Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
110 osób interesuje się tą książką
Nie każda rana sama się goi. Niekiedy potrzeba odwagi… i kogoś, kto nie odpuści.
Dziesięć dni po ślubie Kinga dowiaduje się, że mąż zdradza ją z… jej własną siostrą i będą mieli dziecko. Żeby nie oszaleć, rzuca się w wir policyjnych śledztw. Kiedy zbliża się termin porodu, wyjeżdża do Zakopanego, do pensjonatu ciotki, uwikłanej w romans z żonatym sąsiadem. Kinga chce tylko spokoju i ciszy, ale los potrafi zakpić i zsyła jej Krzysztofa, ratownika TOPR-u, który pojawia się wtedy, gdy kobieta obezwładnia złodzieja torebek na Krupówkach.
Od tej chwili ON nie daje jej spokoju. Proponuje kawę, rozmowę, wspólny spacer. A ONA broni się, jak może – przed nim, przed sobą i przed tym, co postanowiła: żadnych facetów więcej.
Gdy Kinga otrzymuje telefon z pracy, wie, że musi natychmiast wracać, zostawiając Zakopane… i Krzyśka. Czy to, co zaczęło się w cieniu gór, wystarczy, by odmienić ich życie na zawsze? A może prawdziwe wyzwania dopiero przed nimi?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 347
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mówią, że miesiąc miodowy to niesamowity i niezapomniany czas w życiu młodej pary. O tak! Zaskakująca wiadomość, która dotarła do moich uszu dokładnie dziesięć dni po ślubie, nie tylko wywróciła mój świat do góry nogami – ona go rozwaliła. Sprawiła, że miałam ochotę zabić.
Wydawało się, że moje życie z ukochanym mężczyzną, który kilka dni temu ślubował mi miłość, wierność i uczciwość małżeńską aż po grób, właśnie nabierało rumieńców. Chwile przepełnione najpiękniejszym podobno z uczuć, radością i beztroską oraz upojne noce na przepięknej wyspie Bali mieliśmy wspominać do końca życia. Niestety, mój świeżo upieczony małżonek wraz z moją młodszą siostrą zadbali o to, abym swój miesiąc miodowy chciała na zawsze wydłubać z zakamarków pamięci.
Tego dnia Dawid był jakiś nieswój. Mało się odzywał, często zaglądał do telefonu, a gdy spytałam, czy coś się stało, wykpił się złym samopoczuciem i stwierdził, że jestem przewrażliwiona. Przebudziłam się w nocy zlana potem i z dudniącym mocno sercem. Czułam dziwny niepokój po koszmarnym śnie, w którym wspinałam się po różnej wielkości kamieniach na nieznany mi szczyt. W pewnym momencie się poślizgnęłam i wyciągnęłam rękę w kierunku Dawida w nadziei, że nie pozwoli mi runąć w dół. On spojrzał na mnie, uśmiechnął się półgębkiem, po czym się odwrócił i bez słowa ruszył dalej, a ja spadałam w przepaść.
Zapaliłam lampkę, ale Dawida nie było w łóżku. Wstałam i wyszłam z sypialni. Usłyszałam jego głos dobiegający z tarasu. Rozmawiał z kimś? O tej porze? Podeszłam bliżej, próbując zrozumieć, dlaczego miałby teraz, grubo po północy, prowadzić jakąkolwiek konwersację.
Intuicja natychmiast podpowiedziała mi, bym posłuchała, co mówi. Podeszłam bliżej otwartych drzwi na taras, cicho, na palcach. Dawid siedział przy stoliku, na którym stała szklanka z bursztynowym trunkiem. Zmarszczyłam brwi, usłyszawszy jego głos.
– I co my teraz zrobimy? – zapytał z wyraźnym niepokojem.
Poczułam ukłucie niepewności. Brzmiał jak człowiek, który nagle stracił grunt pod nogami. Ta sytuacja była naprawdę dziwna, dlatego postanowiłam zostać w ukryciu i wsłuchać się w tę rozmowę.
– Oszalałaś? Przecież nie mogę jej opuścić kilka dni po ślubie – powiedział, a mnie zmroziło.
Zamrugałam, próbując uporządkować myśli. O kim mówił? Czy chodziło o mnie? Dlaczego miałby mnie zostawić? Chciałam zrobić krok w stronę tarasu, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
– Ksenia, zrób jeszcze raz ten test. Może to pomyłka i wcale nie jesteś w ciąży. Wtedy problem sam się rozwiąże i zapomnimy o sprawie.
Słowa wbiły się w moje serce jak gwoździe. Wstrzymałam oddech. Ksenia? Przecież Ksenia to moja siostra! Ciąża? O jakiej sprawie mieli zapomnieć? Może się przesłyszałam? A może jednak nie?
Podeszłam bliżej. Wpatrywałam się w Dawida, który poruszał nerwowo nogą i co chwilę sięgał po szklankę z drinkiem, sprawiając wrażenie, jakby balansował na krawędzi. Był ewidentnie zdenerwowany. W pracy nauczyłam się nie ufać pierwszym wrażeniom. Zawsze sprawdzałam, czy fakty naprawdę do siebie pasują. Ale tutaj… nie byłam w pracy, a mój mąż ewidentnie coś przede mną ukrywał.
– Nie rycz, tylko leć do apteki po kolejny test – nakazał.
To, co wychwyciłam z ich rozmowy, zaczęło tworzyć niepokojący obraz – tak wyraźny, że aż trudny do przyjęcia. Nie było mowy o chłodnej kalkulacji, o wypieraniu, udawaniu, że się przesłyszałam. Przełknęłam łzy, prostując się. Nadszedł moment konfrontacji.
– Dawid, podaj mi telefon – powiedziałam zimnym, zdecydowanym tonem.
Odwrócił się gwałtownie, zaskoczony moją obecnością.
– Kinga? – Patrzył na mnie przestraszony, nie wiedząc, co ma zrobić.
– Telefon, Dawid. Natychmiast – powtórzyłam, świdrując go spojrzeniem.
Wyglądał, jakby nagle stracił grunt pod nogami.
– Ale, skarbie, to nie jest… my… nie… – zaczął się jąkać.
– Przestań pieprzyć, tylko daj mi ten cholerny telefon! – krzyknęłam, a on wstał blady jak ściana i drżącymi rękami podał mi aparat.
Przycisnęłam telefon do ucha, czując, jak mój głos nabiera chłodnego, profesjonalnego tonu.
– Ksenia, co tu się dzieje? – Przełknęłam bezgłośnie ślinę.
– Cześć, siostra. Jak podróż poślubna? – usłyszałam po drugiej stronie jej beztroski głos. Kompletnie zignorowała moje pytanie.
Zacisnęłam szczęki. Moja siostra miała talent do zmieniania tematu, kiedy coś było dla niej niewygodne.
– Słuchaj, u nas jest druga w nocy. Co takiego się wydarzyło, że musiałaś rozmawiać z moim mężem o tej porze? – Spojrzałam kątem oka na Dawida. Wyglądał na zdenerwowanego, co chwilę wycierał dłonią czoło.
– Musiałam się szwagra poradzić w pewnej sprawie – odpowiedziała lakonicznie, jakby Dawid nagle stał się jej życiowym doradcą.
– No dobra, to może spytam inaczej, bo znając ciebie, w ten sposób szczerej odpowiedzi się nie doczekam. Będziesz dalej wymyślać fabułę kiepskiej komedii czy zagramy wreszcie w otwarte karty? – rzuciłam sucho, choć wiedziałam, że tylko ją tym zirytuję.
Po drugiej stronie zapadła cisza, którą przerwało ciężkie westchnienie. Kochałam moją siostrę, ale czasem się nie dogadywałyśmy. Różniłyśmy się jak woda i ogień.
– Lepiej pogadaj ze swoim mężem – powiedziała w końcu i się rozłączyła.
Położyłam telefon Dawida na stoliku. Odsunęłam krzesło i usiadłam naprzeciwko niego. Oczy miał spuszczone, jakby szukał pomysłu, jak się z tego wyplątać. Bawił się obrączką, przekręcając ją sobie na palcu. Po chwili podniósł głowę i spojrzał na mnie.
– Słucham? – zaczęłam zimnym tonem.
– Kinga, to, co usłyszałaś, mogło wyglądać, jakbym miał przed tobą jakąś tajemnicę, ale tak nie jest, skarbie.
– Cudownie, bardzo uspokajające wprowadzenie, mężu. Możesz teraz przejść do sedna? – Utrzymanie emocji na wodzy wymagało ode mnie ogromnego wysiłku.
– No dobra, powiem ci. Ksenia prawdopodobnie jest w ciąży.
– Z tobą – wtrąciłam.
– Kinga, no coś ty, jak ze mną? Oszalałaś? – Dawid wstał z krzesła i przyklęknął obok mnie. Złapał moją dłoń, a potem zbliżył ją do swoich ust i ucałował. – Mówiłem, że wyrwany z kontekstu fragment rozmowy telefonicznej nie oznacza tego, co sobie uroiłaś w tej pięknej główce. Ksenia jest po prostu zdenerwowana i chciała porozmawiać, a ja… Przysięgam, niczego przed tobą nie ukrywam.
Jego słowa tonęły we mnie jak ciężkie kamienie wrzucane do studni. Przysięgał, patrzył mi w oczy, a ja miałam ochotę krzyczeć w głos: jak mogłam być tak ślepa? Byłam dumna, że Dawid i Ksenia świetnie się dogadują, że potrafią się śmiać z żartów, które mnie nie bawią. Nie dostrzegłam żadnego niezwykłego gestu, nic nie wzbudziło we mnie nawet cienia podejrzeń, że oni… Sama myśl o tym bolała tak bardzo, że naprawdę ledwo się trzymałam. Jestem policjantką. Na co dzień rozkładam kłamstwo na czynniki pierwsze, odczytuję prawdę z drgnięcia powieki, z tonu głosu, z milczenia dłuższego o sekundę. Dom nie miał być miejscem przesłuchań – miał być azylem. Mąż nie miał być podejrzanym, siostra – podejrzaną. Po prostu wierzyłam w to, że przy najbliższych nie muszę zachowywać czujności.
– Jasne. I ten wyrwany z kontekstu fragment rozmowy telefonicznej wcale nie wskazywał jednoznacznie na to, co powiedziałeś: że nie możesz mnie opuścić dziesięć dni po ślubie. – Wyswobodziłam swoją dłoń, odsunęłam krzesło i wstałam. Nie chciałam, by mnie dotykał, by był tak blisko.
– Rany, skarbie, bo ona chciała, żebym przyleciał do Polski! Sama widzisz: chodziło o to, że nie mógłbym cię tutaj zostawić w trakcie naszej podróży poślubnej i lecieć jej na ratunek.
– Dawid, ja ciebie nawet nie muszę podpinać pod wariograf, żeby wiedzieć, że kłamiesz. Za kogo ty mnie masz?
Przesunął dłonią po włosach i odetchnął głęboko. Wyglądał, jakby usiłował się uspokoić, co tylko bardziej mnie irytowało.
– Ksenia ma kłopoty – wypalił. Dla mnie zabrzmiało to tak, jakby rzucał ostatnią kartę na stół.
– Mhm, ma. Też bym była w tarapatach, gdyby się okazało, że zaszłam w ciążę z mężem mojej siostry – odparłam sarkastycznie, czując, że jeszcze chwila, a wybuchnę.
Odwróciłam się do niego plecami. W środku czułam się rozbita i zraniona jak nigdy dotąd, ale wiedziałam, że muszę zachować zimną krew. Przecież na co dzień miałam do czynienia z poważnymi sprawami, które wymagały ode mnie opanowania i skupienia. Ale teraz nie było łatwo.
– Posłuchaj mnie, Kinga, ona naprawdę ma kłopoty. Jakiś czas temu poznała gościa w klubie nocnym. Zaczęli się spotykać i on niedługo potem wkręcił ją w handel narkotykami. Ksenia próbowała się jakoś wyplątać z tej relacji. Mówiła mu, że nie ma komu sprzedawać towaru, ale on nalegał, że ma być bardziej obrotna. Stawał się wobec niej coraz bardziej nachalny, a teraz jeszcze się okazało, że jest z nim w ciąży.
– Rozumiem. I zwróciła się z tym do ciebie, nie do mnie, tak? – Ciągnęłam tę farsę, sama nie wiem po co.
– Najwyraźniej – rzekł zdawkowo, jakby nie chciał się zagłębiać w dalsze tłumaczenia.
Przyjęłam to jak kolejny cios, choć starałam się nie okazać emocji. Patrzyłam na niego, jakby był jednym z podejrzanych, których przesłuchiwałam. Byłam skupiona, choć w głowie szumiało mi tyle wątpliwości! Skrzyżowałam ręce na piersi, a on jeszcze bardziej się zmieszał. Odchrząknął i przetarł czoło, unikając mojego wzroku.
– Naprawdę, Dawid? Kryminalna historyjka o klubach nocnych i handlu narkotykami? – rzuciłam ironicznie. – Myślisz, że nie jestem w stanie wyczuć ściemy? Przecież doskonale wiesz, czym się zajmuję na co dzień. W pracy tego typu opowieść może by mnie i zaintrygowała, ale teraz źle trafiłeś.
Dawid uniósł wzrok, chcąc mnie jeszcze przekonywać, lecz widziałam, że nie ma dobrego argumentu, by się wybronić. Wziął głęboki oddech i znowu przeczesał ręką włosy, szukając odpowiednich słów. Patrzyłam na własnego męża i wierzyć mi się nie chciało, że stać go było na wymyślanie takich bredni. Tłumaczył się pokrętnie jak człowiek próbujący zamaskować własny błąd wymyśloną opowiastką. Znałam te techniki aż za dobrze. Znałam też swoją siostrę. Może i była czasem naiwna, może i podjęła w życiu wiele błędnych decyzji, ale handel narkotykami? Nie. To do Kseni niepodobne, nawet za cenę lewego zarobku.
– Od kiedy to trwa? – spytałam.
Dawid się zmieszał. Odchrząknął, a potem podrapał się po głowie.
– Sam dokładnie nie wiem – wydukał, unikając mojego spojrzenia. – Opowiedziała mi wszystko dopiero dzisiaj i nie pamiętam, czy wspominała, kiedy zaczęła się spotykać z tym kolesiem.
– Nie pytałam o tego wyimaginowanego gościa z twojej opowieści, tylko o to, od kiedy ze sobą sypiacie. Ty i Ksenia.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– Kinga, no co ty, kochanie… – zaczął, próbując złapać mnie za rękę, ale odsunęłam się, zanim zdążył mnie dotknąć.
– Posłuchaj, bo zaczynam już tracić cierpliwość. Miej do mnie trochę szacunku, jeśli nie przez wzgląd na to, że jeszcze jestem twoją żoną, to chociaż przez wzgląd na to, czym się zajmuję.
– Kinga, nie doszukuj się wszędzie drugiego dna. Wiem, że jesteś dobrą policjantką, ale ja naprawdę nie jestem niczemu winny. Przysięgam. Zresztą jak wrócimy do domu, to sama pogadasz z Ksenią – powiedział z pełnym przekonaniem i powagą.
Odwróciłam wzrok. Rozczarowanie ścisnęło mnie za gardło. Mój własny mąż – człowiek, któremu przed kilkoma dniami przysięgłam miłość i wierność – próbował mi wmówić, że źle oceniłam sytuację. Tylko że ja mu nie wierzyłam.
– A co, jeśli mi nie wystarczy twoja przysięga? – zapytałam zimno, wiedząc już, że moje zaufanie zostało poddane próbie, której na pewno nie przetrwa.
Siedziałam na tarasie w pensjonacie cioci i wpatrywałam się w ośnieżone szczyty gór, zachwycona ich majestatycznością. Wspomnienia o moim byłym mężu powracały co jakiś czas, zwłaszcza dziś, gdy dowiedziałam się, że Ksenia urodziła zdrową dziewczynkę, a dumny tatuś towarzyszył jej podczas porodu.
Historyjka, którą mnie karmił na Bali, nie trzymała się kupy i Dawid doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Przyznał się potem do wszystkiego. Cały czas miał nadzieję, że Ksenia jednak w tej ciąży nie jest, dlatego wymyślił na poczekaniu dilera i związane z nim kłopoty mojej siostry. Skróciłam swój pobyt, a kiedy Dawid był na siłowni, spakowałam się i opuściłam hotel. Po przylocie do Polski od razu pojechałam do siostry, która tylko potwierdziła to, co wiedziałam od pierwszych słów podsłuchanej rozmowy.
Rozwód odbył się na pierwszej rozprawie bez orzekania o winie. Chciałam jak najszybciej zostawić za sobą fakt, że kiedykolwiek byłam mężatką. Na korytarzu sądowym wyjęłam z torebki obrączkę i oddałam ją Dawidowi bez słowa. Próbował mnie zatrzymać, ale nawet nie mogłam na niego patrzeć. Nikt nie wiedział, jak bardzo cierpię. Udawałam, że dobrze się trzymam, a prawda była taka, że moje wnętrze sypało się codziennie kawałek po kawałku. W jednej chwili straciłam siostrę i męża.
Rzuciłam się w wir pracy, żeby nie myśleć o tym, co mnie spotkało. Problemy innych ludzi stały się dla mnie najlepszą ucieczką przed moimi własnymi. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania, zasłaniałam się więc sprawami zawodowymi, spychając na dalszy plan ból, nieustannie przypominający o zdradzie. Praca w policji wymagała zdolności utrzymania pełnej koncentracji i zachowania zimnej krwi. Cechy te, które wcześniej wydawały się jedynie umiejętnościami zawodowymi, teraz stały się tarczą przed całym światem.
Ogromnym wsparciem w tym czasie był dla mnie Kowal – mój partner. Kowal nie zadawał zbędnych pytań. Wiedział, że są sprawy, których nie da się uleczyć słowami. Czasami wystarczyło, że podał mi kubek gorącej kawy, zanim zdążyłam o nią poprosić, albo rzucił jakimś głupim żartem, a ja – ku własnemu zdziwieniu – parskałam śmiechem, zapominając na chwilę o tym, co mnie spotkało. Chodziliśmy razem na siłownię i na matę, gdzie ćwiczyliśmy chwyty i obezwładnianie. Pot mieszał się z wściekłością, a każdy pad i każde kopnięcie wypłukiwały ze mnie resztki złości i żalu. Po godzinie byłam zmęczona do granic, ale w środku – lżejsza i spokojniejsza. Zdarzało się, że Kowal wpadał do mnie z piwem i oglądaliśmy razem filmy. Był jak terapeuta.
Po całym tym koszmarze nie wiedziałam, czy jeszcze kiedyś zaufam komukolwiek, a przynajmniej własnej rodzinie. Ksenia kilka razy próbowała się ze mną skontaktować, ale ignorowałam wszystkie jej telefony i wiadomości. Była w ciąży z moim eksmężem, a ja nie miałam siły mierzyć się z nią i jej nowym życiem. Zamknęłam ten rozdział na zawsze. Na swoich rodziców też byłam wściekła. Wiedziałam, że im także musi być ciężko. Nieporadnie próbowali nie opowiadać się po żadnej ze stron, jakby to miało ocalić cokolwiek z naszej rozbitej rodziny. Mieli córkę w ciąży i „zięcia”, który im się nie zmienił. W ich oczach to była trudna, ale nowa rzeczywistość. Zamiast otrzymać wsparcie, widziałam tylko, jak nieudolnie tłumaczą Ksenię. Ich lojalność wobec przyszłej matki mnie bolała, bo tym samym dawali milczące przyzwolenie na zdradę. Mnie nie potrafili zrozumieć, więc z czasem zaczęli traktować z dystansem, jakby każde moje słowo mogło zagrozić ich „porozumieniu” z Ksenią.
Nie chciałam ich skłócać, broń Boże. Chciałam, by choć raz spytali, jak sobie radzę, żeby przyznali, że moje cierpienie też coś dla nich znaczy. Oni jednak całą swoją troskę skupiali na Kseni. A ja, choć zdradzona, zraniona do granic możliwości, byłam traktowana tak, jakbym miała po prostu zaakceptować tę sytuację i zapomnieć o własnych uczuciach. No tak, w końcu uchodziłam za twardzielkę, która ma silną psychikę, więc wszyscy uznali, że przejdę przez to jak przez każdą inną przeszkodę życiową. Udawanie silniejszej, niż byłam w rzeczywistości, sprawiało, że każdego dnia coraz bardziej oddalałam się od siebie samej. W głębi serca chciałam usłyszeć, że nie muszę być tą nieugiętą, że wolno mi się rozsypać i mieć pretensje. Potrzebowałam, żeby ktoś w końcu powiedział: „Masz prawo czuć to, co czujesz”. Ale nikt tego nie zrobił. Musiałam zadbać o siebie sama, dlatego kiedy termin porodu Kseni zbliżał się nieuchronnie, wzięłam zaległy urlop i wyjechałam do Zakopanego. Chciałam choć na chwilę zapomnieć o wszystkim. Być tylko sobą, bez tej przymusowej maski twardzielki, którą narzucili mi wszyscy dookoła.
– Kiniu, siedzisz tu już od godziny, na pewno zmarzłaś. – Ciocia podała mi kubek z gorącą herbatą, a jej zatroskane spojrzenie zatrzymało się na mojej twarzy. – No, weź się napij. Herbata z malinami i miodem, jak lubisz.
– Dziękuję, ciociu. Nawet nie wiedziałam, że minęła już godzina. Trochę mi zeszło na tym użalaniu się nad sobą. – Uśmiechnęłam się.
– A pomogło chociaż?
– Nie pomogło. Ksenia urodziła. Mama nie zapomniała dołączyć fotek. – Spojrzałam na ciocię.
– Wiem. Mój brat, a twój ojciec, zdążył już do mnie zadzwonić.
– Wiesz, dawno nie czułam się tak… bezsilna – przyznałam cicho. – Niby minęło już trochę czasu, a wciąż boli. – Upiłam łyk herbaty, czując, jak jej ciepło przyjemnie rozgrzewa moje ciało. – Boli, że straciłam wszystkich, rozumiesz, ciociu?
– Rozumiem, rozumiem. – Ciocia stanęła za mną i położyła obie dłonie na moich ramionach.
– Byłoby mi łatwiej, gdyby miał to dziecko z jakąś obcą kobietą. Olałabym dziada i nawet bym o nim nie myślała. Ale nie. Los postanowił ze mnie zakpić i ten palant jest cały czas obecny w moim życiu.
– Kochasz go jeszcze? – spytała cicho.
– Nie kocham. Moje serce zamarzło tuż po tym, jak poznałam prawdę. Jest we mnie ból, ale on nie wynika ze złamanego serca, tylko ze straty. Przez niego nie mam już rodziny.
– Twoi rodzice też starają się to jakoś sobie poukładać, ale wiem, że tobie jest najtrudniej. To ty musiałaś zostać z tym bólem, a reszta… reszta próbuje znaleźć w tym wszystkim własne miejsce. – Zamilkła na chwilę, jakby zbierała myśli. – Daj sobie czas, Kiniu.
– Myślisz, ciociu, że czas coś zmieni? Ksenia i Dawid dali im upragnioną wnuczkę, więc rodzinna sielanka dopiero się zaczyna. – Westchnęłam. – Może brzmię teraz jak zazdrośnica, ale to nie jest zazdrość, tylko poczucie odrzucenia. Wiem, że najlepiej dla wszystkich byłoby, gdybym pogratulowała siostrze i mojemu mężoszwagrowi narodzin dziecka, pojechała do rodziców na wspólny niedzielny obiadek i udawała, że nic się nie stało, ale nie potrafię.
– Nie musisz. Nie musisz udawać, że wszystko jest dobrze, jeśli nie jest. Daj sobie prawo, by czuć to, co czujesz. Jestem z tobą, kochanie. – Objęła mnie i przytuliła.
Po raz pierwszy od długiego czasu poczułam spokój i odprężenie. Zostałam tak dobrych parę chwil, wtulona w ciocine ramiona, i napawałam się ciepłem i troską, które mi ofiarowała. Spojrzałam na ciocię z wdzięcznością.
– Tylko tyle i aż tyle chciałam usłyszeć od rodziny. Żeby ktoś po prostu zrozumiał moje uczucia, zamiast je omijać. – Otarłam łzy. – Na co dzień się nie rozklejam i nie użalam nad sobą. – Uśmiechnęłam się delikatnie i spojrzałam na ciocię. – Ale dziś… dziś coś we mnie pękło. Tama, która trzymała wszystko przez ostatnie miesiące, puściła.
– To nie słabość. To konieczność. Niekiedy trzeba sobie pozwolić na łzy. I wiem z własnego doświadczenia, że zdrowo jest czasem poużalać się nad sobą.
– Może i masz rację. Liczę, że za jakiś czas po prostu zobojętnieję na to wszystko.
– Nie chodzi o to, żeby zobojętnieć – powiedziała z troską. – Obojętność to w dalszym ciągu udawanie, a ile jeszcze będziesz udawać przed sobą i światem?
– Aż mi żal i pretensja do losu miną. Poczekam.
– Ty nie masz czekać, tylko żyć. – Ciocia delikatnie ścisnęła moją dłoń. – I wierzyć w to, że kiedyś spotkasz kogoś, kto cię pokocha i kogo ty pokochasz. Kogoś troskliwego, kto nie będzie wymagał, żebyś zawsze była silna. Kogoś, przed kim się otworzysz i kto dostrzeże, że w środku jesteś wrażliwą i ciepłą dziewczyną.
Słowa cioci zawisły w powietrzu, a ja poczułam dziwne ukłucie w sercu. „Spotkasz kogoś, kto cię pokocha…”. Dziś odebrałam to jak bajkę opowiadaną dziecku, które ma przestać płakać. Przecież miłość już mnie znalazła. Znalazła i tyle obiecywała, a potem wszystko zniszczyła. Gdybym mogła, zapytałabym losu, dlaczego to zrobił. Dlaczego kazał mi zaufać, oddać siebie, a potem rozbił moje życie na kawałki? Jeszcze niedawno miłość wydawała mi się największą siłą na świecie, źródłem radości, energii, sensu. Dziś odbierałam ją tylko jako bolesne złudzenie. Zawsze myślałam, że jeśli będę się bardzo starać, jeśli będę robić wszystko, co w mojej mocy, miłość przetrwa. Ale teraz już wiem, że można dawać z siebie sto procent, a i tak zostać z niczym. Miłość to nie matematyka. Dwa razy tyle wysiłku nie daje dwa razy tyle szczęścia.
– Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek uwierzę w miłość. Boję się, że jeśli znowu spróbuję, to skończę nawet bardziej poraniona. A tego już nie zniosę.
– Kochanie, ja też kiedyś tak myślałam – powiedziała cicho ciocia. – Że miłość to pułapka, że lepiej nauczyć się żyć bez niej, niż ryzykować kolejny raz. Ale życie… życie czasem w dziwny sposób przypomina nam, że serce to nie kamień.
Miałam jakieś piętnaście lat, może trochę więcej, kiedy ciocia brała rozwód. Jej mąż stwierdził, że Zakopane to dziura, w której on siebie nie widzi, więc spakował walizki i wyjechał robić karierę. Ciocia została, nie mając wtedy nic poza marzeniami o stworzeniu przestrzeni dla siebie i ludzi przybywających do Zakopanego, by zaznać spokoju. Wzięła sprawy w swoje ręce i rozkręciła pensjonat. Z biegiem lat to miejsce zyskało swoją duszę, a jego właścicielka, choć nigdy nie szukała poklasku, stała się osobą, do której przyjeżdżało się nie tylko po to, by odpocząć, ale także po ciepło, oferowane od serca.
– Masz na myśli swojego przystojnego sąsiada? – spytałam, obserwując reakcję cioci.
Pokiwała głową i westchnęła ciężko.
– Spostrzegawcza jesteś, a przecież widziałaś nas dzisiaj tylko przez chwilkę, jak wpadł po obiad.
– No widzisz, niby taka spostrzegawcza, a jednocześnie gapa. U siebie nie zauważyłam nic. A wracając do sąsiada, to ci powiem, droga ciociu, że między wami iskry lecą.
Ciocia zaśmiała się cicho, po czym opuściła wzrok.
– Daj spokój, przyjaźnimy się. To znaczy on się ze mną przyjaźni, a ja do niego wzdycham – wyznała. – Kurczę, kto to widział, żebym się własnej bratanicy zwierzała.
– A co w tym złego? – zapytałam z uśmiechem. – Przecież jest między nami tylko jedenaście lat różnicy. W innych okolicznościach mogłybyśmy na przykład być najlepszymi przyjaciółkami, które zwierzają się sobie i się wzajemnie wspierają.
Ciocia spojrzała na mnie z lekkim, ale pełnym ciepła uśmiechem.
– Opowiadaj: co z tym sąsiadem jest nie tak? – zachęciłam, czując narastającą ciekawość.
– Kinga, czuję się, jakbyś mnie na komisariat zabrała! – Zaśmiała się. – Wejdźmy do środka, bo zmarzłam na kość, a twoja herbata też już wystygła.
– No dobra – zgodziłam się i wstałam z krzesła. – Masz jakieś winko?
– Pytanie! – odparła i zgrabnie mnie ominęła, prowadząc do środka.
Weszłyśmy do salonu, a ciepło wnętrza od razu otuliło mnie jak miękki koc. Dom cioci, choć połączony z pensjonatem, miał osobne wejście i zawsze był oddzielnym, intymnym światem. W kuchni pachniało pomarańczą, goździkami i cynamonem. Spojrzałam na dzbanek z herbatą stojący na stole.
– Idę po wino, a ty poszukaj korkociągu. Powinien być w trzeciej szufladzie, o ile nie wyniosłam go do kuchni w pensjonacie – rzuciła, zdejmując ciepłą polarową bluzę i wieszając ją na wieszaku w korytarzu.
– Luz. Nawet jak się okaże, że nie masz korkociągu, to sobie poradzimy inaczej.
Ciocia zniknęła na chwilę, a ja zaczęłam grzebać w szufladach. Znalazłam trzy korkociągi, każdy inny.
– Może być czerwone? – spytała, stawiając wino na stole.
– Jak najbardziej – odparłam i uśmiechnęłam się szeroko. – A teraz opowiadaj, co z tym sąsiadem, bo nie wytrzymam dłużej.
Ciocia przyglądała mi się przez chwilę, jakby się zastanawiała, czy na pewno chce wyjawić mi szczegóły, ale w końcu wzruszyła ramionami.
– No dobrze, więc… – zaczęła, nalewając wino do kieliszków. – Bo sprawa z sąsiadem jest skomplikowana, a ja w sumie sama wpakowałam się w ten chory układ.
– Układ? – Zanim zdążyła wyjaśnić, w głowie ułożyła mi się gotowa odpowiedź. – On ma żonę, tak?
– Tak – odparła cicho, jakby się bała, że ją źle ocenię i porównam do mojej siostry. – Ela, jego żona, choruje na stwardnienie rozsiane. I to trwa już od wielu lat. Na początku przez bardzo długi czas byliśmy serdecznymi sąsiadami. On pomagał mnie, a ja jemu, czasem pogadaliśmy przy płocie. Bywały dni, kiedy Maciej musiał coś załatwić w urzędzie, wtedy zostawałam z Elą. – Ciocia zamieszała wino w kieliszku i upiła spory łyk. – Ela zawsze była miła, wdzięczna za pomoc, choć z czasem coraz mniej mówiła. Choroba zaczęła zabierać jej nie tylko siły, ale i możliwość komunikowania się. Stała się całkowicie zależna od Maćka, a on robił się coraz bardziej zmęczony i przytłoczony tym wszystkim.
– Mają dzieci? – spytałam.
– Nie mają. Nie zdążyli, najpierw rozkręcali firmę, a potem Ela zachorowała. I tak to trwa. Maciek naprawdę się starał. Ale widziałam, jak go to wszystko przygniata. Codziennie, od lat, cały ciężar spoczywa na jego barkach. Pamiętam, jak kiedyś usiadł u mnie na tarasie i powiedział, że czuje, jakby jego życie już dawno się skończyło.
Poczułam ścisk w żołądku. Ta historia była coraz bardziej emocjonalna.
– A ty stałaś się jego pocieszycielką i wsparciem w tych trudach – stwierdziłam.
– Tak, to nas do siebie zbliżyło. – Ciocia na chwilę spuściła wzrok. – A potem pojawiły się drobne gesty z jego strony. Chwile, kiedy zostawaliśmy tylko we dwoje. Rozmowy, które stawały się coraz bardziej intymne. Już nie o rzeczach codziennych, ale o tych głębszych. O samotności, o stracie, o przyszłości. I wtedy chyba to się zaczęło.
– Ale wspomniałaś, że on się z tobą tylko przyjaźni, a ty czujesz coś więcej – przypomniałam.
– Wiesz, Kiniu, były między nami chwile, kiedy on wiązał ze mną przyszłość, bo przecież wie, że Ela odejdzie, ale po każdej takiej deklaracji stwierdzał, że nie możemy czekać na jej śmierć, i znowu stawał się dla mnie tylko kumplem z sąsiedztwa.
– To… trudne – powiedziałam w końcu, choć miałam wrażenie, że żadne słowa nie oddadzą tego, co chcę wyrazić. – A ty? Co ty o tym myślisz?
– Chciałabym powiedzieć, że jestem ponad to, że umiem zachować dystans, ale prawda jest taka, że każda jego uwaga, każda rozmowa, w której wracamy do tego, „co by było, gdyby”, budzi we mnie nadzieję. Potem on znowu znika, bo się boi, a ja zostaję z niczym.
Nie wiedziałam, co bardziej mnie przytłacza: samotność cioci czy fakt, że ten cały Maciek wydawał się balansować na cienkiej linie, której końce trzymały miłość i poczucie obowiązku wobec żony.
– To rzeczywiście skomplikowana sprawa. – Sięgnęłam po kieliszek.
– Dla mnie to naprawdę trudne, bo wiesz, Kinga, to nie jest tak, że to wszystko wydarzyło się przypadkiem. Byłam w pełni świadoma, że każdy jego dotyk, każde spojrzenie czy słowo to kolejny mały krok stawiany poza granicę, którą sobie wyznaczyłam. Na początku myślałam, że te granice są nie do przekroczenia. Wmawiałam sobie, że przecież on ma żonę, chorą, potrzebującą go bardziej niż ktokolwiek inny. Tylko im dłużej byliśmy blisko, tym bardziej te granice się rozmywały. Uznałam, że też mam prawo do szczęścia, miłości, bliskości, ale… – Zamilkła wpatrzona w przestrzeń.
– Ale targają tobą dylematy moralne – dokończyłam.
– Oj, targają. I to nie masz pojęcia, jak bardzo. Czasem czuję się jak złodziejka. Jakby każda chwila, którą spędzam z Maćkiem, była zabrana Eli. Nawet jeśli ona nie jest już w stanie cieszyć się życiem tak jak dawniej, to wciąż jest jego żoną. I to nie ja powinnam być osobą, na której on polega, która go pociesza, przytula…
– Ciociu – odezwałam się w końcu, patrząc jej prosto w oczy. – A czy to, że dajesz mu wsparcie i bliskość, naprawdę odbiera coś Eli? Przecież nie możesz zabrać jej czegoś, czego ona już nie jest w stanie przyjąć. Choroba to nie tylko cierpienie chorego. To też pustka, która wokół niego powstaje. I ktoś tę pustkę musi wypełnić.
– Mam czasami tak wiele sprzecznych uczuć… Nieraz chciałam Maćkowi powiedzieć, żeby już do mnie nie przychodził, bo za każdym razem, kiedy zamykam za nim drzwi, cierpię. Cierpię też, kiedy jest u mnie, bo tam… – Wskazała dłonią w stronę domu sąsiada. – Tam leży Ela… I cierpię, kiedy ode mnie wychodzi, bo idzie do niej. I tak w kółko. On raz nie wyobraża sobie życia beze mnie, raz mówi, że musimy wrócić do bycia tylko przyjaciółmi. Jestem tym wykończona. Oboje zachowujemy się jak idioci. Tylko że ja nigdy nie zwątpiłam w swoje uczucia i dlatego jest mi tak cholernie ciężko to skończyć. A on…
– Dziś pożerał cię wzrokiem – stwierdziłam.
– No bo akurat znowu jesteśmy na etapie „kumple z sąsiedztwa”. Za chwilę spyta mnie, czy może wieczorem wpaść pogadać, ja się zgodzę, potem wylądujemy tam, gdzie się daje upust namiętności, a za miesiąc lub dwa znowu stwierdzi, że nie jest fair w stosunku do żony. – Westchnęła ciężko i dolała nam wina.
– Ciociu – zaczęłam powoli, ostrożnie dobierając słowa. – Wygląda na to, że oboje jesteście uwięzieni w czymś, co na dłuższą metę was niszczy. Ty kochasz go bezwarunkowo, ale on miota się między tym, co czuje, a tym, co uważa za swój obowiązek. Może to jest moment, żebyś postawiła granicę? Dla siebie, nie dla niego.
– Jak to?
– Mówię, żebyś w końcu przestała brać całą odpowiedzialność za to, co się dzieje. On jest dorosłym facetem, musi zrozumieć, czego chce. Ty nie jesteś jego terapeutką ani kotwicą, która ma go trzymać w miejscu. Jeśli chce być z tobą, powinien to jasno powiedzieć. A jeśli nie potrafi, to może czas, żebyś to ty powiedziała: „Stop, Maciek, ja tak dłużej nie dam rady”.
– Nie mogłabym pozwolić, żeby zostawił Elę – odparła z goryczą w głosie. – Nie czułabym się z tym dobrze. Widzisz sama, jakie to wszystko jest popieprzone. Niby wiem, czego chcę, a jednak gdyby Maciek jutro powiedział, że zaczynamy wspólne życie, to… pogoniłabym go z powrotem do Eli. I to jest najgorsze, Kiniu. Kocham go, ale nie jestem gotowa, by być tą, dla której oddaje chorą żonę do jakiejś wykańczalni. Jak mam z tym żyć?
– Widzisz, sama siebie zapędzasz w pułapkę. Skoro nie chcesz, żeby zostawiał żonę, to może pogadaj z nim, niech przestanie się bawić w tę sinusoidę, że raz jest kumplem, a za chwilę kochankiem. Od takiej emocjonalnej huśtawki naprawdę można zwariować. Jeśli wybierze ciebie i, oczywiście, obowiązek względem żony, to wiedz, że nie będzie łatwo, ale przynajmniej nie będziesz żyła już w tej niepewności. Nie będziesz czekała na moment, w którym on znowu wypali, że chce z tobą rozmawiać przez płotek – powiedziałam i podniosłam kieliszek do ust. – Dobre to wino. A, i jeszcze jedno. To normalna reakcja, że masz dylematy: że nie powinnaś, że Ela, że chora… Ale przecież ona… kurde, ona pomału odchodzi. Chyba oboje zdajecie sobie z tego sprawę, co?
– Oczywiście. Ale wiesz, jak trudno jest budować na boku swoje szczęście, kiedy widzisz, że ta, nazwę ją dobitnie, „przeszkoda” jest w takim stanie? – Ciocia spojrzała na mnie, a w jej oczach było tyle bólu, że aż mnie coś w dołku ścisnęło.
– Rozumiem, to trudne. Ale Ela nie jest już w stanie dać wam pełnej zgody na to, co się między wami urodziło. Pewnie gdyby wiedziała, że coś jest na rzeczy, i mogła mówić, to by was pobłogosławiła. Czytałam kiedyś książkę, nie mogę teraz sobie przypomnieć tytułu… To historia kobiety zmagającej się z poważną chorobą… Z bólem obserwuje, jak jej mąż zaczyna budować nowy związek z kimś innym. To była chyba jakaś przyjaciółka domu czy ktoś w tym stylu. Kiedy ta kobieta jest już praktycznie na łożu śmierci, ale wciąż świadoma, zdaje sobie sprawę, że zaraz odejdzie, a jej ukochany będzie z kimś innym. Wtedy wyraża pełną zgodę na to, by oni się tak nie ukrywali, bo ona przecież i tak wszystko widzi.
Ciocia spojrzała na mnie, ale zaraz potem westchnęła ciężko i odchyliła się na krześle, obracając kieliszek w dłoni.
– No tak… W książkach to wszystko zawsze jest takie proste, nie? Miłość, choroba, poświęcenie, zgoda. Kobieta odchodzi jak święta, a reszta żyje długo i szczęśliwie. – Jej głos był pełen ironii, ale gdzieś w nim kryło się wiele goryczy i smutku. – W prawdziwym życiu to nie działa w ten sposób. Ela, Maciek i ja nie jesteśmy żadnymi bohaterami z powieści.
– No nie jesteście, ale porozmawiać z nim musisz. Tak szczerze, od serca. I nie bój się tego, co możesz usłyszeć, bo czasem ludzie przyparci do muru głupio się bronią i pierdzielą od rzeczy.
– A ty porozmawiałaś z Dawidem? Spytałaś go, po co się z tobą żenił, skoro miał romans z Ksenią? I broń Boże nie odbieraj tego jako ataku! Ta nasza wymiana myśli bardzo mi pomogła i otworzyła oczy na wiele kwestii.
Zacisnęłam usta, czując, jak rośnie mi ciśnienie w głowie. Ciocia trafiła w czuły punkt. Wrócił temat, który od dawna próbowałam omijać szerokim łukiem. Łatwo jest doradzać innym, ale gorzej mieć porządek u siebie.
– To nie to samo, ciociu. Nasze sprawy tylko z pozoru są do siebie podobne. Gdy się dowiedziałam, że Dawid i Ksenia mnie okłamali, nie miałam się nad czym zastanawiać. Nie chciałam walczyć o ten związek, bo tam nie było już nic do ratowania. Ona była z nim w ciąży. A wyjaśnienia? Po co mi one? Co mnie obchodzi, od kiedy gzili się ze sobą, skoro fakty są jasne? Zdrada to zdrada, a ja nie zamierzałam udawać, że można coś jeszcze z tego sklecić. Żadne tłumaczenia nie sprawią, że nagle zapomnę, jak mnie potraktowali.
– No tak, u ciebie ciąża, u mnie choroba… Jesteś taka młoda i taka mądra, Kiniu. Wiem, że twoje serce nadal krwawi, ale i tak wyszłaś z tego silniejsza – powiedziała z uznaniem.
– Nie wiem, czy jestem silniejsza, ciociu. Wiedziałam, że muszę się pozbierać, bo nikt za mnie tego nie zrobi. Tak jak ci mówiłam na tarasie, dziś to wszystko do mnie wróciło i boli jak cholera, ale jutro będzie lepiej. Jestem tu u ciebie, jest miło, przytulnie, rozmawiamy, próbujemy nawzajem sobie pomóc i to się liczy.
– A jak wrócisz do Częstochowy…? – zaczęła ciocia, wpatrując się we mnie z takim wyrazem twarzy, jakby chciała powiedzieć coś ważnego, lecz nie wiedziała, jak to ująć.
– Nie myślę o tym teraz, ale wrócić muszę. Mam tam swoje życie, pracę, znajomych…
– Wiesz, że w każdej chwili możesz przyjechać tu, do mnie, prawda? – powiedziała.
– Nie mam tyle urlopu, ale dziękuję. Wiem, że u ciebie zawsze znajdę bezpieczną przystań. – Uśmiechnęłam się lekko.
– Ale ja nie miałam na myśli przyjazdu na urlop.
Zaskoczona zmarszczyłam brwi.
– Nie myślałaś o tym, żeby wyprowadzić się z Częstochowy?
– Wyprowadzić się? – powtórzyłam, próbując zrozumieć, co dokładnie ma na myśli. – Z Częstochowy? Ale przecież tam mam wszystko: pracę, życie… To nie jest takie proste.
Ciocia wzruszyła ramionami, jakby nie zgadzała się z moim sposobem patrzenia na sprawy. Dźwięk jej telefonu wyrwał nas na chwilę z rozmowy. Sięgnęła po aparat i odczytała wiadomość.
– Stało się coś? – spytałam, widząc jej minę.
– Twój ojciec wysłał zdjęcia. – Odłożyła telefon.
– Pokaż.
– Jesteś pewna?
– Tak, przecież już jedną fotkę widziałam – odrzekłam zdecydowanie.
Ciocia wahała się przez moment, ale w końcu podała mi telefon. Widziałam, jak palce jej drżą, gdy przewijała ekran, aż w końcu zatrzymała się na ostatnich zdjęciach.
Moja siostra leżała na łóżku szpitalnym, trzymając w ramionach noworodka. Uśmiechała się szeroko, a Dawid stał obok niej, patrząc na dziecko z wyrazem czułości na twarzy. W tle widać było szpitalny pokój, a na stoliku stał bukiet czerwonych róż.
– Ten mój brat zwariował. Po jaką cholerę wysyła mi zdjęcia, kiedy wie, że jesteś u mnie? Poza tym powiedziałam im już na samym początku, że nie podoba mi się to, co zrobiła Ksenia. – Ciocia się wyraźnie zdenerwowała.
– No co, chwali się dziadek – powiedziałam zgodnie z prawdą. – I wiesz co? Jak tak na nich patrzę, to wszystko wydaje mi się takie nierealne. Niby widzę na zdjęciu osoby, które znam i które kiedyś były mi bliskie, ale… – Zaśmiałam się gorzko, wciąż wpatrując się w zdjęcie na telefonie. – Jakbym patrzyła na scenę z jakiejś telenoweli.
– Kinga, wiesz, że możesz się po prostu odciąć od tego wszystkiego – powiedziała w końcu ciocia.
– Mam uciec?
– Nie uciec, zostawić przeszłość za sobą.
Zostawić przeszłość za sobą? Zamknęłam oczy, czując, jak perspektywa wyjazdu z Częstochowy, wyrwania się z tego, co mi nie służy, staje się coraz bardziej realna. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej czułam, że coś w tych słowach rezonuje ze mną na głębszym poziomie.
– Obiecuję, że się zastanowię. Może to wcale nie jest taki głupi pomysł i nie ma co się bać zmian.
– A ja obiecuję, że dziś wypożyczę sobie Maćka i poważnie z nim pogadam. Ale teraz muszę pomóc w wydaniu kolacji i sprawdzić, czy nikt ode mnie niczego nie potrzebuje. Dawno nie zrobiłam sobie wolnego popołudnia. Dziękuję, Kinga. – Ciocia cmoknęła mnie w policzek.
– Ja tobie też dziękuję. Ta rozmowa bardzo mi pomogła, jest mi lżej i jakoś tak spokojniej – wyznałam, czując, jak ulga rozlewa się po moim ciele. – Pomogę ci z tą kolacją, bo nie lubię bezczynnie siedzieć.
Redakcja: Julia Zając
Korekta: Katarzyna Dańska, Adrianna Hess, Wiktoria Lic
Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz
Zdjęcie wykorzystane na okładce: © Primorac91
Skład i łamanie: pagegraph.pl
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.
03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210
www.wydawnictwomieta.pl
tel. +48 505 636 224
ISBN 978-83-68608-26-7
