178 osób interesuje się tą książką

Opis

Posępne, złowrogie torfowiska niczym sceneria z najlepszych powieści gotyckich oraz poczucie grozy, które towarzyszy czytelnikowi od pierwszej do ostatniej strony książki.

Osiem lat wcześniej wybitny antropolog sądowy – David Hunter – był członkiem ekipy dochodzeniowej, która prowadziła śledztwo w sprawie serii okrutnych morderstw.

Schwytany wtedy mężczyzna przyznał się do zbrodni. Nie odnaleziono jednak zwłok ofiar, choć podejrzewano, że mogły być zakopane na odludnych wrzosowiskach Dartmoor w Anglii.

Po latach koszmar zaczyna się od nowa. Psychopatyczny seryjny morderca ucieka z więzienia i zamierza dopaść tych, którzy dawniej uczestniczyli w śledztwie przeciw niemu i doprowadzili go przed oblicze sprawiedliwości.

Doktor Hunter – pogrążony w osobistej tragedii – znów znajduje się w epicentrum wydarzeń. Zdaje sobie sprawę, że prawda o głośnej sprawie sprzed lat jest zupełnie inna, niż się wydaje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 382

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

PROLOG

Jeden. Dwa. Osiem.

Wielokrotności rozpadu materii. W takim właśnie stosunku rozkładają się wszystkie organizmy, duże i małe. Na powietrzu, w wodzie, w ziemi. Przy takim samym klimacie dekompozycja zwłok zanurzonych w wodzie trwa dwa razy dłużej niż pozostawionych na wierzchu. Pod ziemią – osiem razy dłużej. Jeden, dwa, osiem. Prosta formuła, nieuchronna prawda.

Im głębiej coś pogrzebane, tym dłużej trwa w stanie nienaruszonym.

Zakop zwłoki, a pozbawisz do nich dostępu padlinożerne owady żywiące się martwym mięsem. Mikroorganizmy, które w normalnych warunkach strawiłyby miękką tkankę, nie mogą się obejść bez powietrza, a chłodna izolacja w postaci ciemnej ziemi dodatkowo ogranicza postęp rozkładu. Reakcje biochemiczne, które w zwykłych okolicznościach doprowadziłyby do rozpadu komórek, są spowolnione z powodu niższej temperatury. Proces, który w innej sytuacji zająłby dni lub tygodnie, może się ciągnąć miesiącami. Latami nawet.

Czasem jeszcze dłużej.

Pozbawione światła, powietrza i ciepła, zakonserwowane zwłoki trwają prawie w nieskończoność. W kokonie z zimnej gleby pozostają w stanie bliskim zastoju, obojętne na zmianę pór roku.

A jednak prawo przyczyny i skutku ma tutaj zastosowanie jak wszędzie indziej. Podobnie jak w świecie przyrody nic nie ulega całkowitemu unicestwieniu, w tym wypadku nic nigdy nie jest w pełni utajnione po wsze czasy. Bez względu na to, jak głęboko umarli leżą w ziemi, wciąż dają nam odczuć swoją obecność. Jeden. Dwa. Osiem.

Nic nie pozostaje w ukryciu na zawsze.

OSIEM LAT WCZEŚNIEJ

Rozdział 1

Jak nazwisko?

Twarz policjantki wyrażała chłód w podwójnym sensie tego słowa. Kobieta miała zarumienione, spierzchnięte policzki. Gęsta mgła skraplała się na jej obszernej żółtej kurtce, spowijała wszystko wokół jak osiadająca chmura. Funkcjonariuszka przyglądała mi się z nieskrywaną niechęcią, jakbym to ja był odpowiedzialny za fatalną pogodę i za to, że sterczymy pośrodku wrzosowiska.

– Doktor David Hunter. Nadinspektor Simms mnie oczekuje.

Zerknęła z wahaniem na podkładkę i uniosła krótkofalówkę do ust.

– Mam tu kogoś, kto chce się widzieć z oficerem prowadzącym. Jakiś Hunter.

– Doktor Hunter – poprawiłem ją.

Jej spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości, że ma to gdzieś. Z radia dobiegły trzaski, po czym jakiś głos powiedział coś niewyraźnie. Nie poprawiło to jej nastroju. Patrząc krzywo, odsunęła się na bok, aby mnie przepuścić.

– Niech pan jedzie prosto. Tam, gdzie stoją samochody.

– Dziękuję pani uprzejmie – burknąłem, ruszając dalej.

Rzeczywistość za przednią szybą okrywał mglisty całun, którego postrzępione fragmenty unosiły się i opadały, odsłaniając na moment ponure mokre wrzosowiska, po czym znów otulając moje auto niczym biała pierzyna. Kawałek dalej, na płaskim skrawku łąki, znajdował się prowizoryczny policyjny parking. Jeden z funkcjonariuszy zamachał do mnie ręką, wskazując wolne miejsce. Podjechałem tam, czując, jak mój citroen podskakuje na wybojach.

Zgasiłem silnik i przeciągnąłem się w fotelu. To była długa podróż bez odpoczynku. Zniecierpliwienie i ciekawość przeważyły nad chęcią zrobienia postoju po drodze. Simms nie przekazał mi przez telefon zbyt wielu szczegółów, wiedziałem tylko, że w Dartmoor odnaleziono szczątki ludzkie; miałem być obecny przy ekshumacji. Wyglądało to na jedną z rutynowych spraw, do których wzywano mnie kilka razy w roku. Jednak w świetle wydarzeń z ostatniego roku słowa „Dartmoor” i „morderstwo” były synonimem jednego człowieka.

Jerome’a Monka.

Monk był seryjnym mordercą i gwałcicielem, który przyznał się do zabicia czterech kobiet. Trzy z nich były właściwie dziewczynami, a ich zwłok nigdy nie odnaleziono. Pomyślałem, że jeśli w tym grobie leży ciało jednej z nich, to jest spora szansa, że pozostałe też znajdziemy w tej okolicy. Byłaby to największa operacja tego typu w ostatnich dziesięciu latach.

Zdecydowanie chciałem wziąć w tym udział.

– Wszyscy sądzą, że on właśnie tam zakopuje ofiary – powiedziałem do swojej żony Kary, krzątającej się w kuchni tego ranka, gdy szykowałem się do wyjazdu. Już od roku mieszkaliśmy w wolno stojącym wiktoriańskim domu w południowo-wschodniej części Londynu, ale wciąż pytałem ją, gdzie znajdują się konkretne rzeczy. – Dartmoor to rozległy teren, nie wydaje mi się jednak, żeby było tam pogrzebanych dużo innych zwłok.

– David… – mruknęła, zerkając wymownie na naszą córkę Alice, która właśnie jadła śniadanie,

– Przepraszam – szepnąłem, krzywiąc się.

Zazwyczaj byłem na tyle rozsądny, że w obecności naszej pięcioletniej córki nie wspominałem o makabrycznych aspektach swojej pracy, ale tym razem podekscytowanie wzięło górę.

– Co to są fiary? – spytała Alice, unosząc do buzi łyżkę jogurtu i marszcząc w skupieniu brwi.

To było teraz jej ulubione jedzenie, bo uznała, że jest za duża, aby ciągle wcinać kaszkę.

– Chodzi o to, co robię w pracy – odparłem z nadzieją, że to zaspokoi jej ciekawość.

Zdąży jeszcze dowiedzieć się, że życie ma także ciemne strony.

– A dlaczego są zakopane? Nie żyją?

– Słoneczko, kończ śniadanie – wtrąciła się Kara. – Tata musi już iść, a ty chyba nie chcesz spóźnić się na zajęcia?

– Kiedy wrócisz? – spytała Alice, patrząc na mnie.

– Zanim się obejrzysz. – Pochyliłem się i uniosłem ją do góry. Miała cieplutkie i niedorzecznie lekkie ciałko, a mimo to wciąż odczuwałem zaskoczenie, że jest taka namacalna w porównaniu z niemowlęciem, którym była jeszcze nie tak dawno temu. Czy dzieci zawsze tak szybko dorastają? – Będziesz grzeczna, gdy tata pojedzie do pracy?

– Zawsze jestem grzeczna – odparła oburzona.

Wciąż trzymała w dłoni łyżeczkę, z której właśnie spadła kropla jogurtu prosto na moje notatki leżące na stole.

– Ojejku – westchnęła Kara, oddarła kawałek ręcznika papierowego i wytarła kartkę. – Będzie plama. Mam nadzieję, że to nie są ważne dokumenty.

Alice zrobiła boleściwą minę.

– Przepraszam, tatusiu.

– Nic się nie stało. – Pocałowałem ją i posadziłem z powrotem. Zgarnąłem kartki. Pierwsza z nich kleiła się od jogurtu. Wcisnąłem wszystkie do papierowej teczki i odwróciłem się do żony. – Lecę.

Kara odprowadziła mnie do holu, gdzie czekał na mnie spakowany bagaż. Objąłem ją. Jej włosy pachniały wanilią.

– Zadzwonię, gdy już będę wiedział, jak długo tam zostaję. Mam nadzieję, że tylko kilka dni.

– Jedź ostrożnie.

Oboje przywykliśmy już do moich częstych wyjazdów. Byłem jednym z niewielu antropologów sądowych, więc do moich obowiązków należało zjawianie się wszędzie tam, gdzie odnajdywano zwłoki. W ostatnich latach wysyłano mnie do różnych miejsc w Wielkiej Brytanii, a także za granicą. Owszem, dość posępna robota, ale ktoś musiał ją wykonywać, a ja byłem dumny ze swych umiejętności i coraz większej zawodowej reputacji.

To wszystko miało jednak złą stronę. Rozłąka z żoną i córką była zawsze bolesna, nawet jeśli trwała tylko parę dni.

Wysiadłem z samochodu i ostrożnie stanąłem na mokrej trawie. Pachniało wilgocią, wrzosem i spalinami. Wyciągnąłem z bagażnika jednorazowy kombinezon trzymany w pudle z całym kompletem odzieży ochronnej. Policja zazwyczaj zapewniała kombinezony, ale wolałem mieć własny. Zasunąłem zamek błyskawiczny i wziąłem aluminiową walizkę ze sprzętem. Do niedawna zadowalałem się sfatygowanym neseserem, ale Kara przekonała mnie, że powinienem wyglądać jak zawodowy konsultant policyjny, a nie jak komiwojażer.

Jak zwykle miała rację.

Gdy przeciskałem się między zaparkowanymi radiowozami, nadjechał samochód. Jaskrawożółta karoseria powinna była wcześniej zwrócić moją uwagę, ale za bardzo skupiłem się na przygotowaniach. Nagle usłyszałem głos:

– Udało ci się trafić?

Odwróciłem się i zobaczyłem dwóch mężczyzn wysiadających z auta. Jeden z nich był niski i miał wyrazistą twarz. Nie znałem go, znałem za to jego młodszego towarzysza. Wysoki i przystojny, sprawiał wrażenie pewnego siebie sportowca: szerokie bary i swobodna postawa. Terry Connors. Nie sądziłem, że go tutaj spotkam, a jednak powinienem był się zorientować, gdy zobaczyłem samochód. Efekciarskie mitsubishi, jego duma i radość. Wyróżniało się wśród nijakich radiowozów.

Uśmiechnąłem się, mimo że jak zwykle wzbudzał we mnie mieszane uczucia. Dobrze zobaczyć znajomą twarz w całej tej bezosobowej policyjnej machinie, chociaż nasze relacje zawsze były dość napięte.

– Nie wiedziałem, że włączono cię do śledztwa – mruknąłem, gdy podeszli bliżej.

Terry wyszczerzył się w uśmiechu, zaciskając zęby na obowiązkowej gumie do żucia.

Schudł trochę, odkąd widziałem go ostatni raz, więc kwadratowa szczęka stała się bardziej wydatna.

– Jestem zastępcą oficera prowadzącego. Jak myślisz, kto mu o tobie powiedział?

Wciąż się uśmiechałem. Gdy poznałem Terry’ego, pracował w dochodzeniówce policji metropolitalnej, ale spotkaliśmy się z innych powodów. Jego żona Deborah trafiła do tej samej kliniki położniczej co Kara. Szybko się zaprzyjaźniły. Za to ja i Terry na początku traktowaliśmy siebie z pewną nieufnością. Oprócz pracy zawodowej niewiele nas łączyło. On był ambitnym człowiekiem, sportowcem uwielbiającym współzawodnictwo, więc służba w policji stanowiła kolejne pole do rywalizacji. Jego pewność siebie i rozdęte ego były czasem drażniące, ale włączył mnie do paru dobrze prowadzonych przez siebie śledztw, a to przysłużyło się nam obu.

Przed rokiem zaskoczył wszystkich swoim odejściem z policji metropolitalnej. Nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego to zrobił. Mówiło się, że Deborah chciała być bliżej swojej rodziny w Exeter, ale w przypadku tak ambitnego faceta jak Terry porzucenie ostrego życia w Londynie dla Devonu było niezrozumiałym krokiem na ścieżce kariery.

Ostatni raz widzieliśmy się tuż przed ich przeprowadzką. Poszliśmy we czworo na kolację, ale było drętwo. Przez cały wieczór między Terrym a jego żoną panowało z trudem skrywane napięcie, więc poczułem ulgę, gdy spotkanie dobiegło końca.

Po przenosinach Deborah i Kara bez przekonania starały się utrzymać kontakt, więc ich relacje osłabły, a ja od tamtej pory ani razu nie widziałem Terry’ego.

Najwyraźniej jednak radził sobie dobrze, skoro współprowadził ważne śledztwo. Sądziłem, że takim dochodzeniem powinien pokierować ktoś wyższy rangą. Zapewne Terry działał pod dużą presją, więc może nic dziwnego, że stracił trochę kilogramów.

– Właśnie się zastanawiałem, skąd Simms o mnie wie.

Byłem wprawdzie oficjalnym współpracownikiem policji, jednak większość zleceń otrzymywałem dzięki rekomendacji. Miałem nadzieję, że tej konkretnej roboty nie zawdzięczam Terry’emu.

– Zrobiłem ci dobrą reklamę, nie zepsuj tego.

Pohamowałem przypływ irytacji.

– Postaram się.

Terry wskazał kciukiem mężczyznę stojącego obok.

– Śledczy Roper. Bob, to David Hunter, antropolog, o którym ci mówiłem. O rozkładających się trupach usłyszysz od niego więcej, niżbyś chciał.

Niższy mężczyzna uśmiechnął się do mnie. Miał pożółkłe od tytoniu wystające zęby i bystre oczy, którym niewiele umykało. Skinął mi głową na powitanie, a ja wyczułem silną woń taniej wody po goleniu.

– Ta sprawa panu podpasuje – powiedział przez nos, z silnym miejscowym akcentem. – Zwłaszcza jeśli to to, o czym myślimy.

– Na razie nic nie wiemy – wtrącił Terry. – Idź się rozejrzeć, Bob. Chcę chwilę pogadać z doktorem.

Polecenie zabrzmiało prawie opryskliwie. Roper przymknął groźnie oczy, ale wciąż się uśmiechał.

– Jasne, szefie.

Terry popatrzył za nim z kwaśną miną.

– Uważaj na niego. To przydupas Simmsa. Drapałby go po jajach, żeby mu tylko sprawić przyjemność.

Wyglądało na to, że między tymi dwoma jest jakiś konflikt, ale Terry zawsze zadzierał z ludźmi. Nie zamierzałem mieszać się do osobistych wojenek między policjantami.

– Czy w sprawie tych zwłok są jakieś hipotezy?

– Raczej nie. Wszyscy sądzą po prostu, że to robota Monka.

– A ty jak uważasz?

– Nie wiem. Właśnie dlatego cię ściągnęliśmy. Musimy mieć pewność. – Wziął głęboki oddech; wydawał się spięty. – Dobra, chodź, tędy. Simms już tam jest, nie każmy mu czekać.

– Co to za człowiek? – spytałem, gdy ruszyliśmy ścieżką w kierunku przyczep i kontenerów.

– Skurwiel bez poczucia humoru. Lepiej go nie wkurzać. Ale trzeba mu przyznać, że ma łeb na karku. Wiesz, że to on prowadził tamto pierwsze śledztwo?

Kiwnąłem głową. Simms rozsławił swoje nazwisko w poprzednim roku jako człowiek, który posadził Monka za kratkami.

– Tak. To chyba mu nie zaszkodzi w karierze.

– Można tak powiedzieć – odparł Terry. Wydawało mi się, że słyszę gorycz w jego głosie. – Podobno ma widoki na zastępcę komendanta głównego za kilka lat. Ta sprawa może o tym przesądzić, więc będzie chciał wyników.

„Nie tylko on”, pomyślałem, zerkając na Terry’ego. Biła od niego wyczuwalna niespokojna energia, ale nic dziwnego, skoro współprowadził śledztwo w tak głośnej sprawie.

Dotarliśmy do kontenerów. Zostały ustawione obok ścieżki, która biegła od drogi. Pomiędzy nimi wiły się długie czarne kable, a w zamglonym powietrzu czuć było woń spalin z warkoczących agregatów. Terry przystanął obok mobilnego centrum dowodzenia.

– Simms jest przy zwłokach – oznajmił. – Jak wrócę na czas, to będziesz mógł mi postawić drinka.

– Nie idziesz ze mną? – spytałem zdziwiony.

– Nie. Każdy grób jest taki sam. – Próbował powiedzieć to nonszalanckim tonem, ale niezbyt mu wyszło. – Wpadłem tylko po papiery, czeka mnie jeszcze długa droga.

– Dokąd?

Postukał się palcem w bok nosa.

– Później się dowiesz. Życz mi powodzenia.

Wszedł po stopniach do przyczepy. Zastanawiałem się, do czego potrzebne Terry’emu szczęście, ale cóż, miałem ważniejsze sprawy na głowie niż jego gierki.

Odwróciłem się i rozejrzałem po wrzosowisku.

Przede mną rozpościerał się jałowy pejzaż spowity mgłą. Żadnych drzew, gdzieniegdzie tylko ciemny gąszcz ciernistych krzewów. Była wczesna wiosna i brunatne paprocie wyrastały już pośród wrzosów, kamieni i gęstej szorstkiej trawy. Teren widziany od strony drogi opadał, po czym wznosił się łagodnie. Trzysta metrów dalej był zwieńczony formacją skalną, o której wspomniał Simms.

Czarny Twardzielec.

W Dartmoor były bardziej imponujące twardzielce – zwietrzałe skały wystające z wrzosowisk jak zęby – ale to szeroka sylwetka Czarnego na tle nieba najbardziej zapadała w pamięć. Stał na niskiej skarpie: przysadzista wieżyca, jakby zdziecinniały olbrzym ułożył w stertę płaskie kamienie. Nie był czarniejszy od innych, więc może nazwa wzięła się od jakiejś mrocznej historii związanej z tym miejscem. Brzmiała idealnie, bo złowieszczo, była chwytliwa dla mediów.

Tym bardziej jeżeli Jerome Monk urządził tam cmentarzysko.

Po telefonie Simmsa poszperałem w internecie, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o tej sprawie. Historia Monka była wyśnionym marzeniem każdego dziennikarza. Odmieniec, samotnik, kłusownictwem i kradzieżą dorabiał do lichej pensji dorywczego robotnika. Sierota – matka umarła przy porodzie, wskutek czego niektóre tabloidy uznały ją za jego pierwszą ofiarę. Często nazywano go Cyganem, choć wcale nim nie był. Co prawda większość życia spędził w przyczepie w okolicach Dartmoor, ale miejscowa wspólnota nomadów odrzuciła go tak samo jak reszta społeczeństwa. Był nieprzewidywalny i skłonny do przerażających aktów przemocy. Jego osobowość odzwierciedlała jego fizjonomia.

Jeśli ktoś pasował do roli psychopatycznego mordercy, to właśnie Monk.

Nienaturalnie silny, wyglądał niemal groteskowo, jak wybryk natury. Fotografie i nagrania z procesu sądowego przedstawiały ogromnego mężczyznę o łysej czaszce przypominającej kulę armatnią i ponurych wyrazistych rysach twarzy. Czarne oczy połyskiwały jak u lalki nad ustami ciągle wykrzywionymi w pogardliwym uśmiechu. Jeszcze bardziej niepokojące wrażenie sprawiała wgłębiona skroń, jakby ktoś wielgachnym kciukiem wgniótł bryłę gliny. To był upiorny widok, bo wydawało się, że takie zniekształcenie głowy powinno spowodować śmierć.

Szkoda, że nie spowodowało – uważała większość ludzi.

Szokowały nie tylko same zbrodnie, choć one by wystarczyły. Najgorsza była sadystyczna przyjemność, którą odczuwał Monk, wybierając bezbronne ofiary z okolic Dartmoor. Pierwsza, Zoe Bennett, śliczna czarnowłosa siedemnastolatka, pragnęła zostać modelką, lecz pewnego wieczoru nie wróciła do domu z klubu nocnego. Trzy dni później zniknęła druga dziewczyna.

Lindsey Bennett, siostra bliźniaczka Zoe.

Wtedy rutynowe poszukiwania zaginionej osoby trafiły na pierwsze strony gazet. Nie było wątpliwości, że oba porwania są sprawką tego samego człowieka. Gdy w koszu na śmieci znaleziono torbę Lindsey, prysła wszelka nadzieja, że siostry żyją, a opinia publiczna zawrzała. Strata jednej córki to wielki ból dla rodziców. Ale dwóch córek? W dodatku bliźniaczek?

Zniknięcie Tiny Williams, ładnej dziewiętnastolatki o kruczoczarnych włosach, nieuchronnie wywołało falę fałszywych donosów i panikę. Przez moment wydawało się, że jest konkretny trop – biały sedan był widziany przez świadków i zarejestrowany przez kamery przemysłowe w okolicy, gdzie przebywały Lindsey Bennett i Tina Williams.

Wtedy Monk dopadł czwartą kobietę i już na zawsze przypieczętował swój status potwora w oczach społeczeństwa. Dwudziestopięcioletnia Angela Carson była starsza od poprzednich ofiar. W przeciwieństwie do nich nie była też ładną brunetką. Zachodziła jeszcze jedna istotna różnica.

Angela Carson była głuchoniema.

Później sąsiedzi relacjonowali, jak Monk śmiał się w głos, gwałcąc i katując kobietę na śmierć w jej mieszkaniu. Kiedy wezwani na miejsce policjanci ze służby patrolowej wyważyli drzwi, ujrzeli go zakrwawionego i oszalałego nad zwłokami w zdemolowanej sypialni. Funkcjonariusze byli mężczyznami dużej postury, pobił ich jednak do nieprzytomności, po czym przepadł w objęciach nocy.

Rozpłynął się jak kamfora.

Mimo największej obławy w dziejach Wielkiej Brytanii nie natrafiono na ślad Monka. Ani bliźniaczek Bennett czy Tiny Williams. Jedynym tropem były szczotka do włosów i szminka Zoe, odnalezione pod przyczepą, w której mieszkał zabójca. Udało się go dopaść dopiero po trzech miesiącach; zauważono go przy drodze w sercu Dartmoor. Brudny i cuchnący, nie stawiał oporu podczas zatrzymania ani nie zaprzeczał stawianym oskarżeniom. Na procesie przyznał się do popełnienia czterech morderstw, nie chciał jednak ujawnić, co zrobił ze zwłokami zaginionych kobiet.

Zabójca wylądował za kratkami, więc sprawa przycichła, a trzy młode kobiety uznano za kolejne ofiary, których los pozostał nierozwikłaną zagadką.

Być może wkrótce miało się to zmienić.

Na ponurym wrzosowisku prężył się niczym latarnia morska jasnoniebieski policyjny namiot. Znajdował się z grubsza w połowie drogi między drogą a twardzielcem, dość blisko łączącej je wyboistej ścieżki. Stałem przez chwilę w mżawce, wciągając w płuca ziemistą woń mokrego torfu, zastanawiając się, co zobaczę w środku.

Następnie ruszyłem w kierunku namiotu.

Rozdział 2

Od połowy ścieżki do namiotu rozciągnięto trzepoczące na wietrze taśmy policyjne tworzące korytarz. W butach mi chlupało, gdy szedłem między nimi, bo od nieustannego chodzenia wrzosowisko przemieniło się w błocko. Teren wokół namiotu został odgrodzony, a wejścia pilnował umundurowany przewodnik z psem. Zziębnięty przestępował z nogi na nogę. Obserwował mnie bacznie razem ze swoim owczarkiem niemieckim.

– Mam się zgłosić do śledczego Simmsa – powiedziałem lekko zziajany.

Zanim funkcjonariusz zdążył odpowiedzieć, poła namiotu zatrzepotała i w wejściu stanął jakiś mężczyzna. Miał około czterdziestu lat, choć najwyraźniej usiłował uchodzić za starszego. Jego twarz była całkowicie pozbawiona rysów, zapewne dlatego zapuścił wąsy, które nadawały mu żołnierski wygląd. Biały kombinezon ochronny niezbyt do niego pasował. Mężczyzna ściągnął kaptur, spod którego wyjrzały czarne włosy, uczesane tak starannie, jakby zostały odlane z formy.

– Doktor Hunter? Nadinspektor Simms.

Domyśliłbym się nawet, gdybym nie rozpoznał głosu: władczego, oficjalnego, pewnego siebie. Jasne oczy przewierciły mnie na wylot; poczułem, że właśnie wystawiono mi – dobrą lub złą – ocenę.

– Miał pan być pół godziny temu – stwierdził i zniknął w namiocie.

„Mnie też jest bardzo miło”, pomyślałem.

Przewodnik przesunął się, żeby mnie przepuścić, zaciskając dłoń na psiej smyczy. Mimo to czułem na sobie niemiłe uporczywe spojrzenie ślepi, gdy wyminąłem funkcjonariusza z owczarkiem i wszedłem do środka.

Po krótkim spacerze wrzosowiskiem wnętrze wydało mi się ciasne i zatłoczone przez krzątające się postacie w kombinezonach. Światło rozproszone pod kopułą z niebieskiego brezentu sprawiało nieziemskie wrażenie, a powietrze było wilgotne i lepkie, z nutą stęchlizny charakterystycznej dla namiotów. Oprócz tego poczułem zapach świeżo skopanej ziemi i jeszcze inną, o wiele mniej miłą woń.

Miejsce pochówku znajdowało się pośrodku.

Dokoła rozstawiono reflektory, parujące lekko z powodu wilgotności. Prostokątną dziurę w pokładach czarnego torfu otoczono metalowymi podkładami i okolono linką. Nad dołem klęczał zapewne jeden z techników, barczysty mężczyzna trzymający uniesione dłonie w rękawiczkach, jak chirurg podczas operacji. Przed nim coś wystawało z ubłoconej ziemi. Na pierwszy rzut oka mogło to być cokolwiek – kamień, splątany korzeń – ale wystarczyło się bliżej przyjrzeć.

Ludzka ręka, której kości były wyraźnie widoczne z powodu zaawansowanego rozkładu tkanki.

– Przegapił pan spotkanie z patologiem, ale on wróci, gdy zwłoki będą gotowe do transportu – powiedział Simms, odciągając moją uwagę od miejsca pochówku. – Doktorze Hunter, to profesor Wainwright, nasz archeolog. Będzie nadzorował wydobycie szczątków. Zapewne słyszał pan o nim.

Przyjrzałem się uważniej klęczącej postaci. Wainwright? Poczułem ucisk w żołądku. Owszem, słyszałem. Wykładowca z Cambridge współpracujący z policją jako konsultant. Leonard Wainwright był jednym z czołowych specjalistów w zakresie medycyny sądowej w kraju, ważną personą, której nazwisko nadawało wiarygodność wszelkim ustaleniom w śledztwie. Lecz pod obliczem uczonego kryła się postać słynąca z bezwzględności wobec każdego, kto wydawał się konkurentem. Wainwright był głośnym krytykiem tak zwanych „modnych metod” w każdej dyscyplinie medycyny sądowej oprócz własnej. Większość swojego gniewu kierował przeciw antropologii sądowej, nowo powstałej dziedzinie ocierającej się o jego specjalność. Zaledwie rok wcześniej opublikował pracę w piśmie naukowym, w której ośmieszył określanie czasu zgonu na podstawie stopnia rozkładu ciała. Tytuł brzmiał: „Zupełna zgnilizna”. Przeczytałem ten tekst bardziej z rozbawieniem niż irytacją.

Wtedy nie miałem jednak pojęcia, że będę musiał współdziałać z jego autorem.

Stawy w kolanach strzyknęły głośno, gdy się wyprostował. Miał około sześćdziesięciu lat i był olbrzymem w ubłoconym kombinezonie opinającym jego rosłą sylwetkę. W białych lateksowych rękawiczkach palce przypominały pękate kiełbaski, gdy uniósł dłonie i zdjął maskę, odsłaniając głęboko pooraną twarz, którą w przypływie sympatii można by uznać za arystokratyczną.

Posłał mi nijaki uśmiech.

– Doktorze Hunter, jestem pewien, że będzie nam się dobrze współpracowało – odezwał się głębokim barytonem urodzonego mówcy.

– Ja też – odrzekłem, rewanżując się uśmiechem.

– Grupa turystów natknęła się na ten grób wczoraj po południu – oznajmił Simms, zerkając na rękę wystającą z ziemi. – Płytki, jak pan widzi. Sonda wskazuje, że pół metra pod powierzchnią jest już warstwa granitu. Nie najlepsze miejsce do zakopania zwłok, ale na szczęście zabójca wcześniej o tym nie wiedział.

Ukląkłem, żeby przyjrzeć się zmrożonej ciemnej glebie, z której sterczała dłoń.

– Torf to sprzyjająca dla nas okoliczność – stwierdziłem.

Wainwright skinął ostrożnie głową, ale nic nie powiedział. Jako archeolog lepiej niż ja znał się na sprawach związanych z pochówkami w torfowiskach.

– Wygląda na to, że deszcz zmył ziemię przykrywającą rękę, a reszty dokonały dzikie zwierzęta – kontynuował Simms. – Turyści zobaczyli ją wystającą z ziemi. Niestety z początku nie byli pewni, co to jest, więc zaczęli grzebać.

– Broń nas Boże przed amatorami – jęknął Wainwright.

Czy to przypadek, że akurat w tej chwili popatrzył na mnie?

Klęknąłem ponownie na jednej z metalowych podkładek i przyjrzałem się ręce. Była odsłonięta od nadgarstka. Większość tkanki miękkiej została obgryziona i brakowało dwóch pierwszych palców, które zapewne wystawały najbardziej. Nic dziwnego, drapieżniki takie jak lisy, a nawet większe ptaki w rodzaju kruków lub mew mogły bez trudu je oderwać. Zaintrygowało mnie jednak to, że tuż pod śladami kłów popękana powierzchnia paliczków wydawała się gładka.

– Czy któryś z turystów nadepnął na dłoń albo uszkodził ją w trakcie odkopywania? – spytałem.

– Twierdzą, że nie – odparł Simms z kamienną twarzą. – Bo?

– Może to nieważne, ale palce są równo ułamane. To nie jest raczej robota zwierzęcia.

– Właśnie, też to zauważyłem – wycedził Wainwright.

– Myśli pan, że to ma znaczenie? – spytał Simms.

Nie zdążyłem odpowiedzieć.

– Za wcześnie, żeby wyrokować – wtrącił znowu profesor. – Chyba że doktor Hunter już ma gotową hipotezę…

Nie chciałem wdawać się w spór.

– Nie, na razie nie mam – odparłem. – Znaleźliście tutaj coś jeszcze?

Wiedziałem, że teren wokół grobu został dokładnie przeszukany przez techników.

– Tylko dwie małe kości na powierzchni, podejrzewamy, że królika. Na pewno nie należą do człowieka, ale jeśli chce pan rzucić okiem… – Simms spojrzał na zegarek. – Skoro to wszystko, to idę, mam konferencję prasową. Profesor Wainwright udzieli panu wszelkich informacji. Będzie pan pracował pod jego bezpośrednim nadzorem.

Wainwright przyglądał mi się z lekką ciekawością. To do patologa należało ostateczne zdanie w sprawie szczątków, natomiast ekshumacja była jego zadaniem jako antropologa sądowego. Nie miałem z tym problemu, przynajmniej teoretycznie. Znałem jednak przypadki, kiedy zwłoki zostały uszkodzone w wyniku niefachowej lub pośpiesznej ekshumacji. Rozcięcie czaszki oskardem albo szpadlem nie ułatwiało mi zadania.

Nie zamierzałem też dać się traktować jak podwładny.

– Oczywiście jeśli chodzi o wykopanie ciała – stwierdziłem. – Bo spodziewam się, że będzie ze mną konsultowane wszystko, co dotyczy samych szczątków.

W namiocie zapadła cisza. Simms wbił we mnie lodowate spojrzenie.

– Doktorze, ja i Leonard znamy się szmat czasu – rzekł. – Mamy za sobą mnóstwo podobnych spraw. Dodam, że świetnie sobie radzimy.

– Nie…

– Ma pan znakomite rekomendacje, wolałbym jednak, żebyśmy działali zespołowo. Jestem osobiście zainteresowany losami tego dochodzenia i nie będę tolerował żadnych perturbacji. Wyrażam się jasno?

Wiedziałem, że Wainwright na nas patrzy, domyślałem się też, że odpowiednio „naregulował” Simmsa. Poczułem rozdrażnienie, pracowałem jednak już wcześniej z irytującymi oficerami śledczymi, wiedziałem więc, że nie warto się spierać. Zachowałem tak samo beznamiętną minę.

– Oczywiście.

– Świetnie. Chyba nie muszę panu mówić, jakie to dla nas ważne. Jerome Monk siedzi za kratami, lecz moje zadanie dobiegnie końca dopiero wtedy, gdy szczątki ofiar zostaną odnalezione i zwrócone ich rodzinom. Jeśli, powtarzam, jeśli to jedna z ofiar, muszę o tym wiedzieć. – Patrzył na mnie jeszcze chwilę, aby się upewnić, że wszystko do mnie dotarło. – A teraz zostawiam panów, żebyście mogli pracować.

Przecisnął się przez poły i wyszedł z namiotu. Ja i Wainwright milczeliśmy dłuższy moment. Wreszcie profesor odchrząknął teatralnie.

– Możemy zaczynać, doktorze Hunter?

Wydawało się, że czas stanął w miejscu pod okiem reflektorów. Ciemny torf niechętnie wypuszczał z objęć ludzkie szczątki, uparcie lepiąc się do tego, co z mozołem odkopywaliśmy. Do celu posuwaliśmy się powoli. W przypadku prawie każdej gleby łatwo dostrzec zarysy grobu. Spulchniona ziemia jest bardziej sypka i miększa niż nietknięty grunt dookoła, co pozwala bez trudu wytyczyć granice miejsca pochówku. Torf utrudnia takie wytyczenie. Nasiąka wodą jak gąbka, nie kruszy się tak naturalnie jak inne rodzaje gleby. Określenie kształtu grobu wymaga więcej staranności i wprawy.

Wainwright wykazywał się jednym i drugim.

Jego ogromna sylwetka dominowała w przestrzeni zamkniętej łagodnie wzdętymi ścianami namiotu. Oczekiwałem, że każe mi trzymać się z boku, ale, o dziwo, był zadowolony z mojej pomocy. Gdy zraniona duma przestała mi doskwierać, przyznałem w duchu, że jest świetnym fachowcem. Wielkie dłonie okazały się uosobieniem zręczności, zeskrobując wilgotny torf i odsłaniając pogrzebane ludzkie szczątki, a grube paluchy poruszały się z iście chirurgiczną precyzją. Gdy tak pracowaliśmy ramię w ramię, klęcząc na metalowych płytach wyłożonych dokoła grobu, a zwłoki z wolna wyłaniały się z czeluści, zacząłem myśleć, że zbyt pochopnie go osądziłem.

Uwijaliśmy się w milczeniu przez dłuższy czas, po czym nagle Wainwright zgarnął na kielnię robaka przekrojonego szpadlem na pół.

– Zadziwiające istotki, prawda? – mruknął. – Allolobophora. Prosty organizm, brak mózgu, najbardziej prymitywny układ nerwowy. Oczywiście to mit, że odrasta im ucięta połowa. To najlepszy dowód, że nie trzeba wierzyć we wszystko, co słyszymy. – Cisnął robaka we wrzosy i odłożył kielnię, stękając z bólu, bo kolana znów mu zatrzeszczały. – Z wiekiem ta robota staje się coraz trudniejsza. Jak chyba każda. Ale pan jest zbyt młody, żeby to zrozumieć. Londyńczyk, prawda?

– Owszem, mieszkam w Londynie. A pan?

– Och, ja jestem tutejszy. Z Torbay. Kawałek autem stąd, dzięki Bogu, więc nie muszę włazić w każdą latrynę, którą wykopie policja. Nie zazdroszczę tego panu. – Potarł dłonią lędźwie. – Jak się panu podoba w Dartmoor?

– Dość tu posępnie z tego, co widziałem.

– Och, nie widział pan najlepszego. To raj dla archeologów. Największe skupisko pozostałości z epoki brązu w całej Wielkiej Brytanii, a same wrzosowiska to istne muzeum przemysłu. Ciągle można tu znaleźć kopalnie ołowiu i cyny, którymi okolica jest usiana jak bursztyn muchami. Tu jest wspaniale! No, przynajmniej dla takich starych dinozaurów jak ja. Pan żonaty?

Z trudem za nim nadążałem.

– Tak.

– Rozsądny z pana człowiek. Zacna kobieta utrzymuje mężczyznę przy zdrowych zmysłach. Choć nie rozumiem, jak one z nami wytrzymują. Mojej żonie należy się order. Sama to zresztą powtarza – zachichotał. – Dzieci?

– Córeczka. Alice, pięć lat.

– Ach, świetny wiek. Ja mam dwie córki, obie już wyfrunęły z rodzinnego gniazda. Cieszmy się dziećmi, póki są małe. Niech pan mi wierzy, za dziesięć lat będzie się pan zastanawiał, gdzie się podziała pańska maleńka Alice.

Uśmiechnąłem się z uprzejmości.

– Czyli mamy jeszcze trochę czasu, zanim stanie się nastolatką.

– Proszę wykorzystać każdą chwilę. Mogę dać panu radę?

– Proszę bardzo.

Nie spodziewałem się takiej rozmowy.

– Niech pan nigdy nie przynosi roboty do domu. Mówię metaforycznie, rzecz jasna. Dystans jest bardzo istotny w naszej profesji, zwłaszcza jeśli mamy rodzinę. Inaczej się wypalimy. Bez względu na to, co pan widzi i jak bardzo wydaje się to fascynujące, proszę pamiętać, że to tylko praca. – Chwycił z powrotem kielnię i odwrócił się do szczątków. – A wie pan, rozmawiałem ostatnio z kimś, kto pana zna. Mówił, że początkowo kształcił się pan na lekarza.

– Rzeczywiście najpierw skończyłem medycynę, dopiero potem poszedłem na antropologię. Kto panu o tym powiedział?

Zmarszczył brwi.

– Przyznam, że nijak nie mogę sobie przypomnieć – odparł. – Pamięć nie ta co dawniej. To chyba było na jakiejś konferencji z medycyny sądowej. Rozmawialiśmy o młodym pokoleniu przejmującym stery w branży. Wtedy padło pańskie nazwisko.

Byłem zdziwiony, że Wainwright przyznał się, że słyszał o mnie. Poczułem się mile połechtany.

– Zmiana z medycyny na antropologię to spory skok – kontynuował, zeskrobując zawzięcie ziemię z łokcia ofiary. – Zgaduję, że kształcił się pan w Stanach? W Tennessee? W tym instytucie, gdzie specjalizują się w rozkładzie tkanek?

– W Antropologicznym Ośrodku Badawczym. Zgadza się, spędziłem tam rok.

Było to, zanim poznałem Karę, tuż po tym, gdy zmieniłem ścieżkę kariery, porzuciłem współpracę z żywymi ludźmi na rzecz martwych. Czekałem teraz na kąśliwą uwagę ze strony Wainwrighta, ale na próżno.

– To podobno bardzo dobra placówka – stwierdził – chociaż nie dla mnie. Muszę panu zdradzić, że nie jestem wielkim zwolennikiem Calliphoridae. Są obrzydliwe.

– Ja też nie – przyznałem – choć są pożyteczne.

Calliphoridae to łacińska nazwa plujkowatych, rodziny muchówek, dzięki którym można się wiele dowiedzieć o dekompozycji zwłok. Wainwright najwyraźniej uwielbiał łacińskie nazwy.

– Och, z pewnością. Choć nie w tym przypadku niestety. Zdecydowanie za zimno. – Wskazał kielnią zwłoki. – Co pan sądzi?

– Będę wiedział więcej po przewiezieniu do prosektorium.

– Oczywiście. Ale na pewno coś już panu świta.

Dostrzegłem lekki uśmiech pod maską. Nie zamierzałem się śpieszyć z wnioskami, bo zdawałem sobie sprawę, że wszystko może się zmienić po oczyszczeniu szczątków. Lecz wbrew moim oczekiwaniom Wainwright nie okazał się skończonym bucem. Byliśmy tylko we dwóch. Pamiętając jego nieprzychylne wypowiedzi o antropologach sądowych, postanowiłem udowodnić mu, że nie jest tutaj jedynym ekspertem.

Przysiadłem na piętach, próbując zebrać myśli.

Torf to wyjątkowa substancja, powstaje w wyniku rozkładu szczątków roślin i zwierząt. Jest nieprzyjaznym środowiskiem dla bakterii i insektów, które zazwyczaj zamieszkują ziemię pod naszymi stopami. Ubogi w tlen, o kwasowości zbliżonej do octu, świetnie konserwuje materię organiczną, zachowując ją jak okazy w słoju laboratoryjnym. W torfowiskach znajdowano całe kły mamucie, a ludzkie szczątki mogą w nich przetrwać setki lat w stanie prawie nienaruszonym. W latach pięćdziesiątych odkryto w duńskiej wiosce Tollund ciało mężczyzny zachowane tak doskonale, że z początku wzięto go za ofiarę niedawnego morderstwa. Miał sznur na szyi, więc prawdopodobnie rzeczywiście został zgładzony, ale ponad dwa tysiące lat wcześniej.

Te same cechy, które czynią torf rajem dla antropologów, czynią go koszmarem dla lekarzy sądowych. Najczęściej bardzo trudno oszacować czas zgonu – czasem jest to prawie niemożliwe z braku naturalnych oznak rozkładu.

W tym przypadku nie spodziewałem się jednak większych problemów. Zwłoki były już odkopane w połowie. Ofiara leżała na boku, z podciągniętymi kolanami, w pozycji embrionalnej. Okrywający tułów cienki top, pod którym odznaczał się stanik, oraz krótką spódniczkę wykonano z syntetyku. Jedno i drugie miało dzisiejszy fason. I choć nie uważałem się za znawcę mody, pantofel na wysokim obcasie na odsłoniętej prawej stopie również wydawał się współczesnym modelem.

Całe ciało – włosy, skóra, ubranie – oblepiał lepki ciemny torf. Mimo to straszliwe obrażenia były aż nadto widoczne. Spod ubłoconego materiału sterczały połamane żebra, a skórę na ramionach i nogach dziurawiły pogruchotane kości. Czaszka pod mazistymi czarnymi kołtunami była strzaskana i zniekształcona, policzki i nos zmiażdżone.

– Niewiele mogę powiedzieć – stwierdziłem asekurancko. – Oprócz rzeczy oczywistej.

– Czyli?

Wzruszyłem ramionami.

– To kobieta. Chociaż istnieje nikłe prawdopodobieństwo, że to osoba transpłciowa.

Wainwright prychnął.

– Boże, miej nas w opiece. Za moich czasów to byłoby niemożliwe. Kiedy wszystko tak się skomplikowało? Proszę mówić dalej.

Zaczynałem się rozgrzewać.

– Trudno określić, jak długo zwłoki tu leżą. Zdążyły się już trochę rozłożyć, ale to wynika chyba z tego, że zostały zakopane dość płytko.

Wskutek umieszczenia ciała tuż pod powierzchnią bakterie tlenowe mogły pożerać tkankę miękką nawet w torfie, choć oczywiście wolniej niż w innych warunkach.

Wainwright przytaknął skinieniem głowy.

– Czyli ramy czasowe pasowałyby do ofiar Monka? – spytał. – Niecałe dwa lata?

– Możliwe – przyznałem – ale na razie nie chciałbym spekulować.

– To jasne. A obrażenia?

– Za wcześnie, aby stwierdzić, czy zadano je przed śmiercią, czy potem, ale oczywiście kobieta została zmasakrowana. Prawdopodobnie za pomocą jakiegoś narzędzia. Trudno sobie wyobrazić, aby ktoś mógł tak łamać kości gołymi rękami.

– Nawet Jerome Monk? – Wainwright uśmiechnął się pod maską w reakcji na moje skrępowanie. – No, David, wykrztuś to. Ona wygląda na jedną z jego ofiar.

– Będę wiedział więcej, gdy zwłoki zostaną oczyszczone i obejrzę szkielet.

– Jesteś bardzo ostrożny, podoba mi się to. Ale wiek jest właściwy, widać po ubraniu. Żadna kobieta starsza niż dwadzieścia jeden lat nie nosiłaby tak krótkiej spódniczki.

– Nie wydaje mi się…

Wainwright zarechotał basem.

– Wiem, wiem, to niepoprawne politycznie. Ale jeśli to nie przypadek wampa przebranego za niewiniątko, to mamy przed sobą nastoletnią dziewczynę lub młodą kobietę okrutnie skatowaną i zakopaną na terenie, na którym działał Jerome Monk. Wiesz, co mówią, skoro coś wygląda jak kaczka i chodzi jak kaczka…

Jego zachowanie było coraz bardziej irytujące, ale myślałem dokładnie to samo.

– Możliwe.

– Trafnie, trafnie. Sam bym tak uznał, a jednak… Pozostaje zatem pytanie, która to z nieszczęsnych oblubienic Monka. Jedna z bliźniaczek Bennett czy córka Williamsów?

– Ubranie pomoże nam to ustalić.

– Prawda. To jednak twoja dziedzina. Podejrzewam, że już coś przeczuwasz. – Wainwright znów zarechotał. – No, nie daj się prosić. Nie ma strachu, to nie przesłuchanie.

Trudno było mu nie ustąpić.

– Na tym etapie to tylko zgadywanka, ale…

– Tak?

– Siostry Bennett były dość wysokie. – Dowiedziałem się tego podczas pośpiesznego gromadzenia faktów, gdy zadzwonił Simms. Zoe i Lindsey miały wiotką figurę modelki na wybiegu. – Ta dziewczyna jest drobna. Trudno ocenić wzrost, gdy ciało leży skulone w takiej pozycji, ale kość udowa daje pewne wyobrażenie. Nie mogła mieć więcej niż metr sześćdziesiąt pięć.

Nawet gdy kość udowa jest w pełni oczyszczona z tkanki miękkiej – a w tym przypadku tak nie było – stanowi niezbyt dokładny wskaźnik wzrostu danej osoby. Jednak nauczyłem się dość miarodajnie oceniać takie kazusy i pomimo skręconej pozycji ciała i warstwy błota nabrałem pewności, że ofiarą nie jest żadna z sióstr Bennett.

Wainwright zmarszczył czoło, wpatrzony w nogę zamordowanej kobiety.

– Psiamać. Sam powinienem to zauważyć.

– Tylko zgaduję – powtórzyłem. – Ale jak sam pan powiedział, to bardziej moja dziedzina niż pańska.

Posłał mi spojrzenie, z którego wyparowała wszelka dotychczasowa jowialność. Zmrużył oczy i wybuchnął gromkim śmiechem.

– Racja! Czyli wychodzi na to, że to Tina Williams. – Klasnął w dłonie i dodał: – Dobra, ale najpierw dokończmy robotę! Wykopmy ją do reszty, tak?

Podniósł kielnię i zabrał się do grzebania, a ja odniosłem wrażenie, jakbym był inicjatorem całej tej rozmowy.

Uwijaliśmy się w milczeniu. W pewnym momencie pracę zakłócił nam jeden z techników, który zamierzał przesiać torf wybrany z mogiły. Nie znalazł jednak nic ciekawego prócz kilku króliczych kości.

Na dworze już się ściemniło, gdy zwłoki były wreszcie gotowe do transportu. Leżały na dnie błotnistego dołu, brudne i żałosne. Gdy kończyliśmy, zjawił się Simms w towarzystwie patologa, którego przedstawiono mi jako doktora Piriego.

Pirie stanowił osobliwą postać. Miał ledwo ponad sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, więc nieskazitelny kombinezon wydawał się za duży na jego drobną posturę. Twarz pod kapturem zwrócona w moją stronę była tak delikatnej budowy, że mogła należeć do dziecka, gdyby nie pomarszczona i poorana zmarszczkami skóra oraz przenikliwe stare oczy za półokularami w złotych oprawkach.

– Dobry wieczór, panowie. Jak postępy? – spytał, podchodząc do dołu.

Miał jazgotliwy, opanowany głos. Stojąc obok rosłego Wainwrighta, patolog wydawał się jeszcze mniejszy, niż był w istocie – spotkanie ratlerka z dogiem. A jednak bił od niego niekwestionowany autorytet.

Archeolog odsunął się, żeby zrobić miejsce. Niechętnie, jak mi się wydawało.

– Zaraz fajrant. Właśnie chciałem wzywać techników, żeby dokończyli.

– W porządku. – Pirie ściągnął drobne usteczka i przykucnął nad płytkim dołem. – O tak, bardzo ładnie…

Nie wiedziałem, czy ma na myśli ekshumację, czy same szczątki. Patologowie słynęli z bycia ekscentrykami i Pirie najwyraźniej nie stanowił wyjątku.

– Ofiarą jest osoba płci żeńskiej, wiek od siedemnastu do dwudziestu lat, sądząc po ubraniu – powiedział Wainwright. Ściągnął maskę i odsunął się od grobu. Wargi zadrżały mu z rozbawienia. – Doktor Hunter uznał, że to może być osoba transpłciowa, ale chyba możemy wykluczyć taką możliwość.

Spojrzałem na niego zdumiony. Simms prychnął lekceważąco.

– No raczej – mruknął.

– Sami widzicie obrażenia – ciągnął grubym basem Wainwright, ekspert w swoim żywiole. – Spowodowane albo narzędziem użytym jak maczuga, albo nadludzką siłą sprawcy.

– Chyba za wcześnie o tym wyrokować, co? – spytał Pirie znad krawędzi dołu.

– No tak – zreflektował się archeolog. – Sekcja ustali to ponad wszelką wątpliwość. Co się zaś tyczy ram czasowych, to przyparty do muru powiedziałbym, że zwłoki znajdowały się tutaj nie dłużej niż dwa lata.

– Jesteś o tym przekonany? – warknął ostrym tonem Simms.

Wainwright rozłożył ręce.

– Na tym etapie to tylko domysły, ale biorąc pod uwagę właściwości torfu i stopień rozkładu ciała, mam w zasadzie co do tego pewność.

Patrzyłem na niego zdumiony, nie wierząc własnym uszom. Simms pokiwał głową z zadowoleniem.

– A więc to może być jedna z ofiar Monka?

– Och, moim zdaniem to bardzo prawdopodobne. Co więcej, jeśli miałbym dalej zgadywać, powiedziałbym, że ta dzierlatka to córka Williamsów. Kość udowa jest za mała, aby mogła to być któraś z bliźniaczek Bennett. Jeśli pamięć mnie nie myli, Williamsówna miała ile wzrostu? Około metra sześćdziesięciu? A więc by się zgadzało. No i obrażenia. Bardzo podobne do tego, co Monk zrobił Angeli Carter.

„Carson. Angeli Carson, nie Carter”, poprawiłem go w duchu, bo z wściekłości odebrało mi mowę. Wainwright bezwstydnie cytował moje słowa, a ja nie mogłem zaprotestować, bo wyszedłbym na człowieka małostkowego.

Pirie podniósł wzrok znad grobu.

– Trochę za mało, żeby ustalić tożsamość – stwierdził.

Wainwright uśmiechnął się skromnie.

– Nazwijmy to poszlakami – odparł. – Uważam, że priorytetem jest ustalenie, czy to Williamsówna.

Uniósł brwi i spojrzał na Simmsa. Policjant z wigorem uderzył się dłonią w udo.

– Zgadzam się. Doktorze Pirie, jak szybko może pan potwierdzić lub wykluczyć, że to Tina Williams?

– Zależy od stanu zwłok po oczyszczeniu. – Niziutki patolog popatrzył na mnie. – Poszłoby szybciej, gdyby doktor Hunter mi pomógł, co? Wyobrażam sobie, że urazy szkieletowe to bardziej jego specjalność niż moja.

Jego głos miał osobliwą śpiewną tonację. Kiwnąłem z trudem głową, wciąż wzburzony i sparaliżowany postępowaniem Wainwrighta.

– Jak pan sobie życzy. – Wydawało się, że Simms przestał słuchać. – Im szybciej podamy do publicznej wiadomości, kim jest zamordowana, tym lepiej. A jeśli się okaże, że to jedna z ofiar Monka, wówczas można chyba domniemywać, że pozostałe też zostały zakopane w tej okolicy. Świetna robota, Leonardzie, dziękuję ci. Pozdrów ode mnie Jean. Jeśli macie czas w weekend, to może wpadlibyście do nas w niedzielę na obiad?

– Bardzo chętnie – odparł Wainwright.

Simms odwrócił się do mnie jakby w wyniku spóźnionej refleksji.

– Chciałby pan coś dodać, doktorze?

Spojrzałem na archeologa. Miał lekko zaintrygowaną minę, a z oczu wyzierało wredne zadowolenie drapieżnika. „Dobra, jeśli chcesz tak to rozgrywać…”

– Nie, nic – odrzekłem.

– W takim razie zostawiam panów – powiedział Simms. – Zaczynamy jutro wcześnie rano.

Rozdział 3

Wciąż kipiałem złością, gdy zaparkowałem przed pubem, w którym zarezerwowano mi nocleg. Znajdował się kilka kilometrów od Czarnego Twardzielca, w miasteczku o nazwie Oldwich. Powiedziano mi, że to ze dwadzieścia minut jazdy. Odległość oszacowano zbyt optymistycznie albo skręciłem w niewłaściwym miejscu, bo dopiero po czterdziestu pięciu minutach dostrzegłem skupisko świateł w ciemności.

Najwyższy czas. Miałem za sobą długi dzień i podróż po wrzosowisku w egipskich ciemnościach wydawała mi się mało zabawna. Wciąż doskwierało mi wspomnienie tego, jak dałem się Wainwrightowi wystrychnąć na dudka. Słyszałem o nim wcześniej, więc powinienem był mieć się na baczności. Mglisty deszcz pstrzył przednią szybę, odbijając światło moich reflektorów, gdy w końcu wjechałem na parking obok pubu. Nad drzwiami wisiał wyblakły szyld, słowa „Trencherman’s Arms” były ledwo widoczne.

Z zewnątrz budynek nie wyglądał zbyt okazale – niski długi klocek pobielony odłażącym wapnem i przykryty zapadłą strzechą. Moje pierwsze wrażenie potwierdziło się, gdy tylko pchnąłem obłupane skrzypiące drzwi. Woń przetrawionego piwa idealnie pasowała do wyświechtanych dywanów i taniej końskiej uprzęży wiszącej na ścianach. W barze nikogo, kominek niezapalony, wygasły. Trudno, zdarzało mi się spać w gorszych miejscach.

Niewiele gorszych.

Właścicielem był niezadowolony z życia pięćdziesięcioparolatek, boleśnie chudy, choć ze sterczącym brzuchem piwnym, który wydawał się twardy jak kula do kręgli.

– Jak chce pan jeść, to szybko, bo za dwadzieścia minut zamykamy kuchnię – powiedział niezbyt uprzejmym tonem, przesuwając po blacie klucz z pękniętym brelokiem.

Pokój wyglądał tak, jak się spodziewałem. Niezbyt czysty, ale nie aż tak zły, żeby narzekać. Łóżko zaskrzypiało, gdy położyłem na nim swoją torbę, materac zapadł się pod jej ciężarem. Miałem ochotę wziąć prysznic, ale chciało mi się jeść, a we wspólnej łazience była tylko pordzewiała wanna.

Postanowiłem zaczekać z jedzeniem i odświeżeniem się. Mój telefon komórkowy łapał zasięg, co uznałem za duży plus. Przysunąłem drewniane krzesło do małego kaloryfera, usiadłem i zadzwoniłem do domu.

Zawsze starałem się telefonować o tej samej porze, żeby Alice mogła to traktować jako stały element naszej codzienności. Trzy dni w tygodniu Kara pracowała w szpitalu, ale była elastyczna i mogła odbierać naszą córkę z przedszkola, gdy wyjeżdżałem w delegację. Była radiologiem i kiedy zaszła w ciążę, jej zawód stał się tematem wielu naszych długich rozmów. Nie planowaliśmy dziecka w najbliższych latach, chcieliśmy zaczekać, póki nie będę miał tak dużo zleceń z policji, że bez trudu uzupełnię pensję uniwersytecką, a wtedy Kara mogłaby siedzieć w domu i opiekować się maleństwem.

Oczywiście sprawy potoczyły się inaczej. Ale żadne z nas tego nie żałowało. I choć Kara nie musiała już pracować, nie oponowałem, gdy postanowiła wrócić do szpitala na pół etatu, bo Alice zaczęła już chodzić do przedszkola. Lubiła swoje zajęcie, a dodatkowe pieniądze się przydawały. Poza tym jak mógłbym się sprzeciwiać, skoro moja praca była dla mnie tak ważna?

– W samą porę – powiedziała Kara, gdy odebrała. – Jest tu pewna młoda dama, która czekała, abyś zadzwonił, zanim pójdzie spać.

Uśmiechnąłem się, a ona podała aparat naszej córce.

– Tatusiu, narysowałam dla ciebie obrazek!

– Wspaniale. Kolejny koń?

– Nie, to nasz dom, tylko że z żółtymi zasłonami, bo takie bardziej mi się podobają. Mama mówi, że jej też.

Słuchałem świergotania podekscytowanej córki, czując, że moja złość i frustracja przygasają. W końcu Kara kazała Alice iść do łazienki i umyć zęby i wzięła telefon. Usłyszałem, że siada w fotelu.

– Jak idzie? – spytała.

Nieuczciwa zagrywka Wainwrighta przestała mieć znaczenie.

– Hm… Zawsze mogło być gorzej. Terry Connors współkieruje śledztwem. Więc jest znajoma twarz.

– Terry? Przekaż mu ode mnie pozdrowienia dla Deborah. – Kara nie wydawała się zachwycona nowiną. – Wiesz już, ile to potrwa?

– Przynajmniej kilka dni. Jutro jadę do prosektorium, ale policja zacznie szukać kolejnych grobów. Wszystko zależy od tego, jak sprawnie to pójdzie.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, ale później Kara musiała położyć Alice do łóżka. Pożegnaliśmy się. Żałowałem, że nie ma mnie w domu, że nie mogę przeczytać córce bajki na dobranoc. Umyłem się i przebrałem, po czym zszedłem do baru. Zapomniałem o tym, że zamykają kuchnię, dwadzieścia minut właśnie mijało. Gdy składałem zamówienie, właściciel spojrzał wymownie na zegarek i zacisnął z dezaprobatą usta.

– Dwie minuty później i by pan nie zdążył – warknął.

– Ale na szczęście zdążyłem.

Nabzdyczony ruszył do kuchni. W barze byli teraz klienci, co najmniej kilku policjantów i ludzi powiązanych tak czy inaczej z prowadzonym śledztwem, jak się domyśliłem. Został tylko jeden wolny stolik, więc ruszyłem tam ze swoim drinkiem. Obok siedziała samotna młoda kobieta, z rozkojarzeniem dziobiąca widelcem swoje danie, ze wzrokiem utkwionym w folder leżący przy talerzu.

Nadszedł właściciel ze sztućcami.

– Tu pan nie może, to miejsce jest zarezerwowane – oznajmił.

– Nie ma kartki.

– Bo nie musi być – odparł z małostkowym zadowoleniem. – Przesiądź się pan.

Nie miałem ochoty na sprzeczki. Rozejrzałem się, ale jedyne wolne krzesła dostrzegłem przy stoliku zajętym przez młodą kobietę. Wstałem.

– Można…? – zacząłem, lecz właściciel pubu mnie uprzedził, rzucając bezceremonialnie sztućce na stół.

– Będziecie się musieli pomieścić – powiedział i odmaszerował.

Zaskoczona kobieta spojrzała na niego, potem na mnie.

Uśmiechnąłem się zakłopotany.

– Urocza obsługa – mruknąłem. – Wspaniały lokal.

– Niech pan zaczeka z tą oceną, dopóki nie spróbuje pan jedzenia – odparła.

Wydawała się poirytowana.

– Poszukam innego miejsca, jeśli to problem – zasugerowałem.

Przez moment miała ochotę skorzystać z furtki, ale się zreflektowała. Wskazała wolne krzesło.

– Nie ma problemu, i tak już skończyłam.

Odłożyła widelec i odsunęła talerz.

Była atrakcyjna w dyskretny sposób. Miała na sobie stare dżinsy i luźny sweter, bujne kasztanowe włosy zebrała do tyłu i spięła gumką. Sprawiała wrażenie, że nie dba przesadnie o swój wygląd – bo nie musiała. Pod tym względem przypominała Karę. Wystarczyło włożyć cokolwiek, żeby dobrze się prezentować.

Spojrzałem na folder, który przed chwilą czytała. Z mojej perspektywy kartki leżały do góry nogami, rozpoznałem jednak raport policyjny.

– Czy pani bierze udział w śledztwie? – spytałem.

Wymownie zamknęła folder i wcisnęła go do torby.

– Dziennikarz? – spytała oschłym tonem.

– Ja? Broń Boże! – odparłem zaskoczony. – Przepraszam bardzo. David Hunter, antropolog sądowy z ekipy Simmsa.

Rozluźniła się i uśmiechnęła zażenowana.

– To ja przepraszam… dostaję paranoi, jak ktoś wypytuje mnie o pracę. Tak, biorę udział w śledztwie. – Wyciągnęła do mnie rękę. – Sophie Keller.

Miała silny uścisk, dłoń mocną i suchą. Widać było, że nawykła do radzenia sobie w zdominowanym przez mężczyzn środowisku służb policyjnych.

– Więc czym się dokładnie zajmujesz, Sophie? Jeśli to nie wścibstwo z mojej strony.

Uśmiechnęła się. Miała śliczny uśmiech.

– Jestem konsultantką behawioralną – odparła.

– Aha.

Zapadło milczenie. Sophie zachichotała.

– Wszystko okej, ja z kolei nie bardzo wiem, czym się zajmuje antropolog sądowy.

– Chodzi o profile psychologiczne? – spytałem, starając się być dyplomatyczny, bo nie pokładałem wielkiej wiary w tej dziedzinie.

– To jeden z aspektów, owszem, ale całość jest szersza. Badam osobowość i motywy przestępcy, ale opracowuję też strategię przesłuchań, sporządzam charakterystykę miejsca przestępstwa i tym podobne.

– To dlaczego cię tam dziś nie widziałem?

– No właśnie, śliska sprawa. O wszystkim dowiedziałam się dopiero dzisiaj po południu. Muszę się zadowolić zdjęciami. Poza tym nie wezwali mnie tu do oględzin grobu.

– Jak to?

Zawahała się.

– Cóż, to chyba żadna tajemnica. Jestem tutaj, bo jeśli to jedna z ofiar Monka, pozostałe mogą być zakopane w pobliżu. Chcą, żebym wskazała najbardziej prawdopodobne miejsca. Na tym między innymi polega moja specjalność, na znajdowaniu tego, co ukryte. Szczególnie na znajdowaniu zwłok.

– W jaki sposób?

Byłem szczerze zaintrygowany. W ostatnich latach pojawiło się sporo nowinek technicznych pomagających w lokalizowaniu grobów, od aerofotografii przez geofizykę po termografię. A jednak to wciąż pozostawało szukaniem igły w stogu siana, zwłaszcza w takim zakątku jak Dartmoor. Co w tej sprawie może zdziałać behawiorystka?

– Różny – odparła niezobowiązująco. – Już wiesz, czym się zajmuję. Teraz twoja kolej.

Zacząłem nakreślać pokrótce, na czym polega moja praca, ale przerwałem na moment, bo pojawił się właściciel z jedzeniem. Postawił przede mną talerz tak gwałtownie, że sos chlusnął na stół. No, miałem nadzieję, że to jest sos, gdyż gęsta brązowa ciecz mogła być czymkolwiek.

Razem z Sophie popatrzyliśmy na rozgotowane warzywa i szare mięso.

– A więc zrezygnowałeś z wędzonego łososia i foie gras – mruknęła po chwili.

– Widzisz, właśnie z powodu takich atrakcji moja robota jest warta zachodu – powiedziałem, starając się nadziać na widelec rozmiękły kawałek marchewki. – Skąd jesteś?

– Z Bristolu, ale teraz mieszkam w Londynie. Przyjeżdżałam tu w dzieciństwie na wakacje, więc całkiem nieźle znam okolicę. Uwielbiam te otwarte przestrzenie. Chciałabym się tu kiedyś przeprowadzić, ale na razie praca… Wiesz, jak jest. Może, gdy znudzi mi się praca konsultantki policyjnej.

– O Dartmoor się nie wypowiadam, ale Bristol trochę znam. To bardzo ładny kawałek Anglii. Moja żona pochodzi z Bath.

– Aha.

Uśmiechnęliśmy się do siebie świadomi, że właśnie nakreśliliśmy granice naszej znajomości. Oznajmiłem, że jestem żonkosiem, nie musieliśmy się więc teraz obawiać niewłaściwego interpretowania sygnałów.

Sophie okazała się dobrą rozmówczynią, bystrą, z poczuciem humoru. Opowiedziała mi o swoim domu i planach, ja z kolei mówiłem o Karze i Alice. Oboje wspomnieliśmy o pracy, choć uparcie pomijaliśmy śledztwo, bo było rozwojowe, a my ledwo się poznaliśmy.

Jednak gdy tylko spojrzałem w kierunku drzwi i zobaczyłem Terry’ego i Ropera idących w naszym kierunku, od razu odgadłem, że to się zmieni. Terry był wyraźnie zaskoczony widokiem nas obojga przy jednym stoliku. Podszedł z czujną miną.

– Nie wiedziałem, że się znacie – rzekł.

Roper zatrzymał się nieco z tyłu.

Sophie posłała Terry’emu cierpki uśmiech.

– Teraz już znamy. David właśnie opowiadał mi, czym się zajmuje. To fascynujące.

– Poważnie? – mruknął Terry beznamiętnie.

– Usiądziecie? – spytałem, czując się nieswojo z powodu napiętej atmosfery.

– Nie, nie będziemy przeszkadzać. Chciałem ci tylko przekazać najnowsze ustalenia. – Spojrzał przez ramię. – Przynieś piwo, Bob.

Roper zamrugał gwałtownie powiekami, ale nie okazał niezadowolenia, że jest traktowany jak chłopiec na posyłki. Ruszył do baru, pozostawiając za sobą nutę wody kolońskiej w powietrzu.

– Jakie ustalenia? – spytałem.

Terry zwrócił się tylko do mnie, jakby Sophie nie było w pobliżu:

– Pamiętasz, jak ci powiedziałem, że muszę gdzieś jechać? No więc kopnąłem się do tutejszego więzienia. Gadałem z Jerome’em Monkiem.

To wyjaśniało, dlaczego zachowywał się tak tajemniczo. Z pewnością był spięty przed tym spotkaniem. Nie zdążyłem zareagować, bo wtrąciła się Sophie:

– Przesłuchiwałeś go? Dlaczego nic o tym nie wiem?

– Zapytaj Simmsa – odparł Terry.

Była wściekła.

– Nie wierzę, że pojechałeś tam bez konsultacji ze mną! Po co mnie tu ściągnęliście, skoro jestem pomijana? To kretyństwo!

Próbowałem zachować kamienną twarz. Taktowność najwyraźniej nie była mocną stroną Sophie. Terry poczerwieniał.

– Myślę, że Simms chętnie się dowie, że jest kretynem – warknął.

– Mówiłeś, że są jakieś ustalenia – wtrąciłem się, próbując zmienić temat i zapobiec awanturze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki