Czoran - Mateusz Kossakowski - ebook

Czoran ebook

Mateusz Kossakowski

4,5

Opis

W pewnym całkiem zwyczajnym domu dzieją się rzeczy, których nie da się logicznie wyjaśnić. Słyszane są nietypowe zakłócenia w radiu. Domowników prześladują dziwne rymowanki. Na ścianach majaczą cienie, pojawiające się tam, gdzie nie powinno ich być. A potem przychodzi coś znacznie gorszego – odkrycie, że ich własna pamięć potrafi kłamać w temacie rodzinnej przeszłości.

Mateusz budzi się w miejscu tkwiącym gdzieś poza czasem – w nieskończonym korytarzu pełnym drzwi, gdzie ludzie z różnych epok czekają na swój los. Rządzą tam tajemnicze czarnookie istoty, które nie zabijają swoich ofiar, tylko je wymazują. Rozdzielają rodziny, niszczą więzi i sprawiają, że najbliżsi stają się sobie zupełnie obcy.

Tymczasem gdzieś daleko matka i brat Mateusza zaczynają odczuwać niepokojącą pustkę, jakby w ich życiu kogoś brakowało. Kogoś, kogo - jak im się wydaje - nigdy nie było, kogo nie pamiętają, a mimo to nie potrafią przestać szukać.

„Czoran” to mroczna i poruszająca opowieść o pamięci, rodzinie i miłości silniejszej od zapomnienia. Łączy atmosferę horroru, metafizycznej tajemnicy i psychologicznego dramatu, stawiając pytania o to, czym naprawdę są więzi między ludźmi. Czy można odebrać człowiekowi wspomnienia? A jeśli tak – czy da się wymazać wszystko?

To pełna niepokoju, emocji i sugestywnych obrazów powieść dla czytelników, którzy cenią inteligentną grozę, tajemnice ukryte pod powierzchnią codzienności oraz historie pozostające w pamięci długo po przeczytaniu ostatniej strony. Bo niektórych więzi nie da się zerwać. Nawet jeśli cały świat o nich zapomni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 558

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AldiReader

Dobrze spędzony czas

Tytułowy „Czoran” to postać, która zabiera to, co najcenniejsze - więź, wspomnienia, pamięć o kimś, kto był kiedyś dla nas ważny. Mateusz i Bartek jako dzieci wracają z ojcem z jeziora. Dochodzi do wypadku samochodowego. Ojciec, chcąc ratować dzieci, zawiera układ z tajemniczymi istotami. Oddaje więź, a w zamian chłopcy wychodzą z wypadku cało. Mijają lata. Bracia są już po dwudziestce. Nadal mieszkają z matką w tym samym mieszkaniu na trzecim piętrze. Nagle zaczyna dziać się coś dziwnego - w radiu pojawiają się zakłócenia, słychać tajemnicze rymowanki o Czoranze. Coś jest w ich domu. Mateusz trafia do korytarza. Stoi w kolejce w miejscu znajdującym się poza czasem i przestrzenią. Mamy tu szlachcica, ale i kobietę z przyszłości. Małą mysz i niedźwiedzicę. A nad tym wszystkim czarnookie istoty pilnujące porządku. Jest tu naprawdę dużo wątków. Autor chciał zawrzeć w książce jak najwięcej. Zaczyna pewne motywy, po czym je porzuca, często już do nich nie wracając. Miałam okazję trochę ...
00
MateuszMars

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo wciąga, szczególnie odczuwam emocje, kiedy pojawia się mysz. Czytam dalej.
00



CZORAN

Mateusz Kossakowski

-

Wydanie I

(c) 2026 Wydawnictwo KMH Media Group

ISBN: 978-83-979196-2-4

CZORAN

Mateusz Kossakowski

„Czoran idzie, Czoran słyszy, po nim dom zapada w ciszy.”

— dziecięca rymowanka

Dla Konrada Jaśkiewicza, którego poznałem w miejscu uzdrawiania dusz.

Dla mojej mamy, Iwony, i mojego brata, Bartka, kocham was — obecnych w tej historii bardziej, niż mogliby przypuszczać.

Dla najlepszego kolegi, Karola Jezierskiego.

I dla Tatka Irka.

On wie.

Rozdział 1

W kuchni było za gorąco.

Nie ciepło — duszno. Powietrze nie krążyło. Wisiało w miejscu, ciężkie od pary, rosołu, koperku i obecności trojga ludzi, którzy od lat siadali przy tym samym stole i mówili do siebie tymi samymi głosami.

Para z wysłużonego garnka osiadała na szybie cienką mgłą. Iwona Kossakowska przecierała ją rękawem swetra, ale szkło znów zachodziło wilgocią. Za oknem prawie nic nie było widać — tylko rozmyte światła klatki schodowej naprzeciwko, rozlane w mlecznej szarości.

W tej mgle poruszyło się coś drobnego. Albo tylko światło tak udawało.

Iwona zmrużyła oczy. Nic. Z radia stojącego na lodówce sączyła się piosenka z lat dziewięćdziesiątych. Co kilka sekund przerywał ją suchy trzask, jakby ktoś lekko trącał antenę paznokciem.

— Znowu te zakłócenia — mruknęła.

Nikt nie odpowiedział.

Mateusz stał przy kuchence i mieszał rosół z przesadnym skupieniem. Ciepło było tak gęste, że miał wrażenie, jakby oddychał przez mokrą szmatkę. Pot spływał mu po karku pod kołnierz koszulki. Drażniło go wszystko: radio, para na szybie, słodkawy zapach gotujących się warzyw, nawet oddechy pozostałych.

Bartek siedział na blacie, chociaż Iwona od lat powtarzała mu, żeby tego nie robił.

— Złaź stamtąd, bo jeszcze sobie coś zrobisz — powiedziała bez przekonania.

— Mam dwadzieścia cztery lata.

— No właśnie. Pora zmądrzeć.

Uśmiechnął się pod nosem.

Mateusz znał ten uśmiech od dziecka. Nigdy nie było wiadomo, czy zapowiada żart, czy to, co za chwilę człowieka zirytuje.

Łyżka uderzała o metal w równym rytmie. Raz. Dwa. Trzy. Przy czwartym uderzeniu radio zapiszczało tak głośno, że wszyscy drgnęli.

I zamilkło. Cisza po nim nie była zwyczajna. Miała w sobie za dużo miejsca.

— No świetnie — mruknął Bartek.

— Pewnie znowu coś z kablami.

Iwona podeszła do lodówki i przekręciła pokrętło. Szum. Urwany fragment melodii. Znowu trzask.

— Odejdź, mamo, jeszcze wszystko przesolisz — rzucił Mateusz.

Iwona prychnęła.

— No ja? Przesolę?

Śmiech wrócił szybko. Lekki, domowy, odrobinę za głośny. Każde z nich chciało go usłyszeć bardziej, niż było to potrzebne.

Bartek zeskoczył z blatu i podszedł do brata.

— Daj spróbować.

— Oparzysz się.

— Nie przesadzaj.

Mateusz podał mu łyżkę. Bartek skosztował, skrzywił się i zajrzał do garnka.

— Dziwne.

— Co?

— Jakby za mało soli.

Mateusz spróbował po nim. Smak był normalny.

— Wkręcasz mnie.

Bartek wzruszył ramionami, ale patrzył w rosół z uwagą, która do niego nie pasowała. Czegoś tam szukał. Albo czegoś nasłuchiwał.

Iwona znowu przetarła szybę. Bartek odepchnął Mateusza barkiem. Mateusz oddał odruchowo i przepychali się jak kiedyś.

— A wy kiedy dorośniecie? — zapytała Iwona.

— Już jesteśmy dorośli — odpowiedzieli niemal równocześnie.

Bartek parsknął śmiechem i sięgnął po pilot leżący na parapecie.

— Ej, patrzcie. Znowu te wasze niedźwiedzie.

— Zostaw — powiedziała Iwona.

— To akurat lubię.

Na małym telewizorze w rogu kuchni obraz był lekko przygaszony. Prezenter mówił spokojnym, niemal kojącym głosem:

— Arktyka. Jedno z najbardziej bezlitosnych miejsc na Ziemi. A jednak nawet tutaj więź między matką a młodymi pozostaje niezachwiana.

Na ekranie pojawiła się niedźwiedzica polarna. Ogromna. Biała. Spokojna. Za nią trzy młode, zapadające się w śniegu. Mateusz podszedł bliżej i oparł się o framugę drzwi. Nie majestat przyciągał wzrok. Nie dzikość. Ten spokojny ciężar obecności.

Niedźwiedzica zatrzymała się, kiedy jedno z młodych zostało w tyle. Cofnęła się i polizała je po głowie. Kamera uchwyciła zbliżenie: biały pysk, małe łapy, śnieg przyklejony do futra.

— Widzisz? — powiedziała cicho Iwona.

— Matki zawsze czekają.

Bartek prychnął.

— Jasne. Natura jest brutalna. Jak będzie musiała, to zostawi.

— Nie zostawi — odparła Iwona.

Na ekranie najmniejsze młode poślizgnęło się na lodzie. Kamera zadrżała, jakby operator próbował złapać ostrość.

Przez ułamek sekundy obraz zaszumiał. Biała plama przecięta cienką, ciemną linią. Mateusz zmrużył oczy.

— Widzieliście to?

— Co? — zapytał Bartek.

Obraz wrócił do normy. Niedźwiedzica szła dalej, a młode trzymały się tuż za nią.

Prezenter mówił tym samym spokojnym tonem: — Instynkt macierzyński u niedźwiedzi polarnych należy do najsilniejszych w świecie zwierząt. Samica ryzykuje życie, by chronić potomstwo.

— No i proszę — mruknęła Iwona.

Telewizor zasyczał. Obraz zadrżał. Przez sekundę niedźwiedzica stała sama. Bez młodych. Mateusz wstrzymał oddech. Mrugnął. Młode znowu były na miejscu.

— Zepsuty kabel — rzucił Bartek.

— Wyłącz to, bo padnie.

Iwona westchnęła i sięgnęła po pilot. Ekran pociemniał. W kuchni zrobiło się ciszej. Za cicho. Mateusz jeszcze patrzył w czarną taflę telewizora, jakby spodziewał się, że obraz wróci sam.

Wrócił do garnka, ale tamta myśl nie chciała go puścić. Jeśli matka zostawia młode, to znaczy, że wcześniej ktoś zdążył jej coś odebrać.

Światło mrugnęło. Raz. Drugi. Za trzecim razem zgasło. Ciemność była gęsta. Prawie lepka.

— No pięknie — syknął Bartek. Z klatki schodowej nie dochodził żaden dźwięk. Żadne kroki. Żaden trzask drzwi. Nawet winda.

Tylko cisza. Nienaturalnie czysta. Mateuszowi zacisnął się żołądek. Ta cisza nie była obca. Było w niej coś znajomego. To, czego nie umiał nazwać, a co już wsunęło mu się pod skórę.

Jak echo rymowanki, której nikt tutaj nie powinien pamiętać. „Czoran idzie. Czoran słyszy”.

— Słyszeliście to? — zapytał cicho.

— Co? — odezwał się Bartek.

Światło wróciło nagle, ostre i zimne. Wszyscy troje stali tam, gdzie przed chwilą.

Tylko rosół przestał się gotować. Płomień pod nim zgasł. Mimo że nikt nie dotykał kuchenki. Iwona przełknęła ślinę.

— Który z was to zrobił?

— Ja nie — powiedzieli jednocześnie.

Mateusz spojrzał na brata. Na jego uśmiech. Na bliznę na podbródku. Na miejsce nad łukiem szczęki, gdzie jako dzieciak dostał od niego plastikowym mieczem i przez tydzień ukrywał siniak przed matką.

I na ułamek sekundy coś w tej twarzy wydało mu się minimalnie przesunięte. Nie na swoim miejscu. Jakby patrzył przez źle ustawione szkło. Znał ją całe życie, a jednak zobaczył w niej coś obcego.

Mrugnął. Wszystko wróciło na miejsce. Bartek roześmiał się pod nosem.

— Co się tak gapisz?

Mateusz zawahał się.

— Nic.

Ale wtedy uderzyła go cisza. Za głęboka jak na trzy osoby. Dom nasłuchiwał. Kilka dni później usłyszy tylko: Nie mam brata.

Rozdział 2

Wracali późnym popołudniem, kiedy upał już nie był najwyższy, ale nadal trzymał wszystko w swoich rękach.

Asfalt falował przed maską. Powietrze nad drogą drżało jak przezroczysta tkanina. Na poboczu kurz był biały od słońca. W otwartych oknach samochodu wisiał zapach nagrzanych pól, benzyny i dziecięcych chipsów paprykowych, których Iwona zabraniała jeść w aucie, więc oczywiście były jedzone właśnie tam.

Bartek siedział z tyłu za pasażerem i lizał roztapiającego się loda z taką koncentracją, jakby od tego zależał porządek świata.

Mateusz, po drugiej stronie, trzymał na kolanach mały turystyczny wentylatorek kupiony na straganie nad jeziorem. Wiatraczek był tandetny, niebieski, na baterie, i brzęczał jak komar zamknięty w słoiku, ale Bartek od godziny uważał go za najważniejszy wynalazek ludzkości.

— Daj teraz mnie — powiedział Bartek, odrywając się od loda.

— Przed chwilą miałeś.

— Ale teraz bardziej się pocę.

Mateusz spojrzał na niego z tą cierpliwą wyższością starszego brata, którą dziesięciolatek potrafi nosić jak dobrze skrojony garnitur.

— Każdy się poci. Taki jest sens lata.

— Nie taki jest sens lata — powiedział Bartek.

— Sensem lata są lody.

Ojciec uśmiechnął się pod nosem. Kiedy był w dobrym humorze, wystukiwał kciukiem o kierownicę rytm piosenki, której nigdy nie nucił do końca. Teraz też stukał cicho, prawie pod nosem, jakby droga sama miała własny takt.

— I jezioro — dodał.

— I skakanie z pomostu — powiedział Bartek.

— Ty nie skakałeś, tylko ześlizgiwałeś się po drabince jak stary pan — poprawił go Mateusz.

— Bo było ślisko.

— Bo się bałeś.

— Wcale nie.

Ojciec spojrzał w lusterko. Bartek miał czerwone od słońca policzki i mokrą grzywkę przyklejoną do czoła. Mateusz był opalony nierówno — nos i kark mocniej, ręce słabiej — i siedział bokiem, wystawiając wiatraczek raz na siebie, raz na brata, choć udawał, że tego nie robi.

Było w tym coś chłopięcego i wzruszającego zarazem: troszczył się niechętnie, jakby sama troska trochę go zawstydzała.

— Tata — powiedział Bartek.

— A jak wrócimy, to powiesz mamie, że pływałem bardzo daleko?

— Nie powiem.

— Czemu?

— Bo mama by chciała wiedzieć, czy to prawda.

Bartek zastanowił się.

— To powiedz, że pływałem średnio daleko, ale odważnie.

— To mogę powiedzieć.

Mateusz parsknął śmiechem, ale spoważniał.

— Posmarowałeś znowu to miejsce?

— Jakie miejsce?

Mateusz dotknął własnego ramienia, pokazując plamę na skórze. Bartek odruchowo podrapał swoje oparzone barki.

— Nie swędzi już.

— To dlatego, że siedzisz. Wieczorem będzie cię piekło.

— Nie będzie.

— Będzie.

Ojciec sięgnął ręką do torby na siedzeniu obok.

— Krem jest z przodu. Mateusz, podaj mu.

— Mówiłem.

— Nie jestem dzidzią — mruknął Bartek, ale już wyciągał rękę po tubkę.

W samochodzie było słychać tylko szum drogi i plastikowe bzyczenie wiatraczka. Potem Bartek, z rękami tłustymi od kremu, zaczął marudzić, że nie dosięgnie pleców.

Mateusz westchnął ciężko, jak człowiek wyjątkowo doświadczony przez los.

— Daj.

— Delikatnie — powiedział Bartek.

— To krem, nie papier ścierny.

— Ty zawsze za mocno.

— Bo ty się wiercisz.

Ojciec znów spojrzał w lusterko. Mateusz rozsmarowywał krem na ramionach brata ostrożnie, z miną skupioną bardziej, niż gdy budował coś z klocków albo składał model samolotu. Bartek siedział cicho, co samo w sobie było dowodem zaufania.

Za szybą mijały ich znajome rzeczy: sklep z eternitowym dachem, przystanek z wyblakłym rozkładem, kapliczka z plastikowymi kwiatami, sad za drucianą siatką. Polska prowincja w sierpniu wyglądała jak coś bardzo starego i bardzo trwałego. Kurz, słoneczniki, psy śpiące przy bramach, ludzie podlewający ogród w klapkach.

W takich miejscach człowiek najłatwiej wierzy, że nic wielkiego nie może się zdarzyć.

Droga krajowa była zakorkowana, więc zjechał na boczną, węższą. Znał ją. Jeździło się nią wolniej, ale omijało światła i tiry.

Po lewej ciągnęły się pola już po żniwach, płaskie i jasne. Po prawej były działki, a dalej małe domy z czerwonymi dachami, przy których stały baseny rozporowe i suszyły się ręczniki.

— Chce mi się pić — powiedział Bartek.

— Masz wodę.

— Ciepła.

— Bo jest lato — odpowiedział Mateusz.

— Wszystko umiesz zepsuć.

— To wypij i przestań gadać.

— Nie mów tak do brata — powiedział ojciec łagodnie.

— Ale on marudzi.

— Bo ma osiem i pół roku. To jego zawód.

Bartek uśmiechnął się z satysfakcją.

— Widzisz?

Mateusz przewrócił oczami, ale podał mu swoją butelkę, tę jeszcze chłodniejszą, owiniętą mokrą chusteczką.

— Masz. Tylko nie wypij całej.

Bartek wziął ją od niego.

— Dzięki.

Powiedział to cicho, prawie odruchowo. Tak, jak mówi się w domu, w którym rzeczy robi się dla siebie codziennie i nie urządza z tego przedstawienia.

Przy wjeździe do miasteczka stał zakład pogrzebowy. Obok skład budowlany, naprzeciwko warzywniak z parasolem reklamującym lody. Ojciec zwolnił przed przejściem dla pieszych. Starsza kobieta z siatkami schodziła właśnie z krawężnika.

Słońce waliło prosto w przednią szybę. Na sekundę, może dwie, wszystko było białe od blasku. Nie zobaczył samochodu wyjeżdżającego z podporządkowanej.

Dostawczy bus wypadł zza żywopłotu za szybko, jakby kierowca był pewien, że zdąży. Może spojrzał nie tam, gdzie trzeba. Może myślał o telefonie. Może o niczym nie myślał. Wypadki często biorą się z rzeczy małych jak mrugnięcie.

Ojciec zdążył tylko krzyknąć:

— Trzymajcie się!

Uderzenie przyszło z boku. Ogromne, głuche, natychmiastowe. Jakby ktoś kopnął cały świat. Samochód szarpnęło w prawo. Szyby rozsypały światło. Coś metalowego wrzasnęło tuż przy uchu. Potem słup znaku drogowego, maska, rów, skarpa z wyschniętej trawy.

I cisza. Nie całkiem cisza — raczej ten rodzaj ogłuszenia, w którym dźwięki wracają z daleka, jak przez wodę.

Ojciec pierwszy usłyszał własny oddech. Krótki, urwany, nieposłuszny. Potem Bartka.

— Tata?

Żył. To było pierwsze.

Ojciec spróbował się poruszyć. Pas wbijał mu się w klatkę piersiową. Lewe ramię nie działało jak trzeba. Gdzieś czuł ciepło krwi, ale nie wiedział jeszcze gdzie.

Odwrócił głowę.

Bartek siedział przechylony w foteliku, blady, z szeroko otwartymi oczami. Na czole miał zadrapanie. Płakał bezgłośnie, jakby zapomniał, jak się to robi.

Mateusz był między nimi. Pochylony do przodu nienaturalnie, zatrzymany przez pas. Oczy miał zamknięte. Usta lekko otwarte.

— Mateusz.

Żadnej odpowiedzi.

— Mateusz!

Bartek zaczął płakać już naprawdę.

— Mateuszowi coś jest — powiedział przez łzy.

— Tato, Mateuszowi coś jest.

— Wiem.

Ojciec próbował odpiąć pas. Palce mu się ślizgały. Pas odpiął dopiero za trzecim razem. Ból przeszedł przez bok tak ostro, że zrobiło mu się ciemno przed oczami.

— Tato — mówił Bartek.

— Tato, ja nie chcę.

— Patrz na mnie.

Bartek spojrzał.

— Nic nie mów. Oddychaj. Słyszysz? Oddychaj spokojnie. Sam tego nie robił, ale dzieci wymagają od człowieka rzeczy niemożliwych i człowiek zwykle próbuje.

Sięgnął do Mateusza. Chłopiec był bezwładny, cięższy niż powinien, jak zawsze są ciężkie ciała, które nie pomagają. Ojciec dotknął jego szyi, tak jak kiedyś pokazali na kursie pierwszej pomocy w pracy.

Najpierw nic. Potem — bardzo słabo. Tętno.

— Jest — powiedział, bardziej do siebie niż do Bartka.

— Jest, synku. Słyszysz? Jest.

Bartek łkał.

— Mateusz! — wołał.

— Mateusz, obudź się.

Wtedy starszy brat poruszył ustami. Ledwie. Tak mało, że można by to wziąć za drgnięcie. Ojciec pochylił się niżej.

— Ciii — wyszeptał Mateusz. Nie do niego.

Do Bartka. Oczy miał nadal zamknięte, twarz szarą z bólu, ale usłyszał płacz brata i odpowiedział na niego pierwszym odruchem, jaki miał.

Nie „pomóż mi”. Nie „boli”. Nie „tato”. Tylko „ciii”. W ojcu coś pękło w miejscu zupełnie innym niż ciało.

— Jestem — powiedział szybko.

— Mateusz, słyszysz mnie? Nie ruszaj się. Bartek, wszystko dobrze. Słuchaj mnie, obaj słuchajcie.

Na zewnątrz ktoś biegł. Trzaskały drzwi. Głos kobiety krzyczał, żeby dzwonić po karetkę. Ktoś inny mówił, żeby nie ruszać samochodu. Zapach benzyny mieszał się z gorącym kurzem i tym ostrym smrodem po zderzeniu.

Ojciec odwrócił się do Bartka.

— Boli cię coś bardzo?

Bartek pokręcił głową, a potem natychmiast przytaknął.

— Nie wiem.

— Dobrze. To nic nie rób. Siedź.

— Tato…

— Jestem tutaj.

— Nie odchodź.

Powiedział to tak zwyczajnie, bez patosu, że właśnie w tym był cały ból.

— Nie odchodzę.

Mateusz poruszył powiekami. Udało mu się otworzyć oczy tylko na mgnienie.

— Bartek? — wyszeptał.

— Jest — odpowiedział ojciec.

— Jest cały.

Mateusz spróbował odwrócić głowę, ale skrzywił się i zrezygnował.

— Nie płacz — powiedział, ledwie słyszalnie.

Bartek szlochnął głośniej.

— Przecież płaczę.

Wtedy, nie w porę, w samym środku rozbitego auta, w upale i kurzu, Mateusz uśmiechnął się jednym kącikiem ust.

Ten uśmiech był tak bardzo jego, że ojciec omal nie rozpłakał się z ulgi.

— Wiem — wyszeptał chłopiec.

Ludzie byli już przy samochodzie. Jakaś kobieta w letniej sukience zaglądała przez zbite okno. Jakiś mężczyzna próbował otworzyć tylne drzwi. Ktoś podał, że karetka jedzie z powiatu, że policja też, że trzeba uważać na wyciek. Wszystko działo się głośno, szybko, po polsku: przez rady, okrzyki, zdania urwane w połowie.

Ale między nimi trojgiem czas biegł inaczej. Ojciec trzymał dłoń na kolanie Mateusza, drugą sięgał do Bartka najdalej, jak pozwalało mu ciało. Nie mógł dosięgnąć obu naraz. To wydało mu się niesprawiedliwe aż dziecinnie.

— Tata — powiedział Bartek cicho.

— Jesteś blady.

— Ty też nie wyglądasz najlepiej.

— Krew ci leci.

— Tobie też.

Bartek wytarł nos rękawem i spojrzał na Mateusza.

— A jemu?

Ojciec spojrzał tam, gdzie bał się patrzeć. Przy linii włosów Mateusza zbierała się krew, cienka, ciemna. Oddychał płytko. Każdy oddech wyglądał jak decyzja.

— Jemu też — powiedział.

— Ale jest twardy.

— Jest głupi — mruknął Bartek przez łzy.

— Bo oddał mi chłodną wodę.

Mateusz, z zamkniętymi oczami, poruszył ustami.

— Bo marudziłeś.

Bartek zacisnął buzię i rozpłakał się z ulgą tak gwałtownie, jakby ktoś przeciął sznurek.

Ojciec nie pamiętał potem dokładnie, jak długo czekali. Minuty w takich chwilach nie są jednostkami czasu, tylko stanami ciała.

Pamiętał za to drobiazgi. Rozgrzany metal pasa bezpieczeństwa pod palcami. Bzyczenie muchy tłukącej się o ocalały fragment szyby. Głos ratownika, który mówił spokojnie i stanowczo, jak mówi się do przestraszonych ludzi i do koni.

Pamiętał, że kiedy zaczęli wyciągać Bartka, ten wpadł w panikę.

— Nie! Nie! Z tatą! Z Mateuszem!

— Pojedziesz za chwilę, zobaczysz ich — mówił ratownik.

— Nie chcę potem! Chcę teraz!

Ojciec zebrał z siebie tyle głosu, ile miał.

— Bartek.

Chłopiec odwrócił się.

— Jedź. Bądź dzielny.

— Ale…

— Jedź pierwszy. Pilnuj brata. Słyszysz?

To Bartek rozumiał.

Zadanie. Dzieci czasem lepiej znoszą strach, kiedy dostają zadanie.

Wytarł twarz trzęsącą się ręką i przytaknął.

— Będę pilnował.

Kiedy ratownicy zajęli się Mateuszem, jeden z nich zapytał:

— Jak ma na imię?

— Mateusz — odpowiedział ojciec.

— Mateusz, słyszysz mnie?

Chłopiec otworzył oczy.

— Tak.

— Wiesz, co się stało?

Długo milczał.

Potem wyszeptał:

— Bartek się bał.

Ratownik spojrzał na ojca szybko, krótko, tym zawodowym spojrzeniem, w którym nie ma miejsca na wzruszenie, ale człowiek i tak je widzi.

— Dobrze, Mateusz. Teraz ty niczym się nie martw.

Ojciec chciał powiedzieć coś ważnego. Że jest z niego dumny. Że obaj są najważniejsi. Że wrócą do domu i Iwona będzie płakać ze złości i ulgi jednocześnie, i że już nigdy nie pozwoli im jeść lodów w samochodzie.

Ale w gardle miał sucho, a świat zawęził się do światła i twarzy pochylających się nad nimi.

Udało mu się tylko powiedzieć:

— Synku.

Mateusz spojrzał na niego przytomniej, niż powinien po takim uderzeniu.

— Co?

Ojciec uśmiechnął się, choć bolało.

— Nic.

To „nic” znaczyło wszystko, czego nie zdążył ubrać w słowa.

Karetka zabrała dzieci pierwsze. Tak zdecydowali ratownicy. Tak było rozsądnie. Ojciec został jeszcze na poboczu, na noszach, podpięty do czegoś, z kołnierzem na szyi, patrząc w niebo białe od sierpniowego słońca.

Widział, jak zamykają tylne drzwi ambulansu. Przez sekundę, zanim się zatrzasnęły, zobaczył Bartka siedzącego przy ściance i Mateusza na noszach obok. Bartek miał zapłakaną twarz i zaciśnięte pięści. Mateusz, blady jak papier, uniósł rękę o kilka centymetrów.

Nie machnął. Szukał. Bartek natychmiast złapał go za palce. Drzwi się zamknęły. To był ostatni obraz, który ojciec zabrał ze sobą cały. Potem był szpital powiatowy, upał stojący nawet w korytarzach, plastikowe krzesła przy izbie przyjęć, automat z kawą, która smakowała jak przypalona woda. Był telefon do Iwony, głos obcy od strachu, pytający tylko: „żyją?”, zanim padło jakiekolwiek inne słowo.

Były godziny, które przechodziły przez człowieka jak przeciąg.

Był lekarz, który powiedział, że młodszy ma wstrząśnienie i kilka powierzchownych obrażeń, starszy uraz głowy i złamany obojczyk, ale rokowania są dobre, trzeba obserwować, najbliższa noc będzie ważna.

Było wszystko to, co powinno przynieść ulgę. A jednak ulga nigdy nie przychodzi czysta. Zawsze niesie z sobą obraz tego, co mogło się wydarzyć.

Późnym wieczorem pozwolili mu wejść na salę. Bartek spał pierwszy, rozrzucony nieporządnie, jakby nawet do snu wszedł biegiem. Miał bandaż na czole i otwarte usta. Jedna noga wystawała spod koca.

Mateusz nie spał. Leżał nieruchomo, z ręką w temblaku, blady, zmęczony do granic dziecięcej wytrzymałości. Ale kiedy ojciec wszedł, otworzył oczy.

— Cześć — powiedział ojciec.

— Cześć.

— Jak się czujesz?

Mateusz pomyślał chwilę.

— Jakby przejechał mnie sklep.

Ojciec parsknął śmiechem tak krótko, że zabrzmiał prawie jak kaszel.

— To dobrze.

— To nie jest dobrze.

— To znaczy, że jesteś sobą.

Mateusz patrzył na niego.

— A ty?

Ojciec wzruszył zdrowym ramieniem.

— Jakby mnie przejechał większy sklep.

Przez twarz chłopca przeszedł cień ulgi.

— Bartek się obudził wcześniej — powiedział.

— Pytał, czy jesteś.

— Wiem. Byłem.

— Bał się, że nie.

Ojciec usiadł przy łóżku.

— Ty też?

Mateusz długo nic nie mówił. W sali było ciepło, ale nie gorąco. Za oknem świerszcze darły noc na cienkie paski. Z korytarza dochodziło stukanie kółek wózka i cichy głos pielęgniarki.

— Trochę — powiedział w końcu.

Ojciec położył dłoń na brzegu łóżka, tak żeby chłopiec mógł ją wziąć albo nie. Mateusz po chwili położył na niej swoje palce.

Małe jeszcze. Już nie całkiem małe.

— Ja też — powiedział ojciec. Nie było sensu kłamać.

Mateusz zamknął oczy.

— Bartek naprawdę się bał.

— Wiem.

— Nie mów mu jutro, że płakał.

— Nie powiem.

— Bo mu będzie głupio.

— Dobrze.

Chłopiec dodał, prawie już zasypiając:

— Ale możesz mu powiedzieć, że dobrze pilnował.

Gardło znów mu się zacisnęło.

— Powiem. Siedział jeszcze długo między ich łóżkami, słuchając dwóch różnych oddechów swoich synów.

Za oknem trwała letnia noc, ciężka od ciepła, zwyczajna, polska, z pomarańczowym światłem latarni na parkingu i jednym komarem błądzącym przy szybie.

Na krześle obok leżał ręcznik z jeziora, wciąż trochę wilgotny.

Na stoliku stał niebieski wiatraczek ze straganu, pęknięty z boku, ale nadal działający. Ktoś musiał go włożyć do torby razem z rzeczami z samochodu.

Ojciec włączył go najciszej, jak się dało. Plastikowe łopatki poruszyły powietrze nad twarzą śpiącego Bartka, potem nad Mateuszem.

Tylko tyle mógł tej nocy zrobić. Zobaczył ich w odbiciu szyby. Nie od razu. Najpierw tylko poczuł, że nie jest w sali sam z chłopcami. Że między nocą za oknem a szkłem stoi coś, co nie odbija światła tak, jak powinno.

Podniósł wzrok. Trzy postaci. Za jego plecami drzwi były zamknięte. Korytarz pusty. A jednak w szybie, obok jego własnej twarzy i jasnych plam łóżek, stali oni — czarni, wysocy, nieruchomi. Rysy wymykały się pamięci już w chwili patrzenia. Oczy mieli ciemne od kącika do kącika.

Ojciec powoli wstał, żeby nie obudzić dzieci. Na korytarzu było duszno mimo uchylonych lufcików. Powietrze pachniało rozgrzanym linoleum, detergentem i nocą, która nie chciała stygnąć. Pod automatem z kawą migała jarzeniówka.

Stali tam, jakby czekali od dawna.

— Żyją — powiedział ojciec.

— Tak — odpowiedziała jedna.

Ten sam spokojny, podwójny głos.

— To już?

— Już.

Ojciec spojrzał na drzwi sali. Przez wąską szybę widział kawałek łóżka Bartka. Brzeg koca. Stopę Mateusza pod prześcieradłem.

— Nie dzisiaj — powiedział.

— Warunek został przyjęty.

— Powoli.

— Dla nich szybciej jest łagodniej.

Ojciec zacisnął zęby.

— Dla mnie nie.

— Ty będziesz pamiętać niezależnie od tempa.

To było prawdziwe. Dlatego ojciec musiał oprzeć się mocniej o automat.

— Mogę wrócić do nich?

— Możesz.

— I rano?

— Jeśli zechcesz.

— A oni?

Cisza trwała krótko, ale wystarczająco długo.

— Będą już mniej.

Ojciec oparł dłoń o automat. Plastik obudowy był ciepły. Wszystko tutaj było zwykłe aż do bólu: kubeczki, przycisk „mleczna”, ślad czyjejś kawy zaschniętej przy otworze na monety.

— Jeśli się rozmyślę?

— Nie rozmyślisz.

Nie było w tym triumfu.

Tylko wiedza. Bo oni też słyszeli Bartka płaczącego w samochodzie. Bo widzieli Mateusza, który półprzytomny pytał najpierw o brata.

Bo wiedzieli to, co wiedział on: że niektórych decyzji nie podejmuje się wolą.

— Chcę, żeby nie cierpieli — powiedział cicho.

— Nie będą.

— Chcę, żeby byli cali.

— Będą.

Jedna z postaci wyciągnęła rękę. Nie do uścisku. Do przypieczętowania.

Ojciec patrzył na nią chwilę. Potem podał swoją. Dotyk był suchy i chłodny, jak przyłożenie skóry do kamienia trzymanego całą noc w cieniu.

Z sali dobiegł zaspany głos Bartka:

— Tata?

Ojciec drgnął całym ciałem. Postać puściła jego dłoń.

— Idź — powiedziała.

— Póki jeszcze to słowo coś znaczy.

Wrócił do sali.

Bartek patrzył na niego mętnie przez sen. Mateusz też otworzył oczy, ledwie na mgnienie.

Ojciec usiadł między ich łóżkami i położył dłonie tam, gdzie jeszcze miał do tego prawo: na włosach młodszego, na brzegu koca starszego.

Nad ranem pielęgniarka obudziła Bartka, żeby podał rękę do badania.

Chłopiec spojrzał na ojca bez lęku.

Bez rozpoznania też.

Tak patrzy się na kogoś, kto stoi za blisko łóżka na oddziale.

— Kto to? — spytał ochryple.

Pielęgniarka odwróciła głowę.

— Kto?

Bartek zmarszczył czoło. Sam nie był pewien, dlaczego zadał pytanie.

Ojciec nie odpowiedział.

Mateusz obudził się później. Dłużej dochodził do siebie, wolniej wracał z bólu i leków. Przez sekundę patrzył na ojca tak, jakby coś jeszcze próbowało przebić się przez mgłę.

Potem spojrzenie zgasło.

Została tylko uprzejma ostrożność wobec obcego dorosłego.

Ojciec wyszedł z sali, zanim zdążył zrobić coś głupiego. Stanął na końcu korytarza, pod automatem z kawą, i patrzył na drzwi, zza których dochodziło ciche szuranie pościeli i pojedyncze kroki pielęgniarki.

Noc skończyła się formalnie. W oknach zrobiło się mlecznie. Na linoleum leżały długie, blade pasy światła.

Wszystko wyglądało tak, jakby można było wrócić do świata.

Nie można było wrócić.

W dłoni trzymał kubeczek z kawą, której nie kupił. Stała w automacie już nalana, kiedy podszedł, jakby maszyna wiedziała, że człowiek w takim miejscu będzie potrzebował czegoś gorzkiego i ciepłego, nawet jeśli nie będzie umiał przełknąć. Plastik parzył go w palce.

Nie puścił.

Drzwi sali uchyliły się. Pielęgniarka wyszła pierwsza, z kartą pod pachą. Potem Bartek odezwał się z łóżka, cicho i chropawo:

— A ten pan jeszcze tu jest?

Ojciec zamknął oczy.

Pielęgniarka spojrzała na niego nie z lękiem i nie podejrzliwie, tylko z tym zmęczeniem, jakie mają ludzie po nocnym dyżurze, kiedy obcy dorosły za długo stoi pod ścianą.

— Proszę pana, rodzina zostanie wpuszczona za moment, ale tylko najbliższa.

Najbliższa.

Słowo przeszło przez niego jak igła. Stał kilka metrów od własnych synów i z administracyjnego punktu widzenia był już nikim.

— Ja tylko… — zaczął.

Nie dokończył.

Bo z sali dobiegł głos Mateusza:

— Niech wejdzie, jeśli chce.

Ojciec otworzył oczy tak szybko, że aż zakłuło go pod powiekami. Przez sekundę, jedną krótką sekundę, wydawało mu się, że coś ocalało. Nie pamięć. Może odruch. Może miejsce po pamięci.

Pielęgniarka spojrzała przez uchylone drzwi.

— Znasz pana?

Cisza.

Za krótka, by nazwać ją zastanowieniem. Za długa, by nie zabolała.

— Nie — odpowiedział Mateusz.

— Ale wygląda, jakby czekał.

Kubeczek zgiął mu się w palcach. Gorąca kawa wylała się na dłoń. Nawet tego nie poczuł od razu.

Do korytarza wbiegła Iwona.

Nie wbiegła naprawdę. Była zbyt blada, zbyt sztywna, zbyt przestraszona, żeby biec. Ale cała jej obecność miała w sobie pęd. Płaszcz narzucony krzywo. Włosy związane byle jak. Oczy suche od strachu, który przyszedł tak szybko, że nie zdążył jeszcze zamienić się w płacz.

Zatrzymała się przy pielęgniarce.

— Gdzie oni są?

— Sala numer trzy. Proszę spokojnie.

Iwona nie była spokojna.

Minęła ojca tak blisko, że rękaw jej płaszcza musnął jego kurtkę.

Nie zatrzymała się.

Nie spojrzała.

Nie poczuła.

Ojciec chciał powiedzieć jej imię. Nie głośno. Tylko tak, jak mówi się do kogoś, z kim człowiek przeżył tyle lat, że samo imię ma już w sobie kuchnię, rachunki, kaszel dziecka w nocy, nieodebrane telefony, złość o drobiazgi i stary śmiech wracający w najmniej odpowiednich momentach.

Usta poruszyły się bez dźwięku.

Iwona weszła do sali. Bartek rozpłakał się od razu, ale nie ze strachu. Z ulgi. Mateusz powiedział coś cicho, pewnie próbował zażartować, bo Iwona wydała z siebie dźwięk między śmiechem a szlochem.

Ojciec stał za drzwiami i słuchał własnego domu, do którego nie miał już klucza.

Czarnookie postaci nie pojawiły się.

Ich nieobecność okazała się dotkliwsza.

Umowa nie potrzebowała świadków.

Działała sama.

Ojciec odszedł dopiero wtedy, gdy lekarz kazał mu opatrzyć poparzoną dłoń. Nie dlatego, że posłuchał. Ktoś dotknął jego ramienia, a on zrozumiał, że jeśli zostanie jeszcze chwilę, zapuka do tych drzwi. Wejdzie. Powie wszystko. Zepsuje cenę, którą zapłacił, zanim zdążyła ocalić kogokolwiek.

W toalecie dla odwiedzających włożył rękę pod zimną wodę.

Patrzył, jak skóra czerwienieje. W lustrze nad umywalką miał twarz człowieka, który jest jeszcze na świecie, ale już nie do końca wśród swoich.

Za jego plecami kabina była zamknięta.

Pod drzwiami nie było widać stóp.

A jednak usłyszał głos.

— Nie dotykaj ich pamięci.

Nie odwrócił się.

— Bo co?

— Bo wrócą tam, gdzie byli przed zgodą.

Woda leciała dalej. Zbyt głośno.

— Czyli do samochodu?

— Do długu.

Ojciec oparł zdrową dłoń o umywalkę. Porcelana była zimna. Tak zwyczajna, że aż obraźliwa.

— A jeśli oni sami sobie przypomną?

Głos milczał.

— Wtedy nie będzie to twoje naruszenie.

To nie była nadzieja. Nadzieja jest ciepła.

To było twardsze.

Mała szczelina w ścianie.

Ojciec zakręcił wodę. Wyszedł z toalety i jeszcze raz spojrzał w stronę sali. Nie podszedł. Nie zapukał. Tylko stał przez sekundę przy automacie z kawą i zapamiętywał wszystko: numer drzwi, pęknięcie na ścianie, zapach detergentu, głos Iwony mówiącej do Bartka, żeby przestał się ruszać, głos Mateusza udający, że go nic nie boli.

Potem zszedł schodami na parter.

Na zewnątrz było już jasno. Miasto żyło, jakby nic nie wiedziało o umowach zawieranych nocą przy automatach. Autobus zatrzymał się przy szpitalu. Ludzie wsiedli. Ktoś jadł drożdżówkę. Ktoś rozmawiał przez telefon.

Ojciec stanął przy krawężniku i nie wiedział, dokąd iść.

Dom był tam, gdzie oni.

A oni go nie mieli.

Rozdział 3

Drzwi mieszkania zamknęły się za Mateuszem z cichym, zwyczajnym trzaskiem.

Rzeczywistość się urwała. Nie zachwiała się. Nie pociemniała. Nie rozmyła jak we śnie. Po prostu przestała istnieć. Jeszcze ułamek sekundy wcześniej miał przed sobą obitą ścianę klatki schodowej, skrzynki na listy i półpiętro pachnące kurzem, starym lakierem i czyimś obiadem. Sięgał już do kieszeni po telefon. Miał zejść pierwszy stopień.

Stopa nie dotknęła schodu. Dotknęła kamienia. Mateusz gwałtownie stracił równowagę i wyrzucił rękę przed siebie, żeby nie runąć. Serce skoczyło mu do gardła. Zimny dreszcz przeszedł mu po plecach tak gwałtownie, że aż zabolały go zęby.

Nie było klatki schodowej. Nie było bloku. Nie było nawet powietrza, które znał. Stał w korytarzu. Ogromnym. Tak długim, że jego koniec ginął w szarawym, pulsującym półmroku. Ściany po obu stronach biegły idealnie prosto, ale kiedy patrzył na nie zbyt długo, zaczynały delikatnie oddychać — jakby kamień był tylko skorupą, a pod nim kryło się coś żywego.

Były chłodne, sine, zmatowiałe, poprzecinane siatką cienkich żyłek połyskujących srebrzyście pod powierzchnią. Miejscami przypominały stary marmur.

Miejscami zbielałą kość.

Po obu stronach ciągnęły się drzwi.

Dziesiątki. Setki. Może tysiące. W równych odstępach, jedne naprzeciw drugich, biegły tak daleko, aż wzrok przestawał je rozróżniać.

Każde było inne. Ciężkie, dębowe, z żelaznymi zawiasami wielkimi jak dłonie. Wąskie i wysokie jak wejścia do kaplic. Niskie, zbite z nierównych desek, przewiązane rzemieniem. Jedne wyglądały jak z nowoczesnego szpitala. Inne jak z budowli starszych niż pamięć.

Środkiem korytarza ciągnęła się kolejka ludzi. Mateusz zamarł. Stali w ciszy, a raczej w czymś, co było ledwie pół tonu wyżej od ciszy, i przesuwali się powoli naprzód, jakby prowadził ich niewidzialny mechanizm. Każdy wyglądał inaczej, ale wszystkich łączyło jedno: twarze napięte w ten sam sposób — zmęczone, zdezorientowane, przerażone.

Po chwili zrozumiał, że sam stoi dokładnie między nimi.

Za plecami ktoś oddychał ciężko, świszcząco. Mateusz odwrócił głowę — i odruchowo prawie się cofnął. Stał tam niski, krępy mężczyzna o niskim czole, szerokiej twarzy i masywnej szczęce. Ramiona miał nienaturalnie długie, kark gruby, dłonie ciężkie jak narzędzia. Owinięty był futrami spiętymi kościanymi szpilami. W prawej ręce trzymał krótką włócznię z kamiennym grotem.

Jego twarz była brutalna, surowa, niemal zwierzęca. A jednak w oczach czaiło się coś bez wątpienia ludzkiego. Strach.

Patrzył na Mateusza przez kilka sekund, nieruchomo, czujnie.

Nie było w nim nic z przebrania, muzeum ani rekonstrukcji. Był prawdziwy aż do bólu. Napiął kark i wydał niski, ostrzegawczy pomruk. Mateusz natychmiast uniósł dłonie.

— Dobra. Dobra.

— Spokojnie — powiedział cicho, bardziej z odruchu niż z nadziei, że tamten go rozumie.

Tamten mrugnął powoli. Nozdrza drgnęły, jakby węszył.

— Nie radzę go drażnić, panie dobrodzieju.

Głos odezwał się z prawej strony — miękki, niski, wyraźnie staroświecki.

Mateusz obejrzał się gwałtownie. Pół kroku dalej stał mężczyzna może po czterdziestce, może po pięćdziesiątce — trudno było ocenić. Miał na sobie ciemnozielony kontusz, spod którego wystawał żupan koloru przygaszonego wina. Pas był szeroki, bogato tkany, choć przybrudzony, jakby przeszedł długą drogę. U boku wisiała zakrzywiona szabla. Wysokie buty sięgały niemal pod kolana. Wąs nosił długi, starannie podkręcony, a jego oczy — szare, czujne, inteligentne — przesuwały się po korytarzu z pogardą i niepokojem.

Stał prosto, z naturalną dumą człowieka przywykłego do tego, że inni ustępują mu z drogi.

Mateusz patrzył na niego tępo. Tamten zmrużył oczy.

— Cóż się tak waść gapisz, jakobyś upiora ujrzał?

Mateusz otworzył usta, zamknął je, po czym w końcu wydusił:

— Ja chyba oszalałem.

Tamten parsknął krótko.

— Gdybyśmy wszyscy oszaleli jednakowo, byłaby to osobliwa zgodność losu.

Mateusz przełknął ślinę.

— Pan… mówi po polsku.

— A po jakiemuż mam mówić? — odparł z cieniem urazy.

— Choć widzę, że waść osobliwie kaleczysz mowę.

Mateusz zamrugał. Rozumiał go. Nie idealnie. Część słów brzmiała archaicznie, dziwnie miękko albo twardo, ale sens łapał bez większego wysiłku. Jakby słuchał starego tekstu, który umysł tłumaczy sobie sam, zanim zdąży pomyśleć.

— To jest… staropolski? — spytał ostrożnie.

Mężczyzna zmarszczył brwi.

— Jeśli po polsku, to jedna mowa. Jeno ludzie psują ją z czasem.

Mimo sytuacji Mateusz omal nie parsknął nerwowym śmiechem.

— Konrad — przedstawił się mężczyzna, kładąc dłoń na piersi.

— Konrad z Łańcuchowa, herbu Ostoja. A waszmość?

— Mateusz. Mateusz Kossakowski.

Konrad skinął głową, jakby samo wypowiedzenie imion czyniło ich mniej samotnymi w tym miejscu.

— Dobra. Nieważne. Gdzie my jesteśmy?

Na to pytanie twarz tamtego stężała.

— Gdybym wiedział, nie stałbym tu potulnie jak cielę na rzeź.

— Przed chwilą byłem w drodze do Wilna. Miałem nocleg znaleźć, ludzi paru odprawić, a potem… urwał.

— Jakby mnie kto wyrwał z własnej skóry. Mrugnąłem i oto jestem.

Mateusz odetchnął nierówno.

— Ja wyszedłem od matki. Z mieszkania. Dosłownie sekundę temu.

— Matki?

Tamten przyjrzał mu się uważniej.

— Więc zabrano cię z domu?

— Tak.

— To źle.

— Skąd pan wie?

— Bo z domu nie porywa się człeka bez przyczyny.

Kolejka drgnęła. Nie był to zwykły ruch tłumu. Nikt nikogo nie popychał. Wszyscy naraz przesunęli się o pół kroku naprzód, jakby coś z przodu pociągnęło za niewidzialny sznur.

Wtedy Mateusz usłyszał ten dźwięk. Stuk. Stuk. Stuk. Regularny, głuchy, dochodzący z bardzo daleka. Jak odgłos obcasów na kamieniu. Albo laski uderzającej o posadzkę.

Ludzie wokół słyszeli to samo, bo napięcie w kolejce zgęstniało.

Po lewej stronie stała kobieta o ciemnej skórze, ubrana w długą lnianą szatę, z szyją obwieszoną złotymi obręczami. Na czole miała namalowany błękitny znak. Trzymała za rękę chłopca może dziesięcioletniego, łysego, z oczami ogromnymi od przerażenia. Szeptała coś melodyjnie, być może modlitwę. Chłopiec nie odrywał wzroku od jednych z drzwi.

Dalej stał mężczyzna w skórzano-metalowej zbroi, z twarzą pooraną bliznami.

Jeszcze dalej ktoś w grubym, brązowym habicie ściskał drewniany krzyż i mamrotał łacinę tak szybko, że słowa zlewały się w jedną drżącą nić.

Mateusz przesunął spojrzeniem dalej i poczuł lodowaty ucisk w brzuchu.

Była tam kobieta w ciemnej sukni z ciasno zapiętym koronkowym kołnierzem, z dłońmi białymi jak wosk.

Był chłopiec w pasiastym, za dużym ubraniu, z wygoloną głową i twarzą tak chudą, jakby składała się wyłącznie z kości i oczu.

Był mężczyzna w hełmie umazanym zaschniętym błotem. Była dziewczyna w srebrnoszarym kombinezonie z materiału cienkiego jak folia, a jednak sztywnego, jakby utkano go z czegoś, czego świat jeszcze nie znał.

Każdy z innego czasu. Każdy w tej samej kolejce.

— Co to za miejsce… — wymamrotał Mateusz.

Mężczyzna obok spojrzał na niego z ukosa.

— Miejsce, w którym czas pomieszano jak karty przy oszustwie.

Z przodu rozległ się krzyk. Krótki. Urwany. Wszyscy drgnęli. Jedne z drzwi po prawej stronie — ciężkie, czarne, z powierzchnią błyszczącą jak smoła — otworzyły się powoli do środka.

Nie skrzypnęły. Nie trzasnęły. Po prostu rozsunęły się z płynną, nienaturalną ciszą. Ze środka buchnęło blade, bezbarwne światło, od którego bolały oczy. Nie przypominało światła lampy ani słońca. Było nieludzko czyste, martwe, jakby oświetlało nie przedmioty, lecz samą możliwość ich istnienia.

Ze światła wyszedł ktoś wysoki. Nieludzko wysoki. Miał ludzką sylwetkę, ale kończyny trochę za długie, ruchy zbyt gładkie. Ubrany był w ciemny strój pozbawiony szwów, guzików i faktury. Twarz miał bladą, niemal gładką, z rysami tak niewyraźnymi, że trudno było je zapamiętać. Oczy były czarne od kącika do kącika.

Żadnej tęczówki. Żadnej bieli.

Tylko czerń. Istota rozejrzała się po kolejce. I chociaż nie miała wyraźnej mimiki, Był oceniany. Ważony. Mierzony czymś gorszym niż wzrok.

— Następny — powiedziała.

Głos był spokojny. I jednocześnie nie do zniesienia. Brzmiał jakby mówiły dwie osoby naraz — jedna bardzo blisko, druga wiele metrów dalej. Jedna niska, druga wyższa. Jedna ludzka.

Druga nie. Mężczyzna stojący kilka osób przed Mateuszem — siwy urzędnik w przykrótkim garniturze z lat pięćdziesiątych — zaczął się cofać.

— Nie. Nie, nie, ja nie idę. Ja nic nie zrobiłem. Ja mam żonę, rozumie pan? Mam żonę, córkę. Ja tylko wracałem z pracy…

Istota nawet nie drgnęła.

— Następny.

— Nie!

Urzędnik obejrzał się na ludzi wokół, jakby szukał wsparcia.

— Czy wy tego nie widzicie? Przecież to jakieś piekło!

Nikt mu nie odpowiedział. Nie dlatego, że byli obojętni. Dlatego, że wszyscy bali się odezwać. Dwóch mężczyzn z przodu kolejki, których Mateusz wcześniej nie zauważył — obaj ubrani w szare, bezkształtne stroje, z twarzami równie niewyraźnymi jak tamta — stanęło po bokach urzędnika. Dotknęli go ledwie lekko.

Mężczyzna wrzasnął tak, jak wrzeszczy ktoś, komu wbito pod skórę rozgrzane haki.

— Boże! Boże, nie! Nie!

Wciągnęli go za drzwi. Czarna tafla zamknęła się za nim bezszelestnie. Krzyk urwał się natychmiast. Jak przecięty nożem. Żołądek Mateusza podszedł mu do gardła.

— Jezu Chryste… — wyszeptał.

Konrad przeżegnał się szybko, choć ręka minimalnie mu zadrżała.

— Toć to nie są diabły z kazań — mruknął.

— To coś gorszego.

— Bo porządek mają.

Mateusz spojrzał na niego ostro.

— Co?

— Diabeł jest szałem, pychą, ogniem.

— A to? — skinął głową ku drzwiom.

— To urząd.

Słowo zabrzmiało tak absurdalnie i tak trafnie zarazem, że Mateuszowi zrobiło się jeszcze zimniej.

Kolejka przesunęła się znowu. Teraz był znacznie bliżej. Mijał kolejne drzwi i z każdym krokiem widział więcej szczegółów. Niektóre miały na powierzchni wyryte symbole: spirale, oczy, układy linii przypominające mapy gwiazd, znaki podobne do pisma klinowego, runy, litery, których nie znał. Z jednych sączył się zapach morza. Z innych spalenizny. Z jeszcze innych mdląca woń ziół, krwi albo starego, zamkniętego powietrza.

Przy jednych drzwiach stała dziewczyna może szesnastoletnia, ubrana w prostą suknię z grubej wełny. Włosy miała obcięte tępo nad czołem, policzki wychudzone. Modliła się po cichu po niemiecku — albo w czymś, co Mateusz brał za dawny niemiecki.

Obok niej stary mężczyzna o skośnych oczach i długiej siwej brodzie przesuwał paciorki drewnianego sznura, szepcząc pod nosem w języku brzmiącym jak strumień kamieni.

Za nimi mały chłopiec z epoki kamienia tulił do piersi kość jak zabawkę i patrzył wyłącznie w posadzkę.

Mateusz odwrócił się lekko do Konrada.

— Wie pan, co się dzieje z tymi, których zabierają?

— Wiem tyle, co nic — odparł tamten ciszej.

— Słyszałem jeno strzępy.

— Ten w zbroi rzymskiej twierdził, że niektórzy wracają… ale nie tutaj. Gdzie indziej. Inni mówili o sądzie. O wyborze. O przypisaniu. O poprawie. Jedna niewiasta utrzymywała, że to miejsce między światami, gdzie człekowi wyznaczają, gdzie i czym ma dalej być.

— Dalej być? To znaczy… po śmierci?

Konrad spojrzał na niego długo.

— A waść jesteś pewien, że żyjesz?

Pytanie uderzyło mocniej, niż Mateusz chciał przyznać. Spróbował przypomnieć sobie ostatnie sekundy przed przeniesieniem.

Drzwi. Klatkę schodową. Klamkę jeszcze ciepłą od dłoni. Nic więcej. Żadnego bólu. Żadnego upadku. Żadnego nagłego końca.

— Nie umarłem — powiedział twardo, bardziej do siebie niż do niego.

— Nie mogłem.

— Obyś miał słuszność.

Za plecami odezwał się gardłowy dźwięk. Mateusz obejrzał się. Neandertalczyk stał bardzo blisko. O wiele za blisko. Nozdrza drgały mu szybko, a wzrok miał wbity w coś po lewej stronie korytarza.

Mateusz podążył za tym spojrzeniem. Jedne z drzwi powoli się uchylały.

Same. Nikt ich nie otwierał. Szczelina była wąska, ale wystarczyła, by wylał się z niej ciemny, lepki cień. Nie dym. Nie mgła. Coś gęstszego. Sunęło po kamiennej posadzce jak rozlana ropa, ale pod powierzchnią drgało, jakby składało się z drobnych, wijących się rzeczy.

Kobieta w wiktoriańskiej sukni stłumiła pisk. Mnich zaczął modlić się głośniej. Neandertalczyk uniósł włócznię. Trzy czarnookie istoty pojawiły się przy drzwiach, jakby wyłoniły się z powietrza. Nie podeszły. Nie przybiegły. Ta po lewej zatrzymywała każdy ruch o ułamek sekundy później niż dwie pozostałe, jakby nawet posłuszeństwo docierało do niej z opóźnieniem.

Były. Jedna z nich wyciągnęła rękę. Cień na podłodze cofnął się gwałtownie do szczeliny, jak zwierzę rażone światłem.

Drzwi zatrzasnęły się. W korytarzu zapadła cisza tak ciężka, że słychać było tylko oddechy. Mateusz odruchowo czekał na trzeci, stojący tuż obok, ale mieszał się tylko jego własny i czyjś z dalszej części kolejki.

Mateusz miał lodowate dłonie.

— Co to było? — spytał szeptem.

Konrad milczał.

— Jeśli mam rzec prawdę, panie… — zawahał się.

— Nie chcę wiedzieć.

Kolejka ruszyła znowu.

Teraz Mateusz znajdował się niemal na wysokości drzwi, przy których stała czarnooka istota. Z bliska była jeszcze gorsza. Jej twarz była niby ludzka, ale umysł nie potrafił się jej uchwycić. Gdy tylko odwracał wzrok, natychmiast zapominał układ nosa, ust, kości policzkowych.

Patrzył na maskę uszytą z samej niepamięci. Istota spojrzała na niego. Potem na Konrada.

— Wy dwaj — powiedziała.

Głos przeszył Mateusza jak zimna igła.

— Co? — wyrwało mu się.

— Podejdźcie.

Konrad zesztywniał, ale zrobił krok. Mateusz zastygł w miejscu. Czarnooka istota przekrzywiła głowę.

— Nie każ mi powtarzać.

Ruszył. Stanęli obaj przed drzwiami z ciemnego drewna, oprawionymi w metal o barwie, której nie umiał nazwać — nie był ani srebrny, ani czarny, tylko jakby pochłaniał kolory z otoczenia. Za nimi, o ułamek sekundy później niż powinna, dołączyła druga czarnooka istota — ta spóźniona.

Na środku skrzydła wyryto znak przypominający klepsydrę wpisaną w oko.

Istota uniosła dłoń. Na drzwiach pojawiły się cienkie linie światła, rozbiegające się jak pęknięcia w lodzie.

— Imię — powiedziała.

— Mateusz — odpowiedział automatycznie.

Istota nie mrugnęła.

— Nie pytam o dźwięk, którym cię nazywano. Pytam o imię.

Mateusz zamilkł.

— Jam Konrad z Łańcuchowa, herbu Ostoja — powiedział Konrad sztywno.

Drzwi drgnęły, jakby na coś zareagowały. Mateusz spojrzał na niego osłupiały.

— No dalej — powiedziała istota, przenosząc na niego czarne spojrzenie.

— Nie wiem, o co ci chodzi.

Przez jej twarz przemknęło coś na kształt zniecierpliwienia.

— Zawsze to samo z nowymi.

Konrad spojrzał na Mateusza z boku.

— Może pyta cię, kim jesteś nie z chrztu, jeno z istoty.

— Świetnie — syknął Mateusz.

— Bardzo pomocne.

Istota pochyliła się ku niemu nieznacznie.

— Syn. Brat. Kłamca. Obrońca. Zdrajca. Ofiara. Kat. Każdy ma imię głębsze niż to, które wpisywano w księgi. Mów.

Ta po lewej, ta spóźniona, odwróciła ku niemu twarz.

— Ten widzi — powiedziała, jakby poprawiała zapis w rubryce.

Te słowa uderzyły w niego dziwniej niż wszystko inne. Syn. Brat. Jeszcze przed chwilą stał w kuchni. Jeszcze słyszał głos Bartka. Jeszcze czuł ciężkie, duszne ciepło tamtego mieszkania.

A teraz stał tutaj, przed czymś, co nie chciało danych ani nazwiska.

Chciało prawdy.

— Ja… — zaczął. I urwał.

Bo z bardzo daleka, z samej głębi korytarza, dobiegł nowy dźwięk.

Nie kroki. Nie krzyk.

Ryk. Ogromny, niski, nieludzki, pełen głodu i wściekłości. Przetoczył się przez korytarz jak fala uderzeniowa. Drzwi po obu stronach zatrzęsły się. Kilku ludzi w kolejce krzyknęło. Dziecko zaczęło płakać.

Czarnooka istota po raz pierwszy spojrzała gdzieś poza nich.

Konrad szepnął:

— Jeśli myślisz o ucieczce, to właśnie teraz.

— Dokąd?

Konrad nie odrywał wzroku od drżących drzwi.

— Gdziekolwiek. Byle nie tam, gdzie każą.

A potem drzwi po lewej stronie eksplodowały ciemnością.

Rozdział 4

Świat wrócił zapachem lata.

Nie korytarz. Nie chłód kamienia. Nie pot i lęk stłoczonych ludzi.

Lato.

Rozgrzane powietrze, pył unoszący się nad drogą, zieloność drzew przy płocie i ten szczególny, lekko mdlący zapach słońca na starym drewnie. Mateusz otworzył oczy i nie rozumiał jeszcze, dlaczego serce bije mu tak szybko.

Siedział na niskim murku przed domem, którego nie powinno tu być.

Był mały, parterowy, z odpadającą farbą na framugach i firanką poruszaną przez przeciąg. Obok rosły malwy. Przy bramie stał dziecięcy rowerek oparty o sztachetę.

Wszystko było zwyczajne.

Tak zwyczajne, że aż niemożliwe.

A potem usłyszał głos.

— A ty kto jesteś?

Odwrócił głowę.

Dziewczynka stała kilka kroków od niego, w lekkiej sukience, z zadartym nosem i rękami ubrudzonymi czymś słodkim, lepkim. Miała może siedem, osiem lat.

Coś w jej twarzy uderzyło go nagle z siłą wspomnienia.

Nie tylko piegi rozsiane na nosie. Nie tylko rude włosy i jasna, prawie przezroczysta cera.

Sposób, w jaki mrużyła oczy, kiedy patrzyła pod słońce.

To lekkie przechylenie głowy, jakby zaraz miała powiedzieć coś zadziornego.

To samo drgnięcie kącika ust, które u jego matki zawsze pojawiało się sekundę przed śmiechem.

Znał tę twarz. Nie z fotografii. Głębiej. Z tysięcy chwil tak małych, że dawno przestał je zauważać.

Dziewczynka zmarszczyła nos.

— No?

Mateusz patrzył na nią bez słowa.

W uszach zaczęła mu dudnić krew.

— Jak się nazywasz? — spytała.

Milczał. Miał wrażenie, że jeśli tylko poruszy ustami, coś się popsuje ostatecznie. Ta scena wisiała na jednym cienkim włóknie i każde zwykłe słowo mogło je zerwać.

Dziewczynka westchnęła z dziecięcą niecierpliwością.

— Ja jestem Iwona Kossakowska.

Te dwa słowa uderzyły go mocniej niż jakikolwiek krzyk.

Poczuł to nie w głowie, tylko pod żebrami — jakby świat na chwilę wsunął rękę do środka i ścisnął to, czego nie wolno było dotknąć.

To nie była obca dziewczynka podobna do jego matki.

To była jego matka, zanim zdążyła stać się matką.

Nigdy wcześniej nie pomyślał, że można tęsknić za kimś, kto jeszcze nie zdążył nim zostać.

Mała Iwona patrzyła na niego coraz uważniej.

— Ty jesteś dziwny — oznajmiła bez złośliwości.

Mateusz przełknął ślinę.

— Ja…

Głos ugrzązł mu w gardle.

Wiedział już, że to nie jest wspomnienie. Nie sen. Nie zwykłe przeniesienie.

To miejsce chciało od niego odpowiedzi.

Wtedy dziewczynka zapytała znowu:

— A ty?

Mateusz znieruchomiał.

Pytanie było proste.

Powinno być proste.

A jednak poczuł natychmiast, że nie wolno mu odpowiedzieć byle jak. Że zwykłe imię, wypowiedziane tutaj, zabrzmi fałszywie. Jak źle włożony klucz w zamek, który jeszcze moment udaje, że pasuje.

Wtedy wróciło do niego tamto miejsce — korytarz bez końca, drzwi, czarne oczy i głos pytający nie o dźwięk, którym go nazywano, tylko o imię.

Nie to, jak się przedstawia człowiek.

To, czym zostaje rozpoznany.

Nie odpowiedział.

Mała Iwona patrzyła na niego jeszcze chwilę, z głową lekko przechyloną, jakby próbowała dopasować go do czegoś, czego sama jeszcze nie umiała nazwać. Potem wsunęła rękę do kieszeni sukienki, pogrzebała chwilę palcami i wyciągnęła owocowego cukierka w skręconym papierku.

Wysunęła go w jego stronę ze zwyczajną miną.

— Chcesz?

Tylko patrzył.

Cukierek wyglądał zwyczajnie. Mały, lepki od ciepła, zawinięty w błyszczący papierek. Mógł przeleżeć pół dnia w dziecięcej kieszeni.

Mateusz wyciągnął rękę wolniej, niż powinien.

— Czemu mi go dajesz? — zapytał.

Iwona wzruszyła ramionami.

— Bo wyglądasz, jakbyś zgubił drogę.

Powiedziała to bez złośliwości. Bez współczucia. Po prostu.

Wziął cukierek.

Papier zaszeleścił cicho między jego palcami.

Od strony podwórka dobiegł śmiech.

A potem wołanie:

— Iwka! Chodź! Teraz ty!

Dziewczynka rozpromieniła się natychmiast.

— Muszę iść — oznajmiła.

I pobiegła.

Mateusz został tam, gdzie stał, z cukierkiem w dłoni, patrząc, jak dołącza do trzech dziewczynek przy bramie.

Jedna trzymała końcówkę skakanki. Druga kręciła nią równo i rytmicznie. Trzecia czekała boso na swoją kolej. Iwona wbiegła między nie z taką naturalnością, jakby od początku należała do tego rytmu.

Skakanka śmignęła.

Raz.

Drugi.

Słońce wisiało nisko nad podwórkiem. Kurz wisiał w powietrzu cienką warstwą. Malwy przy ścianie domu były zbyt czerwone. Firanka w oknie poruszała się lekko, choć liście gruszy stały nieruchomo.

Mateusz zacisnął palce na cukierku.

Wtedy dziewczynki zaczęły śpiewać.

Rozdział 5

— Czoran idzie, Czoran słyszy…

Mateusz nie ruszył się od razu.

Stał przy murku z cukierkiem w zaciśniętej dłoni i patrzył, jak skakanka miga w złotym świetle. Dziewczynki śpiewały lekko, prawie wesoło, jakby to była zwykła wyliczanka do zabawy.

— Po nim dom zapada w ciszy…

Iwona skakała równo, pewnie, z włosami podrywającymi się przy każdym podskoku. Wyglądała zwyczajnie. Aż za zwyczajnie. Jak dziecko wyjęte z cudzego wspomnienia o lecie.

Gardło ścisnęło mu się nie przez samą rymowankę. Przez to, że znał ją skądś, choć nie powinien.

Skakanka świsnęła znowu.

Szur. Stuk. Szur. Stuk.

Podwórko było nieruchome w ten osobliwy sposób, który na pierwszy rzut oka wygląda jak spokój. Słońce stało nisko. Kurz wisiał w powietrzu. Cień studni kładł się na ziemi ciemniej, niż powinien. Firanka w oknie poruszała się sama, delikatnie, miarowo, jakby ktoś oddychał tuż za nią.

— Czoran patrzy, Czoran czeka…

Mateusz ścisnął cukierek mocniej. Papierek trzasnął cicho między palcami. Dopiero wtedy ruszył.

Zrobił jeden krok. Potem drugi. Żwir zazgrzytał mu pod butem, ale żadna z dziewczynek nie odwróciła głowy. Jakby słyszały co innego. Albo czekały na właściwy moment.

— Aż mu matka drzwi odemknie…

To uderzyło go mocniej niż wcześniejsze słowa. Nie Czoran. Matka.

Nie to, co przychodzi z zewnątrz, tylko dom, który ma je wpuścić.

Spojrzał na budynek. Biała ściana. Ganek. Okno. Wszystko na swoim miejscu. A jednak coś się nie zgadzało. Po chwili zrozumiał co. Cień Iwony.

Przy każdym skoku wracał na ziemię odrobinę za wcześnie. Niedużo. O włos. W sam raz, żeby wzrok próbował to zignorować. Ale kiedy patrzył dłużej, różnica stawała się nie do zniesienia.

Dziewczynki zaśpiewały ostatni wers szybciej, prawie szeptem:

— Jak cię weźmie, nikt nie słyszy.

Skakanka opadła. Nie lekko. Ciężko. Jakby nasiąkła wodą.

Wszystkie cztery odwróciły głowy. Prawie jednocześnie. Prawie.

Mateusz stanął.

Mała Iwona patrzyła na niego już bez uśmiechu. Jej koleżanki też. Wciąż miały dziecięce twarze, rumiane policzki, kurz na łydkach. Tylko oczy zrobiły się zbyt spokojne. Szeroko otwarte.

Najniższa z dziewczynek przechyliła głowę.

— Powinieneś był powiedzieć imię — odezwała się.

Głos nie pasował do niej. Był starszy. Niższy. Jakby dobiegał nie z gardła, tylko spod podłogi. Skóra na karku ścierpła mu od razu.

Iwona otworzyła usta.

— Za późno — powiedziała łagodnie.

To „łagodnie” było gorsze od groźby. Nie było w nim triumfu. Tylko zwyczajność. Mówiła o czymś nieodwracalnym tak prosto, jak o zamknięciu furtki przed nocą.

Firanka w oknie uniosła się wyżej. Nie od wiatru. Nie od ręki. Uniosła się.

Za szybą, głęboko w domu, Mateusz zobaczył ciemniejsze miejsce. Nie twarz. Nie sylwetkę. Raczej fragment wnętrza, do którego światło nie chciało wejść. Mrugnął. Został tylko kredens. Ściana. Cień framugi.

Dziewczynki nadal patrzyły. Nikt się nie ruszał.

Podwórko trwało w tej jednej chwili zbyt długo. Złote światło, sucha ziemia, skakanka leżąca na kurzu, dom, który z daleka wyglądał zwyczajnie.

Mateusz nie bał się już, że powie coś głupiego. Bał się, że jeśli teraz się odezwie, to powie o sobie to, co to miejsce uzna za prawdę. A wtedy już go nie wypuściłoby.

Powinien był odejść. Od razu.

Zamiast tego zrobił jeszcze jeden krok. Nieświadomie. Ciągnęło go nie do dziewczynek, tylko do domu za nimi. Do ganku. Do ciemniejszego pasa w drzwiach, których z tej odległości prawie nie było widać.

Cukierek zmiękł mu od ciepła dłoni. Poczuł przez papierek lepki brzeg.

Iwona spojrzała na jego rękę. Na chwilę. Tylko tyle. Ale wystarczyło.

Jej wzrok zmienił się pierwszy raz od chwili, gdy wszystkie zamilkły. Pojawiło się w nim to, co przypominało rozpoznanie. Nie jego. Cukierka. Jakby pamiętała, że to ona mu go dała. Albo jakby wcale nie pamiętała i dlatego było w tym coś nie w porę.

— Nie jedz.

— Co?

Nie odpowiedziała.

Najwyższa z dziewczynek drgnęła nieznacznie, jakby chciała coś powiedzieć, ale tylko zacisnęła usta. Ta bosa opuściła wzrok na skakankę. Najniższa wciąż patrzyła prosto na niego.

Tylko Iwona wyglądała teraz naprawdę jak dziecko. Za mała na tę ciszę. Za mała na to miejsce. I dlatego jej szept zabrzmiał gorzej niż wszystko wcześniej.

— Nie teraz.

Mateusz nie wiedział, skąd przyszła mu do głowy ta myśl, ale pojawiła się nagle, cała i zimna: to nie jest ostrzeżenie dla niego. To ostrzeżenie przed tym, co słucha.

Dom milczał. Nie całkiem.

Im dłużej stał, tym wyraźniej słyszał, że cisza nie jest ciszą. Że w środku coś pracuje. Bardzo delikatnie. Jak drewno osiadające nocą. Jak paznokieć przesunięty po tynku. Jak oddech kogoś, kto stoi po drugiej stronie i czeka, aż zamek puści sam.

Mateusz przełknął ślinę.

— Kim jesteście? — zapytał, zanim zdążył się powstrzymać.

Żadna z dziewczynek nie odpowiedziała. Za to firanka w oknie opadła. Powoli. Niepokojąco powoli. Tak, jakby ktoś za nią przystanął i przestał się ruszać.

Najniższa z dziewczynek uśmiechnęła się lekko.

— My? — zapytała.

Znów tym nie swoim głosem.

Mateusz nic nie powiedział.

Dziewczynka spojrzała na Iwonę, potem na dom.

— My jesteśmy stąd.

To „stąd” zabrzmiało jak nazwa miejsca, którego nikt nigdy nie powinien poznać.

Iwona zacisnęła dłonie po bokach sukienki.

— Idź — powiedziała jeszcze ciszej niż przedtem.

Mateusz patrzył na nią bez ruchu.

Była mała. Piegi, zadarty nos, kolana przybrudzone kurzem. Warkocze już trochę krzywe od zabawy. Nic w niej nie pasowało do grozy tego podwórka. A jednak mówiła do niego tak, jakby rozumiała więcej, niż mogła rozumieć. Nie o nim. O domu. O tym, kiedy jeszcze da się odejść.

Z wnętrza dobiegło stuknięcie. Jedno. Krótki, głuchy dźwięk, jakby coś w środku oparło się o ścianę.

Potem drugie. Już bliżej.

Żadna z dziewczynek nie drgnęła. Mateusz zrobił to za nie. Cofnął się gwałtownie.

Skakanka poruszyła się sama. Nie podskoczyła. Nie zadrżała od wiatru. Przesunęła się po ziemi o kilka centymetrów, zostawiając w kurzu cienką, ciemniejszą kresę.

Najwyższa z dziewczynek odwróciła głowę ku domowi.

— Otwiera — powiedziała.

Tak zwyczajnie, że Mateuszowi na moment zabrakło powietrza.

Nie myślał już wtedy jasno. Nie próbował nic składać. Nie pytał, co widzi, co słyszy, co jest możliwe. Ciało podjęło decyzję pierwsze.

Odwrócił się. Zrobił krok. Potem drugi.

Za plecami usłyszał głos Iwony:

— Nie biegnij.

Posłuchałby, gdyby mógł. Ale ziemia pod stopami przestała być pewna.

Podwórko, jeszcze przed chwilą zwykłe w swoim złotym świetle, zaczęło się rozsuwać nie w przestrzeni, tylko w porządku. Każdy przedmiot naraz przestał pamiętać, gdzie powinien być. Studnia odsunęła się od domu. Cień ganku wydłużył się gwałtownie i położył w poprzek drogi. Malwy przy ścianie zlały się w jeden ciemny pas. Powietrze stało się gęstsze, ciężkie, pełne drobnego pyłu, który nagle nie opadał.

Mateusz ruszył szybciej.

Cukierek w dłoni był teraz niemal płynny. Odruchowo chciał go wyrzucić, ale palce nie chciały się otworzyć.

Za plecami dzieci znów zaczęły śpiewać. Już nie lekko. Już nie do rytmu skakanki. Cicho. Równo. Jak to, co nie jest zabawą, tylko sposobem utrzymania kogoś na miejscu.

— Czoran idzie, Czoran słyszy…

Mateusz przyspieszył.

Ganek zniknął mu z pola widzenia. Murki rozmazały się. Płot był raz bliżej, raz dalej, jakby nie umiał zdecydować, po której stronie stoi. Coś zahaczyło go o łokieć — gałąź, sznur, ręka, nie wiedział. Szarpnął się i pobiegł już naprawdę.

— Po nim dom zapada w ciszy…

Dom nie był za nim. Nie zostawał w tyle.

Szedł z nim. Nie w ruchu, tylko w obecności. Próg, ganek i ciemny przedpokój nie miały już jednego miejsca. Jakby mogły być wszędzie, byle zdążyć przed nim.

Mateusz potknął się o coś twardego. Może kamień. Może korzeń. Może nic. Zachwiał się, ale nie upadł. Jeszcze.

Przed sobą zobaczył na moment drogę, z której tu przyszedł. Jasną smugę między płotami. Tak zwyczajną, że aż niemożliwą. Rzucił się ku niej bez namysłu.

Za plecami rymowanka urwała się raptownie. To było gorsze niż śpiew.

Bo kiedy zamilkła, usłyszał coś z domu. Nie kroki. Nie głos. Coś ciężkiego przesuwającego się tuż po drugiej stronie drewna. Jakby ktoś wreszcie wstał.

Mateusz odwrócił głowę. Tylko na ułamek sekundy. Wystarczyło.

Drzwi domu były otwarte. Był pewien, że przed chwilą ich nie widział.

W ciemnym prostokącie wejścia nie stał nikt, a mimo to miał natychmiastową, zwierzęcą pewność, że coś patrzy prosto na niego. Nie z twarzy. Nie z oczu. Całym tym miejscem.

Cukierek wyślizgnął mu się z ręki. Spadł w kurz. Błyszczący papierek mignął raz w słońcu.

Wtedy grunt zniknął.

Nie jak w śnie, nie miękko. Szarpnęło go brutalnie, jakby ktoś wyciągnął spod niego warstwę świata, na której stał.

Zobaczył jeszcze Iwonę przy skakance. Małą, nieruchomą, z twarzą bladą od czegoś więcej niż strach. Jedną rękę miała uniesioną, jakby chciała go zatrzymać albo przed czymś zasłonić.

Potem podwórko pękło wzdłuż światła.

I spadł.

Uderzył kolanami o kamień.

Korytarz wrócił z całą swoją chłodną, nieludzką pewnością. Kamień pachniał mokrym kurzem i czymś metalicznym. Posadzka oddawała kroki głuchym, nierównym echem. Rzędy drzwi niknęły w półmroku. Ludzie. Pot. Stęchły materiał. Lęk. I cisza.

— Wróciłeś — powiedział Konrad.

Stał obok, ale wyglądał źle. Znacznie gorzej niż wcześniej. Kontusz miał rozcięty na piersi, jakby ktoś zahaczył go ostrzem. Jedno ramię żupana przesiąknięte było ciemną plamą. Twarz poszarzała. Oczy zapadły głębiej.

Mateusz podniósł się chwiejnie.

— Jak długo mnie nie było?

— Długość nie ma tu sensu — odparł szlachcic.

— Ale dość, bym zobaczył więcej, niż chciałem.

Mateusz rozejrzał się odruchowo. Kolejka przesunęła się odrobinę. Nikt nie mówił głośno. Nikt nie płakał. To było gorsze od wrzasków.

Wciąż ściskał cukierek. Teraz czuł wyraźnie, że lepi się do skóry.

— Co widziałeś? — spytał.

Konrad patrzył przed siebie, nie na niego.

— Świat po nas — powiedział.

— Po takich jak ja.

Mateusz nic nie odpowiedział.

Szlachcic odezwał się znowu, ciszej, jakby każde słowo musiało przejść przez zwężone gardło.

— Przeniesiono mnie do Polski, lecz nie tej, którą znałem. Inne stroje. Inna mowa w ustach panów. Inne znaki na papierach. Obce porządki. Obca władza.

A jednak ziemia ta sama.

Mateusz słuchał w milczeniu.

— Dwór stał pośród nagich drzew i błota. Czuć było przedwiośnie, dym i gnój. Z daleka usłyszałem ludzi. Myślałem zrazu, że to pospolite ruszenie albo chłopi zwołani do roboty. Lecz nie. Szli z kosami, z cepami, z widłami. Nie pędzili. Szli tak, jak idzie się po coś pewnego.

Mateusz przełknął ślinę.

— Rzeź? — zapytał.

Konrad skinął głową raz.

— To słowo najbliższe prawdy. Widziałem pana domu. Tłuściwego, starego, w nocnej koszuli. Wybiegł na schody z pistoletem. Strzelił raz.

Potem drugi. Potem dostał cepem w twarz i spadł jak worek mąki. Widziałem kobietę z dzieckiem na rękach. Biegła do kaplicy. Dopadli ją przy drzwiach.

Mateusz zamknął oczy na ułamek sekundy.

— Po co ci to pokazali?

— Nie wiem. To nie była kara. Kary mają sens. To było odsłonięcie.

W głębi korytarza coś zaskrobało po kamieniu. Kilka osób w kolejce drgnęło jednocześnie.

Konrad mówił dalej:

— Najpierw myślałem, że najokrutniejsi są ludzie. Że to, co widzę, kończy się na chłopskich rękach, na żelazie, na ogniu.

Ale w tamtym dworze było jeszcze jedno.

W framugach gromadził się cień. Nie taki od świecy czy płomienia. Gęstszy. Jakby światło nie miało do niego prawa.

Mateusz przypomniał sobie lepki mrok pod uchylonymi drzwiami.

— I?

— Rzeź trwała. Dwór płonął.

A ten cień rósł. Im więcej było śmierci, tym bardziej robiło się cicho. I to było najstraszniejsze.

Bo nadal widziałem, że ludzie otwierają usta. Że wrzeszczą. Że drewno pęka w ogniu. Ale dźwięk… znikał.

Mateusz znieruchomiał.

— Jakby ktoś go zabierał?

— Jakby ktoś uznał, że nie jest już potrzebny.

Na chwilę obaj spojrzeli ku czarnookim istotom przy drzwiach.

— Wtedy zobaczyłem takie jak te — powiedział Konrad.

— Nie pomagały ludziom. Nie ratowały dworu. Nie gasiły pożaru. Stały na progach. Przy schodach.

W przejściach. Jakby czegoś nie chciały wypuścić dalej.

— Czego?

Szlachcic oblizał spierzchnięte wargi.

— Tego, co przyszło po rzezi.

Mateusz nie odezwał się.

— Nie umiem ci tego nazwać — ciągnął Konrad.

— Gdy patrzyłem wprost, widziałem tylko wysoką ciemność. Gdy odwracałem wzrok, byłem pewien, że stoi bliżej.

— Wtedy zrozumiałem, że chłopi nie byli dnem tego porządku.

Te słowa zawisły między nimi ciężko.

— Oni zabijali ciała — powiedział Konrad.

— To coś zabierało resztę.

Mateusz spojrzał znowu na czarnookie istoty. Nadal były potworne. Nieludzkie. Ich twarze wymykały się pamięci, oczy były czarne jak otwory w świecie. Ale po raz pierwszy nie wydały mu się tym, czego człowiek powinien bać się najbardziej.

— Myślisz, że są dobre? — spytał.

Konrad skrzywił się.

— Dobre to słowo dla ludzi i kazań. One są konieczne.

Rozdział 6

Mateusz najpierw usłyszał jej śmiech.

Krótki. Cichy. Prawdziwy. Zamarł. Tego dźwięku nie słyszał od lat. Ruszył w stronę korytarza, a każdy krok odbijał się za głośno — samo to miejsce nie chciało go przepuścić. Im bliżej był zakrętu, tym wyraźniej słyszał jej głos.

— Spokojnie, Bartku. Już dobrze.

— Nic mi nie jest — mruknął Bartek, ale w głosie miał ulgę, nie złość.

— Wiem.

— Ale wyglądasz, jakbyś chciał się obrazić nawet na bandaż.

Parsknął krótko. Ona zaśmiała się drugi raz i przez tę jedną sekundę odpowiedział jej jego śmiech — zawstydzony, domowy, zwyczajny aż do bólu.

Nie zazdrość wtedy w nim uderzyła, tylko coś gorszego: pewność, że właśnie pokazano mu świat, w którym chwilę wszystko umie jeszcze być małe i ludzkie.

„Bartku”.

Nie „chłopcy”.

Nie „wy”. Tylko jedno imię. Mateusz wyszedł zza rogu. Stali pod ścianą, w plamie światła cieplejszej niż reszta korytarza.

Matka trzymała Bartka za twarz obiema dłońmi. Uśmiechała się. Tak jak kiedyś.