Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
38 osób interesuje się tą książką
Zaginęła w opuszczonym sierocińcu. On wrócił sam.
Teraz ktoś – lub coś – chce, żeby wrócił po nią.
Bernard Rosiak, montażysta i twórca internetowy, trafia na ślad zapomnianego sierocińca na Podlasiu. Miejsca, o którym miejscowi mówią „Dom Smutku”. Dla widzów to kolejna urbexowa sensacja. Dla niego – początek obsesji.
Gwałtowne załamanie pogody zmusza ich do zostania dłużej, niż planowali. Kiedy zapada zmrok, Weronika znika bez śladu. Kamery rejestrują puste korytarze. Bernard wychodzi z budynku sam – z poczuciem winy, którego nie potrafi nazwać.
Próbując zrozumieć, co się wydarzyło, wikła się w prywatne śledztwo prowadzące przez cudze tajemnice, dawne decyzje i konsekwencje, które nigdy nie wygasły. Z każdym kolejnym tropem granica między faktami a projekcjami zaczyna się zacierać.
Bo nie wszystko, co zostało zamknięte, naprawdę przestało istnieć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 448
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla mojej żony KatarzynyBez jej wsparcia, ta książka nigdy by nie powstała
PRZEDMOWA
Witajcie, drodzy odbiorcy,
przede wszystkim pragnę się przywitać. Ponieważ mam skłonności do słowotoku, a nie chcę odciągać Was od lektury książki, postaram się napisać jak najkrótszy wstęp. Dom Smutku to mój debiut i już teraz mogę powiedzieć, że jest to dopiero początek naszej wspólnej przygody. Cieszy mnie to bardzo, gdyż kocham pisać. Swoją podróż z tym nietypowym hobby rozpocząłem jeszcze w szkole podstawowej. Minęło wiele lat, zanim wydana została moja pierwsza książka, ale ten proces był potrzebny. To trochę jak z dorastaniem. Do niektórych rzeczy trzeba dojrzeć. Podobnie było z Domem Smutku. Prace nad tą książką trwały długo. O tym, ile zmian i poprawek zostało wprowadzonych, lepiej nie pisać. Moja pierwsza redaktorka wie o tym najlepiej, ale myślę, że efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Nie będę zdradzać, co znajdziecie na kartach tej książki. Przekonajcie się sami.
Przyjemnej lektury.
PROLOG
Ściany w pomieszczeniu, gdzie siedziała kobieta, naznaczone były pęknięciami, a od nich odpadały obszerne płaty farby. Mogła dostrzec cegły i zaprawę między nimi. Mogła je policzyć. Natomiast nadal nie wiedziała, ile czasu minęło od chwili, gdy się tutaj znalazła. Czy były to raptem godziny, dni, a może tygodnie? Wszystko było takie odległe, a jej wydawało się, że jest gdzieś poza czasem.
Nawet szmer oddechu nie mógł zakłócić tej wszechobecnej ciszy. Otulała ją ciasnym, dusznym całunem – jedynie plusk wody sporadycznie naruszał tę wysublimowaną, podstępną iluzję spokoju. Gęste, ciężkie krople ściekały po brudnych ścianach. Kolejne skapywały rytmicznie ze stropu wprost do kałuży na środku pomieszczenia. Mąciły ją, a tym samym naruszały delikatną strukturę odbitej w tafli twarzy.
Znalazła się w pułapce. Nie mogła opuścić tego miejsca, chociaż tyle razy próbowała. Dłonie miała skostniałe, a nawet pokaleczone. Bolały ją, jakby w opuszki miała powbijane igły. Dygotały, ale nie z zimna, tylko ze strachu. Próbowała się wydostać, jednak bezskutecznie. Za każdym razem, gdy stała przed drzwiami wyjściowymi, coś ją odciągało z powrotem do środka.
Teraz do jej uszu dochodził jakiś tajemniczy szept. Brzmiał jak muśnięcie liści na lodowatym policzku nieboszczyka.
Miała wrażenie, że gdyby przekroczyła próg, spotkałoby ją coś gorszego niż to, czego doświadczała w tym ciasnym zniewoleniu.
Budziły ją dziwne dźwięki: skrzypienia desek, cichego śmiechu dzieci, odległego płaczu, szmeru czy tykania zegara. Z nadzieją spojrzała w stronę niedużego zagłębienia – prawdopodobnie był to otwór wentylacyjny – jednak dostrzegła tam tylko ciemność. Czasami wpadało trochę światła. Mroczne wnętrze więzienia, bo tym w jej ocenie było pomieszczenie, wywoływało niesamowite zmęczenie. Jeszcze mocniej na jej psychice odbijały się te wszystkie stuki i trzaski.
Była niemal całkowicie pewna, że jednego razu ze snu wybudziły ją wyraźne kroki – inne od wszystkich pozostałych. Nie wiedziała jednak, kiedy to było, bo straciła już rachubę czasu. Podłoga trzeszczała bardziej niż zwykle. Powoli, rytmicznie ktoś zbliżał się do pokoju.
Chciała się gdzieś schować, niestety poza metalowym łóżkiem w pomieszczeniu nie było żadnych mebli. Ktokolwiek ją gnębił, musiała się przed nim osłonić płaszczem niewidzialności. Próbowała, jednak to coś zawsze ją odnajdywało.
Trzeszczenie klamki sprawiło, że jej ciałem wstrząsnął dreszcz niepokoju, przez co zastygła w bezruchu. Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem i w prześwicie ujrzała drobną sylwetkę najwyżej dziesięcioletniej dziewczynki o całkowicie pozbawionych koloru oczach. Czaił się w nich lepki, obrzydliwy mrok. Tykanie zegara wybrzmiewało niczym uderzanie kostuchy w wieko trumny.
Czy stoję na krawędzi obłędu? Czy to, co widzę, jest prawdziwe? I czemu ciągle słyszę to tykanie, chociaż ten cholerny zegar przecież nie działa… – pytała sama siebie, a dolna warga zaczynała jej drgać z przerażenia i obawy, że tym razem…
– Chodź, już czas, aby… – wyszeptała dziewczynka takim głosem, że zdawał się on dochodzić ze wszystkich stron. Był jednocześnie łagodny i cichy niczym mgła o poranku nad taflą spokojnego jeziora, ale również przerażająco głośny. Niczym krzyk w opustoszałej świątyni.
Nie mogła się poruszyć, chociaż bardzo chciała. Żeby uciec. Żeby przetrwać. Za każdym razem, kiedy cienista postać wyciągała rękę, cały pokój zaczynał wirować. Kobieta miała wrażenie, że jej ciało rozpada się niczym stłuczone lustro, a ciemność wpełza w każdy jego fragment, jakby miała całkowicie ją pochłonąć.
W tym samym czasie mężczyzna w pociągu wpatrywał się w zdjęcie w telefonie. Był na nim wraz z uwięzioną kobietą. W jego przemęczonej głowie poza poczuciem winy wzbierało coś jeszcze – dziwne przeświadczenie, jakby ktoś próbował się z nim porozumieć.
W jakiś sposób nawiązać kontakt.
Wtem w jego umyśle wybrzmiały słowa, które sprawiły, że poczuł jakiś dziwny niepokój. Rozejrzał się nerwowo i zamarł w bezruchu. Bał się tego, co zaraz może się wydarzyć. Coś zakłócało dźwięk, mimo to mężczyzna usłyszał niewyraźnie swoje imię i wołanie:
– Pomóż mi…
Nie był w stanie zaczerpnąć powietrza – w jego głowie nieustannie, niczym echo, odbijał się głos.
Głos, który doskonale znał.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Kołdra rozpieszczała ciepłem niczym wyjęty z piekarnika placek. Bernard Rosiak nie miał najmniejszej ochoty porzucać wygody. Od zawsze uwielbiał się wysypiać, zarówno w czasach, gdy jeszcze chodził do szkoły, jak i w dorosłym życiu. Przez okno wpadały promienie słońca.
To będzie przyjemny dzień – pomyślał.
Mimo to i tak trudno mu było wstać z łóżka, bo całą noc siedział i montował kolejny materiał na swój kanał na YouTube. Bernard się przeciągnął, ziewnął i obrócił na drugi bok.
– Ben! Śniadanie!
Z kuchni dobiegło go wołanie Leny.
Burknął pod nosem z niezadowoleniem, po czym odpędził resztki marzeń sennych.
Zaczął ociężale wstawać. Rozchylił nieco szerzej zaspane powieki i z zamglonymi oczami poszedł do łazienki, żeby chlusnąć sobie wodą prosto w twarz. Nie lubił tego robić, jednak wiedział, że ten codzienny rytuał pomoże mu stanąć w pełni na nogi.
– Zaraz przyjdę! – krzyknął odrobinę za głośno.
Chciał uspokoić Lenę, która najprawdopodobniej szykowała się do ponownego werbalnego wybuchu. Znał ją nie od dziś i wiedział, jaka potrafi być temperamentna.
Kiedy Bernard wszedł do łazienki, poczuł pod stopami chłód kafelków. Jakby stąpał po śniegu.
Cholera by to… zapomniałem włożyć kapcie – pomyślał i spojrzał w lustro.
Gęsta broda i równie gęste włosy, które sterczały teraz jak w szczotce ryżowej, wymagały przystrzyżenia. Zielone, przekrwione oczy sklejone resztkami nocy nie chciały się w pełni otworzyć.
Prawą ręką, tą z wizerunkiem Kurta Barlowa, jego ulubionego antagonisty z Miasteczka Salem Stephena Kinga, odkręcił kran, nabrał wody na dłonie i chlusnął sobie prosto w twarz. Zgodnie z planem. Jęknął w szoku i prychnął niczym narowisty koń. Uczucie było podobne do tego, gdy w dzieciństwie oblewali się wiaderkami z zimną wodą podczas śmigusa-dyngusa. Przypomniało mu się nawet, jak jednego roku biegali z pistoletami na wodę i urządzali bitwy. Po wszystkim byli przemoczeni do samych majtek.
Wytarł się i ruszył do kuchni.
– Cześć, Lena. – Podszedł, aby przywitać się z narzeczoną.
Była już ubrana, a nawet zdążyła zrobić makijaż, jakby nie spała przynajmniej od godziny. Fakt, Lena Garczek była rannym ptaszkiem. Wcześnie się kładła, żeby wstawać skoro świt. W tej kwestii była totalnym zaprzeczeniem Bernarda. Zwykle większą część poranka spędzała na swoich sprawach. Później wychodziła do pracy. Poważna fucha, a przynajmniej tak to zawsze przedstawiała, aby pokazać Bernardowi, że musi się postarać, aby ona nie przyniosła więcej pieniędzy od niego. Lena niekiedy zostawała w domu i działała zdalnie, jednak częściej wolała ruszyć się z mieszkania i wyskoczyć na miasto w drodze powrotnej.
– Cześć – rzuciła krótko i spojrzała na niego krytycznie.
Przyozdobiona piegami twarz była naburmuszona. Brązowe, zmrużone oczy zerknęły na bose stopy Bernarda. Pokręciła głową.
– No? Co tak stoisz? Siadaj. Zaraz ci nałożę parówek. Tu masz keczup i chleb. Chcesz masła?
Bernard przeciągnął się i podrapał po karku.
– Głupie pytanie. Naturalnie! Przecież je uwielbiam! Zresztą przyda mi się dzisiaj więcej energii. Jak pomyślę, co mnie czeeeka…
Ziewnął, otwierając szeroko usta, jakby miał kogoś ugryźć.
– Przepraszam… Jak pomyślę, co mnie czeka, to czuję ból w plecach.
Lena podparła ręce na biodrach, a następnie zmrużyła powieki i wróciła do pilnowania reszty parówek. Po południu wybierali się na urodziny Natalii, koleżanki Leny z liceum. Bernard najchętniej wypisałby się z tej atrakcji, ale chciał czy nie – musiał robić dobrą minę do złej gry. W końcu byli narzeczeństwem.
– Przesadzasz jak zawsze. Będzie super – zapewniła z kpiną w głosie, jakby sama nie do końca w to wierzyła. – Wiem, że nie przepadasz za takimi domowymi imprezami…
– Wyluzuj. Rozmawialiśmy o tym wczoraj – wszedł jej w słowo. – Powiedziałem tylko, że chcę masło.
Przyglądał się narzeczonej. Jego uwagę przykuła zmiana na jej głowie. Była aż nadto widoczna, dlatego postanowił nieco się z nią podroczyć.
– Używałaś jakiejś odżywki do tych kudłów? Ładnie ci się kręcą. Ostatnim razem widziałem cię w kręconych… czekaj no…
Ugryzł suchą kromkę, Lena zaś złapała za talerzyk z masłem. Odrzuciła do tyłu jasne włosy przez lewy bark. Bernard spojrzał na piegowaty dekolt, niemal kompletnie wyeksponowany. Krótko po tym, jak położyła masło, mruknęła:
– Sam masz kudły. Wyobraź sobie, że po prostu je umyłam, ale co ty możesz o tym wiedzieć. Myjesz się przecież raz na ruski rok. Z drugiego końca mieszkania cię czuć! – Uśmiechnęła się do niego z wyraźną satysfakcją, że mu dopiekła.
Bernard jednak nie dał się sprowokować i spokojnie skontrował:
– A, no tak. Zapomniałem, że po kąpieli ci się kręcą. Tak rzadko widzę ten efekt, że…
– Dupek – obruszyła się i nie drążyła dalej tematu.
Stanęła plecami do niego. Zaczęła wyławiać parówki z garnka i kłaść je na talerz, nuciła przy tym jakąś melodię.
Był to jeden z hitów minionego lata – najwidoczniej wpadł jej w ucho. Bernard nie był jednak w stanie rozpoznać, co to za cholerstwo. Nie przywiązywał do tego wagi. Słuchał zupełnie innej muzyki, ostrzejszej i twardszej. Gdy tylko włączył któryś ze swoich ulubionych kawałków, Lena dostawała palpitacji serca.
Kiedy w końcu napełniła talerz, podała go Bernardowi i powiedziała:
– Swoją drogą, mówiłam ci, że widziałam wczoraj tę staruchę, jak wracałam do domu? Jak ona ma? Wicińska? Wilińska?
– Wolińska. Chyba – mruknął Ben.
– O właśnie! Znów miała pretensje, że słyszała u nas telewizor w nocy. Kurczę, Ben… tyle razy prosiłam, żebyś go tak nie rozkręcał.
Bernard pokręcił głową i głośno westchnął.
– Przecież ledwie na…
– To na słuchawkach słuchaj! – krzyknęła narzeczona. – Łatwo się denerwuje kobieta i później, jak mnie spotka, to robi takie wyrzuty, że uszy bolą, a policzki się czerwienią. Drażni mnie to.
Zamknął oczy i potarł czoło lewą dłonią. Czuł potworną irytację.
– Słuchaj… ty chyba żartujesz, że ja mam się podporządkować jakiejś starej wariatce. Jak jej nie pasuje, to niech się wyprowadzi.
– Nie o to chodzi!
– Właśnie że o to. Nie będzie mi mówiła, jak mam żyć. Jak się na nią natkniesz, to odeślij ją do mnie. Powiem jej do słuchu.
– No dobra. Wcinaj, a ja cię zostawię na jakiś czas samego. Mam nadzieję, że dasz sobie radę – powiedziała i wyszła z kuchni.
No dobra, lepsze te parówki niż żarcie z czasów szkoły, ale mogłabyś się nieco wysilić, kobito – pomyślał, gdy zaczął jeść.
Przymknął oczy i żuł wyrób mięsopodobny.
Uciekł myślami do ostatniego razu, gdy byli u Natalii. Musiał gryźć się w język, żeby nie zrobić Lenie obciachu, gdy po raz kolejny słuchał farmazonów, które głosiła jej przyjaciółka.
Chociaż może bardziej chodziło o to, żeby nie musiał później znosić marudzenia narzeczonej? Bo jeśli tego chciała, potrafiła naprawdę zaleźć za skórę. O tym zdążył się już kilkukrotnie przekonać. Co tu dużo mówić, miała charakterek.
Mała i w jego przekonaniu wredna samica weszła ponownie do kuchni i oznajmiła:
– A! Prawie bym zapomniała… Znowu nie spuściłeś po sobie wody wieczorem. Ile razy mam ci powtarzać, że…
Oho, zaczyna się – pomyślał, jednak się nie przejął i odkroił kolejną porcję parówki.
– Już ci to tłumaczyłem, a ty nadal jak katarynka – powiedział spokojnie. – Nie spuszczam na noc, bo robię to, gdy idę się rano załatwić. Oszczędzam wodę.
– Dobra. Tylko że później wali w łazience szczynami, bo oczywiście wasza wielmożna wysokość zostawia otwartą klapę. Naucz się ją opuszczać, to nie będę nic mówiła.
Bernard wzruszył ramionami. Strasznie nie lubił tego typu dyskusji o niczym. Drażniło go, że on zawsze musi wysłuchiwać pretensji, a gdy to on chciał zwrócić uwagę Lenie, ta zaraz obracała kota ogonem, zmieniała temat albo po prostu bagatelizowała problem.
– Wielkie mi halo. – Podrapał się widelcem po plecach. – Otwórz okno i niech się przewietrzy. Zresztą… sama nie jesteś lepsza. Wiesz, ile twoich kłaków wyciągam ze zlewu? Skąd tego tyle masz? Już dawno powinnaś być łysa!
Spojrzała na niego tak, jakby chciała cisnąć w niego piorunem albo zamienić go w kamień.
– A pomyślałeś, że nie mam tyle wzrostu, co ty? Wyrosłeś jak brzoza, a głupiś jak koza! A od moich włosów się odczep. I nie zmieniaj tematu!
Przeszła obok niego i sięgnęła po kubek z czerwonym serduszkiem, który pachniał świeżo mieloną kawą.
Bernard poczuł też pomarańczę, wanilię i kwiat wiśni. Kupił jej te perfumy na ostatnie święta Bożego Narodzenia. Przy jej tempie używania aż był zdziwiony, że jeszcze się nie skończyły.
– Dobra… mniejsza z tym. Tej, Lena…? A masz prezent dla tej swojej psiapsi?
Ostatnie słowo wypowiedział z kpiną. Czasami tak określał Natalię, jakby chciał, żeby brzmiało to jak obelga.
Lena zerknęła z politowaniem w jego kierunku. Zamknęła oczy i głośno westchnęła. Następnie powiedziała:
– Wcześnie ci się przypomniało. Dobrze, że sama sobie to ogarnęłam, bo na ciebie nie mogę liczyć. Wiecznie tylko siedzisz na YouTube. Cholera mnie bierze na to wszystko!
– Lepiej późno niż wcale, co nie? Sama tak często powtarzasz. Chociaż po prawdzie to mam to w głębokim poważaniu. Ja od siebie mogę jej sprezentować zmiotkę i szufelkę. Boże… jak mnie ta laska denerwuje. Aż dziw bierze, że zadajesz się z kimś tak głupim.
Lena pokręciła głową i wymruczała krytyczne epitety pod jego adresem, jednak on zrozumiał jedynie słowo „baran”. Już chciał coś na to odpowiedzieć, ale uprzedziła go.
– Weź się od niej odczep, dobra? Bo to zaczyna już być nudne. Wiecznie to samo. To moja koleżanka i koniec tematu! Ja nic nie mówię na to, że zadajesz się z tym dziwolągiem z Chrobrego i z tą no… jak jej tam… Weroniką? A co do prezentu… byłam wczoraj na deptaku. Wyczaiłam taki fajny pawilon obok… niech no sobie przypomnę… ach, wiesz, no… pamiętasz, jak kiedyś byliśmy w tym salonie gier, co tam był? Jak on się nazywał?
Bernard pokręcił głową i upił łyk herbaty. Kusiło go, aby siorbnąć teatralnie, wiedział jednak, że tylko by tym bardziej rozsierdził Lenę.
– Żebym to ja pamiętał… no wiem, o co ci chodzi. No i co z tym prezentem?
Lena się rozpromieniła. Jej myśli wyraźnie pomknęły w kierunku czegoś, co sprawiało jej radość.
– Okazało się, że obok tego salonu gier jest sklep z ubraniami. Kupiłam sukienkę. Natalka wspominała mi ostatnio, że potrzebuje czegoś nowego, bo jedzie na chrzciny do kuzynki.
Bernard otworzył szeroko oczy. Przez chwilę próbował wyobrazić sobie, co by było, gdyby to on kupił jakieś ubranie Siwemu. Nie dość, że zostałby zbesztany i zwyzywany od idioty, to jeszcze wyrzuciłby kasę w błoto, bo kumpel i tak by tego nie wziął.
– I zdecydowałaś się kupić jej coś, w czym ma tam jechać? Znasz w ogóle jej gust? Może się jej przecież nie spodobać – stwierdził chłodno.
Lena energicznie pokręciła głową, po czym roześmiała się w stylu tępej idiotki, jak to czasami określał Bernard.
– Na pewno będzie dobrze. Natalka ma zbliżony gust do mojego i…
Rosiak uderzył otwartą dłonią w blat, czym przerwał Lenie w połowie zdania. Roześmiał się. Kobieta zmierzyła go lodowatym spojrzeniem. Kiedy się uspokoił, spoważniał i powiedział:
– Aaa, ty mówisz poważnie. Czyli worek z pyrami jej dasz? Dobrze się domyślam?
Zmrużyła oczy i ze złością wyszeptała:
– Stąpasz po cienkim lodzie, Ben.
Rosiak zastukał palcami o stół wyraźnie niezmartwiony tym, co powiedziała.
– Mhm, wiem. I co w związku z tym? Już to słyszałem.
Bernard wrócił do jedzenia śniadania, zupełnie jakby niczym się nie przejął. Często się tak przekomarzali i zwykle kończyło się na niczym. Był praktycznie pewien, że tym razem będzie tak samo. Od najmłodszych lat często używał podobnej formy wyrażania myśli. Najpierw wobec rówieśników, a później wobec dorosłych ludzi, z którymi musiał się konfrontować. W pracy jednak Bernard zawsze się powstrzymywał. Robota była ważniejsza od satysfakcji.
Lena dostała rumieńców na policzkach. Słowa narzeczonego ewidentnie ją wkurzyły. Przez chwilę dusiła w sobie złość, by następnie z bezsilnością wypuścić powietrze. Pokręciła głową i rzekła:
– Jesteś… Ach, dobra… szkoda moich nerwów na ciebie. I jak? Dobre te parówki? Nic nie mówisz.
Bernard wpakował ostentacyjnie kolejną porcję i nadal wpatrzony w talerz, odparował:
– Jakby były złe, to na pewno bym ci powiedział. A w ogóle co może być złego w parówkach, poza tym, że… to parówki? Idzie je spieprzyć podczas gotowania?
Lena westchnęła. Upiła łyk kawy.
– No tak, to brzmi logicznie – przyznała z chłodną obojętnością.
– Cieszę się, że to zauważyłaś – stwierdził i pokręcił głową z aprobatą.
Przytaknęła z rozgoryczeniem i dopiła kawę, a Bernard dokończył jedzenie, po czym poszedł do ubikacji.
Siedział na sedesie i przeglądał Internet w telefonie. Zalogował się na konto w social mediach, żeby sprawdzić, czy ktoś zamieścił coś ciekawego. Kilka profili o tematyce urbexowej wrzuciło na Instagram zdjęcia opuszczonych miejsc plus krótkie opisy. Nie było w tym jednak nic ciekawego na tyle, aby zatrzymać się na dłużej.
Bernard wyszedł z łazienki i podreptał na chwilę do kuchni.
– Ben! – rozległo się wołanie Leny z sypialni.
Ruszył w kierunku, skąd dobiegł krzyk.
– Mam nadzieję, że pamiętasz, że masz jechać do swojego taty do sklepu i… – Usłyszał, jeszcze zanim wszedł.
– Tak. Właśnie się ubieram i jadę – powiedział, kiedy wszedł do pokoju.
Wczoraj wieczorem jego ojciec zadzwonił i poprosił go o pomoc w serwisie komputerowym. Naprawiał, co można było naprawić, a gdy się nie dało, to odsyłał z kwitkiem. Zwykle udawało się zrobić to pierwsze.
Lena pokiwała głową i spytała, czy będzie mógł zajść do sklepu po mleko w drodze powrotnej. Skończyło się, a chciała upiec placek na wieczorną imprezę.
Bernard potwierdził, pocałował ją w usta.
Kiedy już wyszedł, sięgnął z kieszeni telefon, scyzoryk, z którym nigdy się nie rozstawał, i kluczyki z breloczkiem w kształcie hełmu Dartha Vadera w wersji mini.
***
Serwis znajdował się na terenie niewielkiego centrum handlowego w północnej części Poznania. Bernard zaparkował samochód na pobliskim parkingu. Otworzył drzwi z napisem: Serwis Komputerowy Robert Rosiak i wszedł do środka.
Ojciec akurat obsługiwał klienta, więc Ben usiadł w niewielkim fotelu i zaczął przeglądać gazety motoryzacyjne. Jako alternatywę miał „Panią Domu”.
– No i jak się uruchomi, to wszystko się nie zdąży załączyć, po czym robi się, wie pan… niebieski ekran, kupa jakichś białych linijek kodu i idzie reset. Sam z siebie. Próbowałem już wszystkiego, ale się poddaję. Proszę coś z tym zrobić.
Okrągły na twarzy mężczyzna zdjął okulary z nosa i otarł spocone czoło. Następnie założył je na swoje miejsce, wydął usta i skrzyżował ręce na piersiach.
Głośno westchnął.
– Jak będzie gotowe, to dam znać. Proszę zostawić swój numer. O, tutaj na karteczce.
Rozradowany klient pospiesznie zapisał ciąg cyfr.
– Świetnie. W takim razie do zobaczenia – powiedział, po czym ruszył do wyjścia i wyminął Bernarda, nawet nie uraczył go spojrzeniem.
– RAM? Procesor karty graficznej się przegrzewa? – Ben podszedł do lady i spojrzał na wystawę ze sprzętem. Zastanawiał się, czy coś sobie kupić.
– Możliwe… jednak wolę rzucić okiem, zanim wydam osąd. Klienci często koloryzują i dodają coś, co im się wydaje, a to może zaburzać diagnostykę. Dobry fachowiec nie rzuca słów na wiatr, tylko weryfikuje wszystko, zanim zacznie klepać bzdury. A tak naprawdę to opcji jest tyle, że wiesz… równie dobrze może coś nie grać z dyskiem twardym, sterownikami albo oprogramowaniem.
– Albo wirusy.
– Albo podstępne wirusy – przyznał Robert i westchnął.
Bernard już chciał zmienić temat, jednak ojciec go ubiegł.
– Jak się sprawuje Toyotka? Silnik pracuje równo?
– Oj tak – przytaknął z entuzjazmem. – Pracuje, że aż miło posłuchać. Po tym przeczyszczeniu przepustnicy i wymianie wtyczki do cewki zapłonowej śmiga jak ta lala.
– No i dobrze. Słuchaj, Ben… jest sprawa.
– Kogo trzeba sprzątnąć? – zapytał i mrugnął porozumiewawczo, a Robert parsknął śmiechem.
– Mojego sąsiada. Wisi mi czteropak piwa. Nie no, żartuję… Na szczęście nikogo. Potrzebuję cię do wniesienia paru rzeczy do mieszkania. Mama sobie ubzdurała, żeby wymienić szafki w kuchni. Pamiętasz? Wspominała o tym, jak byliście ostatnio u nas z Leną.
– Tata… To było… kurczę, nie pamiętam. – Bernard się zamyślił.
– Mniejsza z tym. Podskoczyłbyś, żeby mi pomóc? Przewiało mnie coś i jakoś tak mnie plecy bolą.
Bernard przekrzywił głowę w lewą stronę i podparł się dłońmi pod boki.
– Biegałeś z nerkami na wierzchu czy co?
– Nie, ale… zresztą… będziesz w moim wieku, to sam się przekonasz, jak to jest. No rety, no… nie patrz tak. Wiesz, że uwielbiam rosyjską literaturę. Zasiedziałem się na działce w weekend z książką… no i… masz dziadzie złamany lewarek. Musiało mnie przewiać.
Bernard zamknął oczy i ciężko westchnął, czym chciał wyrazić swoje poirytowanie.
– Nie przypominaj mi o rosyjskiej literaturze. Tyle mi czytałeś tego szajsu i uczyłeś na siłę, że jak widzę rosyjski, to mam odruch wymiotny. Do tego wszystkiego ta durna Stecka w szkole… babsko mnie chyba nienawidziło. Wiecznie dostawałem dwóje.
– Najważniejsze, że się dogadasz z ruskiem. A język wroga…
– Wiem, wiem… warto znać. Wróćmy do tych szafek. Serio wezwałeś mnie tylko po to, żeby mi o tym powiedzieć? Mogłeś zadzwonić po prostu.
– A co? Nie chcesz trochę zarobić? – Poprawił okulary na nosie, które lekko się zsunęły.
– Nie no, wiadomo, że…
Drzwi do serwisu zostały otwarte. Bernard od razu usłyszał głośne stukanie obcasów. Odwrócił się i spojrzał za siebie. Do środka weszła długonoga dama w schludnej, zielonej, rozkloszowanej spódniczce i białym tank topie z napisem Badass loves so much. Do tego skórzana ramoneska. Miała krótkie, jasne włosy i całą masę kolczyków w uszach oraz jeden w nosie. Całości dopełniał naszyjnik z czerwonych koralików.
– Dzień dobry – powiedziała wyniośle i ustawiła się za Bernardem w umownej kolejce.
– Proszę, niech pani idzie. Nie jestem klientem. – Ben zrobił jej miejsce.
Kobieta natychmiast to wykorzystała.
– Mam problem z komputerem – zwróciła się do Roberta.
– Co się stało? – spytał starszy Rosiak.
– Sama nie wiem. Nie znam się. Wie pan, ja tylko guziczek wciskam i jest. A teraz jak tak robię, to nic się nie dzieje. Czy byłby pan tak dobry i zechciał zajrzeć?
Uśmiechnęła się, a obaj Rosiakowie mogli zobaczyć jej idealnie równe, białe zęby. Między górnymi jedynkami miała diastemę.
Robert odwzajemnił uśmiech i rzekł:
– Naturalnie. Od tego jestem.
– No i wspaniale. To ja pójdę na małe zakupy po centrum, tutaj obok, i za pół godzinki wrócę.
– Raczej do tego czasu jeszcze nie usuniemy usterki, ale powinniśmy wiedzieć, co jest powodem tego, że komputer nie chce się uruchomić.
– Rozumiem. To do zobaczenia.
Nieznajoma wyszła z lokalu, a jedynym śladem po niej był zapach jej perfum.
– To, co? Pomożesz?
– Jasne, panie Gierek – zażartował Bernard. – Kiedy? Dziś odpada, bo z Leną idziemy do jej koleżanki na urodziny.
Robert Rosiak wzruszył ramionami i cmoknął.
– No to jutro rano. Będziesz zdatny do noszenia ciężarów?
– Dostatecznym ciężarem będzie konieczność pójścia na tę cholerną imprezę.
– Eee, nie będzie chyba tak źle, co nie?
Bernard uciekł myślami do ostatniego razu, jak byli z Leną u Natalii. Nie znosił tych spotkań. Dziewczyna go strasznie irytowała. Do tego wszystkiego miała zły wpływ na Lenę, przez co tamta robiła mu później wyrzuty o byle co.
– Gorzej. Ta Natalia to tak macha ozorem, że nie potrzebowałbyś się latem wachlować. Zamęczyłaby cię na śmierć. Poza tym… jest tępa jak klocek Lego. Stale tylko by gadała o kosmetykach, tipsach, odżywkach do włosów oraz pieprzonych butach i torebkach! I tipsach!
– To ostatnie już mówiłeś. Poza tym… wątpię z tą gadatliwością. Przecież mnie znasz. Też lubię strzępić język.
– Chyba po ćwiartce wódki.
Zaśmiali się obydwaj. Ojciec wskazał palcem komputer blondynki.
– Oj tam. Masz, zerknij do laptopa tej laluni. Ja mam inne zlecenia.
Bernard spojrzał na komputer z naklejką z serduszkiem i małym kotkiem. Wziął urządzenie i poszedł na kanapę, po czym podjął próbę zdiagnozowania problemu.
***
Po robocie u ojca Bernard miał jeszcze jedną sprawę do załatwienia w Swarzędzu. Jakiś czas temu odpadła rączka od szafy w sypialni i Lena wyzywała, że trudno się ją otwiera. Potrzebował kupić nową, ponieważ stara nie dawała się już nijak przykręcić. Zabierał się do tego jak pies do jeża – w końcu uznał, że trzeba to zrobić. Tym bardziej że Lena wierciła mu dziurę w brzuchu od prawie miesiąca. Jeszcze trochę i zrobiłaby się naprawdę marudna, a tego wolał uniknąć.
Kiedy wracał do domu, wpakował się w niemały korek na ulicy Warszawskiej, który ciągnął się aż od cmentarza na Miłostowie do samej katedry – czyli z dobre cztery kilometry. Przeklinał się w myślach, że w porę nie zjechał do Antoninka, aby ominąć to, co praktycznie codziennie się wyrabiało na wlocie do Poznania od strony Swarzędza. Spojrzał na zegarek na desce rozdzielczej.
No tak, to ta godzina… ach, by to cholera – pomyślał i włączył radio.
W samochodzie rozbrzmiała jakaś piosenka, ale nie mógł sobie przypomnieć jej tytułu, bo z reguły nie zaprzątał sobie głowy takimi rzeczami. Ważniejsze było to, że dzięki temu podróż szybciej minie.
Przynajmniej w teorii.
Spojrzał w prawo i zobaczył kobietę, prawdopodobnie starszą od niego o dekadę. Włosy miała spięte w kucyk i była wyraźnie zdenerwowana. Spieszyła się. Stukała paznokciami po kierownicy i bez przerwy wyciągała szyję, aby ocenić, czy daleko z przodu coś zaczęło się przesuwać. W końcu wyczuła, że Bernard jej się przygląda, spojrzała na niego i schowała twarz w dłoniach.
„To czysta masakra… jestem załamana” – zdawała się mówić jej mowa ciała.
Bernard wydął usta, rozłożył ręce, jakby chciał przekazać: „No niestety, siedzimy w tym oboje”.
– A teraz zapraszamy na reklamy – rozległo się z głośników, więc Bernard sięgnął do pokrętła i wyłączył radio.
Przeszła mu ochota na słuchanie tej krzykaczki.
Ekran telefonu błysnął i zagrała cicha melodyjka, przywodząca na myśl ćwierkanie mazurka. Sięgnął po urządzenie i je odblokował. Wciąż stał w korku, więc mógł skontrolować, kto raczył go zaniepokoić.
Temat: Opuszczony sierociniec!
Hejka!
Piszę do Was w pewnej sprawie.
Oglądam regularnie Wasze filmy. W mojej okolicy, tutaj, skąd pochodzę, jest bardzo ciekawy obiekt. Stary dwór, gdzie kiedyś był sierociniec. Dziadek mi opowiadał, że jeszcze przed wojną i krótko po niej funkcjonował normalnie. Jeśli bylibyście zainteresowani, aby nakręcić o nim materiał, to pewnie wielu osobom by się spodobała Wasza relacja.
Z pewnych przyczyn wiedza o nim została utajniona przez władzę ludową i obecnie też nikt nie chce udzielać o nim informacji. Tutaj, skąd pochodzę, wiedza ta jest powszechnie znana. W załączniku do tej wiadomości przesyłam obszerny opis budynku wraz z przyległym do niego terenem oraz rys historyczny.
Gdybyście mieli jakieś pytania, to śmiało piszcie. Postaram się odpowiedzieć.
Pozdrawiam
Kasia
Bernard skończył czytać w samą porę, bo akurat samochody zaczęły się powoli przesuwać do przodu.
Teraz kiedy znał już treść wiadomości, chciał jak najszybciej dojechać do domu, żeby móc na spokojnie zapoznać się z załącznikami, w których były zawarte informacje na temat tajemniczego sierocińca. Wszystko to brzmiało naprawdę ciekawie.
Samochody przed nim przesunęły się raptem kilka metrów.
– No to się wpakowałem – jęknął zniecierpliwiony.
***
Siedział na fotelu i co jakiś czas zerkał na zegarek. Wciąż czuł poirytowanie, że jak tylko wszedł do mieszkania, to Lena udzieliła mu reprymendy. Bernard wrócił o takiej godzinie, że zostało za mało czasu, aby mogła upiec ciasto na imprezę.
Trudno, najwyżej kupisz coś po drodze – pomyślał z obojętnością, chociaż kusiło go, żeby powiedzieć to na głos.
Nie bardzo się tym przejął. Zamiast tego powiedział Lenie, żeby poszła ogarnąć, co musi, bo jemu to i tak wszystko zajmie maksymalnie piętnaście minut. Przynajmniej miał czas, by zapoznać się z załącznikiem z maila od widzki. Był tym tak nakręcony, że koniecznie musiał skontaktować się ze swoją urbexową partnerką, Weroniką Podolską. Chciał jednak podejść do sprawy na spokojnie.
Pewnie wrócimy do domu około północy albo później, więc najlepiej będzie, jak jutro do niej przedzwonię – pomyślał i zerknął na zegarek nad blatem.
– Leeenaaa! Długo tam jeszcze będziesz siedzieć?! Piękniejsza nie będziesz! – krzyknął w kierunku drzwi od łazienki.
Zawsze tak mówił, kiedy chciał ją zdenerwować, i zwykle wychodziło, ale chyba tym razem nie usłyszała. Podniósł się z fotela i podszedł bliżej. Odgłos suszarki stał się wyraźniejszy. Zapukał.
– Lena? Halo?
– Jestem, jestem. Suszę włosy. Czego chcesz? – Usłyszał stłumiony głos.
Westchnął.
– Długo jeszcze będziesz tam siedzieć?!
– Pięć minut!
– Mówiłaś to kwadrans temu – mruknął pod nosem z rezygnacją.
Wsadził dłonie do kieszeni i poszedł znów na fotel. Włączył telewizor i zaczął skakać po kanałach. Akurat wtedy przypomniała mu się ta marudna Wolińska i z nieukrywaną satysfakcją zwiększył głośność o jeden stopień. Wzniósł oczy i spojrzał na sufit.
Nieco ponad kwadrans później z łazienki wynurzyła się narzeczona. Włożyła czerwoną, obcisłą sukienkę z niewielkim dekoltem. Do tego białe Converse’y. Umalowała oczy i usta. Całość uzupełniła kolczykami w kształcie kółeczek. Wyglądała jak rasowa kusicielka.
– Na urodziny do koleżanki idziemy czy na jakąś randkę?
– Ja w przeciwieństwie do ciebie lubię dobrze wyglądać. Ty pewnie najchętniej poszedłbyś w tym swoim uniformie do urbexu, co? – zakończyła retorycznym pytaniem Lena.
Bernard jednak zignorował zaczepkę, ponieważ akurat usłyszał coś, co go zainteresowało.
– Przykładem może być, chociażby historia Aleksieja i Nikołaja Iwanowów, braci w wieku dziesięciu i dwunastu lat, którzy zniknęli bez śladu w nocy z trzeciego na czwartego marca tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego roku. Kilka dni wcześniej Aleksiej skarżył się wychowawcom, że nocami w jego pokoju…
– Wyłącz ten telewizor, bo znowu ta stara raszpla będzie mi truć tyłek – jęknęła Lena. – Głuchy jesteś, że tak go rozkręcasz?
Wzruszył ramionami na znak, że zupełnie nie przejmuje się narzekaniem Leny. Mimo to spełnił jej polecenie. Następnie uśmiechnął się i postanowił ją skomplementować:
– Zawsze dobrze wyglądasz, a w czerwonym to już w ogóle.
Spojrzała na niego, jakby nie do końca uwierzyła w to, co powiedział. Sięgnęła po torebkę, przewiesiła ją przez ramię i spytała:
– Idziemy?
– No coś ty. Teraz moja kolej.
Wparował do łazienki i na szybko się załatwił oraz opłukał twarz. Umył zęby, psiknął się perfumami i niecałe pięć minut później wyszedł.
– O! Widzisz? Tak to się robi!
Lena siedziała w fotelu i bawiła się telefonem. Obok niej stała duża torba z prezentem. Kiedy Bernard wyszedł z łazienki, dziewczyna bez słowa się podniosła, chwyciła pakunek za ucha i ruszyła do drzwi.
– Idziemy? – powtórzyła pytanie, jakby w ogóle nie usłyszała jego uwagi.
Taksówka już na nich czekała. Ben otworzył drzwi i pomógł wsiąść narzeczonej, po czym zajął miejsce z drugiej strony.
– Na Osiedle Orła Białego – powiedziała Lena.
– Po co mówisz „osiedle”? Wiadomo, że nie chodzi o ulicę – mruknął pod nosem Ben i pokręcił głową z politowaniem.
Lena go zignorowała.
– A numer bloku? – spytał taryfiarz, po czym odwrócił się przez prawy bark.
– Czternaście – powiedziała Lena.
Kierowca przypomniał im o zapięciu pasów, a kiedy to zrobili, taksówka ruszyła.
Toczyli zażartą dyskusję z mężczyzną na temat gry reprezentacji w piłce nożnej w meczu z Albanią.
– Powiem wam, że te patałachy to co najwyżej kosić murawę by mogły. O, do tego by się nadawały. Kiedyś to byli zawodnicy. Szarmach, Gadocha, Dejna. Jejku, jak oni grali. Coś pięknego. Pewnie ich nie pamiętacie.
Kiedy kierowca wspomniał nazwiska dawnych zawodników, Lena natychmiast się ożywiła:
– Mój tata interesuje się piłką nożną. Często wspomina tamte czasy i wyraża się ze sporą aprobatą o piłkarzach z tamtych lat. – Poprawiła sukienkę, bo zauważyła, że nieco za dużo odsłania.
Bernard położył dłoń na jej kolanie. Nie zareagowała, tylko spojrzała na niego wymownie.
– I słusznie. Bo te współczesne gwiazdory to tylko w reklamach umieją grać. Aaa, szkoda strzępić ozór na nich. Na jakąś imprezę jedziecie? Koleżanka tak pięknie wygląda, że każdy pewnie się obraca i podziwia.
Lena spłonęła rumieńcem.
– Dziękuję. Tak, na urodziny do mojej przyjaciółki.
Kierowca zagwizdał i spojrzał na nich w lusterku wstecznym.
– Uwielbiam imprezy. U mnie w rodzinie zawsze jak się spotykamy, to jeden element jest nieodzowny. Alkohol.
– U nas tak samo, chociaż raczej lekkie trunki. – Lena zachichotała i wdała się w głębszą dyskusję z taryfiarzem.
Bernard spojrzał za okno. Wydobył scyzoryk z kieszeni i zaczął się nim bawić. Przestał słuchać rozmowy. Wrócił myślami do wiadomości od widzki.
Uzasadnienie na temat braku informacji o budynku sierocińca wydało mu się nietypowe, jednak nie chciał szukać dziury w całym. Temat był zbyt ciekawy, żeby się nim nie zająć. Zastanawiało go jednak, dlaczego utajniono dokumenty.
I dlaczego budynek wciąż istniał? W ruinie, bo ruinie, ale mimo wszystko istniał. Może spadkobiercy nie mogli się dogadać?
Przemknęli przez rondo Starołęka i zbliżali się do Żegrza. Lena przysunęła się do Bernarda i powiedziała mu do ucha.
– Tylko nie zrób mi obciachu u Natki tak jak ostatnio, dobra?
– Co? – Spojrzał na nią, jakby nie do końca przetworzył to, co powiedziała. Przestał na chwilę bawić się korkociągiem w scyzoryku. – Sorry, zamyśliłem się.
Rzuciła mu spojrzenie pełne wymownego ostrzeżenia.
– Ciekawe nad czym. Mówiłam, żebyś nie narobił mi wstydu.
– A czemu miałbym to zrobić? Przecież mnie znasz.
Pokiwała głową i westchnęła. Po chwili rzekła:
– Właśnie dlatego to mówię.
Posłała mu spojrzenie, jakby chciała mu pogrozić, że jeśli złamie zasady, to pożałuje.
Przez chwilę się zastanawiał, co jej na to odpowiedzieć. Ostatecznie pokręcił tylko głową i prychnął jak kot, po czym wrócił do obserwowania miasta za oknem i zabawy scyzorykiem.
***
Bernard wiedział. Po prostu wiedział, że jego obecność na urodzinach Natalii będzie fatalnym pomysłem. Zawsze się tak kończyło. Ostrzegał Lenę, ale nie chciała słuchać. Próbowała wymusić na nim konieczność koegzystowania z jej znajomymi. On uważał, że co najwyżej może spróbować, a nie że cokolwiek musi. A już na pewno nie chciał znosić ludzi banalniejszych od niego.
„Natalka” od początku go wkurzała. Mimo że sprawiała wrażenie ogarniętej, wystarczyło, że wymienili uprzejmości i przyszło co do czego, to Bernard wiedział, jak potoczy się ta znajomość.
Bo wkurzał go już sam fakt jej istnienia. A jak dołożyć do tego jeszcze jej bezdenną głupotę, to mamy gotowy przepis na katastrofę. Zastanawiał się nawet czasami, co też Lena widzi w tej pustej lasce.
Przeszedł przez jezdnię i spojrzał w kierunku przystanku. Zbliżył się, aby sprawdzić, kiedy przyjedzie autobus, i doszedł do wniosku, że spacer dobrze mu zrobi. Lubił spacerować, bo w ten sposób oczyszczał umysł. Zresztą niegdyś bardzo często urządzał sobie takie wyprawy. Zwłaszcza w nocy. W czasach studiów nieraz wracał z drugiej części miasta w towarzystwie kumpla, z którym rozdzielał się gdzieś w pobliżu Mostu Dworcowego i odbijał w kierunku Wildy. Uwielbiał czuć ten niepokój podczas samotnych nocnych spacerów. Czasami mijał się tylko z przypadkowymi przechodniami lub pojedynczymi samochodami.
Ruszył w stronę mostu na ulicy Hetmańskiej i doszedł do wniosku, że skoro przeszedł już taki dystans, to daruje sobie ten autobus. Zresztą i tak dobrze byłoby rozchodzić spożyty alkohol.
Taksówka przemknęła nieopodal i pognała w kierunku południowej części miasta. Z jej wnętrza rozległy się okrzyki kilku podchmielonych panienek. Zdecydowanie przesadziły z procentami.
Z naprzeciwka szła para w średnim wieku. Rozmawiała żywo na jakiś temat, ale gdy zrównała się z Bernardem, umilkła, jakby to, o czym tak dyskutowała, było tajemnicą państwową.
Rosiak zszedł z wiaduktu i dostał się do Drogi Dębińskiej, żeby następnie iść wzdłuż ogródków działkowych. Długa, prosta szosa z szerokim pasem zieleni tuż koło jezdni ciągnęła się aż po horyzont. W oddali majaczyły wieże kościoła franciszkanów przy Placu Bernardyńskim. Bernard nie mógł ich dostrzec, była przecież noc, jednak wiedział, że tam są.
Z oddali zbliżała się jakaś postać. Bernard już z daleka przeczuwał, że może to być ktoś z marginesu społecznego.
Błagał w duchu, by ten ktoś nie zwrócił na niego uwagi.
Kuźwa, nie no… patrzy się na mnie… patrzy jak świnia na pełne koryto – Ben zagryzł zęby.
Głowa menela kołysała się na lewo i prawo. Gdyby nie obwieszony workami rower – ta wędrówka mogłaby się skończyć różnie.
– Uszanowanko, panie kochany. Dobrego wieczorku życzę. Kierowniku kochany, dej pan coś do ćwiarteczki. Suszy mnie jak jasna cholera. – Gruby, przepity bas nieznajomego mężczyzny dudnił jak uderzenie dzwonu.
Rosiak westchnął. Facet śmierdział tak mocno, że Bernard ledwie wytrzymywał tak bliskie spotkanie. Zawsze czuł mentalny opór przed wspieraniem takich wykolejeńców, bo najczęściej przeznaczali zebrane datki na procenty. Bernard był przeciwny pijaństwu. Tym bardziej był negatywnie nastawiony po tym, jak kilka razy dostał słowną wiązankę od przedstawiciela menelskiego światka.
– Kartę tylko mam. Jak masz pan terminal, to spoko – mruknął Bernard na odczepne.
Wepchnął dłonie do kieszeni i już miał iść dalej, kiedy menel z podekscytowaniem rzucił się do swojego dobytku i poprosił Rosiaka o chwilę cierpliwości.
Żul zaczął energicznie przeszukiwać jeden z worków i ku zaskoczeniu Bernarda wydobył terminal płatniczy z urwanym kablem. Z entuzjazmem zabrał się do wystukiwania czegoś na nim, po czym zaklął siarczyście i powiedział:
– By to ciul niemyty… Patrz pan, chujostwo nie działa.
– No kto by pomyślał – podsumował Bernard i ruszył w swoją drogę z uczuciem ulgi, ponieważ fetor mężczyzny powoli zaczął zostawać w tyle.
Usłyszał jeszcze jakieś słowa oburzenia, ale nie przejmował się tym zupełnie. Liczyło się tylko jedno: jak najszybciej uciec od tego epicentrum smrodu.
Z trudem oddychał i gdyby miał jeszcze dłużej rozmawiać z menelem, to pewnie by się porzygał. Mimo że trochę wypił i zmysł węchu miał przytępiony, to odór czuł bardzo wyraźnie.
Dotarł do narożnika Parku Jana Pawła II i skręcił w ulicę Spychalskiego. Po drodze minął lodowisko, krzyż papieski, później pływalnię Chwiałka.
Kiedyś, gdy był jeszcze dzieckiem, wraz z kumplami przechodzili na cwaniaka przez płot i, mimo że wejście kosztowało śmieszne pieniądze, dostawali się na teren pływalni za darmo.
Czteropiętrowy blok, w którym Bernard mieszkał wraz z Leną, znajdował się nieopodal całodobowego parkingu w miejscu dawnego poznańskiego Manhattanu. Za nim rozciągał się stary, zniszczony stadion Warty Poznań.
Rosiak przeszedł przez bramę, wtoczył się do windy, wjechał na trzecie piętro i kiedy w końcu wszedł do mieszkania, poczuł niesamowite zmęczenie. Świeże powietrze, alkohol i zmęczenie robiły swoje.
Od razu poszedł do sypialni. Lata leciały i już nie był tym samym człowiekiem co dekadę temu. Rozebrał się, położył i niemal natychmiast zasnął.
ROZDZIAŁ DRUGI
Rząd latarni ustawionych po jednej stronie uliczki tworzył niepowtarzalny klimat. Ich ciepłe, migotliwe pomarańczowe światło tańczyło na kamiennym chodniku i oświetlało stare kamieniczki wokół placu. Nadawało to otoczeniu urok dawnych epok.
Harmider piątkowej nocy na Starym Rynku okraszony był dźwiękami sporadycznych kłótni, odgłosami torsji i śmiechami wywołanymi niestosownymi żartami. Podobno takie są najlepsze. Gdzieś z daleka poniosło się dumne bicie dzwonu na ratuszowej wieży. Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu z wyjątkiem tych prowadzących na Stary Rynek w Poznaniu.
To była wyjątkowo ciepła jesień. Dwie kobiety szły praktycznie ramię w ramię. Ich rozpuszczone włosy powiewały na delikatnym, październikowym wietrze. Odgłos szpilek niósł się poprzez noc. Wtórowały mu ożywione rozmowy prowadzone przez grupę znajomych.
– Żartujesz sobie, Werka?! Ekstra był ten ostatni filmik! Podziwiam was, że macie odwagę jechać w tego typu miejsca. Ja bym w życiu nie weszła do takich mrocznych budynków – powiedziała ruda panna, która przykuła uwagę kilku mężczyzn w pobliżu.
– Daj spokój, Klaudia. Początki były trudne. Wyobraźnia robiła mętlik w głowie. Później jednak już się przyzwyczajasz i nic cię nie rusza. Też byś dała radę.
Weronika Podolska od prawie trzech lat prowadziła wraz ze swoim kolegą, Bernardem Rosiakiem, kanał na YouTube poświęcony odkrywaniu porzuconych miejsc. Całkiem niedawno próbowali sił z tematyką paranormalną, a na ostatnią wyprawę zabrali ze sobą kolegę, Sławka Buczkowskiego, ponieważ lepiej orientował się w tych sprawach. Weronikę przerażała, ale też fascynowała ta parapsychologiczna otoczka, związana z tym, co jest niewidoczne na pierwszy rzut oka. Gdyby ktoś pięć lat temu powiedział jej, że będzie łazić po opustoszałych budynkach w poszukiwaniu duchów, to kazałaby mu się popukać w głowę.
Za plecami przyjaciółek rozległy się niezbyt kulturalne i nieprzyzwoite propozycje ze strony mijanej grupy facetów. Niektórzy wydawali przy tym takie dźwięki, że gdyby byli w lesie, można by je odczytać jako godowe zawodzenie zwierząt. Klaudia Krogulecka spojrzała przez ramię, burknęła pod nosem jakąś krytyczną uwagę i popatrzyła na Weronikę.
– Banda idiotów. Masakra – powiedziała i objęła koleżankę, żeby ją przytulić.
Podolska wzruszyła ramionami i odwzajemniła gest przyjaciółki.
– W ogóle się tym nie przejmuję. Wiem, że się na nas patrzą. Tylko wiesz, Klaudia… wciąż się nie pozbierałam po…
– Zapomnij o nim – wcięła się gwałtownie Klaudia. Chciała uniknąć niepotrzebnej tyrady z jej strony. – Dupek nie wie, co stracił. Poleciał do jakiejś głupiej lalki Barbie, a zostawił taką fantastyczną dziewczynę jak ty. Spotkasz lepszego. Zobaczysz.
Weronika westchnęła.
– Na razie to chyba w ogóle odpuszczę sobie poszukiwanie faceta. Wciąż trafiam na niedojrzałe egzemplarze. A może mam pecha? Sama nie wiem… Muszę odpocząć.
Na wspomnienie byłego faceta dostawała białej gorączki. Początkowe zawroty głowy wywołane jego elokwencją, ogładą, dobrymi manierami i zachowaniem uśpiły jej żeński zmysł „wczesnego ostrzegania przed gnojkami”. Dobrze się krył, by po jakimś czasie, w tajemnicy, zacząć ją zdradzać z jej znajomą. Tak jakby to ona od początku była jego celem, a Weronika miała stanowić jedynie punkt zaczepienia, aby móc dostać się do majtek tamtej.
Kiedy wreszcie sprawa się rypnęła i wszystko wyszło na jaw, Podolska wpadła w szał, że nie było co zbierać. Ogarnęła ją taka furia, że nie ostał się żaden talerz czy szklanka. Zerwała kontakt zarówno z byłym, jak i z dawną znajomą. Tamta początkowo próbowała jakoś załagodzić sytuację i starała się odzyskać kontakt z Weroniką, jednak bezskutecznie. W końcu skończyło się na tym, że i ona zaczęła nazywać Podolską głupią, popieprzoną idiotką z bałaganem na strychu.
Skręciły w jedną z bocznych uliczek. Po lewej stronie był parking, po drugiej zaś rozciągał się budynek Gminy Żydowskiej. Minęły go, po czym skręciły w Szewską. Praktycznie przy samym narożniku, pod opatrzoną numerem dziesięć bramą, siedziała zapłakana kobieta. Nie trzeba było słyszeć jej szlochu, by zrozumieć, że musiało wydarzyć się coś niedobrego.
Przyjaciółki rozejrzały się dookoła. Nigdzie nie było widać nikogo, kto mógł być znajomym dziewczyny. Podeszły bliżej i Podolska zagadnęła:
– Ej? Wszystko gra? Co się stało?
Nieznajoma podniosła głowę. Rozmyty makijaż, zaczerwienione oczy i smutek na ustach sprawiały, że wyglądała żałośnie. W takiej sytuacji większość ludzi odczuwała empatię. Szczególnie jeśli ta „większość” też była kobietą.
– Zostawcie mnie… proszę…
– Werka? – zwróciła się do przyjaciółki Krogulecka. – Zobacz… to nie jest przypadkiem ta dziewczyna z tej cukierni, gdzie czasami chodzimy?
Podolska zerknęła na zapłakaną dziewczynę. Następnie spojrzała na Klaudię i przytaknęła, chociaż nie miała stuprocentowej pewności. Krogulecka przycupnęła obok kobiety. Położyła ostrożnie dłoń na jej ramieniu.
Weronika zrobiła to samo i spytała:
– Hej, wszystko w porządku? – Poklepała nieznajomą delikatnie po policzku, aby zwrócić jej uwagę.
Dziewczyna ledwie słyszalnie wymamrotała:
– Nie… ja… zostawcie mnie, proszę… zostawcie…
– Jak masz na imię? – zapytała Klaudia. – Jestem pielęgniarką, pomożemy ci.
– I… Iwona.
– Ja jestem Klaudia, a to jest Weronika.
Krogulecka spojrzała w górę i na migi pokazała Podolskiej, aby zadzwoniła.
– Zamów taryfę.
Weronika przytaknęła i rozejrzała się dookoła. Nigdzie nie było widać żywej duszy. Wyciągnęła telefon, żeby wezwać taksówkę. Kiedy usłyszała łagodny głos dyspozytorki, powiedziała:
– Halo? Chciałabym zamówić taksówkę na Szewską dziesięć. Super. Dziękuję bardzo.
Gdy skończyła rozmowę, Klaudia spojrzała na nią wymownie i stwierdziła:
– Ktoś ją tu zostawił samą… w takim stanie. Jakbym się dowiedziała kto… ach. Nie możemy jej tu zostawić.
Weronika przyznała jej rację.
– Wiem. Wezwałam taksę. Będzie za dwie minuty.
Dziewczyna znowu się rozpłakała i nie zwracała na nic uwagi. Czuć było od niej alkohol. Prócz tego nie wyglądała, aby coś jej dolegało.
– No to chyba po zabawie… co nie? Nie zostawimy jej tutaj w takim stanie kompletnie samej. Nie mam serca, aby tak postąpić – powiedziała ruda.
– Zgadzam się.
Weronika położyła dłoń na kolanie zapłakanej kobiety. Uśmiechnęła się do niej.
– Wszystko będzie dobrze. Niedługo będziesz w domu.
Iwona uniosła twarz i spojrzały na siebie. Weronika się wzdrygnęła, gdy jej oczy nabrały dziwnego wyrazu. Rozejrzała się niespokojnie, po czym spytała:
– Do domu?
– Tak. Wezwałyśmy taksówkę. Odstawimy cię do domu – odpowiedziała jej Klaudia.
Nieznajoma westchnęła.
Poczekały jeszcze kilka chwil, które faktycznie mogły być dwiema minutami, po czym zza narożnika wyjechał samochód, przystanął obok nich, a Weronika podeszła od strony kierowcy.
– Dobry wieczór. Pomoże nam pan? – Uśmiechnęła się przymilnie.
– Jasna sprawa.
Widać było, że ma krzepę, choć wyglądał, jakby był już w wieku emerytalnym. Wysiadł, podszedł do Klaudii oraz Iwony. Pomógł ją podnieść i zapakował na tylne siedzenie. Klaudia usiadła obok niej. Weronika podeszła do drzwi i przytrzymała je.
– Wsiadaj i jedziemy – powiedziała pielęgniarka.
Weronika pokręciła głową i westchnęła.
– Muszę trochę pomyśleć nad pewnymi rzeczami.
Klaudia pokręciła głową. Chrząknęła.
– Wiem, że cię nie zmuszę. No dobra… Poradzisz sobie? – spytała.
Podolska przytaknęła i wskazała na Iwonę.
– Pewnie. Zajmij się nią i daj mi znać, jak będziesz w domu, dobra?
– Jasna sprawa. Ty również.
Klaudia uśmiechnęła się i zamknęła drzwi. Weronika pomachała dłonią i patrzyła, jak taksówka odjeżdża. Przeszła niewielki skwer i dotarła do ulicy Garbary. Długa, wąska droga była istotnym połączeniem, dzięki któremu prędko można było przebić się z centrum aż do zjazdu na autostradę w Luboniu. Nie miało to jednak teraz dla Weroniki Podolskiej żadnego znaczenia. Najważniejsze było dostać się na przystanek autobusowy.
Weronika nie była raczej wysoka i choć dzięki butom zyskała nieco centymetrów, teraz najchętniej by je zdjęła. Zastanawiała się nawet, po co w ogóle zdecydowała się na takie tortury dla stóp.
Spojrzała na rozkład jazdy – jeszcze dwadzieścia minut. Spożyte drinki sprawiały, że chciała jak najszybciej znaleźć się w domu. Wiedziała, że będzie spać niczym bobas. A ona uwielbiała spać. Gdyby mogła spędzić całe życie w łóżku, to tak właśnie by zrobiła. Oczywiście, gdyby dało się wszystkie codzienne obowiązki wykonywać spod koca. Absurdalne i zupełnie odrealnione, ale czasami miała takie myśli. Pewnie jak każdy. Tymi fantazjami podzieliła się jedynie ze swoim kotem, Maksymilianem.
Zielona, niskopodłogowa maszyna z numerem dwieście jedenaście wtoczyła się na przystanek. Podolska wskoczyła do wnętrza pojazdu. Zasiadła na jednym z wielu wolnych miejsc i wpatrzyła się w widok za oknem. Rozmyślała nad swoim „drugim życiem”. Lubiła je, choć brakowało jej możliwości wymiany refleksji z kimś bliskim. Klaudia nie zrozumiałaby nawet połowy. Mało kto rozumiał. Nawet ona sama czasami nie rozumiała. Dlatego często zwracała się do Bernarda z prośbą o poradę.
– Uwaga. Drzwi się zamykają – rozległo się mechaniczne zrzędzenie lektorki.
W odczuciu Weroniki gnali wyjątkowo szybko. Zastanawiała się nawet, czy nie za szybko. Gdyby ktoś nagle wyskoczył na przejście, kierowca nie miałby szans, aby w porę zareagować.
Czerwony szyld sklepu z alkoholem wyrósł niczym grzyb po deszczu. Nieopodal stało kilka ciemnych sylwetek. Podolska wiedziała, czym się zajmują, dlatego odwróciła wzrok. Nim się zorientowała, autobus wtoczył się na przystanek przy Placu Bernardyńskim. Wiatr między posępnymi i opuszczonymi straganami turlał puszki i przerzucał papierki. Po przeciwnej stronie wznosił się kościół franciszkanów ze strzelistymi wieżami. Jednak Weronika nawet nie spojrzała w jego kierunku.
Nie była antykościelna, miała wielu wierzących znajomych, jednak unikała kontaktu z klerem, kościołem i wszystkim tym, co było z nimi związane. W dzieciństwie uczęszczała do katolickiej szkoły i stała się obiektem niezdrowego zainteresowania nauczyciela matematyki. Na wspomnienie tamtych chwil przepełniała ją wściekłość. Dlatego właśnie wolała nie patrzeć na nic, co przypominało jej o tej traumie.
Dotykał ją tam, gdzie dotykać mogą tylko wyjątkowe osoby. A on był nikim. Uśmiech i błysk w oczach utożsamiały go z samym diabłem, o którym z pewnością nieraz słyszał w czasie homilii w kościele. Wiedziała, że jest katolikiem, i jako jedyny z tego środowiska wzbudzał w niej potworne obrzydzenie. Pamiętała jego słowa. Pamiętała jego lubieżne słowa, kiedy przekonywał, że to, co jej robi, to nic złego. Jednak pewnego dnia zrozumiała, czym są te czyny, i się postawiła, a on dopuścił się jeszcze większego świństwa wobec niej. Zaczął nią manipulować i wzbudzać w niej poczucie winy, że to ona ponosi odpowiedzialność za wszystko, co jej robił.
Kiedy autobus opuścił przystanek przy kościele franciszkanów, wspomnienie naturalnie odpłynęło. Przyjęła ten fakt z chłodną obojętnością. Te flashbacki, choć nadal były źródłem cierpienia w jej umęczonej duszy, nie zaogniały już ran.
Wszystko dzięki terapii, na którą zapisali ją rodzice. Nie było to łatwe, bo w tamtych czasach niewiele mówiło się o zdrowiu psychicznym i wizyty u psychologa były zarezerwowane praktycznie tylko dla dorosłych. Jednak Weronika miała szczęście, jej rodzice byli świadomymi ludźmi i walczyli niemal do ostatniej kropli krwi, by ich córka trafiła do gabinetu specjalisty. Na szczęście w latach dziewięćdziesiątych coraz częściej mówiło się o molestowaniu dzieci i pojawiały się pierwsze organizacje pomocowe.
***
Zanim Weronika zaczęła wspinać się po schodach, wysunęła stopy ze szpilek i boso pognała na górę. Przypomniało jej się, jak kiedyś wracała z osiemnastki koleżanki. Szła lekko podpita ze znajomymi w podobnym stanie. Zadowolona, co najmniej jakby zdała maturę na sto procent, gnała boso przez deptak. Nieważne, że to był luty. I tak nie czuła zimna, jedynie ból pięt przypominał jej, że powinna wyrzucić buty do kosza. Obtarcia leczyła później przez cały miesiąc, a szpilki oddała kuzynce, żeby jej nie podkusiło, by jeszcze kiedykolwiek je włożyć.
Przekręciła zamek w drzwiach i weszła do mrocznego mieszkania. Posępne uczucie klaustrofobii próbowało wedrzeć się do jej umysłu. Przez krótki moment miała wrażenie, że coś jest nie tak i na progu mieszkania spotka ją jakaś straszliwa tragedia. Jeszcze nim zapaliła światło, z ciemności rozległo się przeciągłe miauczenie. Zaśmiała się sama z siebie.
– Maksymilian! Jeszcze nie śpisz? – spytała i nacisnęła włącznik światła.
Kiedy lampa nad jej głową zaświeciła ciepłym, żółtym światłem, zobaczyła nieco ulanego, czarnego jak noc kocura. Podszedł do niej i zaczął się ocierać o jej nogę. Powiesiła klucze na haczyku, rzuciła niedbale torebkę i szpilki, po czym wzięła zwierzaka na ręce.
– Stęskniłeś się, klopsie?
Zaczął się wyrywać. Wypuściła go i pozwoliła odbiec na niewielką odległość. Zatrzymał się na progu kuchni, po czym spojrzał na Weronikę swoimi przenikliwymi, zielonymi oczami, w których pionowa źrenica przypominała wyrwę w pustce kosmosu.
Podolska ruszyła śladem zwierzaka i gdy była już w kuchni, zobaczyła, jak kociak doskakuje do swojej plastikowej miseczki i zaczyna pukać o nią łapką.
– Zgłodniałeś, tak? Tylko do tego jestem ci potrzebna, co? Przyznaj się.
Ciche miauknięcie wyrwało z jej ust salwę śmiechu.
Podeszła do szafki, gdzie trzymała saszetki ze zmieloną wołowiną. Otworzyła jedną, wytrząsnęła zawartość i przez chwilę przyglądała się, jak pupil je posiłek.
Pogłaskała go, po czym zostawiła sam na sam z jedzeniem. Również ona czuła ssanie w żołądku. Wstawiła wodę, aby zaparzyć herbatę. Od jakiegoś czasu wyjątkowo przypadła jej do gustu ta o smaku owoców leśnych. Kot, koc, książka i herbata. Uwielbiała ten zestaw. Szczególnie jesienią, gdy na dworze panowała plucha i aura wybitnie nie zachęcała do spacerów czy wypadów ze znajomymi.
Jeszcze tylko sięgnęła po telefon i napisała Klaudii, że jest już w domu. Koleżanka minutę później przysłała uśmiechniętą buźkę i informację, że też już wraca do siebie.
Podolska otworzyła lodówkę i wydobyła z niej żółty ser, napoczętego poprzedniego dnia na śniadanie pomidora oraz ulubiony keczup. Choć spora rzesza jej znajomych nazywała go produktem keczupopodobnym, to Weronika go uwielbiała. Przypominał jej dziecięce lata, gdy w domu na jednej z wildeckich ulic rodzice ledwo wiązali koniec z końcem.
Zrobiła trzy kanapki. Na każdej położyła plasterek pomidora i wszystko polała zygzakami czerwonego sosu. Ktokolwiek widział tę dziwną praktykę, nie mógł zrozumieć, czemu używa keczupu do pomidorów. Nie potrafiła tego wyjaśnić, po prostu uwielbiała to zestawienie. Koniec kropka.
Czajnik na gazie zaczął piszczeć. Zalała herbatę i pozwoliła jej nabrać mocy. Po kuchni rozszedł się niesamowity aromat.
W tej samej chwili poczuła, jak coś miękkiego raz jeszcze ociera się o jej nogi. Spojrzała w dół. Zobaczyła, jak Maksymilian się oblizuje. Jego bystre ślepia świdrowały ją przenikliwie. Zupełnie jakby chciał ją zahipnotyzować, żeby dała mu jeszcze jedzenia.
– Nie, nie, mój drogi. Więcej nie dostaniesz, bo zrobisz się jeszcze grubszy i w nocy mnie zgnieciesz.
Żałosne miauknięcie miało być chyba formą protestu, ale niewiele sobie z niego zrobiła i zignorowała prośby czy ocieranie. Dopiero gdy poczuła ostre igiełki na odsłoniętej łydce, odepchnęła go lekko drugą stopą.
– Ej, ej. Bez drapania. No nie patrz tak na mnie.
Maksymilian przysiadł na zadzie. Pochylił głowę, miauknął dwa razy, po czym odwrócił się i wyszedł z kuchni z wysoko postawionym ogonem.
Przez chwilę zastanawiała się, czy nie ulec jego urokowi osobistemu. Jednak skoro sobie poszedł i miał focha, to zrezygnowała.
Jeden do zera dla mnie, mały, grubiutki futrzaku – pomyślała z satysfakcją.
Gdy herbata była gotowa, wzięła wszystko i ruszyła do dużego pokoju.
Pod stopami poczuła aksamitną miękkość dywanu. Uwielbiała ten moment. Delikatne, przyjemne łaskotanie frędzli nieraz koiło nerwy minionego dnia. Czasami zastanawiała się, czy nie położyć się na nim i nie spróbować zasnąć. Od tego postanowienia odciągała ją świadomość, że łóżko jest dużo lepsze.
Niewielki stolik nosił ślady intensywnego użytkowania przez Maksymiliana. Był to jedyny mebel, po którym pozwalała mu drapać pazurami. Choć nie był nowy, to nadal spełniał swoją funkcję. Poza tym dostała go za dychę. Włączyła telewizor i zabrała się do bardzo późnej kolacji.
Skakała po kanałach, ale nie mogła znaleźć niczego, co by ją zainteresowało. Już zaczynała powoli tracić nadzieję, że trafi na coś ambitnego. Jednak dwa kanały później jej oczom ukazał się kadr z filmu Obcy, ósmy pasażer Nostromo. Odłożyła pilota i zdecydowała, że chwilę poogląda ten klasyk kina science fiction.
Widziała go wiele razy. Znała praktycznie na pamięć wszystkie detale, mimo to nie miała nic przeciwko, aby spędzić chwilę z tym filmem. Szczególnie jeśli spojrzeć na efekty specjalne, które udało się uzyskać pomimo ograniczeń w czasach, gdy był kręcony – można było go uznać za prawdziwe arcydzieło.
Ciemne, ciasne korytarze statku Nostromo ociekały rzadkim śluzem. Gęsta atmosfera i klimat wylewały się litrami z ekranu. Spocona, przerażona twarz Ellen Ripley wpatrująca się w ponury tunel. Serce musiało walić jej jak oszalałe. Wtem rozległ się złowrogi pisk Obcego, a główna bohaterka wypaliła z miotacza ognia, czym odpędziła stwora i uniknęła paskudnego losu.
Zanim upiła łyk herbaty, zaciągnęła się przyjemną wonią z kubka. Nie myślała o niczym, nawet o tym, że rano będzie musiała zabrać się do nagrania. Nie mogła znaleźć motywacji od dwóch dni, przez co robota stała w miejscu. Wciąż odsuwała w czasie moment, gdy w końcu zagłębi się w montaż kadrów.
Niewielka wioska na Mazowszu. Opuszczony budynek nieopodal Tomaszowa Mazowieckiego wywoływał w niej wyrzut adrenaliny już na samym starcie, gdy wraz z Bernardem Rosiakiem i Sławkiem Buczkowskim szykowali się do jego eksploracji. Trudno było znaleźć jakiekolwiek informacje na temat tej rudery. Aura zaszczucia, niewiedzy i dyskomfortu, kłębiących się we wnętrzu chałupy, zaciskała swoje palce na gardle Weroniki, dusząc ją. Na domiar złego później doszła podobno prawdziwa, ale ponura historia o tym, że przykładny mąż i ojciec zamordował tam żonę oraz trójkę ich dzieci, a na końcu popełnił samobójstwo. Gdy słyszała ją od Bernarda, to z trudem była w stanie w nią uwierzyć. Motywu ponoć nigdy nie ustalono.
Odegnała te myśli i wróciła do paskudnego Obcego i przepysznych kanapek. Westchnęła i odgryzła kęs. Ubrudziła sobie palce keczupem.
Kiedy je oblizywała, poczuła futerko Maksymiliana na nodze.
– Wytrwały jesteś. No dobrze. Dostaniesz coś jeszcze i przestań już żebrać o więcej. Bo zamiast chodzić, będziesz się toczyć. Zrozumiałeś?
Kot miauknął na potwierdzenie, a ona wstała, poszła do kuchni i sięgnęła do szafki, gdzie miała schowane opakowanie z kulkami suchej karmy. Wsypała niewielką garść i pogroziła mu z uniesionym palcem:
– Masz i wcinaj. A spróbuj kręcić nosem.
Kocur dopadł do miski, obwąchał z zainteresowaniem to, co dostał, po czym złapał kilka kulek w pyszczek i zaczął je gryźć. Donośne chrupanie wypełniło wnętrze kuchni, a Weronika patrzyła, jak zwierzak pałaszuje dokładkę. Uniósł głowę i popatrzył na nią z mieszaniną rozgoryczenia i dezaprobaty. Gdyby mógł mówić, to pewnie by zapytał: „Jakim prawem karmisz mnie tak nędznym żarciem, moja ludzka niewolnico?”.
Weronika zaśmiała się pod nosem. Następnie wróciła do pokoju. Oczywiście leciały reklamy. Uwielbiała je wyjątkowo; z naciskiem na nie znosiła. Nic tak jej nie wkurzało, jak pasmo bzdurnych filmików, w których reżyserzy często prześcigali się w wyzwaniu pod tytułem: „Kto wymyśli coś głupszego?”.
