Czymże jest mężczyzna bez wąsów - Tomić Ante - ebook

Czymże jest mężczyzna bez wąsów ebook

Tomić Ante

0,0
37,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Humorystyczna kronika prowincjonalnego życia pełna barwnych i celnie sportretowanych postaci.

Ante Tomić zaprasza do Smiljeva, rozkosznej wioski, gdzie codzienność jest przesiąknięta absurdem, a mieszkańcy spędzają czas głównie na plotkach. Poznacie tu młodego proboszcza walczącego z pokusami i uzależnieniem oraz zamożną wdowę często myślącą o mężczyznach i śmiało korzystającą z uroków życia, a także naiwnego poetę zafascynowanego japońskim haiku. Ale nie wszyscy są leniami i lekkoduchami, nie można zapomnieć o mieszkańcach mających ambicje, które motywują ich do poszukiwania zarobku poza granicami Chorwacji. Tym to dopiero się powodzi, wracają w rodzinne strony kilka razy do roku i na pierwszy rzut oka widać po nich, że są ludźmi sukcesu – czyszczą uszy kluczykami do Mercedesa, a nie tak jak miejscowi czerwonymi łebkami zapałek.

Przygotujcie się na salwy śmiechu, odkrywanie tajemnic skrytych za brudnymi firankami, udział w teologicznych debatach o silikonowych piersiach, zaskakujące manewry wojskowe i dosłownie wybuchowe zakończenie, w którym o losach bohaterów zdecydują granaty wrzucone w gnojówkę!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 237

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału:Što je muškarac bez brkova

Copyright © 2020 by Ante Tomić In agreement with HENA COM publishing For the Polish edition Copyright © 2026, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-8403-093-6

Opieka redakcyjnaMonika Szewczyk

Opracowanie redakcyjneLidia Kośka

KorektaBeata Wyrzykowska, Elwira Wyszyńska

Projekt okładki, opracowanie graficzne i ilustracjeKatarzyna Kaczmarek

Książka została wydana ze wsparciem finansowym Ministerstwa Kultury i Mediów Republiki Chorwacji

Zamówienia prosimy kierować: – telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) – e-mailem: [email protected] księgarnia internetowa: www.noir.pl

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2026 ul. Frascati 18, 00‐483 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Zgodnie z art. 4 Dyrektywy 2019/790/UE oraz odpowiednimi przepisami krajowymi, niniejszym zastrzegamy prawo do wyłączenia z eksploatacji tekstów i danych (TDM) dla celów innych niż badawcze, w odniesieniu do materiałów znajdujących się w tej publikacji niezależnie od formy jej udostępnienia. Wykorzystywanie tych materiałów w ramach działań TDM jest niedozwolone.

Dla Ivicy Ivaniševicia

Pełne kobiece kolano to drugie imię Ducha Świętego.

Bohumil Hrabal, Postrzyżynyprzeł. Andrzej Czcibor-Piotrowski

.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

w którym poznajemy rozkoszną wioskę, gdzie ci bardziej szczęśliwi czyszczą uszy kluczykiem do Mercedesa, a ci mniej szczęśliwi czerwonym łebkiem zapałki

Cudownie jest być w maju w Smiljevie. O świcie, kiedy czarny garbaty cień na Księżycu, jak przerażający potwór za oknem, w pierwszych przebłyskach światła nad niebieskimi wzgórzami z wolna zmienia się w drzewo migdałowca. Albo w południe, kiedy dzwon kościelny tak potężnie rozbrzmiewa, że można odnieść wrażenie, iż miły Bóg stworzył niebo z blachy, a ci, co pracują w polu, jedzą jaja gotowane na twardo, młodą cebulę, ser, pancettę i kiełbasę tyrolską, wszystko rozłożone na białych kuchennych obrusach malowanych w truskawki. A może jednak najlepiej jest o zmierzchu, kiedy czerwone obłoki rozpalają się na wietrze, który nie wiadomo skąd nadciągnął? Albo gdy zapadnie noc i wszystko ucichnie z wyjątkiem cykad, psów i pijaków, którzy wrzeszczą, śpiewają i śmieją się, ale też kłócą z żonami, które dawno ich porzuciły, a oni godzinami dźwigają się z rowów, do których zwalili się pijani, by w końcu zasnąć i obudzić się dopiero koło ósmej, może jeszcze później, pokryci rosą i mrówkami?

Wieś jest duża, około dwóch tysięcy mieszkańców, i ta liczba nie spada. W każdym razie nie rzuca się to w oczy. Mamy tu kościół i podstawówkę z ośmioma klasami, piękne budynki z kamienia lokalnego, gospodę Bevanda1, o której złośliwcy powiadają, że ma dobry szyld, ale nie da się tam wypić niczego poza rozwodnionym winem. Obok są jeszcze dwa sklepy z towarami kolonialnymi. One też są nieuczciwą konkurencją, schładzają piwo i serwują koniak, a dalej poczta i młoda urzędniczka, która w czasie pracy podgryza kanapkę z parizerem. Listonosz, pijany, obalił jakieś dziecko, jadąc na motorowerze, surowo mu zabronili posługiwania się pojazdami mechanicznymi i od tego czasu jest taki jakiś zjeżony, nie zwracajcie się do niego bez naprawdę pilnej potrzeby.

W Smiljevie, jak zresztą w całej reszcie świata, niektórzy mają pieniądze. Niektórzy nie. I Bóg jeden wie, co by tu z tym począć. Jeśli nie masz pieniędzy, siedzisz w gospodzie i liczysz czarne muchy na brudnych firankach, czerwonym łebkiem zapałki czyścisz ucho albo podpuszczasz Micię, pytając, czy zamierza ożenić się z tą Czeszką, którą zeszłego lata dopadł na Hvarze, a wtedy wreszcie zjawia się ktoś, kto ma pieniądze i zapłaci za piwo albo szprycer. To piękne i w sumie bezpieczne życie, bo zawsze będą tacy, którzy mają pieniądze, którzy ożenili się z frywolnymi kobietami albo w głębi duszy są ambitni, jadą więc pracować do Niemiec i wrócą na Boże Narodzenie, Wielkanoc albo na dzień Świętego Antoniego, obrońcy naszego Smiljeva, rozrzutnie będą świętować swoje próżniactwo, kiedy całymi dniami siedzą tylko w Bevandzie, liczą muchy na zapaskudzonych firankach i tacy są nędzni, że czerwonym łebkiem zapałki czyszczą sobie ucho. No a ci bardziej ambitni, oni to już czyszczą ucho kluczykiem do swojego Mercedesa.

Jeśli chodzi o usługi gastronomiczne, to trzeba przyznać, że również w sklepach są jak najbardziej solidne. Sprzedawca trzyma pod ladą nawet trzy kieliszki koniakowe, tak więc jeśli chcecie, możecie się stuknąć z kolegą, a jeśli chodzi o standardy higieniczne, kieliszki po każdym gościu skrupulatnie wyciera ściereczką. Smiljevo było oddalone o całe lata świetlne od zimnego antyseptycznego świata, w którym nikt by nie sięgnął po czyjś ręcznik i w którym syn, jak powiadają, nie zna swojego ojca, a ojciec swojego syna. Tutaj, w sklepie, panuje atmosfera przyjacielskiego zaufania i nikt nie narzeka, gdy ktoś zamienił na barowej ladzie, przez niedopatrzenie, kieliszki koniaku albo butelki piwa. Pij, bracie, przecież nie jesteśmy trędowaci! Tylko wtedy mamy przechlapane, gdy ktoś, udając wariata, weźmie od swojego sąsiada butelkę, w której jest więcej niż w jego.

Oprócz tej przyjacielskiej atmosfery inną zaletę picia w sklepie stanowi to, że jest ono odczuwalnie tańsze niż picie w gospodzie. Zasługą sklepów jest to, że – powiedzmy tak – zdemokratyzowały usługi gastronomiczne. No, na przykład, Ivić, który ze swoim nędznym wynagrodzeniem, co je dostaje każdego miesiąca z emerytalnego funduszu ubezpieczeń społecznych, nie może sobie pozwolić na żłopanie w gospodzie, a zbyt dużo jest chętnych awanturników, żeby ktoś akurat jego poczęstował, pije więc regularnie w sklepie. Że niby daje odpocząć nodze w wielkim ortopedycznym bucie albo też dlatego, że z powodu wypitego winiaku właściwie nie jest pewien nawet tej swojej zdrowej nogi, stoi więc oparty o ladę i pije winiak, chociaż sklepikarz twierdzi, że Ivić tak naprawdę pije jego krew. I to przez słomkę.

Do sklepu właśnie wszedł proboszcz.

– Proszę litr soku jabłkowego – powiedział don Stipan.

– Claro que si, padre – odburknął natychmiast sklepikarz.

– Si, si, si, si, si – bluznął wtedy zaczepnie Ivić. – Jak ty gadasz? Gadasz po naszemu?... Halo, chłopcze, szprechenzi chorwacki?! – robił sobie jaja inwalida siedzący w kącie.

Sklepikarz nie odpowiedział na prowokację. Naburmuszony przesunął się między półkami, po drodze ujrzał swoją twarz w lustrze zawieszonym na gwoździu obok higienicznych niezbędników, po czym splunął na czubek palca wskazującego i przylizał wąsy.

– Boy, prego, chłopcze, proszę, jeszcze jedną tequilę – wydzierał się za nim Ivić, wciąż tak samo nabuzowany, puszczając oko do don Stipana. – Bez robaków! – dorzucił znacząco. – Czy ty, księże, słyszałeś, że Meksykanie piją tequilę z robakiem w butelce?... Boże mój, widziałem to w jednym filmie – tłumaczył inwalida. – Litrowa butelka, w niej tequila, jak woda przezroczysta, a na dnie robak tłusty jak paluch. Tłusty i zielony jak robal na kapuście. Boże, chroń nas, jeśli choć jedno chrześcijańskie dziecko będzie musiało coś takiego wypić! A oni, czort niech ich duszę porwie, nie tylko piją, ale jak już całą butelkę opróżnią do dna, to i tego robala wychłepczą... – Ohyyyda! – wzdrygnął się Ivić, z obrzydzeniem wykrzywiając twarz. – Gdybyś widział, ojcze, jak słodko chłepczą, jak sok z pigwy!

Don Stipan, czując się niezręcznie, tylko kiwał głową i z niezwykłym zainteresowaniem czytał cztery etykietki na nylonowych skarpetkach, które leżały w rządku w pudełku na blacie. W tym momencie wszedł sprzedawca. To poważny, dojrzały człowiek – we wrześniu skończy trzydzieści pięć lat – i nazywa się Josip, ale od czasu, gdy w telewizji leci meksykańska telenowela Róże dla mojej ukochanej, woli, by zwracać się do niego per Miguel. Stawia na ladzie litr soku i, chyba żeby przerwać zrzędzenie Ivicia, tym razem przemawia po chorwacku.

– Proszę – mówi cicho. – Może coś jeszcze?

– Cóż to znowu za zwyczaje!? – krzyknął Ivić. – Kto to widział, żeby Miguel mówił „proszę”! Miguel nigdy nie powiedziałby czegoś takiego! No, dalej, bracia! Miguel, zabierz ten sok, wróć i zacznij wszystko od początku! Po meksykańsku, proszę, zgodnie z tradycją...

Zdenerwowany Josip chwycił wtedy pół bochenka z półki za sobą, pocałował go – bo w tym kraju panuje dobry obyczaj, by całować chleb, którym się ciska – i rzucił nim prosto w głowę Ivicia. Inwalida jednak zręcznie się uchylił, zaśmiał pogardliwie, stracił jednak równowagę, wstając zza lady, zakręcił bezsilnie ramionami w powietrzu i zwalił się tyłkiem na podłogę, uderzając głową w niebieską plastikową beczkę, w której zimą zalegała kiszona kapusta, a latem przemysłowa karma dla kurczaków.

– Dzień dobry, Miguel – zaszczebiotała Tatjana, która właśnie weszła do sklepu.

– Buenas dias, señora – odpowiedział jej sprzedawca.

– Daj mi jedną kilogramową cedevitę, butelkę rumu do ciasta i pastę do zębów – wyrecytowała kobieta.

– Uno momento – zastrzegł się Miguel. – Tylko obsłużę don Stipana.

– Nie ma sprawy – powiedział duchowny skwapliwie. – Proszę bardzo, mogę zaczekać.

– Jaki pan kochany – odparła Tatjana słodko.

– Matko moja drogaaa – zaczął wtedy z marszu zawodzić Ivić. – Biedny jestem jaaa! Biedny i bezsilnyyy! Mnie, inwalidę, biją! Biją, biją, a nogę mam krótsząąą!

– Miguelu, musisz mi opowiedzieć, co się działo wczoraj w Różach – powiedziała Tatjana. – Poszłam do fryzjerki i nie zdążyłam obejrzeć.

– Wczoraj nie oglądałaś? – zdziwił się Miguel. – Wczoraj był totalny odjazd. Ten gnojek Ruben przyszedł do don Francisca i oznajmił mu, że jest jego nieślubnym synem, bo don Francisco spał z jego matką, połykaczką ognia, kiedy jej cyrk przed dwudziestoma pięcioma laty zawitał do jego miasta.

– Co za bydlę! – rozgniewała się Tatjana.

– Don Francisco też mu tak powiedział, ale łagodniejszymi słowami. Gdybyś ty go widziała. Taki wysoki, siwy, wyprostowany, wciągnął dym z cygara, wiesz, tego grubego, co zawsze pali, po czym powiedział...

W tym momencie Josip wyprostował się i odezwał basem don Francisca:

– Młody człowieku, z pewnością pan się myli, ja wtedy spałem z poskromicielką węży.

– Dobrze mu powiedział! – podsumowała Tatjana, waląc dłonią w blat. – A co pan myśli – zwróciła się nagle do don Stipana – o mojej nowej fryzurze?

– Słucham!? – zakłopotał się duchowny.

– Jak tam moja nowa fryzura? Trochę skróciłam, ufarbowałam i dodałam mikro fale.

–  Ładnie – odpowiada don Stipan powściągliwie.

– No nie, słyszałeś, co powiedział! – zachwyciła się Tatjana, mówiąc euforycznie do Miguela. – Powiedział: ładnie!... Czekaj, czy on ci może przypomina trochę Józefa, młodszego brata Miguela. Tego, co startuje w wyścigach konnych.

– Kto!? – zdumiał się Josip.

– No przecież don Stipan – Tatjana wskazała duchownego, który natychmiast się zaczerwienił. – Prawda, że trochę podobny?

– Sam nie wiem – odparł zdumiony sprzedawca, spoglądając na proboszcza.

– Jak to, nie widzisz? Czarne włosy, niebieskie oczy, wysoki, taki czarujący... wykapany Józef!

„Wykapany Józef” poczuł się nieswojo jak panna młoda, najchętniej opuściłby sklep ze wstydu. Tylko tego by, Boże mój, brakowało, żeby domagał się pianki do golenia albo, co jeszcze gorsze, rolki papieru toaletowego, a przecież po to przyszedł do sklepu. Na szczęście właśnie wtedy zjawiła się w pomieszczeniu drobna, przygarbiona kobieta z okazałym sińcem pod okiem i nie powiedziała ani „dzień dobry”, ani „Bóg z wami”, tylko jakby nieobecna podeszła do lady i położyła na nim czarną torbę, nieomal wywołując przerażenie wśród ludzi zgromadzonych w sklepie.

– Sześć zimnych piw i paczka Opatii – powiedziała cicho i kategorycznie.

– Już się robi – odparł Josip.

– Nedo, co z twoim okiem? – spytała Tatjana z ciekawością.

– Ugryzła mnie osa – odpowiedziała Nediljka twardo, wzięła torbę, do której Miguel włożył butelki piwa, i wyszła cicho jak cień.

– Mąż ją ostro bije – wyszeptała Tatjana w zaufaniu, gdy tylko kobieta zniknęła za drzwiami. – Gudin najpierw sobie leje w manierkę, a potem żonę.

– Caramba! – szepnął Miguel wstrząśnięty.

– Mnie mój świętej pamięci mąż, niech mu ziemia lekką będzie – ciągnęła dalej Tatjana – nigdy nawet palcem nie tknął. To znaczy tknął, ale w innym sensie – dodała wdowa znacząco, spoglądając na duchownego, któremu znowu krew uderzyła do głowy. – Dla niego żona była świętością, nauczył się tego w Niemczech. Opowiadał mi, że w Niemczech ci, co biją żony, idą do więzienia. Nie daj Boże coś takiego tam zrobić.

– Jasne! – zgodził się Ivić, który znowu złapał pion przy ladzie. – Tam kobiety torturują prądem!

– Spadaj, śmierdzielu, zamknij tę swoją wredną gębę! – warknęła Tatjana.

– Nie, nie, nie, o nie! – drwił sobie inwalida.

Ale Tatjana już nawet na niego nie spojrzała.

– No, proszę, powiedz uczciwie – zwróciła się do sklepikarza, znowu biorąc na ząb don Stipana. – Czy on ci nie przypomina Józefa, młodszego brata Miguela. Tego, co startuje w końskich wyścigach?

– No, jak mi to powiedziałaś... – przyznał Miguel. – Ma tu coś takiego. Koło oczu najbardziej.

– Prawda? – zachwyciła się wdowa. – Wykapany Józef!

„Wykapany Józef” był już bliski płaczu ze wstydu, a Tatjana, która niby to wie, jak on się czuje, patrzy wprost na niego i jakby się podśmiewała. Mąż tej zdrowej, seksownej dwudziestoośmiolatki przed ponad dwoma laty spadł z rusztowania na budowie jakiegoś domu towarowego we Frankfurcie wprost do kadzi z wapnem i zginął na miejscu. Przypadkiem tak się stało, że nieszczęśliwy wypadek wydarzył się zaledwie pół roku po tym, jak w jakimś pubie podpisał polisę ubezpieczeniową na życie wartą milion marek. Biedak, słabo władał niemieckim, myślał, że podpisuje dokumenty potrzebne do pozwolenia na pracę, a terenowy agent towarzystwa ubezpieczeniowego rżnął głupa i już się cieszył z prowizji. I w ten oto sposób Tatjana, wskutek zbiegu okoliczności i ku zgrozie teścia, teściowej i dwóch szwagierek, została zabezpieczona aż do śmierci, choć po małżeństwie, które skończyło się nieszczęśliwie, nie zostało ani jedno dziecko. „Nie wpadł facet do toi toia, tylko siekiera do miodu” – gadali ludzie. Tymczasem młoda wdowa nie zwracała przesadnej uwagi na gniew rodziny i osąd wioski: hardo przyjęła swój milion i zazdrośnikom zaśmiała się drwiąco w twarz, tak jak teraz śmieje się do don Stipana, całkowicie panując nad duchownym, który z kobietami nawykły był rozmawiać tylko przez drewniane kratki konfesjonału. Opatrzność jednak była po jego stronie, znowu więc przysłała mu dobrą wróżkę, tym razem w osobie niskiej i korpulentnej kelnerki Mili.

– Josip, masz półlitrowe kufle? – krzyczała Mila już od drzwi, bo Mila, jak ci kaprale z amerykańskich filmów, nie umie inaczej, niż tylko się drzeć.

– Spadam, ćao! – pożegnała się wtedy Tatjana wesoło. – Ćao, Jose! – rzuciła też w stronę duchownego.

– Adios, señora! – krzyknął za nią Miguel.

– Z Bogiem – powiedział duchowny tak cicho, że chyba sam siebie nie słyszał.

– Co mówiłaś? – zwrócił się sprzedawca do Mili.

– Półlitrowe kufle! – rozdarła się kobieta.

– Mam.

– Po ile?!

– Dwadzieścia sześć kun sztuka.

– Rany boskie! – krzyczała kelnerka.

Don Stipan, który odzyskał trochę pewności siebie, znacząco zakasłał.

– Proszę wybaczyć, don Stipanie, tak mi się wyrwało! – tłumaczyła się żarliwie kobieta. – Dwadzieścia sześć kun! No, niech ja zobaczę te kufle!

Miguel przepadł w otchłaniach magazynu.

– „Ale zwierzę, kto ci gacie pierze” – zaśpiewał półgłosem Ivić ze swojego kąta, ale potem chyba zrozumiał, że jest w towarzystwie duchownego i kobiety, przerwał więc, zachowując w sekrecie drugi wers naprawdę lubieżnego dziesięciozgłoskowca.

– Dwadzieścia sześć kun! – powiedziała Mila, oglądając kufle, które handlarz przyniósł z magazynu. – I ja dam forsę, a ten szalony Micia, osioł bezczelny, natychmiast je pogryzie. No, to powiedz mi, skoro on tak potrafi gryźć, to ty byś mu na głowie kufel rozbił?!

– Que!? – przeraził się Miguel.

– Kufel, mówię przecież!

– Micia gryzie kufle?!

– Gnojek jeden, żebyś widział, jak gryzie! Odgryza kawałek wielkości dłoni, a potem miażdży go w gębie i jeszcze puszcza oko! Patrzę na niego, myślę sobie, może Bóg da, że rozsieka sobie gębę! Ale gdzie tam! Wydalił osioł szkło i śmieje się, i wyciąga jęzor, żeby każdy widział, że nic mu się nie stało! I jeszcze robi sobie ze mnie jaja! Powiedział: Mila, następnym razem trochę lepiej mi posól. Ja na to: Micia, o poranku dymam twoją matkę na ganku! – proszę wybaczyć moje słowa, don Stipanie – zeżresz jeszcze choć jeden, walnę cię dwoma za uszami, że gwiazdy zobaczysz!

– Madre mia!

– Dobra, daj sześć sztuk.

Wkrótce w sklepie zostali już tylko sprzedawca i inwalida. Ivić rozkosznie zdrzemnął się z głową na ladzie, od czasu do czasu w niezrozumiały sposób warknął na kogoś we śnie. Miguel na krześle w kącie powtarzał w nieskończoność zdania z książeczki Hiszpański wraz z wymową:

Su abuela cocina muy bien – Pani babcia świetnie gotuje.

Cuando era pescada este pez? – Kiedy złowiono tę rybę?

Senorita, puede acompanarme em ni hotel? – Proszę pani, czy może mnie pani odprowadzić do hotelu?

Mi mujer muria de aids... – Moja żona umarła na AIDS...

ROZDZIAŁ DRUGI

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ TRZECI

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ CZWARTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ PIĄTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ ÓSMY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

EPILOG

Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.

Zapraszamy do zakupu

PRZYPISY

1 Bevanda – czerwone wino pomieszane z wodą gazowaną. ↩