Czekając na śnieg w Hawanie. Wyznania kubańskiego chłopca - Carlos Eire - ebook

Czekając na śnieg w Hawanie. Wyznania kubańskiego chłopca ebook

Carlos Eire

0,0

Opis

[PK]

 

Zmiłuj się nade mną, Panie, bo jestem Kubańczykiem. 

W 1962 roku Carlos Eire był jednym z 14 000 dzieci wywiezionych samolotami z Kuby. Rewolucja oddzieliła go od rodziny, ojczyzny i dzieciństwa. Wspomnienia o życiu Carlosa w Hawanie, które dobiegło końca, kiedy miał zaledwie jedenaście lat, stanowią trzon tych niezwykłych, barwnych, głęboko zapadających w pamięć wspomnień.

"Czekając na śnieg w Hawanie" to zarazem egzorcyzm i oda na cześć raju utraconego. Kuba z czasów młodości Carlosa, z jej jaszczurkami, turkusowym morzem i skąpanymi w słońcu sjestami, staje się wyspą potępienia, kiedy 1 stycznia 1959 roku palący cygara partyzant nazwiskiem Fidel Castro obala prezydenta Batistę. Nagle muzyka na ulicach zaczyna brzmieć jak ogień karabinów maszynowych. Boże Narodzenie zostaje zdelegalizowane, opozycjonizm polityczny oznacza więzienie i wielu kolegów Carlosa wyjeżdża do kraju tak odległego i niewyobrażalnego jak Stany Zjednoczone. Carlos też tam trafi i zrealizuje marzenia swojej matki, stając się nowoczesnym Amerykaninem, nawet jeśli jego dusza pozostanie w opuszczonej ojczyźnie. 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.

Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.

 

ISBN 83-729881-0-2

 

Książka dostępna w zasobach:

Miejska Biblioteka Publiczna w Skierniewicach

Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu

Miejska Biblioteka Publiczna w Mszanie Dolnej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 624

Rok wydania: 2005

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



CZEKAJĄC NA ŚNIEG W HAWANIE

wyznania kubańskiego chłopca

Carlos Eire (ur. w 1950 roku w Hawanie) w 1962 roku opuścił ojczyznę wraz z tysiącami dzieci, które wywieziono bez rodziców do USA w ramach operacji „Pedro Pan". Przez trzy lata mieszkał w domach dziecka i u rodzin zastępczych na Florydzie i w stanie Illinois, by w 1965 roku w Chicago połączyć się z matką. W 1979 roku Carlos Eire obronił doktorat na uniwersytecie Yale, gdzie obecnie wykłada historię i religioznawstwo. Jak sam mówi, nagrodzona najbardziej prestiżową amerykańską nagrodą literacką National Book Award 2003 książka Czekając na śnieg w Hawanie to jego pierwsza publikacja bez przypisów.

a

4

5

6

SIETE

9

10 DIEZ

11 ONCE

12 DOCE

13 TRECE

CATORCE

QUINCE

DIECISEIS

DIECISIETE

DIECIOCHO

DIECINUEYE

20 VEINTE

YEINTIUNO

YEINTICUATRO

VEINTISEIS

YEINTISIETE

YEINTIOCHO

VEINTINUEVE

33

TREINTA Y CUATRO

35

37

TREINTA Y OCHO

39

CUARENTA

Podziękowania

O autorze

DEPOZYT

a

„Pełne pasji, ambitne wspomnienia, które mają być dokumentem życia społecznego i obyczajów panujących na Kubie w czasach dzieciństwa autora, a przy okazji także dziełem sztuki. Książka ta wpisuje się w znakomitą tradycję spod znaku Hucka Finna i Zabić drozda

„Sun-Sentinel"

CZEKAJĄC NA ŚNIEG W HAWANIE

/ r",

Carlos Eire

CZEKAJĄC NA ŚNIEG W HAWANIE

WYZNANIA KUBAŃSKIEGO CHŁOPCA

Przekład Tomasz Bieroń

ZYSK IS-KA

WYDAWNICTWO

Tytuł oryginału Waiting for Snow in Havana. Confessions of a Cuban Boy

Copyright © 2003 by Carlos Eire Ali rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j.,

Poznań 2005

Redaktor Zofia Domańska

Cover photograph of boys provided by author Zdjęcie jaszczurki na okładce Wojciech Bryś

Książka jest oparta na autentycznych wydarzeniach, chociaż nazwiska niektórych bohaterów zostały zmienione w celu ochrony ich prywatności.

Wydanie I

ISBN 83-7298-810-2

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. (0-61) 853 27 51, 853 27 67, fax 852 63 26 Dział handlowy, tel./fax (0-61) 855 06 90 [email protected]

Druk i oprawa: WZDZ - Drukarnia „LEGA"

Dla Johna-Carlosa, Grace i Bruna

Plwam na głupców, którzy pomijają piersi w swojej metafizyce, Na astronomów, którzy nie wymieniają ich pośród księżyców Ziemi.

Charles Simic, Breasts

Preambuło

To nie jest literatura piękna,

Lecz autor chciałby, żeby była.

Jesteśmy lepsi, kiedy stajemy się literaturą.

Każdy jeden z nas,

A kiedy przeszłość staje się powieścią, Wspomnienia się wyostrzają.

Pamięć to najpotężniejsza prawda.

Pokażcie mi historię nietkniętą wspomnieniami, A pokażecie mi kłamstwa.

Pokażcie mi kłamstwa nieosadzone we wspomnieniach, A pokażecie mi kłamstwa najgorsze z możliwych.

Jeśli wszystkie postacie tej książki są fikcyjne, to żadna z nich

jeszcze o tym nie wie.

Wszelkie podobieństwa do osób istniejących naprawdę Zostały z góry ustanowione przed stworzeniem świata. Nie ma wielkiego znaczenia, że imiona i nazwiska nie zawsze

się zgadzają.

Wszystkie zdarzenia i dialogi pochodzą prosto z wyobraźni

Boga.

Podobnie jak sam autor.

I czytelnik.

Mimo to każdy z nas jest odpowiedzialny za swoje działania. Nawet Fidel nie jest wyjęty spod tej zasady. Ani Che, ani jego szoferzy, ani jego pałac. Ani liczni Kubańczycy, którzy narobili w portki,

Zanim ich zastrzelono.

Ani czternaście tysięcy dzieci, które uciekły od rodziców. Ani miłość i rozpacz, która kazała im uciec.

1

UNO

Świat się zmienił, kiedy spałem, i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nikt nie skonsultował się ze mną w tej sprawie. Od tego dnia tak miało być już zawsze. Oczywiście od początku tak było, tylko do dzisiejszego ranka ja o tym nie wiedziałem. Niespodzianka goni niespodziankę — czasem pomyślna, czasem niepomyślna, a najczęściej gdzieś pośrodku. I zawsze bez mojej zgody.wiat się zmienił, kiedy spałem, i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nikt nie skonsultował się ze mną w tej sprawie. Od tego dnia tak miało być już zawsze. Oczywiście od początku tak było, tylko do dzisiejszego ranka ja o tym nie wiedziałem. Niespodzianka goni niespodziankę — czasem pomyślna, czasem niepomyślna, a najczęściej gdzieś pośrodku. I zawsze bez mojej zgody.

Miałem zaledwie osiem lat i przez wiele godzin śniłem o dziecinnych rzeczach, jak to dzieci. Mój ojciec, ze szczegółami pamiętający swoje poprzednie wcielenie, w którym był królem Francji Ludwikiem XVI, prawdopodobnie śnił o balach kostiumowych, żądnym krwi motłochu i gilotynach. Moja matka, która nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek była Marią Antoniną, nie mogła śnić o tym samym co on. Może śniła o kwiatach hibiskusa i gładkich jedwabiach. Może śniła o aniołach, do czego zawsze mnie zachęcała. Sueńa eon los angelitos — mówiła — śnij o aniołkach. Dlaczego o aniołkach, a nie o dorosłych aniołach? Bo aniołki są zbyt urocze, żeby mogły być upadłymi aniołami.

Diabły nie mogą być urocze.

Tropikalne słońce wbijało się przez szczeliny w drewnianych okiennicach, jak zwykle rozciągało wąskie listewki światła nad moim łóżkiem, ujawniało całe galaktyki wirujących pyłków kurzu. Wpatrywałem się w ten kurz, jak zawsze zachwycony. Nie pamiętam chwili wstawania z łóżka, ale pamiętam, jak wchodziłem do sypialni rodziców. Okiennice mieli otwarte i pokój był zalany światłem. Ojciec jak zwykle wkładał spodnie przez buty. Zawsze najpierw wciągał skarpetki i buty, a dopiero potem spodnie. Przez lata usiłowałem powtórzyć tę zgoła magiczną sztuczkę, ale bez powodzenia. Końcówki nogawek nie chciały przejść, choćbym nie wiadomo ile szarpał. Nieraz wypluwałem z siebie przekleństwa, ryzykując, że spędzę całą wieczność w piekle. Nie miałem pojęcia, że jeśli spodnie mają dostatecznie szerokie nogawki, to można je włożyć przez każde obuwie, nawet śniegowce. Wiedziałem tylko jedno: nie umiem być taki jak mój ojciec.

Wciągnąwszy bez wysiłku workowate spodnie przez brązowe buty z naszywanymi dziurkowanymi noskami, Ludwik XVI oznajmił mi wiadomość:

— Batisty już nie ma. Dziś rano uciekł z Hawany. Wygląda na to, że buntownicy zwyciężyli.

— Kłamiesz — powiedziałem.

— Nie, przysięgam, to prawda — odparł.

Maria Antonina, moja matka, zapewniła mnie, szminkując przy toaletce usta, że ojciec mówi prawdę. Mahoniowa toaletka była pięknym meblem wyposażonym w trzy lustra: jedno płasko przy ścianie, dwa po bokach, na zawiasach, żeby można było dowolnie zmieniać kąt. Często bawiłem się w ten sposób, że ustawiałem boczne skrzydła lustrem do siebie, aby powielały się nawzajem w nieskończoność. Czasem zaglądałem tam, dawałem nura w tę nieskończoność.

— Dzisiaj lepiej zostań w domu — powiedziała mama. — Bóg jeden wie, co się może stać. Nie wychylaj nosa na zewnątrz.

Może ona mimo wszystko też śniła o gilotynach? A może była to po prostu rozsądna matczyna rada. Może wiedziała, że głowom członków elit zazwyczaj nie powodzi się najlepiej na ulicy, kiedy zatriumfuje rewolucja, nawet jeśli głowy te należą do dzieci.

Był pierwszy stycznia 1959 roku.

Poprzedniego dnia wieczorem wszyscy byliśmy na ślubie kościelnym w sercu starej Hawany. Na Malecón, szerokiej promenadzie wzdłuż wybrzeża, nie było żywej duszy. Choćby jednej prostytutki. Ludwik XVI i Maria Antonina nie mogli się nadziwić temu niezwykłemu wyludnieniu się miasta. Hawana była

0 wiele za spokojna jak na sylwestra.

Nie pamiętam, co mój starszy brat Tony robił tego ranka

1 przez resztę dnia. Może owijał jaszczurki miedzianym drucikiem i podłączał do transformatora kolejki. Lubił przepuszczać przez nie prąd. Uwielbiał tę rozrywkę. Lubił też mówić:

Terapia wstrząsowa, ha! To je powinno wyleczyć z ich jaszczurczych rojeń.

Nie chcę pamiętać, co robił mój przybrany brat Ernesto. Przypuszczalnie coś znacznie bardziej potwornego niż rażenie jaszczurek prądem.

Mój starszy brat i mój przybrany brat we wcześniejszym życiu byli burbońskimi książętami. Mój przybrany brat był Delfinem, dziedzicem tronu francuskiego. Ojciec rozpoznał go kiedyś na ulicy, sprzedającego losy na loterię, i natychmiast zabrał go do domu. Ja byłem outsiderem. Ja jeden nie byłem Burbo-nem we wcześniejszym wcieleniu. Ojciec nie chciał mi powiedzieć, kim byłem.

— Nie jesteś jeszcze gotowy, żeby to usłyszeć — mawiał. — Ale byłeś kimś bardzo wyjątkowym.

Siostra ojca, Lucia, która z nami mieszkała, spędziła ten dzień równie niewidzialnie jak zwykle. Kiedyś burbońska księżna, w tym życiu była starą panną: niepracującą kobietą, która miała mnóstwo czasu i żadnych przyjaciół. Tak pieczołowicie chroniono ją przed zepsutą kulturą kubańską i zakusami młodych mężczyzn, którzy cuchnęli tą kulturą, że znalazła się sama, niby jakaś pani Robinsonowa bez Piętaszka, na bezludnej wyspie naszego domu. Naszej wyspie na wyspie. W tym azylu, który dawał schronienie przed bezguściem i nieprzystojnymi zachowaniami, takimi jak tańczenie w rytmie bębnów. Całe dorosłe życie spędziła w towarzystwie swojej matki i niezamężnej ciotki, która tak jak ona pozostała dziewicą, choć nie składała ślubu czystości. Po śmierci matki i ciotki przeprowadziła się do pokoju na tyłach naszego domu i rzadko z niego wychodziła. Nigdy się nie dowiem, czy miała jakieś pragnienia. Wydawało się, że nie ma żadnych. Nie pamiętam, aby wyraziła jakąś opinię w dniu przepędzenia Batisty oraz triumfu Fidela Castro i jego rebeliantów. Jednakże kilka dni później wystąpiła z poglądem, że ci mężczyźni, którzy przyszli z gór, powinni się ogolić i obciąć włosy.

Nasza pokojówka pracowała tego dnia jak zwykle. Na imię miała Inocencia, a jej skóra była fioletowoczarna. Inocencia gotowała, sprzątała i prała. Zawsze była w domu. Wydawało się, że nie ma żadnej rodziny. Mieszkała w pokoju połączonym z tyłem domu, ale bez drzwi, które dawałyby bezpośredni dostęp do niego. Aby wejść do domu, musiała opuścić swój pokoik i dotrzeć werandą do drzwi kuchennych. Miała własną łazienkę, z której czasem korzystałem, kiedy bawiłem się na zewnątrz.

Pewnego razu, na długo przed dniem, kiedy świat się zmienił, otworzyłem drzwi do jej łazienki i zobaczyłem w środku Inocencię — stała naga. Do dzisiaj pamiętam jej wrzask i swój szok. Zastygłem — czteroletnie dziecko — i patrzyłem na jej górzyste afrykańskie piersi. Kilka dni później, będąc na targu z mamą, pokazałem na bakłażany i powiedziałem: Tetas de ne-grat — Cycki Murzynki! Maria Antonina zakryła mi usta dłonią i czym prędzej mnie stamtąd zabrała, do wtóru śmiechów i sprośnych komentarzy przekupniów. Nie mogłem zrozumieć, na czym polega mój występek. Bakłażany do złudzenia przypominały piersi Inocencii, łącznie z tym, że jedne i drugie miały aureole i sutki. Z jedną jednak różnicą: sutki Inocencii były nie-bieskawoczarne, a bakłażanów zielone. Kiedy byłem starszy, szukałem dowodów na istnienie Boga. To podobieństwo było dla mnie pierwszym takim dowodem. A bakłażany zawsze przypominały mi o naszej nagości i wstydzie.

Kilka miesięcy po Nowym Roku Inocencia przestała u nas pracować. Zastąpiła ją chuda, żylasta kobieta imieniem Caridad, czyli Miłosierdzie, osoba wiecznie rozgniewana i złodziejka. Rodzice w końcu zwolnili ją za kradzieże. Kochała Fidela i przez cały dzień słuchała w kuchni radia. Gdyby nie to, w ogóle nie słyszałbym kubańskiej muzyki. Ojciec, były Ludwik XVI, w głównych pomieszczeniach domu pozwalał puszczać wyłącznie muzykę klasyczną. Poznał kiedyś osobiście kompozytorów, których muzykę odtwarzał, tęsknił za koncertami w Wersalu. Kubańska muzyka była dozwolona tylko w kuchni i służbówce.

Caridad uwielbiała mnie drażnić, kiedy rodziców nie było w pobliżu. „Niezadługo to wszystko stracisz". „Niezadługo to ty będziesz zamiatał podłogę u mnie". „Niezadługo będziemy się spotykać w waszym ekskluzywnym klubie plażowym, ja będę pływała, a ty będziesz opróżniał kosze na śmieci". Ze srogimi uśmieszkami groziła mi, że jeśli powiem rodzicom o jej docinkach, to rzuci na mnie urok.

Znam przeróżne uroki. Changó mnie słucha. Daję mu najlepsze cygara i mnóstwo wody ognistej. Przeklnę ciebie i całą twoją rodzinę. Changó i ja spuścimy na was całą armię diabłów.

Ojciec przestrzegał mnie przed złoczynną mocą Changó i afrykańskich bogów. Opowiadał mi o ludziach, którzy nagle padli trupem w kwiecie wieku, o paniach domu, które oszalały z miłości do swoich ogrodników, o makabrycznie okaleczonych dzieciach. Ja jednak myślę, że Caridad i tak rzuciła urok na mnie i całą moją rodzinę za to, że nie pozwoliliśmy jej kraść i drażnić się ze mną aż do dnia „niezadługo", kiedy miała przejąć dom na własność. Jej diabły obskoczyły nas ze wszystkich stron, równie błyskawicznie jak rebelianci, którzy przetoczyli się tego dnia przez całą wyspę.

Jaszczurki jak zwykle o niczym nie wiedziały. Wbrew temu, co mówił mój brat Tony, przepuszczając przez nie prąd, jaszczurki nic sobie nie roiły. Doskonale wiedziały, kim są i kim na zawsze pozostaną. Dla nich nic się nie zmieniło i nigdy nie miało się zmienić. Cały świat już wcześniej do nich należał, wolny od występku i cnoty. Goniły po ścianach i pastelowych płytkach podłogi werandy. Wylegiwały się na gałęziach drzew, opalały na kamieniach. Przyczepiały się do sufitów w naszym domu, czekając na owady, by je zjeść. Nigdy się nie zakochiwały, nie grzeszyły, nie łamały sobie serc. Nie znały takich pojęć jak zdrada czy upokorzenie. Nie potrzebowały rewolucji. Nie potrzebowały gilotyn i nie mogły o nich śnić. Nie bały się ani śmierci, ani bycia torturowanymi przez dzieci. Nie przejmowały się klątwami, dowodami na istnienie Boga ani nagością. Ich kończyny szalenie przypominały nasze, tak samo jak bakłażany przypominały piersi. Jaszczurki były brzydkie — to jasne, a w każdym razie tak mi się wówczas wydawało. Kazały mi zakwestionować dobroć stworzenia.

„Nie potrafiłbym pocałować jaszczurki — pomyślałem. — W życiu".

Może im zazdrościłem. Ich miejsce na ziemi było pewniejsze niż nasze. My w końcu straciliśmy swoje miejsce, swój świat. One wciąż wylegują się na słońcu. Tak samo jak kiedyś. Dzień w dzień.

2

DOS

Nie powinienem być zdziwiony w ten noworoczny poranek.ie powinienem być zdziwiony w ten noworoczny poranek.

Mnóstwo rzeczy na niebie i ziemi wskazywało, że szykują się kłopoty, że nadchodzą zmiany. Nawet trzymane pod korcem dziecko powinno wiedzieć, że zaraz coś trzaśnie. W późniejszych latach wspominałem ten poranek i usiłowałem go połączyć z wcześniejszymi wydarzeniami, pragnąć zrozumieć, dlaczego nasze życie się wykoleiło.

Dosyć często rozmyślania te prowadziły mnie do dnia, w którym o mało nie umarliśmy.

Znajdowaliśmy się kilka ulic od domu babci, kiedy zaczęła się strzelanina. To było blisko ogrodu botanicznego Quinta de los Molinos. W pierwszej chwili zabrzmiało to tak, jakby w oddali wybuchło kilka petard, puf, puf, puf! Jednak po jakimś czasie do pufów dołączyły bumy i tra ta ta, narastające niby muzyczne crescendo. Hałas przybliżał się do nas. I był coraz bardziej dziki.

Mama zaczęła krzyczeć.

— Strzelanina, strzelanina! O mój Boże, wszystkich nas zabiją! Zatrzymaj się, Antonio, natychmiast się zatrzymaj!

Antonio to było imię mojego ojca w tym życiu. Antonio Juan Francisco Nieto Cortadellas. Z kolei mama w tym wcieleniu nazywała się Maria Azucena Eire Gonzalez. Spora degradacja dla Ludwika XVI i Marii Antoniny, ale nadal całkiem niezła pozycja w łańcuchu pokarmowym. Maria Antonina tuż przed pierwszymi urodzinami w tym życiu zachorowała na polio i jej prawa noga była zupełnie bezużyteczna. Z tego widać, że wtrącenie do lochów Bastylii i skrócenie o głowę w 1793 roku nie uregulowało karmicznych rachunków.

Jeśli się teraz zatrzymam, to na pewno nas pozabijają — zareplikował ojciec. — Przestań krzyczeć, wystraszysz dzieci.

Chyba nie przyszło mu do głowy, że odgłos wystrzałów też potrafi napędzić strachu.

— Stój, stój, błagam... możemy tutaj wysiąść. Znam rodzinę, która mieszka w tamtym domu — prosiła Maria Antonina, pokazując na dom kawałek dalej.

W tej dzielnicy budynki stały blisko siebie, bezpośrednio przy chodniku. Żadnych podwórzy czy ogrodów z przodu ani z boku. Nie był to taki zły pomysł, żeby wyskoczyć z auta i pobiec do któregoś domu.

— A jeśli twoich przyjaciół nie ma? — spytał Ludwik XVI.

Puf, puf, tra ta ta, bum!

— To nie są moi przyjaciele, znam ich przelotnie — odparła Maria Antonina. — Znajomi znajomych mojej siostry. — Bum, puf, bum, tra ta ta, bum! — Gdzie mieliby pójść w niedzielę wieczór? — Puf, ka-puf, bum! — Mój Boże, wszyscy zginiemy!

Puf, bum, ka-blam!

Mój brat Tony i ja spoglądaliśmy na siebie z niedowierzaniem. Zupełnie jak w filmie wojennym! Szczęście w końcu się do nas uśmiechnęło i braliśmy udział w prawdziwej wymianie ognia. Słyszeliśmy ten dźwięk w kinie i czasem z bardzo daleka, zwłaszcza w porze kładzenia się spać, ale z tak bliska jeszcze nigdy. Był o wiele głośniejszy! Pomyślałem o Audiem Mur-phym w To Heli and Back koszącym tych wszystkich nazistowskich łajdaków i wysadzającym w powietrze ich czołgi. Tony i ja widzieliśmy ten film co najmniej kilkanaście razy. Obaj chcieliśmy być Audiem Murphym odznaczonym największą liczbą medali żołnierzem amerykańskim z czasów drugiej wojny światowej. Ponieważ nasz ojciec był sędzią, mogliśmy za darmo chodzić do każdego kina w Hawanie i często korzystaliśmy z tego przywileju.

— W telewizji są dziś wieczorem bardzo dobre programy — wtrącił mój brat. Tra ta ta, bum, puf, ouf, ka-blam! — Pewnie oglądają „Rin Tin Tin".

KA-BLAM! KA-BLAM! KA-BLAM!

— Dorośli nie oglądają „Rin Tin Tin". Dorośli nie lubią seriali o psach — powiedziałem.

KA-BLAM! ŁUP! BUM! TRA TA TA!

_O mój Boże, o mój Boże, Mario Święta, Matko Boża.

Matko Miłosierdzia! Zatrzymaj samochód! Zatrzymaj samochód! STOP!

Krzyki mamy były bardziej ogłuszające niż wystrzały.

Może zadziałała tutaj moja nadpobudliwa wyobraźnia, ale mógłbym przysiąc, że usłyszałem również „ka-ping". Rykoszet. Odgłos pocisku odbijającego się od budynków, jak w filmie wojennym. Robi wrażenie. Potem tylko głuche tąpnięcie. Pociski przebijają ściany budynków. Robi jeszcze większe wrażenie.

Antonio Nieto Cortadellas podjechał do krawężnika i gwałtownie zahamował przed wskazanym przez mamę domem. Tony'ego i mnie rzuciło o przednie siedzenia. W tamtych czasach nie było pasów bezpieczeństwa.

Maria Azucena Eire Gonzalez pierwsza otworzyła drzwi.

I wtedy stało się. Zanim zdążyła wystawić na zewnątrz zdrową nogę, z cienia wyskoczył jakiś mężczyzna. Złapał mamę za oba ramiona, był tak głęboko pochylony, że twarz miał niżej od niej.

r

— Ratunku! Proszę, ukryjcie mnie! Ścigają mnie! Zabiją mnie! — Głos mu drżał. Zaczął wpychać mamę z powrotem do samochodu. — Błagam was! Na litość boską, ukryjcie mnie! Ukryjcie mnie, błagam was! Por favor, se lo mego!

Wystawiłem głowę nad przednie siedzenie i dobrze się przyjrzałem temu człowiekowi. Miał okrągłą twarz i ciemne kręcone włosy, był bardzo spocony. Koszulę miał rozpiętą do połowy klatki piersiowej. Teraz oceniam go na trzydzieści kilka lat, ale wtedy nie umiałem tego stwierdzić. Wszyscy dorośli wyglądali dla mnie tak samo, dopóki się nie zestarzeli.

Strzelanina stała się jeszcze głośniejsza. Włosy stanęły mi dęba, po raz pierwszy w życiu. Usłyszałem kolejne głuche tąpnięcia i ka-pingi, a potem dźwięk syren. Maria Antonina wrzasnęła przerażająco, zupełnie jak na filmach grozy.

Tony wyskoczył wcześniej z samochodu, nie zdążywszy zobaczyć mężczyzny. Kiedy obszedł auto, człowiek ten chwycił go mocno jedną ręką.

Jeśli miłe wam życie tego chłopca, ukryjcie mnie! — powiedział przez zaciśnięte zęby.

— Niech pan stąd znika! — krzyknął Ludwik XVI. — Przez pana wszyscy zginiemy! Nie widzi pan, że moja żona jest kaleką, a ja próbuję ocalić życie moim dzieciom? Nie możemy nic dla pana zrobić! Niech pan puści mojego chłopca, natychmiast! Niech pan stąd ucieka! Biegiem!

Mężczyzna spojrzał na mnie. Widziałem już takie oczy, na obrazach i posągach Jezusa Chrystusa. A także w snach. Bardzo często śniło mi się, że Jezus pojawia się w oknie jadalni z krzyżem na plecach, podczas gdy my jemy kolację. Stał i patrzył na mnie, z twarzą ociekającą krwią. Nie musiał nic mówić. Wiedziałem, czego ode mnie chce, i śmiertelnie mnie to przerażało. Reszta rodziny jadła dalej, niczego nieświadoma. A potem rozpływał się w powietrzu. Opuściłem głowę, żeby uciec przed spojrzeniem tego mężczyzny.

Potem on przyjrzał się nodze mamy, puścił Tony'ego i pierzchnął. Zniknął tak szybko, jak się pojawił. Czterdzieści dwa lata później, w dniu, kiedy napisałem te słowa, mój brat powiedział, że nigdy nie widział tak szybko biegnącego człowieka.

Wyskoczyliśmy z samochodu i nawet nie zamknęliśmy drzwi. Tony i ja przywarliśmy do ziemi, jak żołnierze na filmach wojennych. Nareszcie mieliśmy jakiś pożytek z tych wszystkich godzin spędzonych w kinie i przed telewizorem.

— O mój Boże, o mój Boże, o mój Boże! Ay, Dios mio! — modliła się Maria Antonina, kuśtykając w stronę drzwi domu.

KA-BLAM, BUM, BUM, TRA TA TA!

Hałas był ogłuszający. Słyszałem też dźwięk kul przelatujących koło nas.

ŚŚŚWIST! KA-PIIING!

Maria Antonina i Ludwik XVI zaczęli się dobijać do drzwi. Król Ludwik użył kołatki, królowa Maria Antonina łomotała laską. Trwało to całą wieczność, ale w końcu siwowłosa kobieta uchyliła drzwi. Maria Antonina bez słowa wtargnęła do środka

i wszyscy podążyliśmy za nią.

— Ona chyba rzeczywiście zna tych ludzi i— ocenił Tony.

— Błagam, błagam, musicie pozwolić nam tutaj zostać, do-nńVi nip sknńr.'zv sie strzelanina — Dowiedziała Maria Antoni-

Nie pytając staruszki o pozwolenie, zagoniła nas do pierwszej napotkanej sypialni i powiedziała:

— Wchodźcie pod łóżko, szybko!

Tony i ja wczołgaliśmy się pod łóżko, gdzie leżeliśmy przyciśnięci do siebie i drżący. Pamiętam, że narzuta była brązowa, a marmurowa podłoga przyjemnie chłodna. Mama usiadła na łóżku niby kwoka nad kurczętami i pod nosem odmawiała Ojcze Nasz i Zdrowaś Mario. Ojciec i mieszkanka domu również weszli do pokoju.

Dorośli stali albo siedzieli bez słowa. Modły mamy stały się niesłyszalne. Odgłos wystrzałów stopniowo się oddalał i cichł. A potem ustał, równie nagle, jak się zaczął.

Rodzice wylewnie podziękowali siwowłosej pani i przez chwilę toczyli jedną z tych nudnych rozmów typowych dla dorosłych. Tony i ja wypełzliśmy spod łóżka, a staruszka poczęstowała nas cukierkami.

Potem pojechaliśmy do domu.

Tego wieczoru nie zasnąłem na tylnym siedzeniu, jak mi się to nierzadko zdarzało. Po powrocie do domu rodzice położyli nas do łóżek. Sen przychodził bardzo powoli.

Tej nocy nie śnił mi się Jezus i krzyż.

Następnego dnia rodzice przeczytali w gazecie o zbiegłych więźniach, których zastrzelono w pobliżu Quinta de los Moli-nos. Nasz desperat był jednym z kilku ludzi, który uciekli z więzienia w twierdzy El Prfncipe, relikcie czasów kolonialnych.

— Ten człowiek, który błagał nas wczoraj, żebyśmy go uratowali, wiecie... Zastrzelili go — powiedział ojciec.

— Policja go zastrzeliła — uzupełniła mama.

Ludwik XVI nie chciał nam pokazać gazety, ale Tony i ja dostaliśmy ją później w swoje ręce. Dzięki temu zobaczyliśmy makabryczne zdjęcie. Leżał na ziemi, ramię miał potwornie wywichnięte, na koszuli widać było plamy krwi, a na chodniku całą jej kałużę. Cienka strużka krwi ściekała mu z ust. Oczy miał otwarte, ale wyglądały inaczej niż wtedy, gdy na mnie patrzył. Były puste.

W schyłkowych czasach reżimu Batisty kubańskie gazety publikowały mnóstwo takich zdjęć. Martwi rebelianci. Martwi zbiegowie z więzień. Martwi przypadkowi świadkowie. Wszędzie krew. A nawet muchy.

My byliśmy żywymi przypadkowymi świadkami. Nie uroniliśmy ani kropli krwi. Co za szczęście, i za jaką cenę dla człowieka, do którego nie wyciągnęliśmy ręki w jego godzinie największej rozpaczy.

Tak wyglądał świat, zanim się zmienił. Mogłem przewidzieć, że coś się kroi.

Był rok 1958. Dzień wcześniej wyprawiliśmy przyjęcie pożegnalne dla siostry mamy, Lily, która wyjeżdżała na zorganizowaną wycieczkę po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Pojechaliśmy do portu i patrzyliśmy, jak wsiada na prom Hawa-na-Miami. To była wielka frajda patrzeć na samochody wjeżdżające w trzewia ogromnego statku, ale trwało to za długo i znudziło się nam. Zabrałem ze sobą tylko jeden komiks, i to kiepski. Elastic Man. Co za głupi superbohater. Umiał się tylko rozciągać. I nosił kretyński czerwony strój bez peleryny.

Leżąc na zimnej marmurowej podłodze pod łóżkiem siwej staruszki i słuchając odmawianych pod nosem modłów tudzież wystrzałów karabinowych, pomyślałem o Elastic Man. Jak on by zareagował na strzelaninę w pobliżu? Rozciągnąłby się płasko na ziemi? Albo zrobiłby się taki cienki, żeby prawie nie było go widać? Na pewno nie schowałby się pod łóżkiem, nawet gdyby mu groziło, że zostanie wyśmiany za swój kostium.

Nie byłem superbohaterem, to rzecz pewna. Ani nikt z mojej rodziny.

Morze było tego dnia wzburzone. Tak wzburzone, że ciocia przez całą drogę do Miami cierpiała na chorobę morską. Bardzo to przeżyłem, kiedy po powrocie do Hawany opowiedziała nam, jak wielkie były fale, jak potwornie trzęsło promem i jaka zielona zrobiła się twarz jej współpasażerki z kabiny. Wyobraziłem sobie, jak ciocia wysuwa twarz, też zieloną, przez bulaj i wymiotuje do morza. Sto dwadzieścia mil rzygania. Pasjonujące. Bardziej pasjonujące niż opowieści o Nowym Jorku, Nia-garze i kanadyjskiej konnej policji.

Niemal równie pasjonujące jak świst pocisków koło mojej głowy i widok Jezusa za oknem jadalni, z krzyżem i tak dalej.

3

TRES

Hawana nocą. Podobno było jakieś nocne życie. Nigdy go nie zakosztowałem, więc nie mogę nic o nim powiedzieć.awana nocą. Podobno było jakieś nocne życie. Nigdy go nie zakosztowałem, więc nie mogę nic o nim powiedzieć.

Hawana za dnia. Gorąco, tak, i promiennie. Światło słońca zdawało się zarazem gęste i całkowicie przezroczyste. Cienie były takie rześkie, takie chłodne. Chmury na błękitnym niebie, każda to osobny wiersz; jedne to haiku, drugie epos. Zachody słońca — nie ma o czym mówić, bezkonkurencyjne. Nic nie może się równać z widokiem tej rozjarzonej czerwonej tarczy połykanej przez turkusowe morze i z pomarańczowym światłem, które wszystko opływa i sprawia, że całość stworzenia jakby żarzy się w środku. Nawet jaszczurki. Fale, turkusowe fale, chlapiące o mur Malecón, chlapiące, przeskakujące górą, by zalać drogę, pluskające, pluskające, pluskające bez końca, wiecznie. Nawet podczas największego sztormu fale zawsze były pieszczotą kochanka, niestrudzonym przytulaniem, niekończącym się deszczem pocałunków.

Oczywiście wtedy w ten sposób nie myślałem. Dajcie spokój. Byłem małym chłopcem. Wyobrażenia uścisków i pocałunków były niewypowiedzianie odrażające. Fale to była fajna rzecz, a nie sentymentalne pobredzanie. Podczas największej burzy mój brat i ja prosiliśmy ojca, Ludwika XVI, żeby pojechał z nami samochodem wzdłuż Malecón i oddał samochód na pożarcie grzywaczom. Król Ludwik XVI łaskawie się zgadzał.

— Słona woda zniszczy auto, chłopaki — przypominał nam.

Ale pragnął, żebyśmy mieli tyle zabawy, ile chcemy, albo nawet więcej, jadąc przez fale. Rdzą się za bardzo nie przejmował. Uwielbialiśmy to, zwłaszcza kiedy potężna ściana wody o mało nas nie wywracała, a wycieraczki nie nadążały z usuwaniem jej nadmiaru. Czasami zabieraliśmy ze sobą tylu kolegów, ilu zmieściło się w aucie i mój ojciec odważnie wystawiał nas na pastwę fal. Surfing samochodowy. Bez pasów bezpieczeństwa, rzecz jasna. Gdyby Hawana leżała na terenie Stanów Zjednoczonych, drogę zamknięto by dla ruchu, a tata poszedłby do więzienia za narażanie życia nieletnich.

Ale Hawana nie leżała na terenie Stanów Zjednoczonych. To właśnie było w tym wszystkim najpiękniejsze i najstraszniejsze. Tak wiele wolności, tak mało wolności. Wolność do ryzykanctwa, ale brak autentycznej wolności od strapień. Mnóstwo przygód z dreszczykiem i obfitość ryzyka, dużego i małego, ale bardzo niewielki margines błędu i mało siatek zabezpieczających. Dla ubogich największą szansą była loteria państwowa i nielegalna loteria uliczna. Dla pozostałych życie mogło być piękne, nawet jeśli balansowało na ostrzu noża. Tak piękne jak gigantyczna turkusowa fala wisząca nad naszymi głowami.

Hawana była stolicą wyspiarskiego państwa, które zaledwie pięć dziesięcioleci wcześniej wyzwoliło się spod władzy hiszpańskiej. Rodzice mojego ojca dorastali w hiszpańskiej kolonii, w ich domu mieszkali niewolnicy. Wielu mężczyzn z jego rodziny odbyło szkolenie oficerskie w Hiszpanii, a ich podstawowym celem życia było utrzymanie kolonialnego statusu Kuby. Wielu aż do śmierci wypierało się tego, że są Kubańczykami. Pokolenie mojego ojca urodziło się na hiszpańskiej Kubie i dojrzewało wraz z republiką. Jego siostra pamiętała odgłos wybuchu, który zatopił okręt wojenny „Maine" w porcie hawań-skim. Pięćdziesiąt lat to nie tak długo. Ile można oczekiwać od młodego państwa, zwłaszcza położonego tak blisko najbogatszego, najpotężniejszego kraju na świecie, i tak bardzo ekonomicznie uzależnionego od tego mocarstwa?

Należy się spodziewać kłopotów.

Jednakże fale, turkusowe fale, wespół ze słońcem, niemal rekompensowały kłopoty. Niemal. Boskie, wszechwiedzące słońce świeciło także na rzeczy grzeszne i złe. Na slumsy pełne gołych, zarobaczonych dzieci. Burdele. Bękartów. Zwłoki. Łapówki. Żebraków. Jasnozieloną flegmę na chodniku. Chuliganów znęcających się nad szkolnymi kolegami. A w nocy światło słońca wypierał groźny mrok rojący się od nietoperzy, komarów, prostytutek i latających karaluchów. Turkusowe fale zmieniały kolor na atramentowy. Nic mnie bardziej nie przerażało niż widok tej czarnej wody, może poza rekinami pływającymi po cichu przy dnie i złą magią brujeros, czarnoksiężników wudu, którzy zawsze wykonywali swoją brudną robotę nocą.

Często po przebudzeniu znajdowaliśmy na przedniej werandzie złe uroki. Najróżniejsze klątwy wudu, niewymagające pisemnych wyjaśnień. Cuchnące drobne przedmioty i monety. Zgniłe owoce obwiązane czerwonymi wstążkami. Zakrwawione pióra. Nierzadko kurzy łeb. Zaimprowizowane ołtarzyki, na których coś spalono. Wszystkie te upominki zostawiali krewni mężczyzn i kobiet, które mój ojciec, sędzia, każdego powszedniego dnia posyłał do więzienia.

Mój ojciec był dobrym człowiekiem, łagodnym w obejściu i mowie. Potrafił być twardy, ale wydawał się łagodny i wrażliwy z powodu swojej tuszy. Przy wzroście około metra siedemdziesięciu centymetrów ważył prawie sto kilogramów. Włosy rzadkie, siwe. Już kiedy się żenił z moją matką, w wieku trzydziestu siedmiu lat, wyglądał staro. Kolekcjonował artystyczne wyroby z porcelany, obrazy i inne antyki. Mieliśmy rzadki szes-nastowieczny talerz z Palissy, jeden z najstarszych egzemplarzy malowanej europejskiej porcelany. Kiedy ojciec wypożyczył go muzeum narodowemu, przy talerzu postawiono osobnego strażnika. Wiele lat później widziałem niemal identyczny talerz z Palissy w baltimorskiej Walters Art Gallery. Tego słonecznego niedzielnego ranka w 1976 roku rozpłakałem się jak dziecko, chociaż byłem już dorosłym człowiekiem.

Mieliśmy też inne cenne dzieła sztuki, na przykład obraz Murilla z Jezusem w wieku chłopięcym, wiszący w salonie razem z portretem austriackiej cesarzowej Marii Teresy. Pod ich bacznymi spojrzeniami oglądałem telewizję. Kultura amerykańska zalewała nasz salon nieprzerwanym potokiem obrazów, pod wzrokiem Jezusa i Marii Teresy: kot Feliks, Three Stooges, Wo-ody Woodpecker, Flip i Flap, Myszka Miki, Mighty Mouse, Bet-ty Boop, Buck Rogers, Samotny Jeździec, Roy Rogers, Hopa-long Cassidy, Kaczor Donald, „Gunsmoke", „Bat Masteston", Fred Astaire, Pluto, Jimmy Cagney, Rin Tin Tin, Flash Gordon, Tarzan, „Sea Hunt", Superman, „Perry Mason", Zorro. Nigdy jednak nie widziałem „I Love Lucy". I dobrze. Myślę, że każdy amerykański program telewizyjny z udziałem Kubańczyka potwornie by nam namieszał w głowach.

Jezusek Murilla — pasący owieczki na płótnie poczerniałym od dymu płonących przez stulecia świec — wyglądał na chłopca dobrodusznego, ale smutnego. Wodził wzrokiem po wzgórzach Galilei za zagubionymi owcami. Co się tyczy srogiej Marii Teresy, to bałem się jej. W moich snach często klęła na mnie jak marynarz na przepustce, posługując się najplugawszym językiem znanym ludzkości. Kiedy powiedziałem ojcu o tych snach i poprosiłem, by usunął przeklinającą cesarzową z naszego domu, udzielił mi bardzo prostej, zgodnej z prawdą historyczną odpowiedzi:

— Nie wygłupiaj się. Maria Teresa była dystyngowaną damą, która na pewno nie przeklinała.

Oczywiście nie mogłem powtórzyć tych brzydkich słów w ramach dowodu na wulgarystyczną fachowość Marii Teresy. Gdybym to zrobił, uderzyłby mnie w twarz. Wulgarny język był w naszym domu zakazany. Brzydkie słowa — malas palabras — podlegały natychmiastowej karze. W moim prywatnym dekalogu na pierwszym miejscu było „Nie będziesz używał brzydkich słów".

W gabinecie ojca stał srebrny relikwiarz z fragmentami kości siedmiu różnych świętych i dwiema drzazgami z Prawdziwego Krzyża. Pomyślcie: z Prawdziwego Krzyża! Jakby tego było mało, mieliśmy też siedemnastowieczny obraz przedstawiający Jezusa, który niósł krzyż i krwawił obficie — tworzywo moich snów — oraz włoski porcelanowy talerz z twarzą Jezusa wytłoczoną w taki sposób, że wodził za tobą oczami. Mój ojciec lubił się tym popisywać i rzucać gościom wyzwanie:

— Idę o zakład, że nie uciekniesz przed Jego spojrzeniem.

Naprzeciwko Jezusa o Wędrującym Spojrzeniu wisiał portret

angielskiej damy w stroju jeździeckim, trzymającej wodze swojego rumaka. Ona sklęła mnie tylko raz. Oczywiście we śnie, po hiszpańsku, zupełnie jak Maria Teresa.

Teraz śnię po hiszpańsku tylko wtedy, gdy nawiedza mnie

duch mojego ojca.

Mój ojciec, Ludwik XVI, kubański sędzia, kolekcjoner sztuki, nieodpowiedzialny ujeżdżacz fal, robił przepiękne dioramy z muszelek i koralu. Bardzo pomysłowe i takie delikatne. Muszelki przeistaczały się w motyle, koral służył za roślinność, na której przysiadały motyle. Nie było dwóch identycznych dzieł. Ludwik XVI robił też drewniane pudełka pokryte szkłem, niezwykle starannie wykonane, z aksamitną wyściółką. Niektóre w tych rzemieślniczych wyrobów wisiały u nas na ścianach, ale większość była przeznaczona na prezenty. Muszelki i koral pochodziły z zakładu, który wykopywał morski piasek i sprzedawał firmom budowlanym. La Arenera — tak to nazywaliśmy. Piaskarnia. Przedsiębiorstwo znajdowało się nad brzegiem rzeki Almendares, w pobliżu fabryki oleju fistaszkowego, która nasycała powietrze wonią spiekanych orzeszków ziemnych.

Uwielbiałem mijać tę fabrykę w drodze do domu babci.

— Zaraz będą orzeszki, zaraz będą orzeszki! Przygotujcie się do wdychania! — wołałem z tylnego siedzenia.

Aromat nagle wdzierał się do samochodu, jakbyśmy uderzyli w ścianę orzeszków ziemnych, i zostawał z nami bardzo długo, prawie do samego domu babci.

— To się wam liczy jako podwieczorek — mawiała często Maria Antonina.

Co jakiś czas wyprawialiśmy się do La Arenera po muszelki i koral. Ojciec znał właściciela. Wydawało się, że zna wszystkich. Wszędzie stały góry piasku. Białego piasku, szarego piasku, różowego piasku, brązowego piasku, żółtego piasku. Dosłownie góry, na pięć albo sześć pięter. Mogliśmy przesiewać piasek tylko na dole, chociaż korciło nas, żeby wspiąć się na każdą górę.

— Zbyt niebezpieczne, chłopcy, zbyt niebezpieczne — przestrzegał właściciel, podając nam sita. — Nie chcę, żebyście wspinali się na hałdy, słyszycie?

Ojciec usilnie wbijał nam to do głowy.

— Wiecie — mówił, kiedy dojeżdżaliśmy do La Arenera — mnóstwo ludzi straciło życie w tych hałdach. Biedni robotnicy. Zaczęli na nie wchodzić i zapadli się w piasek. Zniknęli, we-ssało ich, utonęli w piasku. W tych hałdach jest mnóstwo trupów. Jak piasek cię wessie, to koniec. Nikt cię nie wyciągnie. Popatrzcie na te hałdy: są zupełnie jak piramidy egipskie. Grobowce. Bardzo duże grobowce.

Poskutkowało. Byliśmy niesfornymi dziećmi, ale nigdy nie próbowaliśmy wspinać się na piaskowe góry. Szukając skarbów u spodu hałd, myślałem o pogrzebanych pod piaskiem szkieletach. „Może któregoś dnia nam się poszczęści i znajdziemy kości" — myślałem. Ale nigdy nie natrafiliśmy na kości. Tylko na piękne, urobione przez samego Boga przedmioty, które mój ojciec miał zamienić w dzieła sztuki.

Ojciec wykonywał również wyrafinowane latawce z kolorowej bibułki. Papel de China, tak się to nazywało. A szkielety z drewna balsy. Tata ciął drewno specjalnym nożem, który trzymał w specjalnym pudełku, wycinał z papieru przeróżne kształty, tworzył szalone kompozycje barw, smarował bibułkę klejem, przywiązywał sznurek i proszę, jest latawiec. Na koniec ogon, z cienkich pasków płótna związanych w łańcuch supłów. Czasem robił ich kilkanaście naraz, dawał wszystkim naszym kolegom, pakował nas do samochodu i zawoził nad morze, żebyśmy mogli popuszczać latawce u ujścia rzeki Almendares, niedaleko piaskami.

Najbardziej lubiłem walczące latawce, z żyletkami wmontowanymi w ogony. Kiedy latawce były wysoko, usiłowaliśmy przeciąć jeden drugiemu sznurek. Czasem się udawało, ale na ogół latawce splątywały się ze sobą i spadały na ziemię. Ale jeśli sznurek został ucięty, był to piękny widok. Latawiec przez chwilę jakby wisiał w powietrzu, zdezorientowany wolnością, a potem odlatywał tam, gdzie zechciał porwać go wiatr. Nieraz lądowały na dachach domów, niekiedy wiele ulic dalej, czasem wpadały do turkusowego morza. Wiwatowaliśmy i krzyczeliśmy, oczywiście poza właścicielem uszkodzonego latawca. Bardżo cierpiałem, kiedy spotkało to mój latawiec, a smutna prawda jest taka, że nigdy nie zdołałem uciąć czyjegoś sznurka. Mój ojciec, Ludwik XVI, nie sprawiał wrażenia niezadowolonego z faktu, że dewastujemy dzieła jego rąk. Wyglądał wręcz na zachwyconego.

Poza tym ojciec codziennie posyłał ludzi do więzienia albo karał ich grzywną.

I czasem ci ludzie rewanżowali się w jedyny znany sobie sposób. Obrzucali nas klątwą. Wzywali diabły, żeby spuściły na nas grad nieszczęść.

Oprócz diabłów przychodziły też prezenty. Bycie sędzią miało swoje zalety. Przysługa za przysługę. Pewnego razu jakiś Murzyn przyniósł pod nasze drzwi skrzynkę żywych kurczaków i powiedział:

— Dla doktora Nieto. On będzie wiedział, o co chodzi.

Mój brat i ja wypuściliśmy kurczaki na tylnej werandzie

i strzelaliśmy do nich z pistoletów wodnych. Mimo wszystko byliśmy dla nich bardziej miłosierni niż nasza gosposia Caridad, która ukręciła im wszystkim łby i wsadziła do garnka. Innym razem zajechał pod dom niebieski cadillac i szofer w liberii dostarczył pod nasze drzwi skrzynkę wina. Ojciec natychmiast przekazał wino sąsiadowi. Alkohol był w naszym domu zakazany.

— Niech kto inny się upije — powiedział Ludwik XVI.

Oprócz klątw i prezentów zdarzały się też fizyczne zagrożenia. Kiedy byłem bardzo mały, mój ojciec przewodniczył rozprawie przeciwko słynnemu wyjętemu spod prawa rewolucjoniście zwanemu El Colorado, czyli Czerwony. Wielu innych sędziów odmówiło sądzenia tego człowieka. Wszystko jedno, czy wynikało to ze strachu czy z przekupstwa. Efekt był taki, że ojciec stanął zupełnie sam przeciwko temu zbrodniarzowi i jego zwolennikom oraz że nasza rodzina stała się obiektem zastraszania. Do skrzynki pocztowej wrzucano nam liściki. Obcy ludzie telefonowali do nas w środku nocy. Przekazywane informacje niemal dorównywały pomysłowością robionym przez ojca dioramom z muszelek i koralu, tyle że walory estetyczne nie były w nich celem samym w sobie.

— Wiemy, kiedy pańska śliczna żona zabiera dzieci do parku, razem z kolorowymi opiekunkami. Jej sukienka w kropki jest taka ładna, pana żona tak pięknie ją sobą wypełnia, zwłaszcza na górze. Szkoda, że jedna noga jej uschła. Może będzie jej wygodniej, jak utniemy tę drugą.

Pana blondaski to istne perełki. Jak pan sądzi, podobałoby się im w naszym specjalnym wesołym miasteczku? Wie pan, w Hawanie jest mnóstwo starych świntuchów, którzy zapłaciliby fortunę za możliwość spędzania z nimi wieczorów.

— Pańska czcigodna matka i ciotka są takie delikatne. Czy przyszło panu do głowy, że mogą trzasnąć im szyje, kiedy je porwiemy i zgwałcimy?

— Pytanie za dwanaście punktów, wysoki sądzie: Jak by się panu podobało, gdybyśmy przy panu torturowali pańskie dzieci, a potem wydłubali panu oczy i dali dzieciom do zjedzenia?

I tak dalej.

Bóg raczy wiedzieć, ile padło propozycji łapówek. Pewnego razu w naszym domu zjawił się minister rządu. Długa kawalkada samochodów zakorkowała ulicę. Tata i minister zamknęli się w gabinecie. Zawsze mnie ciekawiło, czy tata pokazał ministrowi Jezusa z ruchomymi oczami. Mój ojciec, Ludwik XVI, wyszedł z tego zwycięsko. Może Jezus o Wędrującym Spojrzeniu maczał w tym palce. Tata posłał Czerwonego do więzienia i nic się nie stało. Po jakimś czasie policja stacjonująca na okrągło pod naszym domem po prostu zniknęła. Czerwony zginął podczas strzelaniny po ucieczce z więzienia, ale dowiedziałem się o tym dopiero w wieku trzydziestu ośmiu lat. El Colorado przebywał w naszym domu jeszcze długo po swoim zgonie, moi rodzice więzili go w wynaturzonym pośmiertnym życiu. Rodzice innych dzieci używali do dyscyplinowania swoich dzieci Czarnego Luda — El Coco. Moi rodzice straszyli mnie El Colorado, który wydawał się równie wieczny i wszechobecny jak Czarny Lud.

„Przestań, bo El Colorado cię porwie!" „Dokończ zupę, bo El Colorado cię zastrzeli!" „Patrz, stoi w oknie!" „Patrz, jaki ma wielki pistolet! O mój Boże, zaraz naciśnie spust!" „Kładź się do łóżka, bo zawołamy El Colorado!"

Nigdy nie oglądałem zdjęcia El Colorado, ale wyobrażałem go sobie jako grubego człowieka o czerwonej twarzy, podobnego do amerykańskiego turysty, którego kiedyś widziałem na ulicy. Nadal go widzę oczyma duszy — ściska kraty w oknie mojego pokoju i uśmiecha się diabolicznie, twarz mu gore, brzuch wyrywa guziki hawajskiej koszuli. Prawda jest taka, że budził we mnie dużo mniejszy strach niż Maria Teresa, cesarzowa Austrii. Albo Jezus o Wędrującym Spojrzeniu.

Po paru latach, kiedy El Colorado utracił swój walor dyscyplinujący, podczas wakacji ojciec od czasu do czasu zabierał mnie ze sobą do sądu. Niekiedy brał również Tony'ego. Ludwik XVI zaczął to robić, kiedy pracował w sądzie w Regla, biednej dzielnicy po wschodniej stronie portu. Jeżdżenie tam było wielką frajdą.

Najpierw wsiadaliśmy w autobus, który zawoził nas do portu. Mój ojciec, zamożny kolekcjoner sztuki, były król Francji, zawsze jeździł autobusem. Zawsze. Mimo że mieliśmy bardzo dobry samochód. Było to jedno z jego licznych dziwactw, obok takich rzeczy jak wkładanie spodni przez buty, pamiętanie o swoich minionych żywotach i znajomość minionych żywotów innych. Inni sędziowie naśmiewali się z niego. „Hej, Nieto, twój szofer znowu rzucił robotę?" „Ładny autobus, Nieto". „Co się stało, Nieto, za dużo utrzymanek?"

Nie pamiętam, żeby ripostował, zwłaszcza na żarty związane z seksem, które na Kubie zawsze miały przewagę liczebną nad innymi gatunkami żartów w proporcji mniej więcej miliard do jednego. To było kolejne jego dziwactwo: nigdy nie mówił o seksie i nie znosił świńskich dowcipów. Czyniło to z niego rzadkie zjawisko wśród kubańskich samców. Od pierwszej klasy szkoły podstawowej każdy chłopiec nieustannie potwierdzał swoją męskość za pomocą erotycznego humoru i swobodnej wymiany brzydkich słów. Ucznia pierwszej klasy, którego wprawiało to w zakłopotanie, przezywano mariąuita, czyli laluś. W trzeciej klasie przechodzono do poważniejszej obelgi: mari-cón, czyli pedał. Urodzonego na Kubie samca nie mogła spotkać gorsza zniewaga. Nawet się udusić i zostać żywcem pogrzebanym w wielkiej hałdzie piasku to był lepszy los.

Ale wróćmy do Regla i sądu, w którym pracował mój ojciec. Kiedy już wysiedliśmy z autobusu, przepływaliśmy na drugą stronę portu niewielką, zatłoczoną szalupą. W dokach ubodzy chłopcy nurkowali w poszukiwaniu wrzuconych do wody monet. Większość była w moim wieku, niektórzy nawet młodsi. Powiedzieć, że woda była mętna, to nic nie powiedzieć. Po zderzeniu z wodą monety szybko znikały z oczu. Turkusowość nie sięgała portu. Tutaj woda miała kolor ciemnozielony, poplamiony tęczowymi smugami oleju, i cuchnęła jeszcze gorzej, niż wyglądała. Skutkiem opowieści ojca przejażdżka na drugą stronę portu napełniała nas przerażeniem.

— Pomyślcie, ile rekinów pływa w tej chwili pod nami.

— Wiecie, widziałem kiedyś, jak stara Murzynka wypadła za burtę i utonęła. Mężczyznę, który skoczył jej na ratunek, zjadł rekin. To było straszne.

— Wiecie, jedna z tych łodzi wywróciła się kiedyś podczas sztormu i wszyscy utonęli. Nie, nie, cofam to: nie wszyscy utonęli. Niektórych zjadły rekiny. To było straszne. Co za tragedia.

— Wiecie, jakiś wariat wywiercił kiedyś dziurę w kadłubie jednej z taksówek wodnych i utonęła w połowie drogi na drugą stronę. To było straszne. Tych, którzy nie utonęli, zjadły rekiny.

Ci ubodzy chłopcy, którzy nurkowali po monety w tak ciemnej wodzie, że nie było widać nadpływających rekinów, wydawali mi się najodważniejszymi ludźmi na świecie. Albo najbardziej zdesperowanymi. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że desperacja i odwaga to z reguły jedno i to samo. Tata zawsze dawał mi monetę do wrzucenia, zazwyczaj pięciocentówkę. Czasem kubańską, czasem amerykańską. (W tamtych czasach na Kubie były to waluty zamienne, ponieważ peso i dolar miały niemal identyczną wartość). Chłopcy kotłowali się i bili o moją pięciocentówkę. Zachwyt na twarzy chłopca, który wynurzał się z wody z moją monetą, był czymś bezcennym.

Z portu do położonego kilka ulic dalej sądu szliśmy pieszo. Okolica była zapyziała, roiło się od ohydnych starych budynków i biedaków. Zapamiętałem tylko jeden kolor: brązowy. Budynki były brązowe, ulice były brązowe, ludzie byli brązowi. Nawet posąg Matki Bożej w kościółku Najświętszej Marii Panny z Regla był brązowy. Rozpalone słońce wisiało wysoko w górze, w swoim królestwie czystości, nie mogąc się przecisnąć wąskimi uliczkami. W polu widzenia ani jednego drzewa, przynajmniej po drodze do sądu.

Budynek sądu zdawał się niczym nie różnić od innych, prawdopodobnie dlatego, że na tej wąskiej ulicy nie było możliwości stanąć trochę dalej i dobrze mu się przyjrzeć. Drzwi sprawiały wrażenie starych i zniszczonych. Były brązowe. Stojący na straży policjant z reguły też był brązowy. Po przejściu przez te drzwi człowiek wiedział, że to nie jest zwykły budynek. Były tam cele dla aresztantów, jedyne prawdziwe cele, jakie w życiu widziałem. I siedzieli w nich ludzie. W większości brązowi. Musieliśmy ich minąć po drodze do komnat taty. Aresztanci byli smutni, wściekli i brudni, patrzyli na mnie złym okiem, a w każdym razie tak mi się wydawało. Byłem bardzo zadowolony z faktu, że na korytarzu prowadzącym do gabinetu taty stoją policjanci. W celach ewidentnie siedzieli źli ludzie, którzy zrobili coś strasznego. Kto wie, jaką krzywdę mogliby mi wyrządzić, gdyby mój ojciec nie kazał ich zamknąć? Cele przypominały mi klatki dla lwów w zoo, a zamknięci tam ludzie sprawiali wrażenie mniej więcej tak samo radosnych jak tkwiące za kratkami zwierzęta.

W sądzie dokonałem zdumiewającego odkrycia: mój ojciec nie był tylko głupkowatym grubasem, który robi latawce i wozi nas autem przez gigantyczne fale. Miał władzę, prawdziwą władzę, która sprawiała, że ludzie się przed nim korzyli. W sądzie tatę traktowano jak króla Francji, a mojego brata i mnie jak książąt z rodu Burbonów. Urzędnicy sądowi tak nam nadskakiwali, że literalnie potykali się o siebie nawzajem. Ponieważ w szkole i w domu lokowałem się na najniższym szczeblu hierarchii, uważanie, które spotykało mnie w sądzie, było dla mnie szokiem.

Wszyscy podwładni mojego ojca zasypywali mnie pytaniami. Dorośli mężczyźni z wąsami i włosami zaczesanymi do góry na pomadzie. „Przynieść ci coca-colę? A może wolałbyś Royal Crown? Co byś powiedział na pepsi-colę? Materva? Cawy? Może chciałbyś milkszejka? Przełączyć ten wentylator na większą prędkość? Może przynieść ci jakieś komiksy?"

Jeśli na któreś z tych pytań udzieliłem odpowiedzi twierdzącej, to zaszczycony okazanymi mu względami mężczyzna strzelał z palców i rozkazywał jakiemuś innemu pracownikowi sądu: „Nico, skocz na drugą stronę ulicy po coca-colę dla syna pana sędziego". „Hej, Argimiro, leć do kiosku po najnowszy komiks z Supermanem dla syna pana sędziego". „Chucho, Chucho, Chucho! Przynieś temu wspaniałemu chłopcu gumę do żucia

Juicy Fruit, tylko na jednej nodze!" Po kilku minutach prośba była spełniona. Byłem jeszcze dzieckiem, więc nigdy nie zastanawiałem się nad tym, kto za to wszystko płaci.

Ci sami ludzie kręcili się koło biurka taty jak mrówki robotnice. Przynosili mu papiery do podpisania. Pytali, czy zrobili coś jak należy. Na wszystkie polecenia Ludwika XVI reagowali skinieniem głowy i Si, seńor. Za każdym razem było to dla mnie objawieniem. W sądzie zasłona podnosiła się na chwilę, pozwalając mi zobaczyć zhierarchizowany świat, w którym wszystkimi pięcioma zmysłami dało się wyczuć władzę i jej oddziaływanie na ludzi. Miałem szczęście znajdować się na górze drabiny. Myślałem, że tak już zawsze zostanie.

Wiedziałem to na pewno, kiedy miałem okazję usiąść obok tronującego na ławie sędziowskiej ojca. Tak, miałem prawo tam zasiadać, obok wysokiego sądu. Ci służalcy podstawiali mi krzesło. I siedziałem, wywyższony nad wszystkich obecnych na sali, patrzyłem z góry na winnych, niewinnych i ofiary. Już wam mówiłem, że Hawana nie leżała na terenie Stanów Zjednoczonych. Mój robiący latawce i rozbijający fale ojciec słuchał zeznań, odpytywał świadków, docierał do prawdy, stukał młotkiem i decydował,, co jest sprawiedliwe, mając u boku swego syna. W świecie pełnym krzywd jego rolą było przywracać prawny i moralny ład: uniewinniać i karać, rehabilitować i zamieniać stratę w zysk.

Z podziwem obserwowałem go przy pracy. Z wszystkimi przypadkami rozprawiał się bardzo szybko. Nawet najbardziej zawikłane spory nie mogły spowolnić jego pracy. Słyszałem w szkole o Salomonie, o tym, jak w mgnieniu oka rozstrzygnął spór między dwiema kobietami o dziecko. Przetnijcie dziecko na pół! Dobry Boże, mój ojciec był zupełnie jak Salomon. Umiał błyskawicznie rozpoznać, kto jest winny, a kto nie, zadając parę pytań, po czym natychmiast wydawał wyrok. Dla ciebie grzywna dwadzieścia pesos. Dla ciebie więzienie dwadzieścia dni.

Siedziałem tam jak urzeczony. Wszyscy obecni na sali spoglądali na mnie dociekliwie, jakby chcieli spytać: „Co ty tam, u diabła, robisz, chłopcze?". Pewna kobieta, którą ojciec uznał za winną i ukarał grzywną w wysokości pięćdziesięciu pesos, spojrzała na mnie błagalnie. Czego ode mnie oczekiwała?

Nie sądzę, żeby sesje sądowe trwały dłużej niż dwie godziny. Po wyjściu z sali rozpraw ojciec podpisywał jeszcze trochę papierów i wyruszaliśmy w drogę do domu. Znowu taksówka wodna, znowu autobus. Teraz, kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że dzień pracy ojca trwał trzy do czterech godzin. Nic dziwnego, że tata miał czas na mnóstwo innych zajęć, takich jak sporządzanie na maszynie pełnych opisów wszystkich swoich antyków, budowanie dioram czy wożenie nas wzdłuż brzegu morza.

Kiedy świat się zmienił i ojca przeniesiono do sądu na głębokiej prowincji, jeździliśmy tam pociągiem. Był to mój rekord, jeśli chodzi o oddalenie od Hawany, aż do czasu, kiedy na zawsze stamtąd odleciałem. Jazda pociągiem była bardzo ekscytująca, zwłaszcza że pociąg wiele razy o mało się nie wykoleił. Pokonanie nie więcej niż pięćdziesięciokilometrowego dystansu zajmowało nam około dwóch godzin. Po dotarciu do sądu, niewielkiego drewnianego budynku, ojciec podpisywał kilka dokumentów i wracaliśmy do domu. Miał tylko dwóch podwładnych, równie usłużnych jak ci w Regla. Z jedną różnicą — rewolucja sprawiła, że nie mieli mi nic do zaproponowania. Żadnych napojów chłodzących, żadnej gumy do żucia, żadnych komiksów. Nic. Nie dostawałem nawet guarapo, zimnego napoju z rozgniecionej trzciny cukrowej. Nadal jednak przynosili tacie papiery do podpisania i pragnęli zaskarbić sobie jego względy.

Władza zawsze pozostanie władzą, a mężczyźni zawsze pozostaną mężczyznami.

Jaka to fajna praca być sędzią. Jaka to fajna rzecz być synem sędziego. Jaki to fajny kraj moja Kuba. Szczęściarz ze mnie.

Na długo zanim zacząłem jeździć taksówką wodną do Regla, wielu mądrych ludzi wykoncypowało, jak należy podchodzić do tego rodzaju szczęścia. Jednym z tych mędrców był święty Hieronim, człowiek, który w V wieku przełożył Biblię z hebrajskiego i greckiego na łacinę. Według legendy święty

Hieronim mawiał: „Zmiłuj się nade mną, Panie, bo jestem Dal-matyńczykiem", jednocześnie bijąc się kamieniem w pierś, usiłując bez reszty podporządkować się woli bożej i szykując duszę na przyjęcie łaski bożej. Co za mędrzec! Wiedział, jak głęboko pod skórą człowieka gnieździ się grzech. Moje grzeszne skłonności ciągnęły mnie ku turkusowej wodzie, pomarańczowym zachodom słońca i ławie sędziego. Ja również chwytam za wyszczerbione odłamki granitu i biję się w pierś, dążąc do zbawienia. Ale muszę wprowadzić do modlitwy świętego Hieronima drobną korektę — niewielką poprawkę, która wszystko jednak zmienia: Miserere mei, Domine, Cubanus sum.

„Zmiłuj się nade mną, Panie, bo jestem Kubańczykiem".

4

CUATRO

Kto odkrył Kubę?to odkrył Kubę?

Łatwe pytanie. Prawie wszyscy chłopcy podnieśli ręce. Nie podnieśli ci, którzy uznali, że pytanie jest za łatwe i znieruchomieli.

— Felipe... możesz nam powiedzieć?

Felipe nie podniósł ręki.

— Krzysztof Kolumb w 1492 roku.

— Świetnie — powiedział nauczyciel — ale o datę nie pytałem. Dobrze wiedzieć, że nie myślisz o niebieskich migdałach. A teraz trudniejsze pytanie: Jaka była pierwsza rzecz, którą powiedział Kolumb, kiedy postawił stopę na ziemi kubańskiej?

Dwóch lizusów szarpnęło dłońmi do góry z większym entuzjazmem niż reszta. Jeden z nich posunął się nawet do tego, że lewą ręką dźwignął prawą jeszcze wyżej. Nauczyciel jak zwykle wywołał osobę, która trzymała ręce pod pupą.

— Daniel, co powiedział Kolumb?

Daniel skrzywił się i wydukał:

— Um... um... um... Dzięki Bogu za ląd... nareszcie?

f

Śmiechy i chichoty. Podniosły się kolejne ręce. Nauczyciel pokręcił głową i wyznaczył do odpowiedzi kolejnego z pozoru rozkojarzonego chłopca, który się nie zgłosił.

— Miguel, może ty pamiętasz?

Patrząc nauczycielowi prosto w oczy, Miguel odparł:

— Kolumb powiedział: „To jest najpiękniejsza kraina, jaką widziały ludzkie oczy".

— Doskonale. Cieszę się nie tylko z tego, że uważałeś, Miguel, ale również z tego, że niektórzy z was są odpowiednio wychowywani i usłyszeli o tym w domu, przed dzisiejszą lekcją. To, co powiedział Kolumb, jest niezwykle ważne. Być może jest to jedna z najważniejszych i najprawdziwszych rzeczy, jakie kiedykolwiek powiedziano o naszej wyspie.

— Tak, Kuba to jest raj — stwierdził Ramiro, z własnej inicjatywy. To on trzymał rękę najwyżej ze wszystkich. — Tata mi powiedział, że rajski ogród był tutaj, na Kubie, i że Adam i Ewa byli nie tylko pierwszymi ludźmi, ale także pierwszymi Kubań-czykami i że cała ludzkość to są jakby Kubańczycy. Powiedział też, że dzięki temu nie mamy żadnych jadowitych gadów.

— To prawda, Ramiro, Kuba jest rajem i całkiem niewykluczone, że właśnie tutaj znajdował się biblijny raj, ogród edeń-ski. Kto z was słyszał o tym już wcześniej?

Całkiem sporo dłoni poszło do góry.

— Tak, Kuba jest rajem. Nie ma na ziemi miejsca równie pięknego jak Kuba i dlatego powinniście być dumni ze swojej ojczyzny. Wszyscy macie wielkie szczęście, że mieszkacie w raju.

W głowie śmigały mi jaszczurki. Spojrzałem przez okno na chłopca, który klęczał na żwirze w jasnym, oślepiającym słońcu. Spojrzałem na wiszący nad tablicą krucyfiks z krwawymi ranami. Niewiele rzeczy tak mnie przerażało jak krucyfiksy, chyba tylko Jezus, który pojawiał się w moich snach. I klątwy wudu.

To ma być raj? Trudno było uwierzyć nauczycielowi jak również ojcu: Ludwik XVI wiele razy mi mówił, że Kuba to jest rajski ogród. Chyba w to wierzył, chociaż nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek mieszkał w rajskim ogrodzie. Należało to do tych nielicznych rzeczy, których jego pamięć nie obejmowała. Czy to może być prawda?

Jezu, Superagencie Boga! Wtedy tego nie wiedziałem, ale ten tak zwany Eden był o wiele za podobny do biblijnego, łącznie z dalszym ciągiem tej historii, zwłaszcza fragmentem o Kainie i Ablu. Nie było cudzoziemca, którego mógłbym obwinie za utratę ojczyzny, domu i rodziny, za wszystkie najgorsze chwile mojego życia. Nie było hord barbarzyńców, których mógłbym wytknąć palcem, nie było najeźdźców zza morza. Odpowiedzialnością za swoje najgłębsze rany, także te odniesione niedawno, mogłem obarczyć wyłącznie swoich rodaków. Jednakowoż wiele im także zawdzięczałem. Ci sami Kubańczycy, którzy mieli obedrzeć mnie z szat, wycisnąć na moim licu pocałunek Judasza i zmiażdżyć mnie, mieli również popchnąć mnie w stronę raju.

Nieszczęście i pomyślność to bliźnięta syjamskie, złączone ze sobą sercami. Tak samo śmierć i życie, piekło i raj. Jako dziecko usiłowałem obalić ten aksjomat, i nadal do tego dążę, kiedy mam zły dzień.

Było z mojej strony głupotą, że stawiałem opór. Należało od początku postępować zgodnie z tym, czego nauczyli mnie salezjanie. Wtedy tego nie wiedziałem, ale zakonnicy prawie wszystko mi wytłumaczyli. Wiele im zawdzięczam, łącznie z tym, że boję się szoferów.

Szczęściarz ze mnie. Chodziłem do najlepszej szkoły podstawowej w Hawanie. El Colegio La Salle de Miramar. Salezjanie prowadzili na Kubie kilka szkół, ale placówka w luksusowej dzielnicy Miramar była okrętem flagowym nie tylko ich zakonu, ale także wszystkich szkół prywatnych na wyspie. Tak z pewnością uważał prezydent Batista, bo posyłał tam swoje dzieci. Byli oni moimi szkolnymi kolegami, podobnie jak synowie wielu ministrów i generałów Batisty. Także synowie właścicieli cukrowni, fabiyk tytoniu, kopalń, domów handlowych i prawie wszystkich innych większych przedsiębiorstw chodzili ze mną do klasy, obok synów lekarzy, prawników i sędziów.

Była to oczywiście katolicka szkoła dla chłopców. Prowadzili ją surowi zakonnicy, w tym wielu z Hiszpanii i Francji. Jedynym ich życiowym celem było uświadomienie nam naszych podłych instynktów i ukształtowanie z nas pełnych bojaźni bożej chrześcijan. Poza garstką dzieci żydowskich, których rodzice uciekli z Europy przed Hitlerem i nazistami, wszyscy byliśmy katolikami. Żydowskie dzieci mogły nie brać czynnego udziału w katechezie, ale musiały siedzieć w ławkach. Zawsze kiedy była mowa o historiach ze Starego Testamentu, one się włączały, co bardzo nas wszystkich dziwiło. I znały odpowiedzi. Nie mogliśmy zrozumieć, skąd wiedzą tak dużo o sprawach, które nie powinny ich obchodzić, ale wiedziały. Poczciwi braciszkowie nie zechcieli uchylić nam rąbka tej tajemnicy.

Widzicie, oni nie tłumaczyli nam wszystkiego. Tłumaczyli nam prawie wszystko.

Dyrektor szkoły, brat Nestor Mana, był niskim, krępym człowiekiem, który mówił po hiszpańsku z wyraźnym akcentem francuskim. Możecie sobie wyobrazić, ile my, grzeczni chrześcijańscy chłopcy, mieliśmy z tym uciechy. Akcent francuski jest w hiszpańskim tak samo zabawny jak w angielskim. Dyrektor często zachodził do naszej klasy i stał przy drzwiach z dłońmi splecionymi za plecami, a jego ogromny brzuch sprawdzał, czy guziki sutanny są mocno przyszyte. Chwalił się szkołą wszystkim rodzicom. Moja matka do tej pory o tym wspomina.

— Wiecie, brat Nestor Maria zawsze mówił, że do jego szkoły chodziła creme de la creme społeczeństwa kubańskiego.

Creme de la creme. No pewnie. Może byliśmy samą śmietanką, ale przy okazji także małymi chuliganami, przebrzydłymi naczyniami grzechu pierworodnego. Nie było godziny, żeby nad jakimś uczniem nie znęcano się albo nie naśmiewano się z niego. Nie było dnia bez bójki na szkolnym podwórku. Czasem podczas dużej przerwy toczyły się dwie albo trzy bójki naraz, każda ściągała wianuszek widzów. Braciszkowie stali i patrzyli, interweniowali tylko na widok krwi. Przy więcej niż jednej walce naraz gapie biegali od wianuszka do wianuszka, próbując ustalić, kto się bije. Były walki lepsze i gorsze, zależnie od renomy uczestników. Największe wzięcie miały bójki między dwoma naprawdę twardymi zawodnikami. Patrzenie, jak twardziel masakruje jakiegoś mariąuita, dawało niewiele satysfakcji. Tego rodzaju walki oglądali tylko maricones.

Nie zaliczono mnie ani do mariąuitas, ani do maricones, ale byłem nieustannie poddawany próbie. Nieużywanie wulgaryzmów spychało mnie niebezpiecznie blisko granicy pomiędzy macho a mariąuita, co owocowało przeróżnymi wyzwaniami dla mojej pączkującej męskości. Na skutek tego procesu znalazłem się na dole hierarchii, której do dzisiaj nie rozumiem. I zaliczyłem więcej ciosów, niż chce mi się pamiętać.

Pamiętam wszakże, iż jedną walkę wygrałem, i to jednym ciosem.

Pewnego pięknego dnia w drugiej klasie, w piekącym słońcu, podszedł do mnie na podwórku syn jednego z głównych siepaczy Batisty. Już wtedy wiedziałem, że według pogłosek jego ojciec zawiaduje całym torturowaniem, jakie się dzieje na Kubie. Niemałe zadanie, bo wyspa roiła się od rebeliantów. Jak to nierzadko bywa, syn usiłował wzorować się na ojcu, toteż chłopiec ten, którego imię zapomniałem, był jednym z największych agresorów w mojej klasie.

Oprawca junior podszedł do mnie, kiedy stałem i rozmawiałem z kolegą. Przerwał nam brutalnie, bo takie zasady savoir--vivre'u obowiązują szkolnych dręczycieli, i zapytał:

— Czemu zawsze stoisz z rękami na biodrach, po dziew-czyńsku?

Spuściłem wzrok na swoje dłonie i ze zgrozą skonstatowałem, że istotnie spoczywają na biodrach. Musiałem wykazać się refleksem, zwłaszcza że nigdy dotąd nie słyszałem, jakoby trzymanie rąk na biodrach było symptomatyczną oznaką zniewie-ściałości. Skoro ten chłopak tak powiedział, to musi być prawda. W końcu szkolni dręczyciele są leksykografami machismo.

— Nie zawsze tak robię — odparłem, zdjąwszy dłonie z bioder.

— Robisz. Ciągle widzę, że tak robisz.

— Nieprawda.

— Prawda. Spytaj, kogo chcesz. Zawsze stoisz po dziew-czyńsku, z rękami na biodrach.

Oprawca junior zwrócił się do mojego rozmówcy.

— Powiedz mu. Ty też widziałeś. Zawsze tak stoi, prawda?

Szkolny dręczyciel przybrał bardzo kobiecą pozę, zakołysał

tyłkiem, położywszy prawą dłoń na prawym biodrze, a lewą na czole.

— Ja... ja... ja... nie wiem — wydukał drugi chłopiec, bojąc się, że on też jest atakowany.

— Nie zawsze stoję po dziewczyńsku — ponowiłem protest. — Przesadzasz.

Nazywasz mnie kłamcą? — oburzył się szkolny dręczyciel.

— Um... nie, nie.

Tak, maricón, nazywasz mnie kłamcą. Ty obrzydliwy pedale.

A więc posunął się aż do tego. Użył tego słowa. A przecież byliśmy dopiero w drugiej klasie. Sprawa stawała się poważna.

Oprawca junior kontynuował ofensywę.

Rzygać mi się chce, jak na ciebie patrzę. Stoisz po dziew-czyńsku, nigdy nie przeklinasz. Udowodnij, że umiesz powiedzieć brzydkie słowo. Powiedz „gówno". Powiedz mierda.

— Um... um... nie mogę. To jest grzech śmiertelny. To jest wbrew pierwszemu przykazaniu.

— A nie mówiłem? Nie potrafisz nawet powiedzieć „gówno". Wiesz, że tylko dziewczyny nie mówią brzydkich słów. Tylko dziewczyny i maricones.

— Nie mogę tego powiedzieć. To nie ma nic wspólnego z tym, czy ktoś jest chłopcem czy dziewczyną. Nie chcę iść do piekła.

— Czyli znowu nazywasz mnie kłamcą, co? Po prostu nie umiesz mówić brzydkich słów. Powiedz „gówno". Powiedz „chuj". No dalej, powiedz pinga.

Zanim się zorientowałem, co robię, moja pięść trafiła go w głowę tuż nad uchem. Stało się to tak szybko, że nie miał szans sparować ciosu. Zgiął się wpół i pozostawał w tej pozie całą wieczność. A potem zaczął szlochać. Trzymałem się drugą dłonią za zbrodniczą pięść, która trochę mnie bolała, i patrzyłem, jak szkolny dręczyciel szlocha. Szlochał bez końca, zawodził z dłonią przytkniętą do skroni. Pomyślałem, że może spowodowałem u niego pęknięcie mózgu albo coś w tym rodzaju.

W końcu potem powiedział między chlipnięciami:

— Wiesz (chlip), możesz kogoś zabić, jak go uderzysz w skroń, (chlip) To jest czułe miejsce, (chlip) (chlip) Jak kogoś uderzysz w skroń, (chlip) cios może dojść do mózgu i zabić.

Chciałem powiedzieć: „Jasne, wiesz o tym, bo twój ojciec zabija mnóstwo ludzi. Założę się, że to twój ojciec ci o tym powiedział. Założę się, że bije mnóstwo ludzi w skroń. Dlatego jesteś takim ekspertem".

Nie powiedziałem tego jednak, tylko stałem, dyszałem i patrzyłem, jak szkolny dręczyciel szlocha.

Im dłużej szlochał, tym bardziej było mi go żal. Zalewały mnie fale współczucia. Potem jednak zaczęły się przeplatać

z falami strachu. Uświadomiłem sobie, że zrobiłem krzywdę najgorszemu małemu draniowi w klasie, którego ojciec umiał sprawić, żeby ktoś zniknął. Stało się. Mnie i moją rodzinę czeka śmierć.

Współczucie i strach zawiązały się w moim sercu w supeł i zmusiły mnie, żebym powiedział:

— Przepraszam.

Rozległ się dzwonek, przerwa się skończyła i wróciliśmy do klasy. Po południu ostrzegłem rodziców, że nadchodzi na nas zagłada, ale nic złego się nie wydarzyło. Policja nigdy nie załomotała do drzwi w środku nocy. Nikt nie porwał mnie do dużego czarnego samochodu podczas dużej przerwy. Szkolny dręczyciel dał mi spokój. Nie powiem, żebyśmy zostali przyjaciółmi, ale od tego dnia już się mnie nie czepiał.

Wtedy sobie tego nie uzmysławiałem, ale natknąłem się na jedną z fundamentalnych reguł funkcjonowania wszechświata. Agresorzy są w głębi serca lalusiami. Jeden w drugiego mari-ąuitas, a może nawet maricones. Dużo później, kiedy wylądowałem w publicznej szkole średniej w mało bezpiecznej chicagowskiej dzielnicy North Side, gdzie twardziele nosili noże i czasem ich używali, wspomnienie o tym szlochającym agresorze wielokrotnie uchroniło mnie od kłopotów.

Rzecz jasna, poczciwi salezjanie często nam mówili o Kazaniu na Górze: kochaj bliźniego swego jak siebie samego, nadstaw drugi policzek, cisi odziedziczą ziemię. Ale jakoś to do nas nie docierało. Grzech pierworodny wziął nas w swoje władanie. Wszyscy byliśmy obłożeni tą samą klątwą, niewolnicy grzechu, ślepi jak nietoperze i szczęśliwi jak nietoperze w jaskini. Biliśmy się między sobą jak skazani na potępienie poganie, cała nasza zgraja. Bez pamięci miotaliśmy wyzwiskami, naśmiewaliśmy się z mniej pobłogosławionych przez los i patrzyliśmy z góry na prawie wszystkich innych mieszkańców naszej rajskiej wyspy. Byliśmy w końcu numerem jeden, a wszyscy inni numerem dwa albo gorzej. Nasi rodzice o tym wiedzieli. Braciszkowie o tym wiedzieli. Najbardziej grzeszyliśmy pychą.

My jednak sądziliśmy, że naszym największym grzechem są „sprośne myśli", jak to nazywali braciszkowie.

Ay Dios mio.

To jedyny komentarz, który przychodzi mi do głowy, kiedy przypominam sobie, jak oficjalnie wprowadzano nas w temat seksu. Zdaję sobie sprawę, że poczciwi braciszkowie chcieli nas ostrzec przed chmurami burzowymi, które zbierały się na horyzoncie, ale przynajmniej w moim przypadku ostrzeżenie i chmury burzowe zlały się w jedno.

W pierwszej klasie przychodził brat Alejandro i napominał nas, żebyśmy odganiali od siebie „sprośne myśli". Z początku wszyscy siedzieliśmy milczący jak trupy, nie mając odwagi zapytać, o czym on mówi. Sprośne, czyli jak chcę sprosić ludzi do siebie? Stopniowo zaczął jednak się wyrażać bardziej konkretnie. Zreferował temat narządów intymnych i powiedział nam o tym najbardziej wstydliwym przymiocie męskiej fizjologii, czyli o erekcji — temu natręctwu, przed którym nie ma ucieczki i które kazało św. Augustynowi zakrzyknąć: Ecce unde! Jeśli chcesz mieć dowód na istnienie grzechu pierworodnego, wystarczy, że spojrzysz na swój penis. On żyje swoim własnym życiem. Rozum nad nim nie panuje. Przyjrzyj się mu! Ale nie przyglądaj się za dużo, a już na pewno nie trzymaj go w ręku zbyt długo po sikaniu. A w innych okolicznościach w ogóle nie trzymaj.