Do Piekła i z powrotem - Tomasz Czarny - ebook

Do Piekła i z powrotem ebook

Tomasz Czarny

3,4

Opis

Tomasz Niewierski prowadził spokojne i dostatnie życie. Do czasu...

W niewyjaśnionych okolicznościach w wypadku samochodowym ginie jego żona, Magda. Niedługo potem u jego córki, Małgosi, zostaje zdiagnozowany nieuleczalny nowotwór. Załamany i bezsilny mężczyzna coraz częściej myśli o samobójstwie. Niespodziewanie, przy szpitalnym łóżku jego córki pojawia się dziwny nieznajomy, proponując mu niecodzienny układ, w którym stawką jest jej życie. Niewierski decyduje się na udział w niebezpiecznej i chorej grze. Od tej pory musi wypełniać rozkazy mężczyzny zwanego Cienistym oraz strzec się Strażników Dusz. Walka o życie Małgosi doprowadzi go do bram samego piekła...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 218

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Wydawnictwo Dom Horroru, 2018

Dom Horroru

Gorlicka 66/26

51-314 Wrocław

Copyright © Tomasz Czarny, Do piekła i z powrotem, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Redakcja i korekta: Anna Musiałowicz

Projekt okładki: Dawid Boldys, Shred Perspectives Works

Skład: Sandra Gatt Osińska

Wydanie I

ISBN: 978-83-66518-00-1

www.domhorroru.pl

facebook.com/domhorroru

instagram.com/domhorroru

Magdzie

Pamięci Jacka Ketchuma i Krzysztofa Iwańskiego.

Jack: Wciąż „Poza sezonem”.

Krzyś: Nie zdążyliśmy się nawet pożegnać…

PODZIĘKOWANIA

Chciałbym serdecznie podziękować:

całej mojej rodzinie, Magdzie, Agnieszce i Michałowi Golczewskim, Annie Musiałowicz, Piotrowi Szymalskiemu, Markowi Grzywaczowi, Mariuszowi Juszczykowi, Magdalenie Paluch, Marcinowi Piotrowskiemu, Karolinie Kaczkowskiej, Bartkowi Czartoryskiemu, Frankowi Feście, Dawidowi Boldysowi, Sandrze Osińskiej, Kornelowi Kwiecińskiemu, Edwardowi Lee i Johnowi Eversonowi.

Tobie, Drogi Czytelniku, dziękuję za to, że dałeś mi szansę, bym opowiedział Ci tę historię.

Jeśli o kimś zapomniałem… wybaczcie mi.

Tomasz Czarny

CZĘŚĆ PIERWSZASZPITAL

1

Leżała na szpitalnym łóżku, podłączona do kroplówki i całej tej aparatury. Patrzyłem na nią i nie mogłem powstrzymać łez. Moje córka umierała powoli, a ja nie mogłem nic zrobić. Drżały mi ręce. Zresztą cały się trząsłem. Miałem wrażenie, że było tak już zawsze, odkąd dowiedziałem się, że ma złośliwy, nieuleczalny nowotwór.

Spała. Z chustką na głowie i spokojem wypisanym na twarzy. Miała dopiero dziewięć lat. Targały mną wielkie emocje, od żalu po gniew, z którymi w żaden sposób nie mogłem sobie poradzić. Działo się coraz gorzej. Często byłem słaby i ledwo trzymałem się na nogach, jakbym to ja miał niebawem umrzeć. Wpatrywałem się w nią i próbowałem sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało moje życie, gdy odejdzie.

I to było coś niewyobrażalnego. Wiedziałem, że sobie nie poradzę. Gdyby tylko żyła Magda… Ale nie żyła i musiałem jakoś sam się uporać z tym koszmarem. Więc stałem tak w tej cholernej szpitalnej maseczce i patrzyłem na moją konającą córkę, a w oczach miałem łzy. Jej pierś unosiła się miarowo i powoli, a aparatura pikała cicho, sygnalizując, że wszystko jest w porządku. Jeszcze.

Czułem, że mam wielki głaz w żołądku i taki sam w gardle. Za nic nie mogłem pogodzić się z zaistniałą sytuacją, bo kto o zdrowych zmysłach może spokojnie czekać na śmierć własnego dziecka? Zaskoczyło mnie, że mogę jeszcze płakać, myślałem, że wylałem z oczu już wszystkie łzy. Było mi raz gorąco, raz zimno i miałem dreszcze – zapewne z powodu niewyspania i permanentnego zmęczenia.

Mam na imię Tomasz. Nazwisko nie jest istotne, i tak nic by wam nie powiedziało. Mam trzydzieści pięć lat. Z zawodu jestem grafikiem komputerowym. Dosyć cenionym i znanym, ale to też nieistotne. Mieszkam we Wrocławiu. Od zawsze.

Moja żona zginęła dwa lata temu w wypadku samochodowym. Wjechał w nią pijany kierowca, nie miała najmniejszych szans. Gosia miała wtedy siedem lat.

Zostałem z nią sam. Musiałem się szybko pozbierać, nie mogłem sobie pozwolić na pogrążenie się w samolubnym cierpieniu. Miałem dziecko i trzeba było jakoś żyć. Właśnie – jakoś. To stwierdzenie dobrze odzwierciedla tamten czas. A teraz spotkało nas to. Po śmierci Magdy bardzo zbliżyliśmy się z moją córką, razem przebrnęliśmy przez rozbijające nas fale cierpienia. Moi rodzice nie żyli już od dawna, rodzice Magdy odeszli kilka lat temu. Zostaliśmy praktycznie sami.

Gdy żyła Magda, wszystko wydawało się takie proste. To ona zajmowała się Małgosią i domem. Ja siedziałem w pracy praktycznie od rana do wieczora, do tego nawet w weekendy. Zarabiałem tyle, by moja żona nie musiała pracować i jeszcze udawało nam się coś odłożyć. Gdy tylko chciałem albo tego potrzebowałem, zostawałem w domu i pracowałem w swoim gabinecie. Często pomagałem Magdzie przy obiedzie i innych obowiązkach. Byliśmy bardzo szczęśliwym małżeństwem. Planowaliśmy drugie dziecko, nawet rozmawialiśmy o tym, jakie chcielibyśmy dać mu imię. Małgosia się cieszyła, że będzie miała brata lub siostrzyczkę. Była taka pogodna.

Gdy po wypadku Magdzie zrobiono sekcję zwłok, okazało się, że była w ciąży. Szósty tydzień. Nie mogłem w to uwierzyć. Podwójny cios. Pawełek albo Agatka.

Bardzo długo nie mogłem się z tym pogodzić. Nie wiedziałem, za co życie mnie tak karze. Nigdy nie uważałem się za złego człowieka. Zawsze starałem się być uczynny, pomagać innym. Ludzie mnie lubili, miałem mnóstwo znajomych, kolegów i grono wypróbowanych przyjaciół. Magda była moim wypełnieniem.

Poznaliśmy się jeszcze w liceum, na jakiejś prywatce, bo tak wtedy jeszcze mówiono na domowe imprezy. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Między nami zaiskrzyło. Wytworzyła się jakaś magia, jakaś niewidzialna nić porozumienia. Od razu poczułem, że to coś więcej. Ona chyba też.

Zaczęliśmy spędzać ze sobą mnóstwo czasu, wszystko oprócz nauki było dla nas mało ważne. Wspaniale się uzupełnialiśmy. Magda była poważną i stojącą twardo na ziemi osobą, ja natomiast lekkoduchem i żartownisiem. Jej rodzice mnie polubili, a ja polubiłem ich. Moja mama i tata także szybko zaakceptowali nasz związek. Nasze rodziny nie miały nic przeciwko temu, że się spotykamy, bo oceny w szkole nam się nie pogorszyły, ba, nawet zwyżkowały. Magda była moją motywacją, a ja jej. Przysięgaliśmy sobie dozgonną miłość i robiliśmy plany na przyszłość. Wkrótce nasze życzenia zaczęły się spełniać.

Magda była szczupłą blondynką. Boże, jaka ona była piękna. Jej uśmiech sprawiał, że dzień stawał się radosny. Rozumieliśmy się bez słów. Obydwoje wiedzieliśmy, co chcemy w życiu osiągnąć. Jedno wspierało drugie. Wszystko przy niej stawało się łatwiejsze.

To były wspaniałe lata. Byliśmy w sobie bardzo zakochani. Te obietnice, przysięgi i dyskusje po sam świt. Jak teraz to wspominam, mam wrażenie, że żyliśmy samą miłością. Myślałem, że będzie tak już zawsze…

Po ukończeniu liceum poszliśmy razem na studia. Ja na informatykę ze specjalnością grafika komputerowa, Magda wybrała marketing i zarządzanie. Studiowanie szło nam bez najmniejszego problemu. Większy kłopot sprawiało nam to, że wciąż mieszkaliśmy oddzielnie. Co prawda niedaleko od siebie, ale jednak osobno. Nie martwiło nas to zbytnio, bo często widzieliśmy się na uczelni i poza nią. Po skończeniu studiów planowaliśmy założenie rodziny, wzięcie kredytu na mieszkanie, a wreszcie i dziecko. Nasze marzenia wkrótce miały się spełnić.

Ocknąłem się. Stałem oparty o ścianę w szpitalnym pokoju. Czułem czyjś dotyk na ramieniu.

– Panie Tomaszu, niech pan idzie odpocząć do domu. Może uda się panu zasnąć. Przecież pan wie, że wszystkim się zajmiemy, prawda? – Pielęgniarka uśmiechnęła się miło. Miała na imię Jola. Odczytałem to z tabliczki przypiętej do jej fartucha.

– A co…? Przepraszam, co pani mówiła? Zamyśliłem się.

– Poprosiłam pana, by pojechał pan już do domu i wypoczął. Jutro też jest dzień, a Małgosia jest pod dobrą opieką. Najlepszą – powiedziała.

– Dobrze, zostanę jeszcze tylko kilka minut. Obiecuję. – Podniosłem dwa palce i posłałem jej wymuszony uśmiech. – Czy… czy ona cierpi?

– Nie, to jeszcze nie to stadium, choć to może już być blisko. Tak mi jej żal, jest taka ładna…

– Tak, to po mamie. Ona też była piękna… i młoda…

– Wiem, że nie powinnam… – Pielęgniarka spuściła wzrok, zawstydzona.

– Zginęła w wypadku samochodowym dwa lata temu. Powinna pani. – Poczułem potrzebę choćby krótkiego nakreślenia jej naszej sytuacji rodzinnej. – Teraz pani wie i jest spokojniejsza. Czy córka o tym nie wspominała?

– Nie, nie wspominała. A ja sama nie pytałam, choć się domyślałam. Bardzo mi przykro.

– Dziękuję bardzo. Ale to niestety już niczego nie zmieni.

Schowałem twarz w dłonie.

– Gdyby pan tylko czegoś potrzebował, proszę dać znać. Postaram się pomóc.

– Jeszcze raz za wszystko dziękuję. Jest pani bardzo miła.

– To mój zawód. Jestem pielęgniarką.

– Ma pani rację. – Nagle odniosłem wrażenie, że nogi uginają się pode mną ze zmęczenia, a do oczu ktoś wsypał mi piasek. – Chyba na dziś już wystarczy. Proszę o nią dbać i jej doglądać, bardzo proszę.

Wyciągnąłem z portfela banknot dwustuzłotowy i wsadziłem jej do kieszeni fartucha.

– Pan mnie obraża. – Pomiędzy brwiami pielęgniarki pojawiła się pionowa zmarszczka. – Niech pan weźmie pieniądze i je schowa. Małgosia ma tutaj najlepszą opiekę, jak to tylko możliwe, zarówno ze strony lekarzy, jak i personelu pomocniczego.

– Przepraszam, nie chciałem pani urazić. Po prostu dawno nie byłem w szpitalu. Musiałem mieć pewność.

– Nic się nie stało. – Pionowa zmarszczka na czole kobiety wygładziła się.

Wiedziałem, że ją uraziłem tymi pieniędzmi. Nie myślałem jasno. Mój umysł działał na najwolniejszych obrotach. Jednak musiałem zrobić co w mojej mocy. Podszedłem do łóżka i pocałowałem moją córkę w czubek głowy. Zatrzepotała tylko rzęsami, ale poza tym nawet się nie drgnęła. Odwróciłem się, wziąłem głęboki oddech i pożegnałem się z pielęgniarką.

Wyszedłem przez szklane drzwi z napisem „ODDZIAŁ ONKOLOGICZNY”. Zawsze gdy wychodziłem, starałem się nie rozglądać zbytnio na boki, bo więcej cierpienia bym chyba nie zniósł. Nieraz jednak mijali mnie mali, łysi pacjenci w swych szlafrokach i piżamach, a wtedy łzy same cisnęły mi się do oczu, a w gardle powstawała ta wielka kula, która bolała niemiłosiernie.

2

Wróciłem do domu i zacząłem się zastanawiać nad tym, co spotkało mnie i moje dziecko. Często spoglądałem za okno, jakbym na coś czekał. Chyba tylko cud mógłby nam pomóc. Wpatrywałem się też w zdjęcie Magdy, bo to zawsze dodawało mi otuchy i sił.

Po śmierci żony byłem psychicznym wrakiem. Cierpiałem na depresję, której za nic nie mogłem uleczyć. Boże, minęły już dwa lata od jej śmierci, a ja wciąż całkowicie nie doszedłem do siebie. Starałem się nie pić w ogóle i nie palić, ale było to bardzo trudne wyzwanie. Jeśli piłem, to zwykle jeden, dwa drinki przed snem, choć rano i tak odczuwałem tego skutki. Budziłem się, wstawiałem wodę na kawę i tak się zaczynał mój dzień. Zwykle w kuchni paliłem też papierosa – przy otwartym oknie, spoglądając na dostojne topole...

Nie miałem wcale apetytu. Zmuszałem się do jedzenia. Wszyscy mi tylko powtarzali, jak bardzo zmarniałem, schudłem i tak dalej. I widziałem tę troskę w ich oczach. Czułem się wtedy źle, bo te spojrzenia odbierały mi siły, których tak bardzo potrzebowałem.

Sam nie dostrzegałem tego, jak bardzo zmizerniałem. Patrzyłem w lustro w przedpokoju i było mi to obojętne. Czułem, jak spodnie spadają mi z tyłka, a koszule stają się jakieś takie za duże. Miałem to gdzieś. Trudno.

Jak wreszcie udało mi się poczuć głód, jadłem same niezdrowe rzeczy. Głównie dania gotowe. Stołowałem się też w pobliskich barach. Nie gardziłem fast-foodami. Mikrofala stała się moim najlepszym przyjacielem, a spaghetti i jajecznica kolegami, którzy często wpadali. Do żołądka.

W niektóre dni depresja wzmagała się i wtedy nie miałem siły na nic. Na pracę, na wyprawy do szpitala do Małgosi. Na mycie się, golenie, kąpanie. Zwykle trwało to kilka dni. Czarne myśli porywały mnie i coś pchało nieubłaganie do samobójstwa. Ciągle stawiałem opór, lecz wiedziałem, że kiedyś przyjdzie taki czas, gdy będę po prostu za słaby i zbyt wykończony, by dać temu radę. Na razie musiałem walczyć. Walczyć dla mojego dziecka, nie dla siebie. Nie chciałem skończyć na oddziale tak jak ona, tyle że psychiatrycznym, a wierzcie mi – wcale mi wiele do tego nie brakowało.

Sam byłem dla siebie szefem i to ja zatrudniałem ludzi, więc rzadko pojawiałem się w biurze. Każdą możliwą rzecz załatwiałem przez komputer albo przez telefon. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili i wyrozumiali, nawet klienci, którym zapewne obiło się o uszy, że jestem uczestnikiem kolejnej tragedii.

Powoli zacząłem przygotowywać się na najgorsze. Próbowałem tłumaczyć sobie, że mojej córki niedługo nie będzie, że odejdzie bezpowrotnie. Mój mózg nie mógł przetrawić tej informacji, walczył z tym faktem zaciekle. Po prostu nie przyjmował tego do wiadomości.

Diagnoza była bezwzględna: nowotwór złośliwy i to w tej najgorszej, najbardziej zwyrodniałej postaci. Zostały jej jakieś dwa miesiące życia. Chemia co prawda dawała rezultaty, ale tylko chwilowe. Bardzo długo szukałem jakiejkolwiek deski ratunku, ale było już za późno. Istotą rolę odgrywał tu czas, a nie pieniądze czy cokolwiek innego. Spóźniłem się. To była moja wina. Byłem zbyt pochłonięty pracą, zbyt zapatrzony w siebie po śmierci Magdy, by zauważyć, że coś się dzieje, coś jest nie tak. Gdy w końcu to dostrzegłem, bo symptomy nasilały się, wyrok był już nieodwołalny: rak w późnym stadium, złośliwy.

Poczułem się, jakbym dostał łomem w twarz. Nogi ugięły się pode mną i zemdlałem. Kompletnie się pogubiłem. Gdy odzyskałem przytomność, nic już nie było takie samo. Od tej chwili nosiłem w sobie ogromny, przygniatający ciężar, który na każdym kroku, w każdym momencie przypominał mi o tym, jak bolesne jest życie.

Wszystko dookoła widziałem jakby przez czarny filtr. Nic już nie miało sensu i nic się nie liczyło. Walczyłem ze sobą, by przetrwać każdy kolejny dzień.

Zacząłem nienawidzić wszystkiego i wszystkich. Najbardziej siebie. Najpierw śmierć zabrała mi żonę, a teraz wyciągała łapczywe łapska po moją ukochaną córkę.

Wiedziałem już, że gdy nie będzie dla niej ratunku, gdy wszystkie metody leczenia zawiodą... gdy...

Gdy umrze, to podążę za nią i w końcu spotkamy się wszyscy, w trójkę.

Nie wyobrażałem sobie życia bez Małgosi. Gdy tylko próbowałem sobie uświadomić, co będzie, gdy mi jej zabraknie, to zaraz robiło mi się słabo i czarno przed oczami. Brakowało mi tchu. Czułem gorycz tak wielką, że myślałem, że pęknie mi serce.

Stanie się tak z pewnością, gdy już odejdzie. Jest mi całym światem, jest moją małą iskierką, jest śladem Magdy na tym świecie. Jest moją córką, moją ostoją i szczęściem. Jeszcze jest...

Tomasz Czarny

Urodzony w 1981 roku we Wrocławiu.

Fan, recenzent, publicysta i propagator wszelkiego rodzaju horroru, a przede wszystkim pisarz horroru ekstremalnego.

Autor ponad setki opowiadań.

Jeden z najbardziej mrocznych i bezkompromisowych pi-sarzy horroru w Polsce.

Współpracował m.in. z portalami Horror Online, Horror Reviews, Kostnica.pl, Okiem na Horror oraz Niedobre Literki.

Publikował m.in. w magazynach „Qfant”, „Grabarzu Polskim”, „Głosie Fantastyki”, „Horror Masakrze” „Krypcie”, na portalach internetowych „Niedobre Literki”, „Kostnica”, „Horror Reviews”, „Horror Online”, „Carpe Noctem”, „Szortal” i innych.

Gość konwentów „Krakon”, „Zamczysko”, „Kfason”, „Niucon”, „Polcon”.

Brał udział m.in. w antologiach horroru „Halloween III”, „Gorefikacje”, „Gorefikacje II” (pomysłodawca i współredaktor), „Krwawnik”, „Krwawnik 2”, „Postosłowie”, „Oblicza Grozy”.

Autor powieści „Do piekła i z powrotem” (Dom Horroru, 2018).

Współautor (wraz z Tomaszem Siwcem) antologii „11 Grzechów Głównych” (Horror Masakra, 2015), współautor (wraz Karoliną Kaczkowską) antologii „Ofiarologia” (Dom Horroru, 2017), współautor (wraz z Marcinem Piotrowskim) powieści „Folk”(Dom Horroru, 2018).

Właściciel wydawnictwa Dom Horroru.

facebook.com/tomaszczarnygore

domhorroru.pl

facebook.com/domhorroru

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Podziękowania

Część pierwsza. Szpital

1

2

3

4

5

6

7

Część druga. Posłaniec

1

2

3

4

5

6

7

8

Część trzecia. Piekło

1

2

3

4

5

6

7

Epilog

O autorze