widok poczułam powolne pulsowanie, jakiego nie doświadczyłam od bardzo dawna. Był typem mężczyzny, który aż się prosi o fantazje na temat wakacyjnych romansów, tęsknych wieczorów pod fioletowym niebem i leniwego marnowania czasu.
O fantazje, które nie wydawały się niemożliwe tutaj, w roziskrzonym od słońca morskim powietrzu Oxeye.
– Mogę zostać w samochodzie? – spytała Flo, po czym oparła stopy o deskę rozdzielczą i otworzyła książkę.
– Jasne. – Dla mnie nawet lepiej. Ukradkiem pociągnęłam za brzeg koszulki bez rękawów i przeczesałam zmierzwione włosy. Podczas lunchu zachlapałam sobie musztardą cały przód bluzki, więc zdecydowałam się pożyczyć od Flo zapasową, przeklinając samą siebie za to, że spakowałam się na lekko. Niestety, koszulka Flo miała nadruk z Wicked, błyszczące zielono-różowe napisy i okazała się na mnie za krótka i za obcisła. W połączeniu z szortami odsłaniała o wiele więcej skóry, niż miałam w zwyczaju. Ale może to nie tak źle. Przystojniak sprzątający ze stołów piknikowych podniósł wzrok, kiedy trzasnęłam drzwiami samochodowymi, a słońce odbiło się od soczewek jego tanich plastikowych okularów przeciwsłonecznych. Miał bardzo ekspresyjne, zmarszczone brwi. A także imponujące ramiona…
Powolne pulsowanie przeszło w dudnienie.
Ale nadmorski amant nie wydawał się uradowany moim widokiem. Zmarszczone brwi prawie się dotknęły nad nasadą nosa.
– Homarów już nie wydajemy – powiedział krótko. – Spóźniła się pani. – Miał tubalny głos ze wschodnioamerykańskim akcentem: z szerokimi samogłoskami i połkniętym „r”. W jego dłoniach chwiały się puste koszyczki z czerwonego plastiku. Przy stołach już nikt nie siedział, ale sądząc po liczbie koszyków, sporo ludzi przyszło dziś na homary.
– To nic – odparłam pospiesznie. – Właściwie to przyjechałam do Jake’a Abernathy’ego. Spodziewa się mnie. – Posłałam mu promienny uśmiech, zastanawiając się, czy choć trochę pamiętam, jak się flirtuje.
Przystojniak zrobił jeszcze mniej zadowoloną minę, jeśli to w ogóle było możliwe. Może się bał, że pan Abernathy jednak każe mu wydać homara. Obejrzał mnie od stóp do głów, zatrzymując spojrzenie na koszulce.
– Wątpię.
– Słucham? – Mój uśmiech przygasł.
– Wątpię – powtórzył z irytacją, jakby chciał się mnie pozbyć.
– Jest w środku? – Nie zamierzałam dać się odprawić, skoro już przejechałam taki kawał drogi.
– Nie.
Nie do wiary. Słyszałam, że mieszkańcy Maine bywają małomówni, ale ten tutaj był zwyczajnie niemiły. Szkoda, bo wyobrażałam sobie, że w tym miasteczku nie ma zbyt wielu mężczyzn, a co dopiero przystojnych i w moim zasięgu.
– Naprawdę się mnie spodziewa – powiedziałam z naciskiem, po czym wyciągnęłam telefon i poszukałam wiadomości od pana Abernathy’ego.
– Wcale nie – prychnął. A potem ruszył do sklepu.
– Proszę mu powiedzieć, że przyjechała Zoe Copeland – rzuciłam za nim. – Zobaczymy, co on na to.
Stanął jak wryty, a ja prawie złamałam sobie nos na ścianie jego pleców. Był idiotycznie umięśniony. Za bardzo umięśniony, uznałam i postanowiłam, że nie będę go lubić. To oczywista próżność. Dlaczego przystojni faceci są takimi dupkami?
– Niech pani uważa – warknął i odsunął się na bok.
– To pan się nagle zatrzymał.
Przyjrzał mi się bardzo uważnie.
– Pani nie może być Zoe Copeland – oświadczył z irytacją, kiedy skończył oględziny.
Zaczerwieniłam się pod wpływem jego bacznego spojrzenia i niedowierzania.
– Właśnie, że mogę. – Poczułam potrzebę, żeby to wzmocnić. – I jestem.
– Nie, nieprawda. – Pokręcił stanowczo głową.
Zmarszczyłam brwi. Facet był niemożliwy.
– Chyba lepiej wiem, kim jestem.
– Nie. Zoe Copeland to mama w średnim wieku. Pani nie jest mamą w średnim wieku.
– Właśnie, że jest – sprzeciwiła się głośno Flo przez otwarte okno samochodu. Mężczyzna się wzdrygnął, bo dopiero teraz ją zauważył. Odłożyła książkę i wychyliła się przez okno. – Mogę kanapkę z homarem? Jeszcze nigdy nie jadłam.
– Nie jestem w średnim wieku. A ten pan powiedział, że już nie wydają – warknęłam, żeby ją uciszyć. – Poza tym by ci nie smakowała. – Odwróciłam się z powrotem do półnagiego gbura. – Czyli jednak pan wie, kim jestem.
– Wiem, że Zoe Copeland przyjeżdża po klucz. I że jest mamą w średnim wieku. – Teraz dopiero zmarszczył brwi. – A nie… panią. Pani nie pozwoliłbym zamówić piwa, gdybym nie sprawdził najpierw dowodu.
– O mój Boże. Czy pan Abernathy jest w środku? – Skierowałam się do otwartych drzwi. Nie chciałam już gadać z tym upierdliwym typem, niezależnie od tego, jaki był przystojny.
– Nie. – Wypuścił poirytowany oddech. – Znaczy nie, tu jestem.
Teraz to ja stanęłam jak wryta.
Chwila. Co takiego? To ten facet był dżentelmeńskim rybakiem, z którym rozmawiałam przez telefon?
– Pan? – Nie potrafiłam ukryć niedowierzania w głosie.
– No. – Nachmurzył się jak czarny charakter w kiepskim filmie. – Dobra, niech pani wejdzie, załatwimy tę sprawę.
– Co tu jest do załatwiania? – spytałam zdezorientowana. – Przyjechałam odebrać klucz i rozejrzeć się po domu, tak jak ustaliliśmy przez telefon.
Zignorował mnie i kiwnął głową na samochód.
– Może pani dzieciak chce wejść i się czegoś napić, jak będziemy rozmawiać? Jest gorąco. – Wieże czerwonych koszyczków chwiały się w jego dłoniach. Przestąpił z nogi na nogę, żeby je ustabilizować, a ja zobaczyłam, jak napinają mu się mięśnie brzucha.
– Flo, chodź – zawołałam w stronę samochodu. – To chyba potrwa dłużej, niż myślałam.
Wnętrze sklepu z narzędziami (i budki z homarami) w Oxeye przypominało staroświecki sklep wielobranżowy z czarno-białego filmu. Pachniało olejem lnianym i dymem z palonego drewna. Okna przesuwały się do góry i wychodziły na werandę ze stołami piknikowymi i wspaniałym widokiem na zatokę. Tego dnia były pootwierane, a wiatr podzwaniał ozdóbkami wiszącymi pod sufitem. Na każdej ścianie znajdowały się oprawione zdjęcia jakiegoś golden retrievera, a w rogu przy pękatym żeliwnym piecyku zobaczyłam legowisko, chociaż nigdzie nie było ani śladu psa.
Jake Abernathy zupełnie nie wyglądał na człowieka, który mógłby prowadzić takie miejsce. A teraz, kiedy go trochę poznałam, doszłam do wniosku, że zdecydowanie nie jest w typie golden retrievera. Jego osobowość pasowałaby bardziej do pitbulla albo rottweilera.
– Mięśnie masz od pracy czy od siłowni? – spytała jak gdyby nigdy nic Flo, kiedy wchodziłyśmy za nim do sklepu tylnymi drzwiami. Aura rottweilera nie robiła na niej najmniejszego wrażenia.
Jake potknął się na stopniu i popatrzył po sobie.
– Co…?
– Nie musi pan odpowiadać – wtrąciłam pospiesznie. – Flo, nie bądź niemiła.
– Dlaczego nie? On jest dosyć niemiły. Poza tym czy to naprawdę takie niemiłe pytać o mięśnie? – Flo przechyliła głowę. – A on nie założył koszulki, więc pewnie chce, żeby ludzie patrzyli na jego mięśnie.
Poczułam, jak się czerwienię, bo sama ciągle na nie spoglądałam.
– Przepraszam – zwróciłam się niechętnie do Jake’a, który też zaczynał się czerwienić. – Flo, niemiłe jest samo komentowanie wyglądu innych ludzi – wyjaśniłam jej, chociaż po cichu się cieszyłam, że wytrąciła go z równowagi.
– Aha. – Zastanawiała się przez chwilę. – Przepraszam, że skomentowałam twój wygląd – powiedziała do Jake’a, który uciekł do wąskiej kuchni, gdzie pozbył się naręcza plastikowych koszyków. Weszłyśmy za nim, a on czym prędzej zgarnął z haczyka spłowiałą koszulkę i naciągnął ją na siebie. Z przodu miała nadruk rysunkowego homara.
Na piecu stał potężny gar, a w powietrzu unosił się ciężki zapach gotowanego homara i zielonej cebulki. Blat ze stali nierdzewnej był zasłany okruchami i leżał na nim na wpół opróżniony worek długich białych bułek.
– To nic. – Jake zwrócił się do Flo i odchrząknął ze skrępowaniem. Skrzyżował ręce i próbował zmienić wyraz twarzy. Wydawał się zafrasowany… To powinna być prosta interakcja, zwykłe przekazanie klucza, a zrobiło się naprawdę dziwnie i nieprzyjemnie. Podczas gdy ja spodziewałam się spotkania z takim miłym mężczyzną.
– Spodziewałem się kogoś innego – przyznał Jake, odbijając jak echo moje myśli, i wyrównał na sobie homarową koszulkę.
– A kogo się spodziewałeś? – spytała Flo. Oczy jej się rozjaśniły, jakby liczyła na ciekawą odpowiedź.
– A… – Jake wydawał się zażenowany.
– Spokojnie – dodała zachęcająco Flo. – Nie obrazi się. Mama mówi, że przyjmowanie obelg ze spokojem ma we krwi po tych wszystkich latach pracy na słuchawce.
– Flo – ostrzegłam ją.
Moja pyskata córka przewróciła oczami i nachyliła się konspiracyjnie do Jake’a.
– Ma też bzika na punkcie tego, co wypada mówić prywatnie, a co publicznie. Ale mnie możesz powiedzieć, jeśli wziąłeś nas za zbiegłe kryminalistki czy coś.
– Chcesz się czegoś napić? – spytał Jake z lekką paniką. Chyba nie wiedział, co innego mógłby powiedzieć.
– To zależy. A co masz? – Flo podążyła za nim do lodówki.
– Głównie Moxie. – Otworzył drzwiczki i światło padło na jasnopomarańczowe puszki. Flo rzuciła mu powątpiewające spojrzenie.
– To oficjalny napój stanu Maine – wyjaśnił jej, wyciągając puszkę z lodówki. – Pewnie go nie polubisz, smakuje jak lekarstwo. – Podał jej i zerknął na mnie. – Dla pani też? – Patrzył na mnie tak, jakbym mogła go ugryźć. Kurde, co mu się we mnie nie podobało? Poznał mnie raptem dwie minuty temu.
Pokręciłam głową.
– Nie, dziękuję. Wystarczy mi klucz.
Posłał mi kwaśne spojrzenie.
– Nie mogę wpuścić was do tego domu. – Brzmiało to tak, jakby ani trochę nie było mu żal. Powiedział to raczej tonem policjanta, który przyłapał mnie na pluciu na chodnik. – A Gail nie miała prawa wymagać ode mnie przekazania klucza. – To ostatnie zdanie znaczyły dźwięki puszki otwieranej przez Flo.
– Czy pan sobie żartuje? – Nie mogłam wyjść ze zdumienia. – Jechałyśmy tu z Pittsburgha dwanaście godzin. Sam mi pan podał wskazówki dojazdu.
– No. – Zmarszczył się. – Ale nie wiedziałem, że pani to pani.
– Co to ma, do cholery, znaczyć? – Co niby było ze mną nie tak?
– Uch, to jest serio ohydne. – Flo wydała odgłos wymiotującego kota i oddała puszkę Jake’owi. – Wasz stan ma jakiś problem.
– Ostrzegałem. – Odstawił Moxie i wyjął z lodówki lemoniadę. – Masz. Idź się napić przy stołach na zewnątrz, a ja porozmawiam z twoją mamą.
– Proszę – upomniała go Flo. – Czy wy nie macie manier w tym Maine?
– Proszę – wycedził.
– Chwila – zaprotestowałam, wychodząc za nim z kuchni. – Ja nie chcę rozmawiać. Chcę tylko klucz.
– Masz, weź też loda. – Jake otworzył chłodziarkę i wyciągnął loda na patyku. – Jak się przyjrzysz, to może zobaczysz wieloryby w zatoce. Wczoraj były płetwale.
– Dziękuję – odpowiedziała znacząco Flo i uniosła brwi, jakby chciała mu pokazać, że ma lepsze maniery niż on. – A co to jest płetwal? Męski odpowiednik syreny?
– Taki wieloryb.
– Aha. Fajnie. – Ruszyła ochoczo na taras.
– Nie rozsiadaj się tam – zapowiedziałam jej. – Zaraz jedziemy. – Bo zamierzałam obejrzeć ten dom, choćby się waliło i paliło. Dla zasady. Wszystkie moje obawy co do jego stanu technicznego nagle się ulotniły.
– Proszę posłuchać, pani Copeland… – zaczął ten niemożliwy facet.
– Panno Copeland – wycedziłam przez zęby. Podstarzały seksistowski rybak to jedno, ale ten surfer z kompleksem wyższości to zupełnie co innego. Facet miał zero uroku. – A przez telefon mówił pan do mnie Zoe.
– No tak. – Przeczesał ręką zmierzwione od soli włosy i zdjął te swoje tandetne okulary przeciwsłoneczne. Jego oczy były przejrzyste, bladoturkusowe jak szklane kulki. Odchodziły od nich nikłe zmarszczki, tak że przez moment miałam wrażenie, że się uśmiecha, chociaż było wręcz przeciwnie. – Zoe. Nie chcesz tego domu.
– Co takiego? – Mój głos zabrzmiał głośniej, niż się spodziewałam. – Słucham? O co tu chodzi? Naprawdę nie rozumiem. – Skrzyżowałam ręce.
– Ech… – Wziął głęboki oddech. – Słuchaj. Ten dom to rudera.
– Wiem. Widziałam zdjęcia. – Ten facet prowadził jakąś grę, a ja nie zamierzałam dać się w nią wciągnąć. Ale nie chciałam też, żeby wygrał.
– Jasne. Widziałaś zdjęcia. Ale… w rzeczywistości jest… gorzej.
Przyjrzałam mu się, usiłując zapanować nad sobą.
– Wiem. Właśnie dlatego mnie na niego stać – powiedziałam wprost. – Mimo wszystko nie rozumiem, dlaczego nie masz tu kolejki deweloperów.
– Słuchaj… – Wydał nieokreślony dźwięk. – Agentka nie mówiła mi, że jesteś taka młoda. Myślałem, że będziesz kobietą w średnim wieku z nastoletnią córką. A nie że po raz pierwszy kupujesz dom i jeszcze masz dziecko na głowie. Gdybym wiedział, to…
– To co? Co byś zrobił?
– To nie przelewki – powiedział bezradnie. – Ten dom. A ty…
– Przepraszam – przerwałam mu. – Nie rozumiem, dlaczego miałoby cię to obchodzić. Przecież to nawet nie twój dom.
Przełknął ślinę i podniósł głowę, żeby spojrzeć na sufit. W końcu skinął głową.
– Masz rację. Przepraszam. – Jake odchrząknął. – Jestem tylko facetem od klucza. Zamknę, znajdę jakieś buty i możemy jechać.
– Możemy jechać? Myślałam, że tylko dasz mi klucz.
Ale on już poczłapał boso do kuchni, żeby zamknąć sklep.
– O co mu w ogóle chodziło? – Flo zajrzała do środka przez okno, usta miała czerwone od loda, a w drugiej ręce trzymała otwartą lemoniadę. Oczy błyszczały jej od cukru.
– Bóg raczy wiedzieć. – Pokręciłam głową. – Może za długo siedział na słońcu.
– Ale spodobały ci się jego mięśnie, co?
– Jedz tego loda.
– Dlaczego nie chce, żebyśmy mieszkały przy jego ulicy?
Nie wiedziałam. I nic mnie to nie obchodziło. Teraz chciałam tylko dostać się do tego domu.
Okazało się, że „rumosz” to po prostu śmieci. A kiedy Jake twierdził, że jest tu tego sporo, nie przesadził.
– Uważajcie, gdzie stajecie – ostrzegł, prowadząc nas dookoła budynku, na tyły. – Elton z sąsiedniego domu kosi i przycina po tej stronie – wyjaśnił Jake. – To miło. Bo wcale nie musi.
Flo truchtała za nim, chłonąc wszystko dookoła z takim zachwytem, jakby była w Disneylandzie.
– Mamo, patrz, na poddaszu są pokoje! – Wskazała na kawałek dachu za ceglanym kominem. – Zaklepuję pokój na poddaszu!
