Dzień nastania nocy. Część 2 - Samantha Shannon - ebook + audiobook

Dzień nastania nocy. Część 2 ebook i audiobook

Samantha Shannon

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Autorka światowego bestsellera Zakon Drzewa Pomarańczy

Dzień nastania nocy to epicka opowieść rozgrywająca się w świecie Zakonu Drzewa Pomarańczy.

Tunuva Melim, siostra Zakonu, przez pięćdziesiąt lat przygotowywała się do walki z wyrmami – ale od czasu pokonania Bezimiennego na świecie nie pojawił się żaden z nich. Młode pokolenie zaczyna kwestionować zasadność istnienia Zakonu.
Na północy Sabran Ambitna poślubia nowego króla Hróth, by ocalić chylące się ku upadkowi królowiectwo. Ich córka, Glorian, pozostaje w cieniu rodziców – zgodnie ze swoją intencją.
Smoki Wschodu od wieków trwają w uśpieniu. Dumai zamieszkuje na Seiiki w górskiej świątyni, której wierni usiłują zbudzić bogów z Długiego Snu – jednak ktoś z przeszłości jej matki zmierza jej na spotkanie.

Gdy wraz z erupcją Góry Trwogi nastają czasy terroru i przemocy, kobiety muszą stawić im czoła i obronić ludzkość przed śmiertelnym zagrożeniem.

Dzień nastania nocy to wielowątkowa, napisana z epickim rozmachem opowieść osadzona w świecie Zakonu Drzewa Pomarańczy, przybliżająca wydarzenia, które zmieniły bieg jego historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 597

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 17 godz. 18 min

Lektor: Samantha Shannon

Oceny
4,3 (195 ocen)
109
55
23
6
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
lezak_2006

Nie oderwiesz się od lektury

👍
10
msujek

Nie polecam

Druga część jest jeszcze gorzej poprowadzona. Fabuła się rwie, rozwiązania są wręcz głupie, wszystko leci za szybko do końca. Straszliwie spłycone i bezsensowne postacie, brak jakiejkolwiek głębi i rozwoju, wydarzenia fabulerne mogłyby w ogóle toczyć się jakkolwiek, bo i tak ni jak nie mają na nic wpływu.
10
AntoniM

Nie oderwiesz się od lektury

genialna książka
00
AgataRozmus

Nie oderwiesz się od lektury

noice
00
JudytaB90

Dobrze spędzony czas

Nie sądziłam, że to możliwe, ale podobało mi się bardziej niż „Zakon Drzewa Pomarańczy”! Zakon był dla mnie bardziej rozrywką, a „Dzień nastania nocy” zaangażował mnie też emocjonalnie i te postaci wpadły do mojego serduszka <3
00

Popularność




OSTRZEŻENIE DOTYCZĄCE TREŚCI

W książce poruszane są następujące tematy: rak (domniemany), poród, utrata dziecka, małżeństwo nieletnich, zmiana klimatu, masowa śmierć, kontrola umysłu, poronienie (wzmianka), pandemia, śmierć rodziców, depresja poporodowa, ciąża, przymus reprodukcyjny, przemoc, wymioty.

Mojej matce Amandzie

Nota odautorska

Fikcyjne krainy, o których przeczytacie w Dniu nastania nocy, są owocem inspiracji wydarzeniami i legendami z różnych stron świata. Żadna z nich nie ma reprezentować danego kraju czy kultury w określonym punkcie na osi czasu.

Akcja Dnia nastania nocy poprzedza wydarzenia przedstawione w Zakonie Drzewa Pomarańczy, jednak może również stanowić niezależną historię. To w zamierzeniu pierwsza z dwóch powieści traktujących o opisywanej epoce i jej następstwach.

IIIEra Ognia 511 EP

Wulf is on īege, ic on ōþerre.

Fæst is þæt ēglond, fenne biworpen…

Ungelīce is ūs.

 – Anonim, Wulf i Eadwacer

51Zachód

Glorian była odziana w szarości od futrzanego kołnierza po buty. Nawet jej naszyjnik ze srebra i matowej perły miał kolor żałoby. Obracała na palcu szeroki pierścień od ojca, Florell zaś wcierała za jej uszy pachnący goryczą olejek rozmarynowy.

– To niewłaściwe, że nie ma z nami lady Maryan – powiedziała Florell.

– Królowa Sabran nie chciałaby jej obecności podczas ceremonii pochówku. – Julain wręczyła jej grzebień. – Prawda?

– Nie, kochanie, ale królowa Sabran nie żyje. – Florell zakorkowała olejek. – Nigdy nie pragnęłam dzieci, ale gdybym je miała, bardzo bym cierpiała, nie mogąc okazać smutku po ich utracie.

Glorian wciąż nie potrafiła przyjąć do siebie niemożliwie brzmiących słów: „Królowa Sabran nie żyje”.

Helisent okryła jej ramiona płaszczem i spięła go nową broszą patrona – Prawdziwym Mieczem, który jednoczył wszystkie Sześć Cnót. Następnie zarzuciła jej na głowę żałobny woal wysadzany szarymi perłami i wsunęła na dłonie rękawice z owczej skóry. Florell spięła woal srebrnym diademem, który wykuto dla jej matki, by uczcić ją jako królową małżonkę Hróth.

– Czy chcesz zobaczyć?

Glorian niemal pokręciła głową, ale wtem przypomniała sobie: „Królowa musi być świadoma tego, jak postrzegają ją inni”. Skinęła, Adela zaś przyniosła jej lusterko.

Oto stała: Glorian III, królowa Inys. Dwunasta władczyni z rodu Berethnet. „Gdziekolwiek się znajdujesz, ostrzegam cię: one nadchodzą”. Spod woalu widziała tylko swoje oczy. „Uważaj na siebie, siostro, moje zwierciadło. Bądź gotowa”.

Matka powiedziała, że wizje pochodziły od Świętego. W końcu znów do niej przemówił, przerwał długie milczenie – lecz teraz przybywał, by ją ostrzec.

Zniszczenie.

– Chodźmy – powiedziała Florell. – Już czas.

Glorian pozwoliła się wyprowadzić z komnat.

Czarne niebo było usiane maleńkimi punkcikami gwiazd. Tradycyjnie ceremonie pochówku odbywały się na krótko przed świtem, by zmarli mogli wraz ze słońcem wzlecieć do niebiańskiego dworu.

Na zewnątrz, w Królowieckim Ogrodzie, oczekiwała Rada Cnót – oprócz Książąt Ducha obecna była większość Pomniejszych Hrabiów i Rycerzy Kawalerów, jak również inni dworzanie wysokiego urodzenia. Wszyscy nosili szare woale, żałobne czepce lub podwiki. Na przedzie stał lord Robart.

– Królowa umarła – rzekł z nieodgadnionym wyrazem twarzy. – Niech żyje królowa.

Wszyscy złożyli jej pokłon. Wśród nich byli lord Edrick Glenn i lord Mansell Shore – ojcowie Wulfa, z drzewem olchy w herbie. Głęboki smutek zgasił ich ducha, pogrążył ich oczy w cieniu.

Glorian w otoczeniu straży zeszła po stopniach nad rzekę i wsiadła do rozświetlonej blaskiem świec królowieckiej barki, w której czerwony baldachim zastąpiono szarym. Lord Robart zajął miejsce obok niej.

W Ascalonie panowała grobowa cisza. Gdy barka sunęła głębokimi wodami Gibkiej Rzeki, przed oczami Glorian przesuwały się twarze ludzi zgromadzonych na obu brzegach, oświetlone światłem pochodni. Nie wszyscy byli odziani na szaro, ale włożyli stosownie ciemne stroje i zasłonili głowy. Trzymali świece w milczeniu. Powietrze pachniało łojem, rozmarynem i smołą.

Sabran była królową, która wyprowadziła ich z mroku. Teraz oni odprowadzą ją do domu.

Sanktuarium Królowych znajdowało się na Różanej Wyspie, gdzie wąska Rzeczułka rozdzielała się i wpadała do Gibkiej Rzeki, tworząc ostrów. Owa wysepka od wieków była miejscem spoczynku królowych i ich małżonków. Mieli oni własną straż – Różaną Gwardię, która strzegła szczątków i czuwała nad spokojem zmarłych w Halgalancie.

Gdy barka przybiła do brzegu, lord Robart pomógł Glorian wysiąść na brzeg. Przeszli wiekowym ogrodem sanktuarium, gdzie rosły drzewa owocowe i rozmaryn. Z jabłoni zwieszały się lodowe duchy – ślad po dwóch opadłych już jabłkach, które pokryła gołoledź.

Lord Robart nosił na palcu złoty sygnet swojej przodkini, Rycerki Hojności – z wygrawerowanym snopem zboża okolonym szmaragdami.

– Pochówek musi być publiczną ceremonią – powiedział. – Trzystu mieszczan będzie mogło wejść do sanktuarium.

– Czy to rozsądne? Po tym, co wydarzyło się w Glowan?

– Wybrałem ich osobiście, Wasza Wysokość.

Powiedział to, jakby miało to wszystko wyjaśniać. Glorian zmarszczyła czoło, ale milczała.

Gdy stanęli u wysokich drewnianych wrót sanktuarium, jeden ze strażników zapukał trzykrotnie do wbudowanej w nie mniejszej furtki. Wyjrzał zza niej młody mężczyzna w przepasanym szarym surkocie z odrzuconymi rękawami.

– Wasza Wysokość. Lordzie Protektorze – zwrócił się do nich. – Witajcie. Asystuję arcyświętarzowi.

– Dobry wieczór. – Lord Robart zajrzał przez okna. – Jak mniemam, wszystko już gotowe.

– Prawie, mój panie. Pozwólcie, że zabiorę was do kalefaktorium.

– Zechciej wybaczyć, lordzie Robarcie – wtrąciła Florell – ale Jej Wysokość będzie potrzebowała pomodlić się w samotności.

Lord Robart się zastanowił.

– Dobrze – powiedział w końcu. – Czy jest tam świeca zegarowa?

– Tak, mój panie – odrzekł asystent świętarza.

– A więc do ostatniego gwoździa.

Oddalił się, by dołączyć do pozostałych Książąt Ducha.

– Proszę, królowo Glorian – zwrócił się do niej młody świętarz. – Wejdź do środka.

Przytrzymał jej furtkę. Glorian weszła, a on zamknął i zaryglował za nimi drzwi.

Blask świec drgał niespokojnie w chłodnej ciszy. Mrok był tak gęsty, że Glorian z trudem wyłowiła wzrokiem kontury baldachimu i wysokiego sklepienia. Przez komnatę ciągnęły się rozstawione w równych odległościach pary grobowców z kremowego marmuru, tworząc wielki krąg. Przy każdym grobie stały świece i róża w donicy. Stopy posągów wskazywały umieszczone w środku pomieszczenia podwyższenie.

– Niedługo wrócę – powiedział asystent świętarza. – Niech Dziewica ukoi ból twojej straty, Wasza Wysokość.

– Dziękuję.

Gdy kroki ucichły, Glorian wsłuchała się we własny oddech. To tutaj pewnego dnia spoczną jej kości. Znajdowała się we własnym mauzoleum.

W ścianie umieszczono świecę zegarową; stopiony wosk sączył się do pierwszego wbitego w nią gwoździa. Glorian szła między grobowcami. Zaczęła od miejsca spoczynku prababki, Jillian III. Według wszelkich przekazów była osobą zgorzkniałą i nieszczęśliwą. Zginęła z rąk zabójcy zaledwie rok od swej koronacji.

Po lewej znajdował się grobowiec jedynej tyranki, Sabran Kocicy. Glorian oczami wyobraźni niemal widziała, jak kamienne powieki nagle się otwierają. Kroczyła, dotykając po drodze chłodnych twarzy. Carnelian Tkaczce Pokoju brakowało nosa i części zawiłego warkocza – ślad po nieudanej próbie rabunku grobowca. Glorian zatrzymała się na dłużej przy swej imienniczce.

Glorian Łowczyni nie uśmiechała się w obliczu śmierci. Włosy miała przycięte do podbródka, a w dłoni dzierżyła swój wspaniały łuk.

Obok spoczywał jej towarzysz, Isalarico Miłosierny, który włączył Yscalin do Imperium Cnót. Dla swej miłości wyrzekł się starych bogów, tak jak król Bardholt dla królowej Sabran.

Kolejny posąg był odziany w podwikę, następny zaś w suknię zakrywającą ciało aż po szyję. Ale każda twarz, każda królowa wyglądała tak samo, począwszy od Sabran I, córki Dziewicy i Świętego. Te same podbródki, te same wysokie kości policzkowe, te same usta.

Wśród nich nie było królowej Cleolind. Została pochowana w skromnym grobowcu w Sanktuarium Świętej Dziewicy.

Kolejny z grobowców przygotowano dla jej babki. Obok spoczywał już jej małżonek, lord Alfrick Withy. Glorian położyła dłoń na jego piersi – dziadka, którego ledwie pamiętała. Przeszedłszy jeszcze kilka kroków, znalazła się przed dwoma ostatnimi, nowymi posągami.

Długo stała przy nich w ciszy. W końcu pogładziła marmur skąpany w blasku świec.

– Tęsknię za tobą, tato.

Wkrótce zasiądzie przy Wielkim Stole. Święty szykował dla niego honorowe miejsce – ale teraz, gdy jeszcze nie wstąpił do Halgalantu, jego duch musiał być blisko. Musiał ją słyszeć.

– Dowiem się prawdy. – Jej głos stężał. – Wymierzę winnym sprawiedliwość, tato, przysięgam ci to.

Matka spoczywała przy nim z rękami złożonymi do modlitwy.

– Wybacz mi, matko. Żałuję, że nasze pożegnanie nie było serdeczniejsze. – Pogładziła marmurowy kosmyk włosów. – Za tobą także tęsknię; i kocham cię. Nawet jeśli nigdy nie pozwalałaś mi tego mówić.

Płomyki zafalowały pod podmuchem wiatru. Glorian wyprostowała się i objęła wzrokiem wszystkie królowe Inys.

– Wzywam was, nie opuszczajcie mnie. Jestem Glorian III. Ześlijcie swe światło na moje rządy.

Trwała w milczeniu przy grobowcach rodziców. Gwóźdź w końcu wysunął się z roztopionego wosku i zadźwięczał o podstawkę.

Gdy ze świecy wypadł kolejny, okrągła nawa pomiędzy grobami a podwyższeniem, z którego arcyświętarz prowadził modły, zdążyła się już wypełnić ludźmi. Glorian stała między lordem Robartem a Julain. Wszyscy wspólnie odśpiewali pieśń za dusze zmarłych.

Wspaniale stół zastawiony, jadła i wina w bród,

jabłoni szum i rzeki szmer – tam mieszka wieczny lud.

Kraina to szczęśliwości, cierpienia nie znać tam.

I nam przyjdzie kiedyś stanąć u Halgalantu bram.

Pomnijcie w swym szczęściu na nas, zastępy prawych dusz,

co ucztujecie na zamku pośród złocistych zbóż.

Już sercem ku wam sięgamy, lecz jeszcze nie czas nam

porzucać życie i stawać u Halgalantu bram.

– Gromadzimy się u bram Halgalantu, by odprowadzić naszą dobrą królową Sabran na ostateczny spoczynek – przerwał ciszę głos arcyświętarza. – Sabran Berethnet, szóstą tego imienia, która rządziła swym królowiectwem przez niemal dwadzieścia lat. Była naszym słońcem. Naszą wybawicielką.

Płacz. Lady Abra Marchyn, jedna z dwórek matki. Florell objęła ją i uspokoiła.

– Królowa Sabran zginęła na morzu, na pokładzie Niezachwianej – kontynuował arcyświętarz. – Okręt ten był darem od jej oddanego towarzysza, Bardholta Hraustra, pierwszego tego imienia, króla Hróth, zwycięzcy Wojny Dwunastu Tarcz, który odkupił swój kraj i ocalił go od występku, przyjmując wiarę w Świętego. Ich miłość uzdrowiła wszelkie rany. Ich małżeństwo stało się trzecim, najmocniejszym ogniwem pancerza Imperium Cnót.

Glorian usiłowała utrzymać wyprostowaną posturę. Ogarniało ją odrętwienie, jak w pierwszych dniach żałoby.

– Ich śmierć jest dla nas niewyobrażalną stratą – mówił arcyświętarz. – Nie tylko dla ich wiernych poddanych, lecz także ich córki, królowej Glorian, która odtąd obejmie nad nami pieczę i władzę.

Obok zjawił się nowicjusz z drewnianą szkatułką w dłoniach. Arcyświętarz za pomocą szczypiec wyciągnął ze środka ząb i uniósł go przed sobą.

– Oto ząb z ust królowej Sabran. Jej zbawienie i klucz do wrót Halgalantu. Niechaj zostanie złożony w jej grobie, a grób niechaj zostanie zapieczętowany na wieki.

Odłożył ząb z powrotem do relikwiarza i szybko zamknął wieczko. Asystent zaniósł go do grobowca, sześcioro Książąt Ducha zaś odsunęło pokrywę. Lady Brangain opuściła szkatułkę do grobu. Glorian żałowała, że nie może uczynić tego sama, ale królowym zabraniano kontaktu ze szczątkami zmarłych.

– Oto ząb z ust króla Bardholta. Jego zbawienie i klucz do wrót Halgalantu. – Arcyświętarz uniósł ząb. – Niechaj zostanie złożony w jego grobie, a grób niechaj zostanie zapieczętowany na wieki.

Po jej policzkach płynęły łzy. Gdy szkatułkę składano do grobu, z trudem stłumiła wstrząsający nią szloch.

Nie tak powinno to wyglądać. Ciała rodziców powinny zostać przewiezione ulicami miasta, z godnością i należytym ceremoniałem, w otoczeniu tysiąca konnych rycerzy. Teraz wszystkim, co po nich pozostało, jedynym dowodem na to, że istnieli, były dwa kruche zęby.

Gdy grobowce zamknięto, a arcyświętarz odczytał stosowne modlitwy, złożono wieńce rozmarynu oraz królowianki i na tym ceremonię zakończono – oddano honory, a żywi opuścili zmarłych.

Na horyzoncie wzeszło pierwsze światło poranka. Glorian nasunęła na głowę kaptur i przeszła po moście na drugi brzeg Rzeczułki. Do zamku mieli pojechać konno wzdłuż Nabrzeża – rzecznej drogi – mając za plecami wschodzące słońce. Na widok Glorian ludzie tłoczący się na ulicach opuszczali głowy.

Nie uczynią mi krzywdy – powtarzała do siebie. – Jestem niekończącą się winoroślą.

Lord Robart zaczekał, aż Glorian usadowi się w siodle. Gdy dosiadła swego szarego ogiera i ruszyła za lordem Robartem, w gardle wezbrał jej smutek. Zaintonowała pieśń po hróthańsku, a jej głos płynął donośnie i czysto jak nigdy dotąd.

Płaczcie, bo odszedł waleczny król – padnijcie do nóg, padnijcie do nóg!

Wyruszył tam, gdzie najwyższy dwór – bijcie w bębny, zadmijcie w róg!

Na chwałę jego niechaj śpiewa chór! Niech jego imię sławi każdy próg!

Regent obejrzał się przez ramię. Twarz miał kamienną jak zawsze, ale w spojrzeniu zalśniła iskra zaciekawienia.

W Ascalonie osiedliło się wielu Hróthańczyków. Powtórzyli trzeci wers, wznosząc pięści w górę i wybijając stopami rytm pieśni. Glorian zaintonowała raz jeszcze:

Spójrzcie, oto wzlatuje jego duch – ucichł już sztorm, ucichł już sztorm!

Wskażcie mu drogę do Świętego wrót – tam jego okręt, tam jego port!

Otrzyjcie już łzy, głoście jego triumf! Niech płoną ognie aż po Hólrhorn!

Radujcie się, wzleciał Północy król – panem był nam, panem był nam!

Oto już zmierza na niebiański dwór – zastawcie stół, niech uczta trwa!

Niechaj obróci się w pył jego wróg! Niech pieśń się niesie aż do złotych bram!

Horyzont rozświetliła czerwona poświata. Glorian po raz pierwszy od wielu dni czuła, że wstępuje w nią siła.

Potem poczuła coś jeszcze.

Koń parsknął i zasapał. Glorian jakimś sposobem wiedziała, gdzie spojrzeć, i tak ujrzała go jako pierwsza.

Spadł na Ascalon jak cień i zanurzył się w krwawym blasku poranka – czarna skóra, czarne skrzydła, ciemne rogi wyrastające z czaszki. Wraz z nim nadleciały mniejsze potwory o giętkich, zwinnych ciałach. Z tej odległości wyglądały niemal jak klucz ptaków.

Glorian przechyliła się w siodle, zdana na łaskę słabych dłoni zaciśniętych na wodzach. Dzwoniło jej w uszach. Gdyby nie wiedziała, że Bezimienny miał czerwoną łuskę, sądziłaby, że to on zmierza teraz ku niej.

Jakaś kobieta dostrzegła go i krzyknęła, a w ślad za nią cały tłum. Ludzie przepychali się i rozbiegali na wszystkie strony, uciekając przed wyrmem – z całą pewnością był to bowiem wyrm. Sfrunął nad Nabrzeże i ruszył prosto na Glorian. Koń machnął głową, stanął dęba, a ona, nim się spostrzegła, zsunęła się z siodła.

Tym razem poczuła ból w ramieniu. Jeśli ktoś wołał do niej, nie słyszała go przez rozlegający się wokół ryk – żałobnicy całymi tysiącami pędzili teraz w popłochu, walcząc o przetrwanie. Glorian podczołgała się, aż ktoś chwycił ją za nadgarstek i pociągnął na nogi. Helisent. Krzyczała coś, ale jej głos tonął w zgiełku. Groza rozlewała się falą na miasto.

Obie straciły równowagę, gdy wyrm wylądował; ziemia zatrzęsła się pod jego ciężarem. Konie rozpierzchły się, pozostawiając za sobą Nabrzeże usłane zrzuconymi jeźdźcami. Glorian podniosła wzrok i spojrzała prosto w ślepia potwora.

Jego czaszka, jego nozdrza płonęły czerwonym ogniem. Każdy z zębów był dłuższy niż miecz, a kły ostre jak włócznie. Nie była zdolna się poruszyć, oddychać ani mrugać; jego spojrzenie przyszpiliło ją w miejscu niby martwą zdobycz.

„Był ogniem rozpalonym umyślnie – został wykuty niczym ostrze, by zabijać. W jego ślepiach gorzał płomień, który nie był dobry ni zły – recytował w jej umyśle świętarz – lecz czynił wyrma takim, jakim był, przebiegłym i podłym”.

Strzały roztrzaskiwały się o łuski. Ostrza na próżno godziły boki. Dama Erda rzuciła się przed Glorian tylko po to, by wyrm odrzucił ją od niej z siłą, która mogłaby rozkruszyć mur.

– KRÓLOWO INYS.

Tubalny głos zatrząsł niebem. Głos, który wyssał z niej całą siłę i zagrzmiał ponad dachami, zapędzając ludzi w ukrycie. Jedne krzyki urywały się, inne przybierały na sile. Adela podniosła oczy na wyrma, po czym zemdlona osunęła się na ziemię.

Glorian, widząc górującego nad nią wyrma, poczuła, jak wilgotnieją jej spódnice. Musiała wysoko zadzierać szyję, by utrzymać jego wzrok. Było jej gorąco, jakby podeszła zbyt blisko ogniska – żar jego oddechu wysuszał skórę tak, że nawet mruganie stało się bolesne. Helisent trzymała ją za rękę. Splotły śliskie od strachu palce.

– Do twoich pustych grobów – przemówił wyrm.

Glorian drżała tak mocno, że aż zgrzytała zębami. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wyrm mówił ludzkim językiem – ten potwór mówił – po hróthańsku. Gdy coś z brzękiem upadło u jej stóp, z jej gardła wyrwał się krzyk; zasłoniła oczy, a Helisent objęła ją ramieniem.

Dwie strzaskane czaszki pośród stosu zwęglonych kości.

– Cierpieli, mała królowo – rzekł jej wyrm. – Bądź tego pewna.

Helisent westchnęła cicho. Glorian powiodła wzrokiem: kość udowa, kawałek żebra, czaszka. Wciąż nie mogła się poruszyć – ręce miała jak sparaliżowane, w piersi brakowało czucia.

– Świat ludzi będzie usłany kośćmi. – Między zębami błysnął czerwony język. – Wasze kraje obrócą się w popiół.

„Wszystkie żywe istoty mają ten instynkt. Pomyśl o jeleniu, który zastyga w miejscu, gdy tylko wyczuje zagrożenie”. Glorian wpatrywała się w czaszkę, w dwie pustki, w których kiedyś znajdowały się oczy. „Dasz temu radę”.

– Ludzka królowa nie przemówiła. – Głos niby stukot skał. – Czyżby nad jej krainą już zapadła cisza?

Glorian ostatkiem panowania nad sobą wyciągnęła rękę i dotknęła czaszki końcami palców. Poznała ją po rysie na kości policzkowej.

Tato.

Był przy niej. To dało jej odwagę, by podnieść oczy i uwolnić głos.

– Jaką urazę żywisz do Inys, wyrmie? – Jej głos zabrzmiał wysoko i cienko. – Kim jesteś? – przemówiła po inysycku.

W jego ślepiach błysnęło zrozumienie.

– Jestem następcą tego, który zjawił się jako pierwszy – padła odpowiedź. – Tchnąłem życie w płomień i przyoblekłem śmierć w ciało. Jestem ogniem z wnętrza ziemi.

Jego hróthański był szorstki i dudniący.

– Jam jest Fýredel.

Stał przed nią potwór, który zabił jej rodziców.

Góra Trwogi po raz wtóry zrodziła zniszczenie.

Jego wzrok spoczął na lordzie Robarcie, który zdołał zachować tak równowagę, jak i opanowanie, choć twarz miał bladą, a oczy szeroko otwarte. Glorian zerwała się na nogi. Jeżeli miała zginąć, zginie jak jej ojciec, stawiając potworowi czoła.

– Jam jest Glorian. – Jej głos wciąż brzmiał słabo, więc przemówiła donośniej: – Glorian Hraustr Berethnet, królowa Inys i księżniczka Hróth. Moim przodkiem był Galian Berethnet, Święty nad całym Imperium Cnót, pogromca Bezimiennego.

Potwór obnażył kły.

– Ten, który nie ma imienia, był pierwszym – rzekł. – Ale ja mam imię, ludzka królowo. Pamiętaj o tym. – Zwęził źrenice. – Kobieta na okręcie. Była twoją krewną.

Glorian przeniosła wzrok na drugą z czaszek.

– Zginęła od mojego płomienia. Tak też stanie się z tą krainą. Dokończymy dzieła, jesteśmy bowiem tymi, którzy niosą spustoszenie. Góra jest naszą kuźnią, a my jej żelaznym potomstwem, przybyłym, by pomścić pierwszego, który drzemie pod ziemią.

„Każdy wojownik powinien spojrzeć strachowi w twarz, Glorian Dźwięcznousta. Bez tego odwaga jest tylko pustą przechwałką”.

– Wyznajesz – powiedziała Glorian – że zgładziłeś krew z krwi Świętego. – Jej głos wciąż się łamał. – Czy to znaczy, że wypowiadasz wojnę Inys?

Fýredel – wyrm – odpowiedział grzechoczącym śmiechem. Pod okrytą łuską skórą jego pyska poruszyły się mięśnie.

– Kiedy dni staną się długie i gorące – rzekł – kiedy na Północy przestanie zapadać zmierzch, nasza armia nadejdzie.

Ostatni, którzy nie zbiegli, stali jak wrośnięci w ziemię po obu stronach Nabrzeża ze spojrzeniami utkwionymi w Glorian. Wiedziała, o czym myślą. Jeżeli zginie, nie wydawszy na świat potomkini, będzie to koniec wiecznej winorośli.

To, co teraz uczyni, może zadecydować o tym, jak przez następne stulecia będzie pamiętany ród Berethnet.

„Zacznij wykuwać swój pancerz, Glorian. Wkrótce będziesz go potrzebować”.

Jeszcze raz spojrzała w dół, gdzie leżały szczątki rodziców, kości, które wyrmy rzuciły jej pod nogi niczym trofeum wojenne. Pamiętała, jak ojciec śmiał się i mocno ją obejmował. Nigdy więcej się nie roześmieje. Nigdy więcej nie uśmiechnie się do niej. Matka nigdy nie powie, że ją kocha, nie powie, jak ukoić złe sny.

Miejsce strachu zajął gniew.

– Jeżeli… jeżeli ośmielisz się zesłać ogień na Inys – warknęła Glorian – uczynię to, co mój przodek uczynił z Bezimiennym. – Zmusiła się, by unieść podbródek. – Przegnam cię mieczem i włócznią, łukiem i oszczepem! – Dygocąc, z trudem chwytała powietrze. – Jestem głosem i ciałem Inys. Mój brzuch jest jego siłą, moje serce jego tarczą; jeżeli sądzisz, że ugnę się przed tobą, bo jestem młoda i drobna, mylisz się.

Pot spływał jej po plecach. Jeszcze nigdy w życiu tak się nie bała.

– Nie boję się – rzekła.

Wyrm, słysząc to, rozpostarł skrzydła. Od jednego zakrzywionego końca do drugiego były szerokie niby dwa langskipy stojące naprzeciw siebie. Ludzie w popłochu uciekali z ich cienia.

– Niech tak będzie, Sercowa Tarczo. – Ostatnie słowa wymówił z drwiną. – Raduj się ciemnością, bowiem po niej nadejdzie pożoga. Daję ci posmak naszego płomienia, by rozświetlił zimą twoje miasto. Zważ moje słowa.

Rozwarł szczęki. Helisent objęła Glorian ramionami, a Glorian przylgnęła do niej i zamknęła oczy.

Fýredel nie zabił ich. Z jego gardła wydobył się ryk głośny jak bitewny okrzyk dziesięciu tysięcy wojowników, a na miasto sfrunęły jego sługi. Dachy Ascalonu stanęły w płomieniach.

Nie…

Fýredel odleciał. Wzbił wiatr, który rzucił setki ludzi na kolana. Glorian, zanosząc się bolesnym szlochem, próbowała pozbierać kości, ale czyjeś silne dłonie chwyciły ją za ręce i odciągnęły z Nabrzeża. Potknęła się na bruku i straciłaby równowagę, gdyby w ostatniej chwili nie złapał jej sir Bramel Stathworth.

Czaszka wyśliznęła jej się z rąk. Dłonie cały czas trzymały Glorian w silnym uchwycie.

– Nie! – krzyknęła.

Sir Bramel wziął ją na ręce, jakby wciąż była dzieckiem.

– Zostawcie mnie. Tato…

– Zabierzcie ją stąd. Zajmijcie Stary Most – zawołał z siodła lord Robart. – Łucznicy, oszczepnicy, do mnie!

Glorian czuła się jak kukła. Jej ciało zdołało przetrwać najgorsze, ale teraz odmówiło jej posłuszeństwa; ręce i nogi zwisały bezwładnie. Konie rżały, ich jeźdźcy krzyczeli. Zaczerpnęła powietrza, a wraz z nim gorącego wiatru i czarnego dymu, rozżarzonego i gęstego.

A Day of Fallen Night

Copyright © by Samantha Shannon-Jones 2023

International Right management: Susanna Lea Associates

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2023

Copyright © for the translation by Kamila Regel 2023

Redakcja – Marta Wasilewska

Korekta – Kornelia Dąbrowska, Magdalena Świerczek-Gryboś

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc, Natalia Patorska

Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Rysunki wewnątrz książki – Emily Faccini

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, tom II, Kraków 2023

ISBN epub: 9788382109672

ISBN mobi: 9788382109665

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka, Julia Siuda

Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Aleksandra Parzyszek, Paulina Gawęda, Piotr Jankowski, Barbara Chęcińska, Małgorzata Folwarska, Marta Ziębińska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Klaudia Sater, Monika Kuzko, Małgorzata Pokrywka

Finanse: Karolina Żak, Honorata Nicpoń

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl