Komisarz Igor Brudny. Smolarz - Przemysław Piotrowski - ebook + audiobook
BESTSELLER

Komisarz Igor Brudny. Smolarz ebook i audiobook

Przemysław Piotrowski

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

650 osób interesuje się tą książką

Opis

POWRACA PRZERAŻAJĄCA BIESZCZADZKA LEGENDA

W Bieszczadach dochodzi do zaginięcia dwóch turystek. Z powodu tragedii ożywa legenda o ponurym smolarzu. Dręczony wyrzutami sumienia Igor Brudny, który w górach próbował odzyskać spokój, wbrew sobie angażuje się w sprawę. Gdy podejrzenie pada na jego sąsiada, zajmującego się wypałem drewna Samuela, komisarz jako jedyny kwestionuje jego winę. Przeciwko sobie ma nie tylko tajemniczego mordercę, lecz także miejscowy układ sił, na którego czele stoi polityk będący dla mieszkańców niemal bogiem. Szukając sprawcy, Brudny odkryje tajemnicę, przy której straszna legenda okaże się jedynie bajeczką dla dzieci…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 424

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 0 min

Lektor: Filip Kosior
Oceny
4,7 (1766 ocen)
1392
283
62
20
9
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Iwona_G90

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna,wyraziste opisy postaci,wątki wodzą czytelnika za nos,wszystko w pięknej scenerii Bieszczad,czekam na więcej i gorąco polecam jak wszystkie części z Brudnym.
74
Lauf_

Nie oderwiesz się od lektury

Przeczytane na raz, wciągające. Igor mierzący się ze swoimi wewnętrznymi demonami i przechodzący w jakimś stopniu przemianę swojego przeszłego i obecnego "ja" - miód na moje serce. Historia ciekawa, niepokojąca. Moim zdaniem warto przeczytać.
74
marbel_22

Nie oderwiesz się od lektury

Po przeczytaniu „Bagna”, poprzedniej odsłony serii, poczułam rozczarowanie, co sprawiło, że, mimo głębokiej sympatii do postaci Igora Brudnego, zdecydowałam się na pewien czas odejść od serii. Czas oczekiwania na szósty tom, który wyniósł niemal dwa lata, pozwolił moim negatywnym emocjom wygasnąć, a zainteresowanie nową częścią ponownie wzrosło. Decyzja o sięgnięciu po „Smolarza”, kolejny rozdział przygód Igora Brudnego, okazała się strzałem w dziesiątkę. Książka ta przywróciła to, co w serii cenię najbardziej. Przemysław Piotrowski ponownie zaprezentował swoje nieprzeciętne umiejętności pisarskie, oferując trzymający w napięciu kryminał. Z całego serca polecam tę lekturę i z niecierpliwością oczekuję na kolejne wydawnictwa autora.
53
umka1

Dobrze spędzony czas

Już chyba nigdy nie pojadę w Bieszczady. Skutecznie mnie wystraszono...
53
Ladybird_czyta

Dobrze spędzony czas

Policjant-celebryta. Ta rola zdecydowanie nie jest na rękę komisarzowi Igorowi Biednemu. A niestety taką właśnie postacią stał się dla społeczeństwa i żądnych sensacji dziennikarzy po wydarzeniach zamykających wcześniejszy tom tej serii kryminałów. Aby zapewnić sobie spokój i zyskać czas na podjęcie decyzji, jak dalej pokierować swoim życiem, wyjeżdża do położonego w bieszczadzkiej głuszy domku. Za sąsiada ma jedynie ponurego smolarza, którego wypał leży kilkaset metrów od jego chaty. Kiedy pewnego popołudnia do jego drzwi pukają dwie młode dziewczyny, którym udziela pomocy, komisarz nie ma pojęcia, że właśnie po raz kolejny wdepnął w niezłą kabałę. Zaginięcie turystek uruchamia lawinę dawnych lęków, które od dziesięcioleci szumią wśród mieszkańców podkarpackich wsi. Na wierzch wypływa legenda o niebezpiecznym smolarzu-kanibalu. Do tego do głosu dochodzą polityczne, niekoniecznie uczciwe interesy. Brudny, choć chwilowo nie pełniący służby, rozpoczyna prywatne śledztwo. Mimo wyraźnych ...
10

Popularność




Prolog

W sta­rej kozie strze­lały polana, a na zewnątrz szu­miał wiatr.

Spoj­rzała na twarz męża. Była cał­ko­wi­cie pokryta sadzą. Podob­nie jak szyja, kark, dło­nie i ramiona. Włosy przy­po­mi­nały poskle­jane z gałą­zek gniazdo, a sztywna broda pędzel pokryty zaschniętą smołą. Jedyne dwa białe punkty kryły się pod krza­cza­stymi brwiami, które przy­da­wały mu iście dia­bel­skiego cha­rak­teru.

Uśmiech­nęła się życz­li­wie, ale męż­czy­zna nie zare­ago­wał. Wie­działa, co to ozna­cza, bo znała go od lat, i nawet jeśli trudno było cokol­wiek wyczy­tać z pokry­tej sko­rupą twa­rzy, nie miała naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że jego głowę zaprzą­tają ponure myśli. W lekko drżą­cych tęczów­kach odbi­jały się dwa pło­myki sto­ją­cej na ławie lampy naf­to­wej. Męż­czy­zna wyglą­dał i cuch­nął, jakby wró­cił z cze­lu­ści samego pie­kła.

Dotknęła jego czoła mokrą szmatą i starła wierzch­nią war­stwę sadzy. Mate­riał natych­miast zmie­nił barwę, więc umo­czyła go w wia­drze z wodą, żeby wytrzeć mężowi skro­nie, policzki i nos. Nie opo­no­wał. Pod­da­wał się jej woli. Sie­dział nie­mal nie­ru­chomo, tylko od czasu do czasu nale­wał sobie kie­li­szek samo­gonu. Wychy­lał go, po czym zasty­gał w tej samej pozy­cji i patrzył w mrok za przy­dy­mio­nym oknem.

– Co cię trapi, mężu? – zapy­tała kobieta, muska­jąc mokrą szmatą jego mię­si­ste usta.

Męż­czy­zna uniósł wzrok. W jego tęczów­kach znów zapło­nął ogień z lampy naf­to­wej.

– Źle się dzieje – wymam­ro­tał i nalał sobie kolejny kie­li­szek wódki. Wypił. Zapa­lił papie­rosa bez fil­tra. Zacią­gnął się i wydmu­chał gęstą chmurę dymu. Spoj­rzał w twarz żony. – Ale nic to. Nie nasza to sprawa. Niech się żrą – dodał, po czym prze­niósł spoj­rze­nie na dwójkę śpią­cych pod kocami dzieci.

Dziew­czynka miała trzy latka i zaple­ciony przez żonę kru­czo­czarny war­ko­czyk, a chłop­czyk zale­d­wie dzie­więć mie­sięcy i dopiero pierw­sze cien­kie włosy nad uszami. Uro­dził się w lutym, w naj­tęż­sze mrozy, ale choć Bóg nazna­czył go grze­chem, chło­pak na prze­kór prze­ciw­no­ściom losu prze­trwał, okrzepł i rósł jak na droż­dżach. Gehenna żony, która pomimo nabrzmia­łych od mleka piersi nie była w sta­nie go wykar­mić, ode­szła w nie­pa­mięć, tak jak z cza­sem w nie­pa­mięć odcho­dzą rze­czy wsty­dliwe albo złe.

Ale to nie był czas, aby do tego wra­cać.

Męż­czy­zna pozwo­lił żonie obmyć resztę swego ciała. Gdy uznał, że wystar­czy, zacią­gnął się raz jesz­cze, wypił kolejny kie­li­szek i wytarł dło­nie w jedną ze szmat. Zga­sił peta w szklance z wodą i pożą­dli­wym wzro­kiem omiótł pierś żony, którą ta filu­ter­nie wysu­nęła zza głę­bo­kiego dekoltu halki w kolo­rowe kwiaty. Skóra lśniła kro­pel­kami potu, była deli­katna, pach­nąca i nie­zwy­kle kusząca. Ści­snął ją w pal­cach, po czym przy­ssał się do sutka niczym głodne nie­mowlę. Kobieta jęk­nęła i jesz­cze moc­niej przy­ci­snęła jego głowę do swo­jego ciała, a gdy poczuła dło­nie męża na poślad­kach, splu­nęła w dłoń i wtarła ślinę w oko­lice kro­cza. Wśli­zgnęła się udami na jego uda i już miała opaść na ster­czące przy­ro­dze­nie, gdy miło­sne igraszki prze­rwało gło­śne szcze­ka­nie dobie­ga­jące z podwó­rza. Atmos­fera pożą­da­nia pry­sła jak bańka mydlana. Męż­czy­zna gwał­tow­nie wysu­nął się spod part­nerki, klnąc pod nosem.

– Kogo tu, u dia­bła, licho nie­sie o tej porze? – wark­nął poiry­to­wany. Z powro­tem nacią­gnął majtki i wyj­rzał przez okno. W oddali dostrzegł sunące przy ścia­nie lasu pochod­nie.

– Kto to? – zapy­tała nie­pew­nie kobieta. W jej gło­sie można było wyczuć nara­sta­jący nie­po­kój.

– Ludzie – odparł.

– Jacy ludzie?

– Źli ludzie. Moja win­tówka?

– W sieni.

– Cze­kaj tu, pil­nuj dzieci, nie wychodź. Ja się tym zajmę.

– Ale…

– Rze­kłem!

Ton męża nie pozo­sta­wiał pola do dys­ku­sji. To on zawsze podej­mo­wał istotne decy­zje, bo taka była jego rola. W wyklę­tej rodzi­nie od lat pano­wał wyraźny podział obo­wiąz­ków, a zasady były rygo­ry­styczne, sztywne i nie­zmienne. Kobieta zaj­mo­wała się cha­łupą i dziećmi, a męż­czy­zna zara­biał na chleb ciężką pracą przy wypa­la­niu węgla drzew­nego. I choć jej natura nie zawsze współ­grała z filo­zo­fią głowy rodziny, to nie miała więk­szego wyboru, a uczu­cie, jakie z cza­sem zro­dziło się mię­dzy nimi, spra­wiło, że przy­swo­iła sys­tem war­to­ści męża i po pew­nym cza­sie się w nim roz­sma­ko­wała, prze­szłość i tra­dy­cję przod­ków zamy­ka­jąc w jed­nej z licz­nych szu­fla­dek na dnie serca, gdzie kryją się naj­bar­dziej dys­kretne i intymne kobiece tajem­nice.

Kobieta obser­wo­wała, jak mąż pospiesz­nie wkłada spodnie i kufajkę i wsuwa na nogi kalo­sze. Miał silne, pozna­czone śla­dami po opa­rze­niach ramiona, na któ­rych, niczym paję­czyna, snuła się siatka nie­bie­skich żył. Jędrne pośladki i mocne nogi świad­czyły o krze­pie i wital­no­ści, a dwie krą­głe bli­zny w oko­li­cach pra­wej łopatki były dowo­dem nie­spo­ty­ka­nej woli życia. Co z tego, gdy teraz bała się o niego bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Ludzie z gruntu byli źli, dla­tego mąż rzadko musiał ich dookre­ślać. Dziś wyar­ty­ku­ło­wał to bar­dzo wyraź­nie. Do ich domu szli „źli ludzie”. I na pewno nie mieli wzglę­dem nich dobrych zamia­rów.

– Mężu… – jęk­nęła, gdy otwo­rzył drzwi, ale męż­czy­zna posłał jej tylko krót­kie spoj­rze­nie, a następ­nie z win­tówką w ręku opu­ścił naprędce skle­cony barak.

To, co ujrzała póź­niej, śniło jej się przez następne mie­siące i lata. Czę­sto po zmroku sły­szała wrza­ski i budziła się zlana potem, a nawie­dza­jące ją duchy każ­dej nocy zło­śli­wie przy­po­mi­nały o tym, co wyda­rzyło się tam­tej strasz­li­wej nocy. Nie potra­fiła też tak namięt­nie kochać się z mężem, a jego dotyk zamiast wzbu­dzać roz­koszne dresz­cze, przy­po­mi­nał tar­cie skóry papie­rem ścier­nym. W wyklę­tej rodzi­nie poja­wiła się rysa, która z każ­dym dniem, tygo­dniem i mie­siącem coraz bar­dziej się pogłę­biała, aby w końcu prze­obra­zić się w rów wypeł­niony ludzką nie­go­dzi­wo­ścią, beze­ceń­stwem i pod­ło­ścią.

A to i tak był dopiero począ­tek bez­den­nego kosz­maru…

Rozdział 1

W powie­trzu uno­sił się zapach żywicy i paru­ją­cej gleby.

Igor Brudny włą­czył kie­run­kow­skaz i skrę­cił w wąską, nie­równą szu­trową drogę. Była pełna dziur, w któ­rych zbie­rała się teraz woda, a do tego gdzie­nie­gdzie leżały poła­mane po nie­daw­nej burzy gałę­zie. Nie przej­mo­wał się tym spe­cjal­nie. Jego nis­san patrol radził sobie w dużo gor­szych warun­kach, a że cza­sem lubił go prze­czoł­gać, to spe­cjal­nie pako­wał się w kole­iny w nadziei, że pogłębi je na tyle, aby poten­cjal­nym tury­stom wybić z głowy głu­pie pomy­sły rusza­nia jego śla­dem. Zresztą nie mieli takiego prawa. Przed wjaz­dem do lasu stał znak z wyraź­nym zaka­zem, który jego samego, jako miesz­kańca jed­nej z dwóch znaj­du­ją­cych się w lesie cha­łup, w ramach wyjątku nie doty­czył.

Komi­sarz zatrzy­mał się przy tablicy infor­ma­cyj­nej dla tury­stów. Wyj­rzał przez otwarte okno. Wyglą­dała na nad­pa­loną, choć nie było czuć swędu spa­le­ni­zny. Więk­szość tek­stu doty­czą­cego histo­rii walk pomię­dzy car­ską armią rosyj­ską a cesar­sko-kró­lew­ską austro-węgier­ską pod­czas pierw­szej wojny świa­to­wej na szczę­ście się zacho­wała. Za pierw­szym razem sam z zain­te­re­so­wa­niem prze­czy­tał krótką notkę, a następ­nie pogłę­bił wie­dzę na ten temat. Uwa­żał, że warto wie­dzieć, gdzie się mieszka, skoro jedna z krwa­wych bitew roze­grała się dokład­nie tu, pod nie­ist­nie­jącą już wsią Tyskowa, gdzie dziś znaj­do­wały się jedy­nie jego cha­łupa i wypał węgla. Teraz poten­cjalny tury­sta nie mógł już jed­nak prze­czy­tać cało­ści, zwłasz­cza zaś obej­rzeć załą­czo­nych w pra­wym rogu zdjęć z tam­tych cza­sów. Brudny pomy­ślał, że to pew­nie robota kolej­nego znu­dzo­nego gów­nia­rza z War­szawki, ale osta­tecz­nie posta­no­wił tego nie roz­trzą­sać, bo po pierw­sze rów­nie dobrze mogło to być ude­rze­nie pio­runa, a po dru­gie tak naprawdę wszystko, co znie­chę­cało tury­stów do wcho­dze­nia na szlak, było mu na rękę.

O tej porze roku i tak widy­wał ich rzadko, ale „rzadko” to w jego mnie­ma­niu wciąż było zbyt czę­sto. Naj­le­piej, żeby nie musiał oglą­dać ich wcale. Potrze­bo­wał spo­koju, a nie uże­ra­nia się ze wścib­skimi tury­stami, któ­rzy nie dość, że potra­fili zapu­kać do jego drzwi bez kon­kret­nego celu, to jesz­cze zosta­wiali po sobie syf, zwłasz­cza gdy decy­do­wali się prze­no­co­wać pod gołym nie­bem. Ni­gdy nie był pedan­tem w kwe­stiach zacho­wa­nia czy­sto­ści, a tym bar­dziej w nosie miał podej­ście innych, ale zauwa­żył, że leżąca w ściółce butelka, puszka czy rekla­mówka iry­tuje go bar­dziej, niż mógłby się tego po sobie spo­dzie­wać. Może po pro­stu sama świa­do­mość, że w pro­mie­niu kilku kilo­me­trów od jego azylu znaj­dują się obcy ludzie, burzyła jego spo­kój? A może trze­po­cząca na gałęzi rekla­mówka z „Żabki” czy „Bie­dronki” nie paso­wała do tego miej­sca? Sam już nie wie­dział, czy się sta­rzeje, że zaczyna zwra­cać uwagę na takie pier­doły, ale każde świa­dec­two byt­no­ści czło­wieka wywo­ły­wało jego roz­draż­nie­nie. Chan­drę czuł na samą myśl, że musi wybrać się do sklepu po zakupy, wobec czego sta­rał się robić je jak naj­rza­dziej. A gdy widział zbli­ża­ją­cych się ziom­ków w cza­pecz­kach z dasz­kiem i z ple­ca­kami wypeł­nio­nymi dźwię­czą­cymi butel­kami piwa, z tru­dem hamo­wał się, żeby nie wyjść i nie pogo­nić ich w cho­lerę.

Pięć minut póź­niej zapar­ko­wał na wzgó­rzu pod drew­nianą cha­łupą. Wysiadł, roz­pro­sto­wał kości i spoj­rzał w niebo, na któ­rym wciąż kotło­wały się sta­lowe chmury. Rozej­rzał się po oko­licy i wcią­gnął w płuca świeże gór­skie powie­trze. Było tak inne od tego miej­skiego, gęstego, zawie­si­stego, wypeł­nio­nego spa­li­nami i brud­nego jak szmata do czysz­cze­nia pod­łóg. Zawsze myślał, że jest zwie­rzę­ciem typowo miej­skim, ale od kilku mie­sięcy zaczy­nał dostrze­gać, jak bar­dzo się mylił. Jego aspo­łecz­ność i ogólna nie­chęć do ludzi były w War­sza­wie wysta­wiane na ciężką próbę nie­mal każ­dego dnia, zresztą ostat­nio męczył się nawet w Zie­lo­nej Górze. Waka­cji „pod pal­mami”, na które namó­wiła go Julka, wolał nawet nie wspo­mi­nać. Ale tu, w biesz­czadz­kich knie­jach, gdzie powie­trze po desz­czu pach­nie tak, że mogłoby zbu­dzić trupa, a cisza prze­ry­wana spo­ra­dycz­nie przez krę­cącą się po wzgó­rzach zwie­rzynę wydaje się naj­wspa­nial­szą muzyką, Igor Brudny czuł się tak, jakby w końcu zna­lazł swoje miej­sce na świe­cie. Tym bar­dziej rosło jego roz­draż­nie­nie, gdy zda­wał sobie sprawę, że w końcu będzie musiał wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści.

– Ile jesz­cze będziesz tam sie­dział? – dopy­ty­wała coraz bar­dziej poiry­to­wana Julka. Nie mógł kwe­stio­no­wać jej punktu widze­nia, bo z wła­snej woli zde­cy­do­wał się na życie w związku, a to wyma­gało wyrze­czeń i bra­nia pod uwagę uczuć part­nera. Zawadzka od bli­sko pół roku sie­działa w Zie­lo­nej Górze sama i miała pełne prawo, aby zacząć naci­skać.

– Do lata. Potrze­buję jesz­cze tro­chę czasu – tłu­ma­czył wymi­ja­jąco. Nie musiał widzieć miny part­nerki, aby wie­dzieć, że z tej odpo­wie­dzi nie jest zado­wo­lona.

– Naj­pierw miał być mie­siąc, potem do wio­sny, a teraz do lata. Dla cie­bie rzu­ci­łam wszystko i prze­nio­słam się z War­szawy do Zie­lo­nej Góry, a ty zaraz potem zosta­wi­łeś mnie tu samą jak palec. Myślisz, że jak ja się czuję?

– Chyba tro­chę prze­sa­dzasz, bo…

– Zasta­nów się, czego ty chcesz, Igor. Nie uciek­niesz od świata. Dawno po wybo­rach i temat Sędziego już tak nie grzeje. Czas się ogar­nąć. No chyba że…

W podob­nych sytu­acjach ni­gdy nie koń­czyła myśli, ale nie trzeba było być Sher­loc­kiem Hol­me­sem, aby wywnio­sko­wać, co się kryje za tym nie­do­mó­wie­niem. Naj­wy­raź­niej ich zwią­zek zaczy­nał prze­ży­wać kry­zys, a on – choć dostrze­gał objawy – jakoś nie był skory do reak­cji. Ni­gdy nie był wylewny w kwe­stiach uczuć, więc uni­kał takich roz­mów jak ognia. O miło­ści, wier­no­ści, wspól­nych pla­nach, w tym tych dale­ko­sięż­nych. Wie­dział, że jej zegar bio­lo­giczny tyka nie­ubła­ga­nie, ale myśl, że miałby spro­wa­dzić na ten podły świat nowe życie, zwy­kle psuła mu humor na resztę dnia. Wła­sna rodzina jawiła mu się jako coś dzi­wacz­nego, nie­pa­su­ją­cego do niego w naj­mniej­szym stop­niu, wręcz nie­do­rzecz­nego pod każ­dym wzglę­dem. On miałby mieć syna? Albo córkę? Prze­cież to brzmiało absur­dal­nie. Miał nie­od­parte wra­że­nie, że byłby złym ojcem i nie potra­fiłby dać dru­giej oso­bie tego wszyst­kiego, co dawali inni rodzice. Poza tym świa­do­mość, że jego dziecku mogłoby przy­da­rzyć się coś złego, podob­nie jak kie­dyś córce brata, para­li­żo­wała go stra­chem. Miał prze­cież wielu wro­gów, a dodat­kowo kilka razy wię­cej osób źle mu życzyło.

Odrzu­cił te myśli, otwo­rzył drzwi od strony pasa­żera i wyjął dwie torby z zaku­pami. Miały wystar­czyć na cały następny tydzień. Kilka piersi z kur­czaka, pół kilo woło­winy, biała kieł­basa, kaszanka, do tego ryż, maka­ron, kasza gry­czana i tro­chę świe­żych warzyw, oczy­wi­ście kawa, woda, papie­rosy i dwie nie­od­łączne butelki jame­sona. Zabrał wszystko i wszedł do cha­łupy, a następ­nie poupy­chał w szaf­kach i napę­dza­nej prą­dem z agre­gatu lodówce zawar­tość obu toreb. Ścią­gnął buty, nalał sobie szkla­neczkę whi­sky, wal­nął się na sofę i poło­żył nogi na stole. Zapa­lił. Przez chwilę znów drę­czyły go dziwne myśli, więc aby od nich uciec, wychy­lił szkla­neczkę do dna i poszedł do sieni po sie­kierę. Ponow­nie wzuł buty i wyszedł na dwór. Przez godzinę narą­bał drewna co naj­mniej na tydzień, a potem wsy­pał do paśnika tro­chę paszy. Po jego przy­jeź­dzie nie nada­wał się do uży­cia, ale z nudów go wyre­mon­to­wał. Wystar­czyła garść gwoź­dzi i kilka desek, aby karm­nik otrzy­mał dru­gie życie. Dzika zwie­rzyna szybko odwdzię­czyła mu się za wyko­naną pracę i przez zimę regu­lar­nie odwie­dzały go sarny, jele­nie, dziki i zające. Czę­sto sia­dał wtedy przy oknie, nale­wał sobie szklankę whi­sky i paląc papie­rosa, patrzył, jak jedzą. Zde­cy­do­wa­nie wolał towa­rzy­stwo zwie­rząt niż ludzi.

Gdy tylko o tym pomy­ślał, usły­szał z oddali hała­śliwe szcze­ka­nie. Znał je dosko­nale i ni­gdy nie zwia­sto­wało niczego dobrego. Kun­dle sąsiada tak witały wszyst­kich przy­by­szy, a ci, pogo­nieni przez niego w dia­bły, zwy­kle ruszali w kie­runku cha­łupy Brud­nego. Tym razem tra­dy­cji rów­nież musiało stać się zadość. Pod­niósł wzrok znad paśnika i spoj­rzał w stronę oto­czo­nego wysoką pali­sadą wypału węgla, skąd pospiesz­nie umy­kały dwie postaci. Prych­nął, gdy zdał sobie sprawę, jaka ta karma jest zło­śliwa. Opróż­nił worek z otrę­bami pszen­nymi i się­gnął do kie­szeni dżin­sów po paczkę papie­ro­sów. Wsa­dził jed­nego do ust. Zapa­lił. Sku­pił wzrok. W jego stronę dziar­sko masze­ro­wały dwie młode kobiety z ple­ca­kami i kij­kami do nor­dic wal­king. Przez krótką chwilę miał nadzieję, że jed­nak zre­zy­gnują, ale ta oka­zała się płonna jak zawsze.

– Dzień dobry! – krzyk­nęła pierw­sza z nich, macha­jąc mu ręką. Miała na sobie spor­towe buty, czarne leg­ginsy i ciem­no­zie­loną zapi­naną na zamek bluzę. Spod czapki z dasz­kiem wysta­wały blond kosmyki.

Brudny nie odpo­wie­dział ani nie odmach­nął.

Dziew­czyn to oczy­wi­ście nie zra­ziło. Pode­szły bli­żej, wtedy przyj­rzał się im dokład­niej. Obie były bar­dzo zgrabne i raczej nie prze­kra­czały dwu­dzie­stego roku życia. Druga z nich nosiła bojówki i spor­tową bluzę z emble­ma­tem jed­nej z pol­skich firm odzie­żo­wych. Kru­czo­czarne włosy zaplo­tła w gruby war­kocz, który spły­wał jej spod kap­tura na piersi. Musiał przy­znać, że obie były wyjąt­kowo atrak­cyjne i po wysta­ją­cych spod koł­nie­rzy tatu­ażach można było wnio­sko­wać, że pocho­dzą z dużego mia­sta.

Komi­sarz nacią­gnął kap­tur bluzy na głowę. Ostat­nim, czego pra­gnął, była dys­ku­sja z dwoma wścib­skimi gów­nia­rami z War­szawy czy Kra­kowa o pogo­dzie albo dupie Maryni. Tylko co zro­bić, jeśli czło­wiek nie ma wyj­ścia? Wolał zała­twić sprawę tutaj, zanim któ­rejś z nich wpadłby do głowy pomysł, aby wpro­sić się na her­batę.

– Uff… ta górka wcale nie jest taka pła­ska, jak by się wyda­wało – oznaj­miła blon­dynka, nieco zbyt teatral­nie wycie­ra­jąc nie­ist­nie­jące kro­ple potu z czoła. Oparła się o jeden z kij­ków, ewi­dent­nie pró­bu­jąc wywrzeć pre­sję. – Pan tu mieszka? – zapy­tała.

– A wy dokąd idzie­cie? – odpo­wie­dział pyta­niem na pyta­nie.

– Do cer­kwi w Łopience. A potem…

– To w tamtą stronę – uciął, wska­zu­jąc pal­cem na połu­dnie. – Panie wyba­czą, ale…

– A czy mogły­by­śmy pod­ła­do­wać u pana tele­fony? – wyrwała się druga z tury­stek.

Kurwa mać, zaklął w myślach. Drugi raz dał się podejść jak gów­niarz. Trzy mie­siące temu nie miał wyj­ścia i musiał wpu­ścić parkę trzy­dzie­sto­pa­ro­lat­ków, któ­rzy zapu­kali po tej samej proś­bie. Wtedy był śro­dek zimy i tęgi mróz, a do tego szybko zapa­dał zmrok. Sąsiad jak zwy­kle opier­do­lił przy­by­szy i zagro­ził, że spu­ści psy, a ci – nie mając więk­szego wyboru – skie­ro­wali się wprost do jego cha­łupy. Cza­sem myślał, że Samuel robi mu na złość, bo choć żyli w jakiej takiej komi­ty­wie, to jego wła­sna aspo­łecz­ność wyda­wała się niczym w porów­na­niu z tą, którą pre­zen­to­wał smo­larz. Facet naj­wy­raź­niej szcze­rze nie­na­wi­dził ludzi, toteż czę­sto zdru­zgo­tani nie­go­ścin­no­ścią węgla­rza tury­ści kie­ro­wali się w potrze­bie do jedy­nej chaty na szlaku. Do ucie­ka­ją­cego przed świa­tem Igora Brud­nego. W prze­ci­wień­stwie do sąsiada w nim wciąż tliły się jakieś ludz­kie odru­chy, sumie­nie zaś nie pozwa­lało wywa­lić ludzi w potrze­bie na zbity pysk. Poza tym nie chciał brać odpo­wie­dzial­no­ści za obcych, któ­rzy przez jego nie­chęć do jakich­kol­wiek wizyt zamar­z­liby gdzieś na szlaku. Wpu­ścił więc parkę, ale oczy­wi­ście wpa­ko­wał się na minę, bo Kamil i Anna szybko roz­po­znali w nim tego słyn­nego komi­sa­rza, który uga­nia­jąc się za nie­ja­kim Sędzią, roz­pi­rzył przy oka­zji w proch całą scenę poli­tyczną. Wtedy oczy­wi­ście zaczęło się „sto pytań do”. Szczę­ściem w nie­szczę­ściu było to, że nie nale­żeli do wyznaw­ców Kry­szaka czy Kumi­dora, więc po godzi­nie cią­gną­cej się w nie­skoń­czo­ność gehenny i cią­głego zer­ka­nia na zega­rek ich smart­fony w końcu się nała­do­wały i Brud­nemu udało się pozbyć nie­chcia­nych gości w miarę kul­tu­ral­nie.

Podą­ża­jące wzgó­rzem panny też nie wyglą­dały na prze­sad­nie bogo­bojne, ale tym bar­dziej nie chciał, aby w tych swo­ich opię­tych leg­gin­sach roz­sia­dły się na jego kana­pie. Co z tego, gdy w ostat­nich tygo­dniach wszyst­kie oko­liczne wsie trą­biły o gra­su­ją­cej w oko­licy sfo­rze wil­ków, a do tego dopiero co prze­szła ulewna burza i szlak mógł być w kilku miej­scach bar­dziej wyma­ga­jący niż zwy­kle. Prze­szło mu przez myśl, że Julka też nie byłaby z tej wizyty zado­wo­lona.

– Plisss – jęk­nęła blon­dynka, wycią­ga­jąc przed sie­bie smart­fon. Bate­ria rze­czy­wi­ście była na wyczer­pa­niu.

– A nie macie tego, no, tej prze­no­śnej łado­warki? – zapy­tał, chwy­ta­jąc się brzy­twy.

– Power­banka?

– No…

– Gośka gdzieś posiała – rzu­ciła z lek­kim wyrzu­tem blon­dynka. – Gdyby nie to, że ma głowę przy­twier­dzoną do szyi, to pew­nie i ją by zgu­biła.

– Też swo­jego zapo­mnia­łaś wziąć z domu – skon­tro­wała bru­netka. – Gdy­byś zabrała, to…

Brudny przez chwilę przy­glą­dał się dogry­za­ją­cym sobie dziew­czy­nom, co w aktu­al­nej sytu­acji nie­spe­cjal­nie dzia­łało na ich korzyść. Zasta­na­wiał się, czy mają tego świa­do­mość, ale w końcu uznał, że po pro­stu nie są zbyt mądre, a tym bar­dziej doświad­czone w łaże­niu po górach. Sumie­nie nie pozwa­lało mu jed­nak puścić ich dalej bez moż­li­wo­ści kon­taktu ze świa­tem. W życiu widział zbyt wiele i miał zbyt bujną wyobraź­nię.

– Może­cie nała­do­wać te tele­fony – mruk­nął, prze­ry­wa­jąc sprzeczkę. Dziew­czyny zamil­kły i spoj­rzały na niego, jakby dopiero co wyrósł spod ziemi. – Ale potem mam pracę, czy to jasne?

– Oczy­wi­ście – odparły zgod­nie, a blon­dynka dodat­kowo sze­roko się uśmiech­nęła. – Dzię­ku­jemy – dodała. – Gdyby nie pan, to ja nie wiem, chy­ba­bym Gośkę udu­siła. I prze­pra­szam za, no wie pan, głu­pio wyszło. Naprawdę ratuje nam pan życie, panie…

Nie dokoń­czyła, bo Brudny już zdą­żył się odwró­cić i wyszarp­nąw­szy po dro­dze sie­kierę z pniaka, na któ­rym rąbał kolejne bukowe polana, ruszył w kie­runku drzwi. Miał cichą nadzieję, że dziew­czyny może jesz­cze zmie­nią zda­nie, ale chwilę póź­niej za ple­cami poniósł się odgłos kro­ków i figlarny chi­chot. Pomy­ślał, że obie nie mają w sobie krzty instynktu zacho­waw­czego. Igor Brudny nie mylił się w tej kwe­stii ani tro­chę.

Rozdział 2

Samuel Wan­zre­ich był Żydem, ale ni­gdy nie miał kon­taktu z innymi Żydami, a przy­naj­mniej on takich sobie nie przy­po­mi­nał. Ni­gdy też się z nimi nie utoż­sa­miał, podob­nie jak z Pola­kami, Ukra­iń­cami, Niem­cami albo innymi cha­mami, któ­rych miał nie­szczę­ście w życiu poznać i któ­rych naj­chęt­niej powie­siłby za jajca, aby tak wisieli, dopóki coś takiego, co nazywa się gra­wi­ta­cja, im tych jajec nie urwie albo nie sta­nie im się inna krzywda, na przy­kład nie zeżrą ich wilki. Na jego postrze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści wpływ miały wyda­rze­nia, do któ­rych wolał nie wra­cać. W jego mnie­ma­niu nie miało to naj­mniej­szego sensu, bo tylko się wtedy zadrę­czał i psuł mu się humor, który i tak zwy­kle był dość posępny, jeśli wręcz nie wisiel­czy. Wycho­dził więc z zało­że­nia, że nie ma sensu tra­cić ener­gii na głu­poty, bo prze­cież co się stało, to się nie odsta­nie, tak był ten poje­bany świat skon­stru­owany. Samuel był pro­stym czło­wie­kiem i miał pro­ste potrzeby, tak też rozu­mo­wał i swój los przyj­mo­wał z otwartą przy­łbicą. Nie jęczał, nie narze­kał, nie bia­do­lił. Było, jak było, taki się uro­dził i tak przy­szło mu żyć, a kto o tym decy­do­wał, tego nie wie­dział i w sumie gówno go to obcho­dziło, bo po co się nad tym zasta­na­wiać, skoro i tak nie da się tego zmie­nić. Tylko raz prze­mknęła mu myśl, aby jed­nak rzu­cić ręka­wicę prze­zna­cze­niu, które naj­wy­raź­niej kop­nęło go w dupę już w momen­cie, gdy poja­wił się na tym świe­cie jako mały, szka­radny potwo­rek. O zna­cze­niu swo­jego nazwi­ska Samuel dowie­dział się grubo po trzy­dzie­stce, zupeł­nie przy­pad­kiem, gdy kupił w skle­pie z che­mią śro­dek na plu­skwy. Słynna nie­miecka che­mia oka­zała się cał­kiem sku­teczna i insekty, które zalę­gły się w jego mate­racu, udało się poskro­mić, ale ulotka na opa­ko­wa­niu dała mu kolejny pre­tekst, aby świat, w któ­rym przy­szło mu żyć, znie­na­wi­dzić jesz­cze bar­dziej.

Samuel czy­tał kiep­sko, ale nie był anal­fa­betą i dodał dwa do dwóch. Oka­zało się, że jego nazwi­sko zna­czy mniej wię­cej tyle co „bogaty w plu­skwy”. Z początku mocno się zde­ner­wo­wał, no bo jaki chuj mógł nadać mu takie nazwi­sko? Przez jakiś czas zacho­dził w głowę i nawet pró­bo­wał roz­wi­kłać tę zagadkę, ale że nie miał wykształ­ce­nia, a książki jawiły mu się jako coś rów­nie zbęd­nego jak per­fumy albo drą­żek ste­row­ni­czy waha­dłowca, w końcu uznał, że nie będzie zgłę­biał tematu, bo jed­nak drewno trzeba było porą­bać i codzien­nie do retorty zapa­ko­wać, z kolej­nej to wypa­lone drewno wła­snymi rękoma wyjąć i w for­mie węgla drzew­nego do juto­wych worów zała­do­wać, aby sprze­dać i mieć na chleb, jaja i wódkę. Przez kolejne dwa­dzie­ścia lat nie­wiele się w jego życiu zmie­niało, ot cza­sem przy­lazł jakiś tury­sta, aby go powkur­wiać, albo poseł Bursz­ty­no­wicz nasłał na niego patrol poli­cji, bo ktoś poskar­żył się, że poszczuł psami. Miał to gdzieś, a man­da­tami pod­cie­rał sobie dupę. Nic nie miał, więc niczego mu nie mogli zabrać, a nikt nie chciał wcho­dzić w poważny kon­flikt z jed­nym z ostat­nich biesz­czadz­kich węgla­rzy, któ­rych obec­ność na szla­kach gene­ro­wała nie tylko zain­te­re­so­wa­nie tury­stów, ale nawet świa­to­wych sieci tele­wi­zyj­nych pokroju Disco­very. To zde­cy­do­wa­nie byłoby nie po chrze­ści­jań­sku, a poza tym mogłoby źle wpły­nąć na noto­wa­nia Bursz­ty­no­wicza, który zawsze pierw­szy w kościele klę­kał i na tacę dawał, choć Samuel wie­dział, że to tylko pozory, bo był z posła kawał chuja, jak to z poli­ty­kami. Wojna ze smo­la­rzem pocho­dze­nia żydow­skiego, nawet jeśli zgryź­li­wym cha­mem, nie była mu na rękę, więc Samuel Wan­zre­ich żył sobie, nie­zmien­nie w dupie mając wszystko i wszyst­kich, zwłasz­cza zaś takie wypin­drzone turystki, które co prawda naj­chęt­niej by ostro wydup­czył, ale że dalej żyć chciał po swo­jemu, to tego nie zro­bił i czym prę­dzej, aby nie kusić losu, prze­pę­dził je gdzie pieprz rośnie.

Odpro­wa­dził je wzro­kiem przesz szparę mię­dzy drew­nia­nymi palami. Zare­cho­tał zja­dli­wie, widząc, że wspi­nają się wzgó­rzem do sąsiada. Lubił cza­sem robić mu na złość, bo był jedy­nym, któ­remu mógł to robić regu­lar­nie, a prze­cież komuś trzeba było, aby się nie nudzić, gdy już retorty dymią i poza piciem wódki nie ma się pomy­słu, aby ten czas jakoś sobie zor­ga­ni­zo­wać. Co z tego, gdy facet był jakiś dziwny i na zaczepki nie reago­wał. Sie­dział w tej swo­jej drew­nia­nej cha­łu­pie po sta­rej Ste­fa­nii i albo rąbał drewno, albo sie­dział na ganku i gapił się w niebo, a cza­sem odpa­lał tego ryczą­cego potwora, który tro­chę zazdro­ści w Samu­elu wzbu­dzał. Poza tym chyba też lubił wypić, bo w biesz­czadz­kiej ciszy głos nie­sie się daleko i czę­sto dało się sły­szeć brzęk bute­lek, choć w sumie nie szło przy­ła­pać go, jak się prze­wraca albo tele­pie, co Samu­elowi się zda­rzało, i to nie­rzadko. Do tego, co tam kie­dyś Halina ze sklepu we wsi mu naga­dała, podobno komi­sarz, co ban­dy­tów ści­gał i w tele­wi­zji go poka­zy­wali, ale Samuel tele­wi­zora nie miał, więc spraw­dzić jej słów nie mógł, a też nie wie­rzył we wszystko, co tam stara kwoka gada, bo gadać lubiła dużo i nie zawsze z sen­sem.

Ale jed­nak tro­chę wie­rzył…

Poli­cjant miesz­ka­jący w sta­rej cha­łu­pie na wzgó­rzu, dziwny i oso­bliwy typ, który jedyny może mu na przy­kład przez lor­netkę zaglą­dać ponad szczelną pali­sadą oka­la­jącą jego wypał – wszystko to brzmiało tro­chę podej­rza­nie. Wia­domo, poseł Bursz­ty­no­wicz, kij mu w oko, od lat zatru­wał mu życie i nawet kilku kon­tra­hen­tów kupu­ją­cych od Samu­ela węgiel znie­chę­cił, dopusz­czał się też róż­nych pro­wo­ka­cji. Każda próba koń­czyła się jed­nak fia­skiem i z cza­sem sobie odpu­ścił. Z początku Samuel się ucie­szył, ale w końcu zaczęło mu tego bra­ko­wać, bo lubił się z nim dro­czyć, ale że nie był święty i w prze­szło­ści tro­chę nabroił, to jed­nak obec­ność tajem­ni­czego komi­sa­rza budziła w nim nie­po­kój. A prze­cież kilka bab w życiu zba­ła­mu­cił i nie zawsze po dobroci, kilka mord roz­kwa­sił, a jed­nemu, co kie­dyś Samu­elowi za długi kutasa do dupy wsa­dził, w ramach zemsty w to samo miej­sce wci­snął butelkę wódki i kop­nął go w jajca bucio­rem ze sta­lo­wym czu­bem tak mocno, aż ta butelka w dupie pękła i w środku bebe­chy poka­le­czyła, że chłop pra­wie się wykrwa­wił, bo prze­cież sta­rym garu­sem był i karetki ze wstydu wezwać nie chciał.

Te czasy Samuel zosta­wił już jed­nak za sobą. Dziś nie mógł już robić tego, co kie­dyś. Miał ku temu jeden powód.

Smo­larz chark­nął, splu­nął i wysą­czył z pier­siówki ostat­nie kro­ple wódki. Zagryzł świeżo obra­nym jaj­kiem od pani Haliny i pokle­paw­szy po łbach dwa wciąż poszcze­ku­jące psy, z poczu­ciem dobrze wypeł­nio­nego obo­wiązku wró­cił do baraku. Zdrzem­nął się godzinę, potem wstał, prze­cią­gnął się, ruszył do wychodka i zro­bił to, czego natura od zdro­wego chłopa wymaga. Po wszyst­kim poszedł spraw­dzić retorty. Dym wydo­by­wa­jący się z ostat­niej zaczy­nał już przy­bie­rać kolor nie­bie­ski, a to ozna­czało, że czas zająć się wyga­sza­niem. Napeł­nił wodą kilka wia­der, nało­żył grube ręka­wice i zły, że musi radzić sobie sam, wdra­pał się po dra­bi­nie na szczyt pieca. Otwo­rzył właz, z któ­rego buch­nęły kłęby błę­kit­nego dymu. Odcze­kał chwilę i opróż­nił pierw­sze wia­dro. Zszedł po kolejne i pono­wił czyn­ność. Gdy pod­niósł głowę, aby wytrzeć pot z czoła, na dro­dze za pali­sadą dostrzegł maja­czącą postać. Zaklął pod nosem, prze­lał do środka wodę z trze­ciego wia­dra, po czym zszedł na zie­mię, zdjął ręka­wicę i zapa­lił papie­rosa. Chwilę póź­niej usły­szał szczęk zardze­wia­łej bramy. Podra­pał się po pośladku i splu­nął w błoto.

– O któ­rej mia­łeś być? – wychry­piał w kie­runku mło­dego chło­paka, który wśli­zgnął się na teren wypału.

– Mia­łem… wypa­dek – odparł krótko przy­strzy­żony mło­dzie­niec.

– Jaki znowu wypa­dek? – zagrzmiał smo­larz. – Ty ostat­nio cią­gle masz jakieś wypadki. Lepiej mów prawdę, bo jak…

– Wpier­dol dosta­łem. Wystar­czy?

Samuel zbli­żył się do syna. Ten patrzył na niego spod byka. Miał dopiero szes­na­ście lat, ale ciężka fizyczna praca wykuła impo­nu­jącą musku­la­turę. Gra­cjan był niski, ale krępy, a graby miał takie, że mógł arbuzy miaż­dżyć. Smo­larz przyj­rzał mu się z bli­ska. Rze­czy­wi­ście, chło­pak nie kła­mał. Miał podartą koszulkę, roz­cięty ple­cak i od stóp do głów był umo­ru­sany bło­tem. Jedno oko przy­po­mi­nało doj­rzałą śliwkę, a pod nosem i przy pra­wym uchu wid­niały zaschnięte skrzepy krwi.

– Ilu ich było? – zapy­tał.

– Pię­ciu. Jed­nemu chyba zła­ma­łem nos, ale reszta mnie doje­chała. Wybacz, tato.

– Nic się nie stało. To ci sami co ostat­nio?

– Nie.

– To kto?

– Młody Kob­ziń­ski i ten chu­jek Bursz­ty­no­wicz. Dorwali mnie krótko po tym, jak wysia­dłem z auto­busu. Pod­je­chali samo­cho­dem znie­nacka, wysie­dli i…

– Skur­wy­syny… – wciął się Samuel. – Pójdę do soł­tysa i chyba sam mu wpier­dol spusz­czę. Nie będzie jego syn mojemu… – Zaci­snął ner­wowo obie pię­ści.

– Nie, tato. Nie rób tego. Wtedy to już w ogóle nie dadzą mi żyć.

– Ech…

Stary smo­larz pokle­pał syna po ramie­niu, a potem przy­ci­snął jego głowę do piersi. Wyobra­ził sobie, jak wpada do cha­łupy soł­tysa, wyciąga za uszy jego nadę­tego synalka i na oczach ojca spusz­cza mu łomot. Był nie­mal prze­ko­nany, że stary Kob­ziń­ski nie odwa­żyłby się sta­nąć mu na dro­dze. Był mię­cza­kiem jakich mało i co naj­wy­żej zadzwo­niłby pod 112. A jeśliby jed­nak zde­cy­do­wał się zare­ago­wać, to jemu też dałby do wiwatu. Co innego Bursz­ty­no­wicz. Ten gnój wyda­wał się nie­ty­kalny, podob­nie jak jego smar­kacz. Tu Samuel miał zwią­zane ręce.

– Umyj się i coś zjedz. Dziś wybiorę węgiel sam, ale w zamian za to poje­dziesz zro­bić jakieś zakupy – powie­dział i puścił syna. Klep­nął go na zachętę w poty­licę, ale chło­pak naj­wy­raź­niej nie ode­brał ojcow­skiego gestu tak, jak Samuel mógłby tego ocze­ki­wać. Posłał mu pełne pre­ten­sji spoj­rze­nie, a potem w mil­cze­niu ruszył do baraku.

Gdy znik­nął w jego wnę­trzu, Samuel kątem oka dostrzegł na nie­bie prze­la­tu­jący cień. Spoj­rzał na prze­su­wa­jący się punkt i szybko roz­po­znał w nim bie­lika. Od razu przy­po­mniał sobie wiszące nad łóż­kiem godło Pol­ski. Prych­nął z nie­sma­kiem na tę myśl. To był naj­częst­szy widok, gdy przy­pa­lali go papie­ro­sami, krę­cili mu wora albo po pro­stu spusz­czali regu­larny wpier­dol. Od naj­młod­szych lat miał prze­srane i naj­wy­raź­niej wszy­scy dalej widzą w nim tylko zwy­kłego śmie­cia. Nie­na­wi­dził ich. Nie­na­wi­dził ich wszyst­kich. Tego kraju też.

Jego ponure myśli prze­rwał dziew­częcy chi­chot. Zbli­żył się do bramy i zer­k­nął przez szparę. Ze wzgó­rza scho­dziły te same dwie dzie­wu­chy, które pogo­nił jakiś czas temu. Wyglą­dały na typowe dupo­dajki i pomy­ślał, że sąsiad pew­nie wyko­rzy­stał oka­zję, aby nie­źle je wygrzmo­cić. No bo niby co robiły w jego cha­łu­pie ponad godzinę?

Ner­wowo obli­zał wargi, gdy wyobra­ził sobie te wszyst­kie beze­ceń­stwa. Spra­wiło mu to nie­li­chą przy­jem­ność. Odpro­wa­dził dziew­czyny wzro­kiem, a gdy znik­nęły za zakrę­tem, zaklął szpet­nie, splu­nął i wró­cił do pracy.

Rozdział 3

Trzy kolejne dni minęły Brud­nemu na bez­tro­skim patrze­niu na lejący za oknem deszcz, popi­ja­niu jame­sona i roz­my­śla­niu o przy­szło­ści, która już dra­pież­nie wycią­gała po niego szpo­nia­ste łap­ska. Do żad­nych satys­fak­cjo­nu­ją­cych wnio­sków nie doszedł. Do poli­cji nie­spe­cjal­nie chciał wra­cać, a robota pry­wat­nego detek­tywa w momen­cie, gdy po akcji z Sędzią jego twarz znał prak­tycz­nie każdy oby­wa­tel, też nie wyglą­dała na sen­sowny pomysł. To wła­śnie z tego powodu uciekł w góry. Od czasu wyda­rzeń w domu Kumi­dora naj­róż­niejsi pseu­do­dzien­ni­ka­rze nie­ustan­nie się do niego dobi­jali. Zacze­piali go na ulicy, w skle­pie, a nie­któ­rzy byli nawet tak nachalni, że wcho­dzili na teren pose­sji i zaglą­dali przez okna. Raz zna­lazł takie zdję­cia na jed­nym z por­tali plot­kar­skich. Uka­zy­wały go w samych bok­ser­kach i z papie­ro­sem w ustach, inne pod­czas jedze­nia pizzy, którą popi­jał jame­so­nem, a jedno w towa­rzy­stwie Julki mają­cej na sobie tylko bie­li­znę. Wkur­wił się wtedy okrut­nie i pomimo sta­now­czego sprze­ciwu part­nerki wsiadł w samo­chód, a następ­nie, z zamia­rem spusz­cze­nia gry­zi­piór­kowi solid­nego łomotu, poje­chał do War­szawy. Po dro­dze ciśnie­nie tro­chę z niego zeszło, ale i tak na miej­scu popro­sił o spo­tka­nie z face­tem, który zro­bił zdję­cia. Zza rogu wyszedł miś­ko­waty typ z uli­za­nymi do tyłu wło­sami i uśmie­chem tak wred­nym, jakby codzien­nie tre­no­wał go przed lustrem. Wycią­gnął do Brud­nego rękę na przy­wi­ta­nie, wtedy komi­sarz na oczach pozo­sta­łych pra­cow­ni­ków zła­mał mu dwa palce. Oczy­wi­ście to wywo­łało kolejną nie­po­trzebną medialną burzę, a mądre głowy w tele­wi­zji z per­fidną satys­fak­cją zaczęły roz­kła­dać jego psy­chikę na czyn­niki pierw­sze, wspo­mi­nać okres jego dzie­ciń­stwa u hie­ro­ni­mek, skutki wycho­wa­nia w tego typu pla­cówce, poprzed­nio pro­wa­dzone śledz­twa, gene­ral­nie robić wszystko, aby mu tylko ponow­nie doko­pać. Zawi­sła nad nim nawet groźba pro­cesu, ale pod napo­rem wciąż sym­pa­ty­zu­ją­cej z nim opi­nii publicz­nej pseu­do­re­por­ter scho­wał dumę do kie­szeni i wyco­fał się z pomy­słu skie­ro­wa­nia sprawy na drogę sądową. Nie zmniej­szyło to jed­nak zain­te­re­so­wa­nia mediów samym Igo­rem, dla­tego komi­sarz pod­jął jedyną roz­sądną w swoim mnie­ma­niu decy­zję – usu­nął się w cień. Umoż­li­wiła mu to stara przy­ja­ciółka, któ­rej kie­dyś pomógł w odna­le­zie­niu star­szej sio­stry. Co prawda finał poszu­ki­wań oka­zał się dla niej dość bole­sny, ale Justyna Kle­packa czuła się w obo­wiązku spła­cić dług wdzięcz­no­ści.

– Tak się składa, że jedna z moich cio­tek nie­dawno umarła i zosta­wiła starą cha­łupę koło Stęż­nicy – powie­działa. – Nikt z rodziny jej nie chce, bo po pierw­sze grozi zawa­le­niem, a po dru­gie cio­cia Ste­fa­nia leżała tam pra­wie tydzień i… no wiesz…

– Gdzie to jest? – zapy­tał, nie kry­jąc zain­te­re­so­wa­nia.

– Biesz­czadz­kie knieje. – Zaśmiała się. – I to dosłow­nie. Cha­łupa stoi prak­tycz­nie w środku lasu, a do tego w pobliżu wypału węgla drzew­nego nale­żą­cego do nie­ja­kiego Samu­ela Wan­zre­icha, wyjąt­kowo nie­sym­pa­tycz­nego smo­la­rza. Facet stroni od ludzi, ale ciotka, no raczej ciotka-bab­cia, też taka była. Inna, tro­chę dziwna. Nie miała dzieci. Wolała naturę, rośliny, zwie­rzęta. Lokalni miesz­kańcy widzieli w niej szep­tu­chę. Wiesz, kim jest szep­tu­cha?

– No, koja­rzę…

– Cie­szyła się w oko­licy ogrom­nym powa­ża­niem, bo potra­fiła leczyć bez­na­dziejne przy­padki. Odwie­dzali ją wszy­scy, w tym biskupi czy ludzie wła­dzy. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale z zaawan­so­wa­nego raka wyle­czyła podobno sta­rego Leopolda Bursz­ty­no­wi­cza, zatwar­dzia­łego komu­ni­stę i posła na sejm pierw­szej i dru­giej kaden­cji z ramie­nia SLD, który od nie­pa­mięt­nych lat był tu pra­wie Bogiem.

– Tego, któ­rego syn trzy­mał tekę mini­stra rol­nic­twa za poprzed­niej wła­dzy?

– Zga­dza się, ale cóż… Ty wiesz naj­le­piej, jak dwu­li­cowa jest poli­tyka. Ciotka umarła krótko póź­niej, co spra­wiło, że ludzie zaczęli plot­ko­wać i gadać, że aby rato­wać tak bez­na­dziejny przy­pa­dek, sama musiała poświę­cić w zamian wła­sne życie. Że niby jakaś wymiana ener­gii i inne bzdury. Sły­sza­łam nawet wer­sję, że sku­mała się z samym dia­błem, zwłasz­cza że krótko po jej śmierci Bursz­ty­no­wicz spadł ze scho­dów i skrę­cił sobie kark. Ludzie wciąż bywają tu naprawdę bar­dzo zabo­bonni.

– Lokalny folk­lor.

– W każ­dym razie, gdyby to wszystko zebrać do kupy, to nie ma się co dzi­wić, że nikt z rodziny nie pali się, aby prze­jąć po niej cha­łupę, która i tak nie ma pra­wie żad­nej war­to­ści. No może poza muze­alną.

– Mógł­bym ją obej­rzeć?

– Pew­nie, wpa­daj. Zro­bię pie­rogi boj­kow­skie, które kie­dyś ci obie­ca­łam. A potem poje­dziemy obej­rzeć cha­łupę ciotki. Tylko ostrze­gam, że to naprawdę dziura, któ­rej chyba nawet remont nie pomoże.

Brud­nego to nie zra­ziło i już dwa dni póź­niej wspól­nie z Justyną i Julką, którą rów­nież zabrał ze sobą, sta­nęli we trójkę przed drew­nia­nym budyn­kiem z bali. Na jego widok ta ostat­nia par­sk­nęła śmie­chem. Rudera rze­czy­wi­ście wyma­gała solid­nego remontu, ale Igor ni­gdy nie wyma­gał od świata zbyt wiele. Wystar­czyło mu łóżko, stół, krze­sło i jakiś agre­gat prą­do­twór­czy, aby nocami mógł poczy­tać. Wycho­dek też nie był pro­ble­mem, zwłasz­cza że cała otoczka, która tak znie­chę­cała poten­cjal­nych spad­ko­bier­ców pani Ste­fa­nii, z jego per­spek­tywy lep­sza być nie mogła.

– Jest jesz­cze jedno – oznaj­miła Kle­packa, gdy Brudny obej­rzał cha­łupę.

– Mam się bać? – zapy­tał, nie spusz­cza­jąc wzroku z rudery.

– No, ty to chyba nie. – Roze­śmiała się. – Ale lepiej, żebyś dowie­dział się tego ode mnie niż od jakichś zabo­bon­nych górali.

Brudny posłał kobie­cie podejrz­liwe spoj­rze­nie. Miała dziwny wyraz twa­rzy.

– W lokal­nym śro­do­wi­sku od lat funk­cjo­nuje pewna legenda – powie­działa, odgar­nia­jąc kosmyk blond wło­sów.

– Brzmi jak tani clif­fhan­ger z hor­roru klasy B – wtrą­ciła Julka.

– Jak co? – Igor spoj­rzał na part­nerkę, ale ta tylko mach­nęła ręką i popro­siła Kle­packą, aby ta kon­ty­nu­owała.

– Opo­wiada o ponu­rym smo­la­rzu, który poluje na tury­stów, a potem ich tor­tu­ruje, zabija i pali zwłoki w pie­cach. Wie­cie, że w takiej retor­cie tem­pe­ra­tura osiąga nawet tysiąc stopni? Gdyby wrzu­cić tam ciało czło­wieka, to nie zosta­łyby z niego nawet kości. Spa­li­łoby się doszczęt­nie.

– Brzmi nie­źle. – Brudny zapa­lił papie­rosa.

– To tylko legenda wywo­dząca się jesz­cze z cza­sów wojny, ale w ciągu ostat­nich paru dekad naprawdę znik­nęło tu bez śladu kil­ka­dzie­siąt osób. Sami przy­jezdni. Nikt nie wie, co się z nimi stało, więc ludzie powta­rzają tę histo­rię. Nie mam poję­cia, na ile sami w nią wie­rzą, ale wiem, że popu­larne jest stra­sze­nie nimi dzieci. Wie­cie, tak na zasa­dzie, że jak nie będziesz grzeczny, to przyj­dzie ponury smo­larz i cię zje.

– Może dla­tego ci węgla­rze są tak nie­przy­jaź­nie nasta­wieni do obcych?

– Nie, chyba nie. Więk­szość z nich śmieje się z tych głu­pot. To pro­ści, ale naprawdę mili ludzie. Tury­ści są nimi zachwy­ceni i czę­sto odwie­dzają retorty. Tylko ten Wan­zre­ich… – Kle­packa wska­zała wypał w doli­nie. – Ten rze­czy­wi­ście jest jakiś dziwny. Naprawdę nie lubi obcych i wcale tego nie ukrywa.

– Czyli będę miał faj­nego sąsiada.

– Ty tak naprawdę? – Julka posłała Igo­rowi zdzi­wione spoj­rze­nie.

– To ide­alne miej­sce – oznaj­mił. – Mie­siąc czy dwa na tym odlu­dziu to jest to, czego teraz potrze­buję. A skoro tury­ści to miej­sce omi­jają sze­ro­kim łukiem, to tym lepiej – dodał, wrzu­ca­jąc nie­do­pa­łek do miej­sca po pale­ni­sku.

Przez twarz Julki prze­biegł ner­wowy gry­mas. Wzięła part­nera na stronę i na osob­no­ści zapy­tała, czy aby na pewno nie upadł na głowę. Igor był jed­nak nie­ugięty.

– To nie potrwa długo. Po pro­stu muszę pobyć sam – wyja­śnił. – Na spo­koj­nie zasta­no­wię się, co dalej robić, prze­tra­wię cały ten syf. Też na tym zyskasz, bo gdy te dzien­ni­kar­skie hieny zorien­tują się, że nie ma mnie w Zie­lo­nej Górze, nikt ci nie będzie zawra­cał gitary. Sprawa przy­schnie, a ja wrócę z jakimś pomy­słem na życie. Same pro­fity.

– Jakoś nie jestem do tego pomy­słu prze­ko­nana…

– Facet cza­sem musi zamknąć się w swo­jej pie­cza­rze…

Julka wes­tchnęła i omio­tła wzro­kiem roz­le­głe doliny i poro­śnięte lasami wzgó­rza. Nad jed­nym z nich szy­bo­wał maje­sta­tyczny orzeł, a na skraju lasu trawę sku­bało kilka saren. Widok doprawdy zapie­rał dech w pier­siach. Pomy­ślała, że naj­chęt­niej sama by się wyrwała ze swo­jego kie­ratu. Nie miała jed­nak szans na urlop, bo ugrzę­zła w nawale kilku śledztw, w tym jed­nego doty­czą­cego mor­der­stwa. Przy­gry­zła dolną wargę, po czym z powro­tem prze­nio­sła wzrok na part­nera.

– Jestem aż tak nie­zno­śna? – zapy­tała, krzy­wiąc się prze­pra­sza­jąco.

– Tro­chę.

– Ale jesteś tego pewny? Że chcesz tu, tak, sam?

– Jestem pewny.

– Idzie zima, a ta rudera wymaga remontu…

– Sypia­łem w gor­szych warun­kach.

Nie miała wię­cej argu­men­tów, więc posłała mu słaby uśmiech, a potem wró­cili do Sanoka, gdzie miesz­kała Kle­packa. Poko­chali się, prze­spali, a następ­nego dnia Brudny pod­rzu­cił ją na pociąg i zaku­piw­szy po dro­dze kilka nie­zbęd­nych narzę­dzi i mate­ria­łów, wró­cił do nie­ist­nie­ją­cej wsi Tyskowa. Na budow­lance znał się śred­nio, więc zro­bił tyle, ile potra­fił. Coś tam uszczel­nił, aby za mocno nie wiało, zała­tał schody na ganek, zbił poła­mane barierki, ogar­nął pale­ni­sko i prze­pchał komin, w końcu zamon­to­wał nowy agre­gat prą­do­twór­czy i po kilku dniach dłu­ba­niny z czy­stym sumie­niem mógł nalać sobie szkla­neczkę whi­sky, otwo­rzyć książkę i cie­szyć się spo­ko­jem.

Dziś przy­zwy­czaił się do życia w tych suro­wych warun­kach na tyle, że pra­wie zapo­mniał o wszyst­kich przy­ziem­nych przy­jem­no­ściach, bez któ­rych więk­szość spo­łe­czeń­stwa nie wyobra­żała sobie nor­mal­nego funk­cjo­no­wa­nia. Tele­wi­zja i inter­net mogłyby dla niego nie ist­nieć, podob­nie jak bie­żąca woda czy cie­pły prysz­nic. Na swój spo­sób polu­bił styl życia tak daleki od miej­skiego zgiełku, za to tak bli­ski natu­rze. Coraz bar­dziej uzmy­sła­wiał sobie, że nie chce wra­cać, ale szcze­rze wąt­pił, aby Julka kie­dy­kol­wiek była w sta­nie zre­zy­gno­wać z pracy i zamiesz­kać w takiej dzi­czy. A nawet jeśli, to z czego by wtedy żyli? Wciąż miał tro­chę zaskór­nia­ków, ale nawet tak skromna egzy­sten­cja wyma­gała sta­łego źró­dła docho­dów. Gdyby Julka nawet zaha­czyła się w jakimś lokal­nym poste­runku, to czuł, że nie byłaby tu szczę­śliwa. Uschłaby jak paprotka w pokoju Romka Czar­nec­kiego. I taki byłby koniec.

Pomy­ślał, że do niej zadzwoni. Na szczy­cie wzgó­rza sygnał wciąż łapał nie­źle i na roz­mowę tele­fo­niczną w zupeł­no­ści wystar­czał. Ode­brała po dru­gim sygnale.

– Cześć – przy­wi­tał się.

– Cześć. Dawno nie dzwo­ni­łeś.

Brudny szybko poli­czył dni. Musiała prze­sa­dzać, bo gadali przed­wczo­raj albo przedprzed­wczo­raj. Na pewno po wizy­cie tam­tych tury­stek, bo pamię­tał, że czuł lek­kie wyrzuty sumie­nia po tym, jak ukrad­kiem zer­kał na ich jędrne tyłki. Długa wstrze­mięź­li­wość była jed­nym z nie­wielu minu­sów życia na tym pust­ko­wiu i sta­wała się uciąż­liwa.

– Chyba nie aż tak.

– Kwe­stia indy­wi­du­alna. Co u cie­bie? Dalej pró­bu­jesz roz­wi­kłać kon­struk­cję wszech­świata czy wspa­nia­ło­myśl­nie ładu­jesz tele­fony mło­dym turyst­kom?

Cóż, pomy­ślał, cza­sem szcze­rość nie popłaca. Posta­no­wił się nie odgry­zać, bo może miała po pro­stu kiep­ski dzień w pracy.

– Wszystko pod kon­trolą. Żad­nych gości, nie licząc kilku saren i dzi­ków.

– To w porządku. U mnie pracy po pachy. Świat zmie­rza w naprawdę gów­nia­nym kie­runku. Kra­dzieże, roz­boje. W Suchej facet zarą­bał sie­kierą kolegę, który wygrał z nim w karty. Wyobra­żasz sobie?

– Mnie już nic nie zdziwi.

– No tak. A nie chciał­byś, żebym zro­biła ci laskę?

– Ooo…

Wyobra­ził sobie, jak wypo­wiada te słowa pomię­dzy prze­kła­da­niem kolej­nych akt nawar­stwia­ją­cych się spraw. Zresztą wszystko na to wska­zy­wało, bo o tej porze zwy­kle sie­działa w papie­rach, a w słu­chawce wyraź­nie sły­szał ich cha­rak­te­ry­styczny sze­lest.

– No to jak? Chciał­byś czy nie? – naci­skała, choć jej ton w ogóle się nie zmie­nił. Rów­nie dobrze mogłaby zapy­tać, czy sma­ko­wała mu kanapka, którą przy­go­to­wała mu przed wyj­ściem do pracy.

– Potra­fisz doko­pać bied­nemu pustel­ni­kowi… – mruk­nął.

– Pustel­ni­kowi na wła­sne życze­nie, Igor. Na wła­sne życze­nie.

– Jesteś sama?

– A myślisz, że tak sobie gadam o zro­bie­niu ci laski przy kole­gach z pracy?

– No wła­śnie nie wiem.

– Chcesz cze­goś kon­kret­nego czy dzwo­nisz, żeby mnie powkur­wiać?

Jej ton się nie zmie­niał. W tle wciąż sze­le­ściły jakieś papiery.

– Po pro­stu chcia­łem usły­szeć twój głos.

– Usły­sza­łeś. Coś jesz­cze?

– Masz okres?

To już gro­ziło eska­la­cją, ale jakoś nie mógł się powstrzy­mać. Jedna mała szpilka wobec serii cio­sów poni­żej pasa nie powinna jed­nak dopro­wa­dzić do końca świata.

Julka na chwilę zamil­kła, w końcu wes­tchnęła.

– Zbliża mi się i mam wielką ochotę na seks. Dla­tego faj­nie by było, gdyby mój facet w końcu wró­cił z tej dzi­czy. – Tym razem jej ton się zmie­nił. Pobrzmie­wało w nim zwąt­pie­nie, może nawet brak nadziei. – Myśla­łam, że potra­fisz czy­tać mię­dzy wier­szami… – dodała z jesz­cze więk­szym przy­gnę­bie­niem w gło­sie.

Brudny zda­wał sobie sprawę, że w podob­nych sytu­acjach nie jest mistrzem słow­nej szer­mierki, ale teraz poczuł, że naprawdę nawa­lił. Odda­lali się od sie­bie coraz bar­dziej, a on swoją postawą tylko sprawę pogar­szał. Wina była po jego stro­nie i musiał coś zro­bić. Julka była jedyną kobietą, która miała do niego cier­pli­wość. Jedyną, która go rozu­miała i kochała. Nie chciał i nie mógł jej stra­cić.

Gdy już pla­no­wał coś powie­dzieć, jego wzrok przy­kuł jakiś ruch za cha­łupą. Uniósł lekko czapkę z dasz­kiem. W oddali dostrzegł dwie wyła­nia­jące się z mgły postaci. Pomy­ślał, że tury­ści mają naprawdę fatalny timing.

– Prze­pra­szam – powie­dział. – Zadzwo­nię wie­czo­rem, to poga­damy, okej?

– Nie wiem, czy będę miała ochotę.

– Mimo wszystko… – Brudny zmarsz­czył brwi. To nie byli tury­ści. – Pocze­kaj chwilę. Oddzwo­nię.

Roz­łą­czył się i sku­pił wzrok na dwóch wspi­na­ją­cych się wzgó­rzem męż­czy­znach w prze­ciw­desz­czo­wych płasz­czach. Sią­piło, widocz­ność była fatalna, a na doda­tek w doli­nie osia­dła mgła, więc nie był w sta­nie dostrzec, co dzieje się kil­ka­dzie­siąt metrów za ich ple­cami. Instynkt pod­po­wia­dał mu jed­nak, że ich wizyta nie zwia­stuje nic dobrego. Nauczył się go słu­chać, więc wszedł do cha­łupy tyl­nym wej­ściem i na wszelki wypa­dek wyjął z szu­flady wal­thera. Wci­snął go za pasek spodni. Odcze­kał jesz­cze kil­ka­dzie­siąt sekund i otwo­rzył fron­towe drzwi. Męż­czyźni wła­śnie weszli na schody.

– Pano­wie w jakiej spra­wie? – zapy­tał, ale szybko zorien­to­wał się, z kim ma do czy­nie­nia. Dobry pies od razu wyniu­cha innego psa.

– Komi­sarz Igor Brudny? – zapy­tał jeden z przy­by­szy.

– To zależy, kto pyta – zagrał głupa.

– Komi­sarz Marian Kmita, a to aspi­rant Łukasz Szmajda z komendy miej­skiej w Sanoku – przed­sta­wił sie­bie i kolegę. – Wpu­ści nas pan do środka? Pogoda jest, jaka jest, a chcie­li­by­śmy zadać panu kilka pytań.

– W jakiej spra­wie?

– Zagi­nię­cia Mał­go­rzaty Dąbrow­skiej i Ewe­liny Matej­czuk. Podobno mógł być pan jedną z ostat­nich osób, które miały z nimi kon­takt.

Brudny poczuł ucisk w żołądku, a potem jego myśli auto­ma­tycz­nie powę­dro­wały w stronę Julki. Z wie­czor­nej roz­mowy nici, pomy­ślał, a chwilę póź­niej zadźwię­czały mu w uszach słowa Justyny Kle­pac­kiej opo­wia­da­ją­cej legendę o ponu­rym smo­la­rzu.

Pomy­ślał też, że chyba naprawdę nie nadaje się do bycia w związku. Igor Brudny przy­ciąga zbyt wiele kło­po­tów.

Rozdział 4

Zbu­dził ją wil­czy sko­wyt.

Gwał­tow­nie otwo­rzyła oczy, ale ciem­ność była nie­prze­nik­niona. Poczuła, że unio­sły się wło­ski na całym jej ciele, zadrżała, a z ust wyrwał się cichy jęk. Oddech przy­spie­szył, do umy­słu zaczęły docie­rać sygnały o zagro­że­niu.

Szarp­nęła się, a gdy usły­szała brzęk łań­cu­chów, pojęła, że sytu­acja, w któ­rej się zna­la­zła, jest naprawdę zła. I że grozi jej ogromne nie­bez­pie­czeń­stwo.

Wil­czy sko­wyt wypeł­niał ciemne pomiesz­cze­nie nie­mal nie­ustan­nie. Jakby wataha była bli­sko, nie­mal na wycią­gnię­cie ręki. Jakby w każ­dej sekun­dzie mogła się spo­dzie­wać, że jedna z bestii chwyci ją za ramię albo wgry­zie się w udo. Z jej ust dobył się cichy jęk, gdy zdała sobie sprawę, że jest zupeł­nie naga. Pomy­ślała, że wilk miałby uła­twione zada­nie. Wgry­złby się w tkankę, wyszar­pał wnętrz­no­ści, pożarł ją żyw­cem. Ta świa­do­mość nagle kom­plet­nie ją przy­tło­czyła. Zapra­gnęła wołać o pomoc, ale nie miała odwagi. Zamil­kła i zaczęła się trząść, bo nagle wydało jej się, że krzy­kiem może jedy­nie roz­ju­szyć sforę. Czy­tała, że wilki mają dosko­nały słuch.

Wycie nie usta­wało, ale nio­sło się dziw­nym pogło­sem. Rezo­no­wało, odbi­ja­jąc się od ścian, prze­szy­wało na wskroś, w końcu wsią­kało w zimne mury. A może skały? Gdzie była? W jakiejś gro­cie? Pie­cza­rze? Sko­wyt nie był natu­ralny i zdała sobie sprawę, że to nagra­nie. Dla­czego ktoś miałby ją unie­ru­cho­mić, roze­brać i pusz­czać z gło­śni­ków wil­czy sko­wyt?

Przez jej głowę prze­wa­liły się wszyst­kie moż­liwe hor­rory, jakie do tej pory oglą­dała. Kolejne prze­my­ka­jące klatki nie pozo­sta­wiały złu­dzeń, że zna­la­zła się w naprawdę złym poło­że­niu, a wspo­mnie­nie tego, co wyda­rzyło się, zanim została ogłu­szona, tylko ją w tym prze­świad­cze­niu utwier­dziło. Chry­ste, pomy­ślała, to prze­cież nie może się tak skoń­czyć. To prze­cież był tylko film. Ow­szem, realny, ale…

Wrza­snęła. Aż do bólu. A potem jesz­cze raz i jesz­cze. Wołała o ratu­nek, ale z cza­sem jej krzyki zaczęły przy­po­mi­nać już tylko rzę­że­nie wycień­czo­nej ofiary. W końcu opa­dła z sił i zalała się łzami. Co z tego, gdy echo jej wrza­sków i wil­czy sko­wyt wciąż wyły w jej gło­wie. Bła­ga­nia o ratu­nek nie usta­wały, ale jej głos się zmie­nił. Stał się ostrzej­szy, bar­dziej piskliwy i przej­mu­jący. Jak to moż­liwe? Prze­cież nie miała już sił i ledwo oddy­chała.

W końcu zamil­kła. Chwilę póź­niej wil­cza wataha też prze­stała uja­dać. Zapa­dła doj­mu­jąca cisza.

Mał­go­rzata Dąbrow­ska zro­zu­miała, że nie jest sama. Wytę­żyła słuch w nadziei, że to nie jedna z bestii. Ciężko oddy­chała, ale obok oddy­chał ktoś jesz­cze. Rów­nie ciężko, jakby wal­czył o każdy kolejny haust powie­trza.

– Halo… – zary­zy­ko­wała. – Czy ktoś tu jest?

– Gośka? – usły­szała.

– Ewela?

Oba imiona, choć wymó­wione pół­gło­sem, zabrzmiały w ciszy gło­śno i wyraź­nie. Odbiły się echem, w końcu wsią­kły w mury.

– Co tu się dzieje? Gdzie jesteś? Gdzie jeste­śmy? – kon­ty­nu­owała jedna z dziew­czyn. Jej głos zała­my­wał się przy każ­dym sło­wie.

– Nie wiem. Nie mogę się ruszyć. Jestem… Boże, on mnie roze­brał. Jestem naga i…

Zamil­kła, gdy ciszę prze­rwał głę­boki bas, który po chwili uło­żył się w pry­mi­tywny, ale nie­po­ko­jący rytm wybi­jany na bęb­nach. Niósł w sobie coś nie­wy­sło­wie­nie złego, a Mał­go­rza­cie sko­ja­rzył się z ple­mien­nymi rytu­ałami dzi­kich ludów.

Bam, bam bam, bam, bam bam, bam, bam bam…

Dzie­wi­czy, pra­stary, pier­wotny rytm wże­rał się w ciało, rezo­no­wał z narzą­dami wewnętrz­nymi i w jakiś nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób dostra­jał się do czę­sto­tli­wo­ści ude­rzeń jej serca. Pomy­ślała, że to jakaś totalna aber­ra­cja rze­czy­wi­sto­ści, i zamknęła oczy w nadziei, że zaraz się obu­dzi i kosz­mar się skoń­czy.

Nic z tego.

Bębny wciąż biły, a chwilę póź­niej znów dołą­czył do nich wil­czy sko­wyt. Poczuła na ciele serię lodo­wa­tych dresz­czy. Rytm w połą­cze­niu z wyciem wil­ków wyda­wał się abso­lut­nie prze­ra­ża­jący, obie­cy­wał jakąś trudną do wyar­ty­ku­ło­wa­nia maka­brę, coś, przed czym natura pra­gnęła uchro­nić czło­wieka, uzbra­ja­jąc go w jeden z naj­waż­niej­szych instynk­tów – strach. Przez upiorne echo bęb­nów prze­bi­jały się słowa przy­ja­ciółki, ale nie rozu­miała ich zna­cze­nia. Nie była pewna, czy chce je sły­szeć, bo w tonie pobrzmie­wała nie­zmie­rzona groza.

I wtedy nagle zapa­dła cisza.

Wydała się jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąca.

Jesz­cze ni­gdy tak wyraź­nie nie sły­szała bicia wła­snego serca. Waliło jej w piersi w zga­sły rytm bęb­nów.

Bam, bam bam, bam, bam bam, bam, bam bam…

Pomy­ślała, że zaraz zwa­riuje. Wtedy usły­szała kroki. Plusk wody, pisk szczura.

Chciała zawo­łać o pomoc, ale zabra­kło jej odwagi. Dosko­nale wie­działa, że ten, kto kryje się w mroku, nie przy­je­chał tu po to, aby im jej udzie­lić. Co gor­sza, opu­ściły ją ostat­nie wąt­pli­wo­ści, że przy­był tu w dokład­nie prze­ciw­nym celu. Ten ktoś chciał je skrzyw­dzić.

Ewe­lina rów­nież mil­czała. Mał­go­rzata sły­szała jej płytki, świsz­czący oddech. Wtedy mrok roz­świe­tlił ośle­pia­jący stru­mień świa­tła. Jeden, drugi, trzeci. Instynk­tow­nie zmru­żyła oczy i odwró­ciła głowę, a gdy znów roz­su­nęła powieki i oczy choć tro­chę przy­zwy­cza­iły się do jasno­ści, dostrze­gła uno­szącą się nad pod­łogą zawie­si­stą mgłę. Prze­łknęła ślinę, a chwilę póź­niej jej wzrok powę­dro­wał na przy­kutą do ławy Ewe­linę. Jej skóra wyda­wała się biała jak papier, a przy­ja­ciółka drżała z prze­ra­że­nia. Nie to jed­nak spra­wiło, że poczuła silne par­cie na pęcherz. Zale­d­wie metr obok stała druga drew­niana ława, a na niej dzie­siątki zło­wrogo poły­sku­ją­cych narzę­dzi. Biały opar muskał je deli­kat­nie, potę­gu­jąc wra­że­nie nad­cią­ga­ją­cego hor­roru.

Mał­go­rzata zamknęła oczy. Wyobra­ziła sobie, że po raz ostatni zmusi się do wysiłku, aby jed­nak obu­dzić się z tego kosz­maru. Gar­dłowy pomruk przy­by­sza osta­tecz­nie pozba­wił ją nadziei, że to tylko zły sen. Z kąci­ków jej oczu spły­nęło kilka kolej­nych łez. Powoli otwo­rzyła powieki.

Na gra­nicy, gdzie świa­tło spo­ty­kało się z mro­kiem, mgła nie­na­tu­ral­nie zafa­lo­wała, a chwilę póź­niej z ciem­no­ści wyło­niła się krępa dwu­nożna postać. Jak­kol­wiek irra­cjo­nal­nie to brzmiało, nie przy­po­mi­nała czło­wieka. Ona nie miała z czło­wie­kiem nic wspól­nego.

Rozdział 5

Brudny wpu­ścił funk­cjo­na­riu­szy do wnę­trza chaty. Nie pre­zen­to­wali się zbyt poważ­nie, ale lata pracy nauczyły go, aby aż tak bar­dzo nie ufać pierw­szemu wra­że­niu. Star­szy stop­niem Kmita wyglą­dał jak egzem­plarz wyjęty z lat słusz­nie minio­nych. Po pięć­dzie­siątce, spora nad­waga, bujne wąsy i czer­wony nos, suge­ru­jący, że jego wła­ści­ciel za koł­nierz nie wylewa. Szmajda był sporo młod­szy i Igor oce­nił jego wiek na jakieś trzy­dzie­ści pięć lat. Nieco wyż­szy od kom­pana, na pewno szczu­plej­szy, ze spo­rymi zako­lami i wło­sami zacze­sa­nymi na bok. Nie wie­dzieć czemu nosił krótko przy­strzy­żony wąsik, który – gdyby nie kozia bródka – z pew­no­ścią upo­dab­niałby go do mło­dego Hitlera.

Przy­glą­dał się im dość natar­czy­wie, gdy ścią­gali i wie­szali na gwoź­dziach płasz­cze prze­ciw­desz­czowe. W końcu komi­sarz Kmita pro­stac­kim uśmie­chem wymu­sił na Brud­nym, aby wska­zał im drogę, gdzie mogliby spo­cząć. Igor zapro­sił ich na kanapę. Usie­dli, roz­glą­da­jąc się nie­pew­nie. Nie zapro­po­no­wał im niczego do picia, podob­nie nie poczę­sto­wał ich papie­ro­sem, gdy sam usiadł w fotelu i wyjął paczkę. Zapa­lił.

– Będziemy tak sobie patrzeć w oczy czy zacznie­cie pano­wie zada­wać pyta­nia? – ode­zwał się, gdy wydmu­chał dym nosem.

– Tak, prze­pra­szam – mruk­nął Kmita. – Łukasz…

Aspi­rant z dzi­wacz­nym zaro­stem wyjął z kie­szeni sprzęt nagry­wa­jący. Włą­czył przy­cisk nagry­wa­nia, poło­żył i prze­su­nął na śro­dek ławy.

– Chyba się, pano­wie, nie zro­zu­mie­li­śmy – rzekł Brudny, kła­dąc swoją dłoń na urzą­dze­niu. Wci­snął przy­cisk stop i odsu­nął je w stronę Szmajdy. – Przy­szli­ście tu pano­wie poroz­ma­wiać, a widzę, że pró­bu­je­cie mnie prze­słu­chać. Wszy­scy wiemy, że to tak nie działa.

Krępy wąsacz pocią­gnął nosem i posłał kar­cące spoj­rze­nie młod­szemu kom­pa­nowi. Ten od razu scho­wał dyk­ta­fon do kie­szeni.

– Wiemy, kim pan jest, komi­sa­rzu Brudny – ode­zwał się Kmita. – Dla­tego nie chcemy wpro­wa­dzać nie­po­trzeb­nego zamie­sza­nia.

– Wła­śnie pano­wie wpro­wa­dzi­li­ście.

– Pro­szę wyba­czyć. Aspi…

– Wyba­czam.

Zapa­dła nie­zręczna cisza i Brudny pomy­ślał, że tu chyba próżno szu­kać dru­giego dna. Tym razem pierw­sze wra­że­nie chyba jed­nak nie pró­bo­wało zwieść go na manowce. Patrzył, jak Kmita wyciąga z mary­narki notes, otwiera go, prze­ciera wąsy.

– Od jak dawna pan tu mieszka? – zapy­tał po chwili zasta­no­wie­nia.

– Od końca paź­dzier­nika.

– Pamięta pan dokładny dzień?

Brudny tylko utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że ma do czy­nie­nia z ama­to­rami. Gdyby był podej­rzany, to mogliby go pytać nawet o kolor ulu­bio­nych skar­pe­tek, ale w tym wypadku tego typu infor­ma­cja kom­plet­nie nic im nie dawała. Mimo wszystko wbrew sobie zało­żył, że jed­nak nie są idio­tami. Posta­no­wił odpo­wia­dać na pyta­nia kon­kret­nie i zwięźle, a potem, gdy już poznają swoje miej­sce w sze­regu, samemu wycią­gnąć od nich mak­si­mum infor­ma­cji.

– Dwu­dzie­stego dzie­wią­tego albo trzy­dzie­stego – odparł, strze­pu­jąc popiół do popiel­niczki.

– Mieszka pan sam?

– Sam.

Facet coś zapi­sał i podra­pał się za uchem. Na skro­niach zaper­liły mu się kro­ple potu. W miesz­ka­niu pano­wała tem­pe­ra­tura oscy­lu­jąca w gra­ni­cach dwu­na­stu, może trzy­na­stu stopni Cel­sju­sza, więc na pewno nie pocił się z prze­grza­nia orga­ni­zmu. Ewen­tu­al­nie z prze­grza­nia mózgu, pomy­ślał Brudny.

– Czy miał pan bez­po­średni kon­takt z panem Samu­elem Wan­zre­ichem?

– Nie.

– A jaki­kol­wiek kon­takt pan z nim miał?

– Mia­łem.

– Czyli?

– Raz mach­ną­łem mu ręką.

– Tylko raz?

– Raz.

– Dla­czego tylko raz?

– Bo mi nie odmach­nął.

– Hmm…

Facet znów coś zano­to­wał, ale Brudny miał wra­że­nie, że zamiast zapi­sy­wać kon­kretne infor­ma­cje, facet kre­śli jakieś bazgroły albo rysuje bał­wany. Pomy­ślał, że byłby w sta­nie zało­żyć się o flaszkę jame­sona, że się w tej kwe­stii nie myli. Czer­wony kinol Kmity i świa­do­mość zarob­ków poli­cjan­tów na tym sta­no­wi­sku suge­ro­wały jed­nak, że chłop raczej nie gustuje w whi­sky. Brudny sta­wiał na wódkę, a naj­pew­niej samo­gon.

– Wszedł pan z nim w kon­takt wer­balny? – cią­gnął wąsacz.

– Nie.

– A dla­czego?

– Uzna­łem, że nie ma sensu.

– No tak…

Dłu­go­pis znów zadrżał mu w dłoni. Brudny powoli zaczy­nał mieć dość tej zabawy. Chciał ich wyba­dać, a tym­cza­sem wyszło na to, że nie ma czego. Bez ostrze­że­nia wstał z fotela i pod­szedł do kominka, skąd ścią­gnął napo­czętą butelkę jame­sona. Z szafki wyjął trzy czy­ste szklanki, które posta­wił na ławie. Oczy Kmity od razu roz­bły­sły pożą­da­niem.

– Pano­wie… – oznaj­mił, nale­wa­jąc im bez pyta­nia. – Skoro wie­cie, kim jestem, to wie­cie też, że nie lubię takiego pier­do­le­nia na okrętkę. Miesz­kam tu i pew­nie jesz­cze tro­chę pomiesz­kam, więc jeśli zagi­nęły jakieś dziew­czyny, to lepiej wyłóż­cie karty na stół. Co wy na to?

Brudny prze­su­nął szkla­nice w stronę obu funk­cjo­na­riu­szy. Szmajda ewi­dent­nie miał ochotę na kie­li­cha, ale na wszelki wypa­dek poszu­kał potwier­dze­nia u star­szego stop­niem. Kmita ski­nął na znak, że jeden nie zaszko­dzi. Wypili.

– Marian jestem. – Kmita wycią­gnął rękę przez ławę.

– A ja Łukasz.

Igor pomy­ślał, że jest jed­nak gorzej, niż mógłby przy­pusz­czać. Nie miał zamiaru się aż tak spo­ufa­lać, ale naj­wy­raź­niej Kmita źle zin­ter­pre­to­wał jego gest. Mimo wszystko uści­snął wycią­gnięte dło­nie.

– Brudny… – powie­dział. – A teraz do rze­czy, pano­wie. Kim są te dziew­czyny, kiedy zagi­nęły i dla­czego sądzi­cie, że mogłem je widzieć?

Roz­mowa od razu stała się luź­niej­sza, ale już na jego zasa­dach. W kilku miej­scach Kmita posta­wił jed­nak wyraźną gra­nicę. Brudny nie naci­skał, bo znał reguły, tym bar­dziej nie chciał wyjść na jakie­goś napa­leńca. Ogól­nie to nie była jego sprawa. Nie mógł jed­nak opę­dzić się od myśli krą­żą­cych wokół legendy o ponu­rym smo­la­rzu. Ow­szem, Kle­packa pod­kre­ślała, że to tylko histo­ryjka mająca na celu stra­sze­nie dzieci, ale przez lata pracy w pio­nie kry­mi­nal­nym Brudny nauczył się nie wyklu­czać żad­nej, nawet wyda­wa­łoby się najbar­dziej absur­dal­nej hipo­tezy, zwłasz­cza że w każ­dej histo­rii kryje się ziarno prawdy. A prze­cież wyraź­nie wspo­mi­nała też o tym, że na prze­strzeni kilku dekad w oko­licz­nych lasach zagi­nęło bez wie­ści kil­ka­dzie­siąt osób. Świa­do­mość, że nagle zna­lazł się na kur­sie koli­zyj­nym z tak tajem­ni­czą sprawą, spra­wiła, że obu­dził się w nim instynkt, który w ostat­nim cza­sie tak bar­dzo w sobie tłu­mił.

– Kim jest ten chło­pak, który je widział? – spy­tał, gdy roz­mowa zeszła na wizytę poszu­ki­wa­nych dziew­czyn w jego cha­łu­pie.

– To… – zaczął Szmajda, ale od krę­pego otrzy­mał pod ławą poucza­ją­cego kop­niaka. Było już jed­nak za późno.

– Albo roz­ma­wiamy poważ­nie, albo nie – rzu­cił Brudny. – Decy­duj­cie, pano­wie.

– Kob­ziń­ski Łukasz – mruk­nął Kmita, ale Brudny od razu wyczuł w jego tonie zawa­ha­nie. Nie to nazwi­sko miało paść z jego ust.

– Syn soł­tysa?

– Tak.

– Tylko on? Czy było ich wię­cej?

Kmita chwy­cił butelkę i roz­lał następną kolejkę. Wyglą­dało to dość żało­śnie, bo wybrał naj­gor­szy moż­liwy spo­sób, aby ukryć swoje zakło­po­ta­nie.

– To ten od GLS-a? – pod­pusz­czał dalej Brudny. Oczy­wi­ście wie­dział, że syn soł­tysa nie może roz­bi­jać się tak dro­gim samo­cho­dem. Koja­rzył jed­nak grupę mło­dzień­ców, któ­rzy regu­lar­nie wozili się od wsi do wsi, jakby byli kró­lami szos.

– Nie, ale wra­ca­jąc do tematu…

– A z czy­stej cie­ka­wo­ści. Kto tu jeź­dzi takim cac­kiem?

Kmita za wszelką cenę pró­bo­wał ukryć ner­wo­wość, ale wycho­dziło mu kosz­mar­nie. Na jego wnio­sek wypili.

– Ten samo­chód należy aku­rat do Wik­tora Bursz­ty­no­wi­cza – odparł nie­chęt­nie, co też nie uszło uwagi Brud­nego.

– Syna Macieja Bursz­ty­no­wi­cza? – doci­snął Igor. Wie­dział, że Kmita coś kręci, a ten nie miał wyj­ścia, bo uzy­ska­nie tego typu infor­ma­cji w dziu­rze pokroju Stęż­nicy wyda­wało się banal­nie łatwe. – Tego, co w roz­wią­za­nym rzą­dzie trzy­mał tekę wice­mi­ni­stra rol­nic­twa?

– Tak, tego – przy­znał wyraź­nie nie­po­cie­szony Kmita. – Ale wra­ca­jąc do tematu. Chło­pak widział je, gdy prze­jeż­dżał z kole­gami samo­cho­dem obok skrętu na szlak do cer­kwi w Łopience. A on prze­biega obok wypału Wan­zre­icha i pań­skiego domu. Stąd nasza wizyta.

To miało sens, bo Brudny wie­lo­krot­nie naty­kał się na tych gów­nia­rzy. Zwy­kle jeź­dzili tym potęż­nym SUV-em od Mer­ce­desa, a że nie było tu wiele asfal­tó­wek, to przy oka­zji drob­nych zaku­pów albo wizyty na sta­cji ben­zy­no­wej cza­sem się mijali. Kla­syczna banda szczyli pod wodzą synalka boga­tego tatu­sia. Skóra, cza­peczka z dasz­kiem i kilka kilo­gra­mów złota na szyi i palu­chach. Lider musiał się wyróż­niać, a reszta jadła mu z ręki. Brudny nie zno­sił takich wypa­cy­ko­wa­nych smar­ków, więc na wszelki wypa­dek uda­wał, że chło­pak nie ist­nieje. Tak czy siak, ta histo­ria się kle­iła, choć miał prze­ko­na­nie gra­ni­czące z pew­no­ścią, że zamiast nazwi­ska Kob­ziń­ski pier­wot­nie miało paść Bursz­ty­no­wicz. Posta­no­wił więc odpu­ścić, bo swoje już wie­dział. Aby tro­chę obni­żyć tem­pe­ra­turę dys­ku­sji, opowie­dział o wizy­cie obu dziew­cząt, z pamięci opi­sał też, jakie nosiły ubra­nia, i zazna­czył, że po nała­do­wa­niu tele­fo­nów i opusz­cze­niu cha­łupy dalej ruszyły szla­kiem w kie­runku cer­kwi w Łopience. Uznał też, że dopóki na spo­koj­nie nie odtwo­rzy, a następ­nie nie prze­ana­li­zuje wąt­ków, które pod­jął w roz­mo­wie z zagi­nio­nymi, chwi­lowo pomi­nie to mil­cze­niem.

– I tak sie­dzie­li­ście tu i patrzy­li­ście sobie w oczy? – upew­nił się Kmita.

– Nie jestem wylewny. Mia­łem robotę – odparł Brudny, choć odniósł wra­że­nie, że wąsacz wcale mu nie uwie­rzył.

Nie mogąc dopy­ty­wać o szcze­góły śledz­twa, dys­kret­nie skie­ro­wał roz­mowę na starą legendę. Gli­nia­rze połknęli haczyk, zwłasz­cza Szmajda, który nie dość, że zaczął gadać jak nakrę­cony, to jesz­cze po dro­dze chlap­nął coś o Wan­zre­ichu, któ­rego przy­pad­kiem nazwał podej­rza­nym. Nie to, żeby Brudny przy pierw­szych skie­ro­wa­nych do niego pyta­niach nie posta­wił takiej robo­czej tezy, ale mając atut w postaci wypo­wie­dzia­nej na głos teo­rii o moż­li­wym popeł­nie­niu prze­stęp­stwa przez swo­jego sąsiada, oczy­wi­ście od razu pod­jął dal­sze roz­wa­ża­nia. Trze­cia nalana por­cja whi­sky była jego moc­nym sprzy­mie­rzeń­cem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki