Powrót Diabła z Camarro - Isabel Guerra - ebook
Opis

Po kilku latach życia poza prawem brazylijska dziennikarka Denise Filippi Ferreira decyduje się na powrót do kraju, w którym po raz pierwszy poznała, czym było prawdziwe piekło. Tam jednak przeszłość dociera do niej szybciej, niż by się tego spodziewała. Zostaje odnaleziona przez człowieka, który zmusza ją do powrotu na wyspę oraz do ponownego wkroczenia do świata pełnego krwi, okrucieństwa i wiecznego życia poza prawem. Do świata zwanego piekłem Diabła z Camarro.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 262

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Isabel Fuentes Guerra

Powrót Diabła z Camarro

FotografIsabel Fuentes Guerra

© Isabel Fuentes Guerra, 2017

© Isabel Fuentes Guerra, fotografie, 2017

Po kilku latach życia poza prawem brazylijska dziennikarka Denise Filippi Ferreira decyduje się na powrót do kraju, w którym po raz pierwszy poznała, czym było prawdziwe piekło. Tam jednak przeszłość dociera do niej szybciej, niż by się tego spodziewała. Zostaje odnaleziona przez człowieka, który zmusza ją do powrotu na wyspę oraz do ponownego wkroczenia do świata pełnego krwi, okrucieństwa i wiecznego życia poza prawem. Do świata zwanego piekłem Diabła z Camarro.

ISBN 978-83-8104-166-9

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Rozdział 1

Burza rozpętała się wczesnym popołudniem. Zegar na pustej ścianie wskazywał szóstą dwadzieścia pięć, a porywisty wiatr niosący obfite opady deszczu nie ustawał ani na chwilę. W pokoju słychać było jedynie świst uderzającego o szyby powietrza oraz dźwięk rozbijających się o parapet kropli. Posępna melodia jesiennej burzy rozbrzmiewała w całej swej okazałości. Na wąskiej, ociekającej wodą Via Quattro Novembre nie widać było żywej duszy. Dzielnica Gardolo tonęła w smutku i kroplach jesiennego deszczu.

Foyer della Gioventù[1], położony na samym końcu jednej z bocznych ulic, nie różnił się niczym od innych, stojących tuż obok domów. Był to skromny, dwupiętrowy budynek o dużej ilości okien. Mało kto wiedział, że właśnie tutaj mieszkało trzydziestu afrykańskich imigrantów, którzy dzięki stypendiom naukowym przyznawanym corocznie przez włoski rząd, mogli rozpocząć studia w europejskim kraju. Oprócz obywateli Republiki Kongo, Etiopii oraz Wybrzeża Kości Słoniowej, grono hostelu zasilał mongolski chemik Undrakh oraz kolumbijska pasjonatka historii sztuki Lorena Velázquez. Ci ostatni zdecydowali się na takie, a nie inne zakwaterowanie z kilku prostych powodów.

Po pierwsze, dzielnica Gardolo miała doskonałe połączenie komunikacyjne z samym centrum Trydentu. Po drugie, okolica pełna była cudzoziemców pochodzących z najbardziej odległych części świata, dzięki czemu nie czuli się zupełnie wyobcowani. Co więcej, Foyer della Gioventù oferował przyzwoite warunki po bardzo przystępnej cenie. W związku z tym, bez chwili wahania postanowili wynająć dwuosobowy pokój z przynależną do niego łazienką i niewielkim aneksem kuchennym.

Ostatnie dwa lata swojego życia Lorena Velázquez spędziła w niespokojnym, przeludnionym i wiecznie zakorkowanym Bangkoku. Przez jakiś czas pracowała jako przewodnik w Muzeum Kamieni Rzadkich w prowincji Pathum Thani. To właśnie tam poznała młodego, ambitnego chemika, który przybył do Tajlandii w celach naukowych. Przypadkowe spotkanie bardzo szybko przerodziło się w zażyłą znajomość, a ta z kolei w płomienny romans. Żadne z nich nie przypuszczało, iż związek ten przetrwa tak długo. Inne spojrzenie na świat oraz niezbiegające się w żadnym punkcie plany na przyszłość nie mogły stanowić fundamentu do stworzenia czegoś bardziej stabilnego. Seks jednak zrobił swoje i ku zaskoczeniu obojga, kwitnące życie erotyczne było wystarczającym powodem do tego, aby spakować walizki i razem szukać szczęścia gdzie indziej. Tym oto sposobem dwudziestego czwartego października o piątej po południu wylądowali na lotnisku w Weronie.

— Byłaś tu kiedyś? — zapytał Undrakh, wsiadając do taksówki.

— Tak — rzekła Lorena.

— To dziwne — stwierdził. — Nigdy o tym nie mówiłaś.

Dla niej jednak nie było w tym nic dziwnego. Rzadko kiedy ze sobą rozmawiali. Jeżeli akurat nie uprawiali seksu, każde z nich zajmowało się własnymi sprawami. Wiedzieli o sobie niewiele i może właśnie dlatego ich namiętność płonęła równie intensywnie, co pierwszego dnia.

— Jedźmy już — nalegała.

Samochód ruszył z miejsca. Taksówkarz dyskretnie spojrzał w lusterko, instynktownie kierując wzrok na ponętne usta siedzącej z tyłu pasażerki.

Port lotniczy Fiumicino przeżywał prawdziwe oblężenie. Pomimo iż nie był to środek sezonu, wszystkie terminale pękały w szwach. Ludzie niczym mrówki biegali od jednej bramki do drugiej, ciągnąc za sobą wypchane po brzegi walizki, które jakimś cudem musieli później wepchnąć do schowka umieszczonego nad głową pasażera. Dziesięć kilogramów zwiniętych w rulonik ciuchów mogło być idealnym rozwiązaniem dla zwiedzających Watykan turystów, ale na pewno nie dla kogoś, kto przyleciał do Rzymu w interesach.

Charles van der Sar miał ze sobą starannie spakowany bagaż, który podczas każdej podróży zawierał dokładnie to samo: gazety na temat ostatnich skandali politycznych, poufne raporty dotyczące funkcjonowania największych domów aukcyjnych we Włoszech, 20-calowy tablet oraz paczkę herbatników. Pozostałe kilkanaście kilogramów rzeczy nie zawsze osobistych pakował do dużej, czarnej walizki, którą oddawał w ręce wypudrowanych i wymalowanych niczym modelki na wybiegu pań przy stanowisku check-in. Pomimo że linie lotnicze All`Italia wydawały się działać dla dobra pasażerów, nikt nie był w stanie zagwarantować, że jego bagaż bezpiecznie dotrze do celu. Patrząc na niezbyt rozgarnięte twarze pracowników naziemnych, van der Sar nie miał wątpliwości, iż jego walizkę przerzucali ludzie nieodpowiedzialni i zupełnie nieświadomi rzeczywistości, w jakiej żyli. Był to jednak jedyny sposób na dyskretne przemycenie kilku wartościowych dzieł sztuki, które tuż po zakupieniu zwijał w rulonik, a następnie upychał pod bardziej obszernymi swetrami.

Jako właściciel kilkunastu galerii oraz największego na Sycylii domu aukcyjnego Lesotho, dbał o interesy najlepiej, jak potrafił. Doskonała znajomość rynku historii sztuki oraz niebywałe zdolności negocjacyjne wystarczyły, aby rozpocząć współpracę z najbardziej wpływowymi kolekcjonerami we Włoszech.

Pomimo że praca pochłaniała zdecydowanie większą część jego życia, na bieżąco śledził posunięcia militarne w zaangażowanych w wojnę krajach, jak również skandale oraz wydarzenia polityczne mające większy lub mniejszy wpływ na kształtowanie się nowej władzy przemysłowej na świecie. Pośród niezliczonych obowiązków i zainteresowań, Charles van der Sar znajdował jednak czas, aby być człowiekiem i otoczyć opieką małego, wiecznie głodnego kundla o imieniu Shadow.

Obaj mieszkali w dużej, otoczonej bujną roślinnością willi przy Via Bernini 56 w Palermo, którą na co dzień zajmowały się dwie spokrewnione ze sobą kobiety niewiadomego pochodzenia. Zgodnie podawały się za żony marokańskich biznesmenów, którzy handlowali na Sycylii afrykańskimi tkaninami. Wszystko jednak wskazywało na to, iż kobiety wraz z innymi, nielegalnymi imigrantami przypłynęły z Tunezji na uginającej się pod ludzkim ciężarem łodzi, cudem dobiły do brzegu Lampedusy, a następnie z pomocą od lat działającego na wyspie tunezyjskiego gangu zostały przetransportowane do Palermo. Tam z kolei w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach dostały się pod skrzydła jednej z bardziej zamożnych rodzin w mieście, która zatrudniła je w roli gospodyń na ponad cztery lata. Niespodziewany wyjazd do Argentyny zmusił rodzinę do porzucenia kilkupiętrowej willi przy Via Vittorio Emanuele i opuszczenia kraju na bliżej nieokreślony czas. Jedyne, co mogli zrobić, to zarekomendować gospodynie komuś takiemu jak Charles van der Sar, który był legendą samą w sobie.

Kiedy dziesięć lat temu po raz pierwszy pojawił się w Palermo, nikt nawet nie przypuszczał, że ten nieznany nikomu historyk z Kapsztadu osiągnie jakikolwiek sukces. Wiara we własne możliwości, ale przede wszystkim w ludzką głupotę sprawiła, że w przeciągu czterech lat dorobił się fortuny, której nawet najbardziej wpływowi ludzie interesu mogli mu pozazdrościć. Handlując dziełami sztuki najwyżej notowanych artystów na rynku, wzmacniał swoją pozycję z każdym mijającym rokiem. Po Sycylii krążyły głosy, że to on napędzał handel dziełami sztuki, wychowując nowe pokolenie kolekcjonerów. Jego wybrańcami stawali się głównie młodzi, zadufani w sobie ludzie interesu, którzy byli gotowi wydać fortunę po to tylko, aby zabłysnąć w towarzystwie i pochwalić się kolejnym, wartym miliony obrazem zdobytym na ostatniej aukcji. Podczas gdy mocno rozbudowane już grono klientów wzbogacało swoje kolekcje, on polował na coraz większe ryby. Sięgając do kieszeni urzędujących w Rzymie polityków, zyskiwał nie tylko kolejnych wielbicieli własnego talentu, ale również pośredników, którzy nieświadomie otwierali mu wrota do innych, niewyobrażalnie większych interesów.

Pasażerowie podróżujący do Palermo zaczęli ustawiać się przy bramce. Van der Sar skorzystał z wejścia dla klientów biznesowych i szybkim krokiem wszedł na pokład samolotu. Za niecałą godzinę miał wylądować na lotnisku Punta Raisi. Jak dotąd, wszystko przebiegało zgodnie z planem.

Contrada Fulgatore, położona w prowincji Trapani w pobliżu autostrady A29, nie różniła się niczym szczególnym od innych, sycylijskich miasteczek. Liczyła niewiele ponad tysiąc mieszkańców, których głównym źródłem utrzymania były coroczne zbiory winogron, oliwek oraz owoców cytrusowych. Praca w pocie czoła stanowiła tu podstawowy element codziennej egzystencji. Miejscowa ludność, tak bardzo pochłonięta licznymi obowiązkami, nie przywiązywała zbyt dużej wagi do przyjeżdżających z zewnątrz mieszkańców wielkich miast, którzy coraz częściej nabywali porzucone niegdyś domostwa, by w krótkim czasie przeistoczyć je w opływające luksusem wille.

Nikt zatem nie był specjalnie zaskoczony, kiedy dwa lata temu jeden z porzuconych domów w Contrada Fulgatore trafił w ręce człowieka, o którym wiedziano tylko tyle, że prowadził hodowlę dzików. Zakupiona przez niego posiadłość znajdowała się daleko od głównej drogi, a dotarcie tam było bardziej skomplikowane, niż dojazd do samego Trapani.

Nikt z miejscowej ludności tak naprawdę nie wnikał, w jaki sposób odmienił ten duży, od dawna porzucony dom ukryty na wzniesieniu pośród drzew oliwkowych. Posiadłość była otoczona wysokim murem, który szczelnie odgradzał ją od świata zewnętrznego. Jedynie miejscowi pastuszkowie słyszeli, jak wczesnym rankiem z wnętrza dobiegały męskie głosy, a wieczorem rozbrzmiewała muzyka. Żaden z nich jednak nie był na tyle ciekawy, aby podejść bliżej i zobaczyć, co kryło się za wiecznie zamkniętą bramą. Wiele już w swoim życiu widzieli, ale bez względu na okoliczności, wierzyli w prawdziwość sycylijskiego przysłowia: “Cu k surdu, orbu e ta‘ci, campa cent’anni ‘mpaci.”[2]

Tej samej zasady trzymała się również grupa mężczyzn pilnujących posiadłości po drugiej stronie bramy. Uzbrojeni w karabiny maszynowe, dzień i noc krążyli po dużym, pustym placu otaczającym dom. Kilku z nich, należących do najbardziej zaufanych ludzi, poruszało się po terenie posiadłości jedynie z berettą w kaburze. To oni pilnowali porządku, przyjmowali polecenia z góry i wydawali rozkazy podległym sobie żołnierzom. Wszyscy jednak, bez względu na funkcję pełnioną w rodzinie, byli podporządkowani woli jednego człowieka. Człowieka, który po wydarzeniach sprzed dwóch lat awansował z pozycji nieznanego nikomu asa na stanowisko przywódcy kolumny, a niewiele ponad rok później wszyscy zwracali się do niego per generale[3]. Był to dowód uznania za wierność, odwagę i posłuszeństwo. Dzisiaj Vito Basile posiadał własną armię, którą po odpowiednim przygotowaniu oddawał do dyspozycji Wielkiej Rodziny. Contrada Fulgatore stała się więc ukrytą bazą, działającą wyłącznie na jego zasadach.

Nie ulegało wątpliwości, iż był on jednym z najmocniejszych i najbardziej obiecujących ogniw w prowincji Trapani. Zupełnie nieznany przedstawicielom prawa, funkcjonujący pod własnym imieniem i nazwiskiem jako właściciel jednej z największych w okolicy hodowli dzików, stanowił idealną przykrywkę dla dynamicznie rozwijających się interesów. Dyskrecja i sprawność działania, które były widoczne przy każdej realizowanej przez niego akcji, stworzyły z niego człowieka o najwyższym poziomie zaufania.

Vito Basile znał swoją rolę jak mało kto. Większość poleceń przychodzących z góry trzymał wyłącznie dla siebie, a wykonującym rozkazy żołnierzom przekazywał tyle, ile uważał za słuszne. Wiedzieli o tym wszyscy i w bardzo krótkim czasie przestali zadawać pytania, na które i tak nie otrzymaliby odpowiedzi.

Dnia dwudziestego pierwszego listopada o czwartej piętnaście nad ranem Vito Basile niespodziewanie opuścił dom. Kiedy wsiadł do stojącej na podwórzu czarnej hondy accord, strzegący posiadłości żołnierze bez słowa otworzyli bramę. Większość z nich jeszcze długo patrzyła, jak pędzący wśród tumanów kurzu samochód zmierzał w kierunku lotniska.

Valerio Montesano siedział za biurkiem w małym, zadymionym pomieszczeniu i nie odrywał wzroku od leżącego na blacie kilkunastostronicowego raportu. Był to wynik wielu nieprzespanych nocy oraz ciężkiej pracy, którą on, początkujący agent Antymafijnego Centrum Dowodzenia, wykonał wraz z komisarzem Antonio Ferrante. Obaj dołożyli wszelkich starań, aby ustalić tożsamość nowego przywódcy jednej z panujących na Sycylii organizacji mafijnych.

Po tragicznej śmierci dotychczasowego bossa — Vincenzo Bellomo, rodzina sprawująca rządy w prowincjach Enna i Caltanissetta borykała się z wieloma problemami. Nikt nie był w stanie przewidzieć, jak potoczą się jej dalsze losy, jako że Vincenzo Bellomo nie zostawił godnego siebie następcy. Ojcowie Wielkiej Rodziny intensywnie przymierzali się do podziału terytorium, aby jak najszybciej ustalić nowy porządek i stłumić pierwsze bunty wśród żołnierzy. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że być albo nie być rodziny Bellomo zostało niemalże przesądzone. Wierni swoim zasadom generałowie do ostatniej chwili walczyli o to, aby przetrwać. Dniami i nocami szukali rozwiązania, które byłoby w stanie zagwarantować im jeszcze jedną szansę. Szansę na utrzymanie dotychczasowej pozycji oraz sprawowanie władzy na niezmienionym terytorium. Tego typu żądania byłyby całkowicie niedorzeczne, gdyby nie fakt, że generałowie rodziny Bellomo mieli w rękawie niepodważalną kartę. Tą kartą był nikt inny jak sam Francesco di Salvo.

Czterdziestosiedmioletni chemik z Mazara del Vallo, od lat będący prawą ręką Vincenzo Bellomo, wtajemniczony we wszystkie interesy prowadzone na terenie obu prowincji, wydawał się być kandydatem wartym poważnego rozpatrzenia. Przez wielu uważany za nieudacznika i skończonego idiotę, miał do zaoferowania coś, obok czego żaden szanujący się boss nie przeszedłby obojętnie. Lata spędzone przy boku Bellomo nauczyły go nie tylko prowadzenia interesów, ale również, a może przede wszystkim, bycia człowiekiem honoru. Pomimo wielu dolegliwości, na jakie cierpiał przez całe swoje życie, rozum i język miał zawsze na właściwym miejscu. Co więcej, był niewątpliwie najlepszym i najbardziej doświadczonym chemikiem na wyspie, obok czego, bez względu na wszystkie za i przeciw, Wielka Rodzina nie mogła przejść obojętnie.

Dwa tygodnie po śmierci Vincenza Bellomo miała zostać podjęta ostateczna decyzja. Decyzja wydająca wyrok na osieroconą rodzinę Enny i Caltanissety. Decyzja, na którą czekali wszyscy.

Kto krew niewinną przelewa, własną krwią za nią płaci. A kto umiera, umiera na zawsze, by żywi mogli działać w spokoju. Kiedy jedna rodzina traci honor, traci go bezpowrotnie. W jej miejsce może wejść druga po to tylko, by błędy przeszłości naprawić — głosiło czwarte przykazanie Wielkiej Rodziny.

Francesco di Salvo wiedział, że teraz wszystko zależało od niego. Przedstawiwszy niezwykle racjonalny plan swoich działań, złożywszy przysięgę wierności i posłuszeństwa, w milczeniu czekał na werdykt. Po długich i burzliwych obradach w opuszczonej chacie przy wjeździe do Montevago, została podjęta decyzja o przyjęciu di Salvo do kręgu wybranych. Jako nowy, samodzielnie działający przywódca wziął na swoje barki odpowiedzialność za wszystkie winy przeszłości. Winy, za które sam jeden musiał odpokutować. Zrobienie czystki we własnej rodzinie należało do zadań najtrudniejszych. Wyrok śmierci, jaki wydał na ponad czterdziestu najbardziej zaufanych ludziach, był niezbitym dowodem na to, że przeszłość pozostała przeszłością, a życie rozpoczynało się na nowo. Otrzymał pozwolenie na stworzenie własnej, samodzielnie działającej rodziny na terenie Enny i Caltanisetty. Wszystkie podejmowane przez niego decyzje miały jednak pozostać pod kontrolą Wielkiej Rodziny, która bacznie przyglądała się jego najmniejszym nawet ruchom.

— O czym tak myślisz, Vale? — zapytał komisarz Ferrante, znienacka wchodząc do biura.

Agente[4] Montesano poderwał się z miejsca i stanął niemalże na baczność.

— Komisarzu — powiedział z szacunkiem.

— Jakieś wieści? — zapytał Ferrante.

— Jeszcze nie. Marineve przypływa za pół godziny.

— Port obstawiony?

— Tak. Wszyscy na swoich miejscach.

— Ja też tam jadę. Ty obserwuj nagrania z kamer i nie przeocz żadnego szczegółu — powiedział Ferrante, w pośpiechu opuszczając biuro.

Znany ze swojej wysokiej klasy, transportujący samochody pasażerskie w obrębie Morza Śródziemnego statek Marineve, miał przybić do portu w Palermo kwadrans po godzinie osiemnastej. Sześcioosobowa squadra[5]komisarza Ferrante zajęła wyznaczone wcześniej stanowiska, szykując się do planowanej od kilku godzin akcji. Wiadomość o znajdującym się na pokładzie pokaźnym arsenale broni dotarła do Antymafijnego Centrum Dowodzenia na krótko przed zakończeniem pory obiadowej. Działający w ukryciu informator komisarza Ferrante doniósł, że ponad dwieście sztuk broni krótkiej ukryto w drewnianych ramach przewożonej na statku kolekcji dzieł sztuki. Pomimo że z początku wiadomość ta została przyjęta dość sceptycznie, potraktowano ją tak samo poważnie jak wszystkie inne informacje przychodzące w najmniej oczekiwanym momencie. Kilka minut po godzinie osiemnastej Marineve powoli zaczął wpływać do portu. Podczas gdy sześciu członków squadrykomisarzaFerrantebacznie obserwowało, jak kilkadziesiąt ton stali płynęło w ich kierunku, agent Montesano uważnie śledził obraz rejestrowany przez pięć zamontowanych na terenie portu kamer. Jeden podejrzany ruch kogokolwiek znajdującego się w obrębie statku mógł doprowadzić do nagłej interwencji oraz niepotrzebnego rozlewu krwi. Stawka była wysoka.

— Okolica czysta — przekazał Montesano.

— Biały fiat ducato — powiedział Ferrante. — Gdy tylko opuści statek, wkraczamy do akcji.

Po dwóch minutach oczom wszystkich ukazała się duża, biała furgonetka wyjeżdżająca z promu.

— Teraz! — krzyknął komisarz.

SquadraAntymafijnego Centrum Dowodzenia w jednej sekundzie znalazła się przy rampie, uniemożliwiając kierowcy wjazd na teren portu.

— Fermo, polizia![6]— krzyczał Ferrante.

Zgodnie z przewidywaniami, furgonetka gwałtownie przyspieszyła, planując szaleńczą ucieczkę w kierunku Via Messina Marine. Wystarczyły jednak dwa strzały w tylne opony, by całkowicie unieruchomić zataczający się pojazd. Oszołomiony kierowca furgonetki poddał się bez podejmowania kolejnych prób ucieczki, co umożliwiło zakończenie akcji w przeciągu kilku następnych sekund.

— Nie ma rannych — przekazał Montesano. — Żadnych podejrzanych ruchów w okolicy.

Trzymając pistolet tuż przy karku kierowcy, komisarz Ferrante nakazał natychmiastowe otwarcie tylnych drzwi furgonetki. Pozostali członkowie squadryasekurowali akcję, spodziewając się kolejnych, nieprzewidywalnych ruchów mężczyzny. Istniało również ryzyko, że w środku, oprócz pokaźnej kolekcji dzieł sztuki oraz ukrytej w niej broni krótkiej, mogła znajdować się niespodzianka w postaci uzbrojonych po zęby współorganizatorów przemytu. Ku zaskoczeniu wszystkich, wewnątrz samochodu nie było nikogo. Komisarz Ferrante niezwłocznie przystąpił do kontroli opartych o ściany i zabezpieczonych specjalną folią dzieł sztuki. Rzeczywiście, wszystkie obrazy posiadały duże, drewniane ramy.

— Co w nich jest? — zapytał Montesano.

— Un cazzo — odparł Ferrante. — Non c`è un cazzo![7]

[1] Hostel młodzieżowy.

[2] (syc.) Kto głuchy, ślepy i niemy, dożyje stu lat w spokoju.

[3] (wł.) Generał — jedna z najbardziej liczących się pozycji w hierarchii mafijnej.

[4] (wł.) Agent.

[5] (wł.) Zespół.

[6] (wł.) Stój, policja!

[7] (wł.) Ni chuja… Ni chuja, nic tu nie ma!

Rozdział 2

Castello del Buonconsiglio był niewątpliwie jedną z największych atrakcji turystycznych Trydentu. Usytuowany przy Via Bernardo Clesio, otwarty we wszystkie dni tygodnia z wyjątkiem poniedziałków, przyciągał tłumy wypoczywających w okolicy gości. Wśród nich niejednokrotnie znajdowali się prawdziwi pasjonaci historii, gotowi zapłacić każdą cenę za obejrzenie kamiennych murów tej trzynastowiecznej budowli. Ogromnym zainteresowaniem cieszyła się najstarsza część zamku — Castelvecchio, zdominowana przez wysoką, cylindryczną wieżę.

To właśnie tam Lorena Velázquez miała swój skromny, wyposażony w jedno biurko i jedno krzesło pokój, w którym spędzała nieliczne, kilkuminutowe przerwy w ciągu dnia. Kiedy trzy tygodnie temu została przyjęta do zamku w roli przewodnika, ani przez chwilę nie miała wątpliwości, iż praca ta przyniesie jej upragniony spokój. Nerwowe życie w Bangkoku powoli i skutecznie wysysało z niej ostatnie pokłady energii, tłumiąc ten silny, nieposkromiony charakter, który kształtowała przez całe swoje życie. Wszystko jednak wskazywało na to, że nadeszły chwile wytchnienia. Chwile pozbawione lęku, niepewności i walki o przetrwanie. Chwile, które pozwalały zaczerpnąć oddech i cieszyć się nim od początku do końca. Zarówno ona jak i Undrakh, zasługiwali na drugą szansę od życia. Życia razem lub osobno. To bez znaczenia.

— Stoi przy wschodniej ścianie — powiedział nagle kobiecy głos.

Lorena uniosła głowę.

— Che dici?[1] — zapytała.

Wysoka, szczupła kobieta o długich, ciemnych włosach i niezwykle znudzonym wyrazie twarzy wykonała dziwny ruch głową, po czym odezwała się niechętnie:

— Jakiś facet. Stoi przy wschodniej ścianie. Chce, żebyś oprowadziła go po zamku.

— Ja? — zapytała Lorena zaskoczona.

— Tak, ty. Idź już.

Kobieta najwyraźniej nie miała ochoty na dalsze wyjaśnienia. Korzystając z okazji, usiadła na stojącym przy biurku krześle, wyjęła z kieszeni lusterko i zaczęła obserwować swój długi, wypudrowany nos, który drgał podejrzanie za każdym razem, kiedy mu się przyglądano. Nie chcąc wprawiać nosa koleżanki w jeszcze większe zakłopotanie, Lorena oddaliła się, zmierzając ku wschodniej ścianie zamku. To dziwne, że ktoś zapytał właśnie o nią. W przeciągu trzech tygodni oprowadziła już wielu turystów, ale nie sądziła, by którykolwiek z nich wrócił po to, by zobaczyć to samo miejsce raz jeszcze. Przez chwilę myślała, że to Undrakh zrobił jej niespodziankę. Skorzystał z przerwy obiadowej i przejechał pół Trydentu, aby dotrzymać jej towarzystwa.

„Miło z jego strony”, pomyślała.

Rzadko kiedy robili sobie niespodzianki. Bo niby po co? Żadne z nich nie miało ochoty bawić się w romantyczne podchody, które tak naprawdę do niczego nie prowadziły, a jedynie nasilały irytację i utwierdzały w przekonaniu jak beznadziejny jest świat zakochanych. Oboje woleli bardziej praktyczne rozwiązania. Potrzeby seksualne zaspokajali wtedy, gdy mieli na to ochotę, nie domagając się czułych słówek ani zapewnień o wiecznej miłości. Każde z nich żyło w swoim własnym świecie, tworząc wokół niego powłokę, do której mieli dostęp tylko nieliczni.

Jak na koniec listopada, dzień był ciepły i przyjemny. Promienie słońca intensywnie ogrzewały zamkowe podwórze, które od rana do wieczora wypełniali zmęczeni zwiedzaniem turyści. Lorena wyszła na zewnątrz, kierując się ku wschodniej ścianie. Ubrana w białą, muślinową bluzkę, długą do kolan spódnicę i czarną, skórzaną marynarkę, pewnym krokiem mijała grupy rozentuzjazmowanych turystów robiących sobie zdjęcia na tle cylindrycznej wieży. Już z oddali dostrzegła postać opartego o ścianę mężczyzny, który odwrócony do niej plecami patrzył na przybitą do muru tablicę.

— Buongiorno[2] — powiedziała z uśmiechem. — Lorena Velázquez, do usług.

Nieznajomy odwrócił się. Nie mówiąc ani słowa patrzył, jak stojąca przed nim kobieta ze zdziwienia rozchyliła usta i w stanie bardzo dalekim od opanowania przyglądała się jego surowej, spalonej słońcem twarzy. Ona z kolei czuła, jak zimny dreszcz powoli, lecz intensywnie przeszywał jej ciało, paraliżując wszystkie nerwy po kolei. Pośród oblewających jej twarz promieni słońca starała się ukryć strach, który całkowicie zdominował jej umysł.

Nie przypuszczała, że ten dzień kiedykolwiek nadejdzie. Że jeszcze kiedyś stanie przed obliczem człowieka tak bardzo powiązanego z tą ciemną, lecz ani na chwilę nie zapomnianą częścią jej życia. Życia pełnego błędów, impulsów i nieprzemyślanych decyzji. Do tej pory trzymała się myśli, że ich potajemne spotkania były niczym innym jak tylko krótkim epizodem, który rozpoczął się i zakończył niezależnie od ich woli. Tymczasem Vito Basile stał tutaj, naprzeciw niej. Oziębły, niedostępny, przepełniony tą samą nieufnością, co dwa lata temu, kiedy po raz pierwszy spotkali się na ulicach Palermo.

— Denise Filippi Ferreira — powiedział ostrym, wręcz zastraszającym tonem.

Lorena czuła, jak jej nogi uginały się pod ciężarem własnego imienia. Imienia, które raz na zawsze powinna była wymazać z pamięci po to, aby przeżyć. Pamiętała, jak w blasku zachodzącego słońca przyjmowała swoją nową tożsamość, gwarantującą jej życie bezpieczne, spokojne, nieskażone jakimikolwiek powiązaniami ze światem przestępczym.

— Denise Filippi Ferreira morta è[3] — powiedział tamtego dnia poszukiwany przez pół Sycylii Diabeł z Camarro, przekazując jej plik zaklejonych w kopercie dokumentów.

To miał być sekret. Ich sekret. Sekret, którego oboje zobowiązali się dochować aż do śmierci. Niedługo potem jego słowa okazały się wyrocznią. Nikomu nieznana dziennikarka Denise Filippi Ferreira odeszła ze świata jako ofiara morderstwa dokonanego z zimną krwią w Faraglioni di Scopello. Morderstwa, które było wyrokiem za jej upór, odwagę i chęć ujawnienia prawdy. Przyjmując z rąk Diabła paszport Loreny Velázquez, kartę kredytową ze stoma tysiącami euro oraz bilet lotniczy do Tajlandii, zdołała uciec przed wyrokiem, jaki wydali na nią członkowie pedofilskiego klubu Cappuccetto Rosso.

Niedługo po przylocie do Bangkoku dowiedziała się o rzeźni, jakiej dokonał Diabeł z Camarro na cmentarzu w Partannie, jak również o jego natychmiastowym zatrzymaniu przez grupę uzbrojonych policjantów. Kilka tygodni później całe Włochy dobiegła szokująca wiadomość o tragicznym pożarze w więzieniu Ucciardone, w którym największy sycylijski boss spłonął żywcem wraz z kilkunastoma innymi skazańcami.

— To zemsta familii Bellomo — krążyły głosy.

Wiadomość ta dotarła do Denise poprzez internetową wersję Corriere della Sera. Stało się to w dniu, kiedy o mały włos sama nie straciła życia pod kołami rozpędzonej motorikszy. Wtedy właśnie odniosła wrażenie, jak gdyby wszystko to, co robiła do tej pory, straciło jakikolwiek sens. Jej życie w Tajlandii nagle wydało się absurdem, a świadomość ukrywania się przed zboczeńcami z Cappuccetto Rosso sprawiła, że czuła odrazę do samej siebie. Zrozumiała, jak wielkim była tchórzem i jak wielki błąd popełniła. Niemalże natychmiast spakowała walizki, by zaraz potem wsiąść do taksówki i pojechać na lotnisko Suvarnabhumi. Ściskając w ręku bilet do Palermo wiedziała, że czas powrócić do gry. Że jej miejsce nie było gdzieś na drugim końcu świata w Azji, lecz na niespokojnych, tryskających krwią ulicach Sycylii. To tam pragnęła wrócić i na nowo stać się kimś, kim była naprawdę. Dziennikarką. Dziennikarką odważną, nie znającą żadnych granic i gotową do największych poświęceń. Pragnienie to stało się tak żywe i tak silne, że nic nie było w stanie jej powstrzymać.

Dopiero gdy stojąca przy bramce Tajka przedarła kartę pokładową i poprosiła o przejście w głąb korytarza, Denise ogarnęło jakieś dziwne przeczucie. Przeczucie, które kazało jej zrobić krok wstecz i nie wchodzić na pokład samolotu. Głęboko w jej umyśle głośno i wyraźnie rozbrzmiewały ostatnie słowa Diabła:

— Z piekła możesz wyjść tylko raz. Kiedy tu wrócisz, najpierw cię zabiją, a potem będą sądzić. Wybierając dzień powrotu, wybierz go mądrze, by nie był on twoim ostatnim.

Czas, jaki spędziła z Diabłem z Camarro, nauczył jej jednej, ważnej rzeczy: jakkolwiek absurdalne mogłoby wydawać się to wszystko, co mówił, należało tego słuchać. Słuchać uważnie i ze zrozumieniem. Życie bowiem nieraz pokazało, że miał rację. Gdyby posłuchała go wtedy, kiedy był na to czas, jej życie dzisiaj wyglądałoby inaczej. Nadal byłaby robiącą karierę dziennikarką Denise Filippi Ferreira, widywałaby matkę dwa razy w roku i jeździłaby po świecie z własnym paszportem w kieszeni. Tymczasem tkwiła w Bangkoku pod fałszywym nazwiskiem, pracowała jako przewodnik w Muzeum Kamieni Rzadkich i miała się na baczności za każdym razem, gdy widziała faceta ze spluwą. A on… Skończył jeszcze gorzej niż ona. Ścigany niczym zwierz, a potem spalony żywcem we własnej celi, został pochowany na jakimś pustkowiu, które Corriere della Sera nazwało po prostu un secco pezzo di terra[4].

— Sà-baai dee măi?[5] — zapytała Tajka, patrząc na pasażerkę.

— Sà-baai dee[6] — rzekła Denise, oddalając się od bramki.

Zaraz potem zmieszała się z tłumem biegających po terminalu Azjatów, a kwadrans później siedziała już w taksówce zmierzającej do dzielnicy Dusit. Był to jedyny moment słabości, który zawładnął jej umysłem do tego stopnia, że straciła kontrolę nad własnymi czynami. Nigdy później nie myślała już o tym, by powrócić na Sycylię. Los jednak sam zadbał o to, aby ta część jej życia przypadkiem nie została zapomniana.

Vito Basile nieruchomym wzrokiem patrzył, jak stojąca przed nim dziewczyna biła się z własnymi emocjami, próbując ukryć strach, niepewność i bezradność wobec zaistniałej sytuacji.

— Znów się spotykamy — powiedział chłodno, jak gdyby była to największa kara w jego w życiu.

— Che vuoi?[7]— zapytała Denise, najwyraźniej podzielając jego odczucia.

— Przyjechałem po ciebie — wyjaśnił.

Nastała cisza. Oboje stali w bezruchu i patrzyli na siebie, jak gdyby za chwilę mieli stoczyć pojedynek na śmierć i życie.

— Co to znaczy? — zapytała.

— To znaczy, że pojedziesz ze mną.

— Niby dokąd?

— Dowiesz się po drodze.

Denise zdobyła się na skąpy, ironiczny uśmiech. Nie miała ochoty na żarty, a już na pewno nie w obecności kogoś, kto najchętniej zabiłby ją na miejscu. Bo przecież tego chciał. Dwa lata temu to on najbardziej domagał się jej śmierci, nieustannie podkreślając zagrożenie, jakie stanowiła dla Diabła i całej rodziny Lo Presti.

— Idziemy — powiedział ostro.

Nie wyglądał na kogoś, kto żartował.

— Zamierzasz mnie porwać? — zapytała, patrząc na wystającą zza paska berettę.

— To nie jest konieczne. Pojedziesz z własnej woli.

— Bo ty mnie o to prosisz?

— Bo on o to prosił — odparł Basile.

Denise zamilkła. Analizowała w myślach to, co przed chwilą usłyszała, lecz nie dochodząc do żadnych, logicznych wniosków, zapytała wprost:

— O czym ty mówisz?

Basile po raz pierwszy ruszył się z miejsca i stanął tak blisko niej, że czuła na twarzy jego oddech.

— Przed pożarem w Ucciardone napisał, że jeżeli cokolwiek mu się stanie, mam cię sprowadzić do Camarro.

— Mnie? — zapytała zdziwiona. — Po co?

— Na jego grób.

Denise czuła, jak zimny dreszcz, którego doznała na początku rozmowy z Basile, przemienił się nagle w oszalałą falę ciepła. Ciepła, które niosło ze sobą strach, zwątpienie, ale i jakąś dziwną, wyraźnie odczuwalną tęsknotę. Tęsknotę za człowiekiem, o którym zapomnieć nie mogła i który odszedł z jej życia tak samo niespodziewanie, jak się w nim pojawił. Stojąc naprzeciw Vito Basile i patrząc w jego zimne, pozbawione jakichkolwiek emocji oczy, była niemalże pewna, iż zastawiono na nią pułapkę. Pułapkę, w którą miała wejść z własnej, nieprzymuszonej woli. Z drugiej jednak strony, jeżeli rzeczywiście takie było ostatnie życzenie Diabła? Jeżeli rzeczywiście chciał, aby choć raz pojawiła się na jego grobie?

— Jedźmy — powiedziała w końcu.

Mężczyzna nie odpowiedział.

— Wezmę dokumenty i za dziesięć minut spotkamy się przy bramie — dodała.

— Poczekam tutaj — powiedział chłodno.

Nie przywiązując wagi ani do jego słów, ani tym bardziej do tego, co wkładał do prawej kieszeni, Denise odgarnęła do tyłu włosy i mijając roześmianych turystów, udała się w stronę cylindrycznej wieży.

RestauracjaLo Strascino, usytuowana w Palermo przy Viale Regione Siciliana, była niewątpliwie ulubionym miejscem spotkań jednego z najbardziej wpływowych biznesmenów w prowincji, Simone Luigi Finocchiaro. Działający od lat na rzecz familii Lo Presti, ściśle współpracujący przy transporcie broni i narkotyków, służył jako przykrywka do wszelkich interesów większego ryzyka prowadzonych w północnej części wyspy. Jako człowiek żyjący na określonym poziomie, lubił wszystko to, co wiązało się z luksusem: rozrywkę, kobiety i wykwintne jedzenie. Restauracja Lo Strascino zapewniała co prawda wykwintne jedzenie, jednak rozrywka i piękne kobiety musiały tymczasowo odejść na drugi plan. Nic tak bowiem nie podnosiło ciśnienia jak filiżanka espresso w towarzystwie pewnego siebie i gotowego do rozmowy na każdym poziomie Charlesa van der Sar. Krążyły głosy, że wrócił do Palermo kilka godzin temu. Nie było więc zaskoczeniem, iż pierwsze swoje kroki skierował tutaj, aby w wielkim stylu odebrać to, co do niego należało.

— Trzysta tysięcy euro — powiedział Finocchiaro, kładąc na stole walizkę.

Van der Sar błyskawicznie oszacował jej zawartość, po czym wyjął z kieszeni kawałek papieru i zapisał na nim szereg cyfr.

— Tutaj przelejesz resztę — powiedział, rzucając kartkę na stół.

— Jaką u diabła resztę? — zapytał Finocchiaro.

— Pozostałe sto tysięcy.

Van der Sar miał do siebie to, iż nigdy nie liczył się z nikim. Postępował wbrew jakimkolwiek normom prowadzenia interesów, nie respektował wcześniej ustalonych zasad, a końcową cenę wyznaczał według własnego uznania. Pomimo że większość działających na terenie Palermo biznesmenów najchętniej omijałaby go szerokim łukiem, wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, iż lepiej stać po jego stronie, niż po przeciwnej. Człowiek ten był nieobliczalny, gotowy do podejmowania najbardziej brutalnych kroków. Być może właśnie dlatego w bardzo krótkim czasie stał się głównym celem familii Lo Presti, która takich ludzi jak on wciągała w swe szeregi niemalże natychmiast. Ścisła współpraca z Vito Basile umożliwiała mu poruszanie się po rynku z niekontrolowaną swobodą. Miał przyzwolenie na podejmowanie wszelkich, niezbędnych kroków, mających na celu pomyślne zakończenie wspólnych interesów. Nic więc dziwnego, że siedzący naprzeciw niego Finocchiaro kipiał niczym wulkan szykujący się do wyplucia potężnych pokładów lawy.

— Nie dam czterystu tysięcy — powiedział oburzony. — Te obrazy są nic nie warte.

— Doprawdy? — zapytał van der Sar. — A od kiedy to jesteś znawcą sztuki?

— Nie taka była umowa. Kazałeś mi kupić ciężarówkę z gromadą falsyfikatów. Zrobiłem to, aby chronić twój tyłek i żeby gliny dostały przynętę.

— Poszło według planu. Jak zawsze. Gliny rzuciły się na obrazy, a broń przeszła niezauważona.

— Gdzie ją schowałeś?

— W skrzynkach z rybami. Kilku naszych rozładowało kutry i zabrali, co potrzeba.

— Śmierdząca sprawa. Ty zrobiłeś swoje, a ja lada dzień będę miał na karku gliny. Muszę jeszcze zrobić coś z tymi obrazami.

— Sprzedasz je i zarobisz drugie tyle. A teraz rób przelew, bo nie mam czasu.

— Sei impazzito?[8] Mam go zrobić teraz?

Van der Sar nie odpowiedział. Zdjął okulary i powolnym ruchem zaczął je przecierać dolną częścią koszuli. Finocchiaro wiedział, że musi się spieszyć. Że miał zaledwie kilka sekund na podjęcie ostatecznej decyzji. Że milczący van der Sar był bardziej niebezpieczny od jakichkolwiek pogróżek i że wyrok praktycznie wisiał w powietrzu. Wszyscy bowiem wiedzieli, że jego decyzje były tożsame z decyzjami familii Lo Presti. A z tymi, rzecz jasna, nikt już nie zamierzał dyskutować. Ostudzony takim obrotem sprawy Finocchiaro wyjął z kieszeni telefon i zaczął wprowadzać zapisane na kartce cyfry.

— Poszło — powiedział z grymasem niezadowolenia.

Otrzymawszy potwierdzenie dokonanej operacji, van der Sar wyłączył tablet i zrobił pierwszy łyk gorącego jeszcze espresso.

— Możesz iść — odezwał się po chwili.

Finocchiaro odetchnął z ulgą. Najwyraźniej podjął właściwą decyzję i tym samym ocalił skórę. Z ludźmi takimi jak on należało postępować ostrożnie. Nie mieli bowiem żadnych skrupułów, żadnych zasad moralnych, a już na pewno żadnej odpowiedzialności wobec danego wcześniej słowa. Finocchiaro dziwił się, że Vito Basile tolerował w swoim otoczeniu człowieka, który panoszył się po wyspie bez żadnej kontroli i decydował o wszystkim di testa sua[9]. Familia Lo Presti zawsze bowiem otaczała się ludźmi, dla których wartość słowa była wartością najwyższą. Ludźmi, którzy od lat prowadzili interesy wysokiego ryzyka bez konieczności wchodzenia w relacje z kimś takim jak Charles van der Sar.

Finocchiaro podniósł się z miejsca i otrzepał z pyłu dolną część marynarki.

— Salutamo[10] — dodał, a następnie ruszył w kierunku wyjścia.

Nie zauważył, jak chwilę później siedzący przy stole mężczyzna wykonał twierdzący ruch głową, ani jak dwóch podejrzanie wyglądających typów znalazło się tuż za jego plecami. Gdy tylko opuścili lokal, dał się słyszeć przeraźliwy, męski krzyk, który zaraz potem ucichł wśród kilkunastu wystrzałów z broni dużego kalibru.

— Nie znoszę widoku krwi na posadzce — skomentował van der Sar, dopijając espresso.