Do końca życia - Gabrielle Meyer - ebook + książka

Do końca życia ebook

Gabrielle Meyer

5,0

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Bliźniaczki Grace i Hope odziedziczyły po rodzicach dar przenoszenia się w czasie i żyją w 1692 roku w Salem w Massachusetts oraz w 1912 roku w Nowym Jorku. Do swoich dwudziestych piątych urodzin będą musiały wybrać, które życie zachowają, a które porzucą na zawsze.

W 1692 mieszkają i pracują w karczmie ojca, bezsilnie obserwując rozgrywające się we wsi polowania na czarownice. Dzięki pomocy przyjaciela z dzieciństwa starają się wyjaśnić tajemniczą śmierć ich matki, choć ryzykują przy tym wyjawienie własnych sekretów.

W 1912 Hope marzy, by zostać pierwszą amerykańską pilotką, natomiast Grace jako dziennikarka śledcza demaskuje korupcję i dąży do sprawiedliwości. Działalność Grace sprowadza w końcu zagrożenie na sierociniec prowadzony przez ich rodziców. Aby uratować budynek, bliźniaczki decydują się na pionierski przelot na drugi koniec Stanów Zjednoczonych pod okiem odważnego francuskiego pilota.

Obie siostry wiedzą, w której epoce chcą zostać, jednak ich plany komplikuje niewyobrażalna tragedia. Czy będą umiały wybrać życie i tę miłość, która będzie najlepsza dla każdej z nich?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 497

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (26 ocen)
25
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MilenaSierminska

Nie oderwiesz się od lektury

📖Wyobraź sobie, że masz dar przenoszenia się w czasie. Jednak możesz to zrobić tylko w dwie linie czasowe: rok 1692 i wioska Salem w Massachusetts oraz rok 1912 w Nowym Jorku. Wiesz też, że gdy skończysz 25 lat, musisz wybrać gdzie chcesz żyć, równocześnie odtrącając to drugie życie oraz wszystkich, których tam znasz i kochasz. Czy bylibyście w stanie dokonać takiego wyboru? 📖Bliźniaczki Grace i Hope funkcjonują właśnie w takim dylemacie czasowym. W 1692r. są córkami karczmarza, a wokół nich rozpoczyna się nagonka na czarownice. Z kolei w 1912r. Grace jest aspirującą dziennikarką i fotografką, a Hope zamierza być pierwszą kobietą, która przeleci aeroplanem nad kanałem La Manche. W obu epokach czyhają na nie problemy, a dzień urodzin zbliża się nieubłaganie... Które życie wybiorą? 📖"Do końca życia" autorstwa Gabrielle Meyer to trzeci tom cyklu "Ponad czasem". Każda z pozycji może być czytana oddzielnie. 📖Z wielką przyjemnością oddałam się lekturze tej książki głównie z powodu bardz...
10
Patrycja_Szlachta1

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia
00
agnespa1

Nie oderwiesz się od lektury

trzecia częśći niestety ostatnia, chętnie przeczytałabym kolejną.. szybko sie czyta, wciąga.
00
AgnieszkaDabek2

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna!
00
fiolka88

Nie oderwiesz się od lektury

Bliźniaczki Hope i Grace posiadają dar przebywania w dwóch różnych epokach. Żyją zarówno w 1692 roku w Salem oraz w 1912 roku w Nowym Yorku. Wkrótce, bo w dniu swoich 25 urodzin będą musiały wybrać, które życie porzucą, a które zachowają. Obie są pewne jednego. Gdziekolwiek zostaną chcą tam być razem. W Salem trwają procesy kobiet oskarżonych o bycie czarownicami, a w Nowym Yorku Hope pragnie zdobyć sławę jako pierwsza kobieta pilot. Niby wybór jest prosty, ale niespodziewana miłość i inne wydarzenia pokażą, że nic nie warto brać za pewnik. Niewiele jest serii na które czekam z utęsknieniem. Jednak ta, autorstwa Gabriell Mayer jest jedną i chyba nawet, pierwszą na liście tych wyczekiwanych. Uwielbiam to mieszanie czasów, dwa różne okresy, często tak bardzo kontrastujące ze sobą i bohaterki, głównie kobiety, które muszą wykonać ostatecznego wyboru, który do łatwych nie należy. Tym razem nie dość,że mamy dwie linie czasowe to jeszcze dwie główne bohaterki, obie podróżujące w czasie. Ob...
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: 
For a Li­fe­time (Ti­me­less #3)
Au­tor: 
Ga­brielle Meyer
Tłu­ma­cze­nie z ję­zyka an­giel­skiego: 
Anna Pliś
Re­dak­cja: 
Ewa Hof­f­mann-Ski­biń­ska
Ko­rekta: 
Do­mi­nika Wilk
Skład i opra­co­wa­nie gra­ficzne:
Anna Bro­dziak
ISBN 978-83-68304-03-9
Pro­jekt okładki: Jen­ni­fer Par­ker
Zdję­cia na okładce: © Re­kha Gar­ton / Tre­vil­lion Ima­ges, © Il­diko Neer / Tre­vil­lion Ima­ges, © Dmy­tro Baev / Tre­vil­lion Ima­ges,
upklyak / Fre­epik.com, fre­epik / Fre­epik.com
Wek­tory: my­riam­mira / Fre­epik.com
© 2024 by Ga­brielle Meyer by Be­thany Ho­use Pu­bli­shers,
a di­vi­sion of Ba­ker Pu­bli­shing Group, Grand Ra­pids, Mi­chi­gan, 49516, U.S.A.
© 2025 for the Po­lish edi­tion by Dre­ams Wy­daw­nic­two
Dre­ams Wy­daw­nic­two Li­dia Miś-No­wak
ul. Unii Lu­bel­skiej 6A, 35-016 Rze­szów
www.dre­am­swy­daw­nic­two.pl
Rze­szów 2025, wy­da­nie I
Druk: Dru­kar­nia Nor­mex
Książkę wy­dru­ko­wano na pa­pie­rze Ecco Book cream 2,0 70 g/m2
do­star­czo­nym przez An­ta­lis Po­land sp. z o.o.
Je­śli nie za­zna­czono ina­czej, wszyst­kie cy­taty po­cho­dzą z Bi­blii Ty­siąc­le­cia.
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej pu­bli­ka­cji nie może być re­pro­du­ko­wana, 
prze­cho­wy­wana jako źró­dło da­nych, prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek me­cha­nicz­nej, 
elek­tro­nicz­nej lub in­nej for­mie za­pisu bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy.

Moim cór­kom, El­lis i Ma­ryn.

Każ­dego dnia wno­si­cie w moje ży­cie na­dzieję i ła­skę.

Ko­cham Was z ca­łego serca.

Mama

Na­ucz nas li­czyć dni na­sze, aby­śmy osią­gnęli mą­drość serca.

Ps 90,12

Roz­dział 1

‧ Grace ‧

Wio­ska Sa­lem

28 lu­tego 1692

Dziwna to rze­czy­wi­stość stać na skraju tra­ge­dii i nie móc jej za­trzy­mać. Jesz­cze dziw­niej­sza – mieć dwa rów­no­le­głe ży­cia i wie­dzieć, że pew­nego dnia będę mu­siała wy­brać jedno z nich, a dru­gie po­rzu­cić na za­wsze. Jed­nak taki wła­śnie był mój los od uro­dze­nia. Dar, jak to okre­ślała moja mama, choć je­stem prze­ko­nana, że mó­wiła to tylko po to, żeby ukoić obawy dziecka.

Dziecka uro­dzo­nego ze zna­mie­niem osoby prze­no­szą­cej się w cza­sie.

Wy­ra­bia­łam cia­sto na chleb w obe­rży ojca. Dło­nie mia­łam całe w mące, ale mój umysł prze­by­wał da­leko od cięż­kich wa­run­ków ży­cia w wio­sce Sa­lem w 1692 roku – ucie­kał do wspo­mnień barw­nego ży­cia, ja­kie wio­dłam w 1912. To je­dyny spo­sób, żeby ra­dzić so­bie z tru­dami pracy tu­taj i z tą wie­dzą o pro­ce­sach cza­row­nic, które ru­szą nie­ba­wem. Córka pa­stora Par­risa i jej ku­zynka od sze­ściu ty­go­dni cier­piały na dziwną cho­robę i już szep­tano mię­dzy sobą, a wkrótce miały się za­cząć oskar­że­nia i te wszyst­kie wy­da­rze­nia, któ­rych oba­wia­łam się od dawna.

Wią­zały się one także z ujaw­nie­niem mo­jego mrocz­nego se­kretu.

Pod­nio­słam wzrok i ob­ser­wo­wa­łam, jak deszcz sie­cze w okna nie­wiel­kiej kuchni. Od­gar­nę­łam na bok blond włosy, które wy­su­nęły mi się spod bia­łego czepca. Choć­bym nie wiem, ile śniła na ja­wie, nie ura­tuje mnie to od tego ży­cia, które tu wio­dłam.

Na ze­wnątrz go­spody od sze­ściu dni trwał sztorm, nio­sąc ze sobą nie­usta­jący wiatr, słotę i deszcz ze śnie­giem. Jed­nak ta praw­dziwa bu­rza do­piero wzbie­rała na sile w za­snu­tych czar­nymi chmu­rami umy­słach i ser­cach miesz­kań­ców Sa­lem, któ­rzy już wy­pa­try­wali ataku – czy to ze strony In­dian z ple­mie­nia Abe­naki, czy ja­kiejś du­cho­wej rze­czy­wi­sto­ści, która była jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąca i po­tworna.

Hope, moja sio­stra bliź­niaczka, we­szła do ni­skiej kuchni o drew­nia­nym skle­pie­niu na ty­łach Obe­rży Eatona i chwy­ciła su­szoną figę z blatu. Go­spoda to je­dyny dom, jaki mia­ły­śmy w wio­sce Sa­lem. Sta­no­wiła cen­trum tej spo­łecz­no­ści, a nasz oj­ciec, Uriah Eaton, jej wła­ści­ciel, był naj­bar­dziej lu­bia­nym czło­wie­kiem w hrab­stwie. Hojny aż do bólu… je­śli tylko mu się to opła­cało. Bez­względny i prze­bie­gły – gdy było ina­czej.

– Sa­rah Good znów przy­szła że­brać – po­wie­działa Hope.

Ufor­mo­wa­łam bo­chen chleba i wło­ży­łam go do mi­ski, po czym przy­kry­łam płó­cienną ścierką. Nic nie mó­wiąc, wy­tar­łam dło­nie w far­tuch i się­gnę­łam po parę słod­kich bu­łe­czek oraz kilka pie­czo­nych ziem­nia­ków pro­sto z pieca.

– Chyba nie za­mie­rzasz jej da­wać je­dze­nia, prawda? – za­py­tała Hope, marsz­cząc brwi. – Bę­dzie wciąż tu przy­cho­dzić, je­śli ją bę­dziesz karmiła.

Wes­tchnę­łam.

– Ma dwójkę ma­lu­chów do wy­ży­wie­nia i nie mają domu. Co in­nego mo­żemy zro­bić? Zwłasz­cza w taką po­godę jak dziś?

– Je­steś zbyt do­bra, Grace, i sama so­bie szko­dzisz. Wiesz, że ojcu by się to nie spodo­bało.

– Ojca tu nie ma. – Po­ło­ży­łam je­dze­nie na kwa­dra­to­wej płó­cien­nej ścierce i zwią­za­łam rogi, od­su­wa­jąc od sie­bie wy­rzuty su­mie­nia, które po­py­chały mnie do tej hoj­no­ści. Gdyby tylko Hope znała se­kret, który od kilku mi­nio­nych lat pa­lił mnie w sercu, nie na­zy­wa­łaby mnie do­brą.

Mia­łam już wyjść z kuchni, ale sio­stra za­trzy­mała mnie ge­stem ręki. Wy­da­wa­ły­śmy się iden­tyczne, choć każdy, kto nas znał, po­tra­fił nas od razu roz­róż­nić. Hope była nieco wyż­sza, bar­dziej smu­kła i roz­mowna. Miała pie­przyk po le­wej stro­nie koło peł­nych ust, a ja nie. Jed­nak obie odzie­dzi­czy­ły­śmy ta­kie same brą­zowe oczy, krę­cone blond włosy skryte pod bia­łymi czep­cami i ta­kie same de­li­katne rysy.

– Za­czy­nają o niej ga­dać – po­wie­działa ci­cho Hope tak, żeby pra­cu­jąca u nas dziew­czyna, Leah, nie usły­szała ze swo­jego miej­sca przy ko­minku, gdzie do­kła­dała do ognia.

– Każdy za­wsze ga­dał o do­bro­dziejce Good – od­par­łam, pró­bu­jąc przejść obok sio­stry.

Hope po­krę­ciła głową i wi­dzia­łam w jej oczach nie­po­kój.

– Stan córki pa­stora Par­risa i jej ku­zynki się po­gor­szył… a te­raz jesz­cze młoda Ann Put­man i Eli­za­beth Hub­bard mają kon­wul­sje. Oskar­żają Sa­rah Good o to, że jest jedną z ko­biet, które rzu­ciły na nie czar.

Zro­bi­łam krok w przód, ale Hope chwy­ciła mnie za ra­mię.

– Po­zwól, że­by­śmy stąd ode­szły – bła­gała. – Wiesz, że mo­żemy zmie­nić bieg hi­sto­rii i po­rzu­cić tę epokę. Ty­siąc dzie­więć­set dwu­na­sty jest taki tęt­niący ży­ciem i obie­cu­jący… Mo­gły­by­śmy zo­stać tam już na za­wsze i nie mu­sieć tu wra­cać.

Wpa­try­wa­łam się w sio­strę, młod­szą ode mnie może o ja­kieś pięt­na­ście mi­nut, i w miarę, jak do­cie­rało do mnie, co su­ge­ro­wała, moje usta same się za­ci­skały.

– Nie­bez­piecz­nie jest zmie­niać bieg hi­sto­rii – od­par­łam. – Mama za­wsze nas przed tym prze­strze­gała… – przy­po­mnia­łam jej. – Szcze­gól­nie, je­śli mia­ły­by­śmy dzia­łać z ego­istycz­nych po­bu­dek. Może się wy­da­rzyć coś ka­ta­stro­fal­nego i to by­łaby na­sza wina.

– Ale nie mu­sia­ły­by­śmy już dłu­żej zno­sić tej epoki, o któ­rej sam Bóg za­po­mniał. – Hope nie od­pusz­czała. – Mo­gły­by­śmy zo­sta­wić za sobą te wszyst­kie trudy i znoje. Wiesz, że bę­dzie tylko go­rzej.

Ile to razy kłó­ci­ły­śmy się na ten te­mat?

Na­sza matka w 1912 roku, Mag­gie Co­oper, też była osobą prze­no­szącą się w cza­sie i to ona prze­ka­zała nam ten dar. Hope i ja uro­dzi­ły­śmy się z ta­kim sa­mym zna­mie­niem z tyłu głowy, ja­kie miała mama. Spra­wiało ono, że prze­no­si­ły­śmy się w cza­sie mię­dzy 1912 a 1692 ro­kiem. Kiedy kła­dły­śmy się spać w 1692, bu­dzi­ły­śmy się w 1912, a kiedy za­sy­pia­ły­śmy w 1912, bu­dzi­ły­śmy się w 1692 i gdy nas nie było, czas się dla nas za­trzy­my­wał. W dniu na­szych dwu­dzie­stych pią­tych uro­dzin, 12 paź­dzier­nika, mia­ły­śmy wy­brać, którą epokę za­cho­wamy, a którą po­rzu­cimy na za­wsze.

Obie wie­dzia­ły­śmy, że nie zo­sta­niemy w 1692, ale Hope za­wsze chciała, że­by­śmy wcze­śniej opu­ściły tę epokę, a je­dy­nym spo­so­bem na to było ce­lowo zmie­nić bieg hi­sto­rii w XVII wieku. Gdy­by­śmy to zro­biły, stra­ci­ły­by­śmy swoje ży­cie tu­taj. Na­sze ciała umar­łyby w 1692 roku, a na­sza świa­do­mość i umysł po­zo­sta­łyby w 1912.

Jed­nak to zbyt nie­bez­pieczne. Ła­twiej i bez­piecz­niej prze­cze­kać do uro­dzin.

– Nie mo­żemy zmie­nić biegu hi­sto­rii – od­par­łam szep­tem, za­ci­ska­jąc dło­nie na za­wi­niątku z je­dze­niem. – Mo­głoby to spo­wo­do­wać coś, co nie po­winno się wy­da­rzyć. Mo­gły­by­śmy wy­wo­łać ja­kieś wojny albo okresy głodu… Albo coś jesz­cze gor­szego. Nie warto, Hope. Nie w sy­tu­acji, kiedy zo­stało nam tylko sie­dem i pół mie­siąca.

Wes­tchnęła ze znu­że­niem i fru­stra­cją.

– W po­rządku… ale je­śli kto­kol­wiek oskarży mnie o czary, już mnie nie po­wstrzy­masz.

Serce ści­snęło mi się bo­le­śnie na te słowa, bo znów otwo­rzyły we mnie prze­paść zie­jącą mro­kiem.

Ni­gdy nie by­ła­bym w sta­nie przy­znać się Hope, że to wła­śnie ja oskarżę ją o to pew­nego dnia. Cztery lata temu nie­zbyt roz­trop­nie po­zwo­li­łam so­bie na to, by za­wład­nęła mną cie­ka­wość w tej dru­giej epoce. Czy­ta­jąc o po­lo­wa­niach na cza­row­nice, zo­ba­czy­łam coś, co od tam­tej pory nie prze­stało mnie prze­śla­do­wać. „Hope Eaton, córka karcz­ma­rza Uriaha Eatona, była ko­lejną ofiarą pro­ce­sów cza­row­nic z Sa­lem po tym, jak oskar­żyła ją jej wła­sna sio­stra, Grace Eaton”.

Jak mia­ła­bym kie­dy­kol­wiek na­zwać swoją sio­strę cza­row­nicą? To nie­po­jęte, ale prze­cież hi­sto­ria nie kła­mała.

A może kła­mała?

Za­mknę­łam z trza­skiem książkę, za­nim do­wie­dzia­ła­bym się cze­goś wię­cej.

Co to zna­czyło „ko­lejną ofiarą”? Nie od­wa­ży­łam się tego zgłę­biać i przy­się­głam so­bie, że ni­gdy wię­cej nie będę znów pró­bo­wała szu­kać od­po­wie­dzi.

– Nie mów tak – wy­szep­ta­łam, sta­ra­jąc się ukryć nie­po­kój w gło­sie. – Wiesz, co lu­dzie i tak już o nas my­ślą.

Mi­nę­łam Hope i prze­szłam przez drzwi pro­wa­dzące do głów­nego po­miesz­cze­nia obe­rży. Le­d­wie mi­nęło po­łu­dnie, a przy sto­łach sie­dzieli już męż­czyźni i ko­biety z ku­flami piwa. Po­goda unie­moż­li­wiła wszel­kie prace na ze­wnątrz, więc lu­dzie przy­szli do karczmy, żeby się spo­tkać, wy­mie­nić plot­kami i za­grzać.

John In­dian, nie­wol­nik pa­stora Par­risa, pra­co­wał dziś za ba­rem na zle­ce­nie na­szego ojca. Do­ra­biał w obe­rży kilka razy w ty­go­dniu i miał biz­nes na oku, kiedy oj­ciec wy­jeż­dżał. John pod­niósł wzrok na mnie i ski­nął głową w stronę roz­pa­lo­nego ko­minka, koło któ­rego ty­łem do sali stała Sa­rah Good. Zno­szona i ob­szar­pana suk­nia, którą na so­bie miała, nie wi­działa pra­nia pew­nie od roku. Ko­bieta trzy­mała ma­łego synka opar­tego na bio­drze, a jej czte­ro­let­nia córka, Do­ro­thy, ści­skała kur­czowo suknię matki. Żadne z dzieci nie było ubrane sto­sow­nie do lu­to­wej po­gody.

Po­zdro­wi­łam ski­nie­niem Johna i po­de­szłam do Sa­rah. Hope wy­szła za mną z kuchni.

Nie­któ­rzy lu­dzie na sali przy­glą­dali się Sa­rah, szep­cząc coś do sie­bie na­wza­jem. Wio­ska Sa­lem była nie­wielką, rol­ni­czą spo­łecz­no­ścią od­da­loną o ja­kieś pięć mil na pół­noc od mia­steczka Sa­lem. W miej­sco­wo­ści li­czą­cej nie­wiele po­nad ty­siąc miesz­kań­ców pra­wie każdy wie­dział wszystko o wszyst­kich. Z pew­no­ścią wszy­scy wie­dzieli o do­tknię­tych dziwną cho­robą dziew­czę­tach oraz o krą­żą­cych plot­kach na te­mat cza­row­nic.

Gdy tylko Sa­rah zo­ba­czyła, że się do niej zbli­żam, od­wró­ciła się i wy­rwała szybko za­wi­niątko z mo­ich rąk, mam­ro­cząc pod no­sem:

– Tylko tyle?

Jej nie­myte ciało i prze­siąk­nięte po­tem ubra­nia śmier­działy od­ra­ża­jąco. Lu­dzie wie­dzieli, że Wil­liam Good, jej mąż, ją po­rzu­cił. Ko­bieta zo­stała z dziećmi na ła­sce są­sia­dów, ale prze­ga­niano ją z domu do domu z po­wodu jej fa­tal­nych hu­mo­rów.

– To wszystko, co mo­żemy dać – od­po­wie­dzia­łam. – Pro­szę zo­stać i się ogrzać, jak długo pani bę­dzie po­trze­bo­wać.

– To wszystko, co mo­że­cie dać? – prych­nęła Sa­rah. – Nie je­steś tak wy­soko po­sta­wiona i wielka, jak ci się wy­daje, Grace Eaton. Może i lu­dzie ga­dają o mnie, ale o to­bie i two­jej sio­strze ga­dają jesz­cze dłu­żej.

Hope po­de­szła o krok, jakby chciała mnie bro­nić.

– Da­ły­śmy, co mo­gły­śmy…

– Da­ły­ście mi tylko to, co wam zby­wało – rzu­ciła Sa­rah i splu­nęła.

Inni go­ście umil­kli, a John wy­szedł zza baru.

Sa­rah spoj­rzała naj­pierw na Hope, a po­tem na mnie.

– To ta­kie jak wy po­winny że­brać. Z tymi wa­szymi dziw­nymi zna­mio­nami i ta­jem­ni­czymi oko­licz­no­ściami na­ro­dzin. Je­dyny po­wód, dla któ­rego nikt was nie wziął na prze­słu­cha­nie, jest taki, że wasz oj­ciec ma go­spodę. – Zro­biła krok do przodu z Do­ro­thy drep­czącą tuż obok. – Czy kie­dy­kol­wiek za­sta­na­wia­ły­ście się nad tym, kim była wa­sza matka? Dla­czego nikt nie wie, jak miała na imię ani skąd po­cho­dziła?

Hope po­de­szła bli­żej do mnie, a ja wzię­łam głęb­szy wdech i unio­słam pod­bró­dek.

– Po­winna pani już wyjść – od­rze­kłam. – Da­ły­śmy pani, co mo­gły­śmy.

Sa­rah wy­krzy­wiła twarz w gry­ma­sie, po czym od­wró­ciła się i wy­szła z go­spody, a w ślad za nią po­drep­tała Do­ro­thy.

Po­zo­stali go­ście wciąż tylko mil­czeli, pa­trząc na mnie i Hope.

To, co po­wie­działa Sa­rah, to prawda. Lu­dzie plot­ko­wali o na­szych zna­mio­nach i o ta­jem­ni­cach zwią­za­nych z na­szą matką. Jed­nak oj­ciec za­ka­zy­wał ko­mu­kol­wiek o niej mó­wić.

Hope od­wró­ciła się ple­cami do in­nych i na­po­tkała moje zmar­twione spoj­rze­nie.

– Nie przej­muj się Sa­rah. Prze­cież i tak nikt jej nie słu­cha.

John sta­nął na swoim miej­scu za ba­rem. Po­zo­stali po­woli rów­nież wra­cali do swo­ich na­pit­ków i plo­tek.

Na­gle gwał­tow­nie otwo­rzyły się główne drzwi i w środku po­ja­wił się nasz oj­ciec w czar­nym płasz­czu.

– Przy­go­tuj­cie je­dze­nie i opał – zwró­cił się do mnie i Hope. – Zo­sta­li­śmy we­zwani na ple­ba­nię. Stan dziew­cząt wie­leb­nego Par­risa się po­gor­szył. Trzeba coś zro­bić.

Sztorm przy­brał na sile. Opa­tu­lone naj­grub­szymi płasz­czami, rę­ka­wi­cami, sza­li­kami i czap­kami szły­śmy ra­zem z Hope ćwierć mili, bo o tyle obe­rża była od­da­lona od domu pa­stora. Na­sze po­sia­dło­ści przy­le­gały do sie­bie, ale dzie­lił je za­gaj­nik, więc wy­bra­ły­śmy drogę do An­do­ver, żeby unik­nąć ka­łuży, choć i tak na nie­wiele się to zdało. Deszcz ze śnie­giem sma­gał mnie po twa­rzy, więc mu­sia­łam iść ze spusz­czoną głową.

Dół mo­jej nie­bie­skiej sukni mia­łam cały ubło­cony, a buty prze­mo­czone. Nio­słam kosz z je­dze­niem dla ro­dziny Par­ri­sów, a Hope dźwi­gała wiązkę drewna na opał. Szły­śmy za oj­cem jak po­słuszne córki, choć Hope mam­ro­tała coś pod no­sem.

Wo­la­łaby być te­raz w 1912 roku. Obie by­śmy wo­lały. Jed­nak Bóg wy­brał dla nas rów­nież taką epokę i mia­ły­śmy tu za­da­nie do wy­peł­nie­nia.

Wkrótce ze­szli­śmy z drogi na pod­jazd pro­wa­dzący na ple­ba­nię. Na spo­tka­nie wy­szedł nam prze­mo­czony do szpiku ko­ści pies. Po­ma­chał ogo­nem na po­wi­ta­nie i po­drep­tał za nami ścieżką.

Brą­zowy dom pa­stora był wy­soki i wą­ski, z dwoma po­ko­jami na par­te­rze i dwoma na pię­trze. Dzięki temu, że ko­min umiej­sco­wiono cen­tral­nie, w każ­dym po­koju znaj­do­wał się ko­mi­nek. Ko­ściół wy­bu­do­wał ten dom wiele lat temu i do tej pory go­ścił już kilku róż­nych opie­ku­nów pa­ra­fii. Ro­dzina Par­ri­sów wpro­wa­dziła się tu trzy lata temu, ale już od sa­mego po­czątku Sa­muel Par­ris stał się źró­dłem po­dzia­łów w wio­sce. Nie­ubła­ga­nie gło­sił ko­niecz­ność ści­słego prze­strze­ga­nia pu­ry­tań­skich prze­pi­sów, choć wielu pa­ra­fian po­pie­rało Przy­mie­rze Po­łowy Drogi, odłam Ko­ścioła, który da­wał wię­cej wol­no­ści w my­śle­niu i za­cho­wa­niu. Z tego po­wodu po­łowa mia­sta nie po­pie­rała no­wego pa­stora i od­mó­wiła ło­że­nia na jego pen­sję czy do­star­cza­nia mu drewna na opał. Ro­dzinę Par­ri­sów cze­kała długa i mroźna zima.

Oj­ciec za­pu­kał mocno do głów­nych drzwi i za­raz po­tem otwo­rzyła nam Ti­tuba, nie­wol­nica Par­ri­sów i żona Johna In­diany. Spu­ściła wzrok i otwo­rzyła sze­rzej, by wpu­ścić nas do środka.

– Pan Eaton – za­wo­łał pa­stor Par­ris, pod­no­sząc się z fo­tela koło ko­minka. – Wi­taj­cie.

W zim­nym po­koju prze­by­wało jesz­cze trzech in­nych męż­czyzn, a ich po­sępne ob­li­cza prze­peł­niała obawa. Dwóch z nich na­le­żało do ro­dziny Put­na­mów, naj­bo­gat­szych i naj­bar­dziej wpły­wo­wych lu­dzi w wio­sce. Trzeci peł­nił po­sługę dia­kona w tu­tej­szym ko­ściele, po­dob­nie jak oj­ciec.

– Za­nie­ście pro­wiant do kuchni – przy­ka­zał nam oj­ciec. – I po­móż­cie coś.

Ti­tuba za­mknęła za nami drzwi i po­szły­śmy za nią przez duży po­kój do miesz­czą­cej się na ty­łach kuchni. Tam przy stole sie­działa pani Par­ris. Pa­trzyła na po­nury świat za oknem.

Choć w ko­minku się pa­liło, w po­miesz­cze­niach pa­no­wał chłód i spo­wi­jał je pół­mrok. Ciemne ściany prze­ni­kało coś upior­nego i zło­wro­giego, spra­wia­jąc, że po­wie­trze wy­da­wało się wręcz gę­ste.

Gdzie były dziew­częta?

– Dzień do­bry, pani Par­ris – ode­zwa­łam się. – Przy­nie­śli­śmy je­dze­nie i opał.

Pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała na nas, mru­ga­jąc szybko, jakby wy­rwana ze stanu otę­pie­nia. Głę­bo­kie zmarszczki i cie­nie pod oczami zdra­dzały zmę­cze­nie.

– Niech Bóg wam bło­go­sławi – po­wie­działa, wsta­jąc z miej­sca. – Za­wsze, gdy wy­daje mi się, że już nie bę­dziemy mieli co jeść i czym pa­lić, Bóg za­pew­nia nam to, czego po­trze­bu­jemy.

Ti­tuba po­de­szła do pa­le­ni­ska i wy­jęła chleb z pieca. Pani Par­ris spoj­rzała na nią z taką nie­uf­no­ścią, że aż mnie prze­szył dreszcz.

Od­sta­wi­łam ko­szyk na stół, a Hope po­ło­żyła drewno koło drzwi. Wzdry­gnęła się na od­głos pu­ka­nia.

– A któż to przy­był w taką gwał­towną po­godę? – za­py­tała pani Par­ris. – Mam na­dzieję, że nie ja­kiś ko­lejny męż­czy­zna, żeby się ga­pić na moje biedne dziecko.

Ti­tuba otwo­rzyła drzwi. W wej­ściu rze­czy­wi­ście stał męż­czy­zna. Ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem miał ni­sko na­cią­gnięty na czoło, ale na­tych­miast go roz­po­zna­łam.

– To Isaac Ab­bott – po­wie­dzia­łam z uśmie­chem, bo od razu zro­biło mi się cie­plej na sercu.

Spoj­rzał na mnie i do­strzegł mój uśmiech. Wy­da­wał się rów­nie za­sko­czony i ucie­szony na mój wi­dok. Jego nie­bie­skie oczy, tak za­wsze życz­liwe, od razu ob­jęły całe po­miesz­cze­nie, po czym ski­nął głową w kie­runku Hope. Ona od­wza­jem­niła po­zdro­wie­nie, choć nie wy­da­wała się rów­nie za­do­wo­lona ze spo­tka­nia z na­szym sta­rym przy­ja­cie­lem.

– Do­bro­dziej Ab­bott – rze­kła pani Par­ris z wy­raźną ulgą. – Co pana dziś do nas spro­wa­dza?

Wszedł do nie­wiel­kiej kuchni, ścią­gnął ka­pe­lusz i za­mknął za sobą drzwi.

– Przy­sze­dłem z wiązką na opał. Nie ma tego dużo, ale po­winno wy­star­czyć na ty­dzień.

– Niech Bóg panu bło­go­sławi – po­wie­działa star­sza ko­bieta ze łzami w oczach.

– Pani Par­ris? – roz­legł się sta­now­czy głos pa­stora Par­risa. – Pro­szę przy­pro­wa­dzić Ti­tubę i dziew­częta do nas.

Ko­bieta na mo­ment za­mknęła po­wieki, jakby od­ma­wiała mo­dli­twę, po czym ski­nęła na Ti­tubę, da­jąc jej znać, by za nią po­szła.

Opu­ściły kuch­nię, a ja po­de­szłam do Isa­aca. Był wy­soki i miał sze­ro­kie ra­miona już jako mło­dzie­niec, ale te­raz, od­kąd prze­jął ro­dzinne go­spo­dar­stwo, jesz­cze bar­dziej zmęż­niał. Jego obec­ność była dla mnie po­cie­sze­niem, choć sama nie wie­dzia­łam, co ta­kiego mógłby zro­bić, by uspo­koić moje obawy.

– Czy te po­gło­ski są prawdą? – za­py­tał ci­cho.

– Nie wiem – od­par­łam. – Sama jesz­cze nie wi­dzia­łam dziew­cząt.

Isaac zer­k­nął w stronę Hope i do­strze­głam w jego oczach tę­sk­notę. Ści­snął w rę­kach ka­pe­lusz i rzekł:

– Pięk­nie dziś wy­glą­dasz, Hope.

Sio­stra za­brała się za ukła­da­nie drewna.

– Dzię­kuję, Isa­acu – mruk­nęła, ale na­wet nie ra­czyła na niego spoj­rzeć.

Isaac już od trzy­na­stego roku ży­cia ko­chał się w mo­jej olśnie­wa­ją­cej sio­strze, jed­nak ona ni­gdy na­wet nie dała mu spo­sob­no­ści, by po­wie­dział jej o swo­ich uczu­ciach. Wręcz prze­ciw­nie, od lat sta­rała się go do sie­bie znie­chę­cić.

I miała ra­cję. Nie za­mie­rza­ły­śmy zo­stać w 1692 roku i od­rzu­ca­ły­śmy absz­ty­fi­kan­tów, któ­rzy pró­bo­wali się do nas za­le­cać. Nie było to trudne, jako że w na­szej spo­łecz­no­ści żyło wię­cej ko­biet niż męż­czyzn z po­wodu wojny króla Wil­helma i na­pływu ko­biet, które ucie­kały z Ma­ine.

Ale na­wet gdy­by­śmy pla­no­wały tu zo­stać, nie są­dzi­łam, by Hope mo­gła być nim za­in­te­re­so­wana. Isaac był wierny, życz­liwy i godny za­ufa­nia.

In­nymi słowy nudny w oce­nie Hope.

Dla mnie Isaac był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, naj­bliż­szą mi osobą za­raz po sio­strze. Je­śli mia­ła­bym zo­stać w wio­sce Sa­lem, mo­gła­bym się w nim za­ko­chać. Cho­ciaż on ni­gdy tak na mnie nie pa­trzył, bo ży­łam w cie­niu Hope – za­równo tu­taj, jak i w 1912.

Ja­kieś oży­wie­nie w du­żym po­koju spra­wiło, że pod­sko­czy­łam. Po­wie­trze wy­peł­niły za­wo­dze­nie i krzyki. Coś ude­rzyło o ścianę.

Hope po­pa­trzyła na mnie, a jej zwy­kle nie­ustra­szone spoj­rze­nie prze­peł­niał nie­pokój.

– Roz­pa­kuję drewno na opał – oświad­czył Isaac, po czym szybko wy­szedł z kuchni, wpusz­cza­jąc po­dmuch zim­nego po­wie­trza do domu.

Drzwi pro­wa­dzące do du­żego po­koju otwo­rzyły się z trza­skiem, więc po­de­szłam, żeby zo­ba­czyć dziew­częta.

– Chodź – po­wie­dział oj­ciec, gdy mnie do­strzegł. – Zo­bacz so­bie, co gu­ślar­stwo ścią­gnęło na ten dom.

Otwo­rzy­łam sze­rzej drzwi i przy­glą­da­łam się sce­nie roz­gry­wa­ją­cej się przed mo­imi oczami.

Dzie­wię­cio­let­nia Betty Par­ris le­żała na pod­ło­dze, skrę­ca­jąc się w kon­wul­sjach. Jej ciało wy­glą­dało jak po­wy­gi­nane przez nie­ludzką siłę. Z ko­lei jej dwu­na­sto­let­nia ku­zynka Abi­gail sie­działa na krze­śle, na­prze­mien­nie krzy­cząc z bólu i ma­cha­jąc ręką, jakby od­ga­niała ko­goś, kto ją ata­kuje.

– Ich stan się po­gar­sza – oce­nił wie­lebny Par­ris po­waż­nym to­nem. – Pięć dni temu Ti­tuba przy­go­to­wała żytni pod­pło­myk z uryną dziew­czy­nek i na­kar­miła nim psa. Jej biała ma­gia tylko po­głę­biła ich do­le­gli­wo­ści.

Za­wo­dze­nie dziew­cząt przy­brało na sile, a Abi­gail rzu­ciła się na zie­mię, tak jak jej ku­zynka Betty. Obie wiły się w spa­zmach i drgaw­kach.

Sły­sza­łam już o tej bia­łej ma­gii, o któ­rej wspo­mi­nał wie­lebny Par­ris. Po zje­dze­niu ta­kiego pod­pło­myka pies miał wska­zać na osobę, która rzu­ciła czar na dziew­częta. Jed­nak we­dług pa­stora przy­czy­niło się to tylko do po­gor­sze­nia stanu jego córki i sio­strze­nicy.

– Kto rzu­cił na was czar? – za­py­tał Tho­mas Put­nam. Jego córka, Ann, rów­nież cier­piała na po­dobne do­le­gli­wo­ści w domu. – Po­daj­cie imię!

– Ti­tuba rzu­ciła na nas czary – wy­krzyk­nęła Betty.

– Nie… – Ti­tuba po­krę­ciła głową i cof­nęła się o krok.

– I do­bro­dziejka Good rzu­ciła na mnie czary – mó­wiła da­lej Betty.

– Ktoś jesz­cze? – za­py­tał pan Put­nam, wcale nie kwe­stio­nu­jąc tych za­rzu­tów, ale przyj­mu­jąc je za pew­nik.

– Do­bro­dziejka Osborn – wy­ję­czała Abi­gail. – To do­bro­dziejka Osborn rzu­ciła na mnie czar.

– Nie trzeba nam już nic wię­cej – oświad­czył pan Put­nam. – Moja córka Ann i Eli­za­beth Hub­bard wy­mie­niają te same ko­biety.

– Mu­simy spro­wa­dzić je na prze­słu­cha­nie – po­wie­dział pa­stor Par­ris. – W prze­ciw­nym ra­zie cier­pie­nia mo­jej córki i sio­strze­nicy ni­gdy się nie skoń­czą.

– Ka­żemy je spro­wa­dzić do Obe­rży Eatona – za­po­wie­dział pan Put­nam. – Tam zo­staną prze­słu­chane pierw­szego marca. Zga­dza­cie się? – Spoj­rzał na zgro­ma­dzo­nych męż­czyzn i każdy z nich po­twier­dził ski­nie­niem głowy.

Zer­k­nę­łam na Ti­tubę, która w mil­cze­niu po­krę­ciła głową. Po­pa­trzyła na dziew­częta, a na­stęp­nie na męż­czyzn. W jej oczach wi­dzia­łam prze­ra­że­nie, ale nic nie po­wie­działa.

Za­częło się.

Roz­dział 2

‧ Hope ‧

Jack­so­nville, Flo­ryda

28 lu­tego 1912

Rok 1692 to ostat­nia rzecz, o ja­kiej my­śla­łam po tam­tym dniu, kiedy za­nio­sły­śmy drewno na opał do domu Par­ri­sów. Za­wsze, gdy by­łam w 1912, sta­ra­łam się od­su­wać od sie­bie my­śli o Sa­lem. Nie mia­łam czasu ani cier­pli­wo­ści, by pła­kać nad na­szym lo­sem. Zwłasz­cza dziś. Krew pul­so­wała mi szybko z eks­cy­ta­cji i od rana nie po­tra­fi­łam po­wstrzy­mać sze­ro­kiego uśmie­chu.

– Go­towa? – za­py­tał Lu­cas Vo­land. Jego fran­cu­ski ak­cent spra­wiał, że zwy­kłe słowa zmie­niały się w bu­kiety dźwię­ków, przez które za­wsze serce biło mi szyb­ciej.

Kiw­nę­łam głową, wie­dząc, że mój piękny uśmiech jest znie­wa­la­jący… Przy­naj­mniej tak działa na więk­szość lu­dzi. Luc to je­dyny męż­czy­zna, który nie uległ moim uro­kom – jesz­cze – i chyba to wła­śnie spra­wiało, że ko­cha­łam się w nim od sied­miu mie­sięcy. To i jego od­waga.

– Nie mu­sisz tego ro­bić – prze­strzegł mnie Luc, kiedy za­kła­da­łam skó­rzane rę­ka­wiczki, na­cią­ga­jąc je na rę­kawy mo­jego kom­bi­ne­zonu lot­ni­czego. – Jest mocny, pół­nocno-za­chodni wiatr. Być może zbyt mocny dla…

– Ty już wzbi­ja­łeś się dziś w po­wie­trze – od­po­wie­dzia­łam, po­pra­wia­jąc brą­zowy, je­dwabny sza­lik, który mia­łam za­wią­zany wo­kół szyi. – A prze­cież na­uczy­łeś mnie wszyst­kiego, co wiesz. – Po­ło­ży­łam dłoń na jego przed­ra­mie­niu, cie­sząc się z oka­zji, że mogę go do­tknąć. – Dam so­bie radę.

Przy­glądał mi się uważ­nie tymi swo­imi in­te­li­gent­nymi nie­bie­sko­zie­lo­nymi oczami i wie­dzia­łam, że za­sta­na­wia się nad tym, czy mój plan jest mą­dry. Ostrze­gał mnie, że je­śli uzna, że nie je­stem go­towa, nie po­zwoli mi wziąć jego blériota na pierw­szy pu­bliczny lot. W ta­jem­nicy za­czę­łam po­bie­rać u niego lek­cje w No­wym Jorku ze­szłego sierp­nia i la­ta­łam do czasu, aż zro­biło się zbyt zimno w li­sto­pa­dzie. Pla­no­wa­łam po­dejść do te­stu na pi­lota w tym ty­go­dniu, za­nim wy­jadę z Flo­rydy z po­wro­tem do No­wego Jorku. Jed­nak do­sta­łam za­pro­sze­nie na po­kazy lot­ni­cze do ze­społu Glenna Cur­tissa i się zgo­dzi­łam. Mia­łam być pierw­szą ko­bietą na Flo­ry­dzie, która wznie­sie się w po­wie­trze.

Było zim­niej i wietrz­niej, niż li­czy­li­śmy, ale poza kil­koma bia­łymi pu­szy­stymi ob­ło­kami niebo wy­da­wało się nie­ska­zi­tel­nie czy­ste. Nic nie mo­gło przy­ćmić mo­jej ra­do­ści i en­tu­zja­zmu – nic poza nie­za­do­wo­le­niem Grace z mo­jego po­wodu, ale tym pla­no­wa­łam się mar­twić póź­niej.

Ty­siące wi­dzów sie­działy na try­bu­nach, a jesz­cze wię­cej lu­dzi ob­ser­wo­wało niebo z oko­licz­nych łąk. Na prze­dzie zgro­ma­dzo­nego tłumu była Grace oraz nasi ro­dzice, Gray­don i Mag­gie Co­ope­ro­wie. Grace na­mó­wiła wy­dawcę „New York Globe”, żeby wy­słał ją jako ko­re­spon­dentkę, by zre­la­cjo­no­wać to wy­da­rze­nie. Za­pro­si­ły­śmy też na­szych ro­dzi­ców.

Jed­nak nikt z nich nie miał po­ję­cia, że ja rów­nież będę la­tać pod­czas tych po­ka­zów.

Sa­mo­lot marki Blériot na­le­żący do Luca stał nie­opo­dal, a me­cha­nicy cze­kali już, aż wsiądę do fran­cu­skiej ma­szyny, żeby nią wy­star­to­wać. Cho­ciaż sa­mo­loty wy­na­leźli bra­cia Wri­ght w Ame­ryce, to jed­nak Fran­cuzi szybko za­częli wieść prym w tej dzie­dzi­nie. Uczyć się la­ta­nia od fran­cu­skiego pi­lota – i to jesz­cze tak od­waż­nego i przy­stoj­nego – to po­bie­ra­nie nauk od naj­lep­szych.

– De­ner­wu­jesz się? – za­py­tał Luc, pa­trząc mi głę­boko w oczy. – Bo je­śli się de­ner­wu­jesz…

– Ani tro­chę. – Uśmiech­nę­łam się sze­rzej. Zno­si­łam trudne wa­runki w pu­ry­tań­skim Mas­sa­chu­setts. W 1912 roku nic nie wpra­wiało mnie w zde­ner­wo­wa­nie.

Po­krę­cił głową, a w jego pięk­nych oczach wi­dzia­łam po­dziw.

– Jesz­cze ni­gdy nie spo­tka­łem ko­biety, która by­łaby tak nie­ustra­szona jak ty.

– Strach to strata czasu – od­rze­kłam non­sza­lancko, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. – Ży­cie jest zbyt krót­kie, żeby się mar­twić tym, co mo­głoby się stać.

Po­de­szłam do blériota cze­ka­ją­cego na po­czątku pasa star­to­wego i za­rzu­ci­łam płó­cienną kurtkę na ciem­no­brą­zowy kom­bi­ne­zon lot­ni­czy, aby ochro­nić go przed ole­jem ry­cy­no­wym, który mógłby chla­pać z sil­nika pod­czas lotu. Kom­bi­ne­zon był z je­dwa­biu i pa­so­wał ko­lo­rem do mo­ich oczu. Po­ta­jem­nie zle­ci­łam jego wy­ko­na­nie mo­jej kraw­co­wej w No­wym Jorku. Zo­stał spryt­nie za­pro­jek­to­wany, bo miał gu­ziki po we­wnętrz­nych stro­nach nóg, więc mo­głam je po­roz­pi­nać i wtedy kom­bi­ne­zon zmie­niał się w suk­nię.

Te­raz jed­nak gu­ziki przy­trzy­my­wały ma­te­riał, two­rząc w ten spo­sób spodnie, dzięki czemu mo­głam wejść na ogon sa­mo­lotu i da­lej do kok­pitu, trzy­ma­jąc się dłoni Luca. Nie było to ła­twe ani pełne gra­cji, ale do­tar­łam na me­ta­lowe sie­dzi­sko i udało mi się nie prze­wró­cić – co było moim głów­nym ce­lem.

Spodnie mo­gły wielu lu­dzi za­szo­ko­wać – po­dob­nie jak ko­biety za ste­rami sa­mo­lotu. Nad­cho­dziła jed­nak nowa era, a ja po­sta­no­wi­łam być w niej pio­nierką.

Sa­mo­lot to szczyt ludz­kich osią­gnięć. Ten wy­na­la­zek li­czył so­bie za­le­d­wie dzie­więć lat i wciąż wpra­wiał mnie w onie­mie­nie. Mama żyła w 1941 i 2001 roku, więc wie­działa wię­cej o sa­mo­lo­tach i opo­wia­dała mi o nich w dzie­ciń­stwie, jed­nak trudno mi było to so­bie wy­obra­zić, do­póki nie zo­ba­czy­łam tego na wła­sne oczy. Ma­szynę wy­ko­nano z lek­kiego drewna, dru­tów i płótna rozcią­gnię­tego z przodu ka­dłuba sa­mo­lotu.

Luc pod­szedł do mnie, kiedy za­kła­da­łam na oczy go­gle. Ki­wa­łam głową, gdy da­wał mi ostat­nie in­struk­cje. Wciąż spra­wiał wra­że­nie nie­pew­nego i wie­dzia­łam, co so­bie my­śli. Każ­dego ty­go­dnia do­cie­rały do nas wie­ści o śmierci ko­lej­nych pi­lo­tów. To jedno z naj­nie­bez­piecz­niej­szych przed­się­wzięć w hi­sto­rii ludz­ko­ści, ale nie po­tra­fi­łam się oprzeć po­trze­bie, by stać się jedną z pierw­szych.

Wie­dzia­łam, że je­stem do tego stwo­rzona.

W końcu Luc cof­nął się i dał znak me­cha­ni­kom.

Czwórka męż­czyzn przy­trzy­my­wała ogon sa­mo­lotu, pod­czas gdy piąty z nich za­krę­cił śmi­głem, a ja pstryk­nę­łam prze­łącz­nik za­płonu na kok­pi­cie. Czas grał istotną rolę, bo nie wolno do­pu­ścić do biegu wstecz­nego śmi­gła, gdyż gro­zi­łoby to zła­ma­niem ręki albo nad­garstka.

Sil­nik za­czął ry­czeć, śmi­gło ob­ra­cało się z każdą se­kundą co­raz szybciej. Męż­czyźni trzy­mali ma­szynę, cze­ka­jąc na mój sy­gnał.

Kiedy unio­słam dłoń, pu­ścili ogon i sa­mo­lot za­czął su­nąć po nie­rów­nej po­wierzchni pola. Pchnę­łam drą­żek od sie­bie i sa­mo­lot jesz­cze bar­dziej przy­spie­szył, a ja po­czu­łam, jak siła no­śna działa na skrzy­dła. Dźwi­gnia miała na końcu ta­kie koło i zo­stała umiej­sco­wiona mię­dzy no­gami. Je­śli nim obróci­łam, mo­głam ste­ro­wać skrzy­dłami – sko­ry­go­wać rów­no­wagę i wy­wo­łać wzno­sze­nie, któ­rego tak bar­dzo po­trze­bo­wały mój sa­mo­lot i moje serce.

Gdy tylko koła ode­rwały się od ziemi, ogar­nęły mnie lek­kość i po­czu­cie wol­no­ści. To było mocne do­świad­cze­nie, od któ­rego uza­leż­ni­łam się w ciągu ostat­nich sied­miu mie­sięcy. Nie­za­leż­nie, ile razy to czu­łam, ni­gdy nie mia­łam dość.

Na końcu lot­ni­ska znaj­do­wały się py­lony usta­wione tam na po­trzeby wy­ści­gów. Na­kie­ro­wa­łam sa­mo­lot na je­den z nich i sko­ry­go­wa­łam skrzy­dła, wpro­wa­dza­jąc go w skręt. Na­chy­li­łam ma­szynę i zro­bi­łam okrą­że­nie nad pierw­szym py­lo­nem, a na­stęp­nie skie­ro­wa­łam się w stronę dru­giego.

Luc ka­zał mi obie­cać, że pod­czas pierw­szego pu­blicz­nego prze­lotu nie zro­bię nic ry­zy­kow­nego, więc okrą­ży­łam drugi py­lon, po czym po­sa­dzi­łam sa­mo­lot z po­wro­tem na ziemi i wy­łą­czy­łam sil­nik. Kiedy tylko jego ryk za­milkł, do mo­ich uszu do­bie­gły ogłu­sza­jące krzyki tłu­mów.

Zdję­łam kurtkę i sta­nę­łam w kok­pi­cie, uno­sząc ręce nad głową. Setki chu­s­te­czek po­wie­wały na znak uzna­nia wy­ra­ża­nego przez wi­dzów. By­łam przy­zwy­cza­jona do okla­sków na sce­nie, ale to nic w po­rów­na­niu z tym.

Chwilę póź­niej Luc zna­lazł się już przy sa­mo­lo­cie i po­da­wał mi dłoń. Po­mógł mi zejść, ująw­szy mnie w pa­sie. Kiedy po­sta­wił mnie na ziemi, uśmiech­nę­łam się do niego. Jesz­cze ni­gdy nie czu­łam się tak szczę­śliwa.

On tylko krę­cił głową i na jego ustach go­ścił rzadki uśmiech.

Mo­gła­bym się kar­mić tym uśmie­chem ca­łymi ty­go­dniami, ale wkrótce mu­sia­łam sta­nąć twa­rzą w twarz z Grace i ro­dzi­cami, a to przy­ga­siło nieco mój en­tu­zjazm. Kiedy skie­ro­wa­łam się w stronę try­bun, Luc zo­stał z tyłu.

Ob­ró­ci­łam się do niego i z za­chwy­tem do­strze­głam, jak po­ranne pro­mie­nie słońca tań­czyły na jego cu­dow­nych ry­sach. To je­den z naj­przy­stoj­niej­szych męż­czyzn, ja­kich zna­łam. Miał wszyst­kie ce­chy praw­dzi­wego bo­ha­tera. Sły­nął w ca­łej Eu­ro­pie i Ame­ryce z po­wodu swo­ich od­waż­nych lot­ni­czych wy­czy­nów i ta­lentu, dzięki któ­remu po­ko­ny­wał re­kordy. Kiedy pierw­szy raz zo­ba­czy­łam, jak lata w No­wym Jorku w ubie­głe wa­ka­cje, do­świad­czy­łam mi­ło­ści od pierw­szego wej­rze­nia. To coś, co ni­gdy wcze­śniej mi się nie zda­rzyło, i by­łam pewna, że już ni­gdy wię­cej się nie po­wtó­rzy.

– Nie chcesz po­znać mo­jej ro­dziny? – za­py­ta­łam.

Rzu­cił okiem w stronę tłumu i wi­dzia­łam nie­chęć w jego spoj­rze­niu. Jak na czło­wieka, który ścią­gał na sie­bie uwagę ca­łego świata, nie wy­da­wał się kimś, kto uwiel­białby sławę.

– Po­wi­nie­nem się przy­go­to­wać do swo­jego lotu – od­parł i od­szedł w kie­runku han­garu, gdzie cze­kał na niego drugi blériot.

Dreszcz eks­cy­ta­cji, który czu­łam jesz­cze przed chwilą, zde­rzył się z roz­cza­ro­wa­niem. Od­wró­ci­łam się i ru­szy­łam na spo­tka­nie z ro­dziną…

Sama.

Im bli­żej try­bun się znaj­do­wa­łam, tym wy­żej uno­si­łam pod­bró­dek, spra­wia­jąc wra­że­nie tak pew­nej sie­bie, jak tego po mnie ocze­ki­wali. Grace stała obok ro­dzi­ców. Mimo że by­ły­śmy bliź­niacz­kami, iden­tycz­nymi z wy­glądu, tak na­prawdę bar­dzo się róż­ni­ły­śmy. Ona jest ran­nym ptasz­kiem – ja lubię się wy­spać. Ona jest prak­tyczna i tro­skliwa, a ja im­pul­sywna i uparta. Ona uwiel­bia piec i zaj­mo­wać się do­mem oraz ogro­dem, ja bym się cie­szyła, gdy­bym ni­gdy nie mu­siała go­to­wać ani sprzą­tać.

Grace jest też do­bra, czę­sto uświa­da­mia­jąc mi mój wła­sny ego­izm, choć na­wet o tym nie wie­działa. Wi­działa mnie taką, jaką je­stem, i mimo wszystko mnie ko­chała. Ła­two ją skrzyw­dzić, a mnie przy­cho­dziło to naj­ła­twiej, choć ni­gdy nie ro­bi­łam tego ce­lowo.

– Hope! – za­wo­łała mama. Pa­trzyła na mnie wiel­kimi oczami i z ustami otwar­tymi z nie­do­wie­rza­nia.

Mia­ły­śmy z Grace ta­kie same imiona w obu epo­kach. To część na­szego daru. Mama mó­wiła, że sam Bóg był na­tchnie­niem dla na­szych imion, więc oj­ciec i matka w 1692 roku nadali nam ta­kie same imiona jak nasi ro­dzice w 1912.

Mama miała sie­dem­dzie­siąt je­den lat, choć nie było tego po niej wi­dać – miała smu­kłą syl­wetkę i piękną twarz. Ona też prze­no­siła się w cza­sie i pięć­dzie­siąt lat temu wy­brała tę epokę oraz mo­jego ojca. Wcze­śniej żyła także w la­tach czter­dzie­stych XX wieku i na po­czątku XXI wieku. To ona na­uczyła mnie wszyst­kiego, co wie­dzia­łam na te­mat osób prze­no­szą­cych się w cza­sie w na­szej ro­dzi­nie. Jej matka, Libby, żyła w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych XVIII wieku oraz na po­czątku XX wieku, po­dob­nie jak jej oj­ciec, Henry, który rów­nież żył w obu tych epo­kach. Dziwne to było ży­cie, ale już w mło­do­ści przy­zwy­cza­iłam się do ta­kiej per­spek­tywy i nie za­sta­na­wia­łam się nad tym zbyt wiele w ta­kie dni jak dzi­siaj. Sku­pia­łam się na tym, co tu i te­raz.

– Za­sko­czeni? – za­py­ta­łam, kiedy pod­bie­głam ostatni od­ci­nek, jaki nas dzie­lił. Lu­dzie na try­bu­nach wo­łali coś do mnie, ale ja skon­cen­trowałam się na swo­jej ro­dzi­nie.

Mama chwy­ciła mnie w ob­ję­cia.

– Jak mo­głaś trzy­mać w ta­jem­nicy coś ta­kiego?

Przy­tu­li­łam ją mocno, uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego z Grace.

– Mia­łam lek­cje o czwar­tej trzy­dzie­ści rano pra­wie każ­dego dnia przez osiem ty­go­dni la­tem i je­sie­nią.

Mama od­su­nęła mnie na od­le­głość ra­mie­nia i przy­glą­dała mi się uważ­nie. Jej ja­sno­nie­bie­skie oczy błysz­czały, a na po­liczku uka­zał się do­łe­czek, gdy się uśmiech­nęła. Była le­karką i za­wsze mia­łam wra­że­nie, że mnie bada. Aż dziw, że nie ob­ma­cała mi ko­ści, żeby spraw­dzić, czy nie mam nic zła­ma­nego.

– Ni­gdy nie prze­sta­jesz mnie za­dzi­wiać.

Po niej wziął mnie w ra­miona tata. Był wy­soki i silny, kilka lat star­szy od mamy. Miał już siwe włosy, a jego brą­zowe oczy zdra­dzały nie­prze­ciętną in­te­li­gen­cję. Jako agent Pin­ker­tona pra­co­wał z pre­zy­den­tem Abra­ha­mem Lin­col­nem w Bia­łym Domu pod­czas wojny se­ce­syj­nej i po­ma­gał przy two­rze­niu taj­nych służb. Prze­szedł na eme­ry­turę dzie­sięć lat temu, ale za­cho­wał spraw­ność i był go­towy na­tych­miast sta­wić się na we­zwa­nie.

– Chyba nie bę­dziesz już wię­cej la­tać, prawda? – za­py­tał.

– Będę w tym roku la­tać z ze­spo­łem Glenna Cur­tissa. Mam już usta­wione kilka im­prez.

– A co z pracą? Nie masz te­raz przed­sta­wień?

Wes­tchnę­łam. Wo­la­ła­bym nie roz­ma­wiać na ten te­mat. Ra­zem z Grace prze­pro­wa­dzi­ły­śmy się z No­wego Jorku do Wa­szyng­tonu pięć lat temu, żeby ona mo­gła roz­wi­jać swoją dzien­ni­kar­ską ka­rierę, a ja mia­łam grać na sce­nie. Grace pu­kała do drzwi każ­dej ga­zety i cza­so­pi­sma w mie­ście w po­szu­ki­wa­niu ko­goś, kto dałby jej szansę, ja zaś zgła­sza­łam się na prze­słu­cha­nia do licz­nych pro­duk­cji. Jej udało się zdo­być po­sadę dzien­ni­ka­rza w „New York Globe”, choć nie trak­to­wano jej tam zbyt po­waż­nie. Aż do te­raz. Ja z ko­lei do­sta­łam an­gaż do kilku dru­go­pla­no­wych ról i ja­kieś drobne zle­ce­nia lek­tor­skie. Da­wało mi to za­robki wy­star­cza­jące, by prze­żyć. Jed­nak pa­sja i de­ter­mi­na­cja, ja­kie mia­łam dla sceny, przy­ćmiły te­raz la­ta­nie.

– Skoń­czy­łam grać ostat­nie przed­sta­wie­nie dwa dni przed przy­jaz­dem tu­taj – od­po­wie­dzia­łam. – Te­raz pla­nuję la­tać.

Mama i tata wy­mie­nili spoj­rze­nia. Zna­łam ten wzrok. Czę­sto po­prze­dzał on po­ga­dankę któ­re­goś z nich. Za­ry­zy­ko­wa­łam więc i od­wró­ci­łam się w stronę Grace, pod­pie­ra­jąc się pod boki.

– No i? – za­py­ta­łam, lek­ce­wa­żąc zmar­twione miny ro­dzi­ców.

Grace stała na wprost mnie. Wy­glą­dała pięk­nie w tej bia­łej bluzce, czar­nej spód­nicy z kli­nów i czar­nym płasz­czu. Na gło­wie miała sze­roki ka­pe­lusz osła­nia­jący jej twarz, choć spod niego wy­sta­wały pa­semka blond wło­sów.

Wpa­try­wała się we mnie tymi brą­zo­wymi oczami, tak po­dob­nymi do oczu taty i mo­ich, ale nie umia­łam po­wie­dzieć, czy jest wście­kła, za­sko­czona czy roz­cza­ro­wana. Trzy­mała w ręku czarny apa­rat fo­to­gra­ficzny marki Ko­dak, a z jej ra­mie­nia zwi­sała brą­zowa skó­rzana torba, w któ­rej no­siła no­tat­nik i ołó­wek, za­wsze go­towe pod ręką.

– Dla­czego? – za­py­tała.

Opu­ści­łam ręce.

– Dla­czego co?

– Dla­czego to ro­bisz?

Ro­ze­śmia­łam się i wska­za­łam na lot­ni­sko.

– To spra­wia, że żyję, eks­cy­tuje mnie to i… – Prze­rwa­łam, nie wie­dząc, jak wy­ra­zić to, że moje roz­cza­ro­wa­nie sceną zo­stało przy­ćmione en­tu­zja­zmem dla cze­goś no­wego. Tu nie mu­sia­łam kon­ku­ro­wać o rolę z in­nymi ko­bie­tami. Wszystko na­le­żało do mnie. Dla­tego od­po­wie­dzia­łam po pro­stu: – To jest fajne.

– To nie­bez­pieczne – spa­ro­wała od razu Grace. – Głu­pie i nie­od­po­wie­dzialne.

– Wiem. – Uśmiech­nę­łam się i uję­łam ją pod ra­mię. – I dla­tego wła­śnie to uwiel­biam.

Stała sztywno obok mnie, ale co miała mi po­wie­dzieć? Pod­ję­łam de­cy­zję i wie­działa, że nie bę­dzie w sta­nie jej zmie­nić.

Może i Grace miała nade mną prze­wagę w 1692, ale tu, w 1912 roku, to ja sta­no­wi­łam o swoim lo­sie i nic, co mo­głaby po­wie­dzieć moja od­po­wie­dzialna sio­stra, nie mo­gło mnie prze­ko­nać, by stało się ina­czej.

– To dla­tego chcia­łaś, że­by­śmy tu przy­byli? – za­py­tała, marsz­cząc brwi.

– Oczy­wi­ście. – Uśmiech­nę­łam się do niej sze­roko. – Chcia­łam wam zro­bić nie­spo­dziankę. I żeby mama i tata mieli chwilę za­słu­żo­nych wa­ka­cji od sie­ro­cińca.

Ro­dzice wy­mie­nili ko­lejne spoj­rze­nie. Tym ra­zem nie miało ono nic wspól­nego ze mną.

Coś było nie tak.

Grace też mu­siała to za­uwa­żyć, bo od razu od­su­nęła się ode mnie i po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu mamy.

– Co się stało?

– Nic ta­kiego – od­rze­kła mama z wy­mu­szo­nym uśmie­chem.

– Cho­dzi o sie­ro­ci­niec? – do­py­ty­wała Grace.

Mama przy­kryła jej dłoń swoją.

– Nie chcemy o tym mó­wić te­raz… szcze­gól­nie tu­taj.

Przy­su­nę­łam się bli­żej, za­po­mi­na­jąc na­gle o wiel­kim tłu­mie. Nasi ro­dzice to silni, in­te­li­gentni i pra­co­wici lu­dzie. Rzadko się o nich mar­twi­łam. Co się mo­gło stać?

– Wła­ści­ciel bu­dynku przy­szedł do nas przed na­szym wy­jaz­dem do Wa­szyng­tonu i przy­niósł nam nie­spo­dzie­waną wia­do­mość – za­częła mama. – Ktoś zło­żył ofertę kupna bu­dynku, który wy­naj­mu­jemy od dwu­dzie­stu pię­ciu lat.

– I po­dał cenę, któ­rej ni­gdy nie bę­dziemy w sta­nie do­rów­nać – do­rzu­cił tata.

Zmarsz­czy­łam czoło. Sie­ro­ci­niec miał ide­alną lo­ka­li­za­cję w sercu Wa­szyng­tonu, bli­sko ich domu. Był nam jak drugi dom, w któ­rym do­ra­stałyśmy. To schro­nie­nie dla dzie­sią­tek dzieci i ich opie­ku­nów. Ro­dzi­com nie uda się zna­leźć dru­giego ta­kiego miej­sca.

– Jak pan Lo­renz może sprze­dać ten bu­dy­nek ko­muś in­nemu? – za­py­ta­łam. – Dla­czego nie sprzeda go wam?

Po raz ko­lejny ro­dzice wy­mie­nili zmar­twione spoj­rze­nia i mój nie­po­kój się wzmógł. Co oni przed nami ukry­wali?

– Ten ku­piec to J.B. Thur­ston – po­wie­dział tata, pa­trząc w stronę Grace.

Serce we mnie za­marło i spoj­rza­łam na sio­strę.

J.B. Thur­ston to za­możny wła­ści­ciel kilku szwalni w No­wym Jorku. Dzia­ła­jąc pod przy­krywką, Grace ujaw­niła nad­uży­cia i za­nie­dba­nia w sie­dzi­bach jego firmy i opi­sała to w de­ma­sku­ją­cym ar­ty­kule, po któ­rym Thur­ston miał pro­blemy. Zmiany w No­wym Jorku za­cho­dziły po­woli, na­wet po tym strasz­nym po­ża­rze, który rok temu za­bił po­nad stu czter­dzie­stu pra­cow­ni­ków w szwalni Trian­gle Shir­twa­ist Fac­tory, ale ar­ty­kuł Grace spo­wo­do­wał spore za­mie­sza­nie. Po­wo­dze­nie, ja­kim cie­szył się jej tekst, prze­ło­żyło się na pod­wyżkę dla niej i tro­chę roz­głosu w „New York Globe”. Za­chę­ciło rów­nież jej wy­dawcę do wy­da­nia zgody na jej po­dróż na Flo­rydę w cha­rak­te­rze ko­re­spon­dentki.

– To nie może być przy­pa­dek – po­wie­dzia­łam do sio­stry.

Jej twarz po­bladła.

– J.B. Thur­ston?

Tata przy­tak­nął, a Grace po­krę­ciła głową.

– Tak mi przy­kro – wy­szep­tała. – Nie wie­dzia­łam.

– To nie twoja wina – pró­bo­wała ją po­cie­szyć mama.

– Mu­siał prze­pro­wa­dzić wła­sne śledz­two, żeby się do­wie­dzieć, gdzie ude­rzyć, by mnie za­bo­lało – stwier­dziła. – On nie może prze­jąć sie­ro­cińca. Nie po­zwolę mu na to!

– Oba­wiam się, że pan Lo­renz nie od­rzuci oferty Thur­stona – po­wie­dział tata cięż­kim gło­sem. – Pro­po­nuje trzy­krot­ność war­to­ści tego bu­dynku.

– I nic się nie da zro­bić? – za­py­ta­łam.

– Mogę się spo­tkać z pa­nem Thur­sto­nem i po­wie­dzieć mu, żeby zo­sta­wił moją ro­dzinę w spo­koju – oświad­czyła Grace z obu­rze­niem.

– Nie chcę, że­byś w ogóle zbli­żała się do Thur­stona – od­parł tata ostrze­gaw­czo. – To nie­bez­pieczny czło­wiek, a i tak by cię nie po­słu­chał.

– To co w ta­kim ra­zie zro­bimy? – za­py­tała.

Mama wes­tchnęła.

– Pan Lo­renz zgo­dził się sprze­dać nam bu­dy­nek za taką kwotę, jaką za­pro­po­no­wał pan Thur­ston, ale mu­simy do­star­czyć po­łowę tej sumy do pierw­szego maja, a resztę spła­cić do pierw­szego wrze­śnia.

– Po­nie­waż nasz na­jem i tak koń­czy się we wrze­śniu, to na­wet wię­cej, niż byłby zo­bli­go­wany nam za­pro­po­no­wać – do­dał wy­ja­śnia­jąco tata. – Ale nie mam po­ję­cia, skąd weź­miemy te pie­nią­dze.

– Jest jesz­cze czas – po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się, by to za­brzmiało opty­mi­stycz­nie.

Grace zmarsz­czyła czoło.

– Skąd mamy wziąć ta­kie pie­nią­dze do maja?

– Nie psujmy już dzi­siej­szego dnia roz­mo­wami o sie­ro­cińcu – stwier­dziła mama. – To nasz pro­blem, nie wasz.

– To nasz wspólny pro­blem – za­zna­czyła Grace. – To moja wina.

Tata ob­jął ją ra­mie­niem.

– Ni­gdy nie wzbra­niaj się przed mó­wie­niem prawdy, na­wet je­śli to ry­zy­kowne. Wy­my­ślimy coś.

Za mo­imi ple­cami wzniósł się w po­wie­trze ko­lejny pi­lot i wszy­scy ob­ró­ci­li­śmy się, żeby po­pa­trzeć.

– Po­roz­ma­wiamy o tym póź­niej – rze­kłam i zmu­si­łam się do uśmie­chu, żeby spró­bo­wali za­po­mnieć o pro­ble­mach. – Grace, chodź ze mną. Przed­sta­wię cię kilku pi­lo­tom. Przyda ci się do ar­ty­kułu.

Nie wy­glą­dała na go­tową na spo­tka­nie z kim­kol­wiek… Nie po tych wia­do­mo­ściach o J.B. Thur­sto­nie.

– Baw­cie się do­brze na dal­szej czę­ści po­kazu – po­wie­dzia­łam do mamy i taty, od­cią­ga­jąc ze sobą sio­strę. – Spo­tkamy się póź­niej. – Po­sła­łam im w po­wie­trzu ca­łusy i ru­szy­ły­śmy w stronę han­garu.

– Nie mogę uwie­rzyć w to, co pró­buje zro­bić Thur­ston – oświad­czyła Grace, jakby nie przyj­mo­wała tego do wia­do­mo­ści. – To wszystko moja wina.

– Prze­stań – po­wie­dzia­łam jej, cią­gnąc ją za sobą. – Mo­żemy po­roz­ma­wiać o tym póź­niej. Te­raz chcia­ła­bym, że­byś…

– Jak zdo­bę­dziemy te pie­nią­dze? I co, je­śli Thur­ston nie po­prze­sta­nie na tym, by wy­rzu­cić sie­roty? Co, je­śli bę­dzie szu­kał in­nych spo­so­bów ze­msty?

Mój wła­sny nie­po­kój w tej kwe­stii wzbu­dzał we mnie fru­stra­cję, ale te­raz nie mo­głam i tak nic z tym zro­bić.

– Wy­my­ślę ja­kiś plan. Obie­cuję.

Mu­sia­łam zmie­nić te­mat, żeby Grace nie ze­psuła ca­łego dnia tym swoim za­mar­twia­niem.

– Wiem, że je­steś na mnie wście­kła za to la­ta­nie – stwier­dzi­łam, choć wcale nie mia­łam ochoty jej o tym przy­po­mi­nać. – Więc mo­żesz to z sie­bie te­raz wy­rzu­cić.

– Jak mo­głaś się za­cho­wać tak sa­mo­lub­nie? – za­py­tała, od razu prze­rzu­ca­jąc całą uwagę, jak się spo­dzie­wa­łam. – La­ta­nie jest nie­bez­pieczne.

– Ży­cie w Sa­lem jest nie­bez­pieczne – od­po­wie­dzia­łam. – Jazda au­to­mo­bi­lem czy po­cią­giem nie­sie ry­zyko. Ży­cie to zbiór cią­głych przy­pad­ków. Dla­czego nie mia­łoby się żyć peł­nią?

Grace się skrzy­wiła. Szły­śmy przez tra­wia­ste pole w stronę han­garu, gdzie Luc przy­go­to­wy­wał się do swo­jego lotu.

– To coś in­nego i do­brze o tym wiesz. Mam wra­że­nie, że upar­łaś się, żeby ła­mać wszel­kie za­sady i te­sto­wać każdą gra­nicę.

Uści­snę­łam jej ra­mię.

– Bóg wie­dział, co ro­bił, kiedy mnie taką stwo­rzył. On się mną za­opie­kuje. – Nie mia­łam stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, czy sama w to wie­rzę, ale tak po­wie­dzia­łam.

Grace rzadko zda­rzało się prze­wra­cać oczami, ale te­raz to zro­biła.

– Nie­do­rzeczna wy­mówka uspra­wie­dli­wia­jąca wła­sną lek­ko­myśl­ność.

– Nie je­stem lek­ko­myślna – za­pro­te­sto­wa­łam ze śmie­chem. – Po pro­stu eks­cy­tu­jąca i spon­ta­niczna. Tylko tak je­stem w sta­nie prze­żyć te cią­gnące się bez końca dni w Sa­lem.

Nie po­tra­fi­łam na­wet my­śleć o tym, że ju­tro znów się tam obu­dzę. Nie zno­si­łam tej ha­rówki i znoju i nie­na­wi­dzi­łam su­ro­wych za­sad oraz ogra­ni­cza­ją­cych ocze­ki­wań. Nie mo­głam się już do­cze­kać na­szych uro­dzin w paź­dzier­niku i tego dnia, kiedy już ni­gdy nie będę mu­siała tam wra­cać.

– O, jest i on – po­wie­dzia­łam, gdy tylko zo­ba­czy­łam Luca. Wy­glą­dał tak przy­stoj­nie w gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze i kra­wa­cie, z czapką do tyłu. Na­wet gdy­bym się w nim nie za­ko­chała, to i tak wyło­wi­ła­bym go z tłumu.

– Kto taki? – za­py­tała Grace.

– Lu­cas Vo­land. Sły­sza­łaś o nim, prawda?

– Kto nie sły­szał? Wi­dzia­ły­śmy go na po­ka­zach lot­ni­czych w No­wym Jorku mi­nio­nego lata.

– Zga­dza się. On uczył mnie la­tać.

– Czyli to on jest od­po­wie­dzialny za twoją lek­ko­myśl­ność?

– Nie wy­ła­do­wuj na nim swo­ich fru­stra­cji. To po pro­stu mój na­uczy­ciel.

Wtedy w sierp­niu nie udało nam się do niego do­stać na po­ka­zach lot­ni­czych, ale któ­re­goś wie­czoru po przed­sta­wie­niu po­szłam do re­stau­ra­cji Del­mo­nico’s i Luc sie­dział tam przy sto­liku z in­nymi męż­czy­znami. Po­de­szłam od razu do niego i po­pro­si­łam go, żeby na­uczył mnie la­tać. A on się zgo­dził.

Luc pod­niósł głowę, kiedy się zbli­ży­ły­śmy, i jego wzrok spo­czął na Grace. Mó­wi­łam mu, że mam sio­strę bliź­niaczkę, ale wy­raz jego twa­rzy zdra­dzał za­sko­cze­nie. Więk­szość lu­dzi, któ­rzy nas wi­dzieli po raz pierw­szy, nie po­tra­fiła nas od­róż­nić, ale po krót­kim cza­sie umieli już po­wie­dzieć, która to która.

Oczy­wi­ście ze względu na mój kom­bi­ne­zon lot­ni­czy trudno by­łoby, żeby nas te­raz po­my­lił.

– Luc – za­wo­ła­łam i po­ma­cha­łam w jego stronę.

Stał obok swo­jego blériota z klu­czem fran­cu­skim w dłoni. Za­raz jed­nak wrzu­cił go do drew­nia­nej skrzynki i wy­jął chu­s­teczkę, żeby otrzeć wszech­obecny olej ry­cy­nowy.

Grace ro­zej­rzała się, obej­mu­jąc szyb­kim, oce­nia­ją­cym i peł­nym iry­ta­cji wzro­kiem me­cha­ni­ków, han­gar i ae­ro­plan.

Kiedy do­szły­śmy do Luca, dum­nie ob­ję­łam sio­strę ra­mie­niem. Po raz pierw­szy w ży­ciu mia­łam obok sie­bie moje dwie ulu­bione osoby i nie po­tra­fi­łam ukryć ra­do­ści.

– To jest Grace – zwró­ci­łam się do Luca. – Grace, to jest Lu­cas Vo­land.

– Miło mi – od­parła chłodno Grace. Czy na­prawdę zło­ści się za to, że uczył mnie la­tać? Tak bar­dzo mi za­le­żało, żeby go po­lu­biła.

Luc stał sztywno.

– Bon­jour, ma­de­mo­iselle – wy­rzekł z lek­kim ukło­nem i sztucz­nym uśmie­chem.

– Hope mó­wiła mi, że to pan na­uczył ją la­tać – pod­jęła Grace, jakby igno­ru­jąc fakt, że wła­śnie po­znała jed­nego z naj­słyn­niej­szych lu­dzi w kraju. – Czy nie przej­muje się pan jej bez­pie­czeń­stwem?

Luc uniósł pod­bró­dek i przy­brał ten pro­tek­cjo­nalny wy­raz twa­rzy, który miał za­re­zer­wo­wany dla iry­tu­ją­cych fa­nów lot­nic­twa… i – jak się oka­zało – uciąż­li­wych star­szych sióstr.

– Jest do­ro­sła. Czyż nie? – za­py­tał, za­kła­da­jąc ręce na piersi.

– Tak, ale czy ona ro­zu­mie, ja­kie ry­zyko się z tym wiąże?

Te­raz przy­szła moja ko­lej, by prze­wró­cić oczami.

– Grace!

Luc zer­k­nął na mnie prze­lot­nie, a po­tem znów spoj­rzał na Grace. Nie wie­dzia­łam, co o niej my­śli, ale nie wy­glą­dał na zbyt ocza­ro­wa­nego.

– To nie moja rola, by mó­wić jej, jak bar­dzo to ry­zy­kowne. Sama po­winna wie­dzieć.

Grace otwo­rzyła już usta, ale wtedy do Luca pod­szedł je­den z me­cha­ni­ków i po­wie­dział mu coś po ci­chu do ucha. Ten ski­nął głową, po czym wy­pro­sto­wał się, skło­nił w na­szą stronę i z trud­nym do roz­szy­fro­wa­nia wy­ra­zem twa­rzy rzekł:

– Mu­szę już le­cieć.

Od­szedł, a mnie serce ści­snęło się drugi raz tego sa­mego dnia. Nie lu­bił Grace… i wy­star­czyło spoj­rzeć na nią, żeby wie­dzieć, że ona też go nie po­lu­biła.

– Ale aro­gant – wy­mam­ro­tała Grace pod no­sem. – Dla­czego ty go tak lu­bisz?

– Skąd wiesz, że go lu­bię?

– Masz to wy­raź­nie wy­pi­sane na twa­rzy. Och, Hope, ty je­steś w nim za­ko­chana, czyż nie?

Nie po­tra­fi­łam ukryć prawdy przed Grace. Znała mnie naj­le­piej na świe­cie… Cza­sem na­wet le­piej niż ja sama. Dla­tego tylko ża­ło­śnie wzru­szy­łam ra­mio­nami i się uśmiech­nę­łam.

Może i do­brze mnie znała, ale nie za­wsze wie­działa, co jest dla mnie naj­lep­sze.

A w tym mo­men­cie był tym Luc.