Człowiek, który znał mowę węży - Kivirahk Andrus - ebook + książka
BESTSELLER

Człowiek, który znał mowę węży ebook

Kivirahk Andrus

4,6

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Leśny świat Leemeta się rozpada: przyjaciele i sąsiedzi wyprowadzają się do wioski, aby tam wieść nowe życie podporządkowane pracy na roli i obrządkom chrześcijańskim. Porzucają swoje chaty, obyczaje i umiejętności skuszeni smakiem chleba oraz wynalazkami przywiezionymi przez rycerzy zza morza. Leemet wierzy, że odnajdzie pogrążonego w wiecznym śnie Północnego Gada – jedyną istotę zdolną przywrócić dawny porządek.

Ponadczasowa powieść z Estonii o walce „starego” z „nowym”, niełatwym poszukiwaniu własnej tożsamości i zerwanym przymierzu człowieka z przyrodą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 558

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (67 ocen)
47
13
6
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Dotmagia

Nie oderwiesz się od lektury

Odpłynąłem w baśniowy świat. Inaczej nie mogę tego nazwać. Cudna opowieść o przemijającym starym i zastępującym je nowym, pochłonęła mnie bez reszty. Piękny świat, wspaniali bohaterowie i ważkie problemy, a wszystko to przedstawione w formie baśni-przypowieści. Tradycja i konserwatyzm kontra nie do końca właściwie rozumiana nowoczesność. Kto ma rację? Czy, to co było, zawsze jest lepsze od tego, co przed nami? Czy aby zawsze warto bezkrytycznie przyjmować wszelakie nowinki "ze świata"? Z drugiej strony: czy wszystkie nowości należy z mostu odrzucać? I wreszcie pytanie chyba najważniejsze: jak pośród wszystkich tych dróg wybrać tę właściwą i jak pozostać sobą? "Człowiek, który znał mowę węży" - piękna opowieść nie pozbawiona elementów specyficznego humoru (może czasem podobnych do tych z "Listopadowych porzeczek" tegoż autora), przy tym zachęcająca do zastanowienia i - co tu dużo mówić - trącająca jakąś czułą strunę w czytelniku
10
schwarzfrau

Dobrze spędzony czas

miło spędzony czas
00
Aaddaas

Nie oderwiesz się od lektury

niesamowicie wciągająca. zastanawiam się czy dla żeńskiej czytelniczki też jest tak porywajaca
00
Emmanuelle

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała i wciągająca opowieść. Z jednej strony oryginalna fabuła, zaskakująca historia. Nowy świat który chce się poznawać trochę jak np. Agla Radka Raka. Świeże wątki np. nagie kąpiele w świetle księżyca, związki kobiet i niedźwiedzi i dużo innych. Z drugiej strony mnóstwo znaczeń które można odczytać na sposób współczesny. Przenikanie się starych i nowych światów.
00
KatarzynaBS

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna książka.
00

Popularność




1.

Las opustoszał. Ledwo kogoś spotkasz, nie licząc robali. Ich nic się nie ima, wciąż bzyczą i buczą, jak dawniej, tak i teraz. Lecą wyssać ci krew lub cię użądlić, bezmyślnie wspinają ci się po nodze, gdy wejdziesz im w drogę, albo pełzną gdzieś, aż ich nie zetrzesz lub nie rozdepczesz. Ich świat się nie zmienił – ale i to się kiedyś skończy. Nadejdzie czas! Ja już tego nie ujrzę, nikt tego nie zobaczy. Ale któregoś dnia ta godzina wybije, to pewne.

Coraz rzadziej wychodzę. Raz na parę dni wydostaję się na zewnątrz, przynoszę wodę ze źródła. Myję siebie i mojego towarzysza, szoruję jego gorące cielsko. Wody trzeba dużo i wiele razy muszę iść do źródła, ale raczej się nie zdarza, bym zamienił z kimś słowo po drodze. Ani żywej duszy, czasem tylko natknę się na sarnę lub dzika. Zrobiły się strachliwe, boją się już samego zapachu. Gdy na nie syczę, stają dęba i gapią się na mnie tępo, ale się nie zbliżają. Wpatrują się we mnie jak w wybryk przyrody – człowiek, który zna mowę węży! Sierść jeży się na ich grzbietach, najchętniej skoczyłyby w krzaki i popędziły z kopyta, by uciec od tego odmieńca jak najdalej – ale nie mogą. Słowa zabraniają. Syczę znów, tym razem głośniej, stanowczo nakazuję im podejść. Prychają zrozpaczone i wbrew woli podchodzą. Mógłbym się nad nimi zlitować i puścić je wolno – ale po co? Mam w sobie jakąś dziwną złość na te naiwne bydlęta, które nie znają dawnych zwyczajów i biegają po lesie, jakby od zarania dziejów stworzony był tylko na ich harce. Dlatego syczę po raz trzeci i tym razem moje słowa są ciężkie jak grzęzawisko, z którego nie da się już wydostać. Otumanione zwierzę pędzi ku mnie niczym strzała wypuszczona z łuku. Z nieznośnego napięcia jego skóra pęka w szwach i wybucha mu brzuch. Wnętrzności wylewają się na mech. To okropny widok i nie cieszę się z mojego postępku – lecz nie mogę nie wypróbować swojej władzy. Nie ja zawiniłem, że bestie zapomniały mowy, której niegdyś uczyli ich przodkowie.

Pewnego razu stało się inaczej. Wracałem znad źródła z ciężką beczką wody na ramieniu, gdy na ścieżce ujrzałem olbrzymiego łosia. Wysyczałem najprostsze słowa, aby zawczasu okazać mu pogardę. Lecz on, słysząc z ludzkich ust dawno zapomniane zaklęcia, nie przestraszył się. Opuścił łeb, pospieszył ku mnie truchtem, padł na kolana i z poddaniem obnażył kark, jak wówczas, dawno temu, gdy tak właśnie dbaliśmy o nasze żołądki – przywołując łosie na zabicie. Jakże często jako chłopiec widziałem moją matkę, która w ten sposób zdobywała zapasy na zimę! Wybierała z dużego stada najodpowiedniejszą łoszę, wołała do siebie i z łatwością podcinała gardło zwierzęciu, bo poddawało się ono jej sykom. Mięsa dorosłej samicy starczało nam aż do wiosny. Jak bardzo śmiechu warte wydawały się nam polowania ludzi z wioski, gdy długimi godzinami pędzili jednego łosia, śląc na oślep strzały w krzaki, a często po wszystkim wracali zawiedzeni z pustymi rękami do domu. U nas było to takie proste. Potrzebowaliśmy tylko paru słów, by zwierzę przyszło z własnej woli! Jak teraz. Potężny łoś leżał przede mną i czekał na cios. Mógłbym pozbawić go życia jednym ruchem ręki. Ale tego nie zrobiłem.

Zdjąłem za to z ramienia beczkę i dałem mu wody. Chłeptał potulnie. To był stary byk, naprawdę stary – musiał być, skąd inaczej by wiedział, jak ma się zachować, gdy woła go człowiek. Mógłby stawiać się i wierzgać lub choćby chwytać zębami gałęzie, gdy pradawna siła ciągnęłaby go w moją stronę. Mógł przyjść do mnie jak błazen, a przyszedł jak król. Cóż z tego, że na zabicie. I to trzeba umieć. Czy w poddaniu się takiej mocy jest coś poniżającego? Według mnie nie. Nigdy nie zabiliśmy łosia dla przyjemności – jaka w tym w ogóle przyjemność? Musieliśmy jeść. Na zdobycie jedzenia było słowo, a słowo znały łosie i go słuchały. Poniżające jest je zapomnieć, jak zapomniały młode dziki i jelenie, którym na dźwięk mowy węży pękają brzuchy. Lub ludzie z wioski, którzy w dziesięciu idą na jedno zwierzę. Głupota jest poniżająca, nie mądrość. Napoiłem tego łosia, pogłaskałem go po łbie, a on potarł chrapami o moje okrycie. Dawny świat nie przepadł bez reszty. Póki żyję ja, póki żyje ten stary łoś, nie zapomniało się jeszcze w puszczy mowy węży.

Pozwoliłem mu odejść. Niech jeszcze długo pożyje. Niech pamięta.

Tak naprawdę moją opowieść chciałem rozpocząć od pogrzebu Manivalda. Miałem sześć lat. Nie widziałem nigdy Manivalda na własne oczy, nie mieszkał jak my, w lesie, lecz nad brzegiem morza. Właściwie do dziś nie wiem, dlaczego wuj Vootele zabrał mnie wtedy ze sobą. Innych dzieci tam nie przyprowadzono. Ani mojego przyjaciela Pärta, ani Hiie. Ona musiała już być wtedy na świecie, urodziła się zaledwie rok po mnie. Dlaczego Tambet i Mall nie wzięli jej ze sobą? Uroczystość była im przecież po myśli – choć nie z tej przyczyny, by mieli coś przeciwko Manivaldowi i cieszyli się z jego śmierci. Tambet bardzo szanował zmarłego. Pamiętam wyraźnie, jak stał przy stosie i mówił: tacy już się nie rodzą. Miał rację, już się nie rodzili. Właściwie w naszych okolicach w ogóle mężczyźni nie przychodzili już na świat. Ja byłem ostatni, parę miesięcy przede mną pojawił się Pärt, a po roku – Hiie. Nie chłopak, a dziewczyna. Potem w naszym lesie przybywało jedynie łasic i zająców.

Wówczas jednak Tambet tego nie wiedział. Nie chciał wiedzieć. Nie przestawał wierzyć, że kiedyś znów nadejdzie godzina i tak dalej. Musiał, był człowiekiem, który usilnie starał się zachowywać wszelkie dawne obrzędy. Co tydzień chodził do świętego gaju i z powagą na twarzy zawiązywał na gałęziach lipy kolorowe wstążki, wierząc, że składa ofiary duchom lasu. Szaman Ülgas był jego najlepszym przyjacielem. Choć nie, słowo przyjaciel tu nie pasuje, Tambet za nic w świecie nie nazwałby szamana swoim przyjacielem. Szaman był kimś wielkim i świętym, kimś, kogo się szanuje, a nie z kim się spoufala.

Oczywiście Ülgas też przyszedł na pogrzeb Manivalda. Jakżeby inaczej! To on miał rozpalić stos i odprowadzić duszę zmarłego w zaświaty. Robił to długo, aż do znudzenia: śpiewał, bił w bęben, spalał grzyby i łodygi traw. Tak się od wieków paliło zmarłych i tak należało uczynić. To dlatego mówiłem, że pogrzeb był Tambetowi po myśli. Podobały mu się rytuały. Najważniejsze, by robić jak praojcowie – to wprawiało Tambeta w zadowolenie.

Ja za to śmiertelnie się nudziłem, pamiętam to bardzo dobrze. Nie znałem Manivalda i nie mogłem go nijak opłakiwać, pałętałem się tylko między nogami. Na początku ciekawił mnie widok porytej zmarszczkami twarzy nieboszczyka z długą brodą – i przerażał, bo nie widziałem nigdy trupa. Ale szaman odprawiał swoje czary i gusła tak długo, że w końcu nie było to ani ciekawe, ani straszne. Najchętniej pobiegłbym sobie gdzieś dalej, nad morze. Nigdy wcześniej nie widziałem morza, pochodziłem przecież z lasu. Lecz wuj Vootele trzymał mnie mocno, szepcząc do ucha, że zaraz zapali się stos. Najpierw mnie to przekonało, chciałem zobaczyć ogień, a szczególnie to, jak pali się człowiek. Co z niego wyjdzie, jakie będzie miał kości? Siedziałem dalej, ale Ülgas wciąż zawodził, a ja byłem na wpół umarły z nudów. Mojej ciekawości nie wzbudziłoby już nawet to, gdyby wuj obiecał, że przed spaleniem nieboszczyk zostanie obdarty ze skóry. Ziewałem głośno, aż Tambet wlepił we mnie swoje wyłupiaste oczy i warknął:

– Bądź cicho, chłopcze, jesteś na pogrzebie! Słuchaj szamana!

– Leć, pobiegaj sobie – szepnął mi na to wuj Vootele. Pobiegłem więc do morza i bez rozbierania się skoczyłem w fale, a potem bawiłem się na plaży, aż cały byłem w piasku. Gdy ujrzałem, że stos płonie, popędziłem z powrotem ile sił, ale Manivalda już nie zobaczyłem, płomienie wznosiły się wysoko, aż do gwiazd.

– Ależ jesteś brudny – rzekł wuj Vootele, starając się otrzepać ze mnie piasek, a ja znów natknąłem się na wściekłe spojrzenie Tambeta, bo na pogrzebie nie przystoi się tak zachowywać, a Tambet zawsze trzymał się zasad.

Nie przejmowałem się nim. Nie był moim ojcem ani wujem, lecz złośliwym sąsiadem, którego nigdy nie lubiłem. Pociągnąłem wuja za brodę i spytałem:

– Kim był ten Manivald? Dlaczego nie mieszkał w lesie?

– Od zawsze żył nad morzem – odparł Vootele. – Manivald był starym i mądrym człowiekiem. Najstarszym z nas. Mówią, że kiedyś widział Północnego Gada.

– Co to jest Północny Gad?

– To ogromny wąż – rzekł wuj. – Największy. Nie równa się z nim nawet król węży. Jest wielki jak las i potrafi latać. Ma olbrzymie skrzydła i gdy wzniesie się do nieba, zasłania sobą słońce i księżyc. Dawniej często wzbijał się do lotu i pożerał naszych wrogów, którzy przybijali tu na swoich łodziach. A gdy ich pożarł, nam zostawał ich dobytek. Byliśmy potężni i bogaci. Strach sięgał daleko, bo mało komu udawało się ujść z życiem. Wiedziano jednak o bogactwie, a chciwość przewyższała strach. I kolejne łodzie kierowały się ku naszym brzegom, by nas ograbić, ale Północny Gad niszczył je wszystkie.

– Ja też chcę go zobaczyć – powiedziałem.

– To niemożliwe – westchnął wuj. – Północny Gad śpi, a my nie damy rady go przebudzić. Jest nas za mało.

– Kiedyś znowu się nam powiedzie! – wtrącił Tambet. – Porzuć tę gadkę, Vootele! Co to za haniebne brednie? Zapamiętaj – jeszcze obaj ujrzymy dzień, w którym Gad znów wzleci w niebo i pożre parszywych rycerzy i te wiejskie szczury!

– To ty bredzisz – odparł wuj Vootele. – Jak by się to mogło stać? Dobrze wiesz, że do zbudzenia Gada potrzeba przynajmniej dziesięciu tysięcy mężczyzn! Tylko wówczas, gdy staną ramię w ramię, sycząc wężowe słowa, Północny Gad wyłoni się z gniazda i wzniesie do nieba. Gdzie masz tych dziesięć tysięcy? Dziesięciu się nas nie zbierze!

– Nie można się poddawać – rzucił Tambet. – Spójrz na Manivalda − on cały czas miał nadzieję i dzień w dzień robił swoje! Jak tylko na widnokręgu ukazał się statek, rozpalał ogień w wysuszonych konarach, by ogłosić: czas zbudzić Północnego Gada! Rok w rok robił to samo, choć dawno nikt nie odpowiadał na jego znaki, a obce łodzie wciąż nadpływały i rycerze bezkarnie zalewali nasze ziemie. Ale on się nie poddawał, zwalał i suszył nowe pnie, by wzniecić z nich ogień, i czekał, cały czas czekał! Może potężny Północny Gad wzleci ponad lasem jak za dawnych dobrych lat!

– Już nie wzleci – rzekł wuj ponuro.

– Chcę go zobaczyć! – zażądałem. – Chcę zobaczyć Północnego Gada!

– Nie zobaczysz – odparł wuj.

– Zdechł? – zapytałem.

– Nie, on nigdy nie umrze – zaprzeczył. – Śpi. Tylko nie wiem gdzie. Nikt nie wie.

Umilkłem rozczarowany. Opowieść o Północnym Gadzie zapowiadała się ciekawie, a miała tak marny koniec. Co za pożytek z cudu, którego nie można zobaczyć? Tambet i wuj spierali się dalej, a ja znów pobiegłem powłóczyć się nad brzegiem morza. Szedłem plażą. Była piękna, piaszczysta, gdzieniegdzie leżały na niej ogromne, wydrążone pnie drzew. Widocznie to te, które zostawiał na osuszenie zmarły i dopiero co spalony Manivald, by słać nikomu już niepotrzebne ogniste znaki. Przy jednym z pni dostrzegłem człowieka. Meeme. Nie widziałem go nigdy w ruchu, leżał zawsze rozciągnięty pod jakimś krzakiem, jakby był liściem, który wiatr zwiewa z jednego miejsca w drugie. Przeżuwał muchomory i zazwyczaj proponował mi kawałek, ale ja się nie zgadzałem, bo matka zabraniała.

I tym razem Meeme leżał, a ja znowu nie widziałem, kiedy i jak się tu znalazł. Obiecałem sobie, że kiedyś się przekonam, jak wygląda, gdy stoi na dwóch nogach i jakim sposobem w ogóle się porusza: jak człowiek czy jak zwierzę, na czterech łapach, a może pełznąc jak wąż? Podszedłem bliżej i ku swemu zaskoczeniu ujrzałem, że Meeme nie skubie grzybów, lecz popija coś ze skórzanego bukłaka.

– Ach! – otarł sobie usta, gdy kucnąłem obok i zaciekawiony powąchałem obco pachnącą zawartość. – To wino. O wiele lepsze od muchomorów. Niech będą pochwaleni cudzoziemcy i ich wynalazki. Po grzybach strasznie chciało się pić, a to tu za jednym zamachem gasi pragnienie i miesza w głowie. Wspaniałe. Już na nic tego nie zamienię. Chcesz?

– Nie – powiedziałem. Matka co prawda wina mi nie zabroniła, ale gdy Meeme coś daje, nie może to być lepsze od muchomorów. – Skąd to masz? – zapytałem, wskazując na bukłak. W lesie niczego podobnego nie widziałem.

– Od mnichów i innych takich – rzekł Meeme. – Trzeba im tylko najpierw rozwalić łeb. – Znów pociągnął łyk. – Nie ma co, smaczny truneczek – pochwalił jeszcze raz. – Ten głupiec Tambet może sobie gadać i jęczeć, ile chce, ale ich napitek jest lepszy od naszego.

– A co ci Tambet gadał i jęczał? – zapytałem.

– Nie znosi, gdy ktoś ma do czynienia z obcymi lub choćby dotknie ich rzeczy. – Meeme rozłożył ręce. – Mówiłem mu, że ja się tego mnicha nie tykałem, tylko mój topór, ale on męczył mnie dalej. A co, jeśli ja nie chcę wciąż żuć grzybów? Gdy to tutaj jest mocniejsze i szybciej uderza pod czaszkę? Człowiek musi się całe życie uczyć, a nie być głuchy na nowe jak ten pień. Ale tacy my właśnie jesteśmy. I co ta głuchota nam dobrego przyniosła? Łazimy leniwie po lesie jak ostatnie muchy przed zimą, aż padniemy na mech i zdechniemy.

Tych słów już nie rozumiałem. Wstałem z kucek, by wrócić do wuja.

– Zaczekaj, chłopcze – zatrzymał mnie Meeme. – Chcę ci coś dać.

Pokręciłem zaraz głową, bo wiedziałem – da mi muchomora albo wino, albo jeszcze inne ohydztwo.

– Zaczekaj, powiedziałem!

– Matka nie pozwala – odrzekłem.

– Nie miel jęzorem. Matka nie wie, co ci chcę dać. Masz, weź sobie. Mnie to na nic. Zawieś na szyi!

I wcisnął mi w dłoń maleńką skórzaną sakiewkę, w której krył się drobny i ciężki przedmiot.

– Co jest w środku? – zapytałem.

– No, tam jest pierścień.

Rozwiązałem sakiewkę. Rzeczywiście leżał w niej pierścień. Srebrny, z wielkim czerwonym kamieniem. Spróbowałem go założyć, ale na moje drobne palce był za duży.

– Noś go w sakiewce – pouczył mnie Meeme. – A sakiewkę zawieś na szyi. Słuchaj, co ci mówię.

Schowałem pierścień do sakiewki. Z jak delikatnej skóry była zrobiona! Cieniutka jak liść; gdyby puścić ją z dłoni, uleciałaby na wietrze. Tak cenny przedmiot musiał mieć wytworne gniazdko.

– Dziękuję – powiedziałem uradowany. – To okropnie piękny pierścień!

Meeme się roześmiał.

– Nie ma za co, chłopcze – odrzekł. – Nie wiem, czy jest piękny, czy szkaradny, ale przyda ci się na pewno. Trzymaj go zawsze w sakiewce.

Pobiegłem z powrotem do ognia. Manivald się spalił, tylko popiół się po nim żarzył. Pokazałem pierścień wujowi, a ten długo i badawczo go oglądał.

– To cenna rzecz – odezwał się w końcu. – Zrobiono go na cudzej ziemi i pewnie dostał się swego czasu na nasz brzeg wraz z rycerzami na łodziach. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby jego pierwszy właściciel dostał się w szpony Północnego Gada. Nie rozumiem, dlaczego Meeme dał go akurat tobie. Mógł go podarować twojej siostrze, Salme. Co ty, chłopak, poczniesz w lesie z czymś tak drogocennym?

– Na pewno nie oddam go Salme! – zawołałem obruszony.

– To nie oddawaj – odrzekł wuj Vootele. – Meeme nigdy nie robi nic bez powodu. Jeśli dał ci ten pierścień, to tak było trzeba. Nie wiem, jakie miał zamiary, ale nie szkodzi. Kiedyś się okaże. A teraz wracajmy do domu.

– Wracajmy – zgodziłem się i poczułem, jaki jestem śpiący. Wuj posadził mnie na grzbiet wilka i powędrowaliśmy przez nocny las. Za naszymi plecami pozostał wygasły stos i morze, którego nikt już nie strzegł.

2.

Tak naprawdę urodziłem się we wsi, nie w lesie. To mój ojciec zdecydował o przenosinach. Wszyscy już poszli, lub prawie wszyscy, i moi rodzice byli wśród tych ostatnich. Pewnie z powodu matki, bo jej nie podobało się życie we wsi: nie pociągała jej uprawa zboża, no i nie smakował jej chleb.

– Obrzydlistwo – mówiła mi zawsze. – Wiesz, Leemet, nie wierzę, by komuś smakował. To całe jedzenie chleba to tylko przechwałki. Ludzie chcą wydać się tacy wytworni i żyć na obcą modłę. Dobrze upieczony udziec łosia to zupełnie inna sprawa. Chodź, synku, jedz. Dla kogo się tak staram?

Ojciec chyba miał inne zdanie. On chciał być człowiekiem nowych czasów, a człowiek nowych czasów musiał mieszkać we wsi, pod jasnym niebem i w świetle słońca, a nie w mroku lasu. Musiał uprawiać żyto, męczyć się całe lato jak marna mrówka po to, by móc jesienią z ważną miną żreć chleb i upodabniać się przez to do cudzoziemców. Człowiek nowych czasów musiał mieć sierp, którym potem zgięty do ziemi żął zboże. Musiał mieć też żarna, na których, dysząc i sapiąc, mielił ziarno. Wuj Vootele opowiadał, że mój ojciec – żyjąc jeszcze w lesie – ze zniecierpliwienia i zazdrości niemal nie pękł na samą myśl, jakie to ciekawe życie prowadzą ludzie ze wsi i jakie zajmujące wynalazki mają w swoich chatach.

– Musimy jak najszybciej przenieść się do wioski – pokrzykiwał. – Życie przecieka nam przez palce! W obecnych czasach wszyscy normalni ludzie mieszkają pod otwartym niebem, a nie w krzakach! Ja też chcę orać i siać, jak to się robi w postępowym świecie! Dlaczego mam być gorszy? Nie chcę żyć jak nędzarz! Spójrzcie tylko na tych rycerzy i mnichów – od razu widać, że wyprzedzają nas o stulecie! Musimy się wysilić, by im dorównać!

I zmusił matkę do przenosin. Postawili sobie we wsi małą chatę, ojciec nauczył się orać i siać, i zdobył w końcu swój własny sierp i żarna. Zaczął chodzić do kościoła i uczyć się niemieckiego, by rozumieć mowę rycerzy i podłapać od nich jeszcze więcej porywających i modnych nowinek. Jadł chleb, cmokał i chwalił jego smak, a gdy zdobył jeszcze umiejętność gotowania brei z jęczmienia, jego zachwyt i duma nad sobą nie miały granic.

– Była gorsza od wymiocin – przyznała kiedyś matka, ale ojciec jadał to trzy razy dziennie. Co prawda nieco się przy tym krzywił, lecz twierdził niezmiennie, że to wyjątkowo pyszne danie i po prostu należy nauczyć się je doceniać.

– To nie nasze ochłapy mięsa, w które każdy głupiec potrafi się wgryźć, lecz pożywienie przybyszów z Europy, tych, co mają bardziej wyrafinowane podniebienia – mówił. – Nie za ciężkie, nie za tłuste, a łagodne i lekkie. A jakie pożywne! Pokarm królów!

Gdy ja się urodziłem, zażądał, by karmić mnie tylko tym, bo jego dziecko musi dostać to, co najlepsze. Postarał się też dla mnie o maleńki sierp, bym od razu, gdy tylko stanę na nogi, mógł razem z nim mozolić się w polu.

– Sierp to oczywiście cenna rzecz i można by sądzić, że nie ma sensu dawać go niemowlęciu do ręki, ale ja się z takim postawieniem sprawy nie zgadzam. Nasze dziecko musi już od pierwszych dni przyzwyczajać się do nowoczesnych narzędzi – mawiał z dumą. – W przyszłości bez sierpa nie da sobie rady, niech od początku uczy się wielkiej sztuki żęcia żyta!

Wszystko to słyszałem od wuja Vootelego. Ja ojca nie pamiętam. A matka nie lubiła o nim mówić, stawała się wtedy nieswoja i zazwyczaj zmieniała temat. Pewnie do końca obwiniała się o jego śmierć, bo miała w nią przecież swój wkład. Matce się we wsi nudziło, nie dbała o pracę na polu i gdy ojciec szedł na tę swoją ważną orkę, wymykała się w znajome leśne ostępy, gdzie poznała pewnego niedźwiedzia. Co było dalej, to chyba jasne, opowieść stara jak świat. Tylko nieliczne kobiety umieją oprzeć się niedźwiedziom, które są w końcu ogromne, miękkie, bezbronne i mają taką gęstą sierść. Przy tym to urodzeni uwodziciele i ludzkie samice bardzo im się podobają, nie ominą więc żadnej okazji, by zbliżyć się do niewiasty i szeptać jej kusząco do ucha. Dawniej, gdy większość naszego ludu żyła w lesie, wciąż się zdarzało, że kobiety brały sobie niedźwiedzie za kochanków, aż któryś z mężów nie natknął się na taką słodką parę i nie przegnał brunatnego stwora.

Niedźwiedź zaczął pojawiać się w naszej wsi zawsze wtedy, gdy ojciec urabiał się w polu. Był bardzo przyjaznym zwierzęciem. Moja siostra Salme, która jest ode mnie o pięć lat starsza, pamięta go i często mi opowiadała, że zawsze przynosił jej miód. Jak wszystkie niedźwiedzie, także ten zalotnik znał parę wężowych słów, bo to mądre zwierzęta, choć oczywiście nie dościgają węży, naszych braci. Niedźwiedzie mówiły niedużo i nie zawsze składnie, ale czy kochankowie muszą mówić do rzeczy? W najpotrzebniejszych kwestiach potrafiły się dogadać, to najważniejsze.

I to się oczywiście zmieniło. Co jakiś czas, przynosząc wodę ze źródła, spostrzegam któregoś z nich i zawsze rzucam słowo pozdrowienia. Gapią się na mnie z durną miną i niezdarnie uciekają w zarośla. Cała ta tradycja, trwająca przez długie stulecia, w krótkim czasie opadła jak suchy liść, a niedźwiedzie stały się zwykłymi, niemymi zwierzętami. Tak jak i my. Kto oprócz mnie zna jeszcze mowę węży? Świat zszedł na psy i nawet woda ze źródła ma gorzki smak.

Ale co było, to było. W każdym razie w moim dzieciństwie niedźwiedzie potrafiły jeszcze porozumieć się z ludźmi. Nie byli z nas co prawda przyjaciele, uważaliśmy, że jednak nie są tego godni. W końcu to dzięki nam miśki wygładziły trochę swoje maniery i to my wyciągaliśmy je za uszy z ich pierwotnej tępoty. Na swój sposób byliśmy ich nauczycielami, stąd nasze poczucie wyższości. Do tego jeszcze ta niedźwiedzia jurność i niezrozumiały pociąg, jaki czuły do nich kobiety. To dlatego mężczyźni patrzyli na niedźwiedzie z podejrzliwością – czy aby przypadkiem ten tłusty włochaty bałamut i moja żona nie… Zbyt często znajdowano na swoich posłaniach niedźwiedzią sierść.

Mojego ojca spotkał jednak gorszy los. Nie znalazł na swym posłaniu niedźwiedziej sierści. Znalazł całego niedźwiedzia. W sumie nie byłoby w tym nic strasznego – musiałby jedynie mocno zasyczeć, a misiek, przyłapany na gorącym uczynku, czmychnąłby zaraz do lasu z uszami po sobie. Lecz ojciec zaczął zapominać mowę węży, we wsi nie była mu potrzebna, poza tym nie miał jej w poważaniu, sądząc, że sierp i żarna o wiele lepiej mu się przysłużą. Dlatego na widok niedźwiedzia wymamrotał coś po niemiecku, na co z kolei ten, zmieszany niezrozumiałymi słowami i podniecony zaistniałą dopiero co sytuacją, odgryzł mojemu ojcu głowę.

I w tej samej chwili tego pożałował, bo niedźwiedzie nie są ze swej natury krwiożerczymi istotami, w odróżnieniu od choćby wilków. Te rzeczywiście służą ludziom jedynie pod jarzmem wężowych słów, gdy noszą nas na swoim grzbiecie lub karmią swoim mlekiem. To doprawdy niebezpieczne zwierzęta domowe, lecz tak dobrego mleka jak wilcze nie znajdzie się w całym lesie i ludzie pogodzili się z ich groźnym usposobieniem, tym bardziej, że dzięki mowie węży wilki potulnieją niczym baranki. Ale niedźwiedź jednak ma swój rozum. Ten, który zabił mojego ojca, wpadł w rozpacz, a ponieważ morderstwo zostało popełnione z chuci, ukarał się odpowiednio i odgryzł sobie kuśkę.

Po czym matka i wykastrowany niedźwiedź spalili zwłoki ojca, a niedźwiedź uciekł w głęboki las, oświadczając matce, że nie zobaczą się już nigdy więcej. Widocznie to rozwiązanie odpowiadało także i jej, bo, jak już wspomniałem, w głębi czuła się winna i jej miłość do niedźwiedzia przepadła nagle z kretesem. Całe swoje dalsze życie nie znosiła niedźwiedzi, syczała na sam ich widok i zmuszała do zejścia jej z drogi. Ta nienawiść przyniosła potem naszej rodzinie wiele zamieszania i kłopotów, ale o tym opowiem we właściwym czasie.

Po śmierci ojca matka nie widziała powodu, by zostawać we wsi. Zarzuciła mnie sobie na plecy, chwyciła moją siostrę za rękę i wróciła do lasu. Żył tam wciąż jej brat, mój wuj Vootele, który wziął nas pod swoją opiekę, pomógł nam wybudować własną kurną chatę i podarował dwie młode wilczyce, byśmy codziennie mieli świeże mleko. Choć matka nie otrząsnęła się jeszcze po śmierci mojego ojca, odetchnęła z ulgą, bo opuszczenie lasu nigdy nie było po jej myśli. Tutaj czuła się najlepiej i ani krztynę nie martwiła się, że nie mieszka zwyczajem rycerzy lub że w jej obejściu nie ma sierpa. U matki nie jadało się odtąd chleba, za to mięsa łosia lub sarny mieliśmy pod dostatkiem.

Gdy wróciliśmy do lasu, nie miałem jeszcze roku. Z tego powodu nie wiedziałem nic ani o wsi, ani o tamtejszym życiu, wychowałem się w lesie i to był mój jedyny dom. Mieliśmy przytulną chatę w odległej gęstwinie, gdzie zamieszkałem wraz z matką i siostrą, nieopodal wuja Vootelego. W owych czasach las jeszcze nie był taki opustoszały, wędrując po okolicy natrafiało się zawsze na innych ludzi, w tym starowinki dojące wilczyce w zagrodach lub dziadków o długich brodach rozprawiających o czymś z grubymi żmijami.

Młodych mieszkańców lasu ubywało bezustannie i coraz częściej można było natknąć się na opuszczone ludzkie siedliska. Chaty zarastały, pozbawione gospodarza wilki rozbiegały się po lesie, a starsi mówili, że nic już nie dzieje się, jak powinno i to nie jest to życie, co kiedyś. Najbardziej użalano się nad tym, że nie rodziły się już dzieci, co zrozumiałe. Komu miały się rodzić, gdy młodzi pouciekali do wioski? I ja chodziłem popatrzeć na wieś, zerkałem na nią spod lasu, ale bałem się podejść bliżej. Wszystko było tam inne i moim zdaniem o wiele wspanialsze. Dużo słońca i światła, stojące pod gołym niebem chaty wydawały się o wiele piękniejsze niż nasza do połowy zatopiona w świerkach chatynka. Wokół każdego obejścia widziałem gromady rozbieganych dzieci.

Głównie to przyprawiało mnie o zazdrość, bo brakowało mi towarzyszy zabaw. Moja siostra Salme nieszczególnie się mną przejmowała – dużo starsza, do tego dziewczyna, która miała swoje własne sprawy. Na szczęście był Pärt, z którym biegaliśmy razem po lesie. Córka Tambeta, Hiie, jeszcze nie odrosła od ziemi, potykała się wciąż na swoich sztywnych nóżkach i co chwilę upadała z hukiem na zadek. Poza tym nie lubiłem do nich chodzić – choć mały i głupi, rozumiałem już, że Tambet mnie nie znosi. Zawsze marszczył brwi i prychał na mój widok, a raz, gdy byliśmy z Pärtem na jeżynach i z dobrej woli chciałem dać raczkującej Hiie poziomkę, Tambet wrzasnął ze swego progu:

– Hiie, wracaj szybko! Od tych ze wsi nic nam nie trzeba!

On nigdy nie zdołał wybaczyć mojej rodzinie, że swego czasu opuściliśmy las, a mnie i Salme uparcie uważał za dzieci z wioski. W świętym gaju zerkał na nas spode łba i z nieukrywanym obrzydzeniem, jakby mając nam za złe, że tacy jak my, splamieni smrodem wsi, śmiemy się tu pojawiać. Ja co prawda też nie lubiłem tam przychodzić, bo nie podobało mi się, jak szaman Ülgas kropił święte drzewa zajęczą krwią. Zające to miłe zwierzęta i nie rozumiałem, jak człowiek może chcieć je zabijać tylko po to, by wylewać ich krew na korzenie drzew. Bałem się Ülgasa, choć nie wzbudzał strachu wyglądem, miał raczej twarz dobrotliwego dziadka i w stosunku do dzieci zachowywał się przyjaźnie. Przychodził do nas czasem i opowiadał o przeróżnych leśnych duszkach i o tym, że szczególnie dzieci powinny okazywać im wielki szacunek. Przed umyciem się w źródle należy przynieść coś w ofierze duchowi wody, a po napełnieniu wiadra ofiarować nowy dar. A gdy ma się ochotę popływać w rzece, należy nawet złożyć kilka ofiar, jeśli się nie chce, by cię duch utopił.

– Jakie to muszą być ofiary? – spytałem, a szaman Ülgas wyjaśnił, szeroko się uśmiechając, że najlepiej wziąć żabę, rozkroić ją żywcem wzdłuż, poczynając od głowy, i wrzucić do źródła bądź rzeki. Wtedy duch wody będzie zadowolony.

– Dlaczego duchy są takie złowrogie? – zapytałem z przerażeniem, bo torturowanie żab wydało mi się wstrętne. – Dlaczego cały czas chcą krwi?

– Co za głupoty, duchy nie są złowrogie – upomniał mnie Ülgas. – Po prostu duchy są władcami wód i drzew, a my musimy wypełniać ich rozkazy, to pradawny obyczaj.

Po czym poklepał mnie po policzku i kazał koniecznie przyjść znów do świętego gaju – „bo tych, którzy nie przychodzą, święte psy rozszarpią na strzępy” – i sobie poszedł. Ja jednak zostałem sam wydany na pastwę strachu i wątpliwości, bo nie potrafiłbym rozkroić żywej żaby, więc odtąd rzadko się kąpałem i zawsze blisko brzegu, by zdołać się wygramolić, zanim krwiopijczy duch pozbawiony martwej żaby złapie mnie za kark. Również w świętym gaju czułem się coraz bardziej nieswojo, wypatrując zewsząd tych straszliwych psów, które według słów Ülgasa miały tam warować i na mnie czyhać. Napotykałem jedynie potępiający wzrok Tambeta – na pewno miał mi za złe, że „wieśniak” się rozgląda, zamiast w skupieniu słuchać zaklęć szamana.

To, że Tambet uważał mnie za wieśniaka, właściwie mi nie przeszkadzało, bo, jak już mówiłem, wieś mi się podobała. Wciąż próbowałem wyciągnąć od matki, dlaczego się stamtąd wynieśliśmy i czy nie moglibyśmy znów się tam wybrać – jeśli nie na stałe, to choć na krótko, rozejrzeć się. Matka się oczywiście nie zgadzała i starała się mnie przekonać, jak dobrze jest nam w lesie i jakie męczące i uciążliwe jest życie w wiosce.

– Jedzą tam chleb i tę breję z jęczmienia – mówiła, chcąc mnie widocznie zniechęcić, lecz ja, nie pamiętając smaku żadnej z tych potraw, nie potrafiłem wzbudzić w sobie wstrętu przez samo tylko wymienianie ich nazw. Wręcz przeciwnie, brzmiały w moich uszach nęcąco i z chęcią bym ich spróbował. I tak powiedziałem matce.

– Ale ja chcę chleba i brei!

– Ach, nawet nie wiesz, jakie to obrzydliwe. Mamy przecież w bród dobrego, pieczonego mięsa! Chodź, synku, weź sobie! Wierz mi, to sto razy lepsze!

Lecz ja nie wierzyłem. Pieczone mięso jadłem co dzień, to było nasze zwyczajne jedzenie, które nie miało w sobie żadnych tajemnic.

– Chcę chleba i brei! – marudziłem.

– Leemet, przestań wreszcie wygadywać te bzdury! Sam nie wiesz, o czym mówisz. Nie potrzebujesz chleba. Tylko tak myślisz, że go chcesz, a tak naprawdę zaraz byś go wypluł. Chleb jest suchy jak mech i nie da się go porządnie przeżuć. Spójrz, mam tu dla ciebie sowie jaja!

Sowie jajka były moim przysmakiem, więc zaraz przestałem jęczeć i już szykowałem się, by je wypić. Przyszła Salme i na mój widok zaczęła krzyczeć, że matka mnie rozpieszcza – ona też chce sowie jaja!

– Salme – uspokajała ją matka – dla ciebie też odłożyłam. Oboje macie po równo.

Salme chwyciła swoje jajka, usiadła obok mnie i zaczęliśmy pić na wyścigi. A ja nie myślałem już więcej o chlebie ani o brei z jęczmienia.

3.

Jednak parę sowich jajek nie zdołało na długo pogrzebać mojej ciekawości. Już następnego dnia znów plątałem się po obrzeżach lasu i chciwie zerkałem w stronę wioski. Był ze mną mój przyjaciel Pärt i to on powiedział w końcu:

– Co będziemy się tak kręcić z dala, podejdźmy bliżej.

Jego pomysł wydał mi się zbyt niebezpieczny. Na samą myśl serce zaczęło mi mocniej bić. Pärt też nie wyglądał na odważnego, gapił się na mnie z taką miną, jakby miał nadzieję, że pokręcę głową i powiem nie. Pewnie sam przestraszył się własnych słów. Lecz ja, zamiast odmówić, odparłem:

– To chodźmy.

Poczułem się, jakby czekał mnie skok w głąb ciemnego, leśnego jeziora. Zrobiliśmy parę kroków i zatrzymaliśmy się z wahaniem. Spojrzałem na przyjaciela; był blady.

– Idziemy dalej? – zapytał.

– No, chyba.

Ruszyliśmy z duszą na ramieniu. Pierwsza chata była dość blisko, lecz na szczęście nie dostrzegliśmy żadnego człowieka. Nie umówiliśmy się z Pärtem, jak daleko się zapuścimy. Czy pod same domostwa? I co potem: zajrzymy do środka? Na to chyba byśmy się nie odważyli. Zbierało mi się na płacz, miałem ochotę czym prędzej czmychnąć z powrotem do lasu, ale mój przyjaciel szedł obok mnie i nie mogłem okazać tchórzostwa. On pewnie myślał to samo, bo słyszałem, że od czasu do czasu chlipał pod nosem. Pomimo tego, jak zaczarowani, posuwaliśmy się naprzód.

Wtem z chaty wyszła dziewczyna, mniej więcej w naszym wieku. Stanęliśmy jak wryci. Gdyby naszym oczom ukazał się ktoś dorosły, pobieglibyśmy pewnie z wrzaskiem z powrotem, ale dlaczego mielibyśmy się bać dziewczyny niestarszej od nas. Nie wydawała się groźna, nawet jeśli była z wioski. Zachowaliśmy jednak ostrożność i nie podchodziliśmy bliżej.

Dziewczyna też się w nas wpatrywała. Wyglądało na to, że w ogóle się nas nie bała.

– Przyszliście z lasu? – spytała.

Skinęliśmy głowami.

– Zamieszkacie tu?

– Nie – powiedział Pärt, a ja wykorzystałem sposobność, żeby się nieco pochwalić i oznajmiłem, że już kiedyś mieszkałem we wsi, ale się z niej wynieśliśmy.

– Dlaczego? – zdumiała się dziewczyna. – Nikt nie wraca do lasu, wszyscy przychodzą stamtąd tutaj. W lesie mieszkają tylko głupcy.

– Sama jesteś głupia – wypaliłem.

– Nie, ty jesteś głupi. Wszyscy wiedzą, że to głupota żyć w lesie. Spójrz, co wy na sobie macie! Skóry! To wstrętne! Jak zwierzęta!

Porównaliśmy odzienie swoje i dziewczyny i musieliśmy przyznać, że ma rację: nasze okrycia z wilczej i sarniej skóry były znacznie brzydsze i wisiały na nas jak na kiju. Ona za to miała na sobie długą i cienką koszulinę, która nie przypominała skóry żadnego zwierzęcia, była za to delikatna i poruszała się lekko na wietrze.

– Z jakiej to skóry? – zapytał Pärt.

– To nie skóra, to jest tkanina – odparła dziewczyna. – To się tka.

Nic z tego nie zrozumieliśmy. Dziewczyna wybuchnęła śmiechem.

– Nie wiecie, co to jest?! – zawołała. – Nie widzieliście nigdy krosna? Ani kołowrotka? Chodźcie, pokażę wam.

Jej zaproszenie nas przeraziło, ale zarazem wydało się kuszące. Spojrzeliśmy z Pärtem po sobie i postanowiliśmy się odważyć. Musieliśmy zobaczyć te rzeczy o dziwnie brzmiących nazwach. I co mogłoby nam grozić ze strony jednej dziewczyny, byliśmy przecież we dwóch. Oczywiście, gdyby w jej chacie czaił się ktoś jeszcze…

– Jest tam ktoś? – spytałem.

– Nikt. Jestem sama, inni są na sianokosach.

Znów jakieś niezrozumiałe słowo, lecz nie chcieliśmy sprawić wrażenia tępych, skinęliśmy więc tylko głowami, jakbyśmy doskonale wiedzieli, co to są te sianokosy. Wzięliśmy głęboki oddech i weszliśmy do chaty.

Przywitał nas zdumiewający widok. W oczach aż zaroiło się nam od przedziwnych sprzętów, których izba była pełna. Stanęliśmy jak wryci, nie śmieliśmy zrobić kroku. Dziewczyna za to czuła się jak ryba w wodzie. Cieszyła się, że może przed nami zagrać ważną.

– A to jest właśnie kołowrotek – powiedziała i poklepała najcudaczniejszą rzecz, jaką widziałem w życiu. – Na tym się przędzie. Ja już potrafię prząść, chcecie zobaczyć?

Bąknęliśmy coś w odpowiedzi. Dziewczyna zasiadła za kołowrotkiem, a dziwadło zaczęło się kręcić i szumieć. Pärt westchnął z zachwytem:

– Byczo! – wymamrotał.

– Podoba się wam? – Dziewczyna nie kryła zadowolenia. – No, dobrze, już nie chce mi się prząść. – Podniosła się. – Co wam jeszcze pokazać? Proszę, łopata do chleba.

Łopata do chleba też zrobiła na nas wielkie wrażenie.

– A to? – spytałem, wskazując na ścianę, na której wisiał zagadkowy przedmiot w kształcie krzyża z przymocowaną figurką człowieka.

− To Jezus Chrystus, nasz Bóg – zabrzmiał jakiś głos. Nie należał do dziewczyny, a do mężczyzny. Pisnęliśmy z Pärtem jak myszy i chcieliśmy wypaść przez otwarte drzwi, ale nas złapano.

– Nie uciekajcie. Po co się tak gorączkować. Jesteście z lasu, prawda? Spokojnie, chłopcy, nie stanie się wam krzywda.

– To mój ojciec – rzekła dziewczyna. – Co z wami, dlaczego się tak boicie?

Wpatrywaliśmy się bojaźliwie w mężczyznę, który wszedł do izby. Był wysoki i wyglądał wspaniale ze swoją złocistą brodą i włosami. Również jego odzienie wzbudzało zazdrość w naszych oczach: miał na sobie jasną koszulę, takiego samego koloru spodnie, a na szyi zawieszony mały krzyż, przypominający ten, który zauważyłem na ścianie.

– Powiedzcie, dużo was jeszcze żyje tam w lasach? – zapytał. – Przekażcie, proszę, rodzicom, żeby porzucili swój upór! Wszyscy rozumni ludzie przenoszą się do wsi. To niepojęte, by w naszym stuleciu żyć w mrocznych gąszczach i pozbawiać się dobrodziejstw, jakie daje prawdziwa wiedza. Aż żal pomyśleć o tych nieszczęśnikach, którzy biedują w swych jamach, podczas gdy inne narody mieszkają sobie w zamkach i pałacach! Dlaczego to nasi muszą być gorsi? My też chcemy zasmakować tych samych przyjemności co inni! Przekażcie to swoim ojcom. Jeśli nie myślą o sobie, to mogliby przynajmniej ulitować się nad wami. Co z was wyrośnie, jeśli nie nauczycie się mówić po niemiecku i służyć Jezusowi?

Nie wiedzieliśmy, co odpowiedzieć na tę przemowę, a cudaczne słowa, jak „zamki” i „pałace” znów wprowadziły nasze serca w drżenie. Z pewnością musiały oznaczać coś jeszcze wspanialszego niż kołowrotek i łopata do chleba. Ach, jak chcielibyśmy je zobaczyć! Może naprawdę trzeba uprosić nasze matki, byśmy mogli choć od czasu do czasu chodzić do wsi i napatrzyć się na te wszystkie dziwy.

– Jak się nazywacie? – zapytał mężczyzna.

Wymamrotaliśmy swoje imiona. Mężczyzna poklepał nas po ramionach.

– Pärt i Leemet – po pogańsku. Gdy tu zamieszkacie, ochrzcimy was i dostaniecie imiona z Biblii. Ja na przykład nazywałem się kiedyś Vambola, ale już od wielu lat noszę imię Johannes. A moja córka to Magdaleena. Czyż nie pięknie? Wszystkie biblijne imiona są piękne. Cały świat je nosi, wielcy synowie i urodziwe córki wielkich narodów. I my, Estończycy, też powinniśmy. Mądry naśladuje mądrych, a nie ucieka przed nimi jak zbiegłe z zagrody prosię.

Johannes poklepał nas po policzkach i wypuścił z chaty.

– Idźcie do domów, porozmawiajcie z rodzicami. I wracajcie szybko. Wszyscy Estończycy powinni wyjść z tych ciemnych lasów, do słońca, do wiatru, bo on przynosi nam mądrość dalekich krain. Jestem sołtysem tej wsi, czekam tu na was. I Magdaleena będzie na was czekać, moglibyście się razem bawić, a w niedzielę modlić w kościele do Boga. Do zobaczenia, chłopcy! Niech Pan ma was w swojej opiece!

Widać było, że Pärta coś męczy, parę razy otwierał usta, ale nie zdołał wydobyć z siebie głosu. W końcu, gdy już naprawdę zaczęliśmy się zbierać, nie wytrzymał i zapytał:

– So… Sołtysie, a co to za kij? Ten z kolcami?

− To są grabie! – odparł Johannes ze śmiechem. – Gdy zamieszkasz z nami we wsi, też takie dostaniesz.

Na twarzy Pärta pojawił się szeroki uśmiech. I ruszyliśmy z powrotem do lasu.

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28

Projekt okładki: Zuzanna Leśniak

Redakcja i korekta: Urszula Obara

Skład i łamanie: Zuzanna Nowak

Redaktor naczelny: Fabian Cieślik

Copyright by ©Andrus Kivirähk

Translation copyright by © Anna Michalczuk-Podlecki

Copyright for Polish edition by © Wydawnictwo Marpress

Tytuł oryginału: Mees, kes teadis ussisõnu

Tłumaczenie i druk książki dofinansowane przez

Cultural Endowment of Estonia

Wydanie II poprawione

Gdańsk 2021

ISBN 978-83-7528-244-3

Wydawnictwo Marpress sp. z o.o.

ul. Targ Rybny 10B, 80-838 Gdańsk

tel. 58 303 1878, [email protected]

www.marpress.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek