Czerwoniec - Jacek Piekiełko - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Czerwoniec ebook i audiobook

Piekiełko Jacek

4,1

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Poznaj historię ostatniego bandyty ZSRR, wychowanego przez zakłady karne. Człowieka, który w całym dorosłym życiu tylko siedemnaście miesięcy spędził na wolności... Siergiej Madujew nie miał łatwego życia. Jego dzieciństwo to dom dziecka i ulica, gdzie trafiał zawsze, gdy władze ZSRR internowały jego matkę ze względu na pochodzenie. Już od najmłodszych lat musiał nauczyć się kraść, aby wykarmić rodzeństwo. W dorosłym życiu szybko został skazany. Zaraz gdy osiągnął pełnoletność trafił do zakładu karnego. Wyszedł po sześciu latach, by za kilka miesięcy znowu wrócić do więzienia, tym razem z wyrokiem piętnastu lat. W 1988 r. przeniesiono go do otwartego zakładu karnego tzw. kolonii-osady, z której szybko uciekł. Został wpisany na listę poszukiwanych przestępców. Wtedy tak naprawdę rozpoczął się brutalny rajd po ZSRR, a nad Madujewem zawisła kara śmierci. Siergiej Madujew, znany pod pseudonimem Czerwoniec, miał swoje zasady. Taksówkarzom płacił zawsze w dziesięciorublowych banknotach, nie oczekując reszty. W niektórych sytuacjach podczas rabunków „pomagał” ofiarom. Elegancko ubrany, szarmancki dla kobiet, uprzejmy dla rozmówców. Wyrafinowany manipulator czy mężczyzna o gołębim sercu? Morderca czy ofiara systemu? Opowieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 321

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 35 min

Lektor: Janusz Zadura

Oceny
4,1 (137 ocen)
60
47
20
9
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
riterra11

Nie oderwiesz się od lektury

"Czerwoniec" to fabularyzowana historia Siergieja Madujewa - człowieka, który prawie całe swoje życie spędził za kratkami. Po przeczytaniu książki pierwsze co zrobiłam, to sprawdziłam, czy ten człowiek naprawdę istniał. Znalazłam artykuł z 1994 r.z Rzeczpospolitej, został w nim opisany romans Siergieja i Natalii... Szczerze wątpiłam, że to jest książka oparta na faktach, jednak po przeczytaniu historii Czerwońca też możecie zwątpić. Siergiej został internowany wraz ze swoją matką, bo ta była Koreanką. Później chłopak trafił do sierocińca, a w końcu do więzienia, z którego wychodził, żeby do niego wrócić... W tym momencie czytelnik zastanawia się, czy Madujew stał się taki przez system ZSRR. Przez niektórych był nazywany Robin Hoodem albo szarmanckim złodziejem - potrafił podzielić się swoim łupem z potrzebującym. Z drugiej strony potrafił zabić człowieka, tylko dlatego, że w restauracji nie było wolnego stolika... Książkę mogę polecić każdemu, kto lubi książki sensacyjne i thrillery....
10
quasi

Nie oderwiesz się od lektury

Super.Przeczytałem w jeden wieczór.
00
Korlano

Nie oderwiesz się od lektury

świetnie napisana historia rosyjskiego przestępcy który kierował się własnymi zasadami "..,jeśli mnie kochasz,zniszczysz siebie..."
00
lsmedowski

Całkiem niezła

.
00
Ohacisujep

Dobrze spędzony czas

dobrze napisana książka
00

Popularność




Re­dak­cjaAnna Pła­skoń
Ko­rektaJa­nusz Si­gi­smund
Pro­jekt gra­ficzny okładkiMa­riusz Ba­na­cho­wicz
Skład i ła­ma­nieMar­cin La­bus
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2023 © Co­py­ri­ght by Ja­cek Pie­kiełko, War­szawa 2023
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83292-15-1
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

WSTĘP

• Ofiary sys­temu ra­dziec­kiego, które do­świad­czyły ży­cia w ła­grach i wię­zie­niach, li­czy się w dzie­siąt­kach mi­lio­nów.

• We­dług da­nych z 2012 roku przez ostat­nie dzie­sięć lat w ro­syj­skich wię­zie­niach prze­wi­nęło się pięt­na­ście mi­lio­nów lu­dzi – co dzie­siąty miesz­ka­niec kraju.

• Liczba ła­grów za­rzą­dza­nych przez Główny Za­rząd Po­praw­czych Obo­zów Pracy (GU­Łag) wy­no­siła około 30 ty­sięcy.

• Obozy pracy znaj­do­wały się w miej­scach od­osob­nio­nych, czę­sto na Sy­be­rii.

• Wię­zie­nia śled­cze NKWD two­rzono w cen­trach miast.

• Wskaź­nik re­cy­dy­wi­stów w Ro­sji wy­nosi około 70%.

• Sza­cun­kowo na 500 wy­ro­ków tylko je­den jest unie­win­nia­jący.

• Wy­rok unie­win­nia­jący w śro­do­wi­sku pro­ku­ra­tor­skim trak­to­wany jest jako po­rażka. Za sprawę, w któ­rej oskar­żony nie zo­staje ska­zany wy­ro­kiem, pro­ku­ra­tor otrzy­muje na­ganę. We­dług nie­ofi­cjal­nych in­for­ma­cji po trzech na­ga­nach w ciągu roku grozi zwol­nie­nie z pracy.

• Osa­dzony prze­bywa w aresz­cie śred­nio dzie­sięć mie­sięcy, za­nim za­koń­czy się pro­ces są­dowy.

• Ro­sja od wielu lat znaj­duje się na pierw­szym miej­scu pod wzglę­dem skarg oby­wa­teli kie­ro­wa­nych do Eu­ro­pej­skiego Try­bu­nału Praw Czło­wieka w Stras­burgu w spra­wie wy­da­wa­nych wy­ro­ków są­do­wych[1].

Na pod­sta­wie ar­ty­kułu Ro­sja za kra­tami Ja­dwigi Ro­goży.

Pri­zo­ni­za­cja – pro­ces przy­sto­so­wa­nia się osa­dzo­nego do wa­run­ków pa­nu­ją­cych w wię­zie­niu lub aresz­cie śled­czym. Po­lega na przy­ję­ciu war­to­ści, norm i za­cho­wań pa­nu­ją­cych w spo­łecz­no­ści wię­zien­nej.

.

Po­wieść in­spi­ro­wana praw­dzi­wymi wy­da­rze­niami. Nie­które po­staci, miej­sca i zda­rze­nia zo­stały zmie­nione zgod­nie z li­cen­tia po­etica.

PRO­LOG

3 maja 1991 roku, Le­nin­grad, areszt śled­czy Krzyże

Je­śli przez całe swoje do­ro­słe ży­cie tylko sie­dem­na­ście mie­sięcy prze­by­wasz poza mu­rami wię­zie­nia, wol­ność jawi ci się ni­czym naj­więk­szy skarb. Ten skarb chcesz za­cho­wać tylko dla sie­bie, do­brze ukryć, za­ko­pać. Bo­gac­two, które zdo­by­łeś, daje ci szczę­ście, ale jed­no­cze­śnie nie po­zwala na spo­kojny sen.

To jak szka­tułka, stary ze­ga­rek, uko­chana za­bawka – coś, co do­sta­łeś jako dziecko i ze stra­chu, że mo­żesz to zgu­bić, przy­ci­skasz usil­nie do piersi.

Wiesz, że za­raz stra­cisz swoje kosz­tow­no­ści.

I ni­gdy ich nie od­zy­skasz.

Sier­giej Ma­du­jew za­pa­lił pa­pie­rosa. Le­żał na wię­zien­nej pry­czy, wga­pia­jąc się w su­fit. Osiem me­trów kwa­dra­to­wych, na któ­rych mu­siało po­mie­ścić się czte­rech osa­dzo­nych, na każ­dym ro­bią klau­stro­fo­biczne wra­że­nie i po­trzeba czasu, by się od­na­leźć w no­wej rze­czy­wi­sto­ści. Ma­du­jew nie czuł jed­nak, że bra­kuje mu miej­sca, że jest cia­sno, że obec­ność in­nych osób w tak ma­łym po­miesz­cze­niu w ja­kiś spo­sób ogra­ni­cza mu swo­bodę.

Był przy­zwy­cza­jony.

Co nie ozna­cza, że kie­dy­kol­wiek za­ak­cep­to­wał stan, w któ­rym się zna­lazł.

Dla Ma­du­jewa stało się ja­sne, że trzeba zro­bić wszystko, by wy­do­stać się z aresztu.

Sprawy nie były skom­pli­ko­wane.

Je­śli je­steś na wcza­sach – od­po­czy­wasz.

Je­śli je­steś w za­kła­dzie pracy – pra­cu­jesz.

Je­śli tra­fiasz do wię­zie­nia – mu­sisz z niego uciec.

Sły­szał o ta­kich, któ­rzy całe ży­cie spę­dzili na od­siadce. On sam mocno zbli­żył się do re­kor­dzi­stów. Rok i pięć mie­sięcy... W przy­bli­że­niu pięć­set dwa­dzie­ścia dni na wol­no­ści. Ży­cie to­czące się za wię­zien­nymi mu­rami tak na­prawdę znał wy­łącz­nie z ga­zet, ksią­żek, roz­mów ze straż­ni­kami oraz z otrzy­my­wa­nych gryp­sów. Może wła­śnie dla­tego w ośrod­kach za­mknię­tych za­wsze sta­rał się za­cho­wy­wać z god­no­ścią, z ma­nierą, za­kła­dać ele­ganc­kie ubra­nia przy­sy­łane mu przez krew­nych.

Czy to był spo­sób na oca­le­nie czło­wie­czeń­stwa?

Eks­tra­wa­gancki wy­bryk?

A może świa­doma ma­ni­pu­la­cja?

Na roz­prawy za­kła­dał ko­lo­rowe gar­ni­tury. Ze śled­czymi roz­ma­wiał w bia­łych ma­ry­nar­kach, ko­szu­lach i wy­pa­sto­wa­nych bu­tach. Na­wet na co dzień sta­rał się za­ak­cen­to­wać ele­gan­cję, na przy­kład po­przez no­sze­nie do­brze skro­jo­nych gol­fów lub apa­szek, które wią­zał na szyi. Z tego po­wodu je­den z osa­dzo­nych na­zwał Ma­du­jewa ko­gu­tem, nie zda­jąc so­bie sprawy, jak wielki błąd po­peł­nił.

Sier­giej miał waż­niej­sze rze­czy na gło­wie niż słowne utarczki. Pu­ściłby tę znie­wagę mimo uszu, gdyby nikt oprócz niego jej nie sły­szał. Ale sły­szało ją kilku in­nych więź­niów, a wie­ści szybko się roz­cho­dzą. Ma­du­jew mu­siał zro­bić to, co do niego na­le­żało. Ina­czej stra­ciłby sza­cu­nek i sam mógłby na­le­żeć do „po­ni­żo­nych”, czego w ogóle do sie­bie nie do­pusz­czał. We­dług po­nia­tij, re­guł pa­nu­ją­cych w wię­zie­niu, je­śli Ma­du­jew nie od­po­wie­działby na za­rzut, że jest ko­gu­tem, ozna­cza­łoby to, iż zga­dza się z tym sta­nem i w kon­se­kwen­cji sam zo­stałby „ob­ni­żony”.

Nikt nie chce na­le­żeć do tej ka­sty.

Nikt za mu­rami wię­zie­nia nie chce na­wet sły­szeć, co mu­szą ro­bić „ob­ni­żeni”.

I jak wy­gląda pro­ces ob­ni­ża­nia sta­tusu więź­nia.

Kto raz do­sta­nie się do naj­niż­szej war­stwy spo­łecz­nej w wię­zie­niu, już ni­gdy z niej nie wyj­dzie. W tym świe­cie nie ist­nieją awanse.

– To te­raz udo­wod­nij to na ba­za­rze, chuju – po­wie­dział gło­śno Ma­du­jew, uśmie­cha­jąc się przy tym sze­roko. Już wtedy wie­dział, że wła­śnie ska­zał osa­dzo­nego na wieczne po­tę­pie­nie.

Męż­czy­zna, który rzu­cił w stronę Sier­gieja obe­lgę, nie za bar­dzo wie­dział, o co cho­dzi z uza­sad­nie­niem. Nie ro­zu­miał za­sad.

Jego strata, po­my­ślał Ma­du­jew. Wkrótce ten idiota się prze­kona, że po­peł­nił naj­więk­szy błąd swo­jego ży­cia. Ale tym Sier­giej wcale się nie przej­mo­wał.

Sam na­uczył się funk­cjo­no­wać w wię­zie­niach w taki spo­sób, żeby wy­pra­co­wać so­bie od­po­wiedni sta­tus nie­ty­kal­no­ści lub stać się prze­źro­czy­sty, nie­wi­dzialny dla tych, dla któ­rych le­piej wła­śnie ta­kim po­zo­stać.

Poza tym kon­cen­tro­wał się na in­nych rze­czach. Mu­siał uciec z Krzyży tak samo jak z ko­lo­nii kar­nej w 1988 roku, po­dob­nie jak zwie­wał z po­praw­cza­ków, z domu dziecka, z wła­snego domu – po to, by móc od­dy­chać. Zda­wał so­bie sprawę, że czeka go tylko wy­rok śmierci, że już ni­gdy nie uda mu się za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza, wol­nego od stę­chli­zny chłod­nych, za­wil­go­co­nych mu­rów aresztu śled­czego. Już ni­gdy nie uda mu się ogrzać w cie­ple pło­ną­cego ognia.

Po­sta­wili mu tyle za­rzu­tów, że wy­rok mógł być tylko je­den. Przy­jął wszyst­kie, dzięki temu, je­śli tylko uda­łoby mu się wy­do­stać na wol­ność, wielu zna­czą­cych lu­dzi w światku prze­stęp­czym sta­łoby się jego dłuż­ni­kami. Po­winno mu się żyć lekko, z po­mocą nie za­wsze życz­li­wych ło­trów, ale ho­no­ro­wych, prze­strze­ga­ją­cych po­nia­tija.

Nie mógł wię­cej po­zwo­lić so­bie na błąd, po­nie­waż tym ra­zem ry­zyko wią­zało się ze śmier­cią. Nie miał już na tyle siły, by wy­chwy­cić próby wbi­cia mu noża w plecy, a wciąż uwa­żał, że zbyt wielu chcia­łoby się na nim ze­mścić. Zbyt czę­sto, gdy za­my­kał po­wieki, wra­cały ob­razy z po­przed­niego miej­sca od­siadki, gdy dwu­na­stu prze­stęp­ców chciało go zli­kwi­do­wać za przy­własz­cze­nie so­bie wspól­nego fun­du­szu zło­dziei z Tbi­lisi i Tasz­kientu. Ma­du­jew uznał jed­nak, że ob­szak mu się na­le­żał, zwłasz­cza że mocno za­si­lił fun­dusz ze­wnętrzny, gdy prze­by­wał na wol­no­ści. Po­mógł też ro­dzi­nom nie­któ­rych osa­dzo­nych. Wtedy sam po­trze­bo­wał po­mocy fi­nan­so­wej, by za­ła­twić kilka spraw w wię­zie­niu. Nie spo­dzie­wał się, że aż dwu­na­stu lu­dzi bę­dzie chciało go zli­kwi­do­wać.

Ale wtedy był w for­mie. Obro­nił się, sam nie wie­dząc, jak dał radę tylu prze­ciw­ni­kom. Kilku z nich do dzi­siaj czuje ból po­ła­ma­nych koń­czyn, paru na­to­miast od­pu­ściło raz na za­wsze, gdy prze­ko­nali się, że Sier­giej na­prawdę po­trafi się bić.

Nie próż­no­wał pod­czas nie­koń­czą­cej się od­siadki. Dbał za­równo o tę­ży­znę fi­zyczną, jak i roz­wój in­te­lek­tu­alny. Bez pro­blemu po­tra­fił zro­bić po­nad dwie­ście pom­pek bez żad­nej prze­rwy. Dużo czy­tał – gdy tylko mógł, ko­rzy­stał z wię­zien­nych bi­blio­tek, nie szczę­dził także pie­nię­dzy na za­kup ga­zet; chciał być na bie­żąco z ży­ciem to­czą­cym się poza mu­rami za­kładu kar­nego. Dzięki nie­zli­czo­nym lek­tu­rom po­zna­wał świat, za­sady funk­cjo­nu­jące mię­dzy ludźmi, inne niż te w wię­zie­niu. To da­wało mu prze­wagę pod­czas roz­mów, ne­go­cja­cji, za­stra­sza­nia czy pro­sze­nia o coś. Po­tra­fił ma­ni­pu­lo­wać ludźmi, wić się jak wąż, który nie­po­strze­że­nie oplata się wo­kół nogi ofiary i ata­kuje znie­nacka. Dzięki tym wszyst­kim za­bie­gom umiał prze­żyć na­wet w naj­cięż­szych wa­run­kach.

Do­sto­so­wać się.

Ale już miał do­syć...

Na­wet szary, brudny świat ra­dziec­kiej rze­czy­wi­sto­ści był jak naj­pięk­niej­szy sen.

Nie­stety Ma­du­jew śnił bar­dzo krótko i rzadko, jakby los ska­zańca był mu pi­sany.

Cią­żył na nim wy­rok śmierci.

My­śli sta­wały się nie do znie­sie­nia.

Wielu lu­dzi boi się wię­zie­nia ze względu na in­nych osa­dzo­nych. Wy­obra­żają so­bie naj­gor­sze rze­czy. Oba­wiają się rów­nież straż­ni­ków, któ­rzy bez mru­gnię­cia okiem uży­wają prze­mocy, by spra­wo­wać wła­dzę nad więź­niem. Ma­du­jewa już nic w za­kła­dzie kar­nym nie mo­gło za­sko­czyć. Wi­dział wiele, aż na­zbyt. Prze­ra­żały go jed­nak co­raz bar­dziej jego wła­sne my­śli, wy­raźne kosz­mary przy­cho­dzące od razu, gdy tylko za­mknął po­wieki. Naj­gor­sze były wspo­mnie­nia, roz­gry­wa­nie prze­szło­ści na nowo, ze świa­do­mo­ścią, że ży­cie mo­gło wy­glą­dać cał­kiem ina­czej, ale te­raz już nie da się cof­nąć czasu. Wy­da­wało mu się, że je­śli ist­nieje pie­kło, je­śli po śmierci nad­cho­dzi stan, który może być jesz­cze gor­szy od tego, co prze­żył na ziemi, to wła­śnie musi być po­wta­rza­nie tego cho­ler­nego ży­cia, roz­gry­wa­nie tej sa­mej par­tii sza­chów z tą samą bez­na­dzieją i bo­le­snymi po­raż­kami.

Oczyma wy­obraźni zbyt czę­sto wi­dy­wał ży­cie w koł­cho­zie, sie­bie jako za­gu­bio­nego dzie­ciaka, wy­cho­wa­nego przez ulicę, któ­rego póź­niej wie­lo­krot­nie chcieli zła­mać prze­ło­żeni w do­mach dziecka. Tam był śmie­ciem skam­lą­cym o mi­skę cie­płej zupy. W dziu­ra­wych łach­ma­nach, za du­żych bu­tach, z nie­usta­ją­cym po­czu­ciem chłodu, szu­kał odro­biny cie­pła. To wtedy za­czął do­sko­na­lić ucieczki. Tylko ucieczka daje wol­ność. Wol­ność jest na­dzieją na lep­sze ju­tro, po­zwala ma­rzyć i na­wet je­śli przed koń­cem dnia przy­nosi gorz­kie roz­cza­ro­wa­nie, ob­da­rza chwi­lową ulgą w po­staci ko­lej­nych pla­nów, ko­lej­nych ocze­ki­wań, że może jesz­cze bę­dzie le­piej.

Te­raz też mu­siał uciec, dla­tego całą swoją ener­gię skie­ro­wał na osią­gnię­cie tego celu. Cho­ciażby znowu mieli go zła­pać, chciał dać so­bie odro­binę wol­no­ści, którą nie zdą­żył się na­sy­cić. Cza­sami pusz­czał wo­dze fan­ta­zji i za­sta­na­wiał się, czemu ci wszy­scy de­cy­zyjni lu­dzie nie mo­gliby tak po pro­stu od­pu­ścić? Dla­czego się na niego uwzięli? Kim był on sam wo­bec ca­łego spo­łe­czeń­stwa? Chciałby odejść, ukryć się w cie­niu, ale wie­dział, że długo by tak nie wy­trzy­mał, co do­bit­nie po­ka­zał ten krótki czas spę­dzony na wol­no­ści.

Dla­tego się przy­go­to­wał, a wspa­niali lu­dzie po­mo­gli mu z do­broci serca i wła­snej na­iw­no­ści.

Zo­stał jesz­cze cały mie­siąc, by do­kład­niej prze­stu­dio­wać ar­chi­tek­turę Krzyży; cze­kał na plany i ry­sunki, które miał wkrótce otrzy­mać. Chciał rów­nież wziąć ze sobą ubra­nie, by w od­po­wied­nim mo­men­cie umie­jęt­nie wto­pić się w tłum, stać się nie­wi­dzial­nym. Za­sta­na­wiał się, czy za­an­ga­żo­wać ko­goś z ze­wnątrz, by po­mógł mu w ucieczce. Naj­le­piej, jakby cze­kał na Ma­du­jewa z za­pa­lo­nym sil­ni­kiem. Bał się jed­nak, że to zbyt ry­zy­kowne. Wziąłby pie­nią­dze, a na­stęp­nie do­ga­dał się z mi­li­cją, sprze­dał za marne gro­sze. Tacy byli lu­dzie, a Czer­wo­niec zdą­żył się wie­lo­krot­nie prze­ko­nać, że li­czyć na­leży wy­łącz­nie na sie­bie.

Ja­kież było więc za­sko­cze­nie Sier­gieja, gdy na po­czątku maja w go­dzi­nach przed­po­łu­dnio­wych szczęk­nęła za­suwa drzwi i kla­wisz oznaj­mił:

– Ma­du­jew, zbie­raj się.

Sier­giej wy­sta­wił jedną nogę spod koca, po­chy­lił głowę, żeby le­piej sły­szeć.

– Głu­chy je­steś? Ubie­raj się. Będę za dwie mi­nuty.

– O co cho­dzi?

– Je­dziesz do Mo­skwy.

– Po co?

– No, kurwa, chyba nie na wczasy, nie? – Kla­wisz chrząk­nął. – Prze­no­szą cię. Że­byś miał bli­żej na ko­lejne roz­prawy. Ko­łuj szmaty i cze­kaj.

Za­mknął drzwi.

Współ­o­sa­dzeni uda­wali, że są za­jęci waż­niej­szymi spra­wami, ta­kimi jak gra­nie w karty. Tylko Ma­sza pod­niósł się i pró­bo­wał prze­ko­nać Ma­du­jewa, żeby prze­ka­zał gryps w Mo­skwie jego bratu, który rze­komo rów­nież prze­bywa za kra­tami.

Ma­du­jew po­ki­wał głową, ale my­ślami był cał­kiem gdzie in­dziej. Dawno nie czuł się tak, jak w tym mo­men­cie – jakby tra­cił grunt pod no­gami, a w jego dzia­ła­nia nie­spo­dzie­wa­nie wkradł się chaos.

Wziął kilka głę­bo­kich wde­chów, aby uspo­koić puls. Oczy­ścić umysł z emo­cji, za­cho­wać chłodną głowę. To wszystko miało wy­glą­dać ina­czej. Prze­cież miał jesz­cze tyle czasu na przy­go­to­wa­nia. Dla­czego go prze­no­szą? Wła­śnie te­raz? Na­stęp­nie za­brał torbę, do któ­rej za­czął pa­ko­wać ubra­nia i nie­zbędne rze­czy oso­bi­ste.

Nie­długo po­tem drzwi celi po­now­nie się otwo­rzyły i w progu sta­nął straż­nik.

– To­wa­rzy­szu, po­wiedz­cie, co się dzieje? – za­gad­nął grzecz­nie Ma­du­jew.

– Zo­sta­je­cie prze­nie­sieni do Mo­skwy na dal­sze czyn­no­ści śled­cze. Tyle wiem, a więc ra­czej na dłuż­szy czas się że­gnamy. Nie będę tę­sk­nił.

– To­wa­rzy­szu, chyba tak źle nie mie­li­ście przy mnie – żach­nął się Czer­wo­niec, ob­da­rza­jąc straż­nika swoim nie­pod­ra­bial­nym, ser­decz­nym uśmie­chem.

– Je­śli szu­kasz drogi do mo­jego zim­nego serca, to tylko po­przez fajki. – Kla­wisz spoj­rzał na po­zo­sta­łych więź­niów. – A wy to so­bie le­piej za­pa­mię­taj­cie, bo Czer­woń­cowi ta wie­dza już ra­czej się nie przyda.

– Ależ to­wa­rzy­szu, u mnie sklep za­wsze otwarty. Wy­star­czyło po­pro­sić.

Tak się prze­ko­ma­rza­jąc, Ma­du­jew wy­szedł z celi. Cały czas tu­lił do sie­bie torbę, którą spa­ko­wał. Za­uwa­żył in­nych straż­ni­ków – wła­śnie wy­pro­wa­dzali osa­dzo­nych. Gdy w końcu kilku męż­czyzn zna­la­zło się na ko­ry­ta­rzu, po­pro­wa­dzono ich do więk­szego po­miesz­cze­nia znaj­du­ją­cego się w tym sa­mym pio­nie, nie­opo­dal cel.

Kiedy Ma­du­jew się zo­rien­to­wał, do­kąd pro­wa­dzą ich straż­nicy, i przez uchy­lone drzwi zo­ba­czył salę, w któ­rej mieli zo­stać przy­go­to­wani do trans­portu, wie­dział już, że wła­śnie wstą­pił na drogę bez po­wrotu. Cały jego pa­ku­nek zo­sta­nie prze­świe­tlony, a on sam pod­dany do­kład­nej re­wi­zji. Bę­dzie mu­siał ro­ze­brać się do naga i kuc­nąć, a nad­gor­liwi straż­nicy spraw­dzą każdy za­ka­ma­rek jego ciała.

Serce za­biło mu moc­niej. Ro­zej­rzał się, lu­stru­jąc wię­zienny ko­ry­tarz. Straż­nicy wy­pro­wa­dzili ko­lej­nych więź­niów z in­nych cel. Kie­ru­jąc się do ko­lej­nego po­miesz­cze­nia, szli z tyłu. Kla­wisz, który z nim roz­ma­wiał, znaj­do­wał się trzy, może cztery kroki za ple­cami Ma­du­jewa. To ostat­nia szansa. Jego po­mysł, nie­do­sko­nały plan, nad któ­rym miał za­miar jesz­cze pra­co­wać, na­le­żało wdro­żyć już te­raz.

Na­tych­miast.

W jed­nej chwili Ma­du­jew wy­jął zza spodni pi­sto­let, od­wró­cił się do straż­ni­ków, po czym uniósł broń.

– Nikt się, kurwa, nie ru­sza!

Strze­lił w ścianę, aby po­ka­zać, że pi­sto­let jest praw­dziwy, a on w swo­ich za­mia­rach nie ble­fuje.

Nie­spo­dzie­wany ob­rót zda­rzeń wpra­wił straż­ni­ków w osłu­pie­nie, a huk wy­strzału spo­wo­do­wał, że sta­nęli jak spa­ra­li­żo­wani. Po­dob­nie inni osa­dzeni nie wie­dzieli, co tak na­prawdę się dzieje, nie sko­rzy­stali z oka­zji i nie po­gnali za ucie­ka­ją­cym Ma­du­je­wem.

Sier­giej na­to­miast biegł przed sie­bie ile sił w no­gach. Wy­star­czyło mu kilka se­kund szoku, jaki wy­wo­łał wśród pra­cow­ni­ków aresztu, by zy­skać cenny dy­stans. Do­piero po chwili usły­szał za sobą gło­śne krzyki straż­ni­ków:

– Stój!

– Za­trzy­maj się!

– Mamy zbiega! Ucieczka!

– Ma broń!

Wbiegł do prze­smyku ko­ry­ta­rza, gdzie było znacz­nie ciem­niej. Pa­mię­tał, że tędy cho­dzili na spa­cer­niak, a nie­ba­wem po­wi­nien zna­leźć się na placu, mu­siał tylko dzia­łać bły­ska­wicz­nie, bez cie­nia za­wa­ha­nia.

Wtem z wnęki kil­ka­na­ście kro­ków przed nim wy­ło­nił się męż­czy­zna. Ma­du­jew go roz­po­znał. Był to ma­jor Je­go­row, z któ­rym wcze­śniej kilka razy już się ze­tknął. Za­re­je­stro­wał zdzi­wioną, nieco prze­ra­żoną minę ma­jora oraz mo­ment, gdy ten ru­szył pę­dem w jego kie­runku, pró­bu­jąc się­gnąć po broń.

Ma­du­jew jed­nak był szyb­szy. Od razu wy­ce­lo­wał w Je­go­rowa i wy­strze­lił je­den po­cisk.

Tra­fił.

Męż­czy­zna sta­nął jak wryty, ni­sko po­chy­la­jąc się do przodu. Przez uła­mek se­kundy nie do­wie­rzał temu, co wła­śnie się wy­da­rzyło. W tym sa­mym mo­men­cie ucie­ki­nier się z nim zrów­nał. Ma­du­jew przy­ło­żył pra­cow­ni­kowi aresztu jesz­cze cios pro­sto w brzuch, cho­ciaż nie mu­siał. Ma­jor i tak nie mógł już wy­ko­nać żad­nego ru­chu. Osu­nął się na ko­lana, po czym ru­nął do przodu.

Czer­wo­niec usły­szał za ple­cami krzyki go­nią­cych go straż­ni­ków. Od­wró­cił się i wy­strze­lił kilka razy w ich kie­runku, lecz tym ra­zem chy­bił. Na mo­ment zy­skał jed­nak prze­wagę i znowu mógł ucie­kać w kie­runku wyj­ścia.

Dzia­łał au­to­ma­tycz­nie, nie do­pusz­cza­jąc do sie­bie my­śli, że może mu się nie udać, że nie wy­do­sta­nie się z tego okrop­nego miej­sca. Wy­obra­ził so­bie nie­dużą kuch­nię z roz­grza­nym pie­cem, w któ­rego cie­ple pró­buje zna­leźć schro­nie­nie, za­bić chłód tra­wiący jego ciało.

Pra­gnie tylko się ogrzać.

Za­snąć przy pło­mie­niach.

Nie wi­dzieć już wil­got­nych ścian, po któ­rych ście­kają kro­ple wody two­rzące z cza­sem na tynku za­ple­śniałe wy­kwity. Ileż to razy, gdy za­sy­piał w domu dziecka, spo­glą­dał w su­fit, gdzie drob­no­ustroje ry­so­wały mapę. Tak wy­glą­dały po­dróże jego ży­cia.

Te­raz miało być ina­czej. Jesz­cze tylko parę me­trów. Trzeba je­dy­nie prze­do­stać się da­lej, za­stra­szyć lub użyć broni. Wyjść na ze­wnątrz.

Sier­giej pod­biegł do krat na końcu ko­ry­ta­rza, który w tym miej­scu zde­cy­do­wa­nie się zwę­żał, two­rząc coś na kształt tu­nelu. Szarp­nął za bramkę wy­ko­naną z prę­tów wtło­czo­nych w okra­to­wa­nie.

Drzwi ani drgnęły.

Za­czął z nimi wal­czyć, z ca­łych sił pró­bo­wał na­prze­mien­nie cią­gnąć i na­pie­rać na kraty. Pa­nika i po­czu­cie, że zna­lazł się w bez­na­dziej­nej sy­tu­acji, na­ra­stały z każdą se­kundą.

Obie­cał so­bie, że nie da tak ła­two za wy­graną.

Kroki tuż za nim roz­brzmiały zde­cy­do­wa­nie gło­śniej.

Nie podda się.

Jesz­cze ma plan.

Ra­dy­kalny, tak jak za­wsze.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

[1] J. Ro­goża, Ro­sja za kra­tami: wpływ kul­tury wię­zien­nej na ro­syj­ską kul­turę po­li­tyczną i spo­łeczną, „Nowa Eu­ropa Wschod­nia”, 3–4/2013.