Doberman - Jacek Piekiełko - ebook + książka
NOWOŚĆ

Doberman ebook

Piekiełko Jacek

4,1

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Ta historia wydarzyła się naprawdę!

1996 rok. Rosja. W rzece Aba zostaje znaleziony kawałek dziecięcej czaszki. Po intensywnych przeszukiwaniach terenów wokół rzeki, śledczy odnajdują rozczłonkowane ciała dziewczynek i chłopców w wieku od 9 do 14 lat. Na mieszkańców Nowokuźniecka pada blady strach. W mieście pojawiają się pogłoski o wyjątkowo brutalnym, seryjnym mordercy. Jak się okazuje to nie koniec wstrząsających, makabrycznych zbrodni... 
Poznaj historię chłopca, który mógłby być twoim kolegą. Mężczyzny, z którym chętnie napiłbyś się wódki i ponarzekał na otaczający cię świat. Człowieka, który przeżył wielką miłość.

Poznaj historię najbardziej przerażającego mordercy współczesnej Rosji. Potwór z Nowokuźniecka, Syberyjski Rozpruwacz, maniak, chałupnik, bestia — to wszystkie przydomki seryjnego mordercy, o którym Rosja chciałaby zapomnieć. Czy masz odwagę, by zobaczyć jak wygląda najgłębsza otchłań zła?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (10 ocen)
5
2
2
1
0
Sortuj według:
annakostro

Nie oderwiesz się od lektury

Straszna, trudna, obrzydliwa.
00
andreysmely

Dobrze spędzony czas

Trudne....
00

Popularność




RedakcjaMonika Orłowska
KorektaJanusz Sigismund
Projekt graficzny okładkiMariusz Banachowicz
Zdjęcie wykorzystane na okładce©Seregraff/Shutterstock
Skład i łamanieAgnieszka Kielak
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2021 © Copyright by Jacek Piekiełko, Warszawa 2021
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66939-77-6
Wydawca Agencja Wydawniczo-Reklamowa Skarpa Warszawska Sp. z o.o. ul. Borowskiego 2 lok. 24 03-475 Warszawa tel. 22 416 15 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

Black dog in my head

Guiding me to the end

Samurai, Black Dog

Doberman jest jedyną rasą niemiecką, która nosi imię swojego pierwotnego hodowcy, Friedricha Louisa Dobermanna (2.01.1834 – 9.06.1894). Uważano, że jest poborcą podatkowym, kierownikiem zakładu przerabiającego odpady rzeźnicze i legalnie działającym hyclem na pół etatu, mającym uprawnienia do łapania bezpańskich psów. Rozmnażał najostrzejsze ze złapanych zwierząt. Najważniejszą rolę w powstaniu rasy dobermanów odegrały tzw. psy rzeźnickie, które już wtedy uważano za rasę stosunkowo czystą. Pochodziły od wczesnych rottweilerów pomieszanych z żyjącymi w Turyngii psami typu pasterskiego – o czarnej maści z rdzawymi znaczeniami. Dobermann krzyżował takie psy w latach siedemdziesiątych XIX w. W ten sposób uzyskał „własną rasę”. Dobermany były często używane jako psy stróżujące i policyjne. Wykorzystywano je w polowaniach do zwalczania dużych szkodników.

Na podstawie: FEDERATION CYNOLOGIQUE INTERNATIONALE (AISBL)

http://www.fci.be/nomenclature/standards/143g02-en.pdf

PRZEDMOWA

Często życzę swoim czytelnikom przyjemnej lektury, udanej zabawy, dobrej rozrywki, wciągającej historii, czasu pełnego emocji. O ile te ostatnie słowa można teraz powtórzyć, to życzenie dobrej zabawy czy przyjemności z obcowania z tekstem byłoby w przypadku tej powieści nie na miejscu.

Chciałbym zostać dobrze zrozumiany; Doberman nie jest historią lekką, niosącą lekturową odskocznię, która pozwala na relaks, odpoczynek od codzienności. Oczywiście wpisany został w ramy gatunkowe thrillera, jednak ze względu na pewne okoliczności, myślenie o tej powieści wyłącznie jako czystej rozrywce, byłoby nie fair w stosunku do rodzin, które straciły bliskich z ręki rosyjskiego potwora. Tak uważam, dlatego starałem się pogodzić niesamowitość tej historii, kuszącą sensacyjność i walkę o uwagę odbiorców z próbą oddania jak najwięcej prawdziwych emocji, mogących towarzyszyć bohaterom w tak skrajnych przeżyciach, na jakie zostali narażeni.

Doberman jest powieścią z gatunku „true crime”. Opiera się więc na prawdziwych wydarzeniach, jednak trzeba pamiętać, że nie jest to reportaż. Czytelnik może się spodziewać zarówno prawdziwych informacji, jak i wytworów pisarskiej wyobraźni. Nie jest to również powieść pisana na wzór Z zimną krwią Trumana Capote, niedoścignionego mistrza, który właśnie wspomnianym dziełem zapoczątkował literackie historie oparte na autentycznych wydarzeniach, czyli fabuł dotykających sytuacji faktycznie mających miejsce, ale siłą rzeczy narracją sięgających po obszary wyobrażone. Podobno Capote tak bardzo wkręcił się w prawdziwość opowiadanej historii, że z niecierpliwością wyczekiwał wyroku sądu w sprawie zabójstwa rodziny Clutterów, dokonanego przez Richarda „Dicka” Hickocka i Perry’ego Smitha – morderców, których autor bardzo wnikliwie przedstawia w swojej powieści. Nie potrafił skończyć książki, nie mógł postawić ostatniej kropki, dopóki nie poznał ostatecznego wyroku sądu i sposobu jego wykonania. Wyrok oznaczał śmierć przez powieszenie dla obu przestępców.

Wracając do Dobermana, jeszcze raz chcę podkreślić, że historię oparłem na prawdziwych wydarzeniach i realnych postaciach, jednak sporo fabularnej materii wynika z przetworzenia wielu przeczytanych artykułów oraz książek i próby poukładania prawdopodobnych, psychologicznych zależności. Nigdy nie możemy być pewni, czy aspekty socjologiczno-psychologiczne, na które kładziemy nacisk po wcześniejszym zapoznaniu się z życiorysem danej postaci, faktycznie stały się zapalnikiem niektórych zdarzeń i zachowań bohatera. Możemy jedynie czytać, obserwować i korzystać z dostępnej wiedzy psychologicznej, próbując przedłożyć prawdopodobne konsekwencje sytuacji i traum.

Podczas pisania wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, które pewnie wybrzmi również u Was: dlaczego przypominać o tak drastycznych wydarzeniach, dlaczego kultywować pamięć o jednym z najstraszniejszych zbrodniarzy XX w.? Przecież ta historia jest przesiąknięta złem, jest ohydna, obsceniczna, pełna okropieństw. Uważam, że pisarz powinien sięgać po każdy temat, a w tym przypadku właśnie jeden powód wydaje się humanistycznie najważniejszy – w centrum tego szaleństwa stał człowiek.

Jestem przekonany, że gdybym sam wymyślił postać mordercy występującego w Dobermanie, czyli figurę wyłącznie fikcyjną, wielu czytelników stwierdziłoby, że przesadzam, że to nierealne, by ktoś taki istniał i dokonywał tych wszystkich potworności, że chcę wyłącznie szokować, że epatuję brutalnością. W tym przypadku to realne życie napisało makabryczny scenariusz.

Długo się wahałem, czy zacząć pracę nad tym materiałem. Gdy przeczytałem więcej o zbrodni, stwierdziłem, że nie dam rady, że to po prostu nie dla mnie. Ale następnie, po zapoznaniu się ze szczegółami całej historii, ujrzałem pole do literackiej eksploatacji. Punktem wyjścia był człowiek i ciekawość, w jaki sposób doszło do tak ekstremalnie nieludzkich zachowań. Skąd się wzięły? Co je zrodziło? Czy były dziełem przypadku? Starałem się uczynić narratora jak najbardziej przeźroczystym po to, aby nic nikomu nie narzucać, a przede wszystkim uniknąć sądów i moralizatorstwa. Oczywiście wiele konfabuluję, ale według mnie cała historia Bestii z Nowokuźniecka niestety mogła wyglądać właśnie tak...

PROLOG

2013 rokNowokuźnieck

Mężczyzna, który miał zamiar kupić od Władimira Zinera samochód, mieszkał na Pionierskiej. Wybłagał przez telefon, żeby to właściciel do niego podjechał; w zamian obiecał nie targować się i na dziewięćdziesiąt procent zdecydować się na zakup. Ziner niechętnie zgodził się przyjechać na wskazaną ulicę. Wiedział, że po pierwsze potencjalny klient i tak będzie się targował, a jego wymówka, że choruje na nogę i nie da rady poruszać się komunikacją miejską, by sfinalizować transakcję pod adresem sprzedającego, wynika zapewne z lenistwa.

„Potrzebuję tego samochodu właśnie ze względu na moją chorobę” – przekonywał.

Po drugie Ziner wolałby wybrać się nawet do samego piekła, byle tylko uniknąć wizyty na ulicy Pionierskiej. Ludzie uznawali go za bohatera, za dobrego policjanta, który doprowadził do schwytania najstraszniejszego przestępcy Nowokuźniecka, a jak twierdzą niektórzy, całej Rosji. Ziner widział to inaczej.

Pojmał diabła. A gdy spotykasz się z samym diabłem, mimowolnie ocierasz się o cząstkę zła. To jak podanie ręki, uścisk brudnej, oślizgłej dłoni, którą zaraz potem chcesz obetrzeć o spodnie, ale wiesz, że i tak nie usuniesz nieczystości w taki sposób.

Zwyciężyła wizja pozbycia się gruchota i zainkasowania całkiem dobrej sumki. Dlatego Ziner wydrukował umowę kupna-sprzedaży, wsiadł w samochód i skierował się w rejon Nowokuźniecka, który tak naprawdę chciałby omijać z daleka. Na moment mocniej zacisnął palce na kierownicy. „A jeśli to pułapka? – pomyślał. – Może ktoś skojarzył, że jeździłem właśnie tym samochodem, i chce mnie w niewiadomym celu zwabić na Pionierską?”

Poczuł suchość w gardle. Wielokrotnie śnił koszmar, w którym Potwór wraca do siebie, spotykają się na ulicy, na klatce schodowej, na targu, w sklepie, w pustym, ciemnym tunelu; wtedy Ziner dostaje cios w głowę. Budził się zawsze w mokrej koszulce, a klatka piersiowa mu falowała, jakby właśnie wykonał potężny wysiłek fizyczny. Władimir po cichu wstawał z łóżka, by nie obudzić swojej żony Isłany, brał z nocnego stolika paczkę papierosów i wychodził na balkon, nawet w silny mróz. Palił łapczywie, drżąc z zimna, ale przynajmniej wtedy czuł, że rzeczywistość jest tu i teraz, a okropna sprawa prowadzona prawie dwie dekady temu już dawno została zamknięta i nie należy do niej wracać. Zaciągał się dymem papierosowym i wpatrywał w nikłe światła nocnej odsłony Nowokuźniecka. Podczas wielu lat służby widział naprawdę dużo, o wiele za dużo nawet jak na śledczego. Znał takich, których sprawy morderstw łamały, niszczyły im psychikę, sprawiając, że musieli odejść z policji. Słyszał, że ci, którzy pracowali przy jego ostatniej sprawie, poszli na długie urlopy, o co on sam oraz inni przełożeni nie mieli do chłopaków pretensji.

To miasto było przesiąknięte złem. Często myślał o nim jak o żywym organizmie. Zastanawiał się, czy miasto może mieć duszę. Jeśli tak, to Nowokuźnieck już dawno ją zatracił. Ziner, gdyby mógł, zaprojektowałby je na nowo. Albo zburzył i już nigdy nie odbudowywał.

To miasto było chore, zainfekowane przez Dobermana, jak często określał poszukiwanego, zbrukane przez Potwora, zapłodnione przez samego diabła, który wciąż karmił strachem umysły mieszkańców i podsuwał kolejne historie związane z największym złem, jakie mogło się wydarzyć.

Znał te historie, a owszem. Podsycane przez dziennikarzy wieszczących powrót Bestii, jego kolejne zwolnienie z zakładu zamkniętego. Te artykuły poza zasianiem ziarna niepokoju miały jednak wymiar czysto polityczny, czyli możliwość skrytykowania ówczesnej władzy w sposób zawoalowany poprzez wskazanie błędów w sądach, psychiatrii, policji i służbie zdrowia. Niemniej pogłoski o powrocie Dobermana trafiały na podatny grunt. Mówiono o tym w sklepach, na bazarach, szeptano w kolejkach do przychodni czy na przystankach autobusowych. Plotki przekazywane z ust do ust nabierały monstrualnych kształtów, wykrzywiały rzeczywistość, zwłaszcza dzieciom, których rodzice, z braku podstawowych umiejętności pedagogicznych, załatwiali każdą trudną sprawę wychowawczą poprzez przywoływanie historii o Bestii i straszenie jej powrotem.

Ziner puszczał podobne historie mimo uszu. Zdecydowanie bardziej poruszały go inne, zwłaszcza te, których prawdziwość była nie do podważenia. Gdy policja na wiele lat zamknęła drzwi do mieszkania Dobermana, ostatnimi lokatorami okazały się myszy. Sąsiedzi pamiętali, jak podczas próby zaspawania wejścia do lokalu usytuowanego na ósmym piętrze ze środka wylał się potok szarych myszy. Zbiegały po schodach, uciekały z mieszkania jak z tonącego statku. Wielu z lokatorów budynku przy Pionierskiej dałoby wszystko, by ten statek poszedł na dno i pozostał tam na wieki. Niepokoiły tylko doniesienia, że właścicielka wciąż opłaca czynsz...

Podobne znaki odczytywali przechodnie, którzy akurat podążali Pionierską. Historia, która zapisała się w mieszkaniu 357, wciąż rozpalała ich wyobraźnię, a widok okien tego lokalu wciąż hipnotyzował, przyciągał spojrzenia ciekawskich, próbował zawładnąć ich umysłem, podsuwając makabryczne obrazy, które były jedynie wyimaginowane. Ziner, jako jedna z nielicznych osób, był w tym mieszkaniu i widział na własne oczy każdy zakamarek przesiąknięty dojmującym złem, złem w czystej postaci.

Natomiast mieszkańcy Pionierskiej zauważyli, że stado gołębi wybiło dziury w oknach balkonu mieszkania 357 i zalęgło się wewnątrz. Babinki doliczyły się około stu gołębi, twierdząc, że są to dusze zamordowanych przez Bestię. Ptaki panoszyły się na balustradzie, kłębiły pod sufitem balkonu, jakby nie mogły odlecieć, przenieść się w lepsze miejsce, na zawsze uwięzione w budynku przy Pionierskiej.

Ziner zaparkował samochód wzdłuż ulicy, znalazłszy lukę między dwoma innymi pojazdami. Wyszedł z auta i od razu spojrzał na upiorny budynek, do którego chciałby nigdy nie wchodzić, ale pogodził się już z tym, że czasu nie da się cofnąć, a pewnych obrazów wyrzucić z pamięci.

Słyszał również o nieodpowiedzialnym zachowaniu nastolatek, które regularnie przychodziły pod drzwi mieszkania zajmowanego przez Bestię i rysowały różne symbole oraz hasła. Wieszczyły kult Dobermana, pisały peany na jego cześć, a nierzadko zatapiały rękę w farbie i odciskały dłoń na drzwiach, jakby chciały zaznaczyć swoją obecność i namacalnie poczuć złą energię, która według mieszkańców Pionierskiej 53 wciąż jest skumulowana w murach całego budynku. Legendy o tym, że w bloku mieszkania Bestii straszy, przyciągały ciekawskich, zwłaszcza młodzież, która pod wpływem różnych substancji pobudzających wchodziła do środka i okupowała piwnice, upijając się. Wartość mieszkań przy Pionierskiej odnotowała zdecydowany spadek, wprost proporcjonalny do niezdrowej fascynacji i zainteresowania, którego Bogu ducha winni lokatorzy woleliby uniknąć.

Historii związanych z przeklętym miejscem było więcej...

Czasami powstawały nowe, wyrosłe na zasłyszanych legendach.

I właśnie o to Ziner miał chyba największy żal do ludzi, do całego świata, który fascynuje się zbrodnią, podtrzymując pamięć o psychopacie, który takiego poklasku szukał. Nie mógł jednak nic z tym zrobić. Czasami tłumaczył sobie, że może dobrze, iż czyny popełnione przez zwyrodnialców są przypominane. Z uwagi na ofiary, by nigdy o nich nie zapomnieć, oraz jako przestroga dla innych, żeby dać sobie trochę więcej czasu, zanim zaufa się drugiemu człowiekowi. Chociaż Ziner wiedział, że ostrożność to tylko pobożne życzenie. Lata służby w policji kryminalnej nauczyły go, że jeśli złodziej chce ukraść twój samochód, nie pomogą żadne zabezpieczenia. Jeśli morderca wypatrzy twoje dziecko w tłumie, nic go nie powstrzyma. Dlaczego? Ponieważ musiałbyś walczyć z losem, z wypadkową złego czasu, złego miejsca, z krzyżującymi się sytuacjami, do których dochodzi zazwyczaj całkowicie przypadkowo.

Znaleźć się o złej godzinie w złym miejscu. Zinier coś o tym wiedział.

Spojrzał na mężczyznę, który wyszedł z budynku na Pionierskiej, pomachał mu i przeciął jezdnię, podbiegając. Miał krótko ostrzyżone włosy, bardzo rzadki, nieprzycinany zarost i za szerokie ubrania, które wisiały na nim jak na strachu na wróble. Musiał zbliżać się do trzydziestu lat. Jego oczy szybko lustrowały otoczenie. Przenosił nerwowo wzrok z Zinera na samochód i z powrotem.

– O... to pan – powiedział na powitanie, co od razu nie spodobało się Władimirowi.

– Pan tu mieszka? – zapytał policjant, łypiąc na budynek za plecami mężczyzny.

– Niedawno się wprowadziłem. Nazywam się Artiom Bieriezucki.

– To co, dobijamy targu? – Ziner wskazał na samochód. – Wszystko zgodne z ogłoszeniem.

Chłopak się zaśmiał.

– Tak właśnie skojarzyłem, że to pan jest właścicielem. Gdy tylko zobaczyłem to auto, całkiem przypadkowo w ogłoszeniu, od razu wiedziałem, że to pan.

– Czyli kto? Musiał mnie pan z kimś pomylić.

– To pan prowadził sprawę...

– Oferta już nieaktualna.

Ziner, czerwony na twarzy z wściekłości, odwrócił się, wsiadł do auta i z hukiem zatrzasnął drzwi, do których Bieriezucki od razu doskoczył.

– Czego?! – odezwał się Ziner, gdy chudzielec pociągnął za klamkę i prawie wdarł się do środka.

– Tylko kilka pytań... Błagam. Piszę artykuł o wydarzeniach z dziewięćdziesiątego szóstego. To moja ogromna szansa na angaż w redakcji.

– Zostaw te drzwi!

– Proszę... Wynająłem specjalnie mieszkanie w tym bloku, żeby zaobserwować, jak wygląda życie po tym wszystkim, co się tutaj wydarzyło.

– Nie obchodzi mnie to.

– Kupię i tak pana samochód. Czy to prawda, że pan własnoręcznie...

Ziner pociągnął za uchwyt w drzwiach, zamykając je z całej siły. Tym samym przytrzasnął palce Bieriezuckiego. Mężczyzna zawył z bólu i przycisnął dłoń do piersi.

Władimir nie przejął się kontuzją nachalnego dziennikarza. Odpalił silnik samochodu, wycofał gwałtownie i energicznie nacisnął na hamulec, by nie uszkodzić pojazdu zaparkowanego za nim, po czym przekręcił kierownicę w lewo aż do oporu i wyjechał na jezdnię, prawie potrącając przy tym Bieriezuckiego. Był na siebie wściekły, że tak łatwo dał się podejść. Kolejny raz pomyślał, że chyba najwyższa pora wynieść się z tego miasta. Inaczej nigdy nie uwolni się od tej sprawy.

Naraz zatrzymał się z piskiem opon. Naszła go konkretna myśl. A może w taki sposób nigdy nie ucieknę od problemu, może wreszcie trzeba nazwać wszystko po imieniu, wyjawić prawdę i pokazać... Nie! To byłoby zbyt trudne. Wtedy jeszcze raz przypomniały mu się słowa, które doprowadziły go do białej gorączki: „Czy to prawda, że pan własnoręcznie...”

„Skąd ten młokos wiedział, co zrobiłem? Czy zna prawdę o wydarzeniach z dziewięćdziesiątego szóstego? Jeśli tak, to w jaki sposób chce ją wykorzystać? Mogę być przeciwko niemu lub wpłynąć na to, jakie informacje ukażą się publicznie” – pomyślał Ziner. Tym jednym zdaniem dziennikarz zdradził, że wie o wiele więcej niż inni. Osób, które chciały zająć się szczegółami śledztwa i całej sprawy, przez lata nie brakowało. Jeśli Bieriezucki wiedział, co stało się pewnego dnia, musiał dysponować innymi faktami. Ziner nie zamierzał brać udziału w żadnej publicznej dramie. Chciał usunąć się w cień, raz na zawsze mieć święty spokój, dlatego nie mógł sobie pozwolić, by ten dziennikarz wciągał go ponownie w wydarzenia sprzed lat i łączył z sytuacjami, o których, nie wiadomo skąd, niespodziewanie musiał się dowiedzieć.

Dlatego, ku kompletnemu zaskoczeniu Bieriezuckiego, Ziner ponownie zjechał na pobocze i wysiadł z auta. Dziennikarz wolnym krokiem, niepewnie, zbliżył się do niego.

– Jednak chciałbym sprzedać ten samochód – oznajmił Ziner.

Dziennikarz się uśmiechnął.

– Opowiem, jak było – dodał policjant. – A potem pan to opisze, ale na moich warunkach.

CZĘŚĆ PIERWSZA

SASZKA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Z tatą na ryby

1977 rokNowokuźnieck

Szli w kierunku jeziora. Pod butami trzaskał mróz. Temperatura wynosiła minus piętnaście stopni Celsjusza, było ciemno, ponieważ słońce dopiero wschodziło, a zarośla porastające brzeg, przykryte śniegiem, przypominały pradawne demony.

Saszka spoglądał na szkarady i bardzo się bał. Mimo to próbował nadążyć za ojcem, który zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Chłopiec patrzył tępo w poruszające się po śniegu buciory mężczyzny, wyznaczające drogę. Wydawało mu się, że jak tylko porzuci tę czynność, straci ślad i zostanie tam zupełnie sam. Straszydła zbyt mocno jednak przykuwały uwagę, hipnotyzowały wzrok chłopca, który chciałby się rozpłakać, ale wiedział, że lepiej tego nie robić. Nie wolno denerwować ojca.

Saszka chciał podać ojcu rękę i poczuć ciepło przez grubą rękawicę. Jednak ojciec nigdy nie wziął go za rękę, więc chłopiec szybko wycofał się z tego pomysłu, który ujawniłby jego słabość. Musiał być twardy, żeby tatuś znowu nie nazywał go mazgajem i nie straszył, że odda go do sierocińca.

Sierociniec. To słowo wybrzmiewało w nim jak coś zakazanego, od czego powinien trzymać się z dala. Budziło lęk. W młodości Aleksandr, na którego bliscy wołali Sasza, przywiązywał wagę do tego, co mógł usłyszeć. Znaczenia niektórych słów nie rozumiał, ale już wtedy wywoływały w nim odrazę: kurwa, prostytutka, cipa, ruchać, seks. Ojciec często je wypowiadał, a mały Saszka bardzo się ich bał. Gdy je słyszał, miał wrażenie, jakby oślizgły, zimny wąż dotykał jego skóry i przesuwał się po ciele.

Wzdrygnął się, spoglądając na buciory ojca.

– Bo cię tutaj zostawię – mruknął mężczyzna, odwracając się do syna, który pozostał kilka kroków za nim.

Saszka nie radził sobie z emocjami dotyczącymi swojego ojca. Kochał go i jednocześnie nienawidził. A może tylko tak mu się wydawało, bo tak jak zakazanych słów, także i tych znaczenia nie rozumiał. Nikt nigdy nie uczył go miłości, nie pokazał, jak potężne jest to uczucie, ponadczasowe i fundamentalne. Kochał ojca, gdy ten uśmiechał się do niego, odsłaniając wybrakowane uzębienie. Nienawidził, gdy przeklinał, krzyczał, bił mamę i jego. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tatuś tak często i szybko zmienia nastroje, raz jest radosny, tańczy i żartuje, by po chwili wpaść w złość i rzucać wszystkim, co akurat nawinie mu się pod rękę. Dlaczego tatuś śmierdzi moczem, potem i pije tak dużo wódki, że aż źle się czuje? Nie może wtedy podnieść się z podłogi, zalega w mieszkaniu, tarasując przejście do kuchni i ma spodnie tak brudne... To było raz, gdy mamusia myła ojca w balii, on się zataczał i cały był w śmierdzącej szaletem mazi. Sasza zapamiętał ten okropny widok, wzbudzający empatię, żal, ale jeszcze tego samego wieczoru te wszystkie uczucia przeobraziły się w niewypowiedzianą niechęć do ojca, gdy ten, już umyty i ubrany, siedział długo w kuchni, najpierw zjadając zupę, do której cały czas palił papierosy, by następnie wypić czaju ze szklanką wódki. A potem coś w niego wstąpiło. Kazał mamusi się rozebrać, ona biła go po głowie, a on ją po plecach i zniknęli za drzwiami, a w zasadzie to Sasza wybiegł do drugiego pokoju i zasnął przykryty poduszkami, by nie słyszeć niezrozumiałych, zwierzęcych odgłosów wypełniających całe mieszkanie, dźwięków zakazanych i strasznych.

Ojciec rzadko bywał w domu, co na początku bardzo przeszkadzało Saszce, by później jednak stanowić wyczekiwany stan rzeczy, zwłaszcza dla matki. Ostatniego wieczoru chłopca zbudziły krzyki wydobywające się już z klatki schodowej. Ktoś z impetem wparował do mieszkania. Głosy przybrały na sile. Sasza obserwował wszystko przez szparę niezamkniętych drzwi oraz dziurkę od klucza. Jakaś wymalowana kobieta z rozczochranymi włosami siedziała na kolanach tatusia. Znajdowali się w kuchni, do której szybko weszła mamusia i zaczęła okładać ojca zwiniętą gazetą, co sprawiło, że pani, która ich odwiedziła, zastukała wysokimi obcasami i w pośpiechu opuściła mieszkanie. Mama krzyczała, że tata Saszy jest dziwkarzem i że więcej już ma nie przychodzić do tego domu, wtedy on ją tak mocno zbił, że aż płakała.

– Ale Saszy masz nie tykać!

Chłopiec długo nie mógł zasnąć. Płakał do poduszki, bo coraz więcej rozumiał z zaistniałej sytuacji. Wiedział, że ojciec jest podłym człowiekiem, ale ten człowiek był jego jedynym ukochanym tatusiem.

Gdy obudził się rano, zastał rodziców w kuchni. Matka w milczeniu przygotowywała śniadanie. Ojciec ze zmierzwionymi włosami, ubrany w koszulkę na ramiączkach, skarpety i majtki, siedział zgarbiony nad talerzem i od niechcenia dłubał widelcem w posiłku składającym się z jajecznicy i pasztetowej z puszki. W aluminiowej popielnicy, w żłobieniu krawędzi, tkwił z wolna wypalający się papieros.

Było wcześnie rano, sobota. Aleksandr zauważył, że matka ukradkiem uśmiechnęła się do ojca. Nic z tego nie rozumiał. Jeszcze kilka godzin temu byli na siebie wściekli. Może tatuś przeprosił mamusię i teraz już zawsze będzie dobrze?

– A ty czemu nie śpisz? – rzuciła Ludmiła.

– Jestem głodny – odparł Sasza.

– Czy jedzenie rośnie na drzewie? – niespodziewanie odezwał się ojciec.

Aleksandr milczał.

– Pytam się, czy myślisz, że jedzenie rośnie na drzewach.

– Przestań – zareagowała matka.

– Nie wtrącaj się. Gadam z młodym. Jaką więc masz na to odpowiedź? – Wziął w niezgrabne palce papierosa, który już prawie się wypalił, i zaciągnął się wolno i mocno.

– Eee... Niektóre jedzenie rośnie na drzewie.

– Co rośnie?

– Jabłka, gruszki i... czereśnie.

– A mięso rośnie na drzewie?

– Mięso?

– Mięso.

– No... chyba nie.

– A może jednak?

Chłopiec się roześmiał. Mylnie odczytał pytania ojca jako zabawę.

– Z czego rżysz?

– Nikołaj! – wtrąciła się matka, ale mężczyzna spojrzał na nią takim wzrokiem, że kobieta nie ośmieliła się już niczego więcej powiedzieć. Spuściła głowę i odwróciła się od nich, zanurzając ręce w misce z wodą, w której płukała naczynia.

– Wiesz, Saszka, czasami mięso rośnie na drzewie. Wiesz kiedy?

Chłopiec zaczął kręcił młynki dłońmi, nerwowo przebierać nogami, intensywnie myśląc i szukając najlepszej możliwej odpowiedzi.

– Wiem! – krzyknął zadowolony. – Rośnie, jak wieszamy na gałęziach spyrkę dla ptaszków. Żeby przetrwały zimę.

– Tak to wymyśliłeś. – Ojciec z aprobatą pokiwał głową i zapalił nowego papierosa. – A jak ktoś się wiesza na drzewie, taki samobójca, to tak jakby mięso wyrosło.

– Przestań – nie wytrzymała Ludmiła.

– Mówiłem, żebyś się nie wtrącała. – Przeniósł z powrotem wzrok na Saszę. – To taki wisielec jest jak mięso. Za wojny i w czasach Wielkiego Głodu ludzie jedli się nawzajem. Wiedziałeś o tym?

Saszka pokręcił głową.

– Zastanawiałem się nad tym kiedyś... – ciągnął ojciec. – Bo widzisz. Tutaj mam zegarek. – Wskazał płaskie urządzenie przyczepione do ręki wytartym, starym paskiem. – I ten zegarek należy do mnie. Ale jak umrę, to już nie będzie mój zegarek, bo mnie nie będzie na tym grajdole. Chyba że spiszę testament, to powinniście go dostać. Ale raczej tego nie zrobię. Więc czyj będzie ten zegarek? Znalazcy lub szabrownika, który jako pierwszy dostanie się do trupa. Tak samo jest z ciałem wisielca. Nie należy do nikogo, więc może być zjedzone przez tego, kto pierwszy do niego dotrze.

– Nikołaj, co ty w ogóle opowiadasz?

– Nie ma nic za darmo, Saszka – powiedział, ignorując żonę. – Dlatego idziemy zaraz na ryby, żeby złapać coś na obiad i kolację.

– Gdzie będziesz chłopca ciągnąć na takim mrozie – rzekła kobieta.

– A masz co do garnka włożyć? Aaa, no właśnie, więc nie pierdol.

Podniósł się z krzesła, podrapał po udzie i ruszył w kierunku łazienki.

– Kawy jeszcze zrób, bo zaraz idziemy – rzucił.

I tak znaleźli się w drodze nad jezioro skute lodem. Sztuczne zbiorniki wodne po kamieniołomie Zapsib stanowiły atrakcję nie tylko dla młodzieży, która podczas wakacji chciała nielegalnie popływać, ale przede wszystkim dla wędkarzy poszukujących dorodnych szczupaków.

Powietrze przesiąknięte było przenikliwym zimnem wzmaganym przez porywisty wiatr. Suchy śnieg tworzył na lodowej skorupie wydmy przypominające pustynię pokrytą piaskiem. W wielu miejscach widoczny był jednak czysty lód. To właśnie w jednym z takich miejsc zamierzał wędkować ojciec Aleksandra.

– Musimy wyjść wystarczająco daleko od brzegu, gdzie warstwa lodu jest najgrubsza. – Mężczyzna powiedział to bardziej do siebie, w ogóle nie spoglądając na syna. Poprawił przewieszoną przez ramię torbę, do której przywiązany był nieduży świder do wykonania przerębla.

Niebo jaśniało, ale ciemne chmury wciąż uniemożliwiały wschodzącemu słońcu jakąkolwiek próbę rozświetlenia mrocznej aury. Saszka myślał tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w domu, zjeść gorącą zupę i pobawić się klockami, które matka podobno wygrała na jakiejś loterii. Nie wiedział, że tak naprawdę ukradła je z przedszkola podczas jednego ze spotkań w sprawie warunków uczestnictwa w nowo opracowanym programie wychowawczym.

Przyglądał się nietypowemu zachowaniu ojca, który w pewnym momencie pochylił się znacznie i zaczął przypatrywać się lodowi, jakby czegoś w nim szukał. Zachowaniem przypominał bardziej zbieracza grzybów aniżeli wędkarza.

– O tutaj! – zawołał nagle, rozentuzjazmowany. – Tutaj użyjemy świdra i będziemy łowić.

– Dlaczego akurat tutaj? – zapytał Saszka.

– To moje ulubione miejsce ostatnio. Szczupak bierze aż miło.

Aleksandr czuł, że nie powinien dopytywać ojca o szczegóły, jednak nie potrafił się powstrzymać. Cały świat był tak interesujący, a zachowanie dorosłych niezrozumiałe. Chciał wszystko poznać, chłonąć nową wiedzę i wrażenia.

– Ale tutaj niczego nie ma. Dlaczego nie możemy zrobić dziury...

– Przerębla.

– Zrobić przerębla na przykład tam. – Chłopiec wskazał bliżej nieokreślony punkt na lśniącej tafli lodu.

– Zobacz. – Mężczyzna przykucnął. – Widzisz to? Wyznaczają mi teren do łowienia. Są naturalną przynętą. Wędrują pod tym lodem od blisko miesiąca. Zwabiają rybki. Są dla nich pokarmem. – Zachichotał.

Aleksandr nie rozumiał, o co chodzi. Nadal nie wiedział, dlaczego akurat ten punkt jego ojciec wybrał do zrobienia przerębla i zarzucenia wędki.

– Dawaj świder. – Mężczyzna odwrócił się, by syn zdołał odczepić od torby przywiązane narzędzie. – Nadal nie widzisz? Patrz. W tym miejscu widać ciemną plamę pod lodem.

Teraz Saszka to zauważył. Przyjrzał się dokładnie tafli. Była całkiem przejrzysta, niezabrudzona, w słoneczny dzień odbijałaby promienie słoneczne, oślepiając wszystkich wokół. Tuż pod nią rozlewał się wyraźny cień, jakby coś na czas przymrozków zostało uwięzione pod lodem.

– Co to jest? – zapytał Aleksandr, z niepokojem obserwując rysującą się czerń.

– Nasz punkt do łowienia ryb.

Ojciec wziął świder do ręki, wbił go mocno w lód, ale stwierdził, że jest zbyt twardy.

– Chujostwo – zaklął, po czym odrzucił narzędzie na bok i chwycił siekierę. – Zrobimy trochę większy otwór, ale przynajmniej nie będziemy się pierdolić tym syfem. – Spojrzał na świder, który zrobił własnoręcznie jego znajomy pracujący w hucie żelaza. Sam również zapalony wędkarz. Myślał, że tylko pożycza go koledze ze zmiany na czas wędkowania. Nigdy jednak nie zobaczył spirali z powrotem.

Mężczyzna napracował się mocno podczas wycinania przerębla, który był zdecydowanie zbyt szeroki. Otwór o nieregularnych kształtach wypluł wodę z kawałkami lodu i czymś jeszcze.

Aleksandr wpatrywał się tępo w tajemnicze znalezisko, które uwolnił skuty lód. Nie potrafił z początku zidentyfikować tego, na co patrzył, ale już po chwili zdjął go strach, gdy uświadomił sobie, o jakim znalezisku mówił ojciec.

W ciemnej wodzie pływały cztery ludzkie głowy znajdujące się blisko siebie, na tyle, by momentami włosy łączyły się ze sobą i kłębiły. Głowy utrzymywały się na powierzchni. Dryfowały złowieszczo, a pod rozczochranymi fryzurami widoczne były blade, zmarznięte twarze jednej kobiety i trzech mężczyzn. Dwóch z nich miało otwarte oczy, strasząc wyłupiastym spojrzeniem.

Ktoś przed umieszczeniem tych ludzi w wodzie musiał ich solidnie związać, bardzo ściśle, po czym dołożyć niewystarczające obciążenie, i gdyby nie powierzchnia jeziora skuta lodem, tajemnica śmierci tej grupy ludzi szybko wyszłaby na światło dzienne.

Głowy unoszące się na wodzie hipnotyzowały chłopca. Co chwilę zmieniały kierunek, unosiły się nieznacznie, ale na tyle, by Sasza mógł dojrzeć bladą skórę ich twarzy i mdłe spojrzenia nieżywych oczu.

Wzdrygnął się. Zdał sobie sprawę, że obcuje z czymś ulotnym, zakazanym, że właśnie dotyka zła w czystej postaci. Nie wiedział, dlaczego czuje z tego powodu wyrzuty sumienia i lęk porównywalny do sytuacji, w której coś spsocił i wie, że zaraz matka go nakryje i sprawi mu srogie lanie.

Nie mógł jednak oderwać wzroku od ciał. Policzki topielców były wyraźnie nadgryzione przez ryby, a oczodoły kobiety puste. Sasza chciał uciekać, jak najdalej. Z konsternacją zauważył, że jego ojciec, jakby nic się nie stało, zarzucił do wody linkę z haczykiem i przynętą.

– Chodźmy już do domu – poprosił Aleksandr.

– Co? Dopiero zaczynamy. Ale rybki szybko biorą. Zobaczysz. One same tutaj ściągają. Szukają pożywienia. – Zarechotał.

Spowiła ich potężna cisza. Nikogo wokół, żadnych dźwięków poza chlupoczącą wodą oraz zgrzytem śniegu pod butami krążącego wkoło Saszki.

– Dlaczego ci ludzie znaleźli się w wodzie? Dlaczego są tak blisko siebie? Czy nie możemy im jakoś pomóc? Zawiadomimy pogotowie? – Chłopiec nie wytrzymał i zasypał ojca pytaniami.

– Najwyraźniej komuś przeszkadzali.

– Ale jak to?

– Kiedyś to zrozumiesz. Nie zawracaj głowy teraz, bo ryby spłoszysz.

Mężczyzna zapalił papierosa, którego nie wyjmował z ust, cały czas skupiając się na wędkowaniu.

Naraz usłyszeli przejmujący dźwięk.

Szczekanie psa.

Mężczyzna poderwał się z kucek, chłopiec odwrócił gwałtownie. Ujadanie rozległo się niespodziewanie blisko. Tuż za ich plecami stało zwierzę.

Duży pies o sterczących uszach, gładkiej, ciemnej sierści i przebijających jaśniejszych plamach na klatce piersiowej i przedpiersiu. Cały czas poszczekiwał i warczał groźnie, jakby chciał obwieścić całemu światu o odkryciu unoszących się na wodzie zwłok.

Aleksandr porządnie się wystraszył. Doskoczył do ojca i uczepił się jego nogawki.

– Skąd ten czort tutaj? – powiedział mężczyzna, wpatrując się w ślepia zwierzęcia. – Kurwa, pewnie ktoś z nim przyszedł. Zwijamy się stąd.

Mężczyzna zaczął w pośpiechu pakować sprzęt. Do torby schował pudełko z przynętą, żyłkę, haczyki, oraz zaczepił o nią świder. Chciał ruszyć w stronę najbliższego brzegu, ale pies skutecznie zagradzał drogę. Postanowił go obejść łukiem, lecz zwierzę zdało się odczytać jego intencje, zachodząc mu drogę i wciąż utrzymując równy dystans, wystarczający, by w przypadku zagrożenia rzucić się na mężczyznę.

– Czego, skurwysynie?!

Pies warczał coraz głośniej. Jeszcze kilka chwil wcześniej ze spokojem obserwujący wydarzenia z udziałem ludzi, teraz zaczął poruszać się niespokojnie. Zniżał tułów na przednich łapach, podnosił grzbiet na tylnych kończynach, dając do zrozumienia, że jest gotowy na atak.

– Jak nie możemy po dobroci, to inaczej porozmawiamy – oznajmił mężczyzna, spluwając w bok.

– Co zrobimy? – zapytał chłopiec.

– Upierdolę mu nogi.

Mężczyzna poprawił w dłoniach siekierkę i zrobił dwa kroki w kierunku psa. Zwierzę jednak, jakby odgadując zamiary człowieka, obeszło go łukiem i wciąż trzymało bezpieczny dystans, ale na tyle bliski, by móc zaatakować lub też skutecznie się bronić. Podbiegło blisko przerębla, po czym odwróciło się do mężczyzny i chłopca i zaczęło głośno ujadać.

– Idziemy – rozkazał ojciec i nie patrząc na Saszkę, ruszył pośpiesznie w kierunku brzegu.

Aleksandr był zaskoczony zachowaniem ojca. Zastanawiał się, dlaczego tak łatwo zrezygnował z łowienia ryb i wolał jednak uniknąć konfrontacji z rozwścieczonym psem. Obawiał się obecności innego wędkarza, który zobaczyłby martwe ciała dryfujące pod taflą jeziora? Przecież wytłumaczyliby, że to oni znaleźli topielców, że trzeba wezwać milicję, żeby przeprowadziła dochodzenie, które wyjaśniłoby, w jaki sposób i dlaczego ci ludzie znaleźli się pod wodą Zalewu Zapsibowskiego. Ojciec wolał jednak odpuścić; jak wytłumaczy matce, że nie ma nic na obiad? Pewnie będzie kłamał, że ryba nie brała, a matka Aleksandra powie, że nawet tego nie potrafi, i to będzie zarzewie kolejnej kłótni.

Saszka chciał iść za ojcem, ale nie był w stanie. Nie mógł wykonać ruchu, bo w chwili gdy spojrzał w ślepia rozwścieczonego psa, zrozumiał, że zwierzę całą agresję kieruje nie na niego, ale dokładnie na ojca. Kiedyś jeden z kolegów z podwórka mówił, że psy potrafią wyczuć złego człowieka. Wobec takich ludzi zachowują się wojowniczo.

Aleksandr spoglądał na psa, który zdawał się bronić dostępu do ciał, wciąż ujadając na oddalającego się mężczyznę. Zerknął na ojca, który nawet się nie odwrócił, by sprawdzić, czy jego syn podąża tuż za nim.

Wtedy po raz pierwszy poczuł nieokiełznany gniew. Emocje, których nie umiał jeszcze nazwać, a tym bardziej wyrazić. Ale to była przepotężna siła, która kiedyś będzie musiała znaleźć upust, inaczej go zniszczy. To czuł wyraźnie.

Mężczyzna coraz bardziej się oddalał. Jego łachmany były widoczne na tle zimowego krajobrazu. Nie odwrócił się ani razu, by spojrzeć na syna.

Sasza uznał, że ojciec mógłby nie istnieć. Nikomu już nie uprzykrzałby życia. Zwłaszcza mamie.

Może wystarczyłoby wyrwać mu siekierę i uderzyć, trafić dokładnie w głowę, co załatwiłoby sprawę. Ale czy dałby radę unieść narzędzie? Obuch wydawał się bardzo ciężki.

Przyjrzał się jeszcze raz warczącemu psu. Chciałby być tak bohaterski jak on, niezwyciężony, nieugięty, odważny. Przeciwstawić się ojcu.

W zimowy, mroźny poranek, wśród pustki zamarzniętego jeziora i przy hałasie ujadającego psa postanowił, że będzie żył wbrew oczekiwaniom, dzielnie, dumnie i na własnych zasadach, które dopiero miał poznać.

Pies się nie mylił. Ojciec Aleksandra był złym człowiekiem, ale nawet on, gdyby mógł przewidzieć przyszłość, nie baczyłby na broniące dostępu do przerębla zwierzę, zaryzykowałby pogryzienie, byle tylko wrzucić chłopca do wody, aby tam zaległ na zawsze w ciszy mętnej głębiny, przy ciałach topielców.

Gdy po latach dowiedział się, co zrobił jego syn, wracał pamięcią do tego poranka i przeklinał w myślach psa, uważając, że to zwierzę musiał przysłać sam bies.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki