Czerwony młoteczek - Dorota Kotas - ebook + książka
BESTSELLER

Czerwony młoteczek ebook

Dorota Kotas

3,7

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowa książka Doroty Kotas!

Gdyby to była książka dla dzieci i gdyby były w niej obrazki, a najlepiej, żeby były one takie, które można wyciąć, to chciałabym wiedzieć, gdzie byłaby zaznaczona linia ciągła, a gdzie linie przerywane. Wtedy może byłoby dla mnie jasne to, które z naszych elementów i części ciała byłyby przeznaczone do wycięcia nożyczkami, a gdzie dokładnie należałoby nas pozaginać i posklejać, w których konkretnie miejscach, tak żeby coś z tego wyszło – to znaczy ze mnie i z mojej matki albo raczej z nas obu. Pewnie byłaby to jakaś śmieszna szopka w zestawie z siankiem i żłobem, w którym śpią koty i dzieci, a dorośli nie potrafią znaleźć sobie dobrego miejsca i od żylaków bolą ich nogi, dlatego raczej siedzą przy stole i rozmawiają o polityce lub innych bardzo ważnych sprawach zajmując się bardziej gośćmi niż dziećmi, bez względu na to, kim są dzieci, to jednak w pierwszej kolejności dbają o tych, którzy przychodzą i widzą nas z zewnątrz – po to, żeby sobie czegoś złego nie pomyśleli na temat naszego klanu i żeby nie było wstydu. Fasady są za to ładne: złote tapety w kwiaty i talerz wędlin. Chociaż w niczym to nie pomaga.

Dorota Kotas

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 223

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (65 ocen)
20
20
12
9
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Banderius

Całkiem niezła

Przesłuchałem tej książki czytanej przez syntezator mowy Ivona, choć nie wiem, czy ten konkretny syntezator mowy nazywał się Ivona. Myślę, że najlepiej tak słuchać tej książki właśnie czytanej przez Ivonę. Bawiła mnie, a momentami bardzo i nie wiem czy to na miejscu. Zastanawiałem się, czy słuchać tej książki ironicznie, metaironicznie, postironicznie czy serio - bo nie wiem do końca, co znaczą te terminy, ale któryś na pewno pasuje.
30
magda883

Dobrze spędzony czas

Trudna do oceny książka, trudno mi było się w niej zatopić, inaczej niż w Cukrach czy Pustostanach. Mimo to oceniam ją wysoko, bo udzielały mi się emocje narratorki/autorki, czułam jej gniew i wkurzenie. Nie zaczynajcie od niej przygody z twórczością Doroty Kotas.
31
Magda_lom

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo gniewna i niepokorna książka, w której Dorota Kotas nie zamierza patyczkować się z czytelnikami. I dobrze! Przy czym nie warto wszystkich fragmentów tej książki brać dosłownie, w końcu narratorka to czerwony młoteczek, który ma kruszyć i burzyć to, co wokół jest złe. Warto to przeczytać z otwartą głową i przeanalizować emocje, które rodzą kontrowersyjne fragmenty.
31
dzust

Z braku laku…

Nie trafił do mnie ten gniew i chaos, choć wcześniejsze historie autorki bardzo sobie cenię.
20
bstrdbwn

Dobrze spędzony czas

Bardzo trudna emocjonalnie książka. Wylew, czy też zlew emocji, rozliczenie z matką i polską. Fragment analogii z psem wstrząsający.🤗
21

Popularność




Copyright © Dorota Kotas, 2023

Wydanie I

Warszawa 2023

Uwaga, opowiem teraz jedną historię, ale będzie ona dosyć szarawa, będzie pospolita jak trikolorowe kocięta, a jednocześnie dżdżysta, szorstka w dotyku jak stara kapa na wersalkę i podskakująca w miejscu, słowem naprawdę nieznośna. Chciałabym jednak na przekór temu zapowiedzieć ją trochę jak w cyrku. Proszę wyobrazić sobie dźwięk cyrkowych bębnów. W mojej głowie dudni on prawie non stop. Staram się go lekceważyć, ale tym razem wyjątkowo chciałabym użyczyć go szerszej publice i uszczknąć pół tonu z mojego zapasu na potrzeby uzupełnienia ćwierci linijki dokumentu o charakterze tekstowym. Pewnie można powiedzieć, że to zbyt efekciarskie – wielce prawdopodobne, że tak właśnie jest, ale nic nie szkodzi. Sądzę, że to i tak znacznie lepsze niż czołówka z lwem ryczącym w animowanej obręczy ze złotej taśmy filmowej albo jutrzenka nad zamkiem, o którym większość dzieci marzy na darmo. Bębny to jest przynajmniej konkret, a tandeta bywa smacznym posiłkiem dla hien. Nie pozwolę hienom czekać zbyt długo. Nakarmię hieny już w pierwszym kroku. Stoliczku, nakryj się. Niech ludzie i zwierzęta jedzą na moją pamiątkę. Może w ich smaku będą akurat nuggetsy z sarenki Bambi, które zaserwowane zostaną w Warsie, w wagonie restauracyjnym tej książki, która nie bawi ani nie uczy, ale może przynajmniej karmi i leczy, więc niech sobie jedzą i niech nie dzieje się wola nieba, nie, bo już i tak za wiele się działo, tyle się działo, że wszyscy od tego są stetryczali, mało komu chce się już żyć, a tak zakładam, bo mnie na pewno się nie chce. Teraz niech dzieje się co innego. Ale co? No więc mogą to być cyrki albo wycieczki autokarowe, wszystko jedno, jaka rozrywka, i najlepiej osadzona w ich braku, w żałosnej nudzie. Pewnego razu była sobie taka jedna książka i to była właśnie ta książka. Kot palił w niej fajkę. Jedyna bajka, którą potrafię opowiedzieć, jest właśnie o tym, że kot palił fajkę. Nic więcej nie ma. Co za rozczarowanie. Chcę mieć to za sobą. Dlatego też właśnie kończy się pierwszy rozdział. Nie ma tu numeracji, gdyż dawno temu wyrosłam z obiecujących baśni o tej królowej. Jeszcze zanim dojrzałam do jej monarchii, już mam jej dość. To jest zwykła książka. Składa się z papieru oraz z mocnych szarpnięć, które są spowodowane ostrym hamowaniem na zakrętach albo w sytuacji, gdy na drogę wbiegają dzieci. Nie lubię dzieci, a jednak jakoś muszę z tym żyć. To dobra okazja, żeby wyznać najważniejsze: nie lubię życia, a jeszcze bardziej nie lubię siebie w życiu. Chcę coś innego i żeby to było teraz. Dziękuję za usługę uwagi. Proszę o pilną realizację. Danke, tschüss, auf Wiedersehen!!!

#

Dawno temu byłam w ciąży z moją matką, ale tylko przez jakiś czas. Tak chciałabym zacząć książkę. Książka jest trochę jak spacer z oprowadzaniem, więc to nic nowego, ale ta przechadzka będzie raczej przypominać wycieczkę magicznym szkolnym autobusem Ms. Valerie Frizzle. Nie mam autobusu, ale sądzę, że trop, który wskazałam, to akurat bardzo dobra wskazówka, aby oddać klimat. Więc zaczynam. Zamiast autokaru może też być zwykła ciuchcia. Chociaż z pozoru nie ma w tym sensu – i dobrze, bo nie po to to jest ta wyprawa. Wszystko już było i było to zbyt nudne – pomyślał bóg maszynista. Dalej, bryło. Z posad świata nowymi cię popchnę na tory. Popchnę cię zawiązaną liną shibari, popchnę pod TE ELKA opóźnioną o trzy godziny. Akurat będzie tędy przejeżdżać pociąg, a ten pociąg będzie jedną z linii Kolei Mazowieckich. I wszystko jest w nim zepsute przez chuliganów. Na domiar złego jest to typowa TE ELKA: nie działa klimat, ludzie wyskakują przez okna, a małe pieski płaczą. W końcu przydaje się czerwony młoteczek. Można walić nim na oślep, w co popadnie, i tym samym sprawdzać, czy może akurat to zadziała i czy coś rozpadnie się w końcu zgodnie z planem albo wręcz przeciwnie – na przekór wszystkim rozkładom jazdy oraz harmonogramom. Ale zacznijmy od sensu: dalej, bryło, bież go i miażdżżżżżżżż. Nie jest to może eleganckie zawołanie, ale mnie całkowicie wystarczy, jeśli okaże się ono skuteczne, a jeśli nie, to i tak wnosi ruch, a jeśli coś wnosi, to niewątpliwie jest pewien plus. Jednak powiem prawdę: nie zależy nam na żadnych plusach. Wolimy szóstki z wykrzyknikiem i tylko to albo nic!!! My, czerwone młoteczki, jesteśmy nieprzyzwoicie zachłanne, a trening przyjmowania pochwał, aprobaty do dziennika mamy już za sobą. Wszystko jest na ocenę, nawet jeśli mówi się, że tak nie jest, no więc jak w końcu jest i po czym można to wnioskować? Jeśli o mnie chodzi, to osobiście oceniam ten system na cztery minus, z czego cztery jest za to, że znam go mniej więcej przez całe życie i jestem mocno przyzwyczajona, a minus za całkowity brak korzyści, głupotę, prostactwo oraz niezdrowe patociągoty matematyczne, ciągłą kalkulację, zyski i straty, a ja mam to szczęście, że jestem już całą stratą, na którą się zapisałam. Zaczynasz zbyt agresywnie – mówi moja dziewczyna, kiedy to czyta. To jak mam zacząć? Nie wiem, może bardziej miło, jakoś żeby nie obrażać ludzi i żeby się nie zniechęcili. Ale ja chcę, żeby byli zniechęceni i żeby zostali bez przymusu tylko ci zdecydowani, ci, co naprawdę chcą tu zostać, a innym przypadkowym osobom, które nie mają szansy mnie zrozumieć, tym zbyt głupim, poddającym ocenie, maniakom wkładania ludzi szuflą do szuflady, z miejsca mówię: wypierdalać. Jeśli to was bawi, to spróbujcie teraz sklasyfikować czerwone młoteczki i przyznać im swoje bardzo drogocenne punkty mocy, powodzenia.

Sens jest dla facetów, ale tylko dla mięśniaków zapiętych pod szyję, którzy w cokolwiek by byli ubrani, to zawsze są zapięci pod szyję, i to jest ich cecha charakterystyczna. Dawno temu ich mamy zapinały im bluzę od dresu na suwak. Mięśniacy mówili: mamo, uważaj, tylko nie przytnij brody. Ale niestety, przycięła ją, więc teraz mięśniacy nic innego nie robią, tylko krzepną w strachu i właśnie od tego napięcia rosną im muskuły, a od ich ucisku mięśniacy ciągle powtarzają: to nie ma żadnego sensu. Mówią to na zapas i wydaje im się, że tym razem wszystko będzie dobrze, że są bezpieczni, chociaż to nieprawda, nie wywiną się. To, czego nie chcą, dopadnie ich. To coś wejdzie do środka nawet przez dziurki od nosa. Nie ma ratunku, nawet gdy jest się zapiętym pod szyję na bardzo dużo czarnych guziczków i kiedy nosi się biały kołnierzyk albo coś w tym stylu – wejdę tam, obiecuję – mówi Ms. Valerie Fritzzle – możecie sobie drżeć, tylko nie rośnijcie już więksi, bo każdy dodatkowy centymetr to już naprawdę zbyt wiele. Jesteście i tak przerośnięci – znacznie więksi niż, lekko licząc, połowa ludzi na świecie, tych ludzi, którzy są kobietami – a znając wasze zapędy do wzrostu, to pewnie nawet nie jest wam głupio ani nie przychodzą wam one do głowy, kiedy myślicie o ludziach. Za to ja dobrze wiem, kto z rodziny zjada na obiad największy kotlet schabowy. Świetnie zdaję sobie sprawę także z tego, że zajmuję właśnie miejsce, co do którego wydaje wam się, że jest ono wasze własne i że to miejsce powinna wypełniać pożyteczność, tani i przeżuty sens oraz mnóstwo pożywnych białek. Ale ta maszynka do mielenia nie jest w moim guście – to mi nie smakuje, ale czy to oznacza, że nienawidzę mężczyzn? Nie, to zbyt duże uproszczenie, jednak z pewnością trudno jest mi zdzierżyć tradycyjnie rozumianą męskość, tę ideologię, którą wymyślono specjalnie do rozporządzania moim ciałem. Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o męskość, to najbardziej chciałabym ją pożreć. Ale nie robię tego, tylko biorę małego gryza z tej kanapki i już. Ochroniarze przy wejściu zostają pokonani. Jęczą teraz w swoich uniformach niezrozumiałe zaklęcia, których moc polega tylko na tym, że komuś się wydaje, że jest ona tam, gdzie jej nie ma. Plakietki z napisem „ochrona” oraz ostrzeżenia zawierające słowa, takie jak „stać”, „brak przejścia”, „wstęp tylko dla personelu” i inne tym podobne obostrzenia, porywa podmuch powietrza prosto z krtani. Nie ma kapitalizmu, nie ma mężczyzn. Jest tylko lekki wietrzyk, a jego podmuch kołysze do snu gałązki małych pomidorków. Dojrzewają one w oczekiwaniu na nowe lepsze kanapki, tym razem w wersji wege. To nie terror. To tylko natura nie chce już jeść pastrami z ludzi. Natura nami rzyga. Pakowane próżniowo plastry z ludzi stają się przeżytkiem. Użyteczność wychodzi z użycia, właśnie zamyka się ten portal, bo nikt go już nie potrzebuje. Szkoda, że jestem już tak stara. Szkoda też, że spędziłam w kolejce tyle czasu, a była to większość życia. Szkoda, bo może wcześniej mogłabym od razu przemknąć tam, gdzie chciałam być – bez straty czasu zużytego na analizę cytatów z przemówień marszałka Józefa Piłsudskiego albo jego kumpli i bez męki pisania zgodnych z kanonem wypracowań na podstawie książek prawie samych mężczyzn – w przeliczeniu czterdziestu siedmiu autorów na sześć autorek w spisie lektur do matury w roku dwa tysiące trzynastym, zgodnie z tym, co obliczyłam, a nawet nie musiałam specjalnie liczyć, bo to i tak się rzuca w oczy. To nieładnie, słaby start, ale można wysoko się odbić. W uproszczeniu szkoła działa jak trampolina: lista lektur, edukacja, rodzina jako podstawowa komórka społeczna, toaleta oznaczona kołem lub trójkątem, z tym że nigdy nie wiem, którą figurą jestem, a nie mogę wybrać, nawet dział w sklepie odzieżowym z damską chujowej jakości modą i tą solidną modą najlepszej jakości zwłaszcza w dziale męskim myśliwskim, a do tego odgórny podział na kolory, podział na fryzury i na liczbę sutków, których wolno nie ukrywać w nienegocjowalnych proporcjach zero albo męskie dwa, domowe obowiązki, honoraria i uściski dłoni lub klepnięcia po pośladkach w pracy oraz oblepienie chciwym wzrokiem – ten porządek jest wspaniały, ale tylko do wyskoków lub obalenia. Powoduje, że po zakończeniu edukacji, na którą składa się głównie przyswajanie serii zakazów ustanawianych przez mężczyzn z myślą o kobietach, jedyne osoby, których pragnę słuchać, to są Sylvia Plath oraz jeszcze Virginia Woolf i kilka innych autorytetek ich pokroju – do których feminatywu surowo zakazuję przyjebywać się z tego miejsca. Koniec poczekalni. Problemem jest tylko siła odśrodkowa. Po tej szkole, przez którą czuję się tak bardzo oszukana, nie interesuje mnie zbyt mocno, co w ogóle mają do powiedzenia inni ludzie na temat tego, co powinnam robić. Chyba że mówią mi to ludzie posługujący się dla odmiany narracją wolną od skazy patriarchatu – od jego trucizny – czyli głosy kobiet albo osób, które nie są mężczyznami. Gardzę inną perspektywą. To nie nienawiść ani nie uraza, to jest tylko moja fizjologia: mdłości wywołane szybkim tempem życia, pochylaniem głowy w trakcie jazdy oraz obsługiwaniem podróżnych klasy premium, do której nie należę. Więc głosy poza dominującą perspektywą – to antidotum. Lek na zło. Cały patriarchat. Skażenie biologiczne atmosfery. Grzybnia w oświacie pożerająca autorki na rzecz autorów. Czekam na głosy, że czytanie kobiet, słuchanie kobiet i interesowanie się tym, co wreszcie one mają mi do powiedzenia, to jest dyskryminacja mężczyzn i nie zesrajcie się.

#

Jeśli są inne życia, to ja w innym życiu mogłabym być cyrkowcem. Z tego życia byłby przynajmniej taki pożytek, że umarłabym w ładnym i połyskliwym ubraniu jako oficjalna, zawodowa dziwaczka posiadająca licencję na swoje występy oraz certyfikat z urzędu. Nikt nie śmiałby go zakwestionować. Miałabym wierną publikę, która rzucałaby kwiaty na scenę. Gdyby nie chciało mi się uśmiechać do tłumnie zgromadzonej widowni, mogłabym użyć bardzo dużo szminki i tony brokatu zamiast uśmiechu. Przerysowane makijaże doskonale rekompensowałyby drobne niedociągnięcia mojej mimiki twarzy. Włosy spinałabym w ciasny koczek, żeby móc wtykać w niego świecące diody. Nosiłabym getry i byłabym szczupła od ciągłych treningów. Żywiłabym się owocami i kukurydzą. Spałabym wtulona w prawdziwe niedźwiedzie grizzly. Niedźwiedzie mogłyby rozszarpać mnie w każdej chwili. Jednak to by mi zbytnio nie przeszkadzało. Znałabym język zwierząt i unikałabym jakichkolwiek konfliktów. Zarabiałabym mnóstwo pieniędzy, a może jednak mało, ale to nieważne, bo koszty utrzymania i wszelkie opłaty i tak miałabym niskie, zamieszkując rzecz jasna wozy cyrkowe. Wszystkie zarobione pieniądze wydawałabym na nowe ubrania dla moich małp. Ich ubrania byłyby szyte na zamówienie. Moje ubrania byłyby kupowane w lumpeksach albo na Vinted. Nie musiałabym wcale trudzić się z ich dopasowaniem, ponieważ pasowałyby na mnie wszystkie ubrania, jakie tylko by mi się podobały. Z innych udogodnień: kochaliby mnie różni ludzie, a szczególnie ci nieznajomi. Nie musiałabym specjalnie zabiegać o ich miłość – byłaby ona zwykłym efektem ubocznym. Takie jest życie, a raczej bywa, a najbardziej takie właśnie mogłoby być, gdybym tylko urodziła się jako cyrkówka. Byłabym piękna i wygimnastykowana. Może nawet trochę lubiłabym swoje ciało – ale bez przesady – dużo mniej niż wszystkie inne kostiumy, jakie przechowywałabym w swoim podróżnym kuferku wysadzanym kryształkami Swarovskiego. Robiłabym swoim ciałem sztuczki magiczne. A chwilę później mogłabym zostać przypadkowo pożarta albo spłonąć w podwieszonej na szczycie namiotu obręczy, żeby nie było mi zbyt wesoło. Mogłabym również skręcić kark, spadając na arenę pod nogi klaunów i koni, zostać przez nich stratowana i rozczłonkowana jak jakaś święta. Różni ludzie biliby brawa, bo myśleliby, że pokaz jest mimo wszystko dopracowany pod względem technicznym. Jasne, momenty grozy mogą zdarzyć się w sztuce scenicznej, ale to tylko momenciki, dawki homeopatyczne, kontrolowane i odwracalne, które tuszuje kupa śmiechu przed takim zdarzeniem i po nim, w końcu na widowni są dzieci. Ktoś chyba powinien ogarniać ten majdan – myśleliby tak, ale nie mieliby racji. W końcu jednak ktoś musiałby przestać się okłamywać i zorientować się, co się naprawdę stało. Jednak nikt nie mógłby zadzwonić po pomoc: wszystkie smartfony byłyby rozładowane od robienia swoim ludziom serii zdjęć na wielbłądach. Tymczasem moja krew wsiąkałaby w piasek. Dzieci z pierwszego rzędu może dostrzegłyby w tym wypadku okazję, żeby porobić babki, jednak nie robiłyby ich, ale tylko dlatego, że nie miałyby ze sobą foremek i wiedziałyby, że nie wolno im brudzić rąk, bo nie dostaną jeść.

Trigger warning: dużo myślę o śmierci.

No więc śmierć. Zadaję sobie o nią wiele pytań, bo o polskę podobno nie wolno, zakazał tego jeden piosenkarz, ulubiony piosenkarz polski, chociaż o nią też zadaję sobie pytania, wiadomo, lubię zagadki. A jednak częściej pytania o śmierć niż kraj. Śmierć aż tak mnie nie mierzi i wydaje się mniej oklepana od polski wyklepanej srogo chyba podczas jazdy okrakiem na opak na kasztance o krzywym pysku. Ale zostaw ją, wypierdalaj – słyszę ten głos wycharczany tonem prosto z gardła pierwszego lepszego zbira patrioty, a jednak ten zbir znika, kiedy tylko zamykam oczy i jestem wtedy sam na sam z jego polską. Mogę z nią robić, co chcę, a może zagramy w jengę. Spróbuję, zaproponuję jej grę. Zawsze to jakaś atrakcja, która nadaje się dla dwojga znudzonych ludzi i nie wymaga prądu, a to jeszcze jeden z bardzo wielu plusów, które składają się łącznie na wielką wspaniałą rzeźbę. Jenga nie brudzi rąk, więc bawmy się, bawmy, bawmy aż do porzygu, dzieci lubią się bawić, czy nie mam racji? Może pomieścimy jeszcze kilka szczelin w szkielecie, a może jeszcze więcej, więc sprawdź i daj znać, pe es, tylko szybko. Na pewno możemy zabrać sobie jeszcze i jeszcze więcej. Bez zahamowań, byle rosnąć i nie stać w miejscu. Jeszcze wyżej, pod samą jarzeniówkę nad stołem rośnijmy!!!! Niech w końcu zrobi się ciepło i niech będzie upał. Nie wiosna, nie lato. Niech leje się żar. Żeby dało się jeszcze coś poczuć przez poliestrowy nabłonek, zapach grilla, ale inny niż zwykle, bo pozostawiający w ustach różne zapomniane smaki z dzieciństwa, nawet gdy zawsze było tam pusto i gdy nie było co jeść, to puści w środku wysoko… wtem: STOP!

To jest moment, w którym można jeszcze powiedzieć: nudzi mi się, i iść do domu. Gdziekolwiek on jest. Ostrzegam, ponieważ jest to książka pełna ostrzeżeń. Gdyby była ona drogą krajową, powiedzmy, że drogą numer trzy, to cały pierwszy odcinek mieniłby się na żółto. Od poruszania się tą drogą dostawałoby się żółtaczki, a na poboczach rosłyby wyłącznie niesforne gąszcze rudbekii i nie byłoby tam żadnej innej roślinności, ale te rudbekie byłyby dorodne, a chce się życia dorodnego podobno, bo ja na życiu się nie znam, ale takie właśnie dochodzą mnie zlepy. Ta część książki służy przede wszystkim do rzucania zaklęcia. Natomiast w kolejnym akapicie hipotetycznie zaczyna się już prawdziwa książka. Hipotetycznie, ponieważ nie chcę zbyt wiele obiecywać. Nie po to tu jestem. Jestem tu po to, aby roztrzaskać okna i rozsadzić w pył ściany, takie bowiem jest moje zadanie – moje, czerwonego młoteczka, narratora tej książki. Teraz się rozkręcam. Rozkręcam się z opasania zabezpieczającego drucika oraz z przesiąkniętych żółtym powietrzem firanek. Jeśli ilustrację do tego fragmentu będą rysować dzieci, to na ich obrazkach powietrze w tle będzie właśnie takie: nie chamsko niebieskie, a żółte, powietrze jak siki do oddychania, drugi chamski odcień z palety Bambino, a tlen to będzie ulepek zrobiony ze śmieci z temperówki roztartych na kartce palcem. Dzieci znają się na rysunkach i wiedzą coś o tym, jak walczyć o każdy oddech, więc książka się teraz dla nich zaczyna, a później zacznie się pewnie raz jeszcze od nowa – taki jest mój kaprys, a tak naprawdę to ta książka zacznie się pewnie jeszcze przynajmniej trzy razy, i to zanim się na dobre rozkręci, a jeśli to nastąpi, jeżeli rozkręci się zgodnie z planem, to wejdzie ona wprost do piruetu, bo taka właśnie jest jej choreografia. Książka-tancerka-jebana. Będzie ona kręcić się w kółko, a od patrzenia na te podrygi ludziom wypadną oczy. Nie wiem, co jeszcze się stanie, i nie będę zgadywać, choć mogłabym, obiecuję, mam wyobraźnię, ale najgorsze, że jest to wyobraźnia opanowana przez pleśń, okruchy i nietoperze. Nie chcę złorzeczyć. Wiem jednak z doświadczenia, że rzeczywistość należy zaklinać. Ponieważ rzeczywistość to węże. Zbyt gorące lub zbyt zimne wieczory węży. Węże kąsają: kąs, kąs!

#

Wszystko się rozpada. Ciągle czuję, że nie dam rady, ponieważ. Wszystko się rozpada. Jak można w takim świecie napisać książkę! – to nie jest ani okrzyk, ani pytanie. Gdzie jest nowa ortografia wystarczająca na nowe czasy? – otóż to jest pytanie w sąsiedztwie ogryzków z archeologii dawnej gramatyki z jakiegoś starego życia. Proszę mi powiedzieć, czy można pisać książkę i udawać, że to się wcale nie dzieje, że w tym czasie jest tylko ta książka, a nic więcej nie ma. Jest wszystko jak dawniej, samo dawno, proste czasy, te strasznie stare, kiedy było spokojnie i możliwie łatwo, oczywiście nie na sto procent, ale nie jestem wymagająca, natomiast istnieje prosta zasada, że im wokół mnie niespokojniej, tym gorzej jest ze mną – gorzej, żałosne i mało odkrywcze! Co to znaczy gorzej, proszę zaznaczyć na wykresie liniowym, dziękuję! Powinnam jednak radzić sobie lepiej, bo nie mam jeszcze naj-gorzej. Czy ktoś jeszcze tak ma, a czy jest ktoś, kto ma naj? Hej, a może teraz ja będę pytać. Może to jest jakiś pomysł. Przynajmniej, powiedzmy, pomysł na nowe spotkania autorskie. Warto go wziąć pod uwagę. Przychodzą różne osoby. Większość osób jest zapewne mądrzejsza niż ja, ale może nie wszyscy, jezu, oby nie. Niemądre osoby przyjdą na spotkanie i kiedy tylko będzie można zadać pytanie, to wtedy niemądre osoby zgłoszą swoje uwagi: znalazłam w pani książce błąd ortograficzny, a nie uważam, żeby mogła pani nie mieć uczuć religijnych, gdyż zakładam, że chyba ma pani jakieś uczucia, dlatego też proszę tłumaczyć, dlaczego jest w książce ten błąd albo nie! Lepiej niech pani nic nie mówi, a ja wytłumaczę, że znalazłam taki oto błąd religijno-ortograficzny, co zapewne jest z winy tych komputerów i oby to była prawda, no ale przecież komputery istnieją, więc jest cień szansy i nie skreślajmy od razu całej książki, a kiedy już moje pytanie chyli się już ku końcowi, to z tego miejsca dziękuję bardzo, że mogłam być z państwem, bo bawiłam się naprawdę szampańsko i jestem zdania, że nie ma nic lepszego niż udane wieczorki, koniec pytania, oddaję mikrofon – jaki śliczny sprzęt, a może mogę go zabrać do domu, czy będzie jeszcze potrzebny? [koniec żartu].

Jestem lekko rozbita tym, że wiele osób mylnie uważa mnie za miłą dziewczynę. Nie mam w sobie wiele z miłej dziewczyny. Na ogół bardzo szybko wychodzi to na jaw. Wystarczy spędzić ze mną kilka godzin, a w nocy po spotkaniu autorskim wystarczy nawet dziesięć minut. Wpadam wtedy w całkowitą histerię, niewidzialną z daleka, i jestem gotowa podważyć WSZYSTKO, co kiedykolwiek o mnie powiedziano. To sroga dysocjacja: wydaje mi się, że nie jestem tą samą osobą, na którą wszyscy patrzą. Nie jestem nią, ponieważ zdecydowanie nie jestem osobą, która lubiłaby występować, a w nocy po spotkaniach jestem bardziej tą drugą osobą, tą, która nie wie, co ze sobą zrobić, angażuje się bez sensu w dyskusje światopoglądowe w internecie w komentarzach pod artykułami na Onecie albo na Wyborczej, i zdrapuje z siebie skórę, a później ma wrażenie, że zacisnęły jej się płuca i zupełnie nic do nich nie wpada, dlatego na pewno zaraz umrze, i to byłoby na tyle. Moja dziewczyna posiada ograniczoną cierpliwość i na początku mnie pociesza, później idzie spać, a na koniec zaczyna krzyczeć, że za życie ze mną biblioteki, domy kultury, telewizje i różne portale informacyjne, które o mnie piszą, powinny wypłacać jej odszkodowania, gruby hajs za życie ze mną zaraz po tych ZDARZENIACH, które rozbijają mnie praktycznie do ruiny, cha, cha, do pustostanu, ale ciągle zgadzam się brać w nich udział i przyjmuję prawie wszystkie zaproszenia, bo nie chce mi się mieć już żadnej innej pracy, a czasami robię to za darmo, bo wydaje mi się, że jeśli się nie zgodzę, to w przestrzeni publicznej nie będzie wystarczającej reprezentacji osób takich jak ja i nikomu wtedy nie pomogę w myśleniu, że wszystko jest z nim ok albo że wszystko jest ok z czyjąś – na przykład z jakiejś starszej pani w bibliotece w małym mieście – wnuczką, która jest lesbijką, a ja strasznie chciałabym im pomóc i żeby wszystkim lesbijkom na świecie żyło się łatwiej niż mnie, oraz obsesyjnie myślę o tym, że jeśli odmówię, to na moje miejsce na pewno zostanie zaproszony jakiś straszny, stary, kapryśny dziad, który będzie wszystkich obrażać, i to też nikomu nie pomoże. Panie z biblioteki dzwonią i przekonują: młode osoby LGBT+ bardzo na panią liczą, a przy okazji może przywiozłaby nam pani swoje książki do biblioteki? Sami nie mamy gdzie ich kupować. Nie mamy księgarni. Kiedyś była, ale już nie ma. Teraz księgarnie są chyba tylko w Warszawie? Na pewno u nas nie ma, a pani, jak jest pisarką, to na pewno swoich niepotrzebnych książek ma pani dużo, więc może pani zostawić je u nas. Nie ma problemu. Proszę przywieźć te swoje książki. Wystarczą nam nawet trzy. Jedna książka byłaby dla mojej bardzo zdolnej córki studentki, a druga dla mnie. Trzecia byłaby dla młodych ludzi, którzy bardzo na panią liczą. Na pewno chętnie by przeczytali panią, więc zapraszamy, proszę ich namówić do czytania.

Jadę tam i występuję. Czasami sadzają mnie na dworcu, gdzie jest czytelnia i podobno świetna akustyka. Za mną siedem banerów, a na każdym krzesełku torby z ulotkami i pamiątkowe długopisy. Czasem torby z logo miasta, których nigdy nie użyję i które zostawię na dworcu – może ktoś się ucieszy. Jeśli zapomnę je zabrać – biblioteka wyśle listem poleconym. Spędzę w kolejce na poczcie półtorej godziny, żeby zrealizować awizo i odebrać kopertę bąbelkową zawierającą długopis oraz foldery informacyjne o atrakcjach turystycznych miasta, w którym zazwyczaj staram się spędzić jak najmniej czasu. Panie z biblioteki będą dopytywać: gdzie jest pani walizka z książkami? Podróżuje pani bez walizki wypełnionej książkami? To niemożliwe! Co z pani za pisarka, jeśli nie ma pani swoich książek zawsze przy sobie, żeby je wszystkim rozdawać? A gdzie jest pani dziewczyna? Podróżuje pani sama pociągiem? To jak w ogóle daje sobie pani radę, jeżeli twierdzi pani, że ma autyzm? Staram się to przetrwać nienaruszona. Wiem, że gdy tylko schronię się w pociągu powrotnym pełnym obcych ludzi, którzy nie znają mojego nazwiska i nie wiedzą o tym, że jestem w spektrum autyzmu – wtedy wszystko będzie już dobrze i z górki do domu. Ale to trwa, trochę trzeba przedtem pobyć, pozachęcać. Zilustrować czytelnikom, czym jest ta Kotas, o której słyszeli w bibliotece i którą przyszli obejrzeć za darmo. Pewnie myślą: czy będzie z kotem? Oby, bo bez kota to nuda patrzeć tak przez godzinę na zwykłą osobę, jak męczy się przed innymi zwykłymi osobami na prowizorycznie zaaranżowanej scenie ze szklanką wody. A czy przyjedzie z dziewczyną? Oby, chętnie obejrzymy tę jej dziewczynę, bo w internecie jej nie było, nie znaleźliśmy nazwiska, wieku i miejsca pracy, więc może chociaż teraz się trafi. Pewnie niektóre osoby są miłe i będą wstydziły się do mnie podejść. Ale niektóre osoby przez całe spotkanie będą tylko czekać na moment, kiedy można będzie wstać i powiedzieć coś przez mikrofon, zazwyczaj coś takiego: jestem [imię] trzysta lat na emeryturze. Pracowałam całe życie w szkole i nie czytam już żadnych książek, bo i tak zaraz umrę. A dlaczego pani ma takie włosy, przepraszam, nie ma pani włosów? Niech nam pani opowie, co to oznacza. Książki nas nie interesują, bo żeby czytać, trzeba mieć czas. Żeby o nich rozmawiać, też trzeba mieć czas. Zajmijmy się więc fryzurą!

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Projekt okładki Jakub Zasada

Projekt typograficzny i skład Robert Oleś

Redakcja Kamila Zimnicka

Korekta d2d.pl

ISBN 978-83-67121-31-6

Wydanie I

Warszawa 2023

Wydawnictwo Cyranka

al. Promienistych 6, 02-648 Warszawa

wydawnictwocyranka.pl

sprzedaż: [email protected]

redakcja: [email protected]