Hotel del Salto - Isabel Guerra - ebook
Opis

Hotel del Salto od piętnastu lat funkcjonuje tak jak każdy przeciętny hotel. Przybywający do niego goście nie zdają sobie jednak sprawy, że w tym jakże urokliwym miejscu tysiące ludzi odebrało sobie życie, a ich dusze regularnie wracają do zakątków, w których spędziły swoje ostatnie chwile. Prawdziwe piekło zaczyna się jednak wtedy, kiedy do hotelu przybywa Esteban de la Hoz, na którego widok drżą zarówno żywi, jak i umarli, i który niespodziewanie postanawia zrównać Hotel del Salto z ziemią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 309

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Isabel Fuentes Guerra

Hotel del Salto

© Isabel Fuentes Guerra, 2016

© Isabel Fuentes Guerra, fotografie, 2016

Hotel del Salto od piętnastu lat funkcjonuje tak jak każdy przeciętny hotel. Przybywający do niego goście nie zdają sobie jednak sprawy, że w tym jakże urokliwym miejscu tysiące ludzi odebrało sobie życie, a ich dusze regularnie wracają do zakątków, w których spędziły swoje ostatnie chwile. Prawdziwe piekło zaczyna się jednak wtedy, kiedy do hotelu przybywa Esteban de la Hoz, na którego widok drżą zarówno żywi, jak i umarli, i który niespodziewanie postanawia zrównać Hotel del Salto z ziemią.

ISBN 978-83-8104-381-6

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Rozdział 1

Rafael Mendoza pewnie trzymał kierownicę i wyjątkowo skupiony patrzył na drogę. Burza, jaka rozpętała się przeszło dwie godziny temu oraz towarzyszący jej ulewny deszcz, ograniczały widoczność do tego stopnia, że jazda z rozwagą była jak najbardziej wskazana. Wycieraczki na przedniej szybie poruszały się w jednym i tym samym rytmie, z ledwością nadążając odgarniać gromadzącą się pod nimi wodę. Wszystkie samochody skręcające w lewo, w Avenida El Dorado, poruszały się nadzwyczaj wolno. Pomimo ogromnego doświadczenia oraz wielu lat spędzonych za kółkiem, Rafael także wolał być ostrożny. Wpatrzony nieruchomo w to, co działo się na drodze, tylko od czasu do czasu ośmielał się zerknąć w zawieszone na przedniej szybie lusterko. Widział w nim wyraźnie skierowaną ku dołowi, zamyśloną twarz młodego mężczyzny. Mężczyzny, który odkąd opuścili parking lotniska El Dorado, nie odezwał się ani słowem.

Rafael również milczał. Gdzieś głęboko miał jednak nadzieję, że prędzej czy później wszystko potoczy się we właściwym kierunku i że w końcu zaczną ze sobą rozmawiać. Jak dawniej. Miał tę nadzieję od chwili, kiedy zobaczył swojego pasażera na hali przylotów. Przygnębionego, ciągnącego za sobą dużą, czarną walizkę i w milczeniu kierującego się w stronę parkingu. Widząc to, Rafael bez słowa przejął jego bagaż i z należnym szacunkiem wskazał drogę do zaparkowanego w pobliżu samochodu. Mężczyzna szedł za nim wpatrzony w ziemię. Gdy tylko zajął miejsce na tylnym siedzeniu srebrnej toyoty RAV4, myślami odizolował się jeszcze bardziej. Rafael widział w lusterku jego duże, czarne oczy patrzące nieruchomo na jeden punkt znajdujący się gdzieś na podłodze. W oczach tych widział również smutek, żal, ale i coś, co było na pograniczu złości i nienawiści. I… Gdzieś wewnątrz czuł, że nie tak to miało wyglądać. Nie tak wyobrażał sobie ich spotkanie po piętnastu latach.

Wjeżdżając na Ac.17 Funza-Bogotà, energiczniej docisnął pedał gazu. Deszcz ciągle padał, a temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni. Samochodów tutaj było nieco mniej. Mógł więc zaryzykować i wrzucić czwarty bieg, by dojechać do celu w czasie nie dłuższym niż godzina i trzydzieści siedem minut. Rafael lubił dokładność. I skoro wiedział, że przy średniej prędkości można pokonać tę trasę w ciągu półtorej godziny, czasu tego nie zamierzał przekraczać. Tym bardziej, że jego pasażer był zmęczony. Podróż z Europy trwała przecież długo. Na pewno chciał odpocząć, zrelaksować się po kilkunastu godzinach lotu. Pytania z pewnością odłoży na dzień następny. O ile w ogóle będzie pytał o cokolwiek.

Wydawać by się mogło, że po piętnastu latach nieobecności w kraju pytań powinno być wiele. I Rafael z chęcią odpowiedziałby na nie wszystkie. Tak dokładnie, jak tylko był w stanie i tak szczerze, jak robił to zawsze, kiedy ze sobą rozmawiali. Gdyby tylko otrzymał taką szansę. Nic jednak nie wskazywało na to, że taka szansa zostanie mu dana. Ani teraz, ani nawet później. Dotknięty takim obrotem sprawy, ale jednocześnie doskonale pamiętający to, co wydarzyło się piętnaście lat temu, jechał dalej. Dopiero kiedy samochód znalazł się na drodze Principal Funza, głęboko żywiona w sercu nadzieja ponownie odżyła. Siedzący z tyłu mężczyzna podniósł wzrok i wyjrzał przez okno.

— Wiele się tu zmieniło? — zapytał obojętnie.

Na zewnątrz było ciemno. Tak ciemno, że nawet gdyby nie padał deszcz, zobaczenie czegokolwiek graniczyłoby z cudem. Rafael poczuł, jak mocno biło mu serce. Jak bardzo był szczęśliwy, że ta zimna, niedostępna twarz, którą obserwował w lustrze i która bardziej przypominała posąg niż człowieka, nareszcie drgnęła.

— Tak — odparł spokojnie.

Ale tak naprawdę miał ochotę wybuchnąć. Po raz pierwszy w życiu miał ochotę dać upust emocjom i wręcz wykrzyczeć, że… Tak! Wiele się tu zmieniło! Po piętnastu latach pańskiej nieobecności, señor[1], wiele się zmieniło! I tu, na drodze Principal Funza, i na lotnisku El Dorado, i tam, dokąd teraz jedziemy, i w całej Kolumbii… Tak! Wiele się zmieniło!

Rafael poczuł, jak podskoczyło mu ciśnienie. Zwolnił, aby pod wpływem emocji nie wykonać jakiegoś gwałtownego ruchu i nie skończyć w pobliskim rowie.

— Szkoda, że nie będę miał czasu, aby się o tym przekonać — dodał mężczyzna.

Rafael odruchowo spojrzał w lusterko. Teraz, oprócz wpatrzonych w podłogę oczu, mógł również zobaczyć czarne jak węgiel, starannie zaczesane do tyłu włosy, delikatny zarost pokrywający brodę i policzki oraz fragment masywnej, spalonej słońcem szyi.

— Przepraszam, señor — powiedział Rafael. — Nie bardzo rozumiem.

Mężczyzna nie odpowiedział. Nieustannie wpatrywał się w okno, jak gdyby próbował zrozumieć, gdzie dokładnie się znajdowali.

— Daleko jeszcze? — zapytał.

— Jeszcze trochę — odparł kierowca.

I srebrna toyota RAV4 jechała dalej. Przez dłuższy czas w samochodzie znów panowała cisza. Wydawać by się mogło, że obaj mężczyźni pochłonięci byli własnymi myślami, nie mającymi nic wspólnego z tym, co przed chwilą zostało powiedziane. Ale to nieprawda. Patrzący na drogę Rafael wyraźnie czuł, jak niepokój zżerał go od środka. Bo co takiego miał na myśli señor de la Hoz mówiąc, że nie będzie miał czasu, aby się o tym przekonać? Czyżby zamierzał wyjechać z Kolumbii na kolejne piętnaście lat?

Deszcz powoli zaczynał ustępować. Wycieraczki przestały pracować jak oszalałe, a widoczność poprawiała się z minuty na minutę. Niedługo potem ich oczom ukazało się rondo. Wyłączywszy wycieraczki, Rafael wybrał trzeci zjazd, udając się w kierunku La Mesa-Mosquera.

Obaj doskonale zdawali sobie sprawę, że każda kolejna chwila coraz bardziej przybliżała ich do celu. Że już tak niewiele brakowało, aby znaleźć się w San Antonio del Tequendama i przemierzając wąską drogę biegnącą na zboczu klifu, dotrzeć do miejsca, w którym od dnia dzisiejszego mogło wydarzyć się wszystko. Do miejsca, którego przyszłość zależała od decyzji tego jednego człowieka.

Rafael czuł, jak mocno biło mu serce. Wiedział, że to spotkanie będzie trudne dla wszystkich. Że albo zapadnie niewygodne milczenie, albo też padną słowa, których do końca życia będą żałowali. Innego rozwiązania nie był w stanie sobie wyobrazić. Ukradkiem spoglądał na siedzącego z tyłu pasażera i zastanawiał się, czy pomimo tylu lat spędzonych poza krajem, zaszła w nim jakaś zmiana. Czy choć w niewielkim stopniu potrafił zapomnieć o tym, co się stało, czy może pamiętał wszystko tak, jak miało to miejsce wtedy. Na samą myśl o tym, Rafael zadrżał.

Chwilę później zadrżał ponownie, gdyż oczom ich ukazały się pionowe ściany klifu. Ściany, które w swoim wnętrzu tworzyły ogromną przepaść, całkowicie zakrytą przez gęstą, unoszącą się w powietrzu mgłę. W oddali wyraźnie było słychać szum Wodospadu Tequendama z olbrzymią siłą płynącego po jednej ze ścian klifu.

Z mgły pokrywającej drogę wyłonił się imponujący, dwupiętrowy budynek z przybudowaną do niego niewysoką wieżą. Rafael zwolnił i włączył kierunkowskaz w prawo. Kiedy w końcu zatrzymał się i silnik samochodu zgasł, po raz kolejny zapadło milczenie. Obaj siedzieli wpatrzeni w białe, świeżo odnowione mury budynku, który wyglądał tak samo wspaniale, jak kiedyś.

— Jesteśmy — powiedział Rafael.

Señor de la Hoz bez słowa otworzył drzwi i nie spiesząc się, wyszedł z samochodu. Stojąc we mgle, uważnie patrzył na główne wejście budynku. Drzwi wykonane z białego drewna i strzegące je cztery kamienne kolumny wyglądały zupełnie inaczej, niż je zapamiętał.

— Jak się nazywa to miejsce? — zapytał.

Rafael postawił na ziemi walizkę, po czym dokładnie zamknął bagażnik.

— Hotel del Salto — odpowiedział cicho.

Señor de la Hoz uśmiechnął się ironicznie, po czym ruszył w kierunku wejścia.

Zbliżała się północ. Na dużym, przestronnym holu znajdującym się naprzeciw recepcji nie było widać żywej duszy. Brak mocniejszego oświetlenia sprawiał, że dokoła panował półmrok. Ukryte w ciemności ściany, wiszące na nich lustra i obrazy, a także białe, marmurowe schody prowadzące na górę pozbawione były blasku. Blasku i światła słonecznego, które w ciągu dnia dodawały im tak wielkiego przepychu. Nie ulegało wątpliwości, że pogrążony w całkowitej ciszy Hotel del Salto właśnie szykował się do snu. Tylko dzięki niewielkim, halogenowym lampkom umieszczonym na suficie można było dostrzec, że tej nocy nie wszyscy jeszcze udali się na spoczynek.

Za dużą, drewnianą ladą ustawioną przy ścianie na kształt półksiężyca stała niewysoka, szczupła kobieta ubrana w długą, czarną spódnicę i czarną, muślinową bluzkę z dekoltem. Jej ciemne, starannie przystrzyżone włosy delikatnie opadały na ramiona, pomalowane na intensywny róż usta były lekko rozchylone, a piwne, szeroko otwarte oczy wpatrywały się w wiszący na ścianie zegar. W padającym na nią świetle lampy wyraźnie było widać złożone do modlitwy dłonie oraz długie, kościste palce z paznokciami pomalowanymi równie różowo i intensywnie, co usta.

Vivian. Tak miała na imię stojąca za ladą kobieta. Patrząc na wiszący na ścianie zegar, odliczała każdą sekundę rejestrowaną przez długą, wydającą delikatny odgłos tykania wskazówkę. A czas mijał wolno. O wiele wolniej niż się tego spodziewała. Ale im więcej go mijało, tym serce jej biło coraz mocniej. Pogrążona w odliczaniu kolejnych sekund nawet nie spostrzegła idącej w kierunku lady postaci. Postaci ubranej na biało, poruszającej się wolno i niepewnie. Jak gdyby bała się, że panująca dokoła cisza nagle zostanie przerwana.

— Nie mogę spać — powiedziała w końcu.

Vivian drgnęła gwałtownie i natychmiast oderwała wzrok od zegara.

— To ty — odparła na widok stojącej przy ladzie dziewczyny. — Co się stało? — zapytała.

Caterina nie miała w zwyczaju krążyć po hotelu o tak późnej porze. Kończąc pracę o dwudziestej trzydzieści, szła prosto do swojego pokoju i nie wychodziła z niego aż do czwartej nad ranem. Wtedy ponownie zakładała służbowy uniform z białym fartuchem włącznie i rozpoczynała sprzątanie hotelu.

— Nie mogę spać — powtórzyła. — Denerwuję się.

Vivian wyszła zza lady i ściskając rękę dziewczyny, powiedziała:

— Wszystko będzie dobrze. Ja też mam swoje obawy, ale będzie dobrze.

Caterina zadrżała. Słowa te najwyraźniej nie były w stanie jej uspokoić. Nerwowo spojrzała na zegar i chwilę później zaczęła się trząść.

— Wracaj do pokoju — rzekła Vivian. — Nie masz tu nic więcej do roboty.

— Zaraz będą — odparła dziewczyna, nie spuszczając wzroku z zegara.

Dochodziła północ. W oddali wyraźnie słychać było szum Wodospadu Tequendama oraz przejeżdżające jedyną w okolicy drogą samochody. Kiedy w końcu jeden z nich zatrzymał się przed hotelem, Caterina zaczęła tracić nad sobą panowanie. Odgłos gasnącego silnika oraz otwieranych, a następnie zamykanych drzwi sprawiał, że emocje wzięły górę nad wszystkim.

— Panienko Vivian, chodźmy stąd — nalegała. — On gotów jest nas zabić!

Stojąca tuż obok kobieta chwyciła ją za obie ręce i sama starając się zachować zimną krew, zapewniała:

— Nic takiego się nie stanie.

— Nie trzeba było go informować — mówiła Caterina. — Nie trzeba było sprowadzać na nas tego nieszczęścia.

Vivian już miała nakazać jej, by natychmiast wróciła do pokoju, kiedy nagle drzwi wejściowe hotelu otworzyły się. Chwilę później słychać już było wyraźny odgłos kroków na marmurowej posadzce i z pogrążonego w ciemności korytarza powoli zaczęły wyłaniać się dwie męskie sylwetki. Pierwszą z nich obie kobiety znały doskonale. To Rafael. Wysoki, szczupły, o siwiejących już włosach, zawsze noszący jedną i tę samą parę okularów. Ubrany w starannie wyprasowane spodnie i białą koszulę wszedł do holu pewnie, ciągnąc za sobą dużą, czarną walizkę. Bez słowa postawił ją przy jednym z kilu znajdujących się tam filarów i czekał na dalsze dyspozycje.

Druga sylwetka, którą kobiety znały równie dobrze, wyglądała zupełnie inaczej. Był to mężczyzna wysoki, o włosach czarnych jak smoła i oczach przypominających węgle. W połączeniu z równie czarnym płaszczem, czarnymi spodniami i butami, postać ta była ledwo widoczna w słabo oświetlonym korytarzu. Dopiero kiedy zrobił kilka kroków naprzód, twarz jego ukazała się w całej swej okazałości.

— Virgencita Santa[2] — szepnęła Caterina. — Mniej nas w swojej opiece.

Zapadła cisza. Wszystko wskazywało na to, że piętnaście lat rozłąki zrobiło swoje. Że oprócz zmian zewnętrznych, jakie dokonały się w każdym z nich, zmieniły się również ich uczucia. Zmieniły się myśli i punkt widzenia. Zmieniło się wszystko. I teraz, jeżeli zamierzali dojść do czegokolwiek, musieli zacząć od nowa. Nie było to jednak proste. I tak naprawdę żadne z nich nie wiedziało, czy jakiekolwiek porozumienie w ogóle wchodziło w grę.

— Esteban — powiedziała Vivian, wychodząc mu naprzeciw.

Chciała powiedzieć coś więcej. Bez względu na to, przez jakie piekło przeszli oboje, chciała go objąć i wyraźnie dać do zrozumienia, że z jej strony nic się nie zmieniło. Ale wszystko wskazywało na to, że z jego strony zmieniło się wiele. Odwrócił głowę w bok i nie pozwolił, by podeszła choćby o krok bliżej. Tak naprawdę tylko on wiedział, jak bardzo tej kobiety nienawidził. Jej i wszystkich pozostałych. Wszystkich, którzy zdecydowali się tu zostać i wypełniać to miejsce coraz większymi kłamstwami.

— Pokój jest gotowy — rzekła Vivian, nie ruszając się z miejsca. — Cała wieża jest do twojej dyspozycji.

Esteban de la Hoz zaczął iść w kierunku schodów.

— Przygotuj mi pokój numer 203 — zwrócił się do stojącej przy ladzie Cateriny.

— To niemożliwe — przerwała Vivian. — W tym pokoju nie będziesz spał.

Mężczyzna odwrócił się.

— Bo ty mi tego zabronisz? — zapytał.

— Nie — rzekła Vivian. — Bo to w tym pokoju odebrała sobie życie.

Nic nie drażniło Rogelio Santacruz bardziej niż bezsenne noce. Pomimo że na zewnątrz było chłodno, a rześkie powietrze wpadało do środka przez uchylone drzwi balkonowe, zmrużenie oka choćby na chwilę graniczyło z cudem. Przewracając się z boku na bok, mężczyzna co jakiś czas sięgał po leżący na szafce zegarek, a następnie sprawdzał, ile godzin pozostało do świtu. Bezsenność była czymś, na co cierpiał od lat. Inaczej jednak znosił ją w domu, gdzie miał do dyspozycji służbę i kilkanaście innych pokoi, a inaczej w miejscach, w których znajdował się po raz pierwszy i w których jego władza nie sięgała już tak daleko. Jedynym sensownym rozwiązaniem było więc przetrwanie nocy, a dopiero z nastaniem świtu opuszczenie pokoju oraz wyjście na taras, skąd mógł podziwiać opadający po stromej ścianie klifu Wodospad Tequendama.

Tymczasem jednak musiał zadowolić się tym, co miał w zasięgu wzroku. Duży, przestronny pokój, który sam zresztą wybrał, był chyba najbardziej ponurym i najmniej oświetlonym ze wszystkich znających się w hotelu. Pomimo że Beatriz stanowczo się temu sprzeciwiała, on nie zamierzał wdawać się w dyskusje. Taką decyzję podjął i jak na razie był z niej bardzo zadowolony. Sam nie potrafił wyjaśnić, dlaczego zdecydował się na ten właśnie pokój. Nie sądził jednak, by dla kogokolwiek miało to jakieś znaczenie.

— Zastanów się — nalegała Beatriz. — Tu jest bardzo ciemno. Okno wychodzi na drogę, a wodospadu nawet nie słychać.

Ale on słyszał. Słyszał opadającą po klifie wodę głośno i wyraźnie. Wcale nie musiał jej widzieć. Położenie pokoju oraz wszystko to, co znajdowało się wewnątrz, pasowało mu pod każdym względem. To w nim postanowił się zatrzymać. Beatriz z kolei zajęła pokój sąsiedni, ten z widokiem na wodospad, i w końcu przestała się użalać.

Jednym z przedmiotów, które przykuły uwagę Rogelio już od samego początku, było lustro. Duże, owalne lustro z pozłacaną ramą w stylu barokowym. Patrzył na nie za każdym razem, kiedy kładł się spać. W nocy z kolei odwracał wzrok w drugą stronę, gdyż lustro to wywoływało w nim dziwny niepokój. Miał wrażenie, że w jego wnętrzu pojawiała się jakaś głowa. Rogelio bał się, że prędzej czy później głowa ta wyskoczy, a wraz z nią tułów, ramiona, nogi i Bóg jeden wie, co jeszcze. Dlatego wolał nie patrzeć. Odwracał głowę w drugą stronę i wsłuchiwał się w szum wodospadu. Tak też było i tym razem.

Leżał na prawym boku z głową opartą na ramieniu i z na wpół otwartymi oczami wpatrywał się w drzwi balkonowe. Panująca wokół cisza z jednej strony była przyjemna i uspokajająca, z drugiej jednak stwarzała pewien rodzaj napięcia. Napięcia, które Rogelio odczuwał wyraźnie każdą częścią ciała. Nawet teraz, kiedy leżał na łóżku w jednej i tej samej pozycji, nieustannie miał wrażenie, że ktoś go obserwował. I pewnie w takim stanie niepewności pozostałby do rana, gdyby nie potężny huk, który niespodziewanie rozległ się za oknem.

Mężczyzna zamarł w bezruchu. Przez chwilę nie był pewien, czy na zewnątrz rzeczywiście coś huknęło, czy może był to tylko odgłos jego bujnej wyobraźni. Z trudem przełknął ślinę i ostrożnie podniósł się do pozycji siedzącej. Serce waliło mu jak młot. Panująca wokół cisza powoli zaczynała doprowadzać go do szału.

— Beatriz! — krzyknął najgłośniej, jak tylko potrafił.

Cisza. Brak jakiejkolwiek reakcji.

— Beatriz! — krzyknął ponownie.

Po chwili do pokoju wbiegła zaspana, owinięta białym szlafrokiem dziewczyna. Młoda, piękna dziewczyna o długich, ciemnych włosach i dużych, wyrazistych oczach. Zaniepokojona natychmiast podbiegła do łóżka Rogelio, aby sprawdzić, co tym razem zakłóciło jego spokój.

— Słyszałaś ten huk? — zapytał, zanim zdążyła otworzyć usta.

— Nic nie słyszałam — powiedziała, ledwo trzymając się na nogach.

— Wyjdź na taras i sprawdź!

— Słucham? — zapytała kompletnie zdezorientowana.

— Por Dios, muchacha…[3] Wyjdź na taras i zobacz, co huknęło!

Beatriz oprzytomniała. Zdając sobie sprawę z zagrożenia, w jakim mógł znajdować się Rogelio, natychmiast wybiegła na taras i zaczęła rozglądać się dokoła.

— W dół! — krzyczał Rogelio, siedząc na łóżku. — Patrz w dół!

Dziewczyna spojrzała w dół, ale nic nie zobaczyła. Wszystko wyglądało tak samo jak kilka godzin temu, kiedy razem siedzieli na tarasie.

— Nic tam nie ma — stwierdziła, wracając do pokoju.

— Bo źle patrzyłaś — skwitował Rogelio. — Pomóż mi wstać.

Beatriz przystawiła do łóżka stojący tuż obok wózek inwalidzki i pochylając się w kierunku Rogelio, chwyciła go mocno pod ramiona, a następnie pomogła usiąść na wózku.

— Ostrożnie — powiedziała.

Gdy tylko mężczyzna znalazł się na wózku, wykonał kilka energicznych ruchów i po chwili był już na tarasie. Podjeżdżając do krawędzi balkonu tak blisko, jak tylko był w stanie, pochylił głowę nad barierką i spojrzał w dół. Rozglądając się uważnie, pozostał w tej pozycji przez kilka kolejnych sekund.

— Rogelio! — zawołała stojąca w drzwiach balkonowych Beatriz. — Wracaj do środka! Jest bardzo zimno!

— Caramba…[4] — wyszeptał trzymający się barierki Rogelio. — Rzeczywiście nic tu nie ma.

[1] (hiszp.) Forma grzecznościowa — pan

[2] (hiszp.) Najświętsza Panienko.

[3] (hiszp.) Na Boga, dziewczyno…

[4] (hiszp.) A niech to…

Rozdział 2

Intensywne promienie słońca z całą siłą przedzierały się przez duże, otwarte na oścież okna, ozdobione delikatnymi, białymi firankami. Rozmieszczone z niebywałą dokładnością, pokryte białymi obrusami i udekorowane dzbanuszkiem czerwonych kwiatów stoły sprawiały, że jadalnia Hotelu del Salto była jednym z najprzyjemniejszych i najbardziej przytulnych pomieszczeń w całym budynku. Już o godzinie siódmej rano zaczynali gromadzić się w niej pierwsi goście. Goście, którzy pragnęli rozpocząć dzień wspaniałym, kolumbijskim śniadaniem.

Z wielką radością siadali przy dużych, ciągnących się od podłogi do sufitu oknach, za którymi widać było przestronny taras, a za nim płynący z niebywałą prędkością Wodospad Tequendama. Rzadko kto mógł wyobrazić sobie miejsce lepsze i piękniejsze na wypicie porannej kawy.

— Jeżeli niebo istnieje, to poranek w nim wygląda właśnie tak — mawiali.

Słowa te były prawdziwym balsamem dla uszu Salvadora — młodego kelnera, ubranego w starannie wyprasowane spodnie i białą, zapiętą na wszystkie możliwe guziki koszulę. Obsługa gości była dla niego czymś niezmiernie ważnym. Pracę swoją szanował i przykładał się do niej najlepiej, jak mógł. Niebywała staranność i ogromne przywiązywanie do szczegółów sprawiały, że Salvador był nieco sztywny i ciężko mu się było zrelaksować. Podobnie jak Caterinie.

Ona również zajmowała się hotelem z dbałością przechodzącą wszelkie oczekiwania. Z obawy przed zaniedbaniem czegokolwiek, wydawała się jeszcze bardziej spięta niż kelner. Pod tym względem pasowali do siebie idealnie. Vivian wielokrotnie chwaliła ich za sumienność, ale dawała też do zrozumienia, że z pracy powinni się cieszyć, a nie drżeć ze strachu za każdym razem, gdy popełnili błąd. Z biegiem czasu okazało się jednak, iż poczucie obowiązku było w ich przypadku niereformowalne. Z kolejnych prób uświadamiania ich Vivian w końcu zrezygnowała.

Każdego dnia pojawiała się w jadalni kwadrans przed siódmą. Sprawdzała, czy wszystko było na swoim miejscu i czy mogła zrobić coś jeszcze, by goście czuli się lepiej i bardziej komfortowo. Tego ranka również zeszła na dół jako pierwsza, pomimo że w nocy nie zmrużyła nawet oka. Niepokój i związane z nim obawy okazały się jednak silniejsze od zmęczenia, dlatego też ani przez chwilę nie dała po sobie poznać, że coś poszło nie tak. Kiedy tuż po godzinie siódmej jadalnia zapełniła się gośćmi, Vivian razem z nimi cieszyła się kolejnym rankiem w Hotelu del Salto.

Dyskretnie chodziła pomiędzy stolikami, osobiście nadzorując jakość podawanych dań. Nie straciła dobrego humoru nawet wtedy, kiedy w drzwiach pojawił się on. Kiedy z rękami w kieszeniach przekroczył próg jadalni, kiedy usiadł przy jednym z dwóch wolnych stołów znajdujących się przy kominku i kiedy nie zwracając uwagi na żadnego z przebywających w pomieszczeniu gości, rzucił na obrus telefon, po czym wyniośle spojrzał w jej kierunku. Vivian uśmiechnęła się do siedzącej tuż obok kobiety, grzecznie ją przeprosiła i natychmiast udała się w jego stronę.

— Musimy porozmawiać — powiedziała.

Widząc, że spojrzenie mężczyzny nie zmieniło się ani trochę, kontynuowała tonem grzecznym i jeszcze bardziej opanowanym niż poprzednio.

— Jeden z naszych gości słyszał w nocy huk. Był poważnie zaniepokojony i prosił, żebyśmy to sprawdzili. Jak się domyślasz, nie mogę powiedzieć mu prawdy. Nie będę narażała dobrego imienia hotelu tylko dlatego, że w nocy coś cię dopadło i zrobiłeś to, co zrobiłeś.

— Czego ty właściwie chcesz? — zapytał mężczyzna głośniej, niż wypadało. — Żebym siedział cicho?

Wszystkie oczy zwróciły się w ich kierunku. Dyskretnie, co prawda, ale nie sposób było ich nie zauważyć.

— Posłuchaj, Esteban — rzekła Vivian, szeroko rozstawiając palce i kładąc obie dłonie na stole. — Oboje wiemy, że spotkała cię wielka niesprawiedliwość. Rozumiem to ja i wszyscy, którzy jakimś cudem jeszcze tutaj pracują. Ale to nie usprawiedliwia tego, co zrobiłeś zeszłej nocy. Nie możesz reagować w ten sposób. Nie możesz wyrzucać przez okno wszystkiego, co ma związek z przeszłością.

Mężczyzna pochylił się nad stołem.

— To nie moja wina, że przeszłość ciągle tutaj jest — powiedział, patrząc w jej duże, szeroko otwarte oczy.

Patrzył na nią z pogardą. Z pogardą tak wielką, że nie sposób ją było opisać.

— Wybacz — rzekła ze skruchą. — Nie mogłam się pozbyć tego obrazu.

Nastało milczenie. Milczenie długie i bardzo niewygodne.

— Wyrzuciłam wszystko. Tak, jak o to prosiłeś. Ale kiedy przyszła kolej na obraz, coś się we mnie odezwało. Poprosiłam Rafaela, żeby zaniósł go do pokoju. Do tego, który zawsze stoi pusty. Do głowy mi nie przyszło, że będziesz chciał tam wejść. A już na pewno nie sądziłam, że znajdziesz tam obraz i wyrzucisz go przez okno.

Esteban zaciskał pięść.

— Nie mogłem na niego patrzeć — powiedział w końcu. — Nie mogłem patrzeć na nią. Tak samo jak teraz nie mogę patrzeć na ciebie — dodał, po czym wstał i zaczął iść w kierunku wyjścia.

— Poczekaj — rzekła Vivian, wstając od stołu.

Kiedy zatrzymał się, podeszła bliżej i starając się zachować resztki własnej godności, powiedziała:

— Chciałabym, żebyś poznał gości. Żebyś dowiedział się wszystkiego o hotelu i o tym, jak funkcjonuje. A kiedy uznasz, że jesteś gotowy, wówczas poprowadzimy go razem.

Esteban uśmiechnął się, patrząc na nią z politowaniem.

— Powiedz swoim gościom, żeby się wynosili.

Vivian osłupiała. Ze zdziwienia otworzyła szerzej oczy i rozchyliła pomalowane na mocną czerwień usta.

— I to jak najszybciej — dodał. — Ten przeklęty hotel zostanie zamknięty.

Chowając do kieszeni telefon, odwrócił się i chwilę później znikł jej z oczu. Vivian schowała w dłoniach twarz i głęboko westchnęła. Jej świat właśnie zaczynał się walić.

Nikt nie miał tylu pieniędzy i tylu wpływowych przyjaciół w prowincji Chiapas, w Meksyku, co Fátima Ortega. Pochodząca z jednej z najbogatszych rodzin w kraju, miała zapewnioną przyszłość dla siebie i kilku następnych pokoleń od dnia, w którym przyszła na świat. Prowadząc życie wystawne i pozbawione jakichkolwiek zmartwień, przez większą część roku podróżowała po świecie, regularnie wydając fortunę, która i tak wydawała się nie mieć końca.

Kiedy jeden z bardziej ekscentrycznych przyjaciół opowiedział o bajecznym weekendzie spędzonym w kolumbijskim Hotelu del Salto, Fátima nie musiała zastanawiać się dwa razy. Już następnego dnia spakowała walizki i udała się w samotną podróż do miejsca, które miało jej zapewnić silny przypływ adrenaliny. Takie wakacje bowiem Fátima lubiła najbardziej.

Mając pięćdziesiąt osiem lat i mnóstwo wolnego czasu, życie jej kręciło się wyłącznie wokół planowania coraz to nowszych wypraw. Jak dotąd, nie poznała na swej drodze mężczyzny, który zawróciłby jej w głowie do tego stopnia, by rzuciła się w małżeński wir i zdobyła na odwagę wychowania gromadki dzieci. Kiedy więc okazało się, że jakiś czas temu jej wiek wykluczył już opcję drugą, postanowiła skoncentrować się na tej pierwszej. Ciągle bowiem miała nadzieję, że podczas jednej ze swoich licznych podróży znajdzie w końcu kogoś, kto sprosta jej oczekiwaniom.

Młody, przystojny mężczyzna, który niespodziewanie zawitał tego ranka do jadalni Hotelu del Salto, wydawał się kandydatem godnym największej uwagi. Fátima nie spuszczała z niego oczu od momentu, gdy tylko pojawił się w drzwiach. Widząc chłód i dystans, z jakim potraktował wyraźnie zestresowaną pannę Calderón, natychmiast doszła do wniosku, że tych dwoje znało się już wcześniej i że z całą pewnością wydarzyło się coś, co znacznie ochłodziło ich relacje. Fátima nie byłaby sobą, gdyby zadowoliła się tylko tym, co zobaczyła i usłyszała.

Dlatego też, gdy mężczyzna niespodziewanie opuścił jadalnię, chwilę później opuściła ją również i ona. Postanowiła kuć żelazo póki gorące i wybadać grunt tak szybko, jak było to możliwe. Znalazłszy się w dużym, przestronnym holu, wyraźnie widziała jak mężczyzna szedł w kierunku schodów.

— Señor![1]- zawołała, niemalże biegnąc za nim po marmurowej posadzce.

Esteban de la Hoz, będąc już na schodach, odwrócił się i obojętnie spojrzał w jej kierunku. Jego oczom ukazała się kobieta mająca już swoje lata, o długiej pociągłej twarzy, szerokich, wyraźnie podkreślonych czerwoną szminką ustach oraz długich, ciemnych włosach upiętych wysoko w koński ogon. Ubrana była w długie, zwiewne spodnie w kolorze kremowym oraz białą, równie zwiewną bluzkę, idealnie pasującą do jej ciemnej karnacji.

— Przepraszam, że pana zatrzymuję — zaczęła, podchodząc bliżej schodów. — Tak się składa, że przez przypadek usłyszałam fragment pańskiej rozmowy z Vivian Calderón.

Esteban milczał. Nie był ani trochę zainteresowany tym, co ta kobieta usłyszała ani co w związku z tym zamierzała mu powiedzieć. Chyba tylko przez grzeczność nie odwrócił się i nie zostawił jej za plecami.

— Chodzi o ten obraz — kontynuowała, starając się zabrzmieć co najmniej intrygująco. — Z waszej rozmowy wywnioskowałam, że wcześniej go pan widział.

— A co to ma do rzeczy? — zapytał wyraźnie poddenerwowany.

— Absolutnie nic — stwierdziła Fátima. — Chciałam tylko powiedzieć, że ja też widziałam ten obraz.

I tu Esteban poległ. Zastanawiał się, jakim cudem ta kobieta dostała się do pokoju, który niemal od zawsze stał pusty. Wiedział, że zamknięte pomieszczenia pozostawały zamknięte w każdym tego słowa znaczeniu, a Vivian nie wpuszczała do nich nikogo. Tym bardziej nikogo z gości.

— Gdzie pani widziała ten obraz? — zapytał w końcu.

— Fátima — rzekła z uśmiechem. — Po prostu Fátima.

Esteban uścisnął podaną mu dłoń i w milczeniu czekał na odpowiedź.

— W pokoju na piętrze — odparła. — W tym, który stoi zamknięty, odkąd tu przyjechałam.

— Jak tam pani weszła? To znaczy… Jak się tam dostałaś?

Fátima była szczęśliwa, że zwrócił się do niej po imieniu.

— Wpuściła mnie ta dziewczyna… Jak jej tam… Ta niska, szczupła… Od sprzątania. A tak naprawdę to sama się wprosiłam. Byłam ciekawa, co tam chowają. Sam wiesz… Jeżeli jakiś pokój ciągle jest zamknięty, to warto sprawdzić, dlaczego. Ja przynajmniej miałam wielką ochotę wejść do środka. I weszłam — przyznała z satysfakcją. — Ale w sumie nie znalazłam nic ciekawego. Pokój był pusty. Kompletnie pusty. Stała tam tylko jedna szafa. I całe szczęście, że stała, bo przynajmniej miałam gdzie zajrzeć. Obraz znajdował się w środku. Zdziwiło mnie to, bo niby po co ktoś miałby trzymać obraz w szafie? Równie dobrze mogli powiesić go na ścianie. Tym bardziej, że był to obraz piękny. Czy ty w ogóle go widziałeś? Słyszałam, jak Vivian przepraszała cię, że nie zdążyła go stamtąd zabrać. Pewnie przygotowali dla ciebie pokój, a nie sprzątnęli szafy. No cóż… Czasami tak bywa. Ale widziałam, że mocno cię to rozzłościło — zauważyła z pewnym zaskoczeniem. — Ja na twoim miejscu nie byłabym na nich zła. Możesz po prostu wyjąć ten obraz z pokrowca i powiesić go na ścianie. A jeśli nie chcesz się fatygować, to po prostu oprzyj go o coś i podziwiaj. Przedstawia kobietę — dodała z entuzjazmem. — Niezwykle piękną kobietę. Siedzącą w…

— Widziałem ten obraz — przerwał Esteban. — Ale nie bardzo wiem, do czego ta rozmowa zmierza.

— Tak naprawdę do niczego — przyznała Fátima. — Ale ten obraz mocno mnie zaintrygował. Kiedy usłyszałam, że rozmawiałeś o nim z Vivian, natychmiast sobie o nim przypomniałam. I w sumie pomyślałam, że skoro nikt go nie chce, to może ja mogłabym go kupić.

Esteban uniósł wysoko brwi. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał.

— A tak w ogóle — zaczęła ponownie Fátima — długo zamierzasz się tu zatrzymać?

— Nie — odparł. — Najwyżej dwa dni.

— Szkoda — przyznała.

I nie mogła wówczas nie pomyśleć, że bliższa znajomość z tym człowiekiem raczej nie wchodziła w grę. Dwa dni to zdecydowanie zbyt krótko, aby zacząć rozmawiać o małżeństwie.

— Ale skoro ucięliśmy sobie tak interesującą pogawędkę, to może chociaż zdradzisz mi swoje imię — zagadnęła z wyraźną nadzieją w głosie.

— Esteban — powiedział. — Esteban de la Hoz.

Fátima uśmiechnęła się.

— Nie będę cię dłużej zatrzymywać. Gdyby jednak Vivian znów wspomniała coś o obrazie, przyślij ją do mnie.

Esteban odwrócił się i bez słowa zaczął wchodzić po schodach.

„Co za gbur”, pomyślała Fátima.

Chwilę później słychać już było tupot jej obcasów na marmurowej posadzce. Jedna z najbogatszych kobiet w Meksyku kierowała się właśnie do jadalni. Zamierzała sprawdzić czy Vivian Calderón nadal była obecna wśród gości.

Bez względu na temperaturę, jaka panowała na zewnątrz, każdego dnia po śniadaniu Rogelio Santacruz prosił o przygotowanie dwuosobowego stolika i wystawienie go na taras. To właśnie tam spędzał kolejną godzinę lub dwie, czytając z uwagą El Tiempo i El Espectador[2]. Kiedy kończył lekturę wybranych przez siebie artykułów, dosiadała się do niego Beatriz, by wspólnie patrzeć na płynący w oddali wodospad i cieszyć się wolnym czasem, na który oboje bezsprzecznie zasłużyli. W międzyczasie rozmawiali o tym, co wydarzyło się w domu, w Haciendzie Del Fuerte w Meksyku, a także jak będzie wyglądała pozostała część dnia. Beatriz proponowała zwiedzanie okolicy oraz wyjazdy do sąsiednich miast. Rogelio jednak nie był typem obieżyświata i zdecydowanie wolał spędzać czas w hotelu. Każdego dnia miał zupełnie nowy problem, nad którego rozwiązaniem rozmyślał albo sam, albo w towarzystwie swojej pielęgniarki.

— Ty też słyszałaś ten huk — powiedział, odwołując się do wydarzeń zeszłej nocy.

— Nic nie słyszałam — zaprzeczyła już po raz któryś z kolei Beatriz.

— Oni twierdzą, że to ktoś ze służby trzasnął drzwiami — kontynuował Rogelio. — Ale ja im nie wierzę. Tylko głupiec zaakceptowałby taką wersję.

— Moim zdaniem, jest to całkiem prawdopodobne.

Rogelio położył rękę na stole i zaczął stukać palcami po blacie. Wzrok miał zwrócony w kierunku wodospadu, jak gdyby to w nim szukał wyjaśnienia.

— To nie był huk zamykanych drzwi — powiedział stanowczo. — To był huk spadającego przedmiotu.

— Ojej — wzdrygnęła się Beatriz. — Co ci chodzi po głowie?

— Coś spadło — wyjaśnił, coraz bardziej trzymając się tej wersji. — Albo ktoś — dodał z typową dla siebie powagą.

Beatriz otworzyła szerzej oczy i patrzyła na niego kompletnie zesztywniała. Siedział po drugiej stronie stołu całkowicie wyprostowany, ubrany w swoją ulubioną, czarną koszulę i czarne, dżinsowe spodnie. Ciemne, zaczesane do góry włosy ukazujące wysokie czoło z zakolami, delikatnie kołysały się pod wpływem wiatru. Jego duże, głęboko osadzone oczy wyraźnie wskazywały, że intensywnie o czymś myślał. Kiedy poczuł na sobie przerażony wzrok Beatriz, natychmiast spojrzał w jej kierunku.

— Co jest? — zapytał.

Dziewczyna ocknęła się.

— To straszne, co powiedziałeś — przyznała.

Rogelio uniósł kącik ust na kształt czegoś, co miało przypominać uśmiech.

— Mówię ci tylko, że tak właśnie było — odparł. — Kiedyś ten hotel nie cieszył się dobrą sławą. I mam przeczucie, że dawne dzieje wracają.

— Jakie dzieje? — zapytała zdziwiona.

— Gdybyś więcej czasu poświęcała na analizę miejsca, w którym się znajdujesz, a nie na planowanie wyjazdów po okolicznych wsiach, nie musiałabyś zadawać tego pytania.

Beatriz milczała. Wiedziała, że kąśliwe uwagi Rogelio były głęboko zakorzenione w jego naturze i już dawno zdążyła się do nich przyzwyczaić. Za każdym razem, kiedy chciał jej pokazać, gdzie raki zimują, ona przywdziewała swój pancerz i nie odpowiadała atakiem na atak. Była bowiem pewna, że chwilę później Rogelio ochłonie i zacznie swoje długie wywody.

— Ale powiem ci, o co chodzi — rozpoczął zgodnie z jej przewidywaniami. — Ten budynek został wzniesiony w 1923 roku w okresie prezydentury Pedro Nela. Zaprojektował go niejaki Carlos Arturo Tapias jako symbol elegancji elity z lat dwudziestych XX wieku. Zaraz po otwarciu hotel stał się niezwykle popularny. I przyjeżdżali tu nie tylko Kolumbijczycy, ale i masa turystów z całego świata. Były nawet plany, aby przekształcić go w coś znacznie większego. Gabriel Largacha, architekt, i Domenico Parma, konstruktor, chcieli z niego zrobić osiemnastopiętrowy hotel. Wyobrażasz sobie? Osiemnastopiętrowy hotel na tym ledwo trzymającym się klifie? I to było w 1950 roku. Skompletowali dokumenty, przygotowali projekt budowy, ale ich plany spełzły na niczym.

— Dlaczego? — zapytała Beatriz.

— Ha! — powiedział Rogelio z satysfakcją. — I tu się trzymaj!

Pochylił się lekko nad stołem i zaczął przyciszonym głosem:

— Krążyły głosy, że klif, na którym „wisi” hotel, był popularnym miejscem wśród samobójców, którzy wybierali go na dokonanie swojego ostatniego skoku.

— Rogelio! — krzyknęła Beatriz. — Na litość boską, co ty wygadujesz?

— Hotel pracował coraz słabiej, aż w końcu całkowicie opustoszał w latach dziewięćdziesiątych. Dopiero jakieś szesnaście lat temu kupił go niejaki Esteban de la Hoz. Miał to być jego prezent dla żony. Ale z jakichś powodów po niecałym roku facet się stąd zmył i ślad po nim zaginął. Nikt nie wie, co się z nim stało ani dlaczego opuścił hotel.

— A żona?

— Żona została. I rzeczywiście, zajmowała się hotelem przez długie lata.

— A potem?

— Jakiś miesiąc temu wyskoczyła z okna.

Beatriz drgnęła gwałtownie i aż odskoczyła od pochylonego ku niej Rogelio. On jednak ani trochę nie przejął się jej reakcją.

— Wyskoczyła z okna pokoju. Tego, który znajduje się dokładnie nad moim.

— Dios mio![3] — krzyknęła Beatriz.

— Dlatego w nocy, kiedy usłyszałem ten huk, pomyślałem, że ktoś może poszedł w jej ślady.

— Przestań!

— Albo że to jej duch wrócił i postanowił wyskoczyć jeszcze raz.

— Dosyć tego! — zawołała Beatriz. — Robisz to celowo!

Rogelio roześmiał się. A potem śmiał się do rozpuku przez kilkanaście kolejnych sekund. Kiedy skończył, spojrzał na Beatriz rozbawiony.

— To wcale nie było zabawne — powiedziała. — Nie powinieneś straszyć mnie w ten sposób.

Jego mina nagle spoważniała.

— Ale to prawda — stwierdził. — Zastanawia mnie jeszcze ta głowa.

— Głowa? — zapytała, sztywniejąc po raz kolejny.

— Tak — potwierdził. — Ta, którą każdej nocy widzę w lustrze.

Po tych słowach odblokował koła wózka, na którym siedział, i podjechał nieco bliżej barierki.

— Co za wspaniałe miejsce — powiedział, zamykając oczy i wsłuchując się w szum Wodospadu Tequendama.

[1] (hiszp.) Proszę pana!

[2] Kolumbijskie gazety ukazujące się codziennie.

[3] (hiszp.) Boże mój!

Rozdział 3

Po wczorajszej ulewie nie pozostał nawet ślad. Tuż przed godziną dwunastą droga ponownie była sucha i całkowicie przejezdna. Tonące w promieniach południowego słońca klify wyglądały tak samo majestatycznie z tarasu Hotelu del Salto, jak i z niewielkiego parkingu znajdującego się tuż przed budynkiem. Stojący przy samochodzie Rafael nie miał jednak czasu na podziwianie krajobrazów. W przeciągu zaledwie dwóch kwadransów musiał dokładnie umyć pojazd i doprowadzić go do stanu niemalże idealnego. Panna Calderón wyraźnie powiedziała, że o wpół do pierwszej udadzą się do miasta po zapasy żywności, a zaraz potem na dworzec, by odebrać przybywającego z daleka turystę. Jako że punktualność ceniła sobie bardzo, Rafael zamierzał dołożyć wszelkich starań, aby z powierzonego mu zadania wywiązać się jak najlepiej. I wszystko zapewne poszłoby po jego myśli, gdyby nie fakt, że kwadrans po dwunastej drzwi wejściowe hotelu otworzyły się, a chwilę później ukazał się w nich nie kto inny, jak sam Esteban de la Hoz.

Trzymając obie ręce w kieszeniach, powolnym krokiem zbliżał się do zaparkowanej tuż przy barierce toyoty. Widząc zaangażowanie, z jakim Rafael wycierał przednie szyby, nie odezwał się przez kilka kolejnych sekund. Dopiero kiedy zadowolony z siebie kierowca odwrócił się i wyraźnie zaskoczony zrobił krok w tył, Esteban powiedział chłodno:

— Za dwa dni odwieziesz mnie na lotnisko. Będziesz mi potrzebny od ósmej do szesnastej. Przed wylotem muszę jeszcze coś załatwić.

Rafael stanął nieruchomo. Jego małe, szare oczy patrzące zza równie małych, prostokątnych oprawek nie ukrywały zaskoczenia. Usta rozchyliły się, lecz chwilę później zamknęły, jak gdyby chciały przywołać całość do porządku.

— Lo que Usted diga, señor[1] — odpowiedział.

Czuł jednak, że ton jego głosu nie był taki, jak zawsze. Nie był to typowy, grzeczny ton posłusznego kierowcy. Rafael sam słyszał w nim pewnego rodzaju sprzeciw i zupełnie nie wiedząc, jak ukryć kłębiące się w nim emocje, po prostu milczał.

Esteban stał naprzeciw i patrzył na niego w skupieniu.

— Jakiś problem? — zapytał.

Rafael chrząknął i speszony odwrócił wzrok.

— Jak widać, już pan zdecydował.

Nie czuł się upoważniony do wyrażania jakiejkolwiek opinii.

— Owszem — przyznał Esteban. — Po moim wyjeździe hotel zostanie zamknięty.

Rafael opuścił głowę. W blasku ostrego, południowego słońca jego siwe włosy wyglądały jak białe, a czasami tak, jakby w ogóle ich nie było.