10 osób interesuje się tą książką

Opis

 

„Nieuchwytny, wielobarwny niczym tęcza” Dezső Kosztolányi, węgierski mistrz nowelistyki − o którym Sándor Márai pisał w 1958 roku: „Niektóre z nowel wstrząsające. Wielkość Kosztolányiego przewyższa wszystko, co do tej pory czytałem z literatury amerykańskiej. A tu nigdy nie opublikowano ani jednej linijki” - opowiada o zwykłych ludziach, których znamy, choć w istocie nie znamy. Ich historie rozgrywają się przed blisko stu laty, opowiedziane są jednak tak nowocześnie, bez zbędnych słów, że czytamy je tak, jakby się działy dziś. Motywem spajającym tom opowiadań jest ukazana na wiele sposobów kwestia naszego niełatwego stosunku do prawdy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 434

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROJEKT OBWOLUTY, OKŁADKI I STRON TYTUŁOWYCH: Frycz i Wicha
ILUSTRACJA NA OBWOLUCIE I OKŁADCE:Portret mężczyzny w słomkowym kapeluszu. Fot. z początków dwudziestego wieku. Zbiory Rijksmuseum w Amsterdamie
REDAKTOR PROWADZĄCY: Kamil Piwowarski
OPRACOWANIE REDAKCYJNE: Elżbieta Cygielska
KOREKTA: Małgorzata Denys, Renata Kuk, Katarzyna Bury-Słabicka
SKŁAD I ŁAMANIE: Oficyna Poligraficzna „Polico-Art”
OpowiadaniaHazugék; A vörös szék; Amália; Leányok; Sakk-matt. Egy házitanító naplója; Lidérc; Szerb; A pap; A cseh trombitás; Kártya;A fehér ezredes; A súgó; Csengettyű; A csúf lány; Tű; A dal; Orfeum;Két világ; Hímek; A halhatatlan hitves; A gipszangyal; Szív; Gőzfürdő; Tailor for gentlemen; Vasuti tolvaj; Péter; Miklóska; Haspók; Tükörponty; Házi dolgozat; Talált pénz; Fánika; Omelette à Woburn; Margitka; Sakálok; A patikus meg ő; Arisztid Chmell; Sárkány; Tanu; Kernel Kálmán eltűnése; Barkochba; Hazugságok; Esti megtudja a halálhírt; Az orvos gyógyítása; Esti és a halál; A világ vége; Fölolvasás; Ezüst Mária; Juliska; A kínai kancsó pochodzą z tomu: Kosztolányi Dezső összes novellája, Helikon, Budapest 1994
Igła, Gipsowy anioł, Miklóska (jakoMikołajek) orazArisztid Chmell miały swój polski pierwodruk na łamach „Literatury na Świecie” (2002, nr 7–8–9)
Wydanie pierwsze
Warszawa, 2019
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019 © Copyright for the Polish translation by Teresa Worowska
ISBN 978-83-66272-69-9
KSIĘGARNIA INTERNETOWA
www.piw.pl
POLUB PIW NA FACEBOOKU!
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
Konwersja:eLitera s.c.

DOM KŁAMCZUCHÓW

To była sławna, stara rodzina, z jakimś niezwykłym pochodzeniem i tajemniczą patyną średniowiecza; mieszkali w piętrowym domu w centrum miasteczka.

Kiedyś byli Ormianami czy Hiszpanami, potem przez wieki przyjmowali wszelkie domieszki mocnej, pikantnej krwi, wzbogacili się, zdobyli szacunek i mogli się pochwalić licznymi przydomkami oraz zardzewiałym herbem.

Mężczyźni przypominali leopardy, kobiety – rysie. Nigdy nie widziałem tak wspaniałych ludzi. Gdy byli mali, omijały ich choroby dziecięce, a starzy, nawet po siedemdziesiątce, chodzili wyprostowani, bez lasek i okularów.

Pewnego ranka, kiedy z najmłodszym synem familii szedłem do szkoły, powiedział:

– Coś ci zdradzę. – Zatrzymał się i popatrzył mi w oczy. – Wczoraj wieczorem byłem z ojcem na Księżycu.

Ze zdumienia i zazdrości nie mogłem wykrztusić słowa.

– Ojciec ma małe elektryczne urządzenie – ciągnął. – Takie małe jak pudełko zapałek. W ciągu dwóch i pół minuty ono nas tam zabiera.

– I śpicie tam?

– Oczywiście, mamy na Księżycu dwa łóżka.

– To niemożliwe – powiedziałem, ale dalej wypytywałem go o sposoby podróży na Księżyc, a przyjaciel zdradzał mi je punkt po punkcie. Opowiadał bez mrugnięcia powieką, bez zająknienia. Zacząłem go błagać, by przyznał się, że skłamał. Nie miał najmniejszego zamiaru.

Później oświadczył, że powieści Jókaiego pisze właściwie jego krewny, wujaszek Géza.

Wiedziałem już wówczas, kim był Jókai. Matka widziała go w roku milenijnym i wiele opowiadała o jego wysokiej sylwetce, niebieskich oczach i siwej peruce. A poza tym znałem wujaszka Gézę. W zielonym myśliwskim kapeluszu z pędzelkiem z dziczej szczecinki przejeżdżał jesienią chłopskim wozem przez miasteczko. Polował na zające i nam też często podrzucał ustrzelonego szaraka. Nie sądziłem, że jest tak mądry jak Jókai, i w ogóle cała ta opowieść wydała mi się niewiarygodna. Ale Károly wyjaśnił, że wujaszek Géza pisze te powieści w domu, po czym wysyła je pocztą do Budapesztu, gdzie tylko ze skromności wydaje je pod nazwiskiem Jókaiego, który jest bliskim przyjacielem rodziny. I często ich odwiedza. Ale tylko nocą, żeby nikt go nie widział.

Każdego dnia witał mnie podobną nowością. Pewnego razu przechwalał się, że ma prawdziwego krokodyla w wannie, kiedy indziej, że tygodniowo otrzymuje od matki tysiąc koron kieszonkowego, które wydaje na trzymane za miastem własne konie. Te opowieści bardzo mnie irytowały. Postanowiłem nawet, że otwarcie zadam mu kłam, ale kiedy zaczynał opowiadać, traciłem odwagę i słuchałem dalej, bo naprawdę mnie to ciekawiło.

– Co wy dostajecie na śniadanie? – spytał mnie kiedyś.

– Kawę.

– A my, wyobraź sobie, czekoladę i winogrona. A ile macie pokojów?

– Trzy.

– A my piętnaście. Cztery pokoje nad ziemią, a jedenaście pod ziemią, żeby ludzie nie widzieli.

W końcu udało mi się przekroczyć próg ich domostwa.

Z biciem serca otworzyłem furtkę i znalazłem się na wysypanym drobnymi kamyczkami podwórzu. Łagodny ogar wyszedł mi naprzeciw. Świeciło mocne letnie słońce, na szybach okien błyskały tęczowe koła, a ja, całkowicie poddając się nastrojowi obcego miejsca, stałem tam jak zaczarowany. Po drugiej stronie podwórza niczym obrażone książniczki spacerowały pawie i skrzeczały zardzewiałym głosem.

Drzwi prowadzące do ogrodu otwarły się i z książką w ręce wyszła dziewczyna, wysoka i szczupła. Za nią ukazały się jeszcze dwie i trzech mniejszych chłopców, których nie znałem.

– Czy Károly jest w domu?

– Nie ma go – odpowiedzieli naraz.

W następnej chwili Károly pojawił się w drzwiach. Nikt się nie zdziwił. I jakby nigdy nic, zaproszono mnie do pokoju.

– Mój drogi – powiedział Károly – przepraszam, ale dziś nie mogę ci pokazać wszystkich pokojów, ponieważ ojciec wyjechał i pozamykał je na klucz.

Ale i bez tego było co oglądać. W mrocznym korytarzu wisiała żelazna klatka, w której kuliła się papuga i uparcie powtarzała jedno zdanie.

– Stefánia – krzyknął mój kolega do siostry – gdzie jest ta strzelba, którą otrzymaliśmy od niemieckiego cesarza?

– Jest zamknięta – odpowiedziała siostra i czytała dalej.

– Jest zamknięta – powtórzył prędko Károly. – Ale popatrz na ten sztylet, to podarunek od szacha perskiego. Ojciec jest bliskim przyjacielem szacha. Zobacz, jak lśni.

Wziąłem go do ręki, żeby się mu przyjrzeć.

– Malvin – spytał drugiej siostry – a gdzie jest złoty miecz?

– Zaniesiono go do naprawy.

– Zaniesiono go do naprawy – powtórzył. – Ale spójrz na ten jatagan, jeden z naszych przodków przywiózł go z bitwy pod Mohaczem. Wart jest sto tysięcy koron, zgłosiło się po niego muzeum, ale my go nie damy. Prawda, Krisztina?

– Tak – potwierdziła Krisztina.

Oglądałem to wszystko oszołomiony, bo nigdy o czymś takim nie słyszałem, i nim zdołałem ocknąć się z zaskoczenia, już podawano mi nowy przedmiot. Mówili wszyscy naraz. Wprost tłoczyli się wokół mnie, żeby coś powiedzieć i przerywali sobie nawzajem. Miałem wrażenie, że znalazłem się w krainie baśni. W czterech małych, niskich pokoikach znajdowało się wiele osób, nie tylko chłopcy i dziewczęta, ale także siwe ciotki, babki i krewne, które tu mieszkały, robiły na drutach czy na szydełku i grały w karty. Wysiadywały we wnękach okien, na wysokim podium, na które prowadziły dwa stopnie. Przywoływały mnie do siebie i z wielką radością tak mocno całowały w usta, że brakło mi tchu.

– Złoty kwiatuszku – mówiły. – Brylanciku. – I przytulały mnie do płaskich piersi.

– Proszę pani – zwróciłem się do jednej z nich – czy to prawda, że tu kiedyś na podwórze spadła gwiazda?

Starsza pani potwierdziła kiwnięciem głowy, pokazała, że gwiazda była wielka jak stół, i dalej kładła pasjansa.

Zajęła się nami inna ciotka, wyższa. Często opowiadała o swoim dawnym majątku, w którym rosły jabłka wielkie jak kabaczki i orzechy wielkie jak dynie. W jej starych oczach podczas tej relacji odbijało się całe bogactwo Kanaanu. A wieczorem opowiadała nam straszne bajki. Dwieście wilków z pianą na pyskach goniło sanie hrabiego, które pędziły przez śnieżną pustynię. Dzieci piszczały w ciemności, a kiedy w końcu sanie szczęśliwie zajechały przed pałac, klaskały.

Miałem nadzieję, że zdemaskuję przyjaciela w jego własnym domu, ale pojąłem, że otoczony jest przez samych sprzymierzeńców i porusza się wśród nich bardzo pewnie. Rozejrzałem się. Na ścianach wisiały wielkie chińskie wachlarze i złote motyle. Stół na środku jadalni ustawiono na podium, co upodobniało ją do sceny teatralnej, a tych, którzy po nim chodzili, do aktorów. Dziewczęta stawały na tym podium i odchylając głowę do tyłu, patrzyły w dal. Nad wszystkim unosiła się duszna atmosfera rodzinnego ciepełka, południowe gorąco wybujałej żądzy życia, od której świeciły się oczy, a serca biły prędzej.

Wkrótce zjawiła się matka, kobieta z wysoko zaczesanymi włosami, mocno upudrowana, w złotych bransoletach, i teatralnym gestem podała mi miękką dłoń do ucałowania.

– Pocałuj ją w rękę – napomniano mnie głośno.

W sąsiednim pokoju wielki stół w ksztacie podkowy nakryto już do podwieczorku na dwadzieścia osób.

– Czy dziś też będzie czekolada?

– Nie, będzie kawa – odpowiedziała matka, na co spojrzałem na nią z kwaśną miną. – Ale jaka kawa! – dodała, i aby wzbudzić we mnie ciekawość, wysoko uniosła brwi.

– Ta, którą przysłał wujaszek Imre? – spytał mój przyjaciel. – Wujaszek Imre ma w Portugalii kopalnie srebra, to bardzo bogaty człowiek.

– Skosztuj jej tylko, synku, a zobaczysz, jaka dobra.

W mojej filiżance parowała blada, mleczna ciecz, długo ją mieszałem, nim zebrałem się w sobie, zamknąłem oczy i wypiłem. Gruby kożuch, którego się brzydziłem, przywarł mi do podniebienia, mleko miało smak gipsu, a kawa – polewy do ciast. Ale matka nie zdejmowała ze mnie hipnotyzującego wzroku.

– Prawda, jaka pyszna?

– Pyszna – wyjąkałem i poprosiłem o szklankę wody, by spłukać smak kawy.

– A teraz dostaniesz coś jeszcze lepszego – powiedziała i wsunęła mi do ust cukierka. – Kalifornijska miodowa pralinka.

Był to zwykły karmelek, ale ponieważ wszyscy tak go chwalili, dałem sobie wmówić, że jest trochę słodszy od pospolitych karmelków.

Kiedy padał deszcz i nasze miasteczko tonęło w błocie, chroniłem się u nich, żeby zapomnieć o naszych czystych, cichych pokojach, w których zawsze panowały porządek i surowość. Czułem, że tu mogą się zdarzyć rzeczy, na które w domu nie ma żadnych szans.

Rodzinę odwiedzał porucznik strzelców, elegancki czarnowłosy chłopak, który zalecał się do Stefánii, najstarszej z córek. Był cesarsko-królewskim szambelanem, na balach wydawanych przez nadżupana nosił na plecach złoty szambelański klucz. Kochali się od lat, ale zaręczyn, nie wiadomo dlaczego, wciąż jeszcze nie było. Wieczorem porucznik całował dłoń dziewczyny i wówczas stawał się kredowobiały, jakby był śmiertelnie chory. Czuło się wokół niego przyjemny zapach wody do włosów. Oboje opierali się łokciami na fortepianie i całymi godzinami milczeli.

Malvin miała wielu konkurentów, wśród nich amanta miejscowego teatru, który nosił cylinder. A do Krisztiny pewien prawnik pisał wiersze.

Ojca, hrabiego Martiniego, widywałem rzadko, bo na ogół był w podróży, to na prowincji, to za granicą, ale niczego nie wiedziałem o celach jego wojaży. Przyjeżdżał na kilka godzin i już następnego dnia kazał zaprzęgać, jechał na stację, by udać się w kolejną podróż. Kiedy wracał, był bardzo zmęczony. W takich razach rodzina otaczała go ceremonialnie, obsypywała czułościmi, smażono dla niego mięso. Wszyscy się gorączkowali, a on stał na środku pokoju, oczy mu płonęły, a kędzierzawe gęste loki opadały na twarz. Całował żonę w czoło i z rewerencją prowadził ją do stołu.

– Terézia – mówił – proszę pozwolić. – Zwracali się do siebie w trzeciej osobie, co bardzo mi się podobało.

Károly twierdził, że w takich razach wraca od króla. Ale kiedy zapytałem jego ojca, czy to prawda, nie odpowiedział, tylko surowo spojrzał na syna.

– Milcz, synku – przywołał go do porządku, a rubin w jego szpilce do krawata groźnie zaiskrzył.

Ojciec jadł, przyniesiono wino i prędko zgromadziło się wokół niego większe towarzystwo krewnych, których nie znałem. Bo wciąż zjawiali się nowi. Wujaszek Kálmán z nosem czerwonym od wina siedział obok smutny i naradzał się z nim cicho, by inni nie usłyszeli. A wujaszek Géza, który pisze powieści Jókaiego, co chwila ziewał.

Przejeżdżali główną ulicą miasta własnym powozem, dziewczęta były wystrojone, a kto odwiedzał nasze miasteczko, słyszał tylko o nich. Widywano je na korso, na dobroczynnych jarmarkach, w lożach teatru, trzy panny Martini brały też udział w żywych obrazach przed pewnym amatorskim przedstawieniem, gdzie przystrojone w anielskie skrzydła symbolizowały Wiarę, Nadzieję i Miłość. Na wystawach fotografów królowały ich podobizny. Przedstawiane były w najrozmaitszych sytuacjach, w strojach podróżnych, z parasolką pod pachą, z rozpuszczonymi włosami i pogrążone w modlitwie, zamyślone na papierowej skale z morzem w tle, na huśtawce, na koniu, z kwiatami i ze szpicrutą, palące papierosy i grające na fortepianie, w paradnych perukach i kostiumach z epoki rokoko, ze zmęczonym, zblazowanym uśmieszkiem na wargach. Naśladowały je nawet aktorki. A mężczyźni doznawali skurczu serca, gdy przechodzili obok tych fotografii.

Wieczorami na korso wielu młodych oficerów ustawiało się przed pannami w szpaler.

Ci, którzy o nich marzyli, przedstawiali się i zawierali znajomość. Miłość nie była już zjawiskiem wyjątkowym. Siała spustoszenie z siłą epidemii i wielu łapało ją na ulicy, jak dżumę. Pod oknami hrabianek co wieczór słyszało się serenady.

Naturalnie królowały także na balach. Zjawiały się w takich samych sukienkach z niebieskimi, liliowymi i różowymi szarfami. Cesarsko-królewski szambelan milcząco stał obok Stefánii. Z tej wielkiej miłości wychudł i sczerniał. Malvin tańczyła bez przerwy, z zamkniętymi oczami. A Krisztina pozwoliła zapisać swój wachlarz rozmaitymi szalonymi wyznaniami.

Po kilkutygodniowej przerwie ojciec wrócił do domu.

Zaledwie pięć minut po nim zjawiło się tam dwóch panów, którzy pragnęli z nim pomówić w ważnej i niecierpiącej zwłoki sprawie.

Początkowo nie chciano ich wpuścić, ale kiedy nalegali, wprowadzono ich do gabinetu ojca.

Myślano, że to sekundanci.

Obaj panowie jak najuprzejmiej przedstawili się hrabiemu. Byli to detektywi i mieli ze sobą nakaz aresztowania, albowiem towarzystwo ubezpieczeniowe, którego był agentem, złożyło doniesienie w sprawie niezapłacenia przez niego kilkuset tysięcy koron, i to pomimo ponawianych monitów.

Hrabia wysłuchał detektywów z uśmiechem, a ponieważ obracał się w najwytworniejszych kręgach i znał się na formach, założył monokl i zaczął mówić przez nos:

– To zapewne jakieś nieporozumienie – oświadczył. – Sprawa całkowicie niepojęta.

Zamknął drzwi gabinetu i poprosił gości, by usiedli. Wyjął z biurka dwa hawańskie cygara w szklanych fiolkach i położył przed policjantami, ale oni nie sięgnęli po nie. Nalał też koniaku i likieru.

– Mój przyjaciel Ernő... – zaczął, wspominając kapitana policji, z którym razem spędził dzieciństwo.

Ale dyskusja skończyła się tym, że po półgodzinie hrabia wsiadł do czekającego na ulicy powozu i jakby udawał się tylko na przejażdżkę, pojechał na policję. Do tego czasu matka zdążyła się ubrać i popędziła do nadżupana, a pół godziny później zapłakana Stefánia naradzała się z dyrektorem miejscowego banku.

W południe ojciec wrócił do domu.

– Chodzi tylko o dwieście pięćdziesiąt tysięcy koron – wyszeptał. – Ale tę sumę należy złożyć bezzwłocznie.

Przy obiedzie dzieci już wiedziały, o co chodzi. Ojciec znów wyszedł z dwoma panami, przedtem, jak to miał w zwyczaju, ucałowawszy żonę w czoło.

– Za pół godziny będę w domu.

Czekano do wieczora, ale na próżno. Hrabia został aresztowany i z posterunku policji przeniesiono go do więzienia znajdującego się w budynku sądu. Wieczorem córki z matką odwiedziły go, zaniosły poduszkę i pled. Z nieudawaną miłością gorąco całowały go po rękach.

Początkowo spodziewano się, że lada dzień wyjdzie. Posprzedawano dywany, krewni wyasygnowali po kilka tysięcy koron, ale w ten sposób udało się zdobyć tylko połowę potrzebnej sumy. Więc pewnego dnia hrabiego zawieziono do Budapesztu.

Ludzie szeptali między sobą, że został skazany za oszustwo i defraudację, ale nikt nie wiedział nic pewnego i nie pisały o tym peszteńskie gazety. Panny Martini w dalszym ciągu spacerowały po korso i opowiadały, że ojciec „jest na kuracji w Karlsbadzie”, że „ma nerwicę żołądka” czy że „dostał nominację w Budapeszcie”. Konkurenci powoli znikali, wciąż zakochani, siedzieli w domu ze swoim przeklętym bólem. Cesarsko-królewski szambelan złożył podanie o przeniesienie do bośniackiego garnizonu, amant na następny sezon zaangażował się do teatru w Kolosvárze, a prawnik znikł. Wokół panien Martini kręciło się tylko kilka nieważnych postaci.

Trzeba przyznać, że to cierpienie znosiły z godnością. Potrafiły nadać swojej samotności wytworną postać, jakby same ją wybrały i gardziły tymi, którzy je omijali. Brama ich domostwa pozostawała zamknięta, niechętnie otwierano ją przed obcymi. Członkowie rodziny żyli w swoim kręgu i byli szczęśliwi. Chłopcy grali na skrzypcach, matka na fortepianie, dziewczęta śpiewały. Gdy okna były otwarte, w gwiaździste noce na zakurzonej ulicy, na której mrugały lampy naftowe, można było wysłuchać całych koncertów. Długie arie, w których łkało pragnienie i pulsowało życie, bolesne pieśni o niekończącej się miłości z łagodną tęsknotą unosiły się do gwiazd. Stefánia śpiewała nawet w ciągu dnia. Z domu dobiegała aria Carmen:

Gdy gardzisz, kocham cię nad życie,

lecz gdy pokocham, to się strzeż!

Tamtego dnia Károly nie przyszedł do szkoły, ale nazajutrz był już wśród nas.

Na koniec roku otrzymał dwie nagrody, z pływania i rzutu dyskiem.

Wielka rodzina, ten potężny i niezniszczalny organizm, szczęśliwie rozkwitała, jakby posiadła sekretny eliksir życia, którego nikt poza nią nie znał.

Wieczorami zawsze nakrywali na wysypanym kamykami dziedzińcu, tam jedli kolację, a dziewczęta zawieszały na drzewach japońskie lampiony.

Rozmawiali do świtu zapamiętale, z ożywieniem.

Gdy tamtędy przechodziłem, zaglądałem przez szparę w furtce.

Siedzieli w poświacie księżyca i kłamali na wyścigi.

1920

CZERWONY FOTEL

Kiedy brat umierał, nasz pokój całkiem się zmienił. Matka kazała wynieść kanapę do sąsiedniego pomieszczenia, zdjęto żyrandol, by jego światło nie raziło w oczy małego chorego, nawet lustro odwrócono do ściany, jak zasugerował lekarz. W pokoju pozostało tylko łóżko polowe dla czuwającego i czerwony fotel. Na tym fotelu matka wysiadywała przez długie noce. Był wykonany z cienkich prętów bambusa, trafił tu przypadkiem z ogrodu, ale można się było na nim wygodnie skulić, gdy człowiek nie chciał zasnąć w nocy. Czuwający przysuwali go na ogół do pieca, by móc ogrzać wychłodzone od lodu, zdrętwiałe ręce. Przez cały czas musieliśmy zmieniać choremu okłady. O świcie często zasypiałem w czerwonym fotelu.

Nie wiedziałem jeszcze wtedy, co się stanie. To przecież był taki sam mebel jak łóżko polowe, zegar, stół czy wielki kredens, stojący w drugim rogu pokoju naprzeciw posłania brata. A jednak stał się obiektem dziwnego rytuału.

Drugiego dnia choroby brat nagle usiadł i dziwnym, cienkim głosem wyszeptał:

– Błyska się.

Była dziesiąta rano. Pamiętam do dziś, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem jego zmieniony przez delirium, drżący głos, zimny dreszcz przerażenia przebiegł mi po plecach. Podwórze pokrył śnieg. Do pokoju wpadało ostre, chłodne zimowe światło. W tamtej chwili to, że widział błyskawice, wydało mi się całkiem naturalne, ale i przerażające. Spojrzeliśmy po sobie przestraszeni. Jego oczy, mądre, piękne niebieskie oczy, patrzyły lekkim zezem.

Od tej chwili już nie wróciła mu pełna świadomość. Pierwsze godziny były straszne. Ale powoli przywykliśmy do tego. Jedliśmy w sąsiednim pokoju. Początkowo w ciszy, lecz później, kiedy na stole znalazło się wino, zaczęliśmy rozmawiać i pogodziliśmy się z nieuchronnym. Piastunka siedziała przy łóżku i zmieniała na głowie chorego chłodne kompresy.

Oszronione, jasne, mroźne dni zimowe płynęły powoli i monotonnie. Co rano pokój wietrzono, chorego sadzano i przewlekano pościel. Często prosił o miskę, żeby się umyć. Z niesłychaną starannością mydlił swoje długie, chude, bardzo czyste palce i przyglądał się zmizerniałej twarzy w ręcznym lusterku. Matka brała grzebień, szczotkę i czesała go. Zawsze wtedy płakała. Miękkie, posłusznie układające się włosy na czaszce udręczonej gorączką przypominały jej, że włosy zmarłego też są takie posłuszne, lśniące i pozbawione życia. Wówczas, łkając, wybiegała do drugiego pokoju, jakby już czesała nieboszczyka. Po porannej toalecie brat trochę się uspokajał. Zmęczony, zdyszany z ulgą opadał na białe poduszki. Splatał dłonie i czekał. Doktor przychodził około dziewiątej, energiczny, zdrowy, z twarzą wyszczypaną mrozem. Jego opanowanie na kilka chwil dodawało nam ducha. Potem pokój zaczynał się nagrzewać, stopniowo wypełniały go szmery, stuki i odgłosy codziennego życia, a wraz z kurzem, ciepłem i światłem z kątów, zza szaf, stołów i krzeseł wyzierały gorączkowe omamy. Około południa na twarzy brata występowały czerwone plamy i zaczynał mówić od rzeczy. Popołudnia były jeszcze straszniejsze. O trzeciej trzeba było zapalać lampę. Oświetlony pokój wypełniał się cieniami, pasmami światła, chorobliwymi mamidłami. Zbliżała się noc. Czekaliśmy na nią niecierpliwie, w napięciu, nerwowo. Chory rozglądał się, drapał kołdrę i wyciagał z wysiłkiem szyję, jakby chciał wyjrzeć z jakiejś strasznej, głębokiej studni. Przez cały czas majaczył. Zmęczeni, ogłuszeni i odrętwiali słuchaliśmy jego chaotycznej przemowy, dziwiąc się już tylko temu, że nie wariujemy od tych gorączkowych urojeń. Tak mijał dzień za dniem.

Któregoś nieprzyjaznego ciemnego popołudnia matka z płaczem weszła do drugiego pokoju.

– To koszmarne!

– Co się stało? – spytałem, blednąc.

Matka łkała w chusteczkę przyciśniętą do ust.

– Majaczy... Ciągle ma jakieś zwidy... Nie sposób już tego wytrzymać.

Pytająco spojrzałem na matkę.

– Dziś wydaje się szczególnie podekscytowany. Jak on wygląda. I jak krzyczy. Gdybyś słyszał. Ciągle mówi o czerwonym fotelu.

– O czerwonym fotelu?

– Tak.

Wszedłem do pokoju brata. Panował w nim półmrok, w nos uderzyło mnie ciężkie, ciepłe powietrze przesycone zapachem lekarstw. Brat fantazjował oparty na łokciu. Spojrzał na mnie z uśmiechem.

– Gdzie jest czerwony fotel?

– Tu jest, zobacz – odpowiedziałem spokojnie. – Po co ci on?

Przeszedł mnie dreszcz.

Chory pokręcił głową i opadł na poduszki. Ale nie wytrzymał długo. Znów usiadł i wysilając wzrok, popatrzył w tamtą stronę.

– Gdzie jest? Przysuń mi go tutaj.

Postawiłem fotel przy jego łóżku, a on pomacał siedzenie.

– Przecież ono jest zakrwawione – powiedział cicho. – Ale nie szkodzi. Byle tu pozostał.

Od tego dnia mówił ciągle o tym fotelu. Opowiadał o nim dziwaczne historie, do których podobne można przeczytać w powieściach grozy. Słuchałem ich z dreszczem przerażenia. Wszystkie sprowadzone przez gorączkę upiory spotykały się na tym fotelu, tu walczyły ze sobą olbrzymy z mgły, skakały po nim ciemne czarownice, których głowy przypominały surową szynkę i krwawe mięso. Myślałem, że następnego dnia zapomni o nim. Ale nie zapomniał, już od rana mówił o fotelu. Lekarz ze zdumieniem kręcił głową.

Trzeciego dnia ojciec wyniósł fotel z pokoju chorego. Ale po godzinie musiał go przynieść z powrotem, bo brat chciał go widzieć. Znów postawiliśmy go przy łóżku, a on najpierw objął go miłośnie, a potem odsunął się, jakby się go bał, i zaczął cicho, gorzko płakać. Patrzył na fotel uparcie, błagał go, rozmawiał z nim, jęczał. Nie wiedzieliśmy dlaczego. Matka chodziła tam i z powrotem po sąsiednim pokoju i nie miała odwagi spojrzeć na czerwony mebel. Czasami o północy w trakcie czuwania mnie też ogarniał strach.

Po tygodniu brat umarł. Położyliśmy go w drugim pokoju i wszystkich nas ogarnął cichy, łzawy smutek, który już nie bolał, czuliśmy też słabą, tonującą emocje, usypiającą wręcz ulgę, jak kiedy człowiek pozbywa się wielkiego ciężaru. Pogrzeb odbył się wczesnym popołudniem. Zmęczeni wróciliśmy do domu. W drzwiach stała służąca z miską wody, w której zgodnie z dawnym zabobonem wszyscy umyliśmy ręce, żeby śmierć omijała nasz dom. Stół był nakryty do podwieczorku, piliśmy czekoladę.

Ale ja wcześniej poszedłem do swojego pokoju, żeby się przebrać. Przywitał mnie nieporządek. Z trudem dotarłem do stojaka z miednicą, przeciskając się między powstawianymi z pokoju brata meblami. Wśród stolików, luster, pościeli stał czerwony fotel. Usiadłem na kanapie i długo mu się przyglądałem. Błyszczał spokojnie w trzeźwym świetle popołudnia. Emanował z niego spokój właściwy meblom. Jego kształt działał kojąco na moje udręczone nerwy. Był taki sam jak reszta mebli. Dlaczego brat ciągle o nim myślał? Czyżby miał jakąś tajemnicę, a ja nie znałem naprawdę swego młodszego brata? Czy raczej maligna całkiem przypadkowo wybrała akurat ten ogrodowy mebel, by na jego cienkich bambusowych poręczach wygrywać szalone, dziwne dytyramby? Kto to wie? A teraz stoi martwy. Dusza z niego uciekła. Tak musiały wyglądać skrzypce Paganiniego, kiedy unieruchomione śmiercią palce mistrza zastygły...

1908

AMALIA

1.

– Mamo, kto to jest?

Staliśmy w zimnym pokoju przed półką z fotografiami. Matka wzięła do ręki jedną z nich.

– To, synku – powiedziała cicho – biedna, biedna Amalia.

– Dlaczego nigdy do nas nie przychodzi?

– Bo już nie żyje.

– Czy umarła na koklusz?

– Nie, synku, zaziębiła się w zeszłym roku w karnawale, podczas wieczoru pieśni. Po tańcach napiła się soku malinowego z lodem. O świcie zaczęła kaszleć, a następnego dnia w południe już nie żyła. Miała, biedna, zaledwie dziewiętnaście lat.

– Biedna, biedna – powtórzyłem ze smutkiem.

Wyciagnąłem rękę po fotografię. Przedstawiała ubraną na biało, wysoką i elegancką kobietę z balowym wachlarzem w dłoni, szczupłą i pełną gracji jak łabędź, z marmurową twarzą. Fotografia zawsze stała na półeczce pośród zdjęć osób żyjących, kuzynów aptekarzy, wujaszków pułkowników, księży i wojskowych. Oglądałem ją ostrożnie. W dzieciństwie sądziłem, że być nieboszczykiem jest czymś wytwornym. To przymusowe nicnierobienie, na które nieboszczycy są skazani w grobie, pod ziemią, imponowało mi i bardzo mi się podobało, że kobiety ubierane są do trumny na biało i przystrajane kwiatami, a mężczyźni chowani w surdutach, i że na głowę zakładają im śmiertelną czapeczkę ze złotym chwościkiem. Ostrożnie odstawiłem fotografię Amalii na półkę.

2.

Później często się jej przyglądałem. Kiedy za karę nie dostawałem obiadu czy chciałem się ukryć, by nikt mnie nie widział, albo bez żadnej przyczyny szukałem samotności, biegłem do tej fotografii. Z czasem dowiedziałem się kilku rzeczy. Z Amalią ożenił się pewien muzyk, który po jej śmierci stoczył się, nocami pije, a w ciągu dnia stroi fortepiany. Ale jakkolwiek podobała mi się uroczysta zewnętrzność śmierci, w wieku dziewięciu lat już czułem, że odejście kobiety jest straszniejsze niż śmierć mężczyzny. Mężyczyźni mają piękne tylko głowy i tylko ich głowy umierają, za to kobiety mają piękne wszystko i to wszystko umiera razem z nimi, palce, powieki, białe faliste piersi marzną i gniją, podobnie jak inne części ich pięknych ciał. Rozpaczliwy gniew ściskał mi gardło na myśl, że ta urodziwa lalka z kwiatami i kształtnym noskiem, z drżącymi rękami i wytwornie upiętymi włosami przebywa teraz w otoczeniu robaków, a jej zimne, wilgotne, sztywne ciało niczym nie różni się od zmarzniętej ziemi.

Przyglądałem się fotografii. Zalśnił na niej niebieskawy błysk. Stwierdziłem, że zdjęcia żyjących z czasem brązowieją, a zdjęcia umarłych niebieścieją.

3.

Myślałem o zmarłej głównie popołudniami. W popołudniach na ogół jest coś martwego. Pełny żołądek czyni ciało ciężkim. Żółty piasek sięgający aż do murku ogrodzenia błyszczy w bezkresnym, nieruchomym świetle słonecznym, huśtawka się nie kołysze, za donicami wśród kamieni chowają się przed upałem zimne żaby, ich oczy błyskają jak złowrogie ogniki. Leżący w cieniu pies też ma przekrwione oczy. Na piasku siedzą tylko koty. Siedem naszych kotów rozłożyło się przed huśtawką, ostrzą sobie pazurki o suche pnie drzew, obracają na słońce żołtawe jak jajecznica oczy, a ich źrenice wydają się wąską kreską. Gdy je pogłaskać, opuszki palców sypią iskrami. Upał i mdła obrzydła nuda wygania człowieka do piwnicy, między zasnute pajęczą siecią flaszki. Piwniczny mrok wydaje mi się zielony. Kiedy wyjdę, całe podwórze będzie czerwone. Nachylam się nad beczką z wodą, w tafli widzę swoją twarz, po lustrze wody gonią się drobne muszki, zapach schnących chust, wilgotnych klepek i rynny drażni mój nos, krew uderza mi do głowy i kiedy nachylam się głębiej nad beczką z wodą, świadomość powoli mnie opuszcza, nerwy zaczynają mrowić, oddaję się popołudniowemu upojeniu. Ten prymitywny, ale skuteczny sposób hipnozy odkryłem w wieku czterech lat. Nikt nie wiedział o moich fakirskich umiejętnościach. Z czasem udoskonaliłem je do tego stopnia, że w beczce z wodą widziałem nie tylko swoją twarz, ale również kobiecą postać – była wysoka i szczupła, miała smutne spojrzenie, stała w białej sukni z balowym wachlarzem w dłoni.

4.

Takiego popołudnia poznałem męża Amalii. Przyszedł nastroić nasze fortepiany. Od pierwszej chwili wydawał mi się dziwny. Przyjechał bryczką jak nasz lekarz i trzymał w ręce torbę, która przypominała lekarską walizeczkę pełną narzędzi tortur. Po raz pierwszy widziałem człowieka, któremu ktoś umarł, i ta bezpośrednia styczność ze śmiercią, z nieskończonością uczyniła go dla mnie interesującym. Był wysokim, barczystym Niemcem, miał turkusowe oczy, a czoło i twarz zdumiewająco blade. Z tej twarzy wyłaniał się imponujący, szlachetnie wycięty, śmiały, piękny nos. Wielu sądziło, że mężczyzna jest pijany, ponieważ kroki stawiał niepewnie, a nos mu błyszczał czerwono. Często chwytał się framugi, opierał o ścianę i po kilku chwilach szedł dalej. Ale ja wiedziałem, że to łzy utrudniają mu widzenie, a smutek sprawia, że chwieje się na nogach. Dłonie mu drżały, widział niewyraźnie i brakowało mu tchu. Tylko uszy miał w doskonałym stanie. Potrafił nimi wyłowić różnicę każdego ćwierćtonu, jego ciało, które obracało się już w ruinę, przechowało jeszcze w sobie jak diament ten genialny, precyzyjny organ słuchu, błonę bębenkową. Stroiciel nosił miękki aksamitny kapelusz. W jego łakomych, czerwonych ustach nieustannie dymiła trująca, czarna wirginia.

5.

Usiadł na krześle. W niskim pokoju, pośród naszych mieszczańskich mebli ten człowiek, który dźwigał na ramionach ogromny ciężar, a w oczach miał takie cierpienie, jakiego nasze ściany nigdy nie widziały, wydał mi się niezwykły, był kimś w całkiem innym stylu. Bałem się, że krzesło się pod nim załamie. U nas życie toczyło się od śniadania do obiadu, płynęło swoim utartym torem od porannego wstawania do wieczornego spoczynku, bezpiecznie i spokojnie. Stroiciel tu nie pasował. Siedząc w rogu sofy, obserwowałem go nieufnie, kiedy matka pozostawiła go samemu sobie i zamknęła za nim oszklone drzwi salonu.

6.

Co on tam robi? Najpierw w oszałamiającym tempie przebiega po klawiszach, jego palce zdają się ścigać ze sobą, i wydobywa z fortepianu takie dźwięki, jakby w moździerzu tłuczono szkło na proszek. Jego pasaże brzmią jak diabelskie czary. Potem zatrzymuje palec na poszczególnych dźwiękach, na białym a, na czarnym b, i bardzo długo, wielokrotnie w nie uderza. W mieszkaniu nie ma nikogo. On nie wie, że ukrywam się za oparciem sofy. Zasłuchuje się w jeden dźwięk tak wytrwale, że aż mózg się męczy, krew zastyga w żyłach, oczy hipnotycznie szukają tego tonu w powietrzu jak długiej, ledwie widocznej nitki, i to senne stukanie, tępe brzęczenie osy, melancholijna monotonia najwyraźniej studzą jego gorączkę. Siedzi tak nieruchomo przez dwie, trzy godziny. Wydaje mi się, że tymi dźwiękami usypia swój smutek.

7.

Naraz wstaje z krzesła. Stoi na środku pokoju taki smutny – ze zwieszonymi ramionami i opuszczoną głową – że nie zdziwiłoby mnie, gdyby nagle runął jak długi na podłogę i z twarzą przy ziemi zaczął głośno łkać. Zapala świecę. Półkula światła wokół świecy przesuwa się tu i tam, choć jest jeszcze jasne popołudnie. Za dnia świecę zapala się u nas tylko przy pieczętowaniu listów. Podchodzi do fortepianu, oświetla klawisze i fachowo się im przygląda.

A potem widzę coś niewiarygodnego, coś strasznego.

Ten zwalisty człowiek niczym wariat rzuca się na fortepian, który uważałem zawsze za jednolity, zamknięty mebel, jednym ruchem podnosi wieko, siłuje się z nim i jak ślusarz, jak włamywacz, jak morderca, brutalnie zaczyna się znęcać nad instrumentem.

Wiem, że czegoś tam szuka.

Szuka swojej biednej, biednej żony, w tym czarnym wielkim fortepianie, chce ją zobaczyć, wydobyć stamtąd i wziąć w ramiona.

Rozczarowany patrzy na puste pudło fortepianu, na struny i młoteczki.

Amalii tutaj też nie ma.

Stroiciel jutro powędruje dalej, do nowych miast, przez pusztę, do pańskich pałaców, będzie otwierać kolejne fortepiany, ale nigdzie, w żadnym z nich nie znajdzie ubranej w suknię balową, uśmiechniętej kobiety, której fotografia stoi na półeczce pomiędzy zdjęciami kuzynów aptekarzy, księży i wojskowych.

Widzę, jak wlecze się gościńcem z załzawionymi oczyma niczym nieszczęsny szaleniec, z wędrownym kosturem i podartą torbą żebraczą. Szuka umarłej żony. Biedny, biedny.

8.

Nie mogłem się dłużej powstrzymać. Wtargnąłem przez oszklone drzwi, upadłem na kolana i zacząłem płakać. Stroiciel patrzył na mnie zaskoczony. Nie rozumiał, co mi się stało. Powiedział coś po niemiecku. A ja po węgiersku długo i w podnieceniu, jąkając się, opowiadałem mu, jak często o niej myślę, o jego zmarłej żonie, o białej balowej sukni, o wachlarzu z kości słoniowej, o fotografii; ale on nie zrozumiał z tego ani słowa. Pogłaskał mnie po głowie, wziął za rękę i zaprowadził do matki. Wieczorem dostałem aspirynę z gorącą herbatą i natychmiast musiałem iść do łóżka.

9.

Wspomnienie tamtego popołudnia powracało do mnie przez lata, ale nikomu o nim nie mówiłem. Postać Amalii ubarwiałem coraz bardziej. Stroiciela więcej nie spotkałem. Któregoś wieczoru ojciec powiedział, że zwolnił go, bo pije i stał się całkowicie bezużyteczny. Dowiedziałem się też innych rzeczy. Nie było już tajemnicą, dlaczego zapalił świecę tamtego tajemniczego popołudnia, dlaczego podniósł wieko fortepianu. Czyścił go bowiem z kurzu dmuchawą i stroił kluczem. Ojciec wyjaśnił nawet jego chwiejny krok. Zanim ruszył do pracy, zachodził do karczmy, gdzie wychylał kilka kieliszków jamajskiego rumu. Trzy miesiące po śmierci żony ożenił się znów, nawet nie pielęgnuje jej grobu, który zarasta chwastami i łopianem. Zatkałem uszy, by nie słyszeć tych strasznych historii, ale rzeczywistości nie dało się zmienić, o zmarłą nie troszczył się na świecie nikt poza mną, dzieckiem, biednym fantastą, który kiedyś palinkę brał za łzy, pijaństwo za smutek, a pracę za rytuał.

10.

Od tego czasu jeszcze bardziej pokochałem Amalię. Jej fotografia na półeczce była taka samotna i osierocona, że bolało mnie serce, ilekroć obok niej przechodziłem. Wieczorem często musiałem iść do salonu, przechodząc przez cztery puste pokoje, żeby ze stojącego na fortepianie, nakrywanego opalowym szkłem pojemnika przynieść ojcu cygaro. Był to dla mnie trening leczenia się z fantazji. Pomiędzy czającymi się na mnie meblami szedłem, powstrzymując się od płaczu, i gryzłem się w język, żeby nie krzyknąć. W końcu docierałem do fortepianu. Sięgałem do pojemnika z cygarami, jakbym wkładał rękę do gniazda skorpionów.

11.

Ale czasami bohatersko się zatrzymywałem. Zbierałem się w sobie, a strach przed ciemnością i ciszą przesuwał mi się z rozkosznym mrowieniem wzdłuż kręgosłupa. Oddawałem się dziecięcym marzeniom. Szukałem wzrokiem na półce zdjęcia Amalii. A ona lśniła w ciemnym pokoju słabym światłem, długorzęsa, w sukni balowej, z wachlarzem z kości słoniowej w dłoni, spała głębokim snem fotografii.

Ledwie dosłyszalnie szeptałem do niej:

– Kochana.

A potem stawałem na palcach i mówiłem:

– Amalio.

1913

SIOSTRY

Gyula siedział we wnęce okiennej i robił na drutach.

Pokój, do którego wszedłem, był mroczny. Światło słoneczne przedzierało się przez szpary opuszczonych rolet.

– Robisz na drutach? – spytałem zdumiony.

Opalony na jasny brąz przez letnie słońce, ubrany w sportową koszulkę mały atleta odrzucił robótkę, spuścił oczy i zakasłał.

– Och... chciałem tylko dokończyć – zająknął się – co zaczęła Lujza... czy Jolán...

Po dziś dzień wspominam ten dom, w którym było wiele dziewcząt, w każdym pokoju co najmniej trzy, cztery. Ile ich było konkretnie, nigdy się nie dowiedziałem. Któregoś razu, kiedy byłem do nich zaproszony na obiad i nakryto w trzech pokojach w amfiladzie, przy stole siedziały trzydzieści cztery dziewczęta, ale mówiono, że były wśród nich również siostry cioteczne Gyuli i koleżanki jego sióstr. Przy innej okazji doliczyłem się piętnastu dziewcząt, ale wtedy kilka było podobno w mieście. Przez to wciąż nie mogłem się ich doliczyć. W każdym razie ten osobliwy i gwarny dom zawsze robił na mnie dziwne wrażenie, podobnie jak cyrk czy menażeria. W domu zamieszkanym przez dziewczęta zawsze jest coś komicznego czy nieczystego. Na ogół późno wstają. Godzinami wylegują się w łóżkach, potem odbywają długą toaletę, czeszą się, pozostawiając na grzebieniach z kości słoniowej kłębki jasnych i ciemnych włosów. Wielokrotnie widziałem takie poranne zabiegi. Żal mi było przyjaciela. Pamiętam też, że nie miałem odwagi niczego się tam napić. Szklanka z wodą, z której kiedyś piłem przy obiedzie, pachniała mdłymi, słodkawymi perfumami. Od tej pory bałem się tego domu. Niechętnie tam chodziłem.

Tamtego upalnego dnia sierpniowego dom przedstawiał szczególnie smutny widok. Poduszki rozrzucone na podłodze, suknie i szpilki do włosów, karbówki, wszystko w piekielnym nieładzie. Dwuskrzydłowe drzwi otwarły się, ukazała się w nich rozczochrana dziewczęca głowa, jedna z sióstr w peniuarze spojrzała na nas sennie, pisnęła i zatrzasnęła drzwi.

– Chodź na dwór – powiedziałem do przyjaciela – pójdziemy na łąkę czy do lasku miejskiego. Idźmy stąd.

Gyula smętnie pokręcił głową.

– Na razie nie mogę.

Zrozumiałem, że koledzy z klasy mieli rację. Z tym chłopcem nie sposób się przyjaźnić. Ja też patrzyłem na niego z litością, wręcz pogardą małego mężczyzny. Zrozumiałem, dlaczego nikt go nie lubi.

Ilekroć zjawiał się wśród nas, droczyliśmy się z nim, rzucając imiona sióstr:

– Olga.

– Piroska.

– Erzsi.

– Ilonka.

– Jolán.

– Lujza.

W takich chwilach Gyula robił się czerwony jak papryka. Łykał ślinę, mrugał nerwowo, marszczył brwi. Ale racja była po jego stronie. Przecież nic nie mógł poradzić na to, że ma tyle sióstr. Było to komiczne, nieodparcie komiczne.

– Ty – pyta na przykład któryś z kolegów – w kim się kochają twoje siostry?

Gyula się obraża.

Wybuch śmiechu. Nie wiemy dlaczego, ale wszyscy się śmiejemy. Tylko Gyula stoi poważny, odęty, niemy.

Kiedy indziej taka oto rozgrywa się scena: piegowaty blondas zwraca się do Gyuli z uśmiechem:

– Mnie najbardziej ze wszystkich podoba się Ilonka.

– Ma ładne oczy – potwierdza inny.

– Nieprawda – woła trzeci wyrostek – bo najładniejsza jest Jolán. W moim typie. Niech żyje Jolán!

Gyula słucha tej dyskusji z cierpkim uśmiechem. Zaciska zęby. Czuje, że ta wymiana zdań jest niesmaczna. Ale nic nie może poradzić. Słucha z miną, jakby swędział go nos i zbierało mu się na kichnięcie.

To jasne, że nie sposób się z nim przyjaźnić.

My rozmawialiśmy między sobą swobodnie o wszystkich dziewczętach z naszego miasta, chwaliliśmy je lub krytykowaliśmy zgodnie z przekonaniem, i tylko on nie mógł się odezwać, bo mowa była o przyjaciółkach jego sióstr, a poza tym surowe domowe wychowanie przyzwyczaiło go do tego, że o dziewczętach należy się wypowiadać jedynie z nabożnym szacunkiem i traktować je rycersko. Ten chłopiec był męczennikiem.

W późniejszych latach, kiedy dorośliśmy, przyglądałem się mu z głębokim współczuciem. Był wartościowym chłopakiem. Chciał zostać artystą. Wszyscy podziwiali jego zręczność manualną. Nikt nie potrafił nakreślić tak delikatnej linii jak on, na rozmaitych skrawkach papieru w ciągu kilku chwil paroma kreskami szkicował nasze rozczochrane głowy i były w tych portretach zrozumienie, humor i artystyczna lekkość. Miał wyjątkowe zdolności. Jego palce sprawnie przebiegały po klawiaturze, budząc wirtuozerską kaskadę dźwięków, cierpliwie prowadziły laubzegę, która pod jego ręką wyczarowywała na kawałku drewna fantastyczne ornamenty, lasy, zaśnieżone pejzaże. Cieszył się sławą złotej rączki.

Ale któregoś dnia zarzucił grę na fortepianie, rysunek, wszystko.

Nie wiem, jaka była przyczyna tej zmiany. Wiem tylko, że otrzymał piękne lakierki, których wszyscy mu zazdrościliśmy. Oprócz tego smoking. Tak ubrany każdego popołudnia zjawiał się wśród dziewcząt na podwieczorkach i na popołudniowych herbatkach. Potrafił z cudowną elokwencją opowiadać o muzyce i teatrze, a skarby, które swojego czasu zachłannie zbierał dla siebie, rozmienił na drobne i pospiesznie wprowadził do obiegu w towarzystwie. Był schludnym i eleganckim chłopcem, który wszystkim imponował. Rozmawiał z nami obco jak minister.

Widywałem go czasem wieczorami. Odprowadzał którąś ze swoich sióstr.

– Skąd wracacie?

– Z herbatki.

– A gdzie potem idziesz?

– Na herbatkę – wydukał. – Po drugą siostrę.

– No to cześć.

– Cześć – żegnał się markotnie.

Ogólnie sądzono, że nic z niego nie będzie. Ale to się spełniło tylko częściowo. Bo wytrwałość przyniosła owoce, nawet jeśli nie jemu, to w każdym razie jego siostrom, które co do jednej znakomicie powychodziły za mąż, rysowały, pięknie grały na fortepianie, mówiły w obcych językach i na wieczornym korso błyszczały ubrane w koronki, futra i boa. Jedna z nich niedawno dała koncert. Nie jest wybitną pianistką, ale dzięki pracowitości i kontaktom może jeszcze wiele osiągnąć.

A Gyula pozostał dobrym bratem. Latem awansowano go na porucznika. Otwarła się przed nim kariera wojskowa.

Niedawno spotkałem go na ulicy Andrássyego. Stał przed jednym z domów, jakby na kogoś czekał.

– Masz schadzkę? – spytałem z uśmiechem.

– A skądże.

Serdecznie uścisnęliśmy sobie ręce. Rozmawialiśmy o dawnych czasach.

– Wiesz co – powiedział – teraz mogę już być wobec ciebie szczery. Ja wiem, że zawsze, nawet wtedy, gdy się przyjaźniliśmy, wiele nas dzieliło. Wy mną pogardzaliście z powodu sióstr i wyśmiewaliście, że podporządkowałem im swoje życie. Sądziliście, że jestem głupi. Ale tobie zdradzę: zawsze wiedziałem, co robię, i nawet jeśli robiłem coś bezsensownego, wiedziałem o tym i cierpiałem z filozoficznym spokojem. Potem często was spotykałem. Widziałem, że jesteście bladzi, że wielu ma kłopoty finansowe, dostrzegałem te niedające się pomylić z niczym innym bruzdy, które kobiety żłobią na twarzach mężczyzn. Płacicie teraz za tamte drwiny, przyjaciele. A tymczasem ja mam harmonijne życie miłosne. Bo ja wiem, że kiedy kobieta spogląda przed siebie zamyślonym wzrokiem, to nie słucha muzyki sfer, tylko się nudzi i zastanawia, jak by tu opuścić towarzystwo i pójść gdzie indziej. Mnie kobieta nie zdołała oszukać. Zawsze mnie kochały, wszystkie, bo żadna z nich nie potrafiła mi zaimponować. Ja już w dzieciństwie odebrałem gorzkie lekcje. A wy dopiero teraz uczycie się abecadła, które ja od dawna znam.

Wyglądał rzeczywiście na zadowolonego i szczęśliwego. Koniuszek jego szabli podzwaniał, dotykając bruku, na opaloną twarz padł świetlny pył z zapalającej się wieczorem ulicznej lampy gazowej.

– Nic wielkiego nie osiągnąłem – ciągnął z uśmiechem. – Jestem porucznikiem w przygranicznym garnizonie, wśród brudnych żołnierzy, chłopów i rozpitych mieszczan. Ale przynajmniej wiem, że nigdy nie popełnię głupstw, które wy wszyscy niewątpliwie jeszcze popełnicie.

Zaciekawiło mnie to, co mówił. Zaprosiłem go na kolację.

Gyula zastanowił się.

– Nie teraz...

– Ależ chodź!

– Nie – powtórzył.

I zbladł. I zesztywniał. I znów zaczął się zacinać. Był taki sam jak dawniej. Brwi uniósł wysoko, na jego twarzy pojawiły się wstyd, strach, smutek niegdysiejszego niewolnika.

– Bo wiesz – wydukał – muszę odprowadzić do domu... Lujzę... albo Jolán... Bo jest tu moja siostra...

– Na herbatce? – spytałem okrutnie.

– Na herbatce – odparł smutno.

1912

SZACH-MAT. Z DZIENNIKA GUWERNERA

Pewnego wieczoru ojciec wszedł do pokoju z rozpromienioną twarzą. Pamiętam, że przez szklane drzwi patrzyłem, jak idzie ku mnie, brudny jeszcze od pyłu poligonu, zmęczonym, ale wciąż elastycznym krokiem. Kiedy wszedł – widzę to jak dziś – odpiął szablę i powiedział:

– Jutro pójdziesz do Tarów. Pan pułkownik przyjął cię na guwernera swego syna Aladára.

Przyciągnął mnie do siebie i pocałował.

– Spisz się dobrze, synu.

Następnego dnia z bijącym sercem zapukałem do szerokich, rzeźbionych dębowych drzwi. Aladár obojętnie wyciągnął do mnie wąską, białą dłoń, ale prędko zaprzyjaźniliśmy się. Od tego dnia przychodziłem do niego codziennie i spędzałem przy jego łóżku całe popołudnia. W sennym, ciepłym pokoju cicho grało symfonium, ćwierkał kanarek, ogień trzeszczał w kominku, a my oglądaliśmy książki z ilustracjami, wyglądaliśmy przez okno i razem się nudziliśmy.

Któregoś z tych wypełnionych nudą, niekończących się popołudni sięgnęliśmy po szachy. Aladár nauczył mnie grać, a ja po tygodniu zacząłem wygrywać.

Kiedy wieść o tym dotarła do rodziców, matka Aladára, chuda, siwiejąca kobieta, poprosiła mnie do siebie.

– Niech pan pozwoli mu wygrać. Bardzo go przygnębia, gdy coś dzieje się niezgodnie z jego wolą. Pan jest mądrym chłopcem, zrozumie to...

Pogładziła mnie po głowie, a ja skłoniłem się nisko.

Od tego dnia Aladár zawsze wygrywał.

Ale prędko przywykł do tych tanich zwycięstw i z dnia na dzień coraz bardziej dawał mi odczuć swoją wyższość. Witał mnie lekceważącym, zimnym uśmieszkiem i po pełnych napięcia partiach zawisała nad nami nieprzyjemna cisza, w której słyszeliśmy bicie własnych serc. Matka zawsze stała przy łóżku i z wielką radością całowała syna w usta.

– Ty mój mistrzu! Znów wygrałeś...

Ja w takich chwilach milczałem zmieszany, po czym brałem kapelusz i wychodziłem.

Już na korytarzu słyszałem, jak się śmiali. Ze mnie? Tego nie wiem. Ale gdy na ulicy chłodne powierze owiewało mi twarz, wielokrotnie wyobrażałem sobie wielki, ostateczny porachunek, jakiś nielitościwie okrutny, krwawy triumf. Kiedy jednak nazajutrz patrzyłem na wychudzoną sylwetkę Aladára, uśmiechałem się tylko na myśl o własnej wrażliwości i z głęboką litością, a nawet miłością wyciągałem do niego rękę.

– Zagrajmy.

W namiętności do szachów odnawiała się i wypalała cała siła tego wycieńczonego gorączką, chorego ciała.

Teraz już nie nudziliśmy się, policzki płonęły nam z emocji. Jego rozpierała ambicja, mnie ogarniał wstyd.

I tak powoli stałem się niewolnikiem tego domu. Niezgrabnie kłaniałem się domownikom na śliskim parkiecie, a oni chłodno i uprzejmie zamieniali ze mną kilka słów. Moja matka na próżno czyściła i przerabiała mi ubrania, stawałem się coraz bardziej niezdarny i nieporadny. Krawat miałem albo za gruby, albo znów za cienki. I nigdy nie wyglądał na mnie dobrze. Przy stole jadłem to za dużo, to znów za mało. Często zdarzało mi się przewrócić szklankę.

Kiedy wracałem do domu, przyciskałem dłonie do policzków i ze złością rzucałem się na łóżko. Czułem, że już długo nie wytrzymam.

Do dziś pamiętam ten dom tak, jakby wszystko w nim było z kości słoniowej, hebanu i srebra. Po dziś dzień słyszę w uszach tajemniczy szum perłowych muszli. Z okien w sieni sączyło się delikatne zielone, żółtawe i bladoliliowe światło, a kiedy wchodziłem, na progu witały mnie zagniewane twarze dwóch groźnych kamiennych olbrzymów. Wszystko, co było tajemnicze i wspaniałe, w tamtym domu widziałem po raz pierwszy.

Któregoś dnia przyszedłem wcześniej. W pokoju przy lampie ze srebrnym abażurem haftowała coś młoda dziewczyna, której nigdy dotąd nie widziałem. Usiadłem przy stole i słuchałem ciszy, przyglądałem się lampie i dziewczynie, której białą szyję otaczała koronka cienia, jaki rzucał abażur, i poczułem, że od nieskończenie dawna znam tę nieznajomą, która szeroko rozwartymi oczami spojrzała na moją smutną, pełną bólu twarz.

Od tego dnia spotykaliśmy się codziennie, spacerowaliśmy po ogrodzie i po wielkich, pustych pokojach. W księżycowe wieczory siadała do fortepianu, a ja z bolącą głową stałem przy lśniącym czarnym pudle, z którego wyrywały się z płaczem ożywające sny, wyśnione przez wielkie germańskie duchy i serca, które obróciły się już w proch.

Byliśmy bardzo szczęśliwi.

A poza tym wszystko działo się tak jak dawniej, ja regularnie chadzałem do Aladára, graliśmy w szachy, a on regularnie odnosił zwycięstwa. W szkole robiłem za niego notatki, siedziałem obok i już niemal nie wyobrażałem sobie innego życia.

Do domu wracałem późnym wieczorem. Biegłem przez całą drogę, jadłem kolację i w letnie noce szedłem jeszcze na spacer. A potem czytałem przy lampce, która paliła się czasem nawet do trzeciej w nocy.

Często budziłem się ze snu. Otwierałem okno. Noc była duszna, niebo czarne jak atrament. Tylko gdzieś daleko mrugała złota gwiazda jak przypięty do nieboskłonu drogi klejnot. Wokół drżały blade plamki światła jak ślady zdmuchniętego złotego dymu. Mimowolnie odwracałem głowę w kierunku tajemniczego domostwa.

W głębi ogrodu kwitły krzaki białego bzu.

To pełne marzeń, ciche szczęście utraciłem w jednej chwili pewnego jesiennego popołudnia.

Przegrałem je.

Gdy pomyślę o tamtym dniu, ogarnia mnie zmieszanie i podniecenie, jakie czułem wówczas, i muszę uporządkować myśli.

Aladár był już w ostatnim stadium choroby, lekarze powiedzieli, że nie da się go uratować. On jednak ciągle trzymał się swojej szachowej pasji z tą kurczową siłą, z jaką umierający do ostatniej chwili chwytają się pościeli. Ja naturalnie w dalszym ciągu byłem jego błaznem i niewolnikiem, znosiłem jego kaprysy i milczące lekceważenie rodziny. Dopiero w domu puszczały mi nerwy, z całej duszy gorzko płakałem jak oćwiczony niewolnik.

Ciągle widzę przed sobą pokój zalany bladożółtym październikowym światłem. Wielkie brązowe politurowane meble oślepiająco błyszczały, a na kredensie spokojnie drzemały kolorowe naczynia. Aladár siedział na wózku wyłożonym czerwonym aksamitem i płonącym wzrokiem spoglądał na jesienne popołudnie, na liście czerwieniące się wokół altany. W dużej, pokrytej jedwabistymi jasnymi włosami głowie niespokojnie lśniły gorączką oczy. Cherlawym ciałem wstrząsały straszliwe ataki kaszlu, podobne do szczekania psa; to ciało wydawało się zanikać przy nieproporcjonalnie dużej, przerażającej głowie. Na czole miał krople potu. Na twarzy płonęły mu róże gorączki.

Tego dnia – pamiętam – zmierzch zapadł wcześnie. O trzeciej po południu panował już półmrok i wydawało się, że ciężki nieboskłon z gasnącym jesiennym światłem i napływającymi ponurymi obłokami przygniata pokój, w którym się znajdowaliśmy: odebrał nam jasność widzenia, podgrzał krew i stępił umysły. Często miewałem wrażenie, że nie rozumiem już języka ojczystego, tak obco i dziwnie brzmiało każde słowo, które wymawiano wśród lśniących mebli w tym salonie. Aladár był spięty bardziej niż zazwyczaj, śmiał się bardzo głośno i obraźliwie:

– Nie daj się!

W pokoju było ciepło, kręciło mi się w głowie. Błysnęła mi pewna myśl, ale w następnej chwili drzwi otwarły się i stanęła w nich Olga ubrana w jasnoniebieską sukienkę.

Partia trwała. Przed Aladárem leżała już garść figur. Poruszałem się po planszy chaotycznie, by jego zwycięstwo mogło być pewne.

Zbliżaliśmy się już do końca rozgrywki, kiedy niechcący dotknąłem jednej z figur. Aladár nagle podskoczył i uderzył mnie w rękę.

– Nie twoja kolej!

Pobladłem i zagryzłem wargi. Świat zawirował wokół mnie. Zdawało mi się, że cały dom ruszył z miejsca niczym wielki statek, a ja z przerażeniem i niepewnością człowieka rzucanego przez fale uchwyciłem się krawędzi stołu. Świat pociemniał mi przed oczami.

A potem myśli ruszyły lawiną. W lustrze naprzeciw widziałem własną wzburzoną twarz, oczekującego zwycięstwa Aladára, obok niego jego matkę. Moja ręka przesuwała figury, ale nie wiedziałem, co robię. Byłem zmęczony i otępiały, i nagle wydawało mi się, że mój uczeń, który wysysał życie i energię z mojej krwi, z mojego mózgu, bije mnie tak już od bardzo dawna. I widziałem siebie: siedziałem naprzeciw niego jak słomiana kukła, jak jego pajac, sługa, niewolnik. Potem długo patrzyłem na jego wychudzone jak kościotrup ciało z resztką płuc i kościstą dłoń, która mnie pokonała, starła w proch niczym żelazna ręka władcy.

W uszach słyszałem bicie dzwonów. Ręka przesuwała figury w przód i w tył, czasami dobrze, czasami źle. I nagle powziąłem rozpaczliwe postanowienie. W tej partii zerwę znad jego pozbawionej ciała czaszki fałszywą aureolę, którą utkały wokół niej delikatne, białe arystokratyczne rączki, by utrzymać go jak najdłużej przy życiu.

Aladár zaśmiał się. Matka z zadowoleniem czekała na jego zwycięstwo.

– Uważaj – szepnęła mu do ucha.

Wyprostowałem się. Pochylony dotąd grzbiet śmiało zrzucił z siebie jarzmo pokornego sługi. W tym momencie nie myślałem o nikim i o niczym.

Przetarłem czoło i płonącymi oczyma wpatrzyłem się w czarno-żółtą szachownicę. Wymyśliłem plan walki. Po trzech krokach miałem już przewagę. Wokół żołnierzy mojego przeciwnika utworzyłem straszliwy stalowy pierścień, który dzięki zaskakująco śmiałej kombinacji i żelaznej logice bez reszty udaremnił próżne wysiłki chorego mózgu. Wieże stały mocno, gońcy czujnie pilnowali stanowisk, a konie nawet jakby strzygły uszami: każda z figur dawała świadectwo triumfalnej koncepcji i błyskotliwego umysłu.

Uniosłem głowę, dłoń zacisnęła mi się w pięść.

– Szach! – zawołał Aladár, a matka znów uśmiechnęła się z zadowoleniem.

Uczyniłem ruch, jakbym rzucał się do ucieczki. Ostatni krok niewolnika.

Kiedy znów nadeszła moja kolej, oszłomiony od krwi tętniącej mi w skroniach i pijany pasją, drżącym z radości głosem powiedziałem:

– Szach-mat!

I powoli przesunąłem pionek do przodu.

1905

ZMORY

Szedłem ulicą. Stąpałem tak cicho, jakbym szedł nie w butach, tylko w samych pończochach. Opuszczony przez wszystkich, wlokłem się, sam na sam z własnym sercem, jak mara wędrująca przez dręczący, śniony po północy sen. Gdy wyciągałem rękę, z łatwością dosięgałem rzeźbionych kamiennych zwieńczeń na fasadach domów czy okien, za którymi płonęły kaganki i spali ludzie. Kilkakrotnie wydało mi się, że to tylko sen. Ale teraz, gdy to się już stało, czuję mrożący wszystkie członki strach, strach człowieka, który śpi, a księżyc świeci mu w oczy, jakiś ciężar przygniata piersi, chciałby się więc obudzić.

Z naprzeciwka zbliżali się jacyś pijani robotnicy.

– Halo! – krzyczeli w ciemności nocy – halo!

– Halo! – odpowiedziała im z daleka jakaś inna grupa, ciszej, jak na polowaniu. – Halo!

Wracali z pijatyki. Mieli czerwone uszy i spocone twarze, lśniące jak okrągły zegar na wieży. Musiało ich być dziesięciu, piętnastu. Z nosów i ust wydobywała im się gęsta para, kłębiąc się i wijąc niczym dym z papierosa.

Od pierwszej chwili wydali mi się odpychający. Zszedłem z chodnika na jezdnię, żeby ich wyminąć. Nim się spostrzegłem, oni też już biegli po bruku. Kilku przeszło na drugą stronę ulicy, inni przykucnęli i przyglądali mi się. Zawahałem się przez moment. A kiedy wydało mi się, że już mają mnie w garści i pętla się wokół mnie zaciska, puściłem się biegiem, przebiegłem tak, drżąc i nie wiedząc, dokąd biegnę, około stu metrów. W końcu dotarłem do postoju dorożek, wskoczyłem do pierwszej i kazałem jechać.

Tej nocy rozpacz goniła mnie jak głodny wilk. Nie miałem odwagi wysiąść z dorożki, uczyniłem to dopiero po dłuższej jeździe, na przedmieściu przed podejrzaną gospodą, w której stoliki nakryte były czerwonymi obrusami, a kelnerzy w brudnych ubraniach, kulawi i zezowaci; z drewnianej ramy na gazety zwisał naddarty wczorajszy dziennik, ale nadaremnie oferował mi swoje najświeższe wczorajsze wiadomości, niczym stara panna przejrzałe wdzięki na balu. Dopiero tu odważyłem się odpocząć. Usiadłem przy stoliku, zamówiłem wino. Otarłem czoło. Przyglądałem się zużytym obiciom. Wino było kwaśne, lura nie do picia.

Po pięciu minutach drzwi otwarły się z wielkim hałasem. Weszli robotnicy. Choć zdawało się to niepojęte i niewiarygodne, byli to ci sami ludzie, piętnastu mężczyzn o wyglądzie pijaków, głośnych, grubiańskich, skorych do bitki.

Nie zwracałem na nich uwagi. Przed nimi stały szklanki z żółtymi i czerwonymi trunkami. Po kilku minutach zaczęli coraz częściej spoglądać w moją stronę. Jeden z nich, wysoki blady młodzieniec, wstał. Przeszkadzały mi ich spojrzenia, przesiadłem się na drugą stronę stolika.

– Oni czegoś ode mnie chcą – powiedziałem do siebie.

Długo tak siedziałem, ukrywając niepokój i zastanawiając się, kim są. Nie rozpoznawałem ich. Niewykluczone, że już kiedyś miałem z nimi do czynienia i zapomniałem o tym. Może już kiedyś mnie widzieli i zapamiętali. Teraz, kiedy siedziałem do nich tyłem, patrzyli na mnie w milczeniu coraz natarczywiej, a ich spojrzenia niczym promienie przechodzące przez soczewkę zdawały się wypalać dziurę w suknie mojej marynarki. Serce biło mi jak oszalałe. Nie mogłem już tego wytrzymać. Wstałem i przesiadłem się na dawne miejsce.

Rzeczywiście, przyglądali mi się. Kilku wstało, nachyliło się nad stołem, inni kiwali do mnie przyjaźnie i zapraszająco.

Skinąłem na kelnera.

– Kim są ci ludzie?

– Nie wiem.

Wychyliłem resztkę okropnego wina, zapłaciłem i chciałem wyjść, włożyłem już nawet płaszcz. Nagle do mojego stolika podeszło dwóch typków. Jeden z nich, w brązowej kurtce, zagadywał coś w nieznanym mi języku.

– Nie rozumiem – odparłem zniecierpliwiony i zdenerwowany.

Na to przeszedł na niemiecki.

– Krakowscy budowniczy kościołów przesyłają ci pozdrowienia. Cześć.

Wyciągnął rękę. Cofnąłem się i nie podałem mu swojej.

– Kim panowie są?

– Jeszcze pytasz? – zdumiał się blady i wysoki.