Diabeł z Camarro - Isabel Guerra - ebook
Opis

Brazylijska dziennikarka śledcza Denise Filippi Ferreira rozpoczyna pracę swoich marzeń w najbardziej kontrowersyjnej gazecie we Włoszech „Lo Scandalo”. Zostaje wysłana na Sycylię, aby przyjrzeć się poczynaniom polityków w tamtejszym środowisku pedofilii. Los jednak stawia na jej drodze najbardziej poszukiwanego na wyspie szefa organizacji mafijnej, zwanego przez wszystkich Diabłem z Camarro. Życie i bezpieczeństwo Denise staje pod wielkim znakiem zapytania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 238

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Isabel Fuentes Guerra

Diabeł z Camarro

FotografIsabel Fuentes Guerra

© Isabel Fuentes Guerra, 2017

© Isabel Fuentes Guerra, fotografie, 2017

Brazylijska dziennikarka śledcza Denise Filippi Ferreira rozpoczyna pracę swoich marzeń w najbardziej kontrowersyjnej gazecie we Włoszech „Lo Scandalo”. Zostaje wysłana na Sycylię, aby przyjrzeć się poczynaniom polityków w tamtejszym środowisku pedofilii. Los jednak stawia na jej drodze najbardziej poszukiwanego na wyspie szefa organizacji mafijnej, zwanego przez wszystkich Diabłem z Camarro. Życie i bezpieczeństwo Denise staje pod wielkim znakiem zapytania.

ISBN 978-83-8104-165-2

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Rozdział 1

Barman postawił filiżankę espresso na ciemnym, nagrzanym od słońca blacie. Zaraz potem wyjął z szuflady szmatę i zaczął usuwać przyschnięte do lady ziarenka ryżu. Mocno zacisnął usta, próbując w ten sposób pohamować wzmagającą się wewnątrz furię. Reagował tak za każdym razem, kiedy klienci brudnymi łapskami jedli ryżowe kulki i nie korzystali z papierowych talerzy, które podtykał im prawie pod nos. Pomimo że usuwanie resztek jedzenia było niczym w porównaniu z czyszczeniem obrzyganego kibla i zalanej deski klozetowej, to i tak działało mu na nerwy. Nawet po trzydziestu latach pracy nie potrafił wyzbyć się uczucia obrzydzenia, jakie ogarniało go na widok co poniektórych klientów.

Już dawno rzuciłby tę robotę gdyby nie fakt, że ziemia przynosiła coraz mniejsze zyski. Cena za jeden kwintal winogron była w tym roku tak niska, że rolnicy masowo porzucali uprawy. Rząd nie robił nic, aby wzmocnić pozycję włoskich towarów na rynku międzynarodowym i tym samym postawić na nogi mocno podupadłe rolnictwo sycylijskie. Ponadto, nic nie wskazywało na to, aby w najbliższych latach sytuacja miała ulec zmianie. Warto więc było zacisnąć zęby i dalej pracować jako barman. Bo w końcu lepiej sprzątać obrzygane toalety i regularnie przynosić do domu pensję, niż siedzieć w bezruchu przed telewizorem i w kółko wyklinać poczynania rządu.

Jeszcze kilka lat temu sytuacja wyglądała inaczej. Za jeden kwintal winogron płacili nawet sto dwadzieścia euro. Ludzie wręcz bili się o kupno dodatkowego kawałka ziemi po to tylko, aby jak najszybciej zwiększyć uprawy i zarobić jeszcze parę tysięcy. A teraz… Każdy najchętniej pozbyłby się wszystkiego, co ma, i to za podwójnie niższą cenę.

— O czym tak myślisz, Ciccio? — zapytał rozespany głos za plecami.

Ignazio Scuderi należał do tego rodzaju klientów, którzy dla filiżanki espresso o szóstej rano byli gotowi poświęcić życie. Nic tak bowiem nie budziło go ze snu jak zapach i smak mocnej kawy przygotowanej przez starego, poczciwego Ciccio Scalavino.

— O niczym — mruknął barman.

Ignazio wykrzywił usta na kształt czegoś, co miało przypominać uśmiech.

— Nie jestem durniem, Ciccio. Od razu widać, że coś cię zżera. Chodzi o pieniądze?

Barman zignorował pytanie i kontynuował czyszczenie lady.

— Jeżeli tak, to powiedz — nalegał Scuderi.

— Nie ma o czym mówić.

— Przecież wiesz, że możesz na mnie liczyć.

Ciccio przerwał pracę i usiadł naprzeciw niego.

— Tu nie chodzi o to, że brakuje mi pieniędzy. Problem w tym, Ignazio, że brakuje ich wszystkim. A mnie po prostu krew zalewa, kiedy oglądam w telewizji te zakazane gęby i myślę, że ci idioci podcierają sobie dupy naszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi.

— Masz rację, Ciccio — przyznał Ignazio. — Wiesz co… Zrób mi jeszcze jedną kawę.

— A co z pracą?

— Dzisiaj mam wolne.

— No tak… Ty bierzesz wolne, kiedy chcesz. A jak idzie interes?

— Nie mogę narzekać. W ostatnim miesiącu było sporo zgonów.

Barman postawił na ladzie kolejną filiżankę espresso. Dla Ignazio Scuderi zgony oznaczały pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Był jedynym w okolicy producentem marmurowych pomników, które ludzie nabywali nie tylko w przypadku odejścia kogoś bliskiego, ale również na długo przed własną śmiercią.

— To zacznij oswajać się z myślą, że od dzisiaj będzie ich trochę mniej.

— Ooo… A skąd ta odważna teoria?

Barman przysunął twarz nieco bliżej i mocno wyciszonym głosem powiedział:

— W nocy rozbili familię Lo Presti.

Ignazio szeroko otworzył oczy i zrobił się blady jak ściana.

— Że co?

— Słyszałeś.

— Co ty do cholery mówisz, Ciccio?

— Zgarnęli prawie wszystkich. Trzystu sześćdziesięciu członków rodziny trafiło do aresztu. Tych najważniejszych mają dziś przetransportować do Trapani.

— Ale jak to się stało? Policja się wściekła czy co?

— Mówią, że ktoś zaczął śpiewać.

— Żartujesz!

— Nie.

— Ktoś z rodziny?

— Możliwe. Ale krążą głosy, że ludzie Bellomo maczali w tym palce.

— Do diabła, Ciccio, aż nie chce się wierzyć!

— Po piątej był u mnie Santuzzo.

— Ten od gazet?

— Tak. Podobno słyszał co nieco w okolicy.

— Że też ludzie nie śpią w nocy, tylko gapią się w to pudło… Wiadomo coś jeszcze?

— Niewiele. Policja chciała dorwać samego bossa, ale jego dom był pusty.

— Zwiał?

— Nie wiadomo. Może dostał cynk. Kilku jego ludziom też udało się uciec.

— A co na to policja?

— Nic. Część pewnie nadal obstawia domy, a reszta się zmyła. Teraz wszystko zależy od tego czy pojmane ptaszki zaczną śpiewać.

— Bardzo w to wątpię.

— Ja też. Ale może ktoś się złamie. Tym razem nie odpuszczą.

Ignazio wypił do końca kawę i odstawił fliżankę.

— Spadam, Ciccio.

— Jak to? Przecież masz dzisiaj wolne.

— Muszę załatwić parę spraw. Zajrzę do ciebie wieczorem.

— Jak wolisz.

— A ty miej oczy i uszy szeroko otwarte.

— Postaram się.

— Ciao beddu![1] — powiedział Ignazio, opuszczając bar w pośpiechu.

Kontrowersyjna gazeta Lo Scandalo z siedzibą w Trydencie przy ulicy Piave debiutowała na włoskim rynku cztery lata temu. Jej założyciel i redaktor naczelny — Luigi Macario, pracował niegdyś jako dziennikarz polityczny dla jednej z najbardziej oglądanych stacji telewizyjnych. Został wyrzucony z wielkim hukiem tylko dlatego, że na jednej z konferencji prasowych zorganizowanej przez samego prezydenta, zamiast skupić się na zadawaniu ważnych dla narodu pytań, oficjalnie oskarżył o korupcję kilku wysoko postawionych urzędników państwowych. Jako dowód zaprezentował niezwykle kompromitujące nagrania, za które słono zapłacił podstawionym przez siebie biznesmenom. Wydarzenie to wywołało prawdziwy skandal i choć spotkało się z wielką aprobatą społeczeństwa, zarząd stacji telewizyjnej uznał je za nadużycie praw dziennikarskich i w ten oto sposób Luigi Macario zasilił grono bezrobotnych.

Brak referencji ze strony pracodawcy uniemożliwił mu podjęcie pracy w jakiejkolwiek szanującej się firmie medialnej. Pełen złości i poczucia krzywdy porzucił znienawidzony Rzym i wyjechał na północ kraju. Po kilku miesiącach bezowocnego poszukiwania nowej posady Macario zapożyczył się w banku na dwieście tysięcy euro i rozpoczął pracę nad własną redakcją.

Jego pomysły okazały się tak trafne i chwytliwe, że już po wydaniu kilku numerów o gazecie było głośno w całej prowincji Trentino Alto Adige. Przez następne dwa lata gazeta rozwijała się w zawrotnym tempie, stając się jedną z najbardziej poczytnych w północnej części kraju. W chwili obecnej Lo Scandalo docierało już wszędzie: począwszy od słonecznych plaż Rimini, przez Neapol i Brindisi, a skończywszy na Cagliari i Sirakuzie.

Macario był uważany za człowieka, który nie bał się niczego. Niektórzy mówili, że tematy do swoich artykułów wyciągał od samego diabła. Społeczeństwo włoskie z wielką uwagą śledziło kolejne skandale, po ujawnieniu których stanowiska traciły największe szychy w państwie. Środowisko polityków i biznesmenów coraz bardziej miało się na baczności i coraz częściej rozważało możliwość uciszenia niewygodnego dziennikarza.

Tymczasem Macario nie liczył się z nikim. Im więcej otrzymywał telefonow z pogróżkami, tym prężniej i odważniej podejmował kolejne wyzwania. Był człowiekiem twardym, stanowczym i bezkompromisowym. Zatrudniał wyłącznie najlepszych dziennikarzy. Pracowali dla niego jedynie ci, którzy nie bali się ryzyka i brutalnie odsłaniali najbardziej kontrowersyjne strony włoskiej polityki. W redakcji Lo Scandalo nie było miejsca na przeciętność i spełnianie własnych ambicji. Liczyła się prawda. Prawda bolesna i niewygodna. Taka, za której ujawnienie wielu odważyłoby się zabić. Macario był niczym kat stojący ponad wszystkimi i decydujący o tym, kto straci głowę jako następny. Dziennikarze podążali za nim i starając się utrzymać tempo, podejmowali coraz bardziej ryzykowne kroki. Nad każdą sprawą pracowali długo i aby uzyskać to, co zostało im zlecone, byli gotowi rzucić się w sam środek piekła. Do starannie dobranego kręgu dziennikarzy całkiem niedawno dołączyła Denise Filippi Ferreira.

Luigi Macario zgodził się przyjąć ją do pracy po przeczytaniu serii artykułów na temat problemów, z jakimi borykają się młodzi ludzie wstępujący w szeregi brazylisjkich gangów w Rio de Janeiro. Odważna postawa dziennikarska, jak również upór w dążeniu do odkrycia prawdy, uchylił jej drzwi do świata pełnego wyzwań i nieograniczonych możliwości.

— Tylko i wyłącznie od ciebie zależy czy te drzwi się zamkną, czy otworzą na oścież — powiedział Macario, zamaszyście podpisując umowę.

I tak właśnie wyglądał jej pierwszy dzień w pracy. Od tamtej pory minęły cztery miesiące, podczas których Denise ciężko pracowała nad wybranym przez siebie tematem. Ofiarą jej artykułu stał się wysoko postawiony przedstawiciel kościelny słynący z nadużywania władzy w stosunku do parafian. Chodziło tu nie tylko o wymuszanie środków finansowych, ale przede wszystkim o działania na tle seksualnym. Proboszcz jednej w mediolańskich parafii nie spodziewał się ataku z zewnątrz i bez większego problemu przyjął do swego grona nową, przepiękną parafiankę, która przyjechała z drugiej części świata.

Denise Filippi Ferreira była kobietą o nieprzeciętnej urodzie. Jej czarne, mocno kręcone włosy doskonale komponowały się z nieskazitelnie śniadą cerą i dużymi, wyrazistymi ustami. Brazylijskie pochodzenie objawiało się również pod postacią zgrabnej, kobiecej figury, która natychmiast wpadła w oko sędziwego już proboszcza.

W bardzo krótkim czasie nawiązali zażyłą znajomość, a ta z kolei wskazała bezbłędną drogę do wszystkich jego intryg i przewinień. Szczegółowe zeznania molestowanych przez niego kobiet i dziewcząt, jak również nagrania zdobyte z umieszczonych w plebanii kamer, dostarczyły Denise niezbite dowody na przekręty, jakich dopuszczał się w kościele. Sam proboszcz nie podejrzewał niczego. Żył w przekonaniu, iż cudowna parafianka z Brazylii stała się jego bratnią duszą i ambrozją na chwile pełne smutku. Nie wiedział jednak, że ta słodka i niewinna dziewczyna była gotowa zawrzeć pakt z diabłem, aby tylko osiągnąć postawiony sobie cel.

I tak też się stało. Po czterech miesiącach ciężkiej pracy Denise opuściła Mediolan i wróciła do Trydentu. Kiedy usiadła przy swoim redakcyjnym biurku, poczuła szybsze bicie serca. Wiedziała, że za chwilę stanie przed sedzią, który albo ją ułaskawi, albo wtrąci w najciemniejsze lochy dziennikarskiej kariery.

— Jak się czujesz? — zapytała siedząca obok dziewczyna.

Miała czarne, gęste włosy, które w dużym nieładzie opadały na szyję i ramiona.

— Jeszcze żyję — przyznała Denise.

— Pierwszy artykuł?

— Tak.

— Ciężka sprawa — przyznała, uśmiechając się. — Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Albo zostaniesz, albo wylecisz.

Denise nie odpowiedziała. Wzięła głęboki oddech i próbowała uspokoić nerwy. Ostatni raz była tak przerażona podczas egzaminu prawa jazdy, który zdawała dziesięć lat temu w São João da Boa Vista. Wtedy jej się udało, więc może i tym razem jakoś pójdzie.

— Jestem Lina — rzekła dziewczyna. — Lina Peruzzo. Asystentka Luigi Macario.

— Miło mi. Denise.

— Nie daj się wampirowi. Pokaż, że dasz sobie radę.

Po chwili na biurku zadzwonił telefon.

— Zapraszam, panno Ferreira — powiedział głos w słuchawce.

Salvatore Lo Piano pędził autostradą A29 w kierunku Palermo. Od ponad godziny walczył z niemiłosiernym bólem pośladków, którego nabawił się podczas ostatnich kilku dni spędzonych za kółkiem. Na początku intensywnie wcierał w nie maść przepisaną przez lekarza, po tygodniu przeszedł na tabletki, ale ostatnio coraz częściej rozważał możliwość przyjęcia serii bolesnych zastrzyków, które podobno w krótkim czasie miały przynieść ulgę.

Na samą myśl o długiej, zimnej igle przebijającej skórę pośladka dostawał gęsiej skórki, ale ból nasilał się tak bardzo, że nie widział innego rozwiązania. Nie cierpiał momentów, kiedy musiał zdejmować spodnie i pokazywać światu swój blady tyłek. Uczucie to wzmagało się szczególnie wtedy, kiedy na czele tego świata stała młoda, piękna pielęgniarka. Przecież to wstyd, żeby faceta bolały pośladki i żeby z taką dolegliwością w ogóle pokazywał się u lekarza. Oznaczało to, że jest mięczakiem, a z mięczakami nikt nie umawia się na randki. Z drugiej jednak strony, chyba lepiej byłoby palić się ze wstydu przed piękną kobietą, niż przed sędziwym lekarzem o nieświeżym oddechu, który nauczył się robić zastrzyki sto lat temu i kto wie, jakie tyłki w swoim życiu leczył.

Mając przed oczami obraz dużych, sflaczałych pośladków, Salvatore docisnął pedał gazu i spojrzał na zegarek. Za pół godziny miał odebrać z lotniska człowieka, o którym nie wiedział praktycznie nic. Wdzięczne nazwisko Chevalier wskazywało na francuskie pochodzenie, jednak równie dobrze mógł być obywatelem Nigerii albo Republiki Kongo.

„Nieważne jaki diabeł, oby tylko mówił po włosku“, twierdził Salvatore.

Lata pracy za kółkiem nauczyły go jednej, ważnej rzeczy — trzymania gęby na kłódkę. Wykonywał obowiązki najlepiej, jak potrafił, i nigdy o nic nie pytał. Wielu dziwnych typów wytarło już tyłki o tylne siedzenie jego forda. Salvatore woził tych ludzi wzdłuż i wszerz Sycylii, pokonując dziennie od dwustu do dziewięciuset kilometrów. Załatwiał im mieszkania w najróżniejszych miejscach na wyspie — począwszy od luksusowych apartamentów w centrum Palermo, a skończywszy na starych kościołach w prowincji Agrigento. Od czego to zależało, wiedział doskonale. Pomimo że polecenia nigdy nie były uzasadniane, Salvatore domyślał się wszystkiego i na podstawie kilku zaledwie informacji potrafił bezbłędnie określić cel przyjazdu każdej z osób, którą odbierał z lotniska. Dla tajemniczego pana Chevalier kazano mu zarezerwować pokój w najdroższym hotelu w San Vito Lo Capo na okres dwóch tygodni.

„Facet nieźle sobie użyje“, pomyślał Salvatore.

Chwilę później zmienił pozycję ciała, przenosząc cały jego ciężar na prawy pośladek. Ból stawał się coraz bardziej dokuczliwy, a przejechanie ostatnich kilometrów wydawało się nie mieć końca. Uczucie zmęczenia i dyskomfortu wzrastało z każdą chwilą, potęgując tym samym wewnętrzne napięcie. Głębokie rozważania na temat konsekwencji źle leczonego bólu przerwał drażniący odgłos telefonu.

— Pronto! — krzyknął Salvatore.

— Jak sytuacja? — zapytał gruby, męski głos.

— Jak zawsze. Wszystko pod kontrolą.

— Gdzie jesteś?

— Dojeżdżam do Punta Raisi.

Zapadła cisza. Po chwili w telefonie dał się słyszeć odgłos wydmuchiwanego nosa i kilka mocniejszych chrząknięć.

— W przyszłym tygodniu będziesz miał gościa — kontynuował mężczyzna.

— Tak, pamiętam.

— Załatwiłeś dom?

— Załatwiłem.

— Jakieś problemy?

— Niewielkie. Musiałem dać w łapę, ale potem już poszło gładko.

— Dobrze. Zadzwoń do mnie we wtorek. Dostaniesz nowe wskazówki.

— Jak zawsze, szefie.

— Ciao[2] — powiedział mężczyzna i zakończył rozmowę.

Salvatore zapiął pas, przerzucił ciężar ciała na lewy pośladek i zaczął szukać wolnego miejsca przy lotnisku Punta Raisi.

Piekielny upał dawał się we znaki wszystkim mieszkańcom Mazara del Vallo, ale nikt chyba nie cierpiał z jego powodu bardziej, niż wiecznie osłabiony Francesco di Salvo. Mężczyzna nieustannie walczył z nowymi dolegliwościami, które towarzyszyły mu bez przerwy od ostatnich dziesięciu lat. Na swoim koncie miał między innymi silne bóle migrenowe, wrzody, gronkowca, zaburzenia nerwicowe oraz zespół jelita nadwrażliwego. Od kilku tygodni zmagał się z nadmiernym poceniem i dziwną wysypką na skórze.

„Och“ — jęczał przykuty do krzesła.

Niezwykle wysoka temperatura sprawiała, że z każdą chwilą czuł się coraz gorzej. Nie cierpiał upałów, ale o wiele bardziej dręczyły go chłodne, deszczowe zimy. Tak naprawdę nie było pory roku, podczas której jego zdrowie i sampoczucie byłyby w idealnym stanie. Pomimo że w zeszłym miesiącu Francesco skończył czterdzieści pięć lat, nadal zasilał grono starych kawalerów. Mieszkał razem z matką w dużej, zadbanej willi przy ulicy Orsa Minore. Od morza dzieliło go zaledwie kilkadziesiąt metrów, jednak unikał kąpieli jak diabeł święconej wody. Jego chude, blade ciało najlepiej relaksowało się wtedy, gdy nieruchomo spoczywało na kanapie.

— Powinieneś pójść do psychiatry — zasugerował siedzący naprzeciw mężczyzna. — Od lat ci to powtarzam.

Vincenzo Bellomo był zupełnym przeciwieństwem stękającego na krześle di Salvo. Nigdy nie narzekał na stan swojego zdrowia, a do lekarza chodził wyłącznie wtedy, kiedy jedną nogą był na tamtym świecie. Jego duże, mocno umięśnione ciało wzbudzało respekt już od pierwszej chwili. Pomimo dzikiego spojrzenia i szerokiej blizny na prawym policzku, uchodził za mężczyznę przystojnego, godnego kobiecej uwagi. Charakter miał paskudny, mściwy i zaborczy. Przypominał wściekłego buldoga, który rzucał się łapczywie na ostatni kawałek kiełbasy.

Przy swoim boku trzymał ludzi, którzy potrafili myśleć i bezbłędnie wykonywać polecenia. Jeżeli oprócz tego mieli w sobie odwagę i odrobinę ambicji, z czasem mogli liczyć na nieco większe przywileje. Gardził natomiast tymi, którzy próbowali uciekać z podkulonym ogonem, nadużywając jego dobroci i zaufania. Takich zdrajców karał najsurowiej.

Francesco di Salvo działał mu na nerwy jak mało kto, ale trzymał go przy sobie z kilku konkretnych powodów. Po pierwsze, był najlepszym chemikiem na Sycylii. Po drugie, miał duże wpływy w środowisku politycznym. Po trzecie, zawsze trzymał język za zębami. To wystarczyło, aby po kilku latach doraźnej współpracy stał się pełnoprawnym członkiem rodziny Bellomo. Rodziny, do której teraz należała cała zachodnia Sycylia.

Vincenzo siedział przy biurku i uśmiechał się z dziką satysfakcją.

„Wszystkie ptaszki do klatki“, myślał zadowolony.

Dzisiaj rano, po kilkugodzinnej obserwacji czterech posiadłości w prowincji Trapani, policji udało się schwytać kolejnych członków familii Lo Presti. Atak nastąpił znienacka i tylko dzięki temu nie doszło do rozlewu krwi. Jeszcze dziś po południu cała czwórka miała zostać przewieziona na wyspę Favignana oddaloną od Trapani jakieś trzydzieści pięć kilometrów. Dokładnie taki sam los spotkał pozostałych członków rodziny, którzy minionej nocy trafili w ręce policji. Informacja ta była prawdziwym balsamem dla uszu Vincenza Bellomo, który familię Lo Presti zamierzał wykończyć już kilka lat temu.

— Cały zachód jest mój — powiedział z dzikim błyskiem w oku.

— Jeszcze nie — sprostował Francesco.

— A co niby stoi na przeszkodzie?

— On.

Nastała cisza. Vincenzo mocno zacisnął zęby, po czym z całej siły uderzył pięścią w stół.

— Cazzo![3]

Francesco usiadł niemalże na baczność. W jednej sekundzie zapomniał o swędzących krostach i klejącym się od potu czole. Całą uwagę skupił na przypominającym rozwścieczonego psa szefie, który właśnie dawał upust jednemu ze swoich napadów furii.

— Co z tego, że całą bandę wyłapali jak kaczki? Co z tego, że jeszcze dzisiaj wszyscy pójdą siedzieć? To nie oni mieli trafić za kratki, tylko on! Rozumiesz, co do ciebie mówię? On! Dorwiemy tego pędraka, choćby schował się w samym środku piekła!

— To może być trudne, szefie.

— Trudne? — zapytał Bellomo, uśmiechając się jednym kątem ust. — Jeszcze zobaczymy!

Francesco powrócił do bardziej relaksującej pozycji i dyskretnie zaczął drapać krostę na lewym ramieniu. Według niego, odnalezienie samego bossa familii Lo Presti było tak samo niemożliwe, jak przejęcie władzy przez Bellomo w całej zachodniej Sycylii. Aby zyskać sobie respekt na tak dużym terenie, nie wystarczyło mieć twarzy buldoga i pistoletu przy gaciach. Do tego potrzebne były jaja i zimna krew. Bellomo może miał i jaja, ale zbyt łatwo tracił panowanie nad sobą. Prawdziwy boss nie powinien mieć chwil słabości. Powinien być twardy i zrównoważony nawet w najbardziej krytycznych sytuacjach. Dlatego zostaje bossem. Bellomo miał co prawda cechy przywódcy i potrafił kierować ludźmi, ale do poziomu samego Diabła było mu jeszcze daleko.

Tak przynajmniej myślał Francesco, który chcąc nie chcąc, został przypisany do rodziny Bellomo. Należał do niej od ponad siedemnastu lat i nie widział powodu, dla którego miałby się wycofać. Za zarobione pieniądze mógł spokojnie utrzymać siebie, dom i zapewnić wszelkie wygody ukochanej matce. Niczego więcej nie potrzebował. No, może tylko lepszego zdrowia. Przez ostatnie dziesięć lat nacierpiał się niemało i oddałby wiele za odrobinę świętego spokoju.

— Za chwilę przyjdzie Ahmed — oznajmił Bellomo, pocierając dłonie.

— Tak? A po co? — zapytał Francesco.

— Zobaczysz.

I rzeczywiście. Po kilku minutach drzwi pomieszczenia otworzyły się, ukazując postać czarnoskórego mężczyzny.

— Wejdź — powiedział Bellomo.

Ahmed zrobił kilka kroków naprzód, ale zatrzymał się w sporej odległości od biurka.

— Słyszałeś, że większość ptaszków siedzi już w swoich klatkach?

— Słyszałem.

— No właśnie. Problem w tym, że ten jeden najważniejszy ptaszek dalej fruwa na wolności.

Nastała cisza. Po chwili Bellomo kontynuował:

— Możemy zacząć go szukać, ale to będzie trwało zbyt długo. A jeśli coś trwa zbyt długo, staje się nużące. Dlatego proponuję, abyśmy załatwili to w inny sposób.

Ahmed otworzył szerzej oczy, ukazując duże, lekko zaczerwienione białka. Robił tak za każdym razem, kiedy odczuwał odrobinę ekscytacji.

— Przyprowadź do mnie starego Lo Presti. Jeżeli ktokolwiek może zwabić z powrotem naszego kanarka, to tylko on.

Mężczyzna przytaknął i odwrócił się w stronę drzwi.

— Poczekaj! — zawołał Bellomo. — Pamiętaj, że chcę go mieć w całości.

Ahmed uśmiechnął się i bez słowa opuścił pokój.

— Oszalałeś? — zapytał Francesco. — Po co ci stary Lo Presti?

— Zamknij się — warknął Vincenzo.

Zaraz potem podszedł do okna i zapalił kolejnego papierosa.

[1] (syc.) Cześć, piękny!

[2] (wł.) Cześć.

[3] (wł.) Kurwa!

Rozdział 2

Na korytarzach redakcji Lo Scandalo unosił się intensywny zapach espresso. Dobiegał on z małych, eleganckich filiżanek, które dziennikarze hurtowo przenosili z kuchni do swoich pokoi. Picie kawy stało się nieodłącznym elementem ich ciężkiej pracy, wymagającej trzeźwego umysłu i maksymalnego skupienia. Luigi Macario doskonale rozumiał tę potrzebę i sam zaspokajał ją wtedy, gdy było to konieczne. Również i tym razem na jego biurku stała mała, zgrabna filiżanka, którą głaskał i dotykał w sposób o nieco erotycznym zabarwieniu. Denise przyglądała się temu z dużym niesmakiem, jednak lata pracy w dziennikarstwie śledczym nauczyły ją po mistrzowsku ukrywać to, co ukryć chciała.

— Nie lubi pani kawy, panno Ferreira? — zapytał Macario, podnosząc filiżankę do ust.

— Owszem, lubię — odparła spokojnie.

— To dobrze. Życie bez kawy byłoby trudne.

Denise nie odpowiedziała. Przyszła tu po to, aby wysłuchać opinii na temat wyników swojej ciężkiej, czteromiesięcznej pracy. Nie chciała rozmawiać ani o kawie, ani o niczym innym. Jej myśli ciągle skupiały się na tym, jaka decyzja zostanie podjęta i czy za kilka minut redakcja Lo Scandalo otworzy jej drogę do lepszej przyszłości, czy zaprzepaści to wszystko, nad czym tak ciężko pracowała. Wyglądało jednak na to, że redaktor naczelny miał sporo wolnego czasu i nie spieszyło mu się z wydaniem werdyktu.

— Ja piję kawę od dwudziestu pięciu lat — wyznał. — A pani?

— Trochę krócej.

— Domyślam się. O ile krócej?

— Czy to ma jakieś znaczenie? — zapytała.

— Dla mnie ma. Jestem wielkim miłośnikiem kawy. Czy wie pani, co powiedział na jej temat Emanuel Kant?

— Obawiam się, że nie.

— „Błyskotliwość myśli i szybkość skojarzeń w brunatnym napoju się budzi“.

Denise nie odpowiedziała. Lubiła kawę, ale nie do tego stopnia, aby wdawać się w filozoficzne dyskusje na jej temat. Jeżeli Macario szukał partnera do rozmów o teoriach Kanta, to zdecydowanie nie trafił najlepiej.

— Ciekawe stwierdzenie — rzekła po chwili.

— Owszem. I zacytowałem je nie dlatego, że lubię Kanta, ale dlatego, że widzę wiele cech wspólnych pomiędzy kawą a pani artykułem.

— Doprawdy? — zapytała zdziwiona.

— Tak.

Po tych słowach mężczyzna wyjął z szuflady gruby plik dokumentów i położył go na środku biurka. Denise spojrzała na swoją pracę z wielkim sentymentem. Tylko ona wiedziała, jak dużo energii, serca i uwagi włożyła w napisanie każdej linijki. Miała na swoim koncie wiele nieprzespanych nocy, podczas których pisała, skreślała, a potem znów pisała. Czy ten wysiłek zostanie doceniony? Czy wielki perfekcjonista Luigi Macario dostrzeże to poświęcenie, z jakim przygotowała niewątpliwie najlepszy artykuł swojego życia?

„Oby“, pomyślała.

— Im dłużej czytałem pani pracę, tym częściej myślałem o filiżance espresso. Potem doszedłem do wniosku, że nie ma lepszej rzeczy, do której można by było porównać pani styl.

— To znaczy? — zapytała przejęta.

— Jest mocny — wyjaśnił mężczyzna. — A zarazem dobry w smaku.

Denise poczuła, jak jej serce w jednej chwili wróciło na swoje miejsce i zaczęło funkcjonować prawidłowo. Miała ochotę wstać i krzyczeć, a następnie wybiec z pokoju i oznajmić całemu światu, że oto redaktor naczelny gazety Lo Scandalo dał jej promyk nadziei na dołączenie do grona najlepszych dziennikarzy w kraju!

— Ale jest coś jeszcze — zaznaczył Macario. — Coś, co szczerze mówiąc trochę mnie niepokoi.

Nastała cisza. Mężczyzna po raz kolejny spojrzał na pustą filiżankę i utkwił wzrok głęboko w jej wnętrzu. Zupełnie tak, jak gdyby na dnie szukał jakiejś wskazówki, która pomógłaby mu wyrazić to, co miał na myśli.

— Pani styl ma w sobie coś z szatana — stwierdził po chwili. — Jest mroczny i diabelski. To trochę tak, jak gdyby w pani samej kryło się coś z piekła rodem.

— Jak mam to rozumieć? — zapytała.

— Będę całkowicie szczery, panno Ferreira. W naszej redakcji nie ma miejsca dla takich osób, jak pani.

Denise poczuła nagle dziwną falę gorąca, która w zawrotnym tempie oblewała jej ciało. Nie wiedziała czy była to tylko chwila słabości, czy może coś, co od wewnątrz rozrywało ją na strzępy. Nigdy nie przypuszczała, że kilka słów może wywołać w człowieku tak silne emocje, rujnując jednocześnie wszelkie nadzieje i marzenia, jakie dotychczas posiadał.

„Meu Deus[1]”, pomyślała. „I co ja teraz zrobię?”

— Pani nie może siedzieć za biurkiem i pisać artykułów. Prędzej czy później to panią wykończy — stwierdził Macario. — Proponowałbym wyjechać, zmienić nieco klimat i spróbować szczęścia w zupełnie innej roli.

— Rozumiem — powiedziała Denise, walcząc z kipiącymi wewnątrz emocjami.

— O ile sobie dobrze przypominam, kiedyś pracowała pani jako nauczycielka.

— Zgadza się.

— A może na jakiś czas warto by było wrócić do tego zajęcia?

— Chyba nie mam innego wyjścia — przyznała.

Bo niby co miała powiedzieć? Że najchętniej strzeliłaby sobie w łeb? Albo rzuciła z mostu do Adygi? Facet najwyraźniej nie miał pojęcia, co przeżywa człowiek, któremu w jednej chwili odbiera się marzenia i wszystkie szanse na ich spełnienie.

— Bardzo mnie cieszy pani reakcja — przyznał z zadowoleniem.

Po tych słowach otworzył boczną szufladę biurka i wyjął z niej dużą, białą kopertę.

— Proszę otworzyć.

Denise zawahała się. Czy rzeczywiście miała zrobić to, o co ją prosił? Czy powinna przyjmować odprawę od kogoś, kto zakończył jej karierę w tak brutalny sposób? Po odejściu z pracy pieniądze będą jej potrzebne, ale czy zdoła udźwignąć to psychicznie? Może lepiej byłoby po prostu wstać i wyjść z pokoju. Już miała zebrać się na odwagę, kiedy Macario chwycił leżącą na biurku kopertę, wyjął z niej zgiętą na pół kartkę papieru i zaczął czytać:

— Wtorek, godzina 13:30. Pasuje pani?

Denise uniosła wysoko brwi i próbowała zrozumieć, co dokładnie miał na myśli.

— Lot z Werony do Palermo.

I znów nastała chwila milczenia.

— Wysyłamy panią na Sycylię — powiedział Macario.

— Mnie? — zapytała zdziwiona.

— Tak. Napisany przez panią artykuł nie jest na tyle dobry, aby spełniał nasze standardy. Lo Scandalo to gazeta z najwyższej półki. Jeśli ma pani zamiar zagrzać tu miejsce na dłużej, trzeba będzie uganiać się za kimś znacznie wyżej postawionym, niż proboszcz z drugorzędnej parafii. My docieramy tam, gdzie inni dotrzeć nie mogą. A wie pani dlaczego? Bo jesteśmy jak likaony. Gonimy ofiarę do utraty tchu, a kiedy trzeba, rozrywamy na kawałki żywcem. Nie zadowalamy się ochłapami rzucanymi przez lwy i hieny. To my sami wybieramy zwierzynę, na którą chcemy zapolować. A im jest większa, tym mocniejsze staje się stado. Aby do niego dołączyć, nie wystarczy być przeciętnym mięsożercą. Trzeba umieć pokazać zęby, a potem walczyć na śmierć i życie. Tylko z takimi członkami stada gatunek ma szansę przetrwać. I taki właśnie jest nasz cel, panno Ferreira.

Denise siedziała w milczeniu i z uwagą wsłuchiwała się w każde następne słowo. Likaony od zawsze budziły w niej strach, głównie z powodu ponadprzeciętnej agresji i brutalności wobec ofiary. Nigdy nie rezygnowały z raz podjętego ataku, a jakakolwiek oznaka słabości natychmiast wykluczała ich ze stada. Czy ona sama mogła stać się likaonem? Czy była brutalna i zawzięta aż do tego stopnia? Chyba tak.

— Więc jak? Mam kontynuować? — zapytał Macario.

— Oczywiście — rzekła Denise.

— Świetnie. Na początku chciałbym zasugerować, abyśmy mówili do siebie po imieniu. Czy masz coś przeciwko?

— Nie. Wręcz przeciwnie.

— Doskonale. Teraz wyjaśnię, jaki jest cel twojej podróży i co możesz zrobić, aby osiągnąć go szybko i bez większego ryzyka.

Denise próbowała rozluźnić mocno napięte ciało, aby nieco spokojniejszym umysłem chłonąć każdy szczegół dotyczący jej rychłej podróży. Podróży, z którą wiązała tak liczne nadzieje, a która miała okazać się jej prawdziwym przekleństwem.

Ahmed obserwował przez szybę tumany piaszczystego pyłu. Miał wrażenie, jak gdyby znalazł się w środku bulgoczącej lawy, która powoli i brutalnie wypalała każdą część jego ciała. Panujący na zewnątrz upał stawał się gorszy z każdą mijającą chwilą, a duszne, gorące powietrze coraz bardziej drażniło jego oczy. Siedzenie w zamkniętym samochodzie w temperaturze sześćdziesięciu stopni było niczym smażenie się żywcem na mocno rozgrzanej patelni. Wykończony i lekko otumaniony przepełniającą go zewsząd duchotą, uchylił delikatnie przednie drzwi swojego nowego seata leona. Natychmiast poczuł na skórze gorący podmuch scirocco[2].

Ahmed nie miał pojęcia, w jakim stanie był Mehdi i Salah. Chłopaki dostali najgorszą miejscówkę z możliwych. Ich samochód stał zaparkowany na wysokim, mocno nasłonecznionym wzniesieniu, z którego roztaczał się idealny widok na drogę prowadzącą do Castelvetrano. To stamtąd w godzinach popołudniowych miał wracać stary Lo Presti. Ahmed obstawiał główny wjazd do Camarro, a bracia Pusateri czekali na sygnał kilka metrów od domu. Wszystko miało pójść zgodnie z planem.

— Jak myślisz? — zapytał Salah, wycierając spocone czoło o przednią część T-shirta. — Będzie stawiał opór?

— Nie wiem — odparł Mehdi.

— To prawie staruch. Ile ma na karku? Sześćdziesiąt, siedemdziesiąt?

— Ile by nie miał, musimy uważać. Pamiętaj, że to ojciec samego Diabła. A Diabeł ma oczy wszędzie, nawet w tyłku.

— Spoko. Jeżeli będzie się szarpał, dostanie kulę w łeb i po sprawie.

— Idiota z ciebie! — huknął Mahdi. — Niech staremu spadnie choćby jeden włos z głowy, a ty pierwszy będziesz moczył łeb we własnej krwi!

— Hej… Spokojnie! Żartowałem przecież. Ale pierdolca już dostaję od tego upału.

Mahdi nie odpowiedział. Przez dłuższą chwilę siedział w milczeniu i nie spuszczał wzroku z rozciągającej się poniżej drogi. Salah włączył w komórce jakąś durną muzykę, którą usłyszał po raz pierwszy na imprezie w Castellamare. Wyłączył ją dopiero wtedy, kiedy Mehdi z hukiem zamknął drzwi i przekręcił kluczyk w stacyjce. Nie było wątpliwości. Giovanni Lo Presti wracał właśnie z Castelvetrano.

Denise opuściła pokój Macario mocno podekscytowana. Ogrom informacji, jaki przekazał jej w ciągu ostatnich kilku minut, wywołał w jej głowie lawinę myśli, które jak najszybciej musiała sobie poukładać. W tej chwili zupełnie nie wiedziała, od czego zacząć. Każdy szczegół wydawał jej się tak ważny, że wymagał największej uwagi i analizy. Nie mogła sobie pozwolić na przeoczenie czegokolwiek. Nie po tym, jak Luigi Macario przyjął ją do grona najlepszych dziennikarzy we Włoszech. Nie po tym, jak dał jej tyle cennych wskazówek, bez których rozpoczęcie pracy byłoby piekielnie trudne. Nie po tym, jak po raz kolejny obdarzył ją zaufaniem, przekazując sprawę o bardzo wysokim stopniu ryzyka.

— I jak? — zapytał damski głos za plecami. — Przyjął cię?

Denise odwróciła głowę i zobaczyła pełną powagi twarz Liny Peruzzo. Dziewczyna patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami, w których wyraźnie można było dostrzec stan radosnego oczekiwania. Widocznie zależało jej na tym, aby brazylijska koleżanka dołączyła do grona redakcyjnych wariatów.

— Tak — przyznała Denise.

— Poważnie? — zapytała Lina, otwierając oczy jeszcze szerzej.

Jej blada jak ściana twarz, mocno rozchylone usta w kolorze świeżo wylanego cementu i sterczące na wszystkie strony włosy tworzyły razem obraz, który poruszyłby nawet umarłego. Nic dziwnego, że stojąca naprzeciw Denise wpatrywała się w nią z żywym zainteresowaniem. Osoby o tak pozaziemskiej urodzie nie widziała bowiem już dawno. I w dodatku ten długi nos. Zupełnie jak u czarownicy.

— Poważnie — rzekła Denise, idąc w stronę kuchni.

Miała ogromną ochotę napić się kawy. Wiedziała, że tylko filiżanka espresso była w stanie pobudzić ją do tego stopnia, aby raz jeszcze trzeźwo przeanalizować wszystkie wskazówki Macario.

— I co teraz? — zapytała Lina, nie odstępując jej na krok.

— Nic. Za kilka dni wyjeżdżam.

— Dokąd?

— Do Palermo.

Lina usiadła przy małym, prostokątnym stole i na chwilę odbiegła gdzieś myślami. Jej duże, świdrujące oczy błądziły po nagiej ścianie, a usta zacisnęły się tak, ja gdyby zostały zaszyte. Denise patrzyła na nią z jeszcze większym zainteresowaniem, niż poprzednio. Pomimo kosmicznego wyglądu i nieco dziwacznego zachowania, Lina Peruzzo była prawą ręką Macario. Skoro to właśnie jej powierzył pełnienie tej funkcji, musiał mieć ku temu ważne powody.

— A ty? — zapytała Denise. — Często wyjeżdżasz?

— Prawie nigdy.

— Wolisz pracować na miejscu?

Lina roześmiała się, ukazując duże, białe zęby.

— Muszę być przy szefie. A on rzadko opuszcza Trydent.

Denise zrobiła pierwszy łyk kawy. Próbowała zrozumieć, jakim cudem ta dziewczyna wypracowała sobie w redakcji tak wysoką pozycję. Bycie asystentką Luigi Macario znaczyło mniej więcej tyle, co bycie kopią jego mózgu. Czy Lina Peruzzo sprawdzała się w tej roli? Wyglądała na dość roztargnioną, błądzącą myślami nie wiadomo gdzie. Zupełnie tak, jakby przyleciała tu z innej planety. I te świdrujące oczy. Denise nie potrafiła przestać na nie patrzeć.

„Por que você?[3]”, myślała intensywnie. „Por que?”

Caterina Gandolfo stała przy kuchennym oknie i w ogromnym napięciu obserwowała to, co działo się przed bramą sąsiedniego domu. Kilkuosobowa grupa ludzi żywo dyskutowała na jakiś temat, energicznie wymachując rękami. W powietrzu unosił się piskliwy głos Margherity Cascio, która nalegała, aby natychmiast powiadomić policję. Atmosfera była napięta i gromadziło się coraz więcej gapiów. Na środku ulicy stał bowiem samochód marki peugeot z otwartymi drzwiami i kluczykami w stacyjce. Wszyscy wiedzieli, do kogo należał, ale właściciel jakby zapadł się pod ziemię.

— Może jest w domu — powiedział Nituzzu.

— Nie ma, już sprawdziłam — rzekła Margherita. — Czy ktoś zadzwonił na policję?

Caterina patrzyła na to wszystko z wielkim niepokojem. Zgromadzeni na ulicy ludzie byli bezradni i nie mieli pojęcia, co właściwie się stało. A ona, która od dwóch godzin prasowała przy oknie stare koszule męża, widziała wszystko. Od początku do końca.

— Matruzza, che cavudu![4] — powiedział gruby, męski głos.

Caterina aż podskoczyła.

— Binnu! Ale mnie przestraszyłeś!

Bernardo Gandolfo właśnie skończył popołudniową drzemkę i jak zawsze o tej porze dnia, przyszedł do kuchni po filiżankę espresso. Za kwadrans musiał być w sklepie, a tymczasem jego żona ciągle stała przy oknie i patrzyła na nie wiadomo co.

— Caterì! — zawołał. — Gdzie moja kawa?

Kobieta powoli oddaliła się od okna i wróciła do swoich obowiązków. Głosy dobiegające z ulicy stawały się coraz głośniejsze. Nawet stary Bernardo zrozumiał, że coś musiało być na rzeczy. Kiedy sam podszedł do okna i zobaczył niemalże wszystkich sąsiadów z okolicy, w jednej sekundzie zapomniał o swojej kawie.

— Co u diabła się tutaj dzieje?

Caterina nie odpowiedziała. Była pewna, że po chwili sam się wszystkiego dowie.

— Hej, Nituzzu! — wrzasnął Bernardo. — Soccu succedi?[5]

— Cose strane[6], Binnu! Giovanni zapadł się pod ziemię!

— Porwali go — wtrąciła Caterina.

Mężczyzna odwrócił się w kierunku żony.

— Co?

— Porwali go. Sama widziałam.

— O czym ty mówisz? — zapytał przejęty.

— Zajechali mu drogę. Wybiegło czterech facetów. Wyciągnęli go z samochodu, a potem odjechali. Wszyscy.

— Kiedy to się stało?

— Pół godziny temu.

— Widzieli cię?

— Nie. Stałam za firanką.

— To dobrze — powiedział Bernardo.

W jego głosie czuć było wyraźną ulgę. Gdyby którykolwiek z nich widział jego żonę stojącą przy oknie, sytuacja byłaby tragiczna.

— Nikomu ani słowa — nakazał.

Caterina nie odpowiedziała. Tego typu incydenty miały miejsce dosyć często. Szczególnie tutaj, w Camarro. Nie po raz pierwszy była świadkiem porwania, ale po raz pierwszy porwano człowieka, którego darzyła tak wielką sympatią i szacunkiem. W głębi duszy wiedziała, że to już koniec. Że Giovanni Lo Presti nigdy nie wróci do swojego domu.

[1] (port.) Mój Boże.

[2] Gorący wiatr z Afryki.

[3] (port.) Dlaczego ty?

[4] (syc.) Matko, jak gorąco!

[5] (syc.) Co się stało?

[6] (syc.) Dziwne rzeczy.

Rozdział 3

Samolot na trasie Werona-Palermo wystartował punktualnie o trzynastej trzydzieści. Ku wielkiemu zadowoleniu pasażerów, nie wydarzyło się absolutnie nic, co mogłoby opóźnić tak bardzo oczekiwany przez nich lot. O tej porze roku większość ludzi podróżowała w celach turystycznych. Sezon letni ruszył pełną parą, więc bilety krajowe i międzynarodowe sprzedawały się jak świeżo upieczone rogaliki.

Sycylia była niewątpliwie jednym z najbardziej obleganych miejsc docelowych, gdzie zmęczeni mieszkańcy dużych miast mogli w spokoju wymoczyć nogi w krystaliczno-czystej wodzie i przy okazji wysmażyć się na słońcu, które grzało intensywnie od rana do wieczora.

Barwa opalenizny miała dla Włochów ogromne znaczenie, dlatego też każdy dbał odpowiednio o to, by w ciągu tygodnia albo dwóch stać się ciemniejszym o co najmniej dwie tonacje. Tego zdania była zdecydowana większość pasażerów podróżujących liniami All`Italia z Werony do Palermo. Podczas gdy ich myśli uciekały do ciągnących się w nieskończoność plaż i chłodnej, krystalicznej wody, Denise była pochłonięta czymś zupełnie innym. W skupieniu patrzyła na skrzydło samolotu, wspominając długą, lecz jakże ekscytującą podróż, którą odbyła siedem lat temu.

To właśnie wtedy po raz pierwszy opuściła Brazylię, kierując się do miejsca nieznanego, ale jednocześnie bardzo zachwalanego przez Mauricio. Sama nie potrafiła zrozumieć, jakim cudem uległa namowom brata, aby zostawić ukochany dom w São João da Boa Vista i przenieść się do kraju, o którym słyszała tylko z telewizji. Po kilku tygodniach intensywnych rozmów uległa, pakując dwie ogromne walizki i jeden bagaż podręczny. Na samą myśl o kilkunastogodzinnym locie z São Paulo do Rzymu czuła zimny dreszcz przechodzący przez jej ciało. Wtedy również spędziła większość czasu, wpatrując się w skrzydło samolotu. Myślała o swoich psach, o rodzinnym domu i o orchideach, które jej mama pielęgnowała z tak wielką miłością. W pewnym momencie miała ochotę wysiąść i wrócić tam, gdzie czuła się bezpiecznie. Wiedziała jednak, że odwrotu nie było.

Mauricio niecierpliwie oczekiwał jej przylotu i był tak bardzo podekscytowany, że nie potrafił myśleć o niczym innym. Najszybciej jak to możliwe, pragnął odebrać ją z lotniska, a następnie zabrać do miejsca, w którym mieli zamieszkać razem. Cztery lata rozłąki sprawiły, że więź między nimi stała się o wiele silniejsza niż wtedy, kiedy oboje byli w Brazylii. Czasami rozstania wywołują w ludziach uczucia, o których istnieniu nigdy wcześniej nie wiedzieli. I to jest właśnie piękne, że człowiek potrafi tęsknić za drugim człowiekiem.

Skrzydło samolotu przechylało się raz w górę, raz w dół, kołysząc do snu ponad połowę pasażerów. Denise nie była w stanie zmrużyć oka. Od kilku dni myślała wyłącznie o wskazówkach, jakie w zeszły czwartek przekazał jej Macario. Wiedziała, że żarty się skończyły i że właśnie teraz rozpoczynała śledztwo z prawdziwego zdarzenia. Liczyła się ze wszystkim, co mogło ją spotkać, ale ani przez chwilę nie odczuwała strachu. Wręcz przeciwnie. Była podekscytowana bardziej, niż kiedykolwiek. Zupełnie tak, jak gdyby odzywała się w niej szatańska natura, o której mówił Macario. Natura żądna krwi i sensacji.

Szczególnie teraz, kiedy miała rozpocząć pracę w żeńskiej szkole podstawowej. Rola nauczycielki nie była jej zupełnie obca, ale i ten zawód wymagał właściwej otoczki. Nie można bowiem pracować z dziećmi, mając nastawienie wygłodniałego likaona, który skupia się głównie na atakowaniu swej ofiary, a następnie na brutalnym rozrywaniu jej ciała. W tym przypadku potrzebna była rozwaga i dużo cierpliwości. Tak… Nauczyciel powinien być cierpliwy. Nie tylko dlatego, aby nie stracić kontroli nad własnymi emocjami, ale również po to, aby w skupieniu obserwować to, co dzieje się wokół. A w tej szkole Denise musiała mieć oczy szeroko otwarte. To było częścią zadania, jakie powierzył jej Macario.

— Słuchaj i patrz, zapamiętuj i analizuj — powtarzał.

Te słowa utkwiły Denise głęboko w pamięci i wiedziała, że powinna je powtarzać niczym mantrę. Bo kiedy Macario przemawia, świat dziennikarski słucha. A ona była przedstawicielem tego świata. Jego świata.

Samolot powoli zaczął podchodzić do lądowania. W oddali rysowała się potężna linia brzegowa oraz wysokie, skaliste góry oblane intensywnymi promieniami słońca. Wyglądały niczym pochodnie stojące u progu nieznanego świata. Świata, który już niebawem miał się okazać prawdziwym piekłem.

Vincenzo Bellomo szurał butami po piachu i wypuszczał z ust smugi jasnego dymu. Francesco di Salvo stał tuż obok, szczelnie zakrywając nos chusteczką. Nie mógł pozwolić na to, aby tak szkodliwa substancja dostała się do jego płuc i nie daj Boże wywołała jakąś śmiertelną chorobę. Był jednak całkowicie przekonany, że jeżeli nie wykończy go dym z cygara, to na pewno zrobi to słońce, które dzisiejszego popołudnia grzało tak mocno, jak gdyby chciało wypalić wszystko to, co żyło na Sycylii.

Bellomo też się wściekał, ale z zupełnie innego powodu. Od ponad kwadransa stał bezczynnie na mocno nagrzanym terenie, ze wszystkich stron otoczonym górami. Czuł się dokładnie tak jak kiełbasa smażona nad rozżarzonym węglem. Co jakiś czas spluwał na ziemię i zaciągał się śmierdzącym cygarem, które kilka dni temu podarował mu znajomy z Brindisi.

— Gówno warte — powiedział z obrzydzeniem. — Gdzie oni są, do jasnej cholery?

Francesco zesztywniał, jakby połknął kij i kontynuował nasłuchiwanie. Nie mógł nic poradzić na to, że wokół panowała zatrważająca cisza. Cisza, której nie było w stanie przerwać absolutnie nic. Zupełnie tak, jak gdyby wszystko wokół wyginęło, a na świecie pozostali tylko oni dwaj.

„Boże”, pomyślał Francesco. „Uchroń mnie przed takim losem.”

Jego radość wydawała się nie mieć końca, kiedy usłyszał wyraźny warkot silników dobiegający zza wysokiej skały naprzeciwko. Po chwili ich oczom ukazały się trzy zakurzone samochody, które z dużą prędkością wjechały na ogrodzony teren. Bellomo rzucił na ziemię cygaro i przybrał swoją ulubioną postawę — szykującego się do ataku buldoga.

Pierwszy z samochodu wysiadł Ahmed. Zaraz po nim bracia Pusateri, a następnie Mehdi i Salah, którzy z tylnego siedzenia wyciągnęli starszego, mocno poturbowanego mężczyznę. Na jego widok Bellomo złagodniał i pokazał światu szereg końskich zębów.

— Proszę proszę… A któż to zawitał w nasze strony?

Salah popchnął mężczyznę z całej siły, wrzucając go w tumany nagrzanego piachu. Słychać było jedynie stłumiony odgłos kaszlu.

— Lo Presti — powiedział Bellomo, robiąc kilka kroków naprzód. — Słyszałem, że rodzina nie miewa się najlepiej.

Ahmed i bracia Pusateri stali tuż za są leżącym na ziemi mężczyzną, podczas gdy Mehdi i Salah zagrodzili mu drogę z pozostałych stron. Widok ten przypominał grających na boisku napastników, którzy czekając na gwizdek sędziego, szykowali się do brutalnego ataku na piłkę.

— Podobno wszyscy pojechali na wycieczkę — kontynuował Bellomo. — I dobrze. Favignana to piękne miejsce.

Mężczyzna przetarł ręką zakurzoną twarz i bardzo powoli stanął na nogi.

— Wiesz tylko, co mnie zasmuca, drogi przyjacielu? To, że twój syn nie pojechał razem z nimi.

Po tych słowach Bellomo kopnął mężczyznę w brzuch, w wyniku czego ten znowu upadł na ziemię.

— A mi zależy na tym, aby on też wypoczął. Ostatnio za dużo pracuje.

Francesco di Salvo przyglądał się tej scenie z wielkim przerażeniem. Nie lubił przemocy i nigdy nie był w stanie się do niej przyzwyczaić. Widok krwi napawał go lękiem i w dużym stopniu osłabiał i tak już chorowity organizm.

— Twój synuś opuścił rodzinę — kontynuował Bellomo, przechodząc na nieco ostrzejszy ton. — Sam wiesz, że taka postawa nie jest tolerowana w naszych kręgach. Dlatego ja, stając w obronie zasad, doprowadzę go tam, gdzie powinien grzać tyłek.

Po tych słowach dał znak stojącym obok chłopakom, którzy wzięli starca pod boki i przeciągnęli kilka metrów do przodu. Bellomo chwycił go za koszulę i brutalnie przyciągnął w swoją stronę.

— To jak? Będziesz gadał?

Mężczyzna powoli uniósł głowę, dając znak, że gotów jest mówić. Bellomo nadstawił ucho, aby przypadkiem nie przeoczyć jakiegoś słowa.

— Pierdol się — powiedział Lo Presti.

Francesco di Salvo zakrył oczy chusteczką, aby tylko nie być świadkiem tego, co miało wydarzyć się za chwilę. Oczami wyobraźni widział, jak nozdrza Bellomo stawały się coraz szersze, a usta zachodziły pianą. Po chwili dało się słyszeć warknięcie, a następnie odgłosy nóg uderzających o ludzkie ciało. Mehdi i Salah byli w tym najlepsi. Potrafili kopać jak mało kto. Problem w tym, że nie zawsze wiedzieli, kiedy przestać. Ahmed wyciągnął z kieszeni pistolet i przystawił go do karku ofiary.

— Poczekaj — nakazał Bellomo. — Jeszcze nam się przyda.

Po tych słowach bracia Pusateri wzięli mężczyznę pod boki i brutalnie wrzucili do bagażnika. Odgłos zamykanej klapy był jednocześnie sygnałem, że spotkanie dobiegło końca. Wszyscy wsiedli do samochodów i odjechali. Na miejscu pozostały jedynie tumany kurzu niesione przez gorący podmuch scirocco.

Salvatore Lo Piano zajechał na parking Punta Raisi z lekkim opóźnieniem. Autostradę A20 z Messiny do Palermo pokonał w przewidzianym przez siebie czasie, jednak tuż przed wjazdem na lotnisko został zatrzymany przez dwóch policjantów w celu rutynowej kontroli. Tym oto sposobem stracił cenne dwadzieścia minut, które zamierzał wykorzystać na znalezienie miejsca parkingowego jak najbliżej wyjścia. Samolot wylądował przeszło kwadrans temu, więc było już za późno na szukanie miejsca w odległej części parkingu. Salvatore dyskretnie podjechał pod szerokie drzwi prowadzące do hali przylotów i miał nadzieję, że kobieta, której oczekiwał, lada chwila się w nich ukaże.