Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Tajemnicza, pełna magii, demonów i seksu. Władza jest wygłodniałą bestią.
Zainspirowana osiemnastowieczną legendą o Bestii z Gévaudan Czerwona Zima to obfitująca w zaskakujące zwroty akcji i zagadki, mroczna, lecz i pełna humoru powieść, doskonała dla wielbicieli sagi o Wiedźminie i książek Susanny Clarke.
W 1785 roku profesor Sebastian Grave otrzymuje wiadomość, że straszliwa Bestia z Gévaudan powróciła i francuska prowincja znów spływa krwią. Grave to pogromca potworów o ogromnym doświadczeniu. Dwadzieścia lat wcześniej był świadkiem jej zbrodni podczas długiej i krwawej zimy. Przeżył tez wtedy płomienny romans z synem barona. Teraz Sebastian znów został wezwany na łowy przez Antoine’a Avenela d’Ocerne, swego dawnego kochanka, który dzieli z nim ponurą historię Bestii i straszliwy sekret. Chcąc skończyć z Bestią raz na zawsze i mając nadzieję na odnowienie relacji z Antoine’em, Sebastian odpowiada na wezwanie. Niektórych potworów nie da się jednak pogrzebać na zawsze…
Czerwona Zima to iście szatański debiut. Absolutna książkowa uczta: bogata, soczysta, niemoralnie smakowita. Rzadko bywam tak zadowolona z lektury i równie rzadko czekam na dalszy ciąg. - Alix E. Harrow, autorka bestsellerowej powieści „New York Timesa” „Dom Starlingów”
Urocza, porywająca, ambitna i ogromnie zabawna. - T. Kingfisher, autorka bestsellera „New York Timesa” „A Sorceress Comes to Call” oraz m.in. książek „Pokrzywa i Kość”, „Zagłada puka do drzwi”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 556
Dla Mamy i dla Meg
Postanowiłem spisać to wszystko w trakcie podróży biznesowej do moich europejskich biur we Florencji. Był akurat jeden z tych romantycznie mrocznych i wietrznych dni, gdy deszcz nie tyle pada, ile chłoszcze miasto. Większość turystów przebywała w pokojach hotelowych, starając się – jak już wielu przed nimi – zrozumieć cokolwiek z programów włoskiej telewizji.
Powinienem pracować, przygotowywać kontrakty w imieniu wieloletniego klienta, który miał zamiar poczynić bardzo duże zakupy. Ale skusiły mnie kameralne, puste uliczki, wybrałem więc wędrówkę po mieście. Odwiedziłem najukochańszych przyjaciół – mądre duchy z Duomo, Ogrody Boboli, Laokoona i jego synów w paroksyzmach strachu – teraz byli jednak chłodni i obojętni.
Wracałem przez Ponte Vecchio, rozjaśniony baśniowym światłem dzięki stoiskom złotników, gdy na jednym z nich spostrzegłem przepiękną broszę. Rozpoznałem ją natychmiast: była to staroświecka kamea z bursztynu i kości słoniowej przedstawiająca młodą kobietę, mocno zniszczona. Oprawa z kamieni jubilerskich została z niej zdarta, niemniej zapłaciłem za nią zawrotną sumę i schowałem broszę do kieszeni. W głowie już naprawiałem ten piękny klejnot. Wiedziałem, że gdzieś w szpargałach zawieruszył mi się woreczek perskich szafirów, które powinny doskonale pasować do oprawy. Podekscytowany mnóstwem pomysłów, natychmiast ruszyłem z powrotem do biura znajdującego się na kamiennej plebanii w starej dzielnicy artystów. Powiedziałem Livii, żeby przejęła wszystkie moje spotkania z klientami w najbliższym tygodniu – w gruncie rzeczy jest równie dobrym prawnikiem jak ja – i pobiegłem na strych. Jest to jedna z rzeczy, które lubię najbardziej w powrotach do Starego Świata: zawsze natykam się na coś niespodziewanego, o czym już dawno zapomniałem.
Nie znalazłem szafirów1, ale na tyłach strychu stała stara drewniana skrzynia. Odniosłem wrażenie, że pociągnęła za jakiś sznureczek w mojej głowie; myślę, że od dłuższego czasu nieświadomie jej poszukiwałem. Z pewnym wysiłkiem zerwałem z niej pieczęć z wizerunkiem dawno zmarłego patrona, starłem kurz z rzeźbionego wieka i ścian z drewna orzechowego. Skrzynia była piękna, chociaż podniszczona, pozostałość z czasów Cesarstwa Francuskiego. Ozdobiono ją scenami z rewolucji.
Rewolucji francuskiej. Owego marzenia wieśniaków, którzy obalili królów i zapoczątkowali dziesięciolecia wojen w całej Europie – na całym świecie. Oblicza wyrzeźbione w drewnie były prawe i dumne, należały do armii ludzi uciskanych i poniewieranych, zrzucających kajdany w imię Wolności, Równości, Braterstwa.
Miałem na ten temat własne zdanie.
Podobnie jak zatroskana młoda kobieta, której twarz uwieczniono w kamei.
Kilka zdań w osiemnastowiecznym oksytańskim zatarło się na Zabezpieczeniach, którymi opatrzono skrzynię (wciąż po dwustu latach szczelnie zamkniętą, jeśli dacie wiarę), a ja zrozumiałem, że moje plany oszlifowania kamieni muszę odłożyć na czas nieokreślony.
Resztę dnia spędziłem na przeglądaniu tomów z zapiskami i relacjami pochodzącymi z moich najbardziej niesławnych i fascynujących misji. Mój wcielony Duch, Sarmodel, pozostawał cichy już od wielu dni, ale teraz zaprosiłem go, żeby razem ze mną cieszył się ponownie odkrytym skarbem – w końcu są to także jego wspomnienia2. Po drobnych dąsach Sarmodel pojawił się w moim umyśle, przebudziwszy się jak kot po długiej drzemce, i dołączył do mnie w przeżywaniu czegoś, co – z perspektywy czasu – było w gruncie rzeczy przełomową sprawą. Ze słodką melancholią przejrzeliśmy stare dzienniki i puszki z pamiątkami. Gałązka bielunia z Bombaju, dzbanki ze stopionym śniegiem, woreczek wilczej sierści, pudełko talku pachnącego lawendą – ilekroć sięgałem do skrzyni, wydobywałem z niej kolejne cuda.
Już nie pamiętałem, jak bardzo kochałem tę część mojego życia – XVIII wiek w Europie był wspaniałym czasem, dopóki wszystko się nie zmieniło. A ja czułem, że jestem naprawdę bliski Sarmodelowi, po raz pierwszy, odkąd w minionym roku zapobiegliśmy nastaniu Kresu Dni3. Mam niewielu przyjaciół, jego towarzystwo przyniosło mi więc spokój i ukojenie, podobnie jak świadomość, jak dobre wyniki może przynosić nasza współpraca.
Jednak powód, dla którego postanowiłem bardzo starannie opisać tę sprawę, znajdował się na samym dnie skrzyni, ukryty pod stertą wyblakłych listów. Była to rękawiczka do jazdy konnej wykonana ze skóry jagnięcej, tak porwana, że już nie do naprawienia, upstrzona plamkami krwi. Sarmodel i ja od wielu godzin wymienialiśmy wesołe uwagi, ale na jej widok obaj zamilkliśmy. Odniosłem wrażenie, że mój demoniczny Gość doskonale mnie rozumie, bo przynajmniej w tej chwili nie zażartował z moich ludzkich słabości, nawet gdy w moich oczach pojawiły się łzy.
Wciąż, Sebastianie? – zapytał cicho w mych myślach.
– Tak, wciąż – odparłem. – Jak mógłbym zapomnieć?
Antoine’a, rękawiczkę oraz krew. Spotkawszy go, żyłem już od setek lat, ale tamtego dnia obaj byliśmy młodzi. Niebezpieczeństwa dla niego nie istniały, a jego żywiołowość była zaraźliwa. No i po prostu musieliśmy się wpakować w nieszczęście, paść razem na ziemię, połamani i zakrwawieni, w odludnym miejscu, jednak doskonale się przy tym bawiliśmy. Nie zdawałem sobie sprawy, jak dużo czasu minęło, odkąd ostatnio wspominałem Antoine’a. Jego niewinność. Jego rozwiane jasne włosy i śmieszną nieumiejętność rozpalenia ogniska. Pomyślałem, po raz pierwszy od miesięcy, że życie bez śmierci jest marnym darem.
Kolejne stronice są przeznaczone dla niego, jednego z moich najdroższych duchów.
Dla Antoine’a Avenela d’Ocerne.
Sebastian Grave
Florencja
rok 2013
PS Nie biorę odpowiedzialności za dopiski Livii.
Kocham mój europejski personel, jednak wszyscy są pazernymi złodziejaszkami. [wróć]
Oczywiście nie będzie w stanie przeczytać ani słowa z moich zapisków – Sarmodel uważa słowo pisane za szczyt ludzkiej próżności, podobną opinię ma również na temat związków małżeńskich. Chociaż ja podjąłem wysiłek nauczenia się niezliczonych języków ludzi, demonów i aniołów, mój wcielony Duch obnosi się z ośmioma tysiącami lat analfabetyzmu jak z medalem. [wróć]
Nie będę teraz wchodził w szczegóły – wykonaliśmy dobrą robotę i znów możecie robić zakupy online. Powiem jednak, że wielka dokładność kalendarza Majów nie ma nic wspólnego z astronomią. [wróć]
Wschodni Piemont
1785
W świetle księżyca dziewczyna była zaskakująco piękna.
„Zaskakująco” z dwóch powodów. Po pierwsze: była znana z nieprzeciętnej urody. Zgodnie z moim doświadczeniem piękne bywały głównie kobiety, które potrafiły zachować wszystkie zęby przez długie tygodnie od okresu dojrzewania po zajście w ciążę. I po drugie: dziewczyna od dwóch dni nie żyła, a ja rozkopałem już dość grobów, żeby się orientować, iż zwłoki nie bywają urodziwe według konwencjonalnego gustu.
Prawdopodobnie miała na imię Cristina. Jej duch siedział naprzeciwko mnie na surowej płycie nagrobnej i obserwował, jak pracuję. To ten duch był piękny, ale duchy często są piękne. Dziewczęce włosy były typowe dla mieszkańców Piemontu – grube, ciemne, kręcone, opadały poniżej ramion; oczy duże, uroczo głębokie z tą zaświatową powagą. Jej cień łagodnie lśnił, przyodziany w taką samą białą koszulę, jaką właśnie zerwałem z jej ciała.
– Była droga – mruknęła dziewczyna, wpatrując się w poszarpane resztki stroju.
– Nie wątpię – odparłem. – Nie cieszysz się, że nie zgnije w ziemi?
Sarmodel, mój wcielony demon, objawił się w ludzkiej postaci i usiadł obok niej, pełen najgorszych intencji. Ukazał się jako czarnowłosy chłopiec w wieku około dziesięciu lat, o pociągłej twarzy i pięknym orlim nosie; prawdopodobnie tak właśnie wyglądałem, kiedy po raz pierwszy się połączyliśmy1.
– Czyż nie jesteś zadowolony, Sebastianie, że możesz dorzucić także ten egzemplarz do swojej sterty używanych całunów? – zapytał mnie z uśmiechem. – I czyż nie było warto wyjść dla niego z domu?
Wśród wielu innych rzeczy potrzebuję do pracy dobrych ubrań, więc z pewnością i to się nie zmarnuje. Sarmodel postawił jednak sprawę wprost: Cristina była przypadkiem charytatywnym.
– I tak nie robiliśmy nic innego – odpowiedziałem.
Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że nocna wizyta u Cristiny okaże się czymś więcej niż kolejnym wieczorem przekopywania cmentarnej ziemi. Przez ostatnie kilka dni, jeżeli tylko nie byłem czymś bardzo zajęty, czułem się nieswojo. Doświadczałem narastającego poczucia, że na coś czekam, a nauczyłem się już, że takiego stanu nie można ignorować. Śliczny duch z opowieścią o śmiertelnej klątwie wydawał się obiecującym początkiem.
– To chyba bez znaczenia, przecież to tylko koszula. – Cristina westchnęła. – Skończyłeś?
Na życzenie dziewczyny pokroiłem jej ciało (całkiem schludnie i starannie), chcąc poznać przyczynę zgonu.
– Tak, skończyłem, Cristino. Ale nie byłaś ze mną zupełnie szczera.
– To znaczy? Zostałam zabita, prawda?
– Cóż, i tak, i nie. Z pewnością nie umarłaś śmiercią naturalną…
– Bastarda! Wiedziałam…
– …ale nie sądzę, żeby odpowiedzialna za twoją śmierć była Biała Marta. Chyba że zakradła się do twojego domu i udusiła cię twoimi własnymi rękoma.
– Moimi rękoma? – Popatrzyła na mnie przeogromnymi oczami.
– Niestety. Sine plamy i zadrapania na twojej szyi doskonale do nich pasują, widzisz? – Przyłożyłem dłonie trupa do jego szyi, żeby zademonstrować, co mam na myśli. – Popatrz na te skrawki zdartej skóry pod twoimi paznokciami.
– Ale to niemożliwe! Ja się nie zabiłam… przysięgam! – Przeżegnała się zgorszona. – Pastor mówi, że samobójców czeka potępienie. – Ostatnie słowo wyszeptała, jakby Wszechmogący mógł ją podsłuchiwać zza żywopłotu.
– Wierzę ci, Cristino, nawet jeśli tylko dlatego, że nie da się popełnić samobójstwa w taki sposób. – Pozwoliłem, żeby ręce trupa opadły. – Nie bez pomocy.
– Ale kto miałby mi w tym pomóc? – zapytała Cristina ze wzburzeniem. – To musiała być Biała Marta! Tylko ona.
– Dlaczego?
– Poszłam do niej przed niecałym tygodniem, a Marta popatrzyła na mnie złym okiem, to musiała być ona!
– Po co do niej poszłaś?
Znałem Martę bardzo dobrze. Była wytrawną zielarką, spoglądanie na kogoś „złym okiem” nie leżało w jej stylu (ani w ogóle w niczyim stylu, bo to przecież kompletna bzdura).
Cristina wyraźnie się zawahała, zawarła jednak Kontrakt Prawdy2 i musiała odpowiedzieć na moje pytanie.
– Poprosiłam ją o błogosławieństwo. Jestem… byłam świeżo po ślubie.
Uniosłem brwi.
– „Błogosławieństwo?” Chyba chcesz powiedzieć, że poprosiłaś o dar płodności? O czary.
– Nie! Ee… tak.
– No i?
– Znalazłam ją dopiero na piargach, zapłaciłam jej kurzym tłuszczem, a ona dała mi tylko dziwny mały kapciuch. Powiedziała, że mam do środka włożyć ząb i wsunąć kapciuch pod poduszkę, a wtedy przyśni mi się moje przyszłe dziecko. – W ślicznych oczach Cristiny zalśniły widmowe łzy. – Ale w moim śnie pojawiła się kobieta bez twarzy i dusiła mnie w łóżku, noc po nocy.
– Poczekaj… ząb? Czyj ząb?
– Mój.
– Okłamujesz mnie, Cristino?
Spuściła oczy, a ja wiedziałem, że mam rację. Symbol mojego Kontraktu zapłonął jaskrawo na jej prawej dłoni. Nakryła go drugą ręką.
– Cóż… Marta powiedziała, żebym wzięła swój ząb, ale ja poszłam na pole poniżej spichlerza. Ludzie zawsze wygrzebują stamtąd kości. – Wbiła spojrzenie w ziemię. – Wiedziałam, że robię źle, jednak nie byłam w stanie wyrwać sobie zęba, po prostu nie potrafiłam.
Skrzywiłem się.
– Cristino, to pole jest pełne kości, dlatego że znajduje się tam masowy grób.
– Grób ofiar zarazy? – Wyglądała na przerażoną.
Pokręciłem głową.
– To pokłosie polowań na czarownice. Myślę, że nieświadomie mogłaś zabrać do domu coś więcej niż ząb. Stare kości są groźne, a kości czarownic w szczególności.
– Co to znaczy?
Odnosiłem wrażenie, że dziewczyna znów się rozpłacze.
– Według mnie zabrałaś stamtąd kość czarownicy zawierającą jej złego ducha albo kość któregoś z jej zwierząt. Nie wiadomo, co gorsze. – Westchnąłem. – Okropny pech… niewiele kobiet pogrzebanych na tym polu naprawdę było czarownicami. Zgadniesz, jak je uśmiercano?
– Były duszone – mruknęła Cristina.
– Niestety tak. I teraz jedna z nich dokonała zemsty, chociaż ukierunkowanej absolutnie przypadkowo.
Cristina rozejrzała się bezradnie.
– Ale… ale ja o niczym nie wiedziałam! Nie chciałam tego! Moimi własnymi rękami?
– Taka jest twoja Prawda, Cristino. Przykro mi – powiedziałem.
Naprawdę było mi przykro. Dziewczyna zginęła niesprawiedliwą śmiercią. Płonący symbol na jej ręce zbladł, sygnalizując wypełnienie Kontraktu. Z identycznym znakiem na mojej lewej ręce wkrótce stało się to samo.
– To już nie ma znaczenia, moja piękna. – Gdybym mógł osuszyć jej łzy, zrobiłbym to.
– Proszę… proszę, tylko nie mów o tym pastorowi – powiedziała błagalnie Cristina. – Nie chcę iść do Piekła.
– Tego nie musisz się obawiać – odparłem. – To był wypadek. Bóg nigdy nie karze za przypadkowe czyny3.
– Naprawdę?
– Naprawdę.
Sarmodel wyprostował się, nagle zainteresowany naszą rozmową.
– Tak, tak! Bez obaw – rzucił. – Możesz teraz wypocząć, przyjmij moją rękę.
– Sarmodelu – odezwałem się. – Nie.– Zaciągnąłem ciało dziewczyny z powrotem na skraj grobu.
Posłał mi nieprzyjazne spojrzenie.
– Po prostu oddaj to ciało ziemi – powiedział. – To nie jest twoje zmartwienie, Sebastianie. Przecież ona nie ma czym zapłacić.
– Ona jest klientką. – Pogroziłem mu nożem. – W tej kwestii się zgodziliśmy.
Ogólnie rzecz ujmując, Kontrakt należy opłacić natychmiast po jego zrealizowaniu, monetą4 albo w animie – duchowej energii – proporcjonalnie do wartości usługi. Cristina mogła zaoferować tylko siebie, ale uważam konsumowanie klientów za absolutną ostateczność, dlatego przyjąłem jako zapłatę jej śliczne giezło pogrzebowe.
– Och, naprawdę – kontynuowała dziewczyna rozmarzonym głosem. – Mówisz poważnie? Mogę odejść i nie zostanę potępiona?
– Ona już nie jest klientką – naciskał Sarmodel. Uniósł rękę ducha; znaku po Kontrakcie na niej nie było. – Popatrz!
Cristina prawie nie poświęcała nam uwagi, jednak jej światło stawało się coraz intensywniejsze; przygotowywała się do odejścia.
– Sarmodelu, to niemożliwe, żebyś był głodny! Zaledwie w ubiegłym tygodniu…
– Sebastian Grave z Larnaki?
Męski głos całkowicie nas zaskoczył. Zamilkliśmy.
Skupiony na bieżącej sytuacji, nie zauważyłem jeźdźca zbliżającego się ku nam po trawiastym zboczu. Zeskoczył na ziemię i powoli podprowadził wierzchowca do grobów.
– Tak, profesor Sebastian Grave z Larnaki. A kto pyta? – syknąłem przez zaciśnięte zęby.
Byłem boleśnie świadomy, że z naszej trójki tylko ja jestem widoczny dla śmiertelników; w oczach przypadkowego obserwatora byłem po prostu facetem, który spiera się sam ze sobą na cmentarzu w środku nocy. Modliłem się, żeby mrok nie pozwolił przybyszowi zobaczyć bałaganu, jakiego narobiłem, zwłaszcza dostrzec nagich, pokiereszowanych zwłok, które starałem się dyskretnie strącić stopą do dołu.
– Jacques Avenel d’Ocerne – odparł przybysz z obcym akcentem. Nosił kapelusz z szerokim rondem i szal, który zakrywał mu dolną część twarzy, dlatego mogłem dostrzec tylko jego oczy. Zaraz przeszedł na prowansalski dialekt oksytańskiego. – Syn barona d’Ocerne.
– Ocerne. Pański ojciec… Antoine d’Ocerne jest pańskim ojcem?
W końcu udało mi się zepchnąć ciało Cristiny do grobu. Wylądowało w nim z mokrym plaśnięciem.
Sarmodelu, syn Antoine’a!
Sarmodel w jednej chwili zapomniał o duchu dziewczyny i obserwował nową scenę z wielkim zainteresowaniem. A ja czułem rosnącą ekscytację, coś pośredniego między radością a trwogą. To było to! Coś, na co czekałem – to musiało być to.
– W rzeczy samej. Powiem wprost, bo za mną długa podróż i jestem zmęczony. – Mężczyzna się wyprostował. – Sebastianie z… profesorze Grave, mój pan ojciec wzywa cię, żebyś natychmiast powrócił ze mną do Gévaudan, aby wypełnić kontrakt, który wciąż pozostaje niewypełniony, a który podpisałeś w Château d’Ocerne w imię naszego Ojca Świętego, czego świadkiem był biskup Mende.
– Wzywa mnie? Niewypełniony kontrakt? – powtórzyłem, pośpiesznie dławiąc skurcz strachu w trzewiach. Oczyma wyobraźni zobaczyłem krew na śniegu i zmrożony wąwóz, w którym huczy spieniona biała woda. – Ale to było dwadzieścia lat temu!
– Rzeczywiście – przytaknął młody człowiek z krzywym uśmiechem. – Musimy jednak poprosić pana o pomoc raz jeszcze. Powrócił koszmar Czerwonej Zimy.
Zacząłem demonstracyjnie pakować narzędzia z powrotem do torby.
To niemożliwe, powiedziałem do Sarmodela. Też tak uważasz?
Och, Sebastianie. Potrząsnął głową jakby ze smutkiem, a jednocześnie z drwiną. Jego dziecięca Projekcja rozpłynęła się w cieniu i Sarmodel zajął swoje zwykłe miejsce w głębi mego umysłu.
– Seigneur? Wróci pan ze mną i zrealizuje swoje zobowiązanie? – zapytał młodzieniec stanowczym tonem.
– Wygląda na to, że nie mam wyboru – odparłem. – A mogę przedtem zajrzeć do domu i uporządkować sprawy? Będę zaszczycony, jeżeli przyjmie pan na dzisiejszą noc moją gościnę. O świcie będę gotów do drogi, jeżeli to pana satysfakcjonuje.
Rzadko robię coś, bo „nie mam wyboru”. Dlatego potrzebowałem czasu na zastanowienie, z dala od cmentarza.
– Będę panu towarzyszył i chętnie pomogę, jeżeli zajdzie taka potrzeba. – Popatrzył na rozkopany grób, na leżące w nim ciało, a potem na poszarpaną koszulę częściowo wystającą z mojej torby. – Ale nie będę spał w domu człowieka, który okrada groby. Pan ojciec uprzedził mnie o pańskich dziwnych obyczajach, ale ten jest bezbożny.
Cóż, prawdopodobnie nie było tak ciemno, jak miałem nadzieję.
– Mam na to zgodę, seigneur – odparłem i w gruncie rzeczy nie skłamałem. – Zajmuję się poszukiwaniem prawdy, a ona bardzo często spoczywa na cmentarzu.
Chłopak popatrzył na mnie chłodno, ale po chwili twarz mu się rozpogodziła.
– Doskonale. Chętnie się prześpię w ciepłej izbie. Mam za sobą naprawdę wyczerpującą podróż.
– Bez wątpienia.
Zerknąłem przepraszająco na białe ciało, po czym ruszyłem przed siebie, skinąwszy na Jacques’a, żeby podążył za mną na drugą stronę wzniesienia.
– Z kim pan rozmawiał? – zapytał, kiedy oddaliliśmy się od cmentarza. – Gdy tu przyjechałem.
– Z nikim, szanowny panie – odpowiedziałem, oglądając się przez ramię. Tam, gdzie znajdował się duch Cristiny, unosiła się jedynie łagodna biała poświata jak odbicie księżyca. Rozczarowanie Sarmodela ciążyło mi z tyłu głowy niczym kamień. – Absolutnie z nikim.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Obaj się zgodziliśmy, że „połączeni” to najbardziej adekwatne określenie dla mojego/naszego stanu – słowa „nawiedzeni”, „opętani”, „obrzydlistwo” byłyby zupełnie nieodpowiednie i wręcz obraźliwe dla nas obu. Często nazywam go moim demonicznym „Gościem”, ale on tkwi w moim ciele tak samo jak ja. Jesteśmy nierozdzielni w każdym znaczeniu tego słowa; to sytuacja wyjątkowa (według mojej wiedzy) w historii okultyzmu, a wypada także wspomnieć, że teoretycznie niemożliwa. On jest Duchem męskim i nosił na przestrzeni wieków mnóstwo przeróżnych imion, wśród nich Nott, M’quet i Lariel, ale zasadniczo używam tego, które mi podał: Sarmodel. [wróć]
Kontrakty są głównymi sposobami interakcji pomiędzy sferami Duchów i śmiertelników. Kontrakt Prawdy należy do najbardziej powszechnych, ale Kontrakty mogą zarządzać wymianą niemal wszystkiego, w tym informacji, pieniędzy, usług albo animy. To zasadniczy sposób, w jaki Sarmodel i ja zapewniamy sobie byt, często w dosłownym znaczeniu. [wróć]
Dziewczyna otrzymała już wystarczającą dozę Prawdy jak na jedną noc. [wróć]
Dzisiaj przyjąłbym także przelew. [wróć]
Tytuł oryginału: The Red Winter
Copyright © Cameron Sullivan, 2026
All rights reserved
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2025
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Redakcja: Agnieszka Horzowska
Mapa: Rhys Davies
Opracowanie graficzne polskiej wersji okładki: Jacek Pietrzyński
Ilustracje: Christina Mrozik
Wydanie I e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Czerwona Zima, wyd. I, Poznań 2026)
ISBN 978-83-8338-596-9
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
