Pustostany - Dorota Kotas - ebook + książka
NOWOŚĆ

Pustostany ebook

Dorota Kotas

4,0

61 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy można nie mieć pracy przez rok, chociaż życie jest nieprzyjemnie drogie? To jest książka o tym, jak się mieszka w domu z widokiem na kulę ziemską, czym można się pożywić w mieszkaniach zmarłych sąsiadów, jak się czuje pani w kiosku Ruchu i kto kradnie spod domów azalie. Jedna z bohaterek postanawia zamieszkać w wannie, bo jest jej smutno w Warszawie. Ale wbrew pozorom to bardzo wesoła i pouczająca książka. Można się z niej dowiedzieć, jak powstaje człowiek albo z czego ugotować Polsce smaczną zupę. Poza tym moc wskazówek dla roślin jak opiekować się ludźmi i dzieje z życia bazaru. Można kupić i czytać zamiast żyć – świetny pomysł na każdą porę roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 204

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Copyright © Dorota Kotas 2019 All rights reserved
Copyright © Sojka&Sojka spółka jawna, Warszawa 2019
Ilustracja na okładce i ilustracje: KAROLINA LUBASZKO
Projekt graficzny: KUBA SOWIŃSKI
Redaktor: KLAUDIA STĘPIEŃ
Wydanie I
ISBN 978-83-66324-13-8
wydawnictwo niebieska studniawww.niebieskastudnia.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Prolog?

Wczoraj znalazłam w szafie latarnię morską. Zupełnie przypadkowo. Chciałam wynieść ją z domu, ale była bardzo ciężka i mało poręczna. Kartonowe opakowanie kruszyło się w rękach. Zdecydowałam się stoczyć ją po schodach. Ale wtedy latarnia pękła i pokruszyła się jej głowica. To wydarzyło się na wysokości ostatniego półpiętra. Na szczęście nikt niczego nie widział, bo na tym poziomie mieszkają tylko zmarli, a ja szybko zmiotłam szkło butem pod ich wycieraczki i udeptałam, żeby nie pozostały żadne ślady. Później wytoczyłam latarnię morską przed kamienicę i zostawiłam ją pod drzwiami – z kartką, że jeśli ktoś ma ochotę, może ją zabrać do domu. Ale nikt taki nie znalazł się do tej pory.

Mój dom – czyli po prostu ten, w którym mieszkam  – ma dużo skrytek, w których można znaleźć wspaniałe przedmioty – większość rzeczy potrzebnych do życia oraz wszystko to, czego się nie potrzebuje w ogóle i co do niczego się nie nadaje. Najważniejsze skarbce to cztery piwnice, strych oraz nieczynne poddasze z porzuconą pracownią krawiecką i kompleksem zoologicznym, czyli cmentarzyskiem gołębi, których martwe ciała leżą na podłodze, a kości chrzęszczą, kiedy otwiera się drzwi. Ten dom – czyli kamienica, w której z większości lokali nie wydobywa się żaden dźwięk, bo prawie wszyscy mieszkańcy po kolei, podobno niespodziewanie, umarli na raka. Nocą w oknach od strony ogrodu widać na przestrzał jasną ulicę. Czasami wpada też więcej światła. Kiedy samochód parkuje obok bramy albo gdy na zapleczu centrum fitness, w molochu po drugiej stronie drogi, zapalają się neonowe wrzaski FIT i SLIM – wtedy do mieszkań na dole dostaje się ruch, tak naprawdę nieistniejący, ale pozostawiający fałszywe obietnice. A ja, kiedy zbiegam po schodach z pierwszego piętra, przekręcam dla sportu sparaliżowane gałki wszystkich drzwi po drodze. W ten sposób razem stwarzamy życie. My, którzy żyjemy. Dzięki nam rosną kwiaty i drzewa. Fikus na parapecie w pokoju, do którego brakuje klucza, nie usycha od kilku lat, bo uwięzione w praskich pustostanach rośliny czekają na ludzi i wiedzą, że to ma sens.

Zmarli to moi ulubieni sąsiedzi. Pod drzwiami ich mieszkań, do których nikt już nie wchodzi – bo niby po co, a zresztą i tak nie ma nawet kluczy, żeby tam wejść – leżą wspaniałe wycieraczki nieocenionej jakości. Nie zużywają się miesiącami i wyglądają jak nowe co najmniej dwa razy dłużej w porównaniu z tymi, które kupuje się na bazarze. Czasami robię podmianę, kiedy moja wycieraczka jest zniszczona. I nikt nie ma nic przeciwko temu, bo dla zmarłych sprawiedliwość to w dużej mierze kwestia bez znaczenia. Często przychodzą też do nich listy, które otwieram i czytam, żeby się nie zmarnowały. Odkąd skrzynka się zepsuła, korespondencja czeka przeważnie bez celu pod drzwiami. Zaczęłam ją zbierać, kiedy zrobiło się jej naprawdę dużo. Czasami, kiedy ma się dużo szczęścia, idąc po schodach, można zobaczyć, jak koperty z ZUS-u, foldery reklamowe salonów meblowych Bodzio i pizzerii z całego Gocławia oraz kartki pocztowe z Kanady są wsysane do pustych mieszkań przez lukę przy posadzce. Tak jakby ktoś, kogo nie ma, pochylał się nad szczeliną po drugiej stronie i wciągał listy ustami, a później połykał i przechowywał w nieczynnym żołądku.

Latarnia morska należała chyba do jednej z nich, czyli jednej z martwych. Znajdowała się w szafie Haliny Mączyńskiej, tuż obok starodawnej protezy nogi z tworzywa sztucznego i planów rozbudowy szklarni z 1966 roku. Żeby się do nich dostać, trzeba było odsunąć arabski telewizor przykręcony na stałe do szafki, zestaw bezpańskich portretów ślubnych, minimagiel i minigrill. Te czynności zajęły mi dłuższą chwilę, ale przyniosły wiele satysfakcji. A kiedy stałam już z latarnią morską na schodach, poznałam pana Krzysztofa. O tej porze był już trochę pijany, bo zbliżało się południe, a w naszych rejonach, czyli na wschodzie Warszawy, właśnie tak przyjęło się żyć. Pan Krzysztof zapytał, dlaczego wyrzucam takie piękne rzeczy i czy mi nie żal. Bo obok nas stał też karton wieszaków oblepionych ptasim gównem, leżały jesionki z okolic przełomu ery futer naturalnych i ery skaju, dwumetrowa plastikowa choinka i kilka butów nie do pary, ale za to nowych. Zainteresował się też, czy jestem Polką, czy mam męża i czy jestem po rozwodzie oraz dlaczego nie, a także czy chcę zjeść z nim zupę. Nie byle jaką, bo zupę instant ze sklepu Asia Deli, nazwanego pewnie na cześć jakiejś Joanny, znajdującego się blisko mojej kamienicy i wyglądającego tak, jakby trwał w nim nieustanny remanent. W tym sklepie mieści się tylko kilka półek, wypełnionych wyłącznie zupkami chińskimi, różnymi rodzajami, o smaku glutaminianu sodu i aromacie identycznym z naturalnym. Poza tym nic więcej nie można kupić, ale po środku niewielkiego sklepu i tak stoi duży wózek na zakupy, jedna sztuka wspólna dla wszystkich klientów, których ani tam nie ma, ani nigdy nie było. Nastrój panuje trochę apokaliptyczny, czyli dopasowany do oferowanego produktu. I z uwagi na te okoliczności scena z latarnią morską, panem Krzysztofem i jego zupą trochę mnie wzruszyła. Nie chciałam się przyznać, że zupa z proszku to moje ulubione danie ani że to najbardziej spontaniczna propozycja, którą dostałam przez ostatnie dwadzieścia cztery lata. Dlatego szybko uciekłam na strych i wstydziłam się zejść, dopóki nie zaczęłam się bać nie schodzić.

Tego dnia chciałam uporządkować poddasze i wynieść z domu niepotrzebne przedmioty, żeby zrobić na górze pracownię, w której będę mogła napisać książkę. Na razie nie mogę pisać, ponieważ nie mam pracowni. Ale wymyśliłam już tytuł i wiem, jak będzie wyglądała okładka mojej książki – niedawno miałam o tym wspaniały sen – dlatego czuję się trochę tak, jakbym ją prawie skończyła. W pewnym stopniu stanowi to dla mnie powód do samozadowolenia. Mam poczucie, że większość pracy jest za mną. Wystarczy, że pomaluję ściany, naprawię elektrykę, wymienię okna, zerwę linoleum, ustawię przy oknie stół, kupię odpowiednie kwiaty, uszyję dywan, napiszę kilkaset stron, upiekę świąteczne ciasto jak prawdziwa kobieta, która dobrze sobie radzi, i wtedy będę mogła wysłać książkę do wydawnictwa, a potem od razu cieszyć się życiem jak wszystkie sławne pisarki, którym zazdroszczę, chociaż ich nie znam. Nawet jeśli nikt mnie nie wyda. Bo zniknie wtedy wiele trudności. Kiedy ktoś mnie zapyta, jak określiłabym siebie jednym słowem, odpowiem: „pisarka”. A gdy poznam nową osobę, nie będę musiała zastanawiać się już, kim jestem i co robię w życiu, będę mogła za to śmiało powiedzieć: „Jestem pisarką”. Pozbędę się też jednego z kluczowych i najwstydliwszych problemów w życiu. Książka będzie już napisana, więc nigdy więcej nie będę musiała wymyślać odpowiedzi na pytanie, o czym będzie, ani czuć paniki, że tego nie wiem. Ale na razie jestem nikim i to jedna z niewielu sprawdzonych informacji, których mogę bez zawahania udzielić na swój temat.

Jeśli nie wyjdzie mi w życiu, zostanę bizneswoman. Będę wtedy chodzić do pracy na plac Szembeka, na bazar znajdujący się dwie minuty pieszo od domu, w którym mieszkam, i będę rozkładać w przejściu koc, o który wszyscy będą się mogli potykać, a na tym kocu będę sprzedawać wegańskie ciasto o smaku sukcesu oraz lemoniadę. Obok mnie będą siedzieć grube kobiety na stołkach wędkarskich i ich oskubane indyki; Cyganki z naręczami firanek, obok których nie można przejść, nie odpowiadając na pytanie, czy firanki pani ma w doma; straganiarze z idealnym awokado po pięć złotych za trzy sztuki, codziennie promocja; chłopcy o nalanych twarzach handlujący nalewką w butelkach po syropie malinowym do herbaty, serwowaną prosto z bagażnika opla oraz Azjatki z neonowymi majtkami na sznurku, podwieszanymi w formie girlandy w namiotach z folii PCV – we wszystkich rozmiarach świata. Wtedy spełni się moje marzenie o pracy blisko domu i do której można zabierać psa, a to będzie piękne, proste życie wśród lokalnej społeczności i miejscowego folkloru. Życie sprzężone z cyklem pór roku i rytmem wirującej wokół Słońca planety Ziemia, mojej ulubionej. Na tym bazarze w deszczu handluje się z reklamówką na głowie, przy mrozie trzeba omotać się kołdrą puchową, a w upale chłodzić Perłą pod ladą. Jest jednocześnie swojsko i egzotycznie; mikropaństwo bazar przyciąga emigrantów z całej dzielnicy, a nawet świata. W mojej ulubionej budzie numer 134 pracuje pół Syryjczyk, pół Grek, który przyjechał do Warszawy w ciemno, a teraz sprzedaje humus i chałwę. Życzy wszystkim pięknego dnia – i to zawsze działa. Tuż obok można kupić jajka na sztuki, pani z Otwocka pakuje je w przycinane nożykiem tekturki i spina gumką recepturką dla ochrony. Mieści się tu też sklep z przeterminowanym jedzeniem, w którym kupuje się paczkę ciastek za pięćdziesiąt groszy albo parówki za dwa złote – w paczce po 50 sztuk, z niezidentyfikowanego źródła, od przedsiębiorczych biznesmenów z chytrą twarzą wskazującą na rodowód grochowski i praskie korzenie obejmujące przynajmniej siedem pokoleń w głąb drzewa genealogicznego. W piekarni ormiańsko-gruzińskiej sprzedawcy są zdezorientowani, kiedy zadaje się pytanie inne niż o cenę tego, co widać. Na chodniku kwitnie handel ruskimi fajkami, czasami pakowanymi roboczo w foliowe woreczki i podawanymi z niepozornych, wewnętrznych kieszeni kurtki, magazynujących bogactwo anonsowane urywanym: „Papierosy, papierosy!”. A piękno tego, co się tam dzieje, podkreślają baloniki na patykach do kupienia w kwiaciarni u Dorci (umocowane w główce kapusty przekrojonej na pół) i wiechcie polnych kwiatków zebranych przy szosie, opychanych za byle jakie pieniądze. Największa duma regionu, fasada całego kompleksu, to jednak Asia Deli – lokal złożony z jadalni i sklepu, powstały w odpowiedzi na wyzwania nowoczesności i zmieniające się trendy gastronomiczne na miejscu dawnej restauracji w stylu amerykańskim o uroczystej nazwie United Chicken.

Moja babcia mówi, że mieszkam na bazarze. Kamienica, w której żyję, znajduje się w tak dużej bliskości targowiska, że z okna w kuchni mogę obserwować, jak piekarze nadziewają pączki marmoladą w okienku na rogu hali targowej. Mogę patrzeć na białego bulteriera zamkniętego przez cały dzień na balkonie po drugiej stronie ulicy i na wyjazd z podziemnego parkingu, gdzie wszyscy na siebie trąbią. Niedaleko stoi też kilkukomorowy, pomarańczowy kontener na śmieci, do którego ciągle ktoś zagląda i z którego stale ubywa śmieci wprost proporcjonalnie do częstotliwości przybywania nowej zawartości, co sprawia, że śmieciarka opróżnia kosz zaledwie raz na epokę. Za mojego życia się to jeszcze nie zdarzyło, chyba że jakimś dziwnym trafem uszło mojej uwadze, choć żyję już bardzo długo i naprawdę dużo czasu spędzam na patrzeniu przez okno kuchenne. Po sąsiedzku mieści się też sklep z odzieżą używaną, zawierający w nazwie „ekskluzywny”, otwarty dwa razy w tygodniu: w piątki po południu i w soboty rano. A w pozostałe dni schody, które do niego prowadzą, zgodnie z niepisaną umową społeczną służą miejscowej ludności jako pijalnia wódki, tak samo zresztą jak zadaszenie pod Bokser Zoo – oficjalnie sklepem zoologicznym, a w praktyce głównie przechowywalnią przesyłek Poczty Polskiej dla sąsiadów, których kurierzy nie zastali w domu. Ale w miejscu, gdzie mieszkam, i tak najciekawszy ze wszystkiego jest mój dom i przedmioty, które można wygrzebać w jego starym i chorym brzuchu.

Ostatniej nocy dom zadrżał. A dzisiaj rano obudziłam się bez małego palca u nogi. Jeszcze zanim sprawdziłam, wiedziałam, że coś jest nie tak. Zrzuciłam kołdrę na podłogę i wtedy wszystko stało się jasne. Nie wiedziałam, co zrobić w takiej sytuacji. Do tej pory zdarzało się, że ginęły mi ołówki albo pojedyncze skarpetki, raz przepadła mi nawet książka o Kolejach Mazowieckich, a kilka dni temu pół pomarańczy. Zawsze po jakimś czasie godziłam się ze stratą. Ale nigdy wcześniej nie zginął mi palec. Tym razem rzecz zdawała się poważniejsza niż zazwyczaj. Czułam się realnie okradziona ze swojej własności. Założyłam buty, które okazały się trochę za duże, i poszłam do kuchni usmażyć jajko. Byłam szczęśliwa, że jest zima. Dzięki temu mogłam jeszcze przez jakiś utrzymać sprawę w tajemnicy.

Wyszłam z domu, zabrawszy jak zwykle duży plecak pełen kanapek, termos z kawą, zapasowe ubrania na wypadek nagłej zmiany pogody, coś do czytania, zestaw długopisów, których nie zamierzałam używać, ale które wypadało mi mieć jako komuś, kto aspiruje do zostania znaną pisarką, i jeszcze więcej kanapek, bo właśnie tak przyzwyczaiłam się postępować na wszelki wypadek, w razie opuszczenia mieszkania na dłużej niż jedna godzina zegarowa. Kiedy schodziłam po schodach, zastukałam na próbę do drzwi mieszkania na dole, w którym stara sąsiadka zmarła razem ze swoim rakiem najmniej dawno, bo zaledwie w ubiegłym roku. Wtedy w środku, po drugiej stronie drzwi, rozległo się ciche, ale wyraźne pukanie. Zabrzmiało jak odpowiedź. Uciekłam, zanim zdążyłam się go ostatecznie przestraszyć. Zatrzasnęłam za sobą drzwi na klatkę; wessał mnie rozlewający się na ulicy bazar. Po wyjściu z domu zawsze idę najszybciej, jak to tylko możliwe. Staram się wyglądać na bardzo zajętą osobę. Taką, która nie ma czasu, żeby zaczekać na swoją kolej i nie wpaść pod samochód albo żeby ustawić się w kolejce po tradycyjne pączki, nawet jeśli przy okienku stoi cała jedna osoba i właśnie odbiera resztę, ani żeby spóźnić się na autobus, który przyjechał za wcześnie i wyminął mnie na pasach, nieświadomy tego, że w takiej sytuacji nie pozostawia mi innego wyboru niż podjęcie natychmiastowego biegu, który umożliwi wykonanie olimpijskiego skoku do środka przez automatyczne drzwi jeden lub dwa przystanki dalej.

Im bardziej jestem bezrobotna, tym bardziej się spieszę. Nie chcę stracić wprawy. Dynamika przemieszczania się po mieście daje mi minimalne poczucie spełnienia, sensu i satysfakcji z życia. Tylko czasami udaje mi się zauważyć coś przez przypadek: jeśli coś widzę, to niechcący. W ogóle mi nie zależy. Patrzenie nie jest zgodne z moim stylem życia. Gdy zaczynam patrzeć, przestaję się spieszyć, a to prawie nigdy nie wychodzi mi na zdrowie, bo im dłużej to robię, tym szybciej zaczynam się denerwować i prawie natychmiast wpadam w panikę, kiedy przypominam sobie, że rzeczywistość istnieje naprawdę i że wszyscy jesteśmy na nią skazani.

Prawie zawsze chodzę w tym samym kierunku, czyli w stronę placu z różowymi lampionami na drzewach. Niedaleko znajduje się pierogarnia, do której czasem nawet wchodzę i zamawiam jedzenie. Pani z okienka zawsze mi na to pozwala, tylko prosi, żebym usiadła niedaleko drzwi. Ale to dobre miejsce, bo wiem, że jeśli trzeba będzie uciekać, nikt nie będzie miał większych szans ode mnie i mojej suki. Poza tym szkoda mi życia na wychodzenie do jakichś miejsc i siadanie w nich dalej niż przy drzwiach. Przy drzwiach mniej czuć też skwarki, które podobno robi się z mięsa słonia, więc nie muszę oddychać przez usta, a to duża zaleta, kiedy akurat jem. Najczęściej zamawiam pierogi bez dekoracji. Mimo to dostaję zawsze taki sam bardzo duży talerz, na którym pierogi ułożono dookoła, a w środku postawiono kieliszek na wódkę wypełniony smażoną cebulą. A kiedy zmęczę się jedzeniem, wrzucam pierogi pod stół. Wtedy połyka je moja suka. A kiedy ona się zmęczy, obie uprzejmie uśmiechamy się i zbieramy do domu.

Gdy wróciłam po południu do mieszkania, na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało jak dawniej. Chociaż kamienica wydawała się trochę blada. Była jakby słabsza i bardziej zmęczona niż zazwyczaj. Od razu pomyślałam, że to na pewno oznaka starości. Każdy byłby na jej miejscu zmęczony, a co dopiero taki duży dom, który ma tyle na głowie, prawda? Ale dla pewności i spokojnego sumienia zadzwoniłam do przychodni, żeby zamówić wizytę domową, bo słyszałam, że mają takie w ofercie. Niestety wszyscy odmówili. Brakowało numerków i kazali następnym razem dzwonić o siódmej rano lub zgłosić się osobiście do rejestracji. Poczułam się bezradna i natychmiast znienawidziłam całą służbę zdrowia. Teraz ja i mój pies leżymy na dywanie. My oddychamy, a podłoga unosi się i opada. Nie mam już prawie całej nogi, a mój pies to tak naprawdę połowa psa i z godziny na godzinę robi się coraz mniejszy. W tej chwili jest pewnie wielkości mojego serca, chociaż nie wiem dokładnie, ani jak ono wygląda, ani czy na pewno je mam. Przedmioty rozpływają się, a po niektórych zostają tylko rzadkie plamy kolorów bez faktury. Rośliny przypominają koktajl z jarmużu, który właśnie wylał się komuś na parapecie i ścieka na posadzkę gęstą strugą. Niektóre rzeczy zapadają się w inne, ściana wchłania obrazy, a szafy schowane w nich rzeczy. Z domem jest coraz gorzej. Trochę panikuję. Najbardziej żal mi mojej pracowni i tego, że już nigdy nie dam rady napisać książki o niczym ani nie zostanę znaną pisarką i że czeka mnie co najwyżej kariera w biznesie, a może w ogóle nic. Żal mi też mojego psa, który przez cały czas każe się głaskać i chyba nic nie rozumie z tego, co tu się dzieje.

I chyba wtedy wszystko się zaczyna: jak zwykle ratuję świat. Po prostu – zapisuję rzeczy, a one dalej są i dzięki temu wszyscy jesteśmy bezpieczni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki