Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 22.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Opowieść o kobietach, które próbują zrozumieć własną historię, choć ta od dawna jest zapomniana. O przyjaźni – pięknej i trudnej. O miłości – niosącej zarówno ukojenie, jak i ból. O tarocie, który nie przepowiada przyszłości, lecz odbija to, czego nie da się już cofnąć.
Niektóre historie zaczynają się od miłości. Inne od tajemnicy, której nikt nie miał prawa odkryć.
Joanna i Michalina – kuzynki tak różne, jakby łączyło je jedynie nazwisko. Jedna zamknięta w sobie, pełna lęku i niewypowiedzianych żalów. Druga odważna, bezkompromisowa, gotowa szukać prawdy tam, gdzie inni wolą odwrócić wzrok. Po śmierci babci Wandy, znanej olsztyńskiej tarocistki, otrzymują list i zagadkowe wskazówki prowadzące aż do Marsylii. To tam kryje się sekret, który przez lata spoczywał w cieniu milczenia.
W centrum tej tajemnicy stoi Eugenie – młoda Francuzka, która zakochała się w polskim malarzu. Ich namiętność szybko przerodziła się w dramat.
Zdrada, zazdrość i nieodwracalne wybory poprowadziły Eugenie aż na Wołyń, gdzie odkryła prawdę o swojej rodzinie i o zbrodni popełnionej z miłości. Zbrodni, która odcisnęła piętno na kolejnych pokoleniach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 475
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Wiktoria Emilia Regin, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Katarzyna Wojtas
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Olga Smolec-Kmoch
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-481-1
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Mojej przyjaciółce Natalii. Dziękuję za to, że zawsze jesteś przy mnie. Głęboko wierzę, że nasze spotkanie nie było przypadkiem.
Wszystko będzie, jak być powinno, tak już jest urządzony świat.
Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata
Miłość to najbardziej egoistyczna ze wszystkich namiętności.
Aleksander Dumas, Trzej muszkieterowie
Wszystko było tylko ułudą i grą pozorów; ale czy dla prawdziwej miłości i prawdziwej zazdrości istnieje inna rzeczywistość niż pozory i złudzenia?
Aleksander Dumas, Trzej muszkieterowie
SŁOŃCE
Jedna z najbardziej znanych kart Tarota, określana także jako Sol lub Pan Ognia. W jej centrum znajduje się wizerunek Słońca, a tuż pod nim widnieje wspaniały ogród pełen kwiatów, gdzie bawi się dwoje małych dzieci. Zamiast nich czasem pokazani są kobieta i mężczyzna. Karta Słońca uważana jest za dobrą wróżbę. Oznacza szczęście, szczerą przyjaźń i zaufanie. Może mówić także o beztroskim dzieciństwie. Jednak w odwróconym położeniu ma przeciwne znaczenie. Jest znakiem samotności i odrzucenia.
Cisza otulała swoją wszechwładną obecnością pokój, w którym siedziała Michalina. Zaglądała w każdy kąt, wypełniała wszystkie puste przestrzenie.
Dziewczyna wyjątkowo doceniała takie wieczory jak ten. Lubiła siedzieć bez ruchu na kanapie i spoglądać w zasłonięte okna. Specjalnie je tak zostawiała, żeby ograniczyć dopływ rażących promieni słonecznych. A mijał właśnie jeden z tych upojnych letnich wieczorów, kiedy to słońce chyliło się ku zachodowi, komary brzęczały nad położonym nieopodal Jeziorem Długim, zza gęstych krzewów okalających plażę dało się usłyszeć dziecięcy beztroski śmiech, a czas płynął tylko w znanym sobie rytmie.
Michalina lubiła przymykać powieki w tym słonecznym półmroku i wsłuchiwać się w ciszę. W końcu to ona przez większość życia była jej najwierniejszą towarzyszką.
Cisza i Michalina nie przeszkadzały sobie wzajemnie, nauczyły się ze sobą żyć, nic od siebie nie żądać i trwać w nadziei, że zdarzy się coś wyjątkowego, co chociaż na krótki moment je rozdzieli.
Nie było takich chwil jednak zbyt wiele, a nawet jeśli się zdarzały, trwały zbyt krótko, by móc się nimi cieszyć, a potem do nich tęsknić.
Kilka sekund później nadszedł niespodziewanie jeden z takich momentów. Jak zwykle zbyt gwałtownie i nazbyt nagle.
Po całym salonie roznosił się dźwięk telefonu, leżącego na stoliku nocnym znajdującym się nieopodal Michaliny i nieznośnie wibrował.
Dziewczyna z przerażeniem spojrzała na wyświetlacz smartfona, nie lubiła rozmawiać przez telefon. Na szczęście tym razem dzwoniła jej jedyna kuzynka, która teraz wyświetlała się jako „Aśka”. Michalina odetchnęła z ulgą. Chwyciła komórkę w dłoń.
– Miśka! Halo! – krzyknęła radośnie kobieta po drugiej stronie.
– No cześć, cześć… – odparła nieśmiało, chociaż na jej twarzy zakwitł uśmiech.
– No co tam, moja droga? Dawno żeś się nie odzywała, kobieto! – Roześmiała się, a Michalina dokładnie w tym momencie oczami wyobraźni zobaczyła jej zaróżowioną twarz.
– A nic… Jakoś tak przyjechałam do Olsztyna i nic nie robię. – Tym razem Miśka zaśmiała się nerwowo, bo zdała sobie sprawę, jak głupio brzmiała jej wypowiedź. Jakby była nudna. No bo chyba taka właściwie była.
– No widzisz! To akurat jak zawsze dzwonię do ciebie we właściwym momencie! – stwierdziła. – Przyjdziesz do mnie wieczorem na winko?
Michalina milczała przez chwilę, bo z jednej strony propozycja spędzenia czasu z kimś innym niż sama ze sobą wydawała się jej kusząca, z drugiej zaś – musiałaby się lepiej ubrać, umalować, a przynajmniej umyć włosy.
– Żyjesz tam? – Z zamyślenia wyrwał ją głos rozbawionej kuzynki.
– A… – bąknęła. – Tak, żyję.
– To jak? Przyjdziesz do nas wieczorem, Miśka? Powróżymy sobie z Tarota, zjemy chipsy… Fajnie będzie – skwitowała.
Na samą myśl o kartach Tarota Michalina poczuła nieprzyjemny dreszcz przechodzący jej po plecach. Temat kart z dziwnymi symbolami przewijał się w ich rodzinie, odkąd pamiętała. Jakieś strzępki urwanych rozmów, nawiedzające ją w koszmarach narysowane postaci, których twarze niewiele wyrażały.
Z czasem, gdy stawała się starsza, zaczynała się zastanawiać, jak z tych obrazków można cokolwiek wyczytać. Przecież niezależnie, kto przychodził odczytać z kart swoją przyszłość, ilustracje pozostawały takie same, nie dopasowywały się do losu odbiorcy jak w szklanej kuli.
– A twoja babcia będzie nam wróżyć? – zapytała, bo właśnie zarówno w ich rodzinie, jak i w całym mieście nikt inny nie cieszył się taką sławą tarocistki jak Wanda Świerczyńska.
– Babcia Wanda dziś nie na chodzie – powiedziała półgłosem, zapewne dlatego, żeby siedząca w sąsiednim pokoju staruszka tego nie usłyszała. Kobieta, mimo iż liczyła już sobie ponad dziewięćdziesiąt pięć lat, wciąż uważała się za rezolutniejszą i sprawniejszą od niejednej dwudziestolatki. – Ale ja ci powróżę! I sama sobie postawię karty. Także no… Dobrze będzie! – Zaśmiała się znów, jak to miała w zwyczaju.
Michalina jedynie westchnęła. Mogła się z nią zobaczyć, ale nie była pewna, czy chce znać przyszłość, szczególnie tę zinterpretowaną przez Aśkę, która nienajlepiej znała się na odczytywaniu kart.
– To jak? Widzimy się o osiemnastej? – zapytała lekko poirytowana kuzynka.
– Tak… No tak… – wydusiła z siebie Michalina.
– To super! Do zobaczonka! Paaaaa!
Aśka się rozłączyła, a Michalina, odkładając telefon, westchnęła. Z tęsknotą spojrzała w kierunku mięciutkiej sofy i zaraz odwróciła się na pięcie, by udać się w kierunku schodów. Musiała coś ze sobą zrobić. Odkąd wróciła do Olsztyna, minęło już trochę czasu, a pomimo to nie zadbała o siebie w żaden sposób i wciąż widać było po niej trudy wielogodzinnej podróży.
* * *
Niecałą godzinę później była gotowa. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze wiszącym w korytarzu i zastanawiała się, czy nie podkreślić oczu. Zaraz zdecydowała, że jednak tego nie zrobi, bo raz, że miała długie rzęsy i tusz je tylko obciążał, a dwa – zwykle nie umiała ich dokładnie i ładnie pomalować, przez co wydawało jej się, że wygląda jak kurtyzana, i to w dodatku pijana.
Wygładziła jeszcze dłonią jeansy z szerokimi nogawkami, które kupiła niedawno na wyprzedaży, i poprawiła luźne rękawy letniej koszuli w cienkie paseczki. Teraz wyglądała dużo lepiej niż godzinę temu, chociaż czuła jeszcze oznaki zmęczenia, które najdotkliwiej dały o sobie znać, gdy się schyliła, by włożyć tenisówki.
Kiedy wyszła na zewnątrz, lato od razu odcisnęło na niej ciepły pocałunek, za którym tak bardzo tęskniła w niekończące się zimowe i jesienne poranki i wieczory. Lubiła, jak lato ją zaskakiwało, uwielbiała rozkoszować się zapachem i smakiem powietrza, które stanowiło swoistą mieszankę aromatu kwitnących malin, lśniących w słońcu łanów pszenicy, wody z jeziora oraz wszystkich okolicznych wonnych ziół.
Zanim wyszła za bramkę, wystawiła na chwilę twarz do słońca, aby ogrzało ją swoimi promieniami. Dopiero później wyjęła z torebki przeciwsłoneczne okulary i wsunęła je na nos.
Lubiła wygrzewać się na słońcu, bo wtedy miała poczucie, że znikają z jej twarzy wszystkie przebarwienia, oczy przestają być podkrążone, a policzki stają się rumiane niczym jabłka prosto z sadu.
Idąc ulicą przed siebie, obserwowała ludzi siedzących w ogródkach, którzy to rozkoszne popołudnie postanowili wykorzystać na to, by raczyć się smakiem słodkiej lemoniady. Co jakiś czas dało się usłyszeć szczekanie któregoś z psów.
Przyglądając się okolicy, można by stwierdzić, że niewiele człowiekowi potrzebne jest do szczęścia: odrobina spokoju, bezpieczna przyszłość, cel w życiu i łyk słodkiego napoju.
Sama ta myśl, jak życie może być proste i piękne, wywołała na twarzy Michaliny szeroki uśmiech.
* * *
Dom, który Aśka zamieszkiwała wraz z babcią, Wandą Świerczyńską, mieścił się na końcu ulicy, tak że Miśka bez trudu dostrzegła go z oddali. Zawsze, gdy tylko go widziała, czuła spokój w sercu. Przypominała sobie wszystkie spacery, rozmowy, które odbyła z Aśką właśnie na tej drodze.
Zwykle wtedy były zasapane, spocone i z utęsknieniem patrzyły w kierunku tego zielonego domu. Wiedziały, że gdy tylko znajdą się w środku, ciocia i babcia w jednym poczęstuje je jakimiś pysznościami.
Kiedy jej nie było, bo akurat jakaś osoba pragnęła poznać swoją przyszłość, zostawiała dziewczętom stół suto zastawiony smakowitymi potrawami.
Jak wspaniale jest mieć chociaż wspomnienia – pomyślała z nostalgią Miśka.
Wnet chwyciła za bramkę i posłyszała znajome skrzypienie, niezmienne od lat.
– Miśka! No wreszcie! – dobiegł ją kipiący radością głos.
Michalina podniosła wzrok i ujrzała kuzynkę stojącą na werandzie. Uśmiechała się szeroko, jak zawsze, i gdy tylko ta podeszła bliżej, rozłożyła serdecznie ramiona w geście powitania. Wyglądała jak dziecko, które nie może doczekać się przybycia gości.
– Cześć! – powiedziała Misia, wtulając się przy tym w ramiona Aśki.
Dobrze było poczuć znajomy zapach perfum, ten sam niezmienny od lat, i bliskość czyjegoś ciała.
– Jak ja tęskniłam! – rzuciła Aśka, przyglądając się wnikliwie Michalinie. – Wyglądasz na lekko zmęczoną. Nie jest tak? – Spojrzała szczerze zmartwiona.
– No trochę… – Miśka uśmiechnęła się słabo, w głębi duszy cieszyła się, że nie zdążyła zdjąć jeszcze okularów przeciwsłonecznych, które ukrywały jej worki pod oczami.
– A zresztą! Co ja cię tutaj na dworze trzymam! Wchodź do środka! – Kuzynka ruszyła przed siebie do wnętrza domu, po czym Michalina udała się za nią.
W „magicznym domku”, jak go nazywały, gdy były młodsze, pachniało tak samo jak zwykle. Mieszanką szlachetnego drewna, miodu i jakiejś egzotycznej herbaty.
– Kiedy w życiu dzieje się źle, wydaje się, że skończył się świat, to dobrze jest mieć takie miejsca, gdzie można usiąść, zatrzymać się i poczuć, że znów wszystko jest tak jak dawniej i płynie we właściwym rytmie. Zapraszam, Michasiu, wejdź do środka. – Wanda Świerczyńska uśmiechnęła się ciepło.
– Dzień dobry, ciociu!
Kobiety przytuliły się na powitanie.
– Ściągnij okularki, bo i tak nie ukryjesz przede mną tych swoich smutnych oczu. Zresztą w życiu nie chodzi przecież o to, by cały czas coś ukrywać, moja panno. Lepiej usiądź tutaj z ciotką i pogadaj – dodała zachęcająco.
Joanna przyglądała im się z czułością z odległości kilku kroków. Tak oto stały wtulone w siebie dwie najbliższe kobiety w jej życiu.
– Babciu! Już daj Miśce coś zjeść! – roześmiała się.
– Tyle że Misia chyba wcale nie jest głodna. – Kobieta uniosła kąciki ust. – Prawda?
– Mogę coś zjeść – odparła dyplomatycznie Michalina.
– No dobrze… Jak uważasz…
* * *
Po pewnym czasie Asia i Misia poszły we dwie do salonu, żeby jak przed laty zalec na dobrych kilka godzin na kanapie i opowiadać sobie o życiu, zwyczajnie gawędząc, może mówiąc czasami od rzeczy, ale ciesząc się własną obecnością.
– Mówiłaś, że z ciocią nie jest najlepiej – szepnęła Asi delikatnie do ucha Michalina. – A z tego, co widzę, to fantastycznie się trzyma! – Uśmiechnęła się szczerze na wspomnienie niedawnego obrazu cioci Wandy krzątającej się po kuchni w tych swoich „wróżkowych fatałaszkach” w indyjskie wzory.
Świerczyńska uwielbiała ubierać się w ten sposób i wkładała te ubrania niezależnie od tego, czy miała akurat klientki, czy nie. Ona cały czas była taka sama, po prostu autentyczna. Zapytana, dlaczego stroje, które nosi, są tak kolorowe, odpowiadała, że to dlatego, iż w Indiach jest przepiękna, bujna, kolorowa roślinność, a te wszystkie barwy z tamtejszych kwiatów Hindusi pragną utrwalać na swoich strojach.
– Może i dobrze się trzyma, ale ja się jednak jakoś o nią boję. – Skrzywiła się lekko. – Mimo wszystko nie robi się coraz młodsza, a coraz starsza… – Na twarzy Joanny pojawił się grymas smutku, który jednak szybko zniknął.
– No tak. Racja. Ale chyba ona sama się tym zbytnio nie przejmuje. – Michalina uśmiechnęła się pokrzepiająco i poklepała kuzynkę po ramieniu.
Ten gest wyrażał więcej niż jakiekolwiek słowa, szczególnie dla niej, gdyż od zawsze nie potrafiła powiedzieć dokładnie tego, co czuje.
– Oj, Miśka! – Joanna wzruszyła się i przyciągnęła kuzynkę do siebie.
– Oj, Aśka! – zaśmiała się Michasia. Chyba to był pierwszy raz od kilku tygodni, gdy zrobiła to szczerze. Teraz stanęły i przytuliły się do siebie.
– No, ale dobrze! Dosyć tych wzruszeń! – stwierdziła żartobliwie Joasia.
Michalina przycupnęła na jednym z krzeseł przy stole i wpatrywała się w szklane półmiski wypełnione paprykowymi i serowymi chipsami. Dziewczyny obiecywały sobie, że nigdy ich nie zjedzą do końca, ale niestety tego postanowienia nie udało się dotąd spełnić… Takie niezapomniane wieczory, które rozciągały się na całą noc i wczesny poranek, zawsze skutkowały bólem brzucha i głowy. Ale mimo to zawsze warto było je powtarzać, bo za każdym razem wnosiły w życie coś bezcennego.
Kiedy Michalina tak siedziała przy stole, Joasia szukała w komodzie świec zapachowych, które zamierzała zapalić.
– Jaki zapach byś chciała? Mamy do wyboru jaśminowy, różany, waniliowy i jakieś drzewo sandałowe… No i rzecz jasna takie zwyczajne miodowe, ale ja… się ich boję. – Aśka się roześmiała. – Babcia Wanda zawsze nazywała je gromnicami, a one kojarzą się tylko ze śmiercią…
– Jak dla mnie to mogą być jaśminowe i różane – powiedziała Miśka.
Kompletnie zignorowała wzmiankę o śmierci, ponieważ doskonale wiedziała, że jej kuzynka ma naturalną zdolność do dramatyzmu i katastroficznego myślenia. Joanna doprawdy wszędzie dopatrywała się symboli śmierci. Nieraz, kiedy szły we dwie na spacer i Asia zobaczyła gdzieś świerszcza, od razu z przerażeniem wyznawała, że to zwiastun śmierci i że zapewne w niedalekiej przyszłości odejdzie od nich ktoś bliski.
Te usilne próby przewidzenia przyszłości zapewne wynikały u niej z lęku przed samotnością, swoją drogą uzasadnionego, bo jedynymi bliskimi osobami, jakie miała, były babcia Wanda i Miśka.
– Jest napisane, że te świeczki powinny palić się ponad sześćdziesiąt godzin, więc mamy czas – zaśmiała się Asia.
* * *
Minęły już dobre dwie godziny, od kiedy obie usiadły przy stole, i zdążyły zjeść już jeden pełny półmisek chipsów.
– O, ja już czuję, że brzuch zaczyna mnie boleć! – Asia skrzywiła się, kładąc dłonie na bolesnym miejscu.
– Mnie chyba też… – dodała Michalina, po czym obie milczały. Zdążyły już przez ten czas omówić wszystkie bieżące sprawy, aczkolwiek obie wciąż nie czuły tego wyraźnego spełnienia wynikającego z rozmowy i radości. Coś wisiało w powietrzu, coś niewyobrażalnie delikatnego i kruchego tak, że nie można było tego dotknąć choćby szeptem.
Pierwsza westchnęła Joanna.
– No dobrze, moja droga – zaczęła poważnie. – Znamy się tyle lat, praktycznie od zawsze, i widzę, że coś z tobą jest nie tak.
Michalina spojrzała na nią najpierw z osłupieniem, a potem lekko się uśmiechnęła. Joasia zrozumiała, jak zabrzmiały jej słowa, i obie się roześmiały.
– No w sumie… Coś w tym jest – potwierdziła z wciąż zabawną miną Miśka.
– Wiesz dobrze… Nie o to mi chodziło… To znaczy… – jąkała się Asia.
– Ja swoje wiem… Dobra, dobra… – żartowała Michalina.
Joanna nagle spoważniała.
– Wiem, że coś jest na rzeczy – rzekła. – Po prostu czuję, gdy coś dzieje się z tobą nie tak. – Spojrzała jej głęboko w oczy. – Zresztą już wcześniej czułam… – dodała, jakby chciała ją tym argumentem ostatecznie przekonać.
– Jak zwykle masz rację… – odparła zrezygnowana, po czym westchnęła i zapatrzyła się pustym wzrokiem w przestrzeń. – Ale chyba nic nie mogę powiedzieć ci na ten temat. – Wzruszyła ramionami. – Moje słowa nie zmienią tego, co się wydarzyło, nie zmienią moich uczuć ani nie wpłyną na przyszłość…
– Zapewne masz rację, ale gdybyś się wygadała, dobrze by ci to zrobiło – naciskała Joanna. Bardziej z ciekawości, bo raczej nie dałaby rady pomóc kuzynce.
– Nie. To nic nie da.
– No okej… Ważne, że powiedziałaś przynajmniej, że coś jest nie tak – odparła niezbyt zadowolona Asia.
Obie natychmiast przywołały na twarze zdawkowe uśmiechy i próbowały zachowywać się tak, jakby ta rozmowa w ogóle nie miała miejsca. Jednak każda z nich podskórnie czuła, że ten wieczór będzie inny od pozostałych.
Rzeczywiście, rozmowa się nie kleiła i Asia w pewnym momencie chwyciła telefon i zaczęła przeglądać internetowe strony sklepów odzieżowych. To od zawsze dawało jej dużo radości, odciągało od wszelkich negatywnych myśli. Powoli zatapiała się w świecie kolorowych ubrań, które przepięknie prezentowały się na modelkach. Joanna z trudem przy tym powstrzymywała drżenie dłoni, które było skutkiem nagłego przypływu adrenaliny, a tę należało zastąpić szybką dopaminą, wynikającą z zakupu jakiegoś rzecz jasna niezbędnego produktu.
Michalina była zaś zła na siebie, że nie opowiedziała kuzynce tego, co wydarzyło się tak niedawno, bo gdyby to zrobiła, teraz zapewne ona czułaby się lepiej i atmosfera byłaby znacznie bardziej satysfakcjonująca. Przez moment przeszło jej przez myśl, żeby może wyjść stąd, wrócić do siebie, ale cóż by to zmieniło? Nic. Zostałaby jedynie znów sama.
Zapewne obie dalej siedziałyby w tej niezręcznej ciszy, gdyby nie usłyszały dobiegającego z góry przeraźliwego dźwięku.
– Babcia Wanda! – krzyknęła Joanna z przerażeniem, rzucając przy tym komórkę na stół.
Nie czekając na Michalinę, ruszyła pędem w kierunku schodów. Miśka pobiegła za nią. Kilka sekund później były już w pokoju Wandy Świerczyńskiej. Tym, w którym kobieta prowadziła zwykle swoje mistyczne sesje.
Trzeba przyznać, że ani Michalina, ani Joanna nie spodziewały się takiego rozgardiaszu tutaj. Połowa pokoju wyglądała tak, jakby przeszło tędy tornado, a druga połowa była prawie pusta. Wszystkie rzeczy z półek pochowane były w walizkach, tak jakby ktoś przygotował je, by zabrać ze sobą w daleką podróż.
Pośród tego przedziwnego wystroju, na środku pomieszczenia leżała zemdlona Wanda Świerczyńska, a obok niej otwarty w połowie wiekowy zeszyt. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest on bardzo stary, gdyż kartki jego były cieniutkie i pożółkłe, wręcz rozsypywały się, dodatkowo zapisane drobnymi literami i pochyłym, eleganckim charakterem pisma. Nie był to jednakże czas na to, by zachwycać się tym kajetem, gdyż zdrowie i życie babci Wandy wydawały się zagrożone.
Joanna uklękła obok leżącej kobiety, lodowatymi i drżącymi z zimna dłońmi zmierzyła jej puls. Na szczęście był wyraźnie wyczuwalny.
– Babciu! Babciu! Nie zostawiaj mnie… nie zostawiaj mnie… – Z powodu łez i emocji powtarzała te słowa jak mantrę. Trzęsła się przy tym jak osika.
Michalina podeszła do niej, próbowała ją objąć, aczkolwiek ta ją tylko odepchnęła. Działała jak w amoku, jakby postradała zmysły lub znalazła się w alternatywnej rzeczywistości.
– Asieńko, spokojnie. Nic mi nie jest – wymamrotała babcia Wanda i pogładziła wnuczkę po policzku. – To tylko wspomnienia… – Westchnęła i poruszyła się tak, jakby próbowała się podnieść, jednak Joanna powstrzymała ją ruchem ręki.
– Babciu, nie ruszaj się! Zadzwonię po pogotowie! – zawołała pospiesznie, bojąc się, że dobre samopoczucie kobiety jest tylko wynikiem szoku po nagłym upadku.
– Daj spokój, Aśka… Całe życie nie byłam w szpitalu, to i teraz nie zamierzam tam iść. – Uśmiechnęła się zadziornie. – I daj mi się podnieść z ziemi, kobieto. – Zaśmiała się, po czym podpierając się na rękach, wstała bez trudu.
Joanna i Michalina dalej jednak przypatrywały się jej z nieufnością. Obie obawiały się, że za chwilę znów upadnie.
– Ciociu, a jak tak mogę zapytać, co cioci się stało? – odezwała się bardzo nieśmiało Miśka.
– A co miało mi się stać? – odparła Wanda, jak gdyby nigdy nic. – Nic, po prostu skończyłam czytać pewną historię. – Wzruszyła ramionami.
Zresztą ton jej wypowiedzi wskazywał na to, że omdlenia po przeczytaniu jakiejś historii są jak najbardziej normalne.
– I to była taka reakcja na to? – dopytała Joanna. Mówiła w taki sposób, jakby zwracała się do małego dziecka, które coś nabroiło.
– Tak – powiedziała lekko, szukając czegoś wzrokiem.
– A te wszystkie walizki? Ten bałagan? – nie dawała za wygraną wnuczka kobiety.
– A co ty taka wścibska się zrobiłaś, moja panno, co? – Tym razem zabrzmiała naprawdę gniewnie, ale mimo to jej słowa przyniosły odwrotny skutek.
Michalina i Joanna parsknęły śmiechem.
– Ach… Ta dzisiejsza młodzież… – Machnęła ręką. – Co ja się będę tłumaczyć tym gówniarom… – I dalej krzątała się po pokoju, kompletnie nie przejmując się tym, że te dwie młode kobiety wciąż przyglądają jej się nieufnie. – O jest! – Klasnęła w dłonie, kiedy dostrzegła leżący na podłodze kajet z ledwo trzymającymi się w nim kartkami. Momentalnie podniosła go z ziemi i z czułością pogładziła dłonią. – Oż ty, diabelska istoto! – szepnęła do zeszytu. Wanda od zawsze tak miała, że personalizowała przedmioty, a czasem nawet twierdziła, że są cenniejsze niż ludzie, bo człowiek zawsze może zdradzić, a przedmiot nigdy. Jej dom był więc pełen takich ukochanych przedmiotów. – A wy nadal tutaj stoicie jak kłody? – Odwróciła się do swoich młodych krewniaczek.
– Jak widać… – odparła Asia.
– Ja to z wami mam. – Machnęła ręką. – No ale dobrze, najwyraźniej musicie tutaj tak stać… Wszystko ma jakiś sens, czyż nie? – Wzniosła oczy ku górze, jakby szukała tam potwierdzenia swoich słów.
– A ciocia to tak dalej zamierza czytać tę historię? – Miśka uśmiechnęła się niemrawo.
– Nie. A po cóż to? Skończyłam ją – odparła.
Joanna, słysząc to, tylko przewróciła oczami.
– Opowiesz nam, babciu, czemu zemdlałaś, kiedy skończyłaś ją czytać? – zapytała Joasia, która zdecydowanie nie była zbytnio zainteresowana tym, co było zapisane w tym zeszycie, ale obawiała się raczej o stan psychiczny babci. Wszakże w jej wieku byłoby to zupełnie normalne, gdyby miała problemy zdrowotne. Dziwne wydawało się to, że raczej ich nie ma.
– Babcia Antonina mówiła, żeby jej nie czytać… – rzuciła Wanda, kompletnie lekceważąc pytanie wnuczki.
Joanna jedynie zmarszczyła brwi. Miała coraz mocniejsze wrażenie, że babcia mówi bez ładu i składu.
– Babcia Antonina? – podjęła za to wyraźnie zaintrygowana Michalina. – Ta, co mieszkała na Wołyniu?
– Tak, dokładnie ta. – Świerczyńska uśmiechnęła się ciepło do dziewczyny. Poczuła, że przynajmniej ona poważnie traktuje jej słowa.
– I co się z nią stało? – zapytała Michalina.
– Umarła. Jak każdy – odparła Wanda. – Ale dużo ważniejsze jest to, co w życiu zrobiła. Wiecie, że to ona nauczyła mnie rozumieć karty Tarota, zmawiać uroki, ściągać i rzucać klątwy, a nawet tego, jak rozmawiać odpowiednio z ludźmi?
– A tego to i ja nie wiedziałam… – odezwała się Joanna.
– Ty, Joasiu, ogólnie bardzo mało rzeczy wiesz… – powiedziała Wanda, patrząc dziewczynie głęboko w oczy. – Zwykle nie znajdujesz tego, co chcesz, bo nawet nie wiesz, czego szukasz…
Tak niespodziewanie wypowiedziane te słowa trafiły Joannie prosto w serce. Początkowo nawet otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów, więc wydała z siebie tylko niemy dźwięk.
– Ta historia złamała cioci serce? – dopytywała przejęta Michalina.
– Tak… – odpowiedziała Wanda po dłuższej chwili. – Do tej pory nikt ani nic mi nie złamało serca, drogie dziecko… Chociaż był w życiu taki czas, że bardzo chciałam być kochana, ale kiedy tylko byłam, uciekałam… Chyba w moim przypadku prawdą było to, że wolałam króliczka gonić, niż go złapać. Kiedy trwał już do mnie taki przytulony, wydawał się taki…? Nudny. – Westchnęła.
Joanna w tamtej chwili poczuła, jakby ktoś właśnie mówił o niej, dokładnie ją opisywał. Michalina zaś miała kompletnie inne wrażenie w kontekście swojej osoby, ona nie dość, że jeszcze nigdy nie złapała żadnego króliczka, to jeszcze zawsze była porzucana. Tak jak ostatnio…
– A jak to się ma do tego zeszytu, babci Antoniny i innych? – burknęła Joanna.
Nie lubiła dotykać sfery swoich uczuć. Gdy tylko nadarzała się okazja, by ją poruszyć, zabijała ją albo złością, albo przesadnym entuzjazmem.
– Nijak – rzuciła oschle babcia. – Odpowiedziałam tylko Miśce, a teraz po prostu stąd wyjdźmy, bo zaczyna mnie już od tego wszystkiego boleć głowa! – powiedziała ze złością.
Nikt nie miał chyba większego pojęcia o złości Wandy Świerczyńskiej niż najbliższe jej kobiety, czyli Miśka i Aśka, wobec tego obie niemalże od razu opuściły pokój, który w ciągu jednej sekundy wydał im się bardzo zatłoczony.
Kiedy wszystkie siedziały już pogrążone w milczeniu na wersalce na dole, babcia Wanda pierwsza przerwała ciszę.
– W tamtym pokoju zebrało się już zbyt wiele dusz – stwierdziła poważnie.
Asia i Michalina ze zdziwieniem spojrzały najpierw po sobie, bo obie jeszcze kilka chwil temu miały takie samo wrażenie, jakby ktoś w tamtym pomieszczeniu był jeszcze poza nimi, jednak chyba obie bały się o tym powiedzieć głośno. Wszakże w tym domu na olsztyńskich Dajtkach działy się już dziwne, wręcz paranormalne rzeczy, ale jeszcze nigdy nic takiego.
– Oczywiście nie miałam na myśli nas – kontynuowała babcia Wanda. – Ale po tych podłogach chodzili jeszcze inni ludzie, zupełnie jak na sali balowej…
Dziewczęta nie odpowiedziały jej nic, jakby nie było potrzeby potwierdzenia tych słów. Pewnie gdyby same nie doświadczyły tamtego przedziwnego ścisku, stwierdziłyby, że znakomita wróżka Wanda Świerczyńska oficjalnie zwariowała, choć do tej pory i tak była szalona na swój sposób.
Jeszcze przed północą, gdy na niebie gwiazdy świeciły niczym brylanty w szkatułce arystokratki, wszystkie trzy kobiety położyły się do swoich łóżek.
Wanda zdecydowała, że tej nocy zaśnie na dole, bo dusze będą jeszcze długo okupować jej pokój. Joanna zasnęła jak zwykle w swoim pokoju, a Michalina tam, gdzie spała zawsze, gdy tylko odwiedzała kuzynkę.
Lubiła to łóżko i charakterystyczny zapach świeżej, wypranej pościeli. Lubiła się w niej zatopić i wyobrażać sobie, że znika, a wraz z nią cały świat i wszelkie trudności. W tym pokoju czuła się bardziej jak we własnym domu niż faktycznie we własnym domu. Tam bała się spać, nawiedzały ją koszmary. Nieraz w nocy budziła się z bijącym sercem, którego za nic nie umiała uspokoić.
Teraz także jak zwykle nie potrafiła usnąć, wiedziała, że kiedyś ta noc się skończy, i ta myśl ją martwiła, bo za każdym razem, kiedy była tutaj, na olsztyńskich Dajtkach, pragnęła, by noc trwała wiecznie. Wiedziała, że rano będzie musiała wrócić do siebie do domu, do tej pustki i ciszy, która powoli wyżerała ją od środka, pozbawiała nadziei i marzeń, radości ze spoglądania w gwiazdy.
Chociaż teraz myśl o powrocie do domu nie wydawała się tak straszna jak świadomość, że kiedyś, to znaczy niedługo, przyjdzie jej wrócić do Francji.
Od wielu dni dręczyła ją jednakże myśl o tym, że wszystko tak szybko mija. Czuła, jakby nie korzystała należycie z danego jej czasu, wprawdzie robiła dużo, ale nie cieszyło jej to. Żyła od zakończenia tygodnia do początku kolejnego, od wakacji do rozpoczęcia zajęć na uczelni. Chciała to życie przejść jak najmniej boleśnie w oczekiwaniu, że w końcu przyjdzie jej odejść z tej ziemi.
Czas starała się wypełnić jak najbardziej, by nie myśleć, jednakowoż czasem wewnętrzny głos jej duszy błagał, by zegary chociaż na moment przestały bić, a słońce nie wschodziło. Michalina zaklinała los i czas, żeby na chwilę się zatrzymały i w końcu pozwoliły jej ufać i żyć. Ale te dwie potężne siły pozostawały głuche na jej prośby.
* * *
Joanna niemalże od razu, gdy przyłożyła głowę do poduszki, zasnęła jak suseł. Tego wieczoru była tak wyczerpana, że nawet nie myła włosów, wzięła jedynie szybki prysznic i włożyła piżamę w kwiatki, którą miesiąc temu kupiła w pobliskim centrum handlowym. Nie miała ochoty nawet przejrzeć się w lustrze. Poczłapała od razu do swojego pokoju, w którym panował nieskazitelny ład. Lubiła czystość i porządek, ponieważ twierdziła, że skoro życie i tak pełne jest bałaganu, to przynajmniej miejsce, w którym śpi, musi być posprzątane. Zupełnie jakby wbrew wszystkiemu miało stanowić absolutny kontrast wobec egzystencjalnego brudu.
Ten cały dzień całkowicie wyczerpał Joannę, do tej pory kręciło się jej w głowie z emocji. Potwornie wystraszyła się o babcię. W tamtej chwili, gdy zobaczyła ją leżącą na ziemi, miała poczucie, jakby podłoga usuwała jej się spod stóp. Przecież gdyby babcia faktycznie odeszła, tak by było. Zostałaby zupełnie sama. Miśka zaraz znów poleciałaby do Francji, poznała jakiegoś Francuza i byłaby szczęśliwa. A ona? Co ją by czekało bez babci?
Był czas, kiedy myślała, że nauczy się od niej stawiania Tarota, a z czasem dojdzie do perfekcji i będzie tak jak ona przepowiadać ludziom przyszłość. Los jednak szybko zweryfikował te wielkie marzenia.
Joasia miała wtedy piętnaście lat i babci Wandzi wcale nie było w smak to, aby uczyć wnuczkę tej tajemniczej sztuki.
– Babciu… Proszę! – Joanna składała ręce jak do modlitwy.
– Dziecko… Mówię ci kategorycznie nie! – Wanda Świerczyńska kręciła głową poirytowana. I chociaż wyglądała wtedy niezwykle srodze, jej serce uśmiechało się poruszone, bo w tym zachowaniu wnuczki widziała swoje odbicie sprzed kilkudziesięciu lat.
– Ale dlaczego?! – nie odpuszczała Joasia, a już wtedy z całą mocą ujawniał się jej nieustępliwy charakter.
– Mówiłam ci, dziecko, wiele razy, każdy, kto chce nosić na swoich barkach to brzemię, jakim jest znajomość przyszłości, musi ponieść jakąś ofiarę… Zawsze! A Tarot jest pamiętliwy, nigdy nie pozostawia nikogo bez spłaconego długu, a już na pewno nie pozwala ze sobą igrać. Te przeklęte karty wymagają, by traktować je z należnym szacunkiem! – krzyknęła, a jej policzki poczerwieniały ze złości.
W takich momentach Joasia wiedziała, że należy zejść babci z drogi, bo ta nie żartuje. Dyskutując z nią dalej, wnuczka może sprowadzić tylko na siebie kłopoty. Tym razem chciała zrobić jednak inaczej, sprawdzić, czy faktycznie stanie się coś tak strasznego, jak sobie wyobrażała.
– A ty, babciu, poniosłaś jakąś ofiarę? – zapytała drżącym głosem.
Jeden Bóg, albo i sam diabeł, wie, jak bardzo musiała zebrać się na odwagę, by to zrobić.
– Słucham? – Kobieta przestała masować skronie i pełna zdziwienia, rozszerzonymi źrenicami spojrzała na wnuczkę.
– Czy ty poniosłaś jakąś ofiarę? – powtórzyła Joanna, po raz kolejny siląc się na spokój i większą pewność siebie.
– Ja? – Wanda wskazała na siebie drżącą dłonią, po czym wbiła w dziewczynę pełne gniewu spojrzenie. – Czy ja poniosłam? – wyszeptała, bo wściekłość odebrała jej mowę. – Moje całe życie jest jedną wielką ofiarą! – odparła na jednym wydechu, po czym nie oglądając się na wnuczkę, opuściła śpiesznym krokiem pokój.
Joanna jeszcze przez chwilę słyszała dźwięk babcinych podeszew uderzających o schody.
Do końca dnia w jej sercu i umyśle niosło się echo słów o ofierze. Sam ten wyraz wywoływał w niej ogrom emocji, na jego dźwięk przed oczami pojawiały się konkretne obrazy.
Widziała Golgotę i umęczonego Jezusa konającego na krzyżu w blasku zachodzącego słońca Jeruzalem. Dreszcz przeszył jej całe ciało.
Czy jej babcia, mówiąc, że całe jej życie jest ofiarą, czuła się każdego dnia jak konający, niewinnie umęczony człowiek, który oddaje swe jedyne życie, by odkupić grzechy ludzkości?
Czy to być może babcia Wanda z jej winy czuła, że poświęciła swoje życie? Wszakże od dnia, gdy rodzice Joasi zginęli pod lawiną w Alpach, pieczę nad nią przejęła właśnie babcia. Jednak nigdy, aż do tego momentu, kobieta nie dała po sobie poznać, żeby opieka nad wnuczką była dla niej ciężarem.
* * *
Mimo to Joasia postanowiła, że nie będzie więcej frasować się tymi myślami. Obie z babcią Wandą unikały od tamtego czasu rozmowy o nauce posługiwania się kartami Tarota. W tej kwestii były akurat jednomyślne. Świerczyńska panicznie wręcz bała się o wnuczkę i jej przyszłość. Zbyt wiele w swoim życiu widziała takich przypadków, kiedy los odbierał komuś coś niezwykle cennego, wtedy gdy ten tylko spróbował się imać Tarota. Nie mówiąc już o tym, o czym opowiadała jej babcia Antonina. A była ona kobietą niezwykle silną i na tę jej niezwykłą moc składały się zarówno prostota, zdobyta wiedza, nieustępliwość, wrażliwość, jak i świadomość własnej ludzkiej słabości wobec potęgi losu.
Och, jak Wandzi Świerczyńskiej bardzo brakowało babci, która zapewne znałaby odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania, a także miałaby lekarstwa na wszelkie bolączki.
W przypadku Joanny młodość zdecydowanie wygrywała z rozsądkiem. Dziewczyna uważała, że ma moc spełnić wszystko, cokolwiek tylko sobie zamarzy, i los ją w tym będzie wspierał. Skoro miała w planach zostać kiedyś tarocistką, to wiedziała, że nią zostanie, i to bez pomocy babci. Całą swoją wiedzę będzie zawdzięczać wyłącznie sobie!
Tak oto ta żywiołowa młoda kobieta ułożyła sobie w głowie fantastyczny plan. Założywszy, że babcia Wanda ma w ciągu dnia dwie przerwy i wtedy opuszcza swój wróżebny pokój, Joanna postanowiła, że wtedy będzie mogła tam zaglądać. Zamierzała praktykować wiedzę zdobytą wcześniej z potajemnie kupionych poradników do nauki Tarota.
W ciągu pół roku nauczyła się już wiele i w czasie jednego z niedzielnych obiadów w obecności Miśki i babci Wandy oświadczyła, że umie już odczytać przyszłość z kart. I wtedy to wszystko się zaczęło…
Babcia Wanda nie zareagowała ani słowem, ani nawet grymasem na twarzy na nowinę wnuczki, za to Michalina spojrzała na kuzynkę z lekkim przerażeniem.
– Chcesz, Miśka, to ci powróżę! – zaproponowała Joasia ochoczo. – Zobaczysz, że wszystko się sprawdzi! – Nie mogła opanować ekscytacji.
Michalina najpierw niepewnie zerknęła na ciocię Wandę, ale ta dalej pozostawała niewzruszona, widocznie taką postawą chciała wyrazić, iż daje jej wolność wyboru. Misia jednak nadal nie była przekonana. Uśmiechnęła się delikatnie do kuzynki.
– No dobrze… Nikt mi jeszcze nie wróżył z kart – oznajmiła niepewnie.
– Zawsze musi być ten pierwszy raz! – Joanna się zaśmiała. Szalenie jej zależało, żeby przetestować swoje wróżebne umiejętności. – To jak? Zaczynamy?
– No dobrze. – Misia skinęła głową.
Joanna z dumą zasiadła przy niewielkim stoliku w salonie. Zgodnie z dobrze znanymi zasadami najpierw zapaliła świeczkę, później położyła niewielki obrusik, na którym ułożyła dwie talie kart Tarota. Jedna z nich była klasyczna, a druga w nieco bardziej artystycznej wizji przedstawiała prastare symbole.
– Którą z talii wybierasz? – zapytała poważnie, dumna ze swojego profesjonalizmu.
– A którą mam wybrać?
– No którą chcesz! – poirytowała się Joanna. Złościło ją niezdecydowanie kuzynki. Powinna przecież entuzjastycznie podchodzić do jej nowej umiejętności.
– To te większe karty, te ładniejsze – powiedziała Misia i na chwilę zamknęła oczy z przerażenia. Tak bardzo nie chciała znać przyszłości, ale wolała nie robić przykrości Asi.
– Dobrze. To teraz weź do rąk tę talię, którą wybrałaś, i ją przetasuj. – Uśmiechnęła się. – Karty muszą przesiąknąć twoją energią – wyjaśniła.
Michalina wypełniła jej polecenie, po czym odłożyła znów na stół stosik kart.
– Teraz zadaj pierwsze pytanie! – mówiła coraz bardziej podekscytowana Joanna, tak silne emocje w niej pracowały, że aż ręce jej drżały.
Miśka zbyt długo nie musiała zastanawiać się nad pytaniem, które nosi w sercu chyba każda dziewczyna od chwili, gdy zacznie dorastać.
– Kiedy i gdzie odnajdę miłość? – Zaczerwieniła się lekko, kiedy to mówiła.
Asia zresztą też z trudem hamowała się, by nie dać się ponieść rozbawieniu spowodowanemu naiwnym pytaniem młodszej kuzynki. Wzięła talię kart do ręki i zaczęła ją tasować.
– Teraz wylosuj z niej trzy karty, takie jakie chcesz.
Miśka wzięła niechętnie trzy pierwsze z brzegu.
– Połóż je na stole, spodem do góry – instruowała dalej Joanna. – Najpierw dwie mają być obok siebie, a trzecia pod spodem, między tymi dwiema – tłumaczyła i sprawdzała, czy Michalina robi wszystko tak, jak powinna.
Obie spojrzały na to dość osobliwe ułożenie kart, które wyglądało niczym trójkąt odwrócony podstawą do góry.
Joanna wypuściła z siebie powietrze.
– Okej – powiedziała już nieco spokojniejsza. – Możesz teraz odwrócić karty, ale w myślach musisz cały czas powtarzać swoje pytanie, które zadałaś. Widzę tutaj Trójkę Mieczy, Piątkę Kielichów i Rycerza Kielichów. – W pełnym skupieniu przyglądała się tej konstelacji kart i analizowała ją.
Michalina zaś coraz bardziej krzywiła się z przerażenia, bo po raz pierwszy w życiu słyszała takie dziwne nazwy. Wzbudzały one w niej niepokój, jak gdyby przywoływały piekielne moce, z drugiej strony były takie bajkowe, a sceny przedstawione na kartach jeszcze bardziej świadczyły o ich baśniowym charakterze.
– Trójka Mieczy mówi o prawdzie, ty się jej najprawdopodobniej bardzo boisz i w istocie nie chcesz usłyszeć odpowiedzi na pytanie, kiedy odnajdziesz miłość. Ale jeśli chodzi o miłość, to ta karta chyba może symbolizować, że czeka cię cierpienie. Nie wiem, ale tak mi się zdaje… – skwitowała bez emocji Joasia, a przecież w tych słowach chodziło o życie jej kuzynki! Michalinie serce zabiło szybciej z przerażenia. – Widzę, że długo będziesz przechowywać jakiś ból w swoim sercu, a on może cię zatruwać… – dodała. – Piątka Kielichów mówi o jakiejś stracie. Karta żałoby. Ale mówi nam też o tym, że niezależnie od tego, jak okropna jest strata, pozostają nam też inne dary. Jedyne niebezpieczeństwo, jakie ci grozi, to takie, że możesz pozostać sama ze swoim smutkiem. – Joanna była ewidentnie coraz bardziej zachwycona wiedzą, jaką dysponuje o kartach. Kompletnie nie zwracała przy tym uwagi, jakie uczucia w Misi wywołują jej słowa. – O! Rycerz Kielichów! Symbol romantycznego marzyciela, którym kierują emocje. Myli on emocje z duszą, twierdzi, że każde uczucie jest przesłaniem od duszy, zatem trzeba działać, opierając się na nim, i nie zwracać uwagi na konsekwencje.
Słuchając słów kuzynki, Michalina na chwilę się uśmiechnęła, bo stwierdziła, że ona jest trochę takim Rycerzem Kielichów.
– Nie wiem za bardzo, o co tutaj chodzi, ale ty najprawdopodobniej podejmiesz jakąś nieodpowiedzialną decyzję, myśląc, że jest słuszna, albo trafisz na kogoś takiego…
Miśka ze smutku i przerażenia spuściła wzrok, tak bardzo nie chciała wierzyć, że to jest jej przyszłość. Od razu zaczęła sobie wmawiać, że przecież Asia może się mylić, że dopiero się uczy, a poza tym nikt rozsądny w tego całego Tarota nie wierzy…
– Super mi poszło, prawda? – Joanna wyrwała ją z rozmyślań.
Michalina nawet nie zauważyła, kiedy ta zdążyła schować już do skrzyneczki całą talię kart.
– Tak… Chyba tak… – odparła bez entuzjazmu.
Chwilę później, jak gdyby nigdy nic, dziewczęta poszły na deser. Misia nie miała jednak apetytu, marzyła jedynie o tym, by jak najszybciej wrócić do domu i pozostać sama ze swoimi myślami.
Kiedy już wychodziła z domu pań Świerczyńskich, ciocia Wanda szepnęła jej do ucha pewne zdanie, które jeszcze spotęgowało w niej jeszcze przerażenie.
– Karty Tarota w rękach nieodpowiednich osób mogą być bardzo niebezpieczne…
* * *
Wiele lat później, gdy zdawać by się mogło, że wszyscy zapomnieli tamto niedzielne popołudnie i feralną wróżbę Joanny, słowa tej przepowiedni tliły się niczym ogień w sercu Michaliny i z czasem odnalazły swoje odbicie w rzeczywistości…
ARCYKAPŁANKA
W niektórych kartach znana jako Papieżyca lub przedstawiana pod postacią rzymskiej bogini Junony. Karta kojarzona z miłością do drugiego człowieka i zrozumieniem jego. Mówi o wrażliwości i intuicji, pójściu za głosem serca, jednak w odwrotnym położeniu jest symbolem obojętności i poczucia wyższości. Arcykapłanka w pozytywnym położeniu przedstawia dziewicę, w negatywnym zaś może być kochanką lub zdrajczynią.
Następnego ranka Michalina, mimo że przespała całą noc, miała poczucie, że jest wyczerpana jeszcze bardziej niż zeszłego wieczoru. Zebrawszy w sobie resztki energii, podniosła się z łóżka i pospiesznie włożyła na siebie wczorajsze ciuchy. Nie lubiła poświęcać zbyt wiele czasu na tę czynność. Najlepiej dla niej było po prostu ubrać się i mieć to z głowy na resztę dnia. Podobne uczucia miała względem makijażu. Nie znosiła go. Nie tylko samego malowania się, lecz także tego wrażenia, gdy jakieś substancje ciążyły jej na twarzy.
Zanim opuściła pokój, dłonią przeczesała włosy i przelotnie zerknęła na odbicie w lustrze. Dziś zdecydowanie nie wyglądała atrakcyjnie.
– O! Miśka! Co tak rano!? – Joanna zaczepiła ją w korytarzyku, bo akurat wyszła ze swojego pokoju w tym samym momencie.
– To ja powinnam się o to zapytać! Ty zawsze śpisz do dwunastej! – Zaśmiała się.
– Racja, ale obudziłam się jakoś tak wcześnie, leżałam i patrzyłam w sufit. Czekałam, aż wszyscy wstaną, żeby też wstać. – Parsknęła.
– To do ciebie niepodobne… – Michalina pokręciła głową w udawanej zadumie.
– Na starość ludzie się zmieniają! – odparła rozbawiona, po czym zbiegła ze schodów.
Przez te słowa kuzynki Miśka z niechęcią pomyślała o swoim wieku, ale chyba zawsze, niezależnie, kto ile liczy sobie lat, przerażony jest tym, że właśnie upłynął nieodwracalnie kolejny rok jego życia.
* * *
Kobiety jadły śniadanie w milczeniu, chyba były zanadto zajęte jedzeniem lub nie chciały wracać do tematu poprzedniego wieczoru. Jedynie Joanna co jakiś czas spoglądała nerwowo na zegarek, który wybijał kolejne sekundy. Dochodziło akurat wpół do dziesiątej.
– Dziwne, babcia powinna już dawno wstać – powiedziała, przełykając kanapkę z szynką i serem. – Zaraz pójdę sprawdzić, co się dzieje. – Zerknęła jeszcze raz nerwowo na zegar i wziąwszy ostatni gryz, podniosła się z krzesła. Charakterystycznym dla siebie szybkim krokiem pospacerowała do babcinego pokoju.
Michalina przeżuwała wolno w ustach kawałek croissanta. Od czasu, kiedy wróciła z Francji, nie umiała przyzwyczaić się do jedzenia innego rodzaju śniadań niż te niewielkie i słodkie. Spojrzała na chwilę w swoje ulubione okno, liście tańczyły na wietrze i nawet przez szybę dało się wyczuć, że będzie dziś duży upał. Kobieta lekko odchyliła się na krześle i zamknęła oczy. Pomyślała z utęsknieniem o chłodnej wodzie Bałtyku, która mogłaby stać się prawdziwym ukojeniem w taki słoneczny i ciepły dzień, aczkolwiek momentalnie odczuła na swojej skórze znajomy dotyk objęć i delikatne łaskotanie wód śródziemnomorskich. Ich pieszczot nie pragnęła już nigdy więcej.
Joanna wróciła do kuchni szybciej, niż Michalina się tego spodziewała. Dziewczyna śmiesznie pacnęła się ręką w głowę.
– Zapomniałam, że babcia nie spała dziś u siebie w pokoju, tylko w tym swoim gabineciku. – Zaśmiała się i zaraz udała się w stronę pomieszczenia, gdzie Wanda Świerczyńska zwykła przyjmować klientki.
Michalina znów mogła powrócić do marzeń. Z tej bezpiecznej przestrzeni wyrwał ją jednak głuchy krzyk pełen przerażenia. Mimo że dziewczyna wystraszyła się go do granic możliwości i w tym wielkim lęku przestała nawet racjonalnie myśleć, wiedziała, że tego głosu jej ciało i psychika nie zapomną nigdy.
Nie myśląc zbyt wiele, zerwała się z krzesła. Biegła, potykając się o własne nogi, aż w końcu znalazła się w epicentrum tego upiornego wrzasku.
Joanna klęczała przy łóżku pochylona nad babcią Wandą, trzymała jej dłoń w uścisku pełnym bezsilności i rozpaczy. Długie paznokcie Asi wbijały się w martwą, suchą skórę starszej kobiety, pozostawiając w niej bolesne ślady. Dziewczyna zawyła po raz kolejny, jak zranione zwierzę, które wie, że już nic nie odmieni jego losu i czeka je jedynie smutny koniec.
Michalina, gdy tylko przekroczyła próg tego pomieszczenia i to wszystko zobaczyła, chwyciła się za serce, by tylko uśmierzyć morderczy ból rozchodzący się po jej ciele.
Była przerażona. Tak bardzo chciała pomóc kuzynce, ale nie miała pojęcia, co ma zrobić. Wiedziała, co oznacza dla dziewczyny śmierć jej babci. Podeszła do Joasi i położyła jej rękę na ramieniu. Nie minęło nawet kilka sekund, a Joanna strząsnęła z siebie dłoń kuzynki, jak gdyby ta była jakimś robactwem.
– Zostaw mnie! – warknęła.
Jej ton jeszcze nigdy nie był tak lodowaty i pusty. Michalinie od razu przez umysł przeszła nieprzyjemna myśl, ta, której bała się najbardziej. Poczuła lęk, że wraz ze stratą ciotki straciła ostatnią bliską sobie osobę na świecie.
Wiedziona tym przekonaniem także osunęła się na podłogę i zapłakała żałośnie.
* * *
To, że Joanna po kilku godzinach się uspokoiła do tego stopnia, że można było prowadzić z nią całkiem logiczną rozmowę, było niemal cudem. Zwłaszcza że od wielu lat bała się panicznie tej chwili. I na nic zdały się jej ułożone w głowie scenariusze. Wszystko zdarzyło się tak niespodziewanie, a ona w obliczu mocy śmierci stała się taka bezbronna i naiwna.
– Powiedz mi, co my teraz zrobimy? – Zadając to pytanie, ewidentnie nie chciała usłyszeć odpowiedzi, a jedynie jeszcze bardziej poczuć swoją bezsilność. Po raz kolejny, odkąd siedziała na kanapie, poklepała się bezradnie po udach.
– To, co się robi, gdy ktoś umiera. Pochowamy babcię, to znaczy moją ciocię, a twoją babcię, jak będziesz chciała, to zrobimy stypę.
– A co z całym domem, jej rzeczami, kartami? Przecież one wszystkie będą za nią tęsknić. Ten dom będzie inny, to miasto. – Znów się rozszlochała.
– To prawda, nigdy już nic nie będzie takie samo – wyszeptała Michalina w powietrze, jakby trochę do siebie, troszkę do tej pustej przestrzeni.
* * *
Nadeszła noc, Kaszubi ostatnie pojawienie się na niebie księżyca i gwiazd przed pogrzebem zmarłego nazywali pustą nocą. Ta noc także emanowała swoistą żałobną pustką.
Kiedy zabrali ciało Wandy Świerczyńskiej, energia tego domu kompletnie się zmieniła. Mimo że okna były szczelnie zamknięte, można było mieć wrażenie, jakby silny przeciąg przechodził przez wszystkie pomieszczenia.
– To duch babci Wandy. Biega po domu, tak jak robiła to zawsze. – Joasia uśmiechnęła się smutno, gdy siedziały wieczorem w salonie przy zapalonych świecach.
Przyglądały się w milczeniu, jak ten przedziwny wiatr targał ich płomieniami. Michalinę przerażały te wszystkie zjawiska, o których nigdy wcześniej nie śniła. Teraz potwornie bała się tej przytłaczającej, coraz intensywniejszej ciemności i tego, że za kilka godzin jej organizm odmówi posłuszeństwa i będzie musiała zasnąć. Drżała na myśl o snach, które mogą ją nawiedzić, i o tym, że być może to, czego ciocia Wanda nie zdążyła jej za życia powiedzieć, teraz usilnie będzie starała się przekazać.
– Może zapalimy szałwię… – zaproponowała nieśmiało Michalina. Nigdy wcześniej nie wierzyła w takie rytuały, ale skoro znalazła się w epicentrum dość absurdalnych zdarzeń, musiała też używać takich środków.
– No coś ty! Chyba żeś zwariowała! – oburzyła się Joanna. – Przecież szałwia jest na odpędzenie złych duchów, a babcia Wanda do nich nie należy! – Pokręciła głową, ale mimo wszystko dobrze było zobaczyć Joannę w stanie wzburzenia i irytacji, a nie rozpaczy.
– Nie no… Tak, tak… – odparła mało przekonana Misia. Mimo wszystkich swoich zasług ciocia Wanda do świętych nie należała, a poza tym Michalina kiedyś usłyszała, że stawianie kart Tarota jest grzechem, więc może Świerczyńska trafiła po śmierci za karę do piekieł i teraz jej dusza błąka się gdzieś, próbując odkupić swoje winy.
Zadrżała na samą myśl, że to mogłoby okazać się chociażby w jakimś stopniu prawdziwe.
– To takie przerażające, że ktoś sobie żyje, jest, a później nagle przestaje. Jakby to jego odejście nie było niczym szczególnym, tylko naturalnym elementem życia…
– Prawda… – powiedziała dość bezmyślnie Michalina, aby nie rozdrażnić kuzynki.
Joanna oparła łokcie na kolanach i przyłożyła dłonie do skroni. Przymknęła powieki i wydawać by się mogło, że próbuje trwać gdzieś przez chwilę pomiędzy życiem a snem. Niepokojący i osobliwy przeciąg uspokoił się wreszcie, a płomienie świec przestały złowróżbnie tańczyć.
Wszystko, co się zaczyna, musi się kiedyś skończyć – pomyślała Misia i aż sama była zaskoczona filozoficzną głębią tego zdania, które przyszło do niej tak nagle.
– Ja już bym chciała zasnąć. – Joanna ziewnęła przeciągle.
– Chcesz spać sama? – zapytała Michalina przerażona wizją spędzenia samotnej nocy w tym domu opanowanym najwyraźniej przez złe moce.
– A ty? – Joanna uśmiechnęła się delikatnie.
– No… ja szczerze wolałabym nie – odparła z dość cierpką miną.
– Domyślam się… W każdym razie przyszła mi taka myśl. Może to babcia Wanda mi ją teraz podsunęła. Powinnyśmy pójść do pokoju, w którym wróżyła, zabrać stamtąd karty i je spalić.
– Dlaczego? – Na twarzy Michaliny odmalowało się szczere zdziwienie, gdyż znając swoją kuzynkę, nie podejrzewałaby jej o taki pomysł.
Joasia, gdyby mogła, wzięłaby te karty i czerpiąc z ich wyjątkowej energii, którą w sobie miały, sama zaczęłaby się nimi posługiwać. Przecież były one naznaczone niezwykłą siłą Wandy Świerczyńskiej, która od lat nimi praktykowała. Nie były na pewno zwykłymi kartami, które można kupić w jakiejś tam księgarni, tylko stanowiły relikwię.
– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Ta myśl mnie po prostu dręczy od kilku godzin.
– Okej, jak chcesz. Możesz przecież zawsze tam pójść i zobaczyć te karty, może one same powiedzą ci, czy chcą być spalone, czy nie. – Uśmiechnęła się lekko, bo doskonale pamiętała to słynne zdanie cioci Wandy: „Karty do nas mówią, tylko ludzie nie potrafią ich słuchać”.
– Rozumiem, że ty nie chcesz ze mną iść tam? – zapytała z nutką ironii w głosie.
Misia doskonale znała ten ton i bardzo nie chciała narazić się kuzynce.
– Nie no, chcę! Kto powiedział, że nie chcę? – obruszyła się.
Za moment Joanna wstała z kanapy, a Michalina powtórzyła tę samą czynność i szła tuż za kuzynką. Nogi jej drżały, ale nie zaprzestała tego dziwnego marszu.
Gdy tylko przekroczyły próg pokoju Wandy Świerczyńskiej, od razu poczuły, jakby okrył je jakiś aksamitny całun. Mimo że nic takiego w rzeczywistości się nie zdarzyło, one widziały jego purpurową barwę i czuły na skórze dotyk.
Spojrzały po sobie. Nie potrzebowały słów, by zrozumieć, że obie to poczuły.
W pokoju wszystko wyglądało tak samo. W powietrzu unosiły się te same wonności powstałe na skutek tlących się tu od dziesiątek lat różnorakich kadzideł. Na ścianie wisiał ten sam portret praprababci Antoniny, która cały czas swoim surowym spojrzeniem obejmowała rzeczywistość.
Kiedy dziewczyny w tym samym momencie spojrzały na fotografię, przystanęły w milczeniu. Bały się krytycznego spojrzenia, ale pragnęły odczytać z niego coś więcej. Rozważały wewnątrz swoich serc to, co się wydarzyło, oraz oczekiwały w swej błogiej naiwności tego, co dopiero miało nadejść.
– Praprababcia Antonina musiała być w młodości piękną kobietą – ni z tego, ni z owego stwierdziła Joasia.
– Tak, to prawda – zgodziła się Misia, przyjrzawszy się szlachetnym rysom kobiety na fotografii, które mimo upływu lat nie straciły swojej delikatności i uroku.
Asia zbliżyła się do niewielkiego zabytkowego sekretarzyka babci Wandy, w którego szufladzie Świerczyńska od lat chowała najważniejsze dla siebie przedmioty.
Znajdowały się tam okulary, wieczne pióro ze złotą stalówką, które podobno otrzymała kiedyś w dowód miłości od swojego ukochanego, pierścionek zaręczynowy, jakieś notatki i listy, których nigdy nie pozwoliła nikomu dotknąć, no i rzecz jasna kilkanaście przeróżnych talii kart wróżebnych. Wśród nich Tarot marsylski, Tarot francuski, którego atuty przedstawiały sceny z życia codziennego XIX-wiecznej Francji, oraz talia kart Tarota używana niegdyś w dawnych Austro-Węgrzech.
Poza nimi leżały tam także karty Lenormand, których rodowód również wywodził się z Francji, a ich początek wziął się od francuskiej wróżbitki Marie Anne Lenormand. Joannie przypomniało się właśnie, jak kiedyś jej babcia z ogromną pasją opowiadała o tej niezwykłej kobiecie, z której usług korzystali ponoć Józefina Bonaparte i Aleksander I Romanow.
Dzięki niezwykłej skuteczności swoich przepowiedni Lenormand została okrzyknięta Sybillą z przedmieścia Saint-Germain. Zanim jednak jej sława obiegła cały świat, Marie Anne jako młoda dziewczyna została wysłana do klasztoru benedyktynek, jednakowoż dzięki ojczymowi zdobyła fach krawcowej i mogła osiedlić się w Paryżu, gdzie kilka lat później otworzyła swoje biuro wróżbitki. Ze względu na swój niezwykły dar miała także kłopoty, ponieważ w pewnym momencie została aresztowana przez Komitet Ocalenia Publicznego. Mimo to tego typu sytuacje zwiększały tylko jej popularność.
Od 1797 roku Lenormand zamieszkała przy Rue de Tournon, gdzie zawodowo zajmowała się przepowiadaniem przyszłości. I właśnie dzięki niej powstały te przepiękne karty wizyjne.
– Zawsze chciałam się ich nauczyć… – powiedziała Asia, spoglądając z nostalgią na tę niezwykłą talię.
– To może nie warto ich palić… – zażartowała Michalina.
– Może… – Joanna westchnęła i z czułością przesunęła dłonią po tym pięknym, ręcznie rzeźbionym w drewnie biurku. Sunąc tak dłonią powoli i z namaszczeniem, zupełnie jak gdyby przeciągała palcami w poprzek delikatnych klawiszy fortepianu, natknęła się na jakieś zgrubienia i wnet jeszcze bardziej zdziwiona zobaczyła, że je przesunęła.
– Włącz światło, Miśka! – rozkazała nerwowo.
Michalina, słysząc w głosie kuzynki niepokój, natychmiast spełniła to polecenie.
Oczom kobiety ukazała się koperta, na której wierzchu starannie, pochyłymi literami zapisano imiona dwóch adresatek.
Dla Michaliny i Joanny
Aż dziwne wydało się to, że Wanda Świerczyńska jako pierwsze zapisała imię Misi, skoro to Asia była jej wnuczką.
– Chodź tutaj! Szybko! – zawołała Joanna z paniką i ekscytacją w głosie. Nie minęła nawet sekunda, jak Michalina zjawiła się przy niej. – To chyba do nas – oznajmiła poważnie Aśka i bez pytania o zgodę zaczęła otwierać kopertę. Drżącymi dłońmi rozłożyła złożoną na trzy części kartkę.
Atrament, którym zostały napisane słowa, zasechł już dawno, ale za to charakteryzował się wyjątkową trwałością. Joasia delikatnie trzymała za brzegi kartki, która pachniała coraz intensywniej. Na jej woń składały się akordy cytrusowe, lawenda i geranium wzbogacone kurkumą, które stanowiło odpowiednik zapachu paproci, jak i intensywne nuty piżma połączone z mąklą tarniową.
– Tak mogą pachnieć tylko francuskie perfumy. – Misia zaciągnęła się tym zapachem i na jej twarzy widać było, że niezwykle się jej podobał.
– Tak, to Guerlain, ulubiony zapach babci Wandy – powiedziała Asia.
– Ale przecież to woda kolońska! – zdziwiła się Michalina.
– A co to ma za znaczenie? Babcia lubiła go i tyle. – Wzruszyła ramionami.
– Nie no, dobrze, dobrze…
Kiedy Miśka jeszcze wewnętrznie karciła się za ten niepotrzebny komentarz, Joanna zaczęła już czytać list napisany do nich obu.
Droga Michalino! Droga Joanno!
Kiedy piszę ten list, obie jesteście małymi dziewczynkami i jeszcze żadnej z Was nawet przez myśl nie przechodzi, że pewnego dnia Los trwale i nierozerwalnie połączy Wasze ścieżki. Fakt, że jesteście rodziną, nie ma tu nic do rzeczy, bo więzy krwi spajają jedynie powierzchownie, są pierwotną i podstawową szansą od dobrego Losu na zbudowanie najważniejszych relacji, jednak ludzie nigdy nie potrafią jej wykorzystać.
Z czasem dowiecie się same, że można mieszkać z kimś pod jednym dachem i nic Was z tą osobą łączyć nie będzie.
Z Wami będzie jednak inaczej, mimo że Wasze charaktery są niczym ogień i woda. Przez długi czas nie będziecie nawet tego świadome, a ludzie będą starali się Wam wmówić, że macie być inne, niż jesteście.
Michalino. Ta część listu jest dla Ciebie, a Ciebie, Joasiu, proszę, abyś mimo swojej ogromnej ciekawości tego nie czytała… Oddaj Misi na tę chwilę list w jej ręce.
Miśka, zwracałam się do Ciebie tak całe życie, więc czemuż teraz miałabym inaczej…
Z każdym dniem przypominałaś mi coraz bardziej moją ukochaną babcię Antoninę. Masz nie tylko jej oczy, tak samo przenikliwe, ale i serce. Jedyne, co Was różni, to to, że nie jesteś świadoma swojej mocy, boisz się tego, co mogłoby się wydarzyć, gdybyś zaczęła wierzyć w siebie, i nie ufasz sobie. Jesteś wrażliwa, więc uważasz się za słabszą od innych. Nic bardziej mylnego! Przez te lata, które minęły od czasu, gdy napisałam ten list, stawałaś się powoli cieniem Joanny. Wszakże jest ona moją ukochaną wnuczką, ale znam jej wady…
Kiedy pisałam, że jesteście jak ogień i woda, ku Twojemu zdziwieniu miałam na myśli, że Ty jesteś ognista jak samo słońce w zenicie, a Joanna jak lazurowa woda u wybrzeży Marsylii.
Ciepło ognia niezbędne jest do przetrwania, a sam ogień jest darem danym ludziom przez bogów. Symbolizuje także Twoje wnętrze, w którym skrywasz niezwykle silne emocje. Od pragnienia i namiętności po gniew i bunt. Moc tych uczuć bywa dla Ciebie zbawienna, motywująca do działania, ale i niszcząca. Tak jak destrukcyjne są Twoje myśli… Miotasz się nieustannie między twórczością i działaniem a absolutnym zniszczeniem.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
PROLOG
ROZDZIAŁ I
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
