Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
33 osoby interesują się tą książką
Przeklęty spadek…
Nocna profanacja grobu na poznańskim cmentarzu mogła być jedynie aktem brutalnego wandalizmu. Jednak dla komisarz Lary Barskiej to początek niebezpiecznej gry o stawkę, której nikt nie potrafi oszacować. Legenda o zaginionym diamencie zamożnej rodziny Grossów ożywa, a kolejne rozkopane groby świadczą o tym, że ktoś nie cofnie się przed niczym, by odnaleźć mityczny skarb. Lara Barska, policjantka po przejściach, rozpoczyna śledztwo. Tropiąc historię rodu Grossów, musi zmierzyć się nie tylko z przebiegłym przeciwnikiem, ale i z własnymi demonami.
Katarzyna Kulcak – autorka powieści „Nieczystość” i „Chciwość”.
Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 73
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
KATARZYNA KULCAK
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Diamenty
Seria: Śledztwa Lary Barskiej (t. 3)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Rojek
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
(Grafiki wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68524-72-7
Dla Marleny i Marka – bo Wasza miłość ma w sobie największą siłę
Femina est caput et finis familiae
(Kobieta jest początkiem i końcem rodziny)
Deszcz lał od południa. Zamieniał ziemię na cmentarzu w ciemne błoto. Z nieba spływały zimne strużki, a między starymi nagrobkami kłębiła się mgła, która tłumiła każdy dźwięk. Jesienna aura rozgościła się na dobre. Zabrała ciepłe dni, dając w zamian coraz zimniejsze poranki. Przyniosła ze sobą senność, uczucie zmęczenia oraz oczekiwanie na pierwszy śnieg.
Mężczyźni stali przy bagażniku starego czarnego jeepa. Silnik wciąż cicho warczał, a światła postojowe rozlewały na mokrej jezdni czerwone refleksy. Wewnątrz pojazdu znajdowało się wszystko, czego potrzebowali: łopaty, rękawice, latarki, termos i niewielka, starannie złożona mapa z licznymi zakreśleniami.
– To tutaj… – odezwał się niski, stanowczy głos. Mężczyzna wskazywał palcem na jeden z oznaczonych punktów. Ślad czerwonego markera odbijał się w świetle latarki. – Pod zachodnią stroną cmentarza. Obok grobu psa.
Drugi głos odpowiedział cicho, z wahaniem:
– Psa?
– Czy ja mówię niewyraźnie? – spytał pierwszy. – Tak, psa. A raczej burej suki – zawołał zadowolony z własnego żartu. – Saba. Tak ją nazywali. Nie pytaj kto i dlaczego, po prostu rób, co mówię. Twoja ciekawość nic tutaj nie pomoże.
Między nimi zapanowała cisza. Słychać było wyłącznie rytmiczne uderzenia kropel deszczu o dach samochodu. Trzeci z mężczyzn, najmłodszy, z okrągłą rumianą twarzą, wciągnął kaptur głębiej na głowę i zapytał półgłosem:
– A jeśli ktoś się dowie? Policja, proboszcz…? Przecież to będzie wstyd przed ludźmi.
– Nikt się nie dowie. – Ton mężczyzny był pewny, niemal chłodny. – Cmentarz o tej porze to tylko miejsce dla umarłych. A my przyszliśmy po to, co im się już nie przyda. Duchy nie potrzebują rzeczy materialnych, a tym bardziej diamentów.
Któryś z nich sięgnął po łopatę, a metal szczęknął o zamarzniętą ziemię. Zapach wilgoci i starych liści mieszał się z czymś jeszcze – z napięciem, które unosiło się w powietrzu jak elektryczność przed burzą. Żaden z nich nie wiedział, czego tak naprawdę się spodziewać.
– Sądzisz, że to prawda? – spytał jeden z mężczyzn, wciąż niepewny. – Że tam… naprawdę coś jest? Po co mieliby to aż tak ukrywać?
– To, co tam jest, należy do rodziny – padła odpowiedź. – I jeśli tego nie znajdziemy dziś, znajdzie to ktoś inny. Prosta kalkulacja. Nie wysilaj swojego małego mózgu. Nie ty jesteś od myślenia.
W oddali zagrzmiało. Mężczyzna przeklął cicho i zgasił latarkę. Ruszyli przed siebie. Od grobu dzieliło ich kilkadziesiąt metrów. Szli w milczeniu. Jeden za drugim. Każdy z nich pogrążony we własnych myślach. Przez chwilę na cmentarzu panowała zupełna cisza, przeplatana nieznacznym szumem deszczu i skrzypieniem starych drzew. Gałęzie uderzały rytmicznie jedna o drugą. W oddali słychać było pohukiwanie sów.
Dotarli na miejsce i ich zamurowało. Grób, który mieli rozkopać, był naruszony. Ziemia była pulchna, wzruszona, niedbale usypana.
– Chyba nas ubiegli – zakomunikował najmłodszy. Przykucnął. Wziął do ręki odrobinę czarnej gleby. – Jeszcze świeża.
– Nie bądź taki do przodu – odparł ostro najstarszy z nich. – Nie jesteśmy od tego, żeby się zastanawiać. Mamy kopać i tego się trzymamy.
Pozostali niemal w tym samym momencie skinęli głowami. Nie było sensu dyskutować. Po kilku minutach rozległ się dźwięk pierwszego uderzenia łopaty o mokrą ziemię. Potem drugi. I trzeci. Każdy kolejny brzmiał jak krok w głąb przeszłości, w której nikt nie powinien kopać.
Późny październik otulał Poznań feerią złotych barw, które rozlały się po parkach i ulicach niczym farby na płótnie. Drzewa, jeszcze niedawno zielone i bujne, teraz stroiły się w odcienie żółci, bursztynu, purpury i rdzawej czerwieni. Ich korony lśniły w jesiennym, ciepłym słońcu. Pod stopami szeleściły dywany liści, które wiatr niestrudzenie unosił i rozsypywał po bruku.
Nad Wartą wieczorne mgły snuły się leniwie. Nadawały rzece posępny, niemal mistyczny charakter. Powietrze w parkach – od Cytadeli po Sołacz – przepełnione było chłodem i zapachem mokrej ziemi, a ciszę przerywało jedynie krakanie gawronów, przeplatane pohukiwaniem puszczyków.
Stare Miasto zwykle tętniło życiem, lecz o tej porze roku zdawało się spowalniać. Kolorowe fasady kamienic kontrastowały z matowym światłem krótkich dni, a brukowane uliczki przyjmowały na siebie szelest kroków spieszących przechodniów. Wieczorami, po deszczu, latarnie odbijały się w wilgotnym kamieniu. Tworzyły atmosferę zadumy i spokoju.
Październikowy Poznań miał w sobie coś z nostalgii, melancholii i uroku dawnego obrazu. Miasto zanurzyło się w jesieni, spokojne, a jednocześnie pełne cichego życia, które toczyło się między złotymi liśćmi a chłodnym powiewem nadchodzącej zimy.
Cmentarz Miłostowski, choć zazwyczaj o tej porze zamknięty, tętnił dziś dziwnym, milczącym życiem. Mgła ocierała się o nagrobki niczym stara, leniwa kotka. Nekropolia sprawiała wrażenie opuszczonej przez ludzi, jakby samo miasto zapomniało o tym miejscu. Poznań zostawił je duchom i śmiałkom, którzy nie bali się ich spotkać.
Liście, przesiąknięte wodą, przyklejały się do alejek. Latarnie rzucały światło zbyt słabe, aby cokolwiek oświetlić naprawdę. Ich delikatny blask raczej tylko podkreślał ciemność, która czaiła się poza kręgiem rzucanych przez nie refleksów. W oddali zaszeleściła wiązanka pogrzebowa, poruszona przez podmuch wiatru, a po chwili znów nastała cisza. Taka, w której można było usłyszeć bicie własnego serca i niespokojne myśli.
Na Miłostowie granica między życiem a śmiercią była cienka. Drugi pod względem wielkości cmentarz w Poznaniu rozciągał się niczym labirynt, podzielony na kwatery, gdzie równo przystrzyżone żywopłoty oddzielały od siebie historie setek istnień. Sekcja po sekcji odkrywał dzielnice umarłych, każdą z własną przeszłością. Mieszkańcy wielokrotnie powtarzali, że pośród grobów trudno coś znaleźć, ale jeszcze trudniej jest zapomnieć. W miejscach takich jak to szczególnie dotkliwie czuło się wagę przemilczanych wydarzeń. Wiatr przechodził przez alejki i niósł ze sobą coś więcej niż tylko zapach mokrych liści. Przywiewał wspomnienia, myśli o tych, którzy odeszli, i sekretach, jakie ze sobą zabrali.
Na starej kwaterze, gdzie czas wykruszył niegdyś lśniące litery, trzech mężczyzn pochylało się nad otwartym grobem.
– Dalej, kurwa, szybciej – syknął niski, łysy mężczyzna z latarką wsuniętą w czapkę roboczą. – Nie będziemy tu kopać do rana. Jak nas złapią, to nie będzie tylko mandat za wandalizm. Mam kartotekę tak zasraną, że od razu mnie posadzą.
Sięgnął do kieszeni spodni. Brudnymi dłońmi wyciągnął papierosa. Palce mu drżały, gdy próbował go zapalić w wątłym świetle zapalniczki. Zaciągnął się łapczywie, po czym zakasłał kilkukrotnie.
– Może tego tu w ogóle nie ma – mruknął drugi, młodszy, z rękami po łokcie umazanymi gliną. – To tylko legenda. Bzdury wymyślone przez bogaczy dla urozmaicenia ich nudnego życia.
– Tak? To czemu za te banialuki, jak mówisz, dostaliśmy trzy kafle z góry i drugie tyle po robocie? – warknął trzeci, najstarszy, siwy jak popiół. Miał fajkę przyklejoną do wargi, która od zimna stała się sina. Jego poorana zmarszczkami twarz w świetle nocy sprawiała upiorne wrażenie. – Wiedzą więcej, niż gadają. Mówią, że klejnot był ze starym Grossem, tym od willi w Orłowie.
Wokół zapadła cisza tak gęsta, że odgłos łamanych gałązek pod butami brzmiał jak strzały. Żaden z nich nie włączał latarki na pełną moc. Nie chcieli zostać zauważeni. Woleli pracować w półmroku, z oświetleniem tylko na dłonie i łopatę. Robili to nie pierwszy raz. Jak zawsze zorganizowani, szybcy, profesjonalni w swoim rzemiośle.
Wierzchnia warstwa ziemi była dosyć sucha, lecz im głębiej kopali, tym stawała się trudniejsza do przerzucenia. Pachniała zgnilizną starych korzeni. Chłód wbijał się pod paznokcie, owiewał dłonie, powodował wypieki na ich zmęczonych twarzach. Kilkanaście metrów dalej rdzewiały stare ogrodzenia rodzinnych grobowców, obrośnięte bluszczem i zapomniane.
– Zaraz będzie trumna – sapnął młody z westchnieniem ulgi. Stuknął kilka razy łopatą, a metaliczny dźwięk rozniósł się echem po cmentarzu. – Chcesz, żebym ją otworzył?
– Nie pierdol – odburknął łysy. – Co za głupie pytanie.
Chłopak opadł na kolana. Rękoma zaczął rozgarniać ziemię. Chciał jak najszybciej dostać się do znaleziska. Pozostała dwójka patrzyła na niego z oczekiwaniem. Choć krople potu pojawiły się na czole mężczyzny, żaden z nich nie ruszył na pomoc. Obserwowali, jak z każdym kolejnym ruchem to, po co przyszli, miało być w końcu ich.
Kiedy wieko trumny ustąpiło z cichym trzaskiem, powietrze wokół stało się ciężkie. Okrył ich słodkawy zapach rozkładu zmieszany z wonią wilgotnej ziemi. Poczuli jakby sama gleba oddychała wspomnieniem tego, co pochłonęła.
– Sprawdź pod spodem, pod wiekiem, za poduszką – polecił stary. – Zleceniodawca mówił, że diament miał być schowany „blisko serca”, cokolwiek to znaczy.
Młody poprawił rękawiczkę i sięgnął do wnętrza trumny. Oddychał ciężko, co chwilę kaszlał. Przez kilka minut słychać było tylko szelest starego materiału i trzask gnijącego drewna.
– Nic tu nie ma – powiedział w końcu cicho. – Tylko kości i jakaś broszka… chyba srebrna. Chcesz? – Podniósł do góry znalezisko, które błysnęło w świetle latarki.
– Zostaw. Nie przyszliśmy tu po złom.
– Jak tam wolisz.
Niewiele myśląc schował biżuterię do kieszeni spodni. Uśmiechnął się pod nosem i w myślach zastanawiał się, ile będzie mógł za nią dostać.
– Sprawdź jeszcze raz – polecił starzec. Ręce mu drżały, a w oczach widoczna była złość. – Musimy to mieć, bo wezmą nas za partaczy. To kolejne miejsce, w którym nic nie znaleźliśmy.
– Przecież to nie moja wina – rzucił chłopak. – Przegrzebałem wszystko. W majtki mu przecież nie będę zaglądał. Dostaliśmy lewy cynk. Nic na to nie poradzę. – Głos mu się załamał.
– Łatwo ci mówić – bąknął tamten niezadowolony. – To ja będę musiał się tłumaczyć, nie wy! – rzucił zdenerwowany. – A co, jak nie zapłaci? Młody, masz dzieciaka w drodze. Zapomniałeś, ile to kosztuje?
– Nie musisz mi przypominać. Wystarczy, że kobita gada o tym non stop – westchnął. – Kończymy?
Pozostała dwójka niemal jednocześnie skinęła głowami. Gdy szykowali się, by zasypać grób, jeden z nich nagle zamarł. W ciemności coś zaskrzypiało. Dźwięk przypominał otwierane od zewnątrz drzwi.
– Cicho. Słyszeliście to?
Zesztywnieli. Mgła gęstniała, a światła miasta dawno już przestały tu sięgać. Cmentarz był jak odcięty od świata, zawieszony między przeszłością a przyszłością.
– Kurwa, idziemy. Tu coś nie gra.
I wtedy, gdzieś zza ich pleców, rozległ się dźwięk rozbitego szkła. Rzucili się do ucieczki. Nie patrzyli na to, że zostawili wszystko, co ze sobą przynieśli. Myśleli tylko o tym, aby znaleźć się jak najdalej od grobu.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
Prolog
Rozdział 1
Poszukiwania pośród grobów
Rozdział 2
Nic nie jest oczywiste
Rozdział 3
Odkrycie
Rozdział 4
Strażnik
Rozdział 5
Ziemia, która milczy
Rozdział 6
Nieznane pismo
Rozdział 7
Morze milczących
Rozdział 8
Głosy z przystani
Rozdział 9
Grób psa
Rozdział 10
Oczy w kolorze bursztynu
Rozdział 11
Ucieczka przez wydmy
Rozdział 12
Cena dziedzictwa
Epilog
OD AUTORKI
