Wydawca: Sine Qua Non Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Czas żniw. Tom 3. Pieśń jutra ebook

Samantha Shannon  

4.33333333333333 (9)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 496 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czas żniw. Tom 3. Pieśń jutra - Samantha Shannon

Kontynuacja bestsellerowego cyklu.

Buntowniczka, która zostaje królową.

Po krwawych i brutalnych walkach Paige Mahoney zyskała odpowiedzialną funkcję – została wybrana Zwierzchniczką. Pod rządami ma teraz całą populację londyńskich kryminalistów.

Wystąpiła przeciwko Jaxonowi Hallowi. Narobiła sobie żądnych krwi wrogów, z których każdy czeka na jej najmniejszy błąd. Teraz zadanie ustabilizowania sytuacji w podzielonym podziemiu będzie prawdziwym wyzwaniem.

Panowanie Paige może szybko dobiec końca. Wszystko przez wprowadzenie Tarczy Czuciowej, śmiertelnej technologii, która przyniesie zgubę społeczności jasnowidzów i… całemu światu, jaki znają.

Gorąco wyczekiwany trzeci tom bijącej rekordy popularności serii Czas Żniw – przełomowej dystopijnej fantasy będącej wyrazem imponującej wyobraźni Samanthy Shannon.

Samantha Shannon wskoczyła na nowy poziom, to już nie jest kolejna świetna seria, to jest TA seria.
Zuzanna Burkowska, BookGEEK

Niepokojąca wizja świata wykreowana i konsekwentnie rozwijana przez Shannon zostanie z Wami na długo.
Jerzy Rzymowski, „Nowa Fantastyka”

W dobie prostych, nielogicznych młodzieżówek Pieśń jutra zdaje się lśnić niby Wichrowe Wzgórza pośród romansów, Przypadki Robinsona Crusoe w powieściach przygodowych czy Na południe od Brazos na tle innych westernów.
Adrian Turzański, Kawerna

Nietrwałe sojusze, skomplikowane wybory, zdrada i lojalność… A także widmo śmiertelnego zagrożenia dla jasnowidzów – to wszystko i wiele więcej znajduje się na kartach tej fascynującej powieści.
Marcin Waincetel, Paradoks.net.pl

W obliczu największej zdrady, kiedy świat stoi w płomieniach, do Ciebie należy wybór, po której staniesz stronie. Dołącz do gry o największą stawkę, ale pamiętaj: to może być koniec wszystkiego… Wyobraźnia Samanthy Shannon nie przestaje zaskakiwać!
Olga Kowalska, WielkiBuk.com

Fabuła – za którą stoi tak inteligentny zamysł – zachwyca. Złożoność tej historii wręcz uzależnia, a Shannon nie oszczędza czytelnika już od pierwszej strony. Warto było czekać.
Laura Lee

Samantha Shannon przeszła samą siebie. Przyznaję, że spodziewałam się porywającej, pędzącej niczym rollercoaster akcji i tej całej burzy emocji, ale nie w takiej dawce! Rewelacja!
Agnieszka Domagała, Books Hunter

Jeżeli po Zakonie Mimów nie mogliście zaczerpnąć powietrza, weźcie teraz głęboki oddech. Będziecie go wstrzymywać przez całą Pieśń jutra.
Marta Dąbkowska, NaStosie.pl

Pieśń jutra przyćmiła poprzednie części tego fenomenalnego cyklu. Nie mogłam się od niej oderwać!
Anita Boharewicz, Book Reviews by Anita

Ciąg dalszy nastąpił… dopracowany przez Samanthę Shannon w najmniejszym szczególe. Poprzeczkę, którą Zakon Mimów ustawił ponad chmurami, Pieśń jutra upchnęła w rakietę i posłała w kierunku gwiazd.
Maja K.

Opinie o ebooku Czas żniw. Tom 3. Pieśń jutra - Samantha Shannon

Fragment ebooka Czas żniw. Tom 3. Pieśń jutra - Samantha Shannon

Uciszonym

Milczenie jest naszym największym wrogiem.

Tylko jego brak jest w stanie nas wyzwolić[1].

Emily Dickinson

Prolog

2 listopada 2059

Światła paliły moje wypożyczone oczy. Nadal stałam w tym samym miejscu wewnątrz obcego ciała, podczas gdy wszystko inne uległo zmianie dosłownie w jednej chwili.

Uśmiechał się. Ten świetnie mi znany błysk w oku, jakbym dopiero co przyniosła mu dobre wiadomości z domu aukcyjnego. Miał na sobie czarną kamizelkę wyszywaną splecionymi złotymi kotwicami, a na szyi szkarłatny krawat. W ręce odzianej w jedwabną rękawiczkę trzymał mahoniową laskę.

– Widzę, że opanowałaś sztukę zawładnięcia na odległość – powiedział. – Jesteś pełna niespodzianek.

Biała porcelanowa rączka jego laski miała kształt konia.

– Domyślam się – powiedziała miękkim głosem Nashira – że poznałaś już mojego nowego Wielkiego Nadzorcę.

W końcu złapałam powietrze, po raz pierwszy, odkąd go ujrzałam.

To on próbował mnie zatrzymać. Ten intrygancki pędrak usiłował uciszyć mnie od wielu tygodni, nie pozwalał mi powiedzieć nikomu o istnieniu Refaitów. A teraz stał tutaj i wszystko wskazywało na to, że doskonale odnajdywał się w ich towarzystwie.

– O, moja droga. Czyżbyś połknęła ten ukradziony język? – Rozległ się jego drwiący śmiech. – Tak, Paige, to ja, jestem tu z Refaitami przyodziany w kotwicę! Czyżbym wprawił cię w osłupienie? Poczułaś się zgorszona? Czyżby to był zbyt duży szok dla twych kruchych zmysłów?

– Dlaczego? – szepnęłam. – Dlaczego, u licha, ty tutaj jesteś, Jaxonie?

– A co ty zrobiłabyś na moim miejscu? Z tobą w roli Zwierzchniczki mój ukochany syndykat jest skazany jedynie na samodestrukcję. Właśnie dlatego postanowiłem wrócić do moich korzeni.

– Twoich korzeni?

Uśmiechnął się szeroko.

– Opowiedziałaś się po niewłaściwej stronie. Dołącz do nas, skarbie – mówił dalej, jakby w ogóle mnie nie słyszał. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo cierpię, widząc cię w garści tych nikczemnych Refaitów, którzy sami siebie nazywają Ramarantami. W przeciwieństwie do Szmatognata zawsze wierzyłem, że ty nie ulegniesz ich indoktrynacji. Nie dasz się uwieść… Arcturusowi. Myślałem, że masz więcej oliwy w głowie i że nie będziesz jedynie ślepo wykonywała rozkazów swojego ekspana.

Rzuciłam mu chłodne spojrzenie.

– Byłoby ci na rękę, gdybym zrobiła to teraz.

– Otóż to. – Na jego policzku zauważyłam świeży siniec. – Dla Terebell Sheratan jesteś wygodnym pionkiem w jej odwiecznej rozgrywce. Z kolei Arcturus Mesarthim jest jedynie jej przynętą. Jej wabikiem. To z jej rozkazu wziął cię pod swoje skrzydła w kolonii karnej, tylko po to, żebyś wpadła w sidła Ramarantów. A ty, mój skarbie, uległaś im… Wszyscy to widzą, wszyscy z wyjątkiem ciebie samej.

Poczułam niepokojący chłód. Gdzieś tam w syndykacie ktoś dotknął mojego ciała.

– To walka, której nie możesz wygrać. Nie okaleczaj syndykatu, moja śliczna – powiedział miękkim głosem. – On nigdy nie miał być maszyną do zabijania, z kolei zarządzanie nie jest twoją mocną stroną. Nie popadaj w skrajności. Jedyne, czego wszyscy w Archonie chcemy, to chronić ciebie. Ciebie i twój cudowny dar. Jeżeli musimy odciąć ci skrzydła, aby powstrzymać cię od rzucenia się w ogień, niech tak się stanie. – Wyciągnął dłoń. – Chodź do nas, Paige. Chodź do mnie. Możemy tego wszystkiego uniknąć.

Zaskoczył mnie. Wiedzieliśmy o tym obydwoje. Ale jeżeli wydawało mu się, że mnie przestraszy, to będzie się musiał bardziej postarać.

Kolejny dreszcz. Poczułam, że wypadam z podświadomości obcego, że wracam w objęcia zaświatów.

– Prędzej spłonę żywcem – odrzekłam.

Mój mózg był jak płynna masa, wyślizgiwał się przez nos na zewnątrz. Musiałam opuścić ciało, nabrać powietrza we własne płuca…

Ktoś złapał mnie za ramię. Ktoś do mnie mówił, powtarzał moje imię. Zerwałam maskę z tlenem, otworzyłam drzwi i wysunęłam się z auta, z trudem łapiąc oddech. Gwałtowny ruch rozerwał szwy i na ciele poczułam krew.

Jaxon Hall był zdolny do wielu rzeczy, ale nie mogłam uwierzyć w to, że cały czas stał po stronie Sajonu. Zrobił karierę, żyjąc w cieniu mojego wroga.

Rany odniesione w czasie rozgrywek paliły piekielnym bólem, który pulsował w stronę pleców. Zanurzyłam się w nocnych ciemnościach. Zeszłam po pokrytych mchem schodach na brzeg Tamizy i padłam na kolana nad brzegiem wody. Schowałam głowę w dłoniach, przeklinając własną głupotę. Jak to możliwe, że nie potrafiłam tego przewidzieć? Jak mogłam nic nie zauważyć. Teraz on będzie naszym największym wrogiem, cennym nabytkiem kotwicy.

Znajdę innych sojuszników – powiedział po rozgrywkach. – Ostrzegam cię: jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa.

Powinnam była go zabić w Różanym Pierścieniu. Trzymałam ostrze tuż przy jego gardle, ale byłam wtedy zbyt słaba, by go zniszczyć.

Bardzo stary sojusznik – powiedziała Nashira. – Ktoś, kto powrócił do mnie… po długich dwudziestu latach separacji…

Krzyk w oddali zatrzymał czas i jednocześnie mi go przywrócił. Pochyliłam się nad wodą.

Postanowiłem wrócić do moich korzeni.

– Nie – powiedziałam do siebie. – Nie ty. Tylko nie ty…

Stał taki pewny siebie przy boku Sargas. Nie wyglądał na kogoś, kto spotkał ich po raz pierwszy kilka godzin wcześniej. Zignorowałam jeszcze kilka innych szczegółów. Jaxon zawsze był bogatszy od innych mim-lordów. Sam absynt kosztuje przecież fortunę na czarnym rynku, a on popijał go niemal każdego wieczoru. Jakim cudem z nędzarza stał się bogaczem? Z pewnością nie dzięki pisaniu; ulotki nie były opłacalnym zajęciem. Poza tym fakt, że poprowadził akcję uwolnienia mnie z kolonii bez żadnego konkretnego planu, wydawał się zupełnie bezsensowny. Angażowanie się w przedsięwzięcia bez sprecyzowanego celu kompletnie nie leżało w jego naturze. Ale jeżeli już wcześniej wydostał się z kolonii… jeżeli znał drogę powrotną albo jeżeli rodzina Sargas pozwoliła mu mnie zabrać…

Stary sojusznik. Dwadzieścia lat temu. Te słowa wystarczyły, żebym zrozumiała, kim Jaxon Hall był kiedyś i kim jest teraz. Nie miałam twardego dowodu, ale wiedziałam, w głębi serca wiedziałam, że mój instynkt się nie myli.

On nie był tylko zdrajcą.

On był tym zdrajcą.

Człowiekiem, który dwadzieścia lat temu zdradził Ramarantów, aby wykupić swoją wolność od Refaitów.

Człowiekiem odpowiedzialnym za blizny na plecach Naczelnika.

Człowiekiem, który zostawił w kolonii swoich współwięźniów na śmierć.

A ja byłam jego faworytą. Jego prawą ręką.

Odgłos kroków wyrwał mnie z zamyślenia. Kątem oka zobaczyłam, jak Naczelnik kuca obok.

Musiałam mu powiedzieć. Nie mogłam zostać z tym sama.

– Wiem, kto zdradził cię dwadzieścia lat temu – powiedziałam. – Wiem, kto zadał ci te potworne rany.

Zapadła cisza. Uświadomiłam sobie, że cała drżę.

– To nie jest bezpieczne miejsce – przemówił w końcu. – Porozmawiamy o tym w teatrze.

Myśli kłębiły mi się w głowie. Byłam marionetką uwięzioną w plątaninie sznurków.

Nick wyłonił się zza balustrady na górze.

– Stróże – krzyknął. – Naczelniku, przyprowadź ją na górę!

Naczelnik nawet nie drgnął. Bałam się, że nie będzie w stanie odczytać mojego wyrazu twarzy, że będę musiała sama wymówić na głos to przeklęte imię, ale po kilku sekundach zauważyłam, jak to do niego dociera, tak samo jak do mnie. Jego oczy zapłonęły.

– Jaxon.

CZĘŚĆ I

Wielki Brat

1Zwierzchniczka

Wojna nie bez przyczyny od zawsze była nazywana grą. Bierze w niej udział dwóch graczy, każdy z nich ma swoich zwolenników. Każdy liczy się z ryzykiem przegranej.

Te dwa pojęcia różnią się jednak jedną kwestią.

Każda gra przypomina hazard. Pewność, to ostatnia rzecz, na którą możesz sobie pozwolić, gdy zaczynasz rozgrywkę. Jeżeli masz gwarancję wygranej, to nie jest to gra.

W wojnie natomiast każdy z walczących pragnie pewności. Żaden głupiec nie podejmie się walki bez solidnego przekonania o szansie na zwycięstwo; albo przynajmniej prawdopodobieństwa porażki na tyle małego, że mimo wszystko warto stanąć w szranki. Nikt nie zaczyna wojny dla samego dreszczyku emocji, robi to dla wygranej.

Pozostaje pytanie, czy każdy zysk, każdy wynik jest w stanie usprawiedliwić taktykę, która prowadzi do zwycięstwa.

27 listopada 2059

W samym sercu finansowej dzielnicy Londynu szalał ogień. Na Cheapside Didion Waite, poeta podziemia i zacięty rywal Jaxona Halla, wykrzykiwał coś w złości nad pozostałościami opuszczonego kościoła. Coś, co było kiedyś stolicą, przeobraziło się teraz w kupę zwęglonego i dymiącego gruzu.

Już z oddali rzucał się w oczy w swojej pudrowej peruce i fraku, z tym że wszyscy byli zbyt pochłonięci powstałym zamieszaniem, żeby zwracać uwagę na tego szaleńca. Wszyscy, z wyjątkiem tych, którzy odpowiedzieli na jego wezwanie. Staliśmy zamaskowani przy wlocie uliczki i obserwowaliśmy to, co pozostało z St Mary-le-Bow. Zgodnie z raportami miejscowych jasnowidzów około północy wybuch zrównał kościół z ziemią. Teraz kilka z najbliższych budynków stało w ogniu, a na ulicy pojawił się napis:

ODDAJCIE POKŁON BIAŁEMU SPOIWU,

JEDYNEMU PRAWOWITEMU ZWIERZCHNIKOWI LONDYNU.

Obok napisu namalowany był kwiat w kolorze pomarańczowego wschodzącego słońca. Nasturcja. W języku słońca oznaczał on podbój lub władzę.

– Ściągnijmy stamtąd tego biedaka – powiedziała Ognena Maria, jeden z moich dowódców. – Zanim zrobi to Sajon.

Nie zamierzałam brać w tym udziału. Didion oczekiwał, że pojawię się osobiście, ale rozmowa z nim byłaby teraz zbyt niebezpieczna, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego obecny stan. Liczył zapewne, że zwrócę mu pieniądze za poniesione straty ze skrzyń, które teraz trzymałam pod swoją pieczą, jednak z doświadczenia wiedziałam, że nie miałby żadnych skrupułów przed zdekonspirowaniem mnie przed całą ulicą, gdybym tylko powiedziała „nie”. Lepiej będzie, jeżeli na razie nie będę pokazywać mu się na oczy.

– Ja pójdę. – Eliza poprawiła kaptur. – Zabierzemy go na ulicę Grub.

– Uważaj na siebie – ostrzegłam ją.

Pognała w stronę Didiona, który rzucał już teraz kostką brukową na oślep i krzyczał chaotycznie. Za nią udała się Maria, skinęła na swoich najemników, żeby jej pomogli.

Zostałam z Nickiem. Mieliśmy na głowach modne w ostatnich tygodniach zimowe kaptury, które zakrywały niemal całą twarz, tylko że stałam się na tyle rozpoznawalną postacią, że w moim przekonaniu niewiele mogło to pomóc.

Po rozgrywkach – w których walczyłam z Jaxonem Hallem, moim własnym mim-lordem i mentorem, o prawo do rządów nad jasnowidzami Londynu – Nick rzucił pracę w Sajonie i znikł z pola widzenia, zostawiając sobie jedynie możliwość podkradania medykamentów i wybierania gotówki z konta w możliwie jak największych ilościach. W ciągu kilku dni jego twarz pojawiła się tuż obok mojej na ekranach w całym mieście.

– Myślisz, że to sprawka Jaxona? – Skinął na gruzy pozostałe z kościoła.

– Jego poplecznicy. – Ciepło bijące od ognia paliło mnie w oczy. – Ktokolwiek im dowodzi, zaczyna właśnie zbierać zwolenników.

– To tylko niewielka grupa intrygantów. Nie masz się czym przejmować.

Mówił z przekonaniem, chociaż to już trzeci atak na punkt orientacyjny syndykatu w ciągu kilku dni. Ostatnio zrobili nalot na rynek Old Spitalfields, wystraszyli handlarzy i splądrowali stoiska. Autorzy ataku uważają Jaxona za prawowitego Zwierzchnika, pomimo jego rzucającej się w oczy nieobecności. Nawet po tym, jak zapoznałam ich z faktami, nie byli w stanie pojąć, że Białe Spoiwo, chwalebny mim-lord I-4, przeszedł na stronę Sajonu.

W porównaniu z innymi problemami to drugorzędna kwestia; większość jasnowidzów opowiadała się za mną. Jednakże wiadomość przekazana poprzez ten atak wydawała się jasna: nie zdobyłam jeszcze serc wszystkich poddanych. Przypuszczałam, że zależy to od terenu podległego syndykatowi. Mój poprzednik, Haymarket Hektor, był człowiekiem pogardzanym przez większość. Ci, którzy byli mu posłuszni, wykonywali jego polecenia jedynie ze strachu albo dlatego, że dobrze im za to płacił.

Didion zawodził, kiedy Maria i Eliza stawiały go na nogi i odprowadzały w bezpieczne miejsce. Jego wycie zagłuszyły syreny sajońskiego wozu strażackiego. Mogli ugasić sąsiednie budynki, ale wszyscy doskonale wiedzieli, że kościoła nie da się ocalić, podobnie jak Juditheon, domu aukcyjnego, który znajdował się tuż pod nim. Wycofaliśmy się z tego zamieszania, zostawiając kolejną część naszej historii za sobą.

Kiedyś pewnie bym zapłakała. Spędziłam wiele godzin w Juditheon, łupiąc wygórowane sumy pieniędzy dla Jaxona za duchy, których Didion nie miał prawa sprzedawać. Jednakże od czasu ujawnienia się prawdziwej natury Jaxona, wszystkie moje wspomnienia z życia faworyty okryły się skazą, ich powierzchnię spowiła otoczka brudnej piany. Jedyne, czego pragnęłam, to zakopać je głęboko w ziemi, a na ich wierzchu stworzyć nowy, pewny grunt.

– Najbliższym bezpiecznym miejscem będzie dom przy Cloak Lane – powiedział Nick.

Skręciliśmy w kolejną boczną uliczkę, oddalając się od punktu zapalnego, w którym stały gruzy spalonego kościoła. Stroniliśmy od ludzi. Nick sprawdził kamery bezpieczeństwa. Od czasu rozgrywek nie byliśmy już tylko kryminalistami, ale powstającymi rewolucjonistami, za których oferowano coraz wyższe nagrody. Nawet gdybyśmy nie wykonali żadnego ruchu przeciwko Sajonowi, oni i tak doskonale znali nasze zamiary.

Zastanawiałam się, jak długo jeszcze będziemy w stanie przetrwać w stolicy. Tak późne nocne wyprawy stanowiły dla nas niebezpieczeństwo, ale ponieważ Didion po mnie posłał, chciałam tu przyjść, chciałam go przekonać, że obydwoje opowiadamy się po tej samej stronie. Był przecież odwiecznym przeciwnikiem Jaxona, stał się więc teraz naszym potencjalnym sojusznikiem.

Kawalerkę na Cloak Lane wynajmowała nam kobieta, która była niegdyś nocnym wędrowcem, skłonnym do pomocy Zakonowi Mimów w każdej kwestii. W przeciwieństwie do większości naszych budynków w tym mieliśmy ogrzewanie, lodówkę i wygodne łóżko do spania. Ciepło panujące we wnętrzu po długiej nocy na ulicach było dla nas luksusem. W ciągu kilku ostatnich tygodni temperatura spadła i niemal każdego dnia padał śnieg, pokrywając Londyn grubą warstwą lodu przypominającą lukier na urodzinowym torcie. Nigdy wcześniej nie przeżyłam tak bezlitośnie okrutnej zimy. Nos i policzki różowiły mi się z zimna, a oczy napływały łzami za każdym razem, gdy wychodziłam na zewnątrz.

Nick padł na łóżko, ja postanowiłam czuwać. Przynajmniej on mógł sobie pozwolić na kilka godzin odpoczynku. Na jego bladej twarzy odbijał się blask księżyca, uwydatniając zmarszczkę, która niekiedy pojawiała się na jego brwi, nawet w czasie snu. Leżałam na kanapie w ciemności, ale byłam zbyt niespokojna, aby zamknąć oczy. Obraz płonącego kościoła i symbolizowana przez niego zapowiedź zniszczenia kotłowały mi się w głowie. Nie dawały zapomnieć o tym, że pomimo ostentacyjnego zniknięcia Jaxon da nam się jeszcze we znaki.

Rankiem wzięłam taksówkę do Mill, industrialnej ruiny w Silvertown, jednego z kilku opuszczonych budynków w cytadeli, który zajmowaliśmy w ostatnim czasie. To tu znajdowała się siedziba naszej największej komórki.

Zmiana struktury syndykatu, z zamiarem przekształcenia go ostatecznie w armię będącą w stanie zwalczyć Sajon, nie była łatwym przedsięwzięciem. Zadałam kres tradycyjnemu systemowi terytorialnemu i systemowi melin, chociaż starałam się utrzymać członków gangu razem, tam, gdzie tylko było to możliwe. Jasnowidze syndykatu byli teraz zorganizowani w komórki. Każda z nich mieściła się w jednym miejscu, znanym jedynie członkom danej komórki oraz miejscowym mim-lordom i mim-królowym, którzy otrzymywali rozkazy poprzez naczelnego dowódcę. Zmuszanie poddanych do ograniczania kontaktów spoza swoich komórek nie przypadło im do gustu, ale to jedyny sposób, żebyśmy zdołali przeżyć. Jedyny sposób, aby uniknąć Jaxona, który znał stary syndykat na wylot.

Teraz każdy, kto zostałby złapany, mógłby zdradzić wrogowi miejsce pobytu jedynie niektórych osób. Wybieraliśmy się na wojnę z Sajonem i nie mieliśmy prawa podejmować ryzyka.

Kiedy dotarłam do Mill, weszłam po schodach. Leon Wax, jeden z kilku ślepców, którzy współpracowali z Zakonem Mimów, siedział na końcu górnego korytarza w wózku inwalidzkim i rozdawał paczuszki z niezbędnymi przedmiotami, takimi jak mydło i butelki z wodą, nowo przybyłym wróżbitom. Miał już sześćdziesiąt lat, na czole świeciła mu łysinka, a jego skóra mieniła się głęboko brązowym odcieniem.

– Witaj, Paige – powiedział.

– Leonie. – Skinęłam do gapiących się na mnie rekrutów. – Witajcie w komórce.

Zdawali się lekko oniemiali. Musieli wiele o mnie słyszeć: faworyta, która wbiła nóż w plecy swojemu mim-lordowi, śniący wędrowiec z sojusznikami z zaświatów. Zastanawiałam się, jak pasowałam do ich oczekiwań. Stała przed nimi tylko kobieta z podkrążonymi oczami. Miałam znowu blond włosy i jeden czarny strąk z przodu. Jedynym potwierdzeniem mojego uczestnictwa w rozgrywkach były blednące siniaki i rzucający się w oczy obrzęk na szczęce, gdzie skóra została rozcięta szablą – wyryty na mojej twarzy dowód na to, że potrafię walczyć i wygrywać.

Jeden z nowo przybyłych, blady rudzielec, wykonał przede mną ukłon.

– Dz-dziękuję, Zwierzchniczko. Jesteśmy zaszczyceni, że możemy stanowić część Zakonu Mimów.

– Nie musisz mi się kłaniać.

Zostawiłam ich w kompetentnych rękach Leona i udałam się na piętro. Moje głębokie rany nadal rwały, ale lekarstw mieliśmy tylko tyle, żeby ledwie stłumić ból.

Centrum inwigilacji znajdowało się na jedenastym piętrze. Kiedy weszłam do środka, zastałam Toma Wyliczankę i Glym Lorda – dwóch moich najwyższych rangą dowódców – jedzących śniadanie i dumających nad mapą cytadeli, na której zaznaczono niedawno zainstalowane skanery Tarczy Czuciowej, czyli coś, co spędzało nam w ostatnim czasie sen z powiek. Na papierach i laptopach na stole leżały rozłożone noumeny: kamienie, klucze, nóż i kula wróżebna wielkości pięści.

– Dzień dobry, Zwierzchniczko – przywitał mnie Glym.

– Mamy problem.

Tom uniósł swoje krzaczaste brwi.

– Jest zbyt wcześnie na poranne rozmowy. Nie skończyłem jeszcze swojej kawy. – Odsunął dla mnie krzesło. – O co chodzi?

– Zwolennicy Jaxona spalili Juditheon.

Westchnął.

– Wiemy już o tym od Marii. Nie ma się czym przejmować, to płotki.

– Nawet jeżeli tak jest, nie możemy tego dalej ignorować. – Nalałam sobie kawę. – Musimy scalić syndykat, i to szybko. Najlepiej byłoby zacząć od znalezienia kogoś na miejsce Jaxona – powiedziałam bardziej do siebie niż do nich. – Jak u was?

– Każdego dnia przybywają nowi rekruci – odparł Glym. – Potrzebujemy ich znacznie więcej, ale póki co nie jest źle. Wygląda na to, że wielu jasnowidzom przypadł do gustu pomysł z Zakonem Mimów i im więcej z nich wstąpi w nasze szeregi, tym większą przyciągną za sobą rzeszę.

Tom skinął.

– Ocaliliśmy wczorajszej nocy parę mediów. Zostały wykryte przez skaner czuciowy. Miałem wizję. Glym wysłał kilku swoich ludzi do miejsca, gdzie się ukryli. – Odchrząknął i zerknął na Glyma. – Opowiedzieli nam… ciekawą historię. Twierdzą, że skaner został uruchomiony pomimo że go nie widzieli. Usłyszeli jedynie alarm.

Zmarszczyłam brwi. Sajon rozpoczął akcję umieszczania skanerów w podziemiu, to niedobre nowiny, ale urządzenia te były na tyle duże, że ciężko ich nie zauważyć.

– Musieli go widzieć, przecież to spory sprzęt. Gdzie to było?

– Nie znam jeszcze wszystkich szczegółów.

– Wyślij swojego faworyta, by zbadał sprawę. Nie podoba mi się to.

Zanim wyszłam, złapałam imbirową bułeczkę. Kiedy Tom to zauważył, pozbierał pośpiesznie resztę smakołyków do pudełka.

Zeszłam do sali treningowej. Poprzez potłuczone okienne szyby przedzierało się dzienne światło, spowijając beton i nieeksploatowane maszyny. Zapadlisko obejmowało większą część dachu, przez który dało się zobaczyć perłowoszare niebo. Członkowie komórek mieli tu swoje pierścienie, aby trenować walkę zarówno fizyczną, jak i z duchami, znajdował się tu również teren do walki na noże.

Na polecenie Terebell Ramaranci regularnie odwiedzali nasze komórki, żeby pomagać rekrutom doskonalić swoje zdolności. Pleione Sualocin stała w pierścieniu po lewej stronie pomieszczenia i uczyła walki z duchami. Jasnowidze zgromadzeni wokół niej byli oczarowani swoim instruktorem.

– Kiedy szpula wejdzie w kontakt z aurą przeciwnika, duchy uwalniają sekwencję zakłócających obrazów. Jednakże szpula, która jest słaba, może zostać odparta lub zerwana. Aby prawidłowo wykonać swoje zadanie, musi być mocno uwita. W naszym języku mówimy na to tkanie. Zrobiła wymach ręką odzianą w rękawicę, ustawiając duchy blisko siebie. Kiedy mnie zauważyła, puściła je wolno i powiedziała do swoich uczniów:

– W tym budynku przebywa wystarczająco dużo duchów, na których możecie ćwiczyć. Ruszajcie.

Podopieczni poderwali się z miejsca i wyszli. Niektórzy z nich mruczeli pod nosem „Zwierzchniczka”, kiedy mnie mijali. Pleione odprowadziła ich wzrokiem.

– Władczyni kazała cię poinformować, że będzie jutro przeprowadzać inspekcję komórek Pierwszej Kohorty – zwróciła się do mnie.

– W porządku.

Blask w jej oczach słabł, co oznaczało zapewne, że była głodna. Zabroniłam wszystkim Ramarantom posilania się kosztem jasnowidzów znajdujących się pod moją opieką, zmuszając ich tym samym do czyhania na tych spoza syndykatu. Aczkolwiek nie wpłynęło to w żaden sposób na ich usposobienie.

– Terebell jest rozczarowana – mówiła dalej Pleione – twoim brakiem powodzenia w usunięciu wpływów tego archizdrajcy z Londynu.

– Możesz mi wierzyć, że robię, co mogę.

– W takim razie radzę ci, żebyś się bardziej postarała.

Ominęła mnie szerokim łukiem i udała się do wyjścia. Zdążyłam już do tego przywyknąć.

Wzajemna nienawiść do Jaxona stanowiła nasz wspólny mianownik, ale nie było w tej nienawiści równowagi. Wszyscy Ramaranci wiedzieli już, że to on ich zdradził, kiedy po raz pierwszy zbuntowali się przeciwko Sargas, refaickiej rodzinie, która była u władzy. Nie miałam pewności, dlaczego zdołałam uniknąć kary. Tak czy inaczej, przez trzy lata pracowałam dla tego archizdrajcy, ich zagorzałego wroga, więc zapewne ciężko im uwierzyć, że nigdy niczego nie zauważyłam, że nie poznałam jego haniebnego sekretu.

W pobliżu ćwiczyli jasnowidze. Jeden z augurów zebrał szpulę i rzucił nią w refaickiego instruktora, który stał pośrodku pierścienia.

Naczelnik szybkim ruchem ręki roztrzaskał szpulę i zmusił duchy do walki.

Arcturus Mesarthim jest jedynie jej przynętą.

Odwrócił lekko głowę. Stałam na swoim miejscu, sącząc kawę.

Wszyscy to widzą, wszyscy z wyjątkiem ciebie samej.

Augur westchnął rozczarowany i się wycofał. Po chwili Naczelnik skinął na dwóch kolejnych jasnowidzów w szeregu.

Pierwszym z nich był Felix Coombs, jeden z nielicznych ocalonych z Czasu Żniw. Gołym okiem dało się zauważyć, że nie potrafił zachować spokoju w towarzystwie Refaitów. Wstąpił do pierścienia i napełnił miskę wodą. Jego przeciwnikiem miała być Róisín Jacob, nikczemny augur, której warkocze były mokre od potu. Odkąd zarządziłam uwolnienie nikczemnych augurów ze slumsów Wyspy Jakuba, oddała treningom serce i duszę, ćwiczyła po kilka godzin dziennie.

Naczelnik stał z założonymi rękoma.

– Felixie – powiedział, dając mu tym samym znak, żeby rozpoczął – garbisz się. Gwarantuję ci, że Stróż cię rozpozna.

Felix stanął do walki z Róisín. Była od niego wyższa o głowę.

– Róisín, zaatakuj – powiedział Naczelnik – ale daj mu szansę opanować technikę.

– Postaram się – odpowiedziała dziewczyna.

Felix odchrząknął, skinął na kilka duchów i uwił z nich szpulę. Naczelnik przechadzał się wokół pierścienia.

– Odwróćcie się do siebie plecami. A teraz zróbcie trzy kroki do przodu. – Jasnowidze wykonali polecenia Naczelnika. – Dobrze.

To było w jego stylu. Z każdej walki robił taneczny pojedynek będący pewną formą sztuki. Obserwatorzy ustawili się w szeregu obok pierścienia. Kiedy Felix i Róisín czekali na sygnał od Naczelnika, publiczność dodawała im otuchy, wykrzykując słowa zachęty.

– Trzy – zaczął Naczelnik – dwa, jeden.

Felix wykonał ruch ręką. Duchy pojawiły się tuż przy nim i zanurzyły się w misce z wodą, wywołując drgania tafli wody i napięcie w zaświatach. Uniosłam brwi. Kiedy duchy wyłoniły się na zewnątrz, ciągnąc za sobą łańcuch z kropli wody, Róisín zaatakowała, przystępując ku Felixowi. Pięścią uderzyła go w rękę, następnie wbiła mu palce w ramię i rzuciła nim o liny. Jego ciałem gwałtownie szarpnęło, co zmusiło spanikowane duchy do ucieczki. Felix rozchlapał całą wodę, upadając na miskę stojącą na podłodze.

– Poddaję się, poddaję – krzyknął zagłuszany gromkim śmiechem. – To boli, Róisín, co ty zrobiłaś?

– Użyła przeciwko tobie swojego daru – powiedział Naczelnik. – Róisín jest utalentowanym kościejem. Twoje kości podlegają jej dotykowi.

Felix się wzdrygnął.

– Moje kości?

– Zgadza się. Są otulone ciałem, ale zawsze odpowiedzą na wezwanie kościeja.

Zwycięstwo Róisín spotkało się z aplauzem publiczności. Odłożyłam kawę i podeszłam do nich. Naczelnik użył dostrojenia i przekształcił jej talent, tak aby była w stanie się bronić. Felix również zrobił ogromne postępy.

– Mówiłem, że nie powinniśmy nigdy ich wypuszczać – syknął zaklinacz dusz. Miał chyba na imię Trenary. – Nikczemni augurzy nie są jednymi z nas.

– Dosyć. – Naczelnik przechadzał się wokół pierścienia. – Zwierzchniczka zakazała wam tego typu rozmów.

Kilkoro ludzi stanęło w osłupieniu. Okazało się, że Refaici mają wyostrzony słuch. Każdy inny struchlałby, słysząc ton jego głosu, ale zaklinacz dusz najwyraźniej nie zamierzał odpuszczać.

– Nie muszę słuchać twoich rozkazów, Refaito – odparł. Felix przełknął ślinę i zerknął na Naczelnika. – Posłucham jedynie rozkazu Zwierzchniczki, jeżeli w ogóle ją kiedykolwiek zobaczę.

– W takim razie słuchaj mnie, Trenary – zawołałam. Głowy zgromadzonych odwróciły się w moim kierunku. – Nie tolerujemy już takiej postawy. Jeżeli nie potrafisz się powstrzymać, możesz sobie stąd pójść. Najlepiej na zewnątrz, ostudź emocje na mrozie.

Nastała chwila ciszy, po czym Trenary wypadł z sali. Róisín zazgrzytała zębami.

– Naczelniku, czego możesz mnie nauczyć? – zapytał Jos Biwott, rozładowując tym samym powstałe napięcie. – Potrafię jedynie śpiewać.

– To wcale niemały talent. Każdy z was ma możliwość użycia swojego jasnowidzenia przeciwko Sajonowi, ale mój czas dla was na dziś już się skończył. – W sali rozległy się pomruki niezadowolenia. – Wrócę w przyszłym tygodniu, a do tego czasu ćwiczcie wytrwale.

Patrzyłam, jak się rozchodzą. Po drugiej stronie sali Naczelnik sięgał już po swój płaszcz.

Minęło kilkanaście tygodni, w czasie których zamieniliśmy ze sobą jedynie kilka zdawkowych zdań. Nie mogłam już dłużej tego odkładać. Usiłując zagłuszyć swoje obawy, zmierzałam w jego stronę.

– Paige.

Jego głos miał na mnie taki sam wpływ, jak wino. Starałam się zachować spokój, nie pozwolić, aby ten niezdarny ciężar pod moimi żebrami zaczął falować.

– Naczelniku – powiedziałam. – Dawno nie rozmawialiśmy.

– W rzeczy samej.

Zachowywałam się, jakbym obserwowała teren do walki nożem, nie potrafiłam się skoncentrować. Zbyt mocno byłam świadoma tych wszystkich par oczu, które z ciekawością przyglądały się Zwierzchniczce i refaickiemu instruktorowi.

– To było niebywałe – powiedziałam szczerze. – Jak nauczyłeś Felixa używać wróżenia z wody w taki sposób?

– Nazywamy to zespoleniem. Jest to zaawansowana forma walki duchami zarezerwowana dla pewnych typów wróżbitów i augurów. Nikczemna Dama użyła jej w czasie rozgrywek. – Patrzył, jak medium zezwala na zawładnięcie. – Niektórzy jasnowidze mogą nauczyć się rozkazywać pewnym duchom przenosić swój noumen. Sztuka ta może być wykorzystywana do manipulowania ogniem, wodą i dymem.

To mogło nam dać ogromną przewagę. Zanim przybyli Ramaranci, wróżbici i augurzy potrafili używać przeciwko swojemu wrogowi jedynie szpuli; między innymi dlatego Jaxon uznawał ich za słabych.

– On wypowiadał się przeciwko nikczemnym augurom. – Naczelnik skinął w kierunku drzwi, którymi wyszedł z sali Trenary. – A poprzez to w imieniu Jaxona jako prawowitego przywódcy Zakonu Mimów. Najwyraźniej często cytuje wichrzycielskie fragmenty O wartościach odmienności.

– Powiem Leonowi, żeby nie spuszczał go z oka. Nie możemy pozwolić sobie na żadne przecieki.

– Słusznie.

Nastała niezręczna cisza. Na kilka sekund zamknęłam oczy.

– Cóż – powiedziałam. – Muszę coś załatwić. Pójdę już.

Zdążyłam zrobić kilka kroków w stronę drzwi, kiedy powiedział:

– Czy zrobiłem coś, co cię uraziło, Paige?

Zatrzymałam się.

– Nie. Ja po prostu byłam… zajęta.

Ton mojego głosu zabrzmiał zbyt defensywnie. Obydwoje czuliśmy, że coś jest nie tak.

– Naturalnie. – Nic nie odpowiedziałam, więc kontynuował miękkim głosem: – To ty decydujesz, w czyim towarzystwie przebywasz. Ale wiedz, że zawsze możesz ze mną porozmawiać, poradzić się. Albo po prostu się wygadać.

Nagle zauważyłam jego ostre rysy, ogień uwięziony w jego oczach, ciepło, które od niego biło. Poczułam napięcie w plecach i drżenie w brzuchu.

Wiedziałam, dlaczego tak się działo. Co powstrzymywało mnie przed otworzeniem się przed nim. Nie chodziło o niego. On zaakceptował mnie jako kobietę, która spędziła wiele lat w pracy dla Jaxona, nie zdając sobie sprawy z tego, kim i czym był jej mim-lord. W przeciwieństwie do innych Ramarantów Naczelnik cały czas traktował mnie tak samo. Puścił płazem moją ignorancję.

Chodziło o ostrzeżenie, które dał mi Jaxon. Słowa, jakie wciąż pląsały mi w głowie. A ja nie mogłam mu o tym powiedzieć; nie mogłam przyznać, że Jaxon Hall, notoryczny kłamca, zatruł moje myśli o Naczelniku. Zasiał we mnie zwątpienie w jego wiarygodność, pozwolił myśleć o nim jedynie jak o ucieleśnieniu woli Terebell.

– Dziękuję ci. Wiem o tym. – Odwróciłam się świadoma zainteresowania, jakie wzbudzaliśmy. – Do zobaczenia wkrótce.

Resztę dnia spędziłam, inwentaryzując nasze zapasy. Kiedy o świcie opuszczałam Mill, spotkałam Nicka i Elizę. Dostali właśnie pilny raport od mim-królowej z Drugiej Kohorty, która była przekonana, że szwadron Stróżów obserwował budkę telefoniczną w jej sekcji.

– Mówi, że kilkoro z jej jasnowidzów zjawiło się tam, by wykonać telefon. Połowa z nich nie wróciła – usłyszałam od Nicka, kiedy brodziliśmy w śniegu. – Gdy sama poszła zatelefonować, nic się nie stało, ale chce, by postawić przy budce najemników.

– Czy w zeszłym tygodniu nie mieliśmy podobnej sytuacji, kiedy po wysłanym do apteki medium zaginął ślad? – zapytałam.

– Otóż to.

– Czy udaliście się osobiście do tej budki?

– Tak, nie zauważyliśmy nic niepokojącego.

Pochyliłam głowę, osłaniając się przed wiatrem.

– W takim razie już nie zawracajcie sobie tym głowy.

– Dobrze. Wracamy do meliny?

Skinęłam. Zbyt długo przebywaliśmy dzisiaj poza kryjówką i musieliśmy sprawdzić nasze finanse.

Złapaliśmy rikszę do Limehouse Causeway, dalej szliśmy na piechotę, trzymając nisko głowy opatulone szalikami. Liczni podekscytowani imprezowicze pod wpływem Floxy przemykali pomiędzy portowymi robotnikami z Wyspy Psów. Bary z tlenem pękały w szwach w przede dniu Święta Listopadowego, zwłaszcza te tanie, których w tej części cytadeli było mnóstwo. Eliza zatrzymała się przy bankomacie i ukradkiem wyjęła skradzioną kartę.

Kradzione karty do bankomatu były bardzo przydatne, nawet wtedy, kiedy mogliśmy z nich korzystać, jedynie dopóki właściciel się nie połapał, że jej nie ma. Terebell często odmawiała mi pieniędzy, byłam przekonana, że czerpała z tego przyjemność. Nick zerknął przez ramię na przechodniów, kiedy Eliza wsunęła kartę, przestępując z nogi na nogę.

Rozległ się przeszywający dźwięk alarmu.

Nick i ja stanęliśmy jak wryci, a Eliza się wzdrygnęła, gwałtownie łapiąc oddech. Głośny ryk sygnału przyciągnął spojrzenia wszystkich w pobliżu. Przez ułamek sekundy jedynie patrzyliśmy na siebie przerażeni.

Znałam ten dźwięk.

Był to odgłos skanera Tarczy Czuciowej, który wykrywał obecność jasnowidza, odgłos zwiastujący aresztowanie, z tym że pochodził on z wnętrza automatu. A to przecież niemożliwe. Skanery Tarczy Czuciowej to ogromne, nieporadne ustrojstwa. Widać je z drugiego końca ulicy. Przy niewielkiej dawce czujności dało się ich zupełnie uniknąć. Nie były ukryte.

Czyżby?

Wszystkie te myśli przewinęły mi się przez głowę w ciągu jednej sekundy. Nie mieliśmy czasu na dalsze rozważania.

– Uciekamy – ryknęłam do Nicka i Elizy i w jednej chwili zniknęliśmy spod automatu.

– Odmieńcy – usłyszeliśmy za sobą.

Ktoś złapał Nicka za rękaw płaszcza. Odwinął mu pięścią, odtrącając go. Odwróciłam się i zobaczyłam szwadron nocnych Stróżów wybiegających z banku, z bronią z fluxem, krzyczących „stać” i „na ziemię”. Ich ryk rozproszył zgromadzonych wokół ludzi. Usłyszawszy ostrzegawczy pstryk strzałki z fluxem, zwiększyłam tempo i skręciłam w uliczkę, ciągnąc za sobą Elizę. Szok podwyższył mi ciśnienie krwi, a przerażenie przeszyło moje ciało, przyśpieszając oddech. Dawno nie czułam takiego strachu, od dnia, kiedy zostałam porwana przez Sajon i zabrana do kolonii karnej. Nasza trójka stanowiła najwyższych rangą członków Zakonu Mimów, nie mogliśmy dać się złapać.

Gnaliśmy w kierunku slumsów, w których mieszkali pracownicy portu. Tam mogliśmy zniknąć w ciasnych labiryntach chałup. Nagle z piskiem opon zaparkował przed nami van. Odwróciliśmy się jak zapędzone w kozi róg zwierzęta i stanęliśmy twarzą w twarz ze szwadronem. Mieli na sobie czarno-czerwone mundury.

– Jasna cholera – mruknęła Eliza.

Powoli podniosłam ręce. Pozostali zrobili to samo. Kiedy Stróże ustawili się wokół nas w półksiężyc, zauważyliśmy ich policyjne pałki i broń z zapewne najnowszą wersją fluxu wycelowaną w nasze klatki piersiowe. Zerknęłam na Nicka. Jego aura się zmieniała, sięgała w głąb zaświatów.

Nie mogłam teraz wędrować. Mój duch był wyczerpany po rozgrywkach, wyszłam z wprawy. Zrobiłam się zbyt wolna. To jednak nie powstrzymałoby mnie przed stłuczeniem kilku Stróżów na kwaśne jabłko.

Dar Nicka eksplodował, oślepił ich falą wizji, a Eliza rzuciła w nich szpulą duchów. Splot duchów ich omotał, wiążąc w wirze halucynacji. W powstałym zamęcie wbiłam kłykcie w odsłoniętą brodę strażnika, drugą ręką zabrałam mu broń. Balistyczna strzykawka wypaliła, uderzając komendanta strzałką pomiędzy łopatkami.

Działaliśmy płynnie, tworzyliśmy zespół, tak jak wtedy, kiedy walczyliśmy z rywalizującymi gangami. Nick wyrwał jednemu ze strażników pałkę i walnął go w łokieć. Sparaliżowany elektryczną nicią padł na ziemię. Eliza zaatakowała innego i uciekła, rzucając przez ramię jedną z naszych bezcennych puszek dymnych. Kiedy wybuchła, spowiła nas wszystkich gęstą szarą chmurą, a ja wystrzeliłam jeszcze jedną strzałkę i pognałam za Elizą, trzymając w dłoni pustą już broń. Niebawem usłyszałam za sobą kroki Nicka.

Jednym susem przekroczyłam niski murek. Przeczołgaliśmy się pod zamalowanym graffiti płotem, który stanowił granicę slumsów, zamknęliśmy pierwszą z ruder, jakie minęliśmy, i zniknęliśmy za brezentem, który miał pełnić funkcję drzwi. Nie zwalnialiśmy nawet przez chwilę, gnając przez zamieszkałe budynki, mijając przeklinających nas pracowników portu. Zatrzymaliśmy się, dopiero kiedy dotarliśmy do południowo-zachodniego krańca slumsów, na oleistą rozetkę piasku przy Tamizie. Poczułam kłujący ból w boku, ale to było nic w porównaniu z otchłanią strachu, jaki czułam w środku.

Zawsze byliśmy ostrożni, choć pewni swoich umiejętności wtapiania się w tłum. Myślałam, że nic nie jest w stanie nas zatrzymać. A jednak zdołano nas wszystkich zaskoczyć z niemalże tragicznym skutkiem.

– Co to było, do cholery? – zapytała Eliza, z trudem łapiąc oddech. – Ukryta Tarcza Czuciowa?

Byłam zbyt zszokowana, żeby wymówić choćby słowo. Musieliśmy iść dalej, ale każda moja kość, każdy mięsień odmawiały posłuszeństwa. Nick potrząsał głową, sapiąc. W końcu zdołałam zebrać siły, aby wydusić z siebie:

– Chodźcie. Musimy ostrzec Zakon Mimów. To może… to może być koniec wszystkiego.

2Nagłe wezwanie

Natychmiast zwołałam spotkanie. Zanim dotarliśmy do kryjówki na północ od rzeki, Glym Lord, Tom Wyliczanka i Ognena Maria zajęli już swoje miejsca, sprzeczając się o resztę imbirowych bułeczek. Naprzeciwko nich siedziała Danica Panić, jeszcze jeden członek Siedmiu Pieczęci, który został ze mną po rozgrywkach. Zazwyczaj zwoływałam sześciu dowódców na tego typu spotkania, ale tym razem nie chciałam, aby wszyscy znaleźli się pod jednym dachem.

Wstali, kiedy weszłam. Poczułam ból w żebrach, siadając na krześle obok Nicka. Dotkliwe zimno potęgowało dyskomfort po odniesionych w czasie rozgrywek ranach.

– Co się dzieje, Paige? – zapytała Maria. – Czy to prawda? Ukryta Tarcza Czuciowa?

Po drugiej stronie stołu znajdowało się jedno wolne krzesło.

– Nie powinniśmy zaczekać? – zapytała Eliza, zajmując swoje miejsce po mojej lewej stronie.

– Nie – odrzekłam zwięźle.

Nieobecność Terebell była co najmniej frustrująca. Wiedziała, o której ma się zacząć spotkanie, nie miała w tej chwili ważniejszej sprawy. Od zawsze się spodziewaliśmy, że Sajon zwiększy ilość skanerów Tarczy Czuciowej, nie kryli się z takim zamiarem, ale byliśmy też przekonani, że będziemy mogli je widzieć.

– Dziękuję wam wszystkim, że przybyliście tak szybko – powiedziałam. – Od razu przejdę do rzeczy. Eliza próbowała skorzystać z bankomatu, kiedy rozległ się alarm. Wyglądało, jakby skaner Tarczy Czuciowej był… w niego wbudowany. – Zamilkłam na chwilę, pozwalając im to przetrawić. – Ledwo zdołaliśmy uciec.

Rozległy się ciężkie oddechy. Glym oparł głowę na ręce.

– Konsekwencje dla Zakonu Mimów mogą być katastrofalne – kontynuowałam. – Jeżeli nie możemy zobaczyć skanerów, nie jesteśmy w stanie ich uniknąć.

– W bankomacie. – Maria przeczesała dłonią włosy. – W czymś tak banalnym…

– To mogłoby wyjaśnić sprawę z tajemniczą budką telefoniczną – mruknął Nick. – I ten jasnowidz, który zniknął w aptece.

Zbyt szybko zignorowałam te raporty.

– To jest największe zagrożenie dla jasnowidzów, jakiemu kiedykolwiek przyszło nam stawić czoła – powiedziałam. – Bez względu na to, ile ukrytych skanerów zostało zainstalowanych, pierwsze trzy kategorie, jedyne, które mogą być obecnie wykryte, muszą tymczasowo pozostać w ukryciu. Sytuacja ta nie może ulec zmianie, dopóki ilość naszych członków nie będzie na tyle duża, aby pokonać Stróżów. Na ulicach jest już zapewne zbyt niebezpiecznie.

– Nie. – Eliza popatrzyła na mnie. – Paige, nie możemy się tak po prostu schować.

– Jako jeden z mediów – powiedział Glym, podnosząc głowę – zgadzam się. Pomimo niebezpieczeństwa zamrożenie większości naszych żołnierzy piechoty byłoby wielce niepraktycznym posunięciem.

– Równie niepraktyczne byłoby zezwolenie Sajonowi na ich przejęcie – odparłam. – Mamy jasnowidzów innych kategorii, którzy mogą być piechurami.

– Niewielu.

– Wystarczająco dużo – zawyrokowałam, chociaż czułam, że i tak się na to nie zgodzą.

Maria potrząsnęła głową.

– Świetnie. W takim razie musimy być cholernie dobrzy w unikaniu skanerów. Najwyższa pora, żebyśmy stanęli twarzą w twarz z nadchodzącym zagrożeniem. Hektor w kwestii Tarczy Czuciowej chował głowę w piasek, ale my musimy zdać sobie sprawę z powagi sytuacji. To jest jak Wielki Brat. Obserwujące nas wszystkowidzące oko.

– Obawiam się, że ciężko będzie ci je oślepić – powiedziała Danica.

Siedziała, wiercąc się, po drugiej stronie stołu z założonymi rękoma. Miała na głowie kasztanową, kędzierzawą strzechę, oczy przekrwione z przepracowania. Dzięki etatowi w departamencie inżynierii Sajonu stanowiła nasze najlepsze źródło informacji na temat Tarczy Czuciowej.

– Dani – powiedziałam – czy ty o tym wiedziałaś?

– Wiedziałam, że planowali zainstalować ogromne skanery w całej cytadeli, w związku z tym próbowałam, zresztą bez powodzenia, zbudować urządzenie, które blokowałoby nasze aury, o tym wiedzieliśmy wszyscy. Wiedzieliśmy również, że wezmą na cel podstawowe usługi. Nie wiedziałam jednak, że stworzyli wersję, która może pozostać w ukryciu.

– Przejdźmy zatem do rzeczy. Czy masz jakikolwiek pomysł, jak możemy się tego pozbyć?

– Cóż, nie da się tak po prostu zniszczyć czy usunąć tych większych. Poza tym że najwyraźniej są obserwowane, każdy skaner jest zespolony z danym miejscem.

– Wiesz, jak one działają? – zapytał oschle Glym. – W ogóle cokolwiek o nich wiesz?

– Naturalnie.

– Więc?

Rzuciła mu ponure spojrzenie. Ewidentnie nienawidziła, kiedy ktoś ją popędza.

– Według plotek krążących wśród inżynierów skanery są zasilane przez centralne źródło energii nazywane gniazdem. – Wypowiadała słowa z celową opieszałością. – Nie wiem, co to jest, ale wiem, że każdy pojedynczy skaner został do tego podłączony.

– W takim razie jeżeli pozbędziemy się gniazda, rozmontujemy cały system – powiedziałam.

– Hipotetycznie. To byłoby jak usunięcie baterii.

Tom pogładził się po brodzie.

– A gdzie znajdziemy to gniazdo?

– Zapewne w Archonie – powiedziałam.

– Niekoniecznie – odparła Danica. – Tarcza Czuciowa to projekt SajMSO[2] więc najprawdopodobniej to urządzenie wojskowe.

No tak. Sajońskie wojsko. Już raz miałam z nim do czynienia, trzynaście lat temu, kiedy wkroczyło do Irlandii przez Dublin.

– SajMSO – powtórzyła Maria.

Popatrzyłam na nią. Z dziwnym wyrazem twarzy wyciągnęła z płaszcza skórzaną papierośnicę.

– Nie wiedziałam, że Tarcza Czuciowa to wojskowy wynalazek. To bardzo interesujące. – Wyjęła papierosa i zapaliła go. – Powiązania z wojskiem nadają temu wszystkiemu jeszcze bardziej złowieszczy wydźwięk.

Przeszył mnie dreszcz. Stosowaliśmy odpowiednie środki bezpieczeństwa chroniące nas przed Stróżami i wrogimi Refaitami, ale na razie nie uważaliśmy wojska za potencjalne bezpośrednie zagrożenie. Większość armii stacjonowała na zagranicznych terytoriach Sajonu.

– Jestem za zniszczeniem Tarczy Czuciowej, ale jeśli sprowokujemy wroga, będziemy musieli się przygotować na bezlitosny odwet – powiedziała Maria. – Ponadto bardzo możliwe, że będzie mu przewodniczyć Hildred Vance, Wielki Komandor Republiki Sajonu i nadrzędny przywódca SajMSO.

Tom zamruczał coś pod nosem.

Vance… już kiedyś słyszałam to nazwisko.

– Vance – powtórzył Glym. – To ona stała na czele inwazji na Bułgarię.

– Zgadza się. Była również mózgiem ataku na Irlandię oraz Bałkany. – Maria wypuściła z ust mgiełkę dymu. – Równie dobrze może sponsorować rozbudowę Tarczy Czuciowej. W celach wojskowych, naturalnie.

Eliza zaczęła nerwowo stukać palcami.

– A jeżeli zjawi się u nas, w Londynie?

Maria ponownie zaciągnęła się papierosem i zamknęła oczy.

– Wówczas – zaczęła – będziemy zmuszeni do walki z jednym z najbardziej inteligentnych i bezwzględnych strategów, jakich nosi ta ziemia. Z kimś, kto doskonale zna się na rozbrajaniu rebelianckich komórek.

Nastała długa cisza. Nasza organizacja nie była jeszcze wystarczająco silna, by zmierzyć się z armią.

– Cóż – przerwałam milczenie – bez względu na to, czy ma to związek z Vance, czy nie… – urwałam, kiedy w drzwiach pojawił się Naczelnik w swoim ciężkim czarnym płaszczu. Dowódcy popatrzyli na niego z lękiem, obserwowali jego zimne niebieskie tęczówki i posągową budowę.

– Przepraszam za spóźnienie, Zwierzchniczko – powiedział.

Kolor jego oczu zdradzał powód jego długiej nieobecności, zatrzymał się, aby się posilić.

– Gdzie Terebell?

– Jest dzisiaj zajęta.

Zarejestrowałam nawet najmniejszy jego ruch, kiedy zajmował miejsce obok Glyma. Jego oczy wytrącały mnie z równowagi, przypominając mi o tym, co musiał robić, aby przeżyć, ale nie mogłam go za to nienawidzić. Ze względu na niego jeszcze raz pokrótce wyjaśniłam kwestię ukrytych skanerów i zagrożenie, które się z nimi wiązało.

– Moglibyśmy skorzystać z twojej porady – powiedziałam – odnośnie do tego, czy mamy jakąkolwiek szansę unieruchomić Tarczę Czuciową. Byłeś blisko Sargas. Co o tym wiesz? Czym to zasilają?

– Znając Sargas, gniazdo stanowi prawdopodobnie formę eterycznej technologii, która ujarzmia energię wytwarzaną przez duchy – odparł Naczelnik.

Tom uniósł brwi.

– Technologia, która wykorzystuje duchy? Nigdy nie słyszałem o czymś takim.

– Nawet większość Refaitów mało co o tym wie. Sargas to jedyna rodzina, która połączyła energię zaświatów z ludzką maszynerią. Wielu z nas uważa to za nieprzyzwoite – powiedział Naczelnik. – Niestety nie wiem, jak działa gniazdo Tarczy Czuciowej.

Powoli skinęłam głową.

– Myślisz, że może się znajdować w Archonie?

– Zapytam naszego podwójnego agenta, czy ma na ten temat jakąś wiedzę, ale wydaje mi się, że gdyby tak było, już by nas o tym poinformował.

Alsafi Sualocin, najcenniejszy szpieg Ramarantów w Archonie. Poznałam go w kolonii jako brutalnego i lojalnego strażnika Nashiry. Byłam w szoku, kiedy odkryłam, że to Ramarant potajemnie kopiący pod nią dołki.

– Mimo że nie znamy lokalizacji gniazda, możemy przedyskutować to, co wiemy o skanerach. – Naczelnik popatrzył na zgromadzonych wokół stołu. – Jak zapewne wszyscy z was wiedzą, Tarcza Czuciowa potrafi obecnie wykryć jedynie trzy pierwsze kategorie jasnowidzenia. Bez względu na swoje wysiłki Sajon jak na razie nie zdołał dostroić jej do wykrywania czterech najwyższych.

Maria przechyliła głowę.

– A jak konkretnie oni robią to… dostrajanie?

– Nikt tego nie wie, ale już od dawna podejrzewam, że ma to związek z aurą. Logiczne, że Tarcza rozpoznaje to, z czym już miała do czynienia. – Zamilkł na chwilę. – Możliwe, że każdy z was mógłby zostać użyty do udoskonalenia technologii wykrywania aury.

To nam wystarczyło. Jeżeli wyjście na ulicę wiązałoby się nie tylko z aresztowaniem, lecz mogłoby także potencjalnie zwiększyć potęgę Tarczy Czuciowej, w takim razie zejście do kryjówki pozostawało jedynym właściwym rozwiązaniem, nawet gdyby miała to być nasza ostatnia deska ratunku.

– W kwestii gniazda – zaczęłam – czy myślisz, że można je łatwo wymienić? Gdybyśmy je zniszczyli, mogliby tak po prostu zbudować nowe?

– Raczej nie – odrzekł Naczelnik. – Nie należę do Sargas, więc nie jestem ekspertem od eterycznej technologii, ale wiem, że jest złożona, nieprzewidywalna i delikatna. Gdybyście zniszczyli istniejące gniazdo, domniemywam, że powrót do obecnego stanu operacyjnego zająłby im wiele lat.

W jego głosie dało się słyszeć wyuczone przypuszczenia, ale przynajmniej mieliśmy jakiś punkt zaczepienia.

– Jest jeszcze jedna rzecz, na którą należy zwrócić uwagę – dodał. – Otóż udoskonalona Tarcza Czuciowa będzie stanowiła spore zagrożenie dla Nocnej Dywizji Kontrolnej. Jeżeli dostroją ją do wykrywania wszystkich siedmiu kategorii, nie będzie już potrzeby zatrudniania widzących jasnowidzów jako oficerów. Zostaną zwolnieni, a w konsekwencji… Sajon pozbędzie się ich podobnie jak wszystkich innych odmieńców. – Popatrzył na mnie. – Niektórzy z nich mogą się okazać chętni do pomocy w zniszczeniu gniazda.

– Nie ma mowy – odchrząknął głośno Glym. – Syndykat nie współpracuje ze Stróżami.

Zawsze myślałam, że Glym jest pewnego rodzaju dowcipnisiem, podobnie jak Tom, ale przekonałam się, że potrafił wzbudzić posłuch. Przynajmniej traktował tę rewolucję poważnie, czego nie mogłam powiedzieć o niektórych członkach Eterycznego Stowarzyszenia.

– Jeżeli nie wyciągniecie w ich kierunku przyjaznej dłoni, zostaną po prostu wyeliminowani.

– I dobrze – skwitował Glym.

– To są zdrajcy. – Eliza zaczęła bawić się swoimi lokami. – Wybrali pracę dla Sajonu.

Glym popatrzył na nią z uznaniem. Bez wątpienia jej uwaga była słuszna.

– Naczelnik podsunął nam niezły pomysł. – Maria wzruszyła ramionami. – To potencjalni rekruci, szkoda się ich pozbywać.

– Byłby to tylko tymczasowy sojusz – powiedziałam do Naczelnika. – Kiedy rozprawimy się z Tarczą, ich posady nie będą już zagrożone.

– A taki tymczasowy sojusz mógłby być dla nas bardzo korzystny.

Nastała cisza, w czasie której rozważyłam wszystkie za i przeciw. Mogłam do woli słuchać ich porad, ale ostatecznie to ja musiałam podjąć decyzję. Zaczynałam rozumieć, dlaczego mój poprzednik, Hektor, był w stanie nadużywać swojej władzy aż w takim stopniu: przywódcy syndykatu mieli potężną władzę. Jasnowidze w tej organizacji chylili czoła przed taką potęgą, a ja udowodniłam im swoją siłę w czasie rozgrywek. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie byłam ekspertem od wzniecania rewolucji.

Instynkt od zawsze mi mówił, żeby trzymać się z dala od Stróżów, ale to, co mogli nam zaoferować, mogło być warte fali krytyki, która zapewne spłynęłaby na mnie, gdybym dała im szansę. Ponadto uszczuplilibyśmy tym samym szeregi Sajonu.

– Rozważymy to jeszcze – podsumowałam. – Jeżeli znajdziemy się w sytuacji, w której pomoc Stróżów okaże się dla nas niezbędna, powrócimy do tej kwestii. Do tego czasu raczej nie powinniśmy z nimi zaczynać. – Każdy wydawał się usatysfakcjonowany moją decyzją. – Póki co musimy podjąć bieżące ustalenia. Dani, chciałabym, abyś zrobiła, co w twojej mocy, by zdobyć informacje, czym jest gniazdo Tarczy Czuciowej i, co ważniejsze, gdzie ono się znajduje. To jest w tej chwili nasz priorytet.

– Poczekaj chwilę. – Tom wskazał na Danicę. – Czy Białe Spoiwo nie wie przypadkiem, że pracujesz dla Sajonu? Pomimo to chcesz nadal tam pracować?

– Jasne – odparła Danica.

Nick sprawiał wrażenie zakłopotanego.

– To wydaje się dziwne, ale wygląda na to, że jej nie wydał. Ja mu nie ufam, więc odszedłem, ale skoro nie powiedział nic od trzech tygodni… – Zamilkł.

– Naczelnik zasięgnął już informacji u podwójnego agenta Ramarantów – wyjaśniłam. – Z tego, co wiemy, Dani nie jest inwigilowana. Będziemy wiedzieć, jeżeli ta sytuacja ulegnie zmianie.

To najwyraźniej uspokoiło Toma.

– W czasie, kiedy będziemy pracować nad tym, jak unieruchomić Tarczę Czuciową, chcę, aby bezwzględnie wszyscy z was poinformowali swoich mim-lordów i mim-królowe o zagrożeniu związanym z tymi ukrytymi skanerami – mówiłam dalej. – Oczekuję, że będą wysyłać wam raporty o każdym tego typu incydencie. Musimy rozpracować miejsca, w których zostały one zlokalizowane, i uczulić na nie syndykat. Zlecę ulicy Grub rozprowadzenie mapek wszystkich zidentyfikowanych lokalizacji. – Zastukałam palcami w stół. – Musimy również rozprawić się z tymi, którzy nadal popierają Białe Spoiwo. Przywołać ich wreszcie do porządku.

– Zapomną o wszystkich sentymentach z nim związanych, kiedy I-4 zyska nowego przywódcę – powiedział Glym.

– Jak do tej pory nikt się do mnie nie zgłosił.

– Myślą, że Jaxon wróci – wtrąciła Eliza. – Za bardzo się boją zająć jego miejsce.

No tak. Nawet teraz, kiedy Jaxon znikł, jego cień nadal unosił się w cytadeli, tak jak od dziesięcioleci.

Do zmiany przywódcy sekcji dochodziło jedynie w przypadku jego śmierci i gdy jego faworyta lub faworyt nie ubiegali się o awans. Dopiero to doprowadzało do walki o władzę w sekcji, zanim ktoś zadeklarował swoją kandydaturę Eterycznemu Stowarzyszeniu.

Nie wiedziałam, czy Jaxon przed swoim odejściem wybrał nowego faworyta, i prawdę mówiąc, miałam to gdzieś. Nie chciałam również zamieszania, kiedy syndykat próbował wyłonić najlepszego następcę.

– Ktoś z was z pewnością ma na myśli odpowiedniego kandydata. Niech się przedstawi jutro w czasie rozprawy, tak abyśmy mogli wreszcie zakończyć ten temat. – Wstałam. – W ciągu dnia wyślę rozkazy.

Pomrukując pod nosem „dobranoc”, dowódcy opuścili kryjówkę. Kiedy Nick i Eliza udali się zabezpieczyć budynek, ja zabrałam się za zbieranie dokumentów.

Naczelnik wstał jako ostatni. Po raz pierwszy od wielu tygodni zostaliśmy sami. Nie podnosiłam głowy, ale wiedziałam, że zmierza ku wyjściu.

– Wychodzisz?

– Muszę – odrzekł. – Powinienem poinformować Terebell o zaistniałej sytuacji.

Nie byłam w stanie znieść napięcia, jakie powstało pomiędzy nami. Złoty sznur, kruche łącze, które przyciągało do siebie nasze duchy od kilku miesięcy, miało mi podpowiadać, co myślał Naczelnik, co czuł, ale jedyne, co do mnie docierało, to echo pustki, jaką miałam w sobie.

– Paige, musisz usunąć pozostałych popleczników Jaxona. – Zatrzymał się. – Taka jest wola Terebell. Jeżeli jej nie wypełnisz, spotkasz się co najmniej z niezadowoleniem z jej strony.

– Przecież słyszałeś, co powiedziałam…

– Nie mam na myśli wszystkich jego zwolenników. Dobrze wiesz, o kim mówię.

Zeke i Nadine. Zerknęłam na niego spode łba.

– Powiedziałeś Terebell, że jeszcze ich nie eksmitowałam z I-4?

– Jeszcze nie.

– Ale to zrobisz.

– Mogę nie mieć wyjścia. Zapewne o to zapyta.

– I wtedy jej powiesz.

– Wydajesz się poirytowana.

– Czyżby, Naczelniku?

– Tak.

Potarłam koniuszek nosa.

– Terebell ma obsesję na punkcie tych dwojga – powiedziałam spokojniejszym głosem. – Musi dać sobie spokój. Wiem, że nienawidzi Jaxona, to dla niej sprawa osobista, podobnie zresztą jak dla ciebie, ale przymuszając mnie do załatwienia tej kwestii, odciągacie mnie od myślenia o tym, co jest naprawdę ważne, czyli o Tarczy Czuciowej.

– Jej zdaniem twoja niechęć do znalezienia jego zastępcy jest oznaką potajemnej lojalności wobec byłego mim-lorda. Oznaką tego, że czekasz na jego powrót. Twoja odmowa w sprawie wydalenia Zeke i Nadine potwierdzi jedynie jej podejrzenia.

– O, na litość boską… – Zarzuciłam kurtkę na ramiona. – Załatwię to. Daj mi kilka dni.

– Opóźniasz tę sprawę ze względu na uczucie łączące Nicka i Zeke.

– Może i znasz myśli Terebell, Naczelniku, ale nie zakładaj, że znasz i moje.

Zamilkł, a jego oczy zapłonęły. Ciepło przeszyło moją twarz. Zanim zdołałam powiedzieć coś jeszcze, złapałam torbę i ruszyłam do drzwi.

– Możesz uważać mnie za podległego Ramarantom. Możliwe, że mój szacunek do obowiązków cię rozczarowuje – powiedział, a ja się zatrzymałam. – Terebell jest moją władczynią. Jestem jej dłużny oddanie i lojalność, ale nie myśl sobie, że jestem bezmyślnym narzędziem w jej ręku. Przypominam ci: sam jestem swoim panem. Nie zapominaj, że przeciwstawiłem się Ramarantom. I że nadal to robię.

– Wiem – odparłam.

– Ale mi nie wierzysz.

Wzięłam głęboki oddech.

– Sama już nie wiem, w co mam wierzyć.

Spojrzał na mnie, po czym delikatnie ujął mój podbródek i uniósł mi głowę. Serce zabiło mi szybciej, kiedy popatrzyłam mu prosto w oczy.

To spojrzenie obudziło we mnie coś, co było uśpione od wielu tygodni, od nocy poprzedzającej rozgrywki. Patrzyliśmy na siebie połączeni delikatnym dotykiem jego palców, a ja nie wiedziałam, co powinnam zrobić; nie wiedziałam, co chciałam, żeby zrobił. Zostawił mnie. Porozmawiał ze mną. Został ze mną.

Moje ręce kierowane instynktem dotknęły jego ramion i spoczęły na karku. Poczułam na plecach ciepło jego dłoni. Odnalazłam go w sposób, w jaki odnajduje się na mapie niegdyś dobrze znaną ścieżkę, gdy goni się za znajomym, i przypomina się sobie to, co zostało zapomniane. Kiedy nasze czoła się zetknęły, mój senny krajobraz zatańczył w rytm płomieni, które zawsze potrafił wzniecić.

Staliśmy przez chwilę w milczeniu. Palcami wyśledziłam wgłębienie między jego obojczykami i po raz kolejny zastanawiałam się, do czego nieśmiertelnej istocie potrzebne jest serce. Chciałam, żeby jego bicie mnie uspokoiło, ale stało się wręcz przeciwnie, moje serce zaczęło bić jeszcze szybciej. Dłońmi przeczesał moje loki; czułam na nich jego oddech, szybujące pod skórą ciepło. Nie mogłam już dłużej znosić tej rozłąki, objęłam go ramionami i całym ciałem poczułam jego bliskość.

To było niczym ogień wzniecony po wielu dniach deszczu. Przylgnęłam do jego ust, gorączkowo szukając odpowiedzi. Poczułam go, najpierw smak wina, ślad dębu i wreszcie smak Naczelnika.

Napięcie związane z naszą rozłąką niemal złamało mnie na pół. Przytuliłam się do jego klatki piersiowej, myśląc, że poczuję ulgę, ale odczułam tylko jeszcze większe pragnienie jego bliskości. Całowaliśmy się głodni siebie nawzajem, głód spotęgowany kilkutygodniową rozłąką okazał się niemal bolesny. Sięgnęłam po klamkę, lecz nie znalazłam żadnej zasuwy ani klucza, które mogłyby uchronić nas przed światem, a mimo to nie byłam w stanie się powstrzymać. Tak bardzo tego pragnęłam.

Zanurzyłam się w smaku jego ust. Nasze aury splotły się ze sobą tak jak wcześniej. Moje serce drżało na myśl o tym, że Terebell albo inny z Ramarantów mógłby tu wejść i zerwać tym samym ten i tak niełatwy już sojusz.

– Naczelniku – szepnęłam, a on natychmiast się zatrzymał, jednak teraz, kiedy miałam go przy sobie, nie potrafiłam tego zakończyć.

Przyciągnęłam go z powrotem do siebie, położyłam jego dłonie na moich plecach. Z trudem łapiąc oddech, czułam, jak jego usta pieszczą bliznę na mojej szczęce i zamieniają skórę w cieniutki papirus. Delikatnie odpiął guziki mojej bluzki i zaczął całować moją szyję, jego usta musnęły wisiorek, który miałam między obojczykami. Jęknęłam, a dreszcz przeszył całe moje ciało.

Wyczułam senny krajobraz o wiele za późno. Jednym szarpnięciem oderwałam się od niego i padłam na najbliższe krzesło. Ułamek sekundy później do środka weszła Maria.

– Zapomniałam płaszcza. Naczelniku, nadal tu jesteś?

Skinął.

– Mamy z Paige do przedyskutowania pewną prywatną kwestię.

– Aha. – Złapała płaszcz z oparcia krzesła. – Paige, skarbie, ty… jesteś rozpalona.

– Rzeczywiście, jest mi trochę gorąco – powiedziałam.

– Nick powinien cię zbadać. – Popatrzyła na nas. – Cóż, pójdę już.

Zarzuciła płaszcz na ramiona i wyszła.

Naczelnik został na swoim miejscu. Czułam w żyłach gorącą, niespokojną krew, miałam wrażenie, że stałam się lżejsza, że jego dotyk zerwał ze mnie pancerz, z którego istnienia w ogóle nie zdawałam sobie sprawy. Nikogo już tu nie było, nikt inny już nam nie przeszkodzi.

– Prawie zapomniałam, jak niebezpieczne może być przebywanie w twoim towarzystwie – powiedziałam, usiłując zachować spokój.

– Hm.

Nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. Potrzebowałam i pragnęłam wierzyć, że to było prawdziwe, ale sparaliżowała mnie myśl o niebezpieczeństwie, przypomniałam sobie o Jaxonie, jego śmiechu, i drwiącym spojrzeniu. Arcturus Mesarthim jest jedynie jej przynętą. Jej wabikiem. A ty, mój skarbie, uległaś im.

– Powinnam… powinnam się położyć. – Wstałam. – Jutro jest rozprawa Ivy.

Miała dotyczyć uczestnictwa Ivy w działaniach szarego rynku, musieliśmy osądzić ją za pomoc Szmatognatowi w sprzedawaniu jasnowidzów do niewoli.

– Na pewno podejmiesz właściwą decyzję – powiedział Naczelnik.

Jakimś cudem wiedział, że nie byłam pewna, co mam z nią zrobić.

– Czy Terebell wysyła kogoś na rozprawę?

– Erraia.

Świetnie. Errai był równie przyjazny jak cios prosto w szczękę.

– Nie patrz tak na mnie – powiedział miękkim głosem.

– Nie patrzę. Przecież ja uwielbiam Erraia. – Uśmiechnęłam się sztucznie. – Naczelniku, ja… nieważne. Dobranoc.

– Dobranoc, mała śniąca.

Pozostała trójka nie pytała nawet, co zatrzymało mnie tak długo. Nick wiedział o Naczelniku i czułam, że Eliza się domyśla. Łapałam ją czasem na tym, jak patrzyła na nas ożywionym ciekawością wzrokiem.

Ruszyliśmy, walcząc z wiatrem i śnieżycą. Usiłowałam nie myśleć o tym, co właśnie zaszło. Maria była tak blisko odkrycia prawdy i mimo iż wątpiłam w to, że poszłaby z tym do Terebell, to z pewnością nie zdołałaby się oprzeć podzieleniu się tą wiedzą z przynajmniej jednym z moich dowódców. Nasz sekret mógłby wyjść na jaw. Bez względu na to, jak bardzo pragnęłam znów być blisko niego, było to zbyt niebezpieczne.

Brakowało mi naszych rozmów. Naszej bliskości. Pragnęłam go, ale to pragnienie mogło być jedynie iluzją. Wszystko zdawało się o wiele prostsze, zanim zostałam Zwierzchniczką.

Kiedy mijaliśmy aptekę na końcu ulicy, Eliza zamarła. Ja i Nick odwróciliśmy się, nie spuszczając z niej wzroku.

– Wszystko w porządku – powiedział Nick delikatnie. – Chodź. Osłonimy cię przed…

– Przed wszystkim?

– Nic ci nie będzie.

Eliza zawahała się, nim zrobiła kolejny krok. Szliśmy po jej obydwu stronach, tworząc z naszych aur ochronną tarczę.

Nigdy nie zatrzymywaliśmy się na długo w naszych kryjówkach. Teraz przybyliśmy do mojego ulubionego miejsca na Limehouse, gdzie z tarasu rozpościerał się widok na przystań. Kiedy weszliśmy do środka, Danica udała się do swojego pokoju, a Eliza zeszła do piwnicy. Ja przygotowałam sobie kubek rosołu.

Czułam, że zaczyna mnie boleć głowa po jednej stronie. Nie miałam pojęcia, co zrobimy, jeśli nie zdołamy pozbyć się Tarczy Czuciowej. Lokalizacja jej gniazda musiała być utrzymywana w ścisłej tajemnicy, a informacje, które mogłyby nam pomóc, miały marne szanse wyciec do departamentu Daniki. Ciężko było wobec tego wszystkiego powstrzymać narastające poczucie lęku.

Prawie w ogóle nie czułam smaku jedzenia. Byłam wyczerpana wątpieniem we wszystko i wszystkich. Nagle uświadomiłam sobie, że bez względu na mój kolejny ruch muszę przede wszystkim podjąć decyzję co do mojego związku z Naczelnikiem. Słowa Jaxona, wypowiedziane trzy tygodnie temu, zakotwiczyły się w mojej głowie i rozpuściły w niej truciznę niepokoju. Zaczęłam kwestionować motywy Naczelnika. Zastanawiać się, czy przypadkiem nie manipuluje mną pod wpływem Ramarantów. Wybrali mnie na przywódcę swojej rebelii, ale potrzebowali mojej zgody. Uległości. Może uznali, że zakochany człowiek, owładnięty emocjami, łatwo ulegnie ich wpływom. Być może myśleli, że jeżeli będę pragnęła Naczelnika, będę w stanie zrobić dla nich wszystko.

To dlatego miałam wrażenie, że pewnego rodzaju paranoja wdziera mi się do umysłu za każdym razem, kiedy go widzę. Najprawdopodobniej właśnie tego chciał Jaxon, stałam się marionetką w jego rękach.

Mogłam zrobić tylko jedno. Powiedzieć otwarcie Naczelnikowi o tym, o co oskarżył go Jaxon. Dać mu szansę na obronę. Wymagało to ode mnie sporej odwagi, jednak musiałam tak postąpić, aby móc mu ponownie zaufać.

Nick siedział w salonie przed kominkiem, przeglądając raporty. Już od wejścia poczułam od niego wino. Nigdy wcześniej nie pijał alkoholu tak często, jak w ostatnim czasie.

– Tęsknisz za nim – powiedziałam po cichu, siadając przy nim na kanapie.

Odpowiedział zachrypłym głosem:

– Tęsknię za nim w każdej minucie. Ja… cały czas mam nadzieję, że go zobaczę.

Sumienie nie pozwalało mi wyrzucić Zeke i Nadine z Siedmiu Tarcz. Pomimo uczuć, jakie wobec nich żywiłam, wysłałam im ofertę z adresem schronienia. Do tej pory nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.

– Powiedziałaś Naczelnikowi o tym, co ci powiedział Jaxon?

Zerknęłam na niego.

– Skąd o tym wiesz?

– Czytam twoje myśli w taki sam sposób, jak ty czytasz moje. Znam cię.

Wymieniliśmy zmęczone spojrzenia.

– Gdyby tylko Ramaranci dali się tak łatwo rozgryźć – powiedziałam, opierając się o kanapę. – Nie, nie powiedziałam mu.

– Nie przeciągaj tego. Nigdy nie wiemy, kiedy szansa na powiedzenie prawdy tak po prostu… znika.

Siedzieliśmy razem w mroku. Nick patrzył w ogień, jakby usiłował coś w nim odnaleźć. Zawsze mi się wydawało, że doskonale znam wyraz jego twarzy, dołeczek w brodzie i lekko haczykowaty nos. Dobrze pamiętałam, jak jego blade brwi unosiły się, sprawiając wrażenie nieustannej troski. Ale w tym świetle i pod tym kątem wyczułam w nim coś nieznanego.

– Cały czas wyobrażam sobie, co Jaxon mógłby dla niego zaplanować – powiedział. – Sama wiesz, do czego jest zdolny, jak bardzo cię skrzywdził w czasie rozgrywek.

– Ale Zeke nie usiłuje strącić mu z głowy korony.

Odchrząknął. Nie mogłam winić go za to, że się martwił.

– Terebell chce się ich pozbyć, zgadza się? – Kiedy nic nie odpowiedziałam, potrząsnął głową. – Dlaczego jeszcze tego nie zrobiłaś?

– Bo nie mam serca z kamienia.

– Nie możesz ryzykować, okazując sympatię wobec członków twojego byłego gangu. Gangu Jaxona – powiedział miękkim głosem, graniczącym z bełkotem. – Zrób, co do ciebie należy. Nie bierz na swoje barki mojego ciężaru, sötnos.

– Na moich barkach zawsze znajdzie się miejsce dla ciebie.

Uśmiechnął się i objął mnie ramieniem. Nie miałam pojęcia, co bym zrobiła bez jego wsparcia. Co by było, gdyby zamiast mnie stanął po stronie Jaxona, człowieka, z którym, jakby nie było, łączyła go jedenastoletnia przyjaźń.

Żadne z nas nie chciało zostać sam na sam ze swoimi myślami, więc siedzieliśmy razem przed kominkiem. Noc nie była dla mnie łatwym czasem, rozważałam wtedy wszystkie opcje, które mogłam lub powinnam była wybrać. Mogłam zastrzelić Jaxona w Archonie. Mogłam podciąć mu gardło w czasie rozgrywek. Powinnam była mieć na tyle odwagi, aby powiedzieć Naczelnikowi prawdę. Powinnam była zrobić wszystko lepiej, zrobić więcej, postąpić inaczej.

Powinnam też przemyśleć sprawy poruszone w czasie spotkania, ale byłam tak wyczerpana, że po prostu zasnęłam. Za każdym razem, kiedy się przebudzałam, wydawało mi się, że jest ze mną Naczelnik, a żar w kominku stawał się coraz słabszy.

Arcturus Mesarthim jest jedynie jej przynętą. Jej wabikiem. Wciąż myślałam o tamtej nocy, kiedy nasze śniące formy dotknęły się po raz pierwszy. Z jaką łatwością śmiałam się, tańcząc z nim w teatrze rewiowym.

A ty, mój skarbie, uległaś im. To wszystko wydawało się takie realne, czułam jego ramiona, lecz czy nie byłam wobec niego zbyt ufna? Czy on zrobił to wszystko na polecenie Terebell?

Czy dałam mu się ogłupić?

Kiedy Nick zasnął, nie mogłam przestać myśleć o jego słowach. Cały czas wyobrażam sobie, co Jaxon mógłby dla niego zaplanować.

Ja też zaczęłam sobie to wyobrażać. Tym sposobem wyobraźnia stała się moim największym wrogiem: mój umysł kreował straszliwe potwory z niczego. Zastanawiałam się, jak Sajon mógłby nas ukarać, gdyby tylko zdołali nas zlokalizować. W jaki sposób Nashira mogłaby skrzywdzić tych, których tak bardzo kochałam.

Wysłałam kilku ludzi, aby sprawdzili mieszkanie mojego ojca. Donieśli mi o Stróżach czatujących pod budynkiem. Ojciec prawdopodobnie znajdował się w środku, w areszcie domowym. A może po prostu czekali na mnie.

Ostrożnie wyjęłam telefon z kieszeni kurtki. Nacisnęłam pierwszy klawisz, rozświetlając ekran. Zawahałam się przy kolejnym. Odłożyłam telefon i opuściłam głowę. Nawet jeśli mój ojciec żył, Sajon zapewne podłożył mu podsłuch. Musiałam o nim zapomnieć, tak jak on musiał zapomnieć o mnie. To jedyne, co mogłam zrobić.

3Wyrok

Sąd pod przywództwem Zwierzchniczki rozpatrzy teraz sprawę Divyi Jacob, papilarniczki drugiej kategorii, znanej również jako Jacobite. Panno Jacob, oskarżam cię o najobrzydliwsze przestępstwo, jakim była pomoc Szmatognatowi i jego szajce w wyłapywaniu i sprzedawaniu jasnowidzów Sajonowi, konsekwencją czego stało się zatrzymanie, zniewolenie i w niektórych przypadkach doprowadzenie do ich śmierci w kolonii karnej Szeol I. Odpowiedz teraz na te zarzuty, a zaświaty ocenią twoją prawdomówność.

Perłowa Królowa, która przewodniczyła zebraniu, stała na scenie w czarnym aksamitnym kostiumie z perłowym haftem, a na głowie miała misterny toczek. Siedziałam obok niej, również ubrana bardziej elegancko niż zazwyczaj: włożyłam koszulę w kolorze kości słoniowej z długimi, dzwoniastymi rękawami, dopasowane spodnie i bezrękawnik ze szkarłatnego aksamitu bogato wyhaftowany złotymi różami i irysami. Na ramionach spoczywała mi plątanina loków, a na twarzy miałam staranny makijaż. Czułam się jak lalka na wystawie.

Ivy stała przed sceną w wyliniałej marynarce. Lewą rękę trzymała na temblaku, drugą przywiązano jej do piecyka wstążką w głęboko niebieskim kolorze.

– Winna.

Minty Wolfson odnotowała każde słowo w księdze, która wyglądała na bardzo rzadko używaną. Najwyraźniej wszystkie rozprawy syndykatu musiały być zapisywane w kronice ku potomności.

– Panno Jacob, proszę opowiedzieć sądowi o swoich powiązaniach ze Szmatognatem.

Nie widziałam Ivy od dnia rozgrywek. Przebywała w celi po północnej stronie rzeki, pilnie strzeżona przed ewentualnymi atakami zemsty. Trochę przytyła, a jej ogolone w kolonii włosy zaczęły odrastać. Z pełnym spokojem powtórzyła historię, którą przedstawiła nam już w czasie rozgrywek. Historię o tym, jak została zwerbowana przez Szmatognata, jak stała się jego faworytą i jak rozkazał jej wysyłać do siebie utalentowanych jasnowidzów w celu „znalezienia pracy”. Sam Szmatognat rozpłynął się jak kamfora zaraz po rozgrywkach wraz ze swoimi współpracownikami. Ivy była naszym jedynym źródłem informacji, naszą ostatnią szansą na znalezienie tego drania.

Znajdowaliśmy się w jednym z opuszczonych budynków w pobliżu Whitechapel, w którym niegdyś mieścił się teatr rewiowy, ale został zamknięty za wyświetlanie filmów z wolnego świata. Wysocy rangą dowódcy i moi faworyci siedzieli w półkolu po lewej i prawej stronie, przysłuchując się uważnie relacji Ivy o tajemniczych zniknięciach jasnowidzów. Errai Sarin stał w rogu z tyłu sali, a nad nami na balkonie zasiadało osiemnastu obserwatorów, którzy mieli za zadanie przekazać relację z rozprawy pozostałym członkom syndykatu.

– Zauważyłaś, że ci jasnowidze znikają i to cię zaniepokoiło. Poinformowałaś o tym Szramoustą, która była wtedy nadrzędną faworytą – powiedziała Perłowa Królowa wyraźnym głosem – Zapewne uważałaś ją za godną zaufania. Czy mogłabyś opisać wasze relacje?

– Kiedyś byłyśmy blisko – odparła Ivy. – Był nawet czas, że nie mogłyśmy żyć bez siebie.

– Byłyście kochankami.

– Sprzeciw, Perłowa Królowo – wtrąciła Minty. – To jedynie twoje insynuacje. – Oskarżona nie ma obowiązku…

– Nic się nie dzieje – powiedziała Ivy. – Szramousta zakochała się w Hektorze, kiedy dołączyła do jego Podwładnych, ale wcześniej tak, byłyśmy kochankami.

Minty rzuciła Perłowej Królowej poirytowane spojrzenie, ale grzecznie odnotowała tę informację.

Wysłuchaliśmy opowieści Ivy o przeszukaniu Katakumb Camden, uwięzionych jasnowidzach, których znalazła tam Szramousta, i jej raporcie złożonym Hektorowi. Powiedziała również o żądzy łatwego zarobku, która zdominowała jej byłego Zwierzchnika do tego stopnia, że zamiast zadać kres działaniom szarego rynku, sam się do niego przyłączył.

Popatrzyłam na Erraia, który tak jak wszyscy Ramaranci nosił tylko czarne ubrania. Wiedziałam, że nie znosił polityki uprawianej przez syndykat, ale czułam na nas jego baczne spojrzenie. Byłam przekonana, że przekaże Terebell każde słowo, które tu usłyszy.

– Czy byłaś świadoma, że porwani jasnowidze byli sprzedawani Sajonowi za pieniądze, które trafiały do twojego przełożonego?

– Nie – zaprzeczyła Ivy.

W sali dało się słyszeć jedynie szelest pióra, którym Minty sprawnie notowała każde słowo.

– Kto jeszcze był w to zamieszany?

– Matka Przełożona, Bezimienna, Byczy Szuler, Nikczemna Dama, Zimowa Królowa, Jenny Zielonozębna, Krwawe Palce. A także niektórzy z ich faworytów. Oprócz Pół Pensa, on o niczym nie wiedział.

Poczułam niewielką ulgę. Pół Pensa był dość lubiany i nie chciałam się go pozbywać.

– Czy kiedykolwiek – zaczęła Perłowa Królowa – widziałaś, żeby Białe Spoiwo, mim-lord I-4, z nimi współpracował?

– Nie.