Cursed Liars - Julia Zachmost - ebook
NOWOŚĆ

Cursed Liars ebook

Julia Zachmost

0,0

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Clyde staje przed wyborem, który może zmienić całe jego życie. Po wyznaniu prawdy przez oprawcę, chłopak musi zdecydować: kontynuować karierę w Igrzyskach i bronić tytułu czy podążyć za sercem i wybrać miłość do Madeline. Każda myśl o oktagonie przypomina mu, że w tym samym czasie ona może walczyć o życie. Czy odważy się wybrać to, co uważa za słuszne, czy to, co naprawdę ważne?

Caswell nie zamierza puścić sprawy w niepamięć. Zemsta na oprawcy, który postawił go w pułapce wyboru, staje się obsesją. Wspólnie z Coltonem knują plan, który może raz na zawsze zakończyć ich problemy – albo pogrążyć ich jeszcze głębiej.

Czy uda im się przetrwać lawinę kłamstw, zdrad i niedomówień? A może miłość i lojalność okażą się jedynie złudzeniem w świecie, gdzie każdy wybór niesie za sobą konsekwencje?

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. 

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 416

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © for the text by Julia Zachmost

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Katarzyna Zapotoczna

Korekta: Katarzyna Twarduś, Martyna Janc, Dominika Kalisz-Sosnowska

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

Druk i oprawa: Abedik SA

ISBN 978-83-8418-616-9 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Ostrzeżenie

Drogi czytelniku,

Cursed Liars zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. W książce występują następujące motywy: przemoc, samookaleczanie oraz opisy wywołujące dyskomfort. Jeśli czujesz, że któryś z powyższych wątków nie przemawia do Ciebie – odłóż tę lekturę.

Wszystkie wydarzenia przedstawione w książce są fikcją.

Gdyby nie ja…

Gdyby nie ja, ominęłoby Cię cierpienie.

Gdyby nie ja, budziłabyś się w nocy bez lęku.

Gdyby nie ja, łatwiej byłoby Ci oddychać.

I choć kocham Cię bardziej, niż potrafię to powiedzieć, czasem naprawdę chciałbym, żebyś nigdy mnie nie spotkała.

Rozdział pierwszy

Kilka godzin wcześniej

Madeline

Moim ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz, a z gardła wyrwał się głęboki szloch, którego nie byłam w stanie powstrzymać. Od razu napłynęły mi do oczu łzy – nie z powodu cierpienia, które właśnie mną zawładnęło, lecz tej przerażającej świadomości, że już nie mam nad sobą żadnej kontroli.

Zwymiotowałam ponownie. Sama nie wiem, który raz. Splunęłam resztkami wymiocin i drżącą dłonią wytarłam wargę. Gardło piekło mocniej niż chwilę temu. Przełyk pulsował tępym bólem, a żółć w ustach nie znikała. Przyklejała się do języka i podniebienia, uparcie walcząc o to, żebym wciąż pamiętała jej obrzydliwy smak.

Nie miałam już siły. Wypłakałam, wykrzyczałam i wyrzygałam wszystko, co we mnie się działo.

Po policzku spłynęła łza, a w tej samej chwili coś ścisnęło klatkę piersiową tak mocno, że aż zabrakło mi tchu.

Nie, nie, nie…

Miałam wrażenie, że każda cząstka mnie rozżarza się do czerwoności, jakby ktoś rozpalił w moich żyłach ogień, podsycany wstydem, upokorzeniem i bezsilnością. Czułam, jak rośnie, jak rozprzestrzenia się we mnie coś, czego nie chcę, a mimo to nie potrafię tego powstrzymać. Byłam tak żałośnie słaba.

Szarpnęło mną gwałtownie. Zgięłam się pod naporem bólu, jednocześnie z wnętrza mnie wypłynął gęsty, kwaśny śluz. Skrzywiłam się, gdy tylko dotknął języka. Nawet po tym, jak go wyplułam, miałam wrażenie, że wciąż mam go w ustach. Żar piął się w górę, aż po krtań, a każda rozpaczliwa próba zaczerpnięcia tchu przypominała przeciąganie odłamków szkła po gardle.

Zacisnęłam drżące, śliskie od potu dłonie na lodowatym sedesie. Chłód przeszył mnie aż po łokcie, ale nie przyniósł wyczekiwanej ulgi. Oddychałam płytko, zbyt słabo, by naprawdę nabrać powietrza, i w myślach liczyłam sekundy od ostatniego skurczu żołądka.

Po upływie kilkunastu minut, które sumiennie odliczyłam, napięcie w brzuchu opadło, niczym burza, która wreszcie się wyciszyła.

– Obrzydlistwo – wychrypiałam, spoglądając z niechęcią na toaletę.

Resztkami sił spuściłam wodę. Oparłam łokcie o deskę i przyłożyłam dłonie do twarzy, by oprzeć na nich czoło. Byłam wyczerpana.

W ostatnich miesiącach tkwiłam w złudnym przekonaniu, w kłamstwie, że torsje wywoływane stresem należą już do przeszłości. Że Marco zabrał je ze sobą i zgniją razem z nim w więziennej celi – zbyt ciasnej, by mogły się stamtąd wydostać. Czas płynął, a ja oszukiwałam samą siebie, że naprawdę się od nich uwolniłam.

A jednak noc po tym, co wydarzyło się z Clyde’em podczas Igrzysk, przeszłość wróciła. I uderzyła, zanim zdążyłam się obronić. Wyrwana ze snu koszmarem, ledwo doczołgałam się do łazienki, gdzie skulona przeleżałam resztę nocy.

Zaczęłam wymiotować także w dzień. Wystarczyła jedna myśl o nim, o jego powrocie do Igrzysk, by żołądek ścisnął się tak mocno, że trudno było to wytrzymać.

Syknęłam, gdy kolejny ostry skurcz przejechał przez wnętrzności.

Nie mogłam o tym myśleć.

Nabierałam powietrza powoli – raz po raz, z nadzieją, że w którymś z oddechów skryje się ulga. Ale każdy tylko drapał po gardle. Sięgnęłam po kubek z wodą, który ze sobą przyniosłam, i pozwoliłam, by chłód dotknął moich warg, spłynął i ocucił rozgrzane wnętrze. Wysyczałam przekleństwo, bo ulga trwała zaledwie sekundę, a potem ustąpiła miejsca temu samemu gorzkiemu pieczeniu. Czułam się tym zmęczona.

Tkwiłam w ciszy, w której jedynymi dźwiękami były odległe krzyki, przytłumione przez drzwi toalety, i mój szarpany oddech. Uniosłam zamglone spojrzenie i powoli przesunęłam nim po pomieszczeniu – szarym, pustym, dobijającym – szukając czegokolwiek, czemu mogłabym oddać resztkę uwagi.

Nic nie potrafiło mnie na tyle zainteresować, by odciągnąć myśli od tego, co działo się w mojej głowie. Westchnęłam przeciągle. Musiałam stanąć na nogach.

Uspokój się, powtarzałam sobie w duchu. To nic trudnego, Madeline, po prostu wstań.

A jednak odnosiłam wrażenie, jakbym miała unieść cały świat.

Zacisnęłam palce na krawędzi blatu i zrobiłam głęboki wdech, jak przed skokiem do zimnej wody. Odliczyłam do trzech. I podniosłam się powoli, z zaciśniętymi zębami.

Pożałowałam tego, gdy tylko spojrzałam w lustro. Nie poznawałam siebie. Twarz, która na mnie patrzyła, wydawała się obca.

Oczy miałam puste. Zmęczone tym wszystkim. A tuż pod nimi rozlały się cienie, tak rozległe, że trudno było mi stwierdzić, gdzie się kończą. Tłuste, posklejane włosy trzymały się w resztkach kucyka, pozostałe rozsypywały się wokół twarzy i lepiły do spoconej skóry. Wyglądałam źle. Strasznie źle.

Zerknęłam w lewo, w stronę drzwi. Wiedziałam, że za nimi są Colton i Lucas. Zapewne czekali, aż stąd wyjdę. Cichy jęk wyrwał mi się z ust, gdy dotarło do mnie, jak długo już tu jestem. Powinnam była wrócić. Zamiast tego ponownie spojrzałam w lustro. Moje usta drgnęły w czymś, co miało przypominać uśmiech, ale wyszedł tylko grymas. Nie mogłam na siebie patrzeć.

Rozpuściłam włosy, pozwalając im opaść ciężko na ramiona. Przeczesałam je kilka razy, aż zaczęły się układać w coś przypominającego porządek. Zęby wyszorowałam do bólu dziąseł, a lodowatą wodą oblałam twarz i od razu się orzeźwiłam. Wyglądałam trochę lepiej niż przed chwilą, ale te cholerne sińce, jak na złość, wciąż rzucały się w oczy. Były zbyt wyraźne, by je ukryć. Jeśli ktoś zauważy te zasinienia, powiem, że się nie wyspałam. To przecież prawda. Tylko nie ta, którą powinni znać.

Kiedy wreszcie w miarę doprowadziłam się do porządku, zebrałam resztki odwagi i otworzyłam drzwi łazienki. Przez chwilę stałam w progu, czując, jak w gardle narasta gula. Jeszcze mogłam się wycofać. Ale nie, wyszłam.

Colton i Lucas nawet nie zauważyli, że stanęłam przed nimi. Byli zbyt zajęci… sobą. A konkretnie tym, żeby się nawzajem rozszarpać.

– Zostaw go – rozkazałam.

Brat westchnął z rezygnacją, podniósł się z podłogi i otrzepał kolana z kurzu, który zebrał, tarzając się po ziemi. Mój wzrok odruchowo padł na Lucasa. Leżał na środku salonu, z twarzą purpurową od wysiłku, i łapał powietrze jak tonący.

– Co robiłaś tak długo w łazience? – zapytał Colton, mierząc mnie spojrzeniem. – Zdążyłem pokonać Lucasa przynajmniej cztery razy.

– I przynajmniej cztery razy prawie go zabiłeś – wytknęłam mu, całkowicie ignorując jego pytanie.

– Jezu, daj spokój, pokazywałem mu chwyt – odparł ze znużeniem. – Mieliśmy ustalone bezpieczne słowo. To już nie moja wina, że go nie użył.

Zmrużyłam oczy.

– A jak niby miał to zrobić, skoro nie był w stanie nawet zaczerpnąć tchu?

Lucas, nie ruszając się z miejsca, wystawił kciuk w górę.

– Mógł chociaż pomachać.

– Machał, Coltonie.

– Ta, na pewno.

Przewróciłam oczami, puszczając mimo uszu ironiczne słowa brata, i skierowałam kroki do kuchni. Zaczęłam przygotowywać ziołowy napar, by ukoić podrażniony żołądek, a myśli ponownie pobiegły tam, skąd tak bardzo chciałam je zawrócić.

Minął równy tydzień, a tamta przeklęta noc Igrzysk nie dawała mi spokoju. Każdy dzień zdawał się obciążony jej cieniem, a w nocnych koszmarach wracała z pełną siłą. Kolejne odsłony tego wspomnienia były coraz bardziej okrutne, coraz bardziej bezlitosne, jakby moja własna wyobraźnia szukała nowych sposobów, by zadać mi ból.

Byłam tym tak wyczerpana, że bałam się, iż dzisiejszy wieczór zakończy się dokładnie tak samo jak tamten albo… gorzej. Strach ściskał mi gardło, nie pozwalając na swobodny oddech. Dlatego często kończyłam skulona w toalecie. Samo wspomnienie tamtej nocy wystarczało, by kwas podszedł pod samo gardło. Nie mogłam znieść myśli, że mogłabym znów przez to przechodzić.

Powtarzałam wtedy Clyde’owi o swoich obawach, jak mantrę, może nawet trochę rozpaczliwie. Mówiłam, że tydzień to zdecydowanie za mało, by jego ciało mogło się w pełni zregenerować, a co dopiero podjąć tak ogromny wysiłek. On jedynie kręcił głową, jakby moje słowa były bez znaczenia. Zbywał je lekkim uśmiechem i lekceważącymi półsłówkami, które tylko wzmagały moją frustrację. Czułam, że nie rozumie, jak bardzo jestem wyczerpana, jak bardzo boję się powtórki tamtej nocy i jak bardzo potrzebuję, żeby ktoś w końcu wziął moje słowa na poważnie.

Na domiar złego, odkąd tylko opuścił szpital, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że coś przede mną ukrywa. Uparcie powtarzał, że zasłabnięcie było skutkiem przemęczenia organizmu. Przyjęłam to, próbując przekonać samą siebie, że to prawda… ale coś we mnie się temu sprzeciwiało. Nie wierzyłam mu. Nie znałam wyników badań i nie wiedziałam, dlaczego tak panicznie unikał rozmowy o nich. Z każdym dniem atmosfera między nami stawała się coraz bardziej napięta. I im bardziej starałam się o niej nie myśleć, tym wyraźniej czułam w sobie ciężar.

– Wiesz może, co u Clyde’a? – zapytałam, gdy dobiegł mnie szmer zza pleców. – Od rana nie mogę się do niego dodzwonić.

– Ja? Skąd niby mam wiedzieć, co ten kretyn wyprawia? – zdziwiła się Viviana.

Uniosłam spojrzenie, nie spodziewając się dojrzeć tam mojej przyjaciółki. Patrzyła na mnie tak dziwnie, jakby pytanie, które zadałam, było osobistym atakiem na jej honor.

– Myślałam, że to Colton… nieważne.

– Wiem, że oni są złączeni dupami, ale to ty jesteś dziewczyną Clyde’a – odpowiedziała, wzruszając przy tym ramionami, mimo że już odpuściłam. – Czemu West miałby być w to wmieszany, a nie ty?

– Ile razy muszę powtórzyć, że nie chodzę z Clyde’em, by w końcu to do ciebie dotarło?

– Nie chodzisz z nim? – odezwał się nagle Colton, wkraczając do kuchni.

Zacisnęłam dłonie na chłodnym blacie i gwałtownie wciągnęłam powietrze, próbując poskromić złość. Ile można? Ich insynuacje zaczynały mnie drażnić. Nie byłam w związku z Clyde’em, choć najwyraźniej oni mieli na ten temat własne zdanie.

– Możecie zająć się swoim związkiem i przestać wpieprzać się w mój? – wycedziłam przez zęby, usiłując zachować resztki cierpliwości. – Byłoby miło, gdyby dwa sępy wreszcie zniknęły znad mojej głowy.

– Ha! – wrzasnęła Hamilton, celując we mnie palcem jak w oskarżoną. – Sama się przyznałaś! Jesteś z nim w związku i żadne twoje zaprzeczenia mnie nie przekonają!

– Nie nadinterpretuj moich słów, Viviano – westchnęłam z rezygnacją i wskazując na nich, dodałam: – Wy oboje… jesteście nie do zniesienia. Naprawdę.

– Ja nie bardziej niż on. Ten plotkarz – rzuciła spojrzenie w stronę mojego brata – tylko wszystko nakręca.

Colton aż pobladł, jakby jej oskarżycielskie słowa trafiły go celniej niż cios. Zamrugał, parsknął z oburzeniem i obrócił się ku dziewczynie, która właśnie go zaatakowała.

– Taka cwana jesteś? – rzucił z przekąsem, a ja po samym tonie jego głosu wiedziałam, że ta wymiana zdań nie skończy się dobrze. – Powiedz mi, kto obsesyjnie śledził na socialach każdą aktywność Clyde’a wobec Madeline, tylko po to, by potem wypisywać do mnie i przesyłać zrzuty ekranu jego komentarzy? – Uniósł brew z satysfakcją, podczas gdy Viviana patrzyła na chłopaka tak, jakby zaraz miała się na niego rzucić. – Co? Nagle sobie tego nie przypominasz? Mam rację?

Viviana prędzej by się pochlastała, niż przyznała, że mój brat ma w czymkolwiek choćby śladową rację. Naturalnie, tylko w chwilach kłótni z nią. Na co dzień jakoś się znosili – nawet bardzo, jeśli spojrzeć na te iskierki pożądania, które tańczyły w ich oczach. Gdybym nie stała obok, pewnie rozszarpaliby się nawzajem na kuchennym blacie.

– Teraz to ze mnie robisz tę jebniętą?! – warknęła, przewracając oczami. – A kto w ogóle miał czelność pytać, czy stanik leżący u Clyde’a należy do twojej siostry?!

Dobra, kurwa, to już była przesada. Ta ich pieprzona zabawa w swatki wykańczała mnie psychicznie.

– Coltonie, pomogłeś Lucasowi? – zapytałam, nawet nie próbując tracić czasu na pouczanie ich. Doskonale wiedziałam, że i tak mieli w dupie moje moralizowanie.

Brat ani drgnął. Nie spojrzał na mnie – jakbym była powietrzem. Całą uwagę skupił na Vivianie.

– Nie, nadal tam leży.

– Aha, świetnie – prychnęłam, zakładając ramiona na piersi. – Twój przyjaciel kona w naszym salonie, a ty wykłócasz się o to, kto bardziej rozgrzebał moje życie?

Nie czekałam na odpowiedź, i tak bym jej nie usłyszała. Wróciłam do salonu i od razu spojrzałam na chłopaka z lekkim współczuciem, ale też z odrobiną rozbawienia, bo naprawdę zaczynał przesadzać z tym dramatyzowaniem.

– Lucasie – westchnęłam. – Proszę cię, wstań.

Burknął pod nosem coś, co ledwo dało się usłyszeć.

– Powtórzysz?

– Zostaw mnie – mruknął tak słabo, jakby każde słowo wymagało nadludzkiego wysiłku. – Jeszcze chwilę tak poleżę.

– Bo?

– Bo zasługuję na to po tym, jak odklepałem cztery razy. Cztery, Madeline! – jęknął. – Przecież to jest jakaś jebana porażka.

– Nie wiem, to może zapisz się na treningi? Na pewno są jakieś grupy dla początkujących.

Chyba nie powinnam była tego mówić.

– Teraz… to przesadziłaś.

Odwrócił głowę i wyciągnął w moją stronę dłoń, jasno dając do zrozumienia, że rozmowa z nim właśnie dobiegła końca.

– Lucasie…

– Nie! Jesteś bezczelna, wiesz? Jak mogłaś pomyśleć, że nadałbym się do grupy dla początkujących?!

No tak, oni byliby lepsi od ciebie, pomyślałam, walcząc ze śmiechem.

– Miałeś po prostu słaby dzień – zaczęłam, udając powagę. – Normalnie pokonałbyś Coltona w pierwszej rundzie… tylko dziś coś nie zagrało.

Moje słowa najwyraźniej go zadowoliły, wszak po minie pełnej zgorzknienia nie zostało ani śladu.

– Dzięki, już mi lepiej.

Teraz miałam pójść na górę i zacząć szykować się na Igrzyska. Ale nie ruszyłam się ani o krok, jakby ziemia przytrzymała mnie w miejscu. W głowie miałam taki bałagan, że nie wiedziałam, czy to jeszcze moje myśli, czy już jakaś plątanina. Czy tylko ja to czułam? Czemu nikt nie przejmował się Clyde’em? Nie dawało mi to spokoju.

Spojrzałam na Lucasa, zastanawiając się, czy chociaż jego to frapuje tak jak mnie. Wykorzystując fakt, że byliśmy sami, zebrałam się w sobie i niepewnie, prawie szeptem, zapytałam:

– Też to czujesz?

Uniósł wzrok, zaskoczony.

– Co?

Przełknęłam ślinę, serce waliło mi jak szalone. Dawno nie mówiłam nikomu tak otwarcie o swoich emocjach.

– Stres.

– Czemu miał… Chwila, co się dzieje?

Podeszłam do Lucasa i zajęłam miejsce obok niego. Podłoga była tak zimna, że aż dreszcz przeszedł mi po plecach. Przestrzeń wokół zdawała się drżeć razem ze mną. Założyłam ręce na brzuch i wzięłam głęboki, głośny wdech, próbując ujarzmić wir myśli i uczuć, które wzbierały we mnie falami.

Chłopak obrócił głowę w moją stronę, więc zrobiłam to samo. Zielone tęczówki, pełne ciepła, przeniknęły mnie na wskroś, a ja czułam, że dłużej nie zdołam powstrzymać tego, co wrze mi w sercu.

– Od kilku dni mam wrażenie, że Clyde coś przede mną ukrywa. Za każdym razem, gdy wspominam o jego zdrowiu albo o tym, co podejrzewam wobec diagnozy, od razu mnie zbywa.

To, co wypłynęło spomiędzy moich ust, nie wywołało w nim nawet cienia zaskoczenia.

– Nic dziwnego – odparł spokojnie. – Nie wiem, czy zauważyłaś, ale on raczej… nie opowiada o sobie. Z trudem mu to przychodzi. – Ciepło w jego oczach zgasło, ustępując miejsca przygnębieniu. – Dorastał w domu, gdzie nikogo nie obchodziło, jak się czuł, więc w końcu przestał o tym mówić.

Zdawałam sobie sprawę, że więź Clyde’a z matką była skomplikowana, ale nie sądziłam, że jej zaniedbanie sięgało aż tak głęboko.

Lucas spojrzał na mnie ze smutkiem i głośno westchnął, jakby doskonale wiedział, co siedzi mi w głowie.

– Nie zadręczaj się tym, Madeline – powiedział cicho. – Clyde po prostu taki jest… Już dawno przywykłem, że rozmowa o jego samopoczuciu zaczyna się i kończy na „jest okej”.

– Właśnie w tym tkwi problem – wyszeptałam, czując, jak słowa nabierają ciężaru w moich ustach. – Nie chcę się do tego przyzwyczajać… do relacji, która z czasem staje się tylko cieniem czegoś prawdziwego.

– Więc powiedz mu o tym.

– Nie mogę.

Lekko zmarszczył brwi.

– Czemu?

– Bo ilekroć na niego patrzę, nie potrafię skupić się na niczym innym niż na tym, dlaczego łże mi prosto w twarz.

Po wyrzuceniu z siebie tych słów poczułam chwilową ulgę. Choć w głębi siebie nie miałam pewności, czy w ogóle powinnam jej doświadczać. Trudno było mi uwierzyć, że mogę martwić się losem Clyde’a, wiedząc, że chłopak kłamie. Więc może po prostu potrzebowałam, żeby ktoś w końcu usłyszał, jak bardzo nie daję rady?

Lucas zamarł w reakcji na moje słowa. Milczał, wpatrzony we mnie z nieodgadnionym spojrzeniem. W ciszy, jaka zapadła, słyszałam jedynie własne serce, bijące zbyt głośno, i przyśpieszony oddech.

– Nawet gdybym chciała z nim o tym porozmawiać, znajdzie wymówkę – dodałam po chwili. – On mnie nie słucha, Lucasie. W niczym. Nawet gdy mówię o Igrzyskach. I to mnie wykańcza.

– A próbowałaś w ostatnich dniach poruszyć z nim temat, który nie dotyczy jego samego? – zapytał. Tym razem to ja zamilkłam. Nie miałam odpowiedzi, choć pytanie było banalnie proste. – Jak wspominałem, on nie lubi mówić o sobie, więc nie podejmie rozmowy o czymś, co wprowadza go w dyskomfort.

– Tyle że ja chcę rozmawiać o nim – odparłam lekko drżącym głosem. – Chcę wiedzieć, co lubi, co sprawia mu radość, a nie tylko się tego domyślać. Pragnę go. Całego. Z prawdą, której przede mną nie pokazuje.

Przełknęłam ślinę, czując, jak gardło momentalnie mi się zaciska. Lucas zmarszczył brwi i patrzył na mnie z czymś, co wyglądało na współczucie. Wcale nie miałam ochoty, żeby mi współczuł. Nie potrzebowałam litości ani miękkich spojrzeń, które złośliwie przypominają, że coś we mnie pękło. Chciałam… żeby mi pomógł. Żeby jednym słowem potrafił uciszyć burzę, która nieustannie we mnie szalała.

Ale jak miał to zrobić, skoro sama się w niej gubiłam?

– Jesteś wariatką, Viviano Hamilton! Kompletną wariatką!

Po tym wybuchu Colton ruszył przez salon. Czerwieniał z każdym krokiem. Jeszcze moment, a będę miała przed sobą chodzącego buraka. Nie zaszczycił nas nawet jednym spojrzeniem. Tylko przez jego zaciśnięte zęby padło ostre:

– Wychodzę.

Spojrzałam na Lucasa, a on na mnie. Żadne z nas nie miało pojęcia, co się właśnie wydarzyło, ale wyglądało na to, że żadne nie chciało tego wiedzieć. Zanim w ogóle zdążyłam jakkolwiek zareagować, rozległ się dzwonek do drzwi, a chwilę później telefon zawibrował z nową wiadomością.

Axton:

Otworzysz? :)

Madeline:

Idę.

Podniosłam się z podłogi i wyciągnęłam rękę do przyjaciela.

– Wstawaj.

– Jeszcze poleżę – mruknął, nie zaszczycając mnie nawet krótkim spojrzeniem.

– No to leż, królu przegranych.

Ruszyłam w stronę ganku.

– Słyszałem to, ty lumpiaro! – dobiegł mnie jego głos, na co tylko przewróciłam oczami.

Uchyliłam drzwi wejściowe i niemal natychmiast natknęłam się na szeroki, bezczelnie rozbrajający uśmiech.

– Czyżby to mój widok tak cię zadowolił? – zażartowałam, opierając się o framugę.

– W końcu widzę swoją ulubienicę – odparł, wzruszając ramionami. – Jak mógłbym się nie cieszyć?

Przygryzłam wargę, którą po chwili rozciągnął głupkowaty uśmiech.

– Wejdziesz?

– Wiesz, że zwykle bym nie odmówił – rzucił z lekkim żalem w głosie – ale dziś wyjątkowo się śpieszę. Mam… specjalne plany.

Kiwnęłam głową, dając mu znać, że rozumiem, a on sięgnął za plecy i wyciągnął niewielki pakunek.

– W ramach podziękowań za… – uniósł drugą dłoń, a między palcami błysnęły kluczyki – …twoją hojność.

– Nie musiałeś.

– Nawet nie chcę tego słyszeć. Podobno to najlepsze wypieki w całym mieście. Tak przynajmniej mówią.

– W porządku, przekonałeś mnie – powiedziałam, sięgając po pudełko, które mi podał wraz z kluczykami. – Mam tylko nadzieję, że auto się nie buntowało? Zdarza mu się to dość często. Szczególnie w kwestii hamowania.

– Nie tym razem – odpowiedział z westchnieniem. – Choć te wasze wąskie uliczki wciąż śnią mi się po nocach.

– Cóż, to chyba kwestia przyzwyczajenia.

– Jaaasne – odparł przeciągle, jakby nie do końca przekonany. – Widzimy się wieczorem na Igrzyskach?

W brzuchu poczułam ścisk.

– Jeśli dożyję – rzuciłam półżartem, a Axton roześmiał się głośniej niż ja.

Zegar wskazał dwudziestą. Jeszcze godzina. Tylko godzina do Igrzysk.

Wypuściłam powoli powietrze i przykleiłam do ust wymuszony uśmiech. Odwróciłam się w stronę dwunastolatka – podobno kuzyna Lucasa. Wpatrywał się we mnie z wyraźnym znudzeniem, a wyraz jego twarzy zdradzał, że zastanawia się, kiedy wreszcie przestanę pieprzyć.

W końcu zamilkłam. Wtedy on się odezwał:

– No więc? Co mam robić?

Chyba mnie testował. Dziesięć minut tłumaczenia, krok po kroku, by zapytał o to samo, co wcześniej. Zrobiłam wdech, żeby nie wybuchnąć, i spokojnie powtórzyłam:

– To, co już ustaliliśmy chwilę temu, pamiętasz? Masz siedzieć i czekać, aż wrócę.

Zmarszczył piegowaty nos i chwilę się zastanawiał.

– Ahaaa… no może pamiętam – cmoknął. – A o której wrócisz? Bo Lucas mówił, że może, ale tylko może pojedziesz jeszcze do Clyde’a – wypalił, po czym natychmiast zamilkł. – Cholera! Miałem ci tego nie mówić! Trudno. – Zmarszczyłam brwi, a on wzruszył ramionami i uśmiech od razu wrócił mu na twarz. – Przecież nawet jeśli będziecie się tam migdalić, nie policzę wam podwójnie! Ale tylko dlatego, że Clyde zawsze pozwala mi włożyć jego rękawice. A właśnie, lubisz go? – zapytał i przekręcił głowę jak mały piesek.

Zamrugałam oszołomiona. Kiedy przyszedł tu z Lucasem, przez chwilę myślałam, że to chłopiec porwany z sąsiedztwa. Wyglądali jak z dwóch różnych planet. Jednak nie – był tylko kolejnym pieprzonym Hollinsem.

– Wrócę… – Zawiesiłam się, bo mózg nadal próbował ogarnąć to, co powiedział chłopak. – Wrócę jak najszybciej.

– Super, bo wiesz, że to w sumie nielegalne? – Uniósł brew z powagą, której nie spodziewałabym się po kimś w jego wieku. – Według prawa mogę zostawać sam dopiero po ukończeniu czternastego roku życia.

Wpatrywałam się w niego, usiłując przypomnieć sobie, czy prawo rzeczywiście działało w ten sposób. Coś podpowiadało mi, że nie do końca, ale nie miałam ani siły, ani ochoty wdawać się w dyskusję. Nastolatek był wulkanem energii.

– Lucas mówił, że często zostajesz sam – rzuciłam na obronę.

– No, bo Lucas twierdzi, że chuj go to grzeje.

Prawie się zachłysnęłam powietrzem.

– Proszę cię, nie klnij – upomniałam go.

– Ale ja tylko powtarzam jego słowa.

– To wciąż niegrzeczne.

– On mówił, że takie przekleństwa się nie liczą.

Jezus Maria. Chyba to przemilczę.

Wręczyłam mu obiecany banknot, a na jego twarzy od razu pojawił się szeroki uśmiech.

– Masz mój numer telefonu, prawda? – Kiwnął głową. – Pisz, jeśli będziesz czegoś potrzebował. I pamiętaj, kiedy ktoś zapuka, puść filmik, który ci przesłałam – dodałam, odwzajemniając jego uśmiech.

Chwilę później wyszłam i zamknęłam za sobą drzwi. Nie zdążyłam zrobić nawet kilku kroków, a już dostałam SMS-a.

Numer nieznany:

A masz jakieś gry na tablecie?

Dodałam go do listy kontaktów i odpisałam.

Madeline:

Coś mam, ale jak chcesz, pobierz coś nowego.

Mały Hollins:

Dzięki.

Chyba poproszę Lucasa, by częściej mnie do Ciebie zabierał.

Poczułam ciepło w sercu, choć dwóch Hollinsów to zdecydowanie za dużo na moją głowę.

Madeline:

Fajnie :)

Zbiegłam na dół, a stres ścisnął mi żołądek.

– Jedziemy – wyrzuciłam z siebie.

Przyjaciele spojrzeli na mnie z ciekawością, ale żadne z nich się nie odezwało.

Między moim domem a miejscem, gdzie odbywały się Igrzyska, było zaledwie trzydzieści minut drogi. Wyjechałam z podjazdu i skręciłam w pierwszy zakręt. Przede mną rozciągała się pusta droga. Dodałam gazu, nie przekraczając jednak granicy rozsądku. Nie zależało mi, żeby dotrzeć tam jak najszybciej. Chciałam prowadzić tak długo, aż wszystko przestanie mieć znaczenie. Patrzeć w ciemność przed sobą i nie myśleć. O niczym. Zwłaszcza o tym, dokąd jadę.

Korzystając z chwili mojej nieuwagi, Lucas wziął telefon i włączył muzykę. Pierwsze dźwięki znajomej melodii wypełniły wnętrze samochodu. Z każdym uderzeniem rytmu napięcie opadało. Uśmiechnęłam się, może po raz pierwszy tego dnia naprawdę szczerze, a on, jakby tylko na to czekał, szturchnął mnie barkiem i zaczął śpiewać pod nosem. Fałszował strasznie i właśnie to sprawiło, że zachciało mi się śmiać.

Na krótką chwilę poczułam się swobodnie.

Wróciłam wzrokiem do drogi – i wtedy je zobaczyłam.

Na horyzoncie pojawiły się wyraźnie, jasne światła. Zmrużyłam oczy, próbując dojrzeć, kto nadjeżdża.

– Co za debil jedzie na długich i nawet nie pomyśli, żeby je wyłączyć? – warknęłam.

– Zapytaj go, jak się z nim zderzymy – rzucił Lucas.

– Bardzo śmieszne.

Mrugnęłam światłami raz, potem drugi. Bez efektu. Nie przełączył świateł ani nie zwolnił.

Chwilę później oślepił mnie całkowicie. Wszystko zalała biel.

Zmrużyłam powieki, a spocone dłonie ślizgały się po kierownicy, droga zniknęła. Zostały tylko drgające smugi i chaos. Nie wiedziałam, gdzie jestem.

Zdjął mnie nagle strach. Traciłam kontrolę, a los wymykał mi się z rąk.

– Madeline… – Głos Lucasa ledwo do mnie docierał. – Zrób coś, bo nas zabijesz!

Bo zabijesz.

Bo naszabijesz.

Gwałtownie wcisnęłam pedał hamulca. Raz. Drugi. Trzeci. Trzy pieprzone razy docisnęłam hamulec aż do oporu, a auto zwolniło tylko trochę.

– Nie mogę… – Słowa drżały w moich ustach. – Nie mogę!

Światła z naprzeciwka pędziły w moją stronę. Dwa oślepiające punkty, poza którymi nic nie widziałam. Nie potrafiłam już odróżnić, czy ten samochód jest na sąsiednim pasie, czy pędzi prosto na mnie.

Skręć! Uciekaj! Zrób cokolwiek, tylko przeżyj…

Ręce nagle drgnęły, jakby nie należały do mnie. Zanim rozsądek zdążył zabrać głos, skręciłam. Ale zamiast odzyskać kontrolę, poczułam, jak całkowicie ją tracę. Kierownica wymknęła się z moich rąk, a samochód zatańczył po asfalcie.

Tuż po tym rozległ się… trzask.

Głośny, brutalny, przeszywający na wskroś.

Moje ciało wyrzuciło do przodu, głowa uderzyła z całej siły w kierownicę.

Poduszki nie wystrzeliły.

Coś ciepłego, gęstego, lepkiego spłynęło po moim czole.

Ręce drżały mi mocniej, niż mogłam sobie wyobrazić. Walczyłam o oddech. Klatka piersiowa pulsowała bólem, jakby każde uniesienie żeber rozrywało mnie od środka. Powietrze, które wpadało do płuc, nie zawierało już tlenu. Było ciężkie, zimne i obce, niczym z innego świata. Cienki strumień krwi wślizgnął się pod moje rzęsy, zamazując świat czerwienią.

Zacisnęłam mocniej powieki. Pragnęłam cofnąć czas. Nie chciałam czuć bólu ani tego zimna, które ogarniało moje ciało coraz bardziej. Bałam się. Tak strasznie się bałam.

Próbowałam się odezwać. Najpierw do Viviany, potem do Lucasa.

Ich imiona brzmiały jak błaganie, ale nikt go nie usłyszał. Moje usta poruszyły się bezgłośnie, a z gardła wydobyło się jedynie urwane westchnienie.

Nie wiedziałam nawet, czy moi przyjaciele żyją, czy oddychają. Czy są tu jeszcze obok mnie.

Ostatkiem sił, z trudem utrzymując świadomość, przywołałam w myślach Clyde’a, bo nie chciałam zostać sama. Może to było głupie, ale czekałam… Czekałam, aż przyjdzie po mnie – jak wtedy, tamtej nocy, gdy świat pękał na pół. Kiedy leżałam we własnej krwi, drżąca i przerażona, pewna, że to już koniec.

Zduszając ten okropny ból, obróciłam głowę w stronę szyby. Świat wirował i rozmywał się przede mną, a ja uparcie wpatrywałam się w ciemność, desperacko szukając choćby cienia jego obecności – chociaż wiedziałam, że go tam nie znajdę.

Moje ciało powoli przestawało należeć do mnie. Czułam, jak się oddalam. Jak znikam.

A potem nastała cisza. Taka, która nie była spokojem, tylko końcem wszystkiego.

I wtedy pomyślałam, że… odchodzę.

Rozdział drugi

Clyde

Wiele razy czułem, że mój świat zaczyna się burzyć. Jakby fundamenty pod nim pękały, jeden po drugim, nie wytrzymując ciężaru moich myśli. Zdarzały się momenty, gdy sądziłem, że to już ten ostatni raz. Że to ostateczne pęknięcie i nie zostanie po nim nic.

Najgorzej było wtedy, gdy w mojej głowie odzywały się te głosy. Ciemne, uporczywe, kuszące. Podsuwały jedno rozwiązanie: że łatwiej się poddać. Wystarczy przecież przestać walczyć i ze sobą skończyć.

Słyszałem je. Zawsze.

A mimo to nigdy im nie uległem.

Nawet wtedy, gdy zdrada ojca zniszczyła w moim wnętrzu coś, czego już nie potrafiłem poskładać. Gdy odszedł i zostawił mnie samego z tym wszystkim, a matka dzień po dniu patrzyła tak, jakby to była moja wina. Jakby nienawidziła mnie za coś, na co nie miałem żadnego wpływu.

Podczas debiutu, z krwią spływającą po twarzy i smakiem metalu na języku, byłem pewien, że właśnie nadszedł koniec. Moment, w którym moje życie zostało całkowicie złamane, a ja wraz z nim.

Wygrałem tylko dlatego, że gdzieś głębiej niż ból, głębiej niż każdy obity mięsień i każde złamane żebro istniało coś, co nie potrafiło się poddać.

Do dziś nie wiem co, ale obiecałem sobie jedno: nieważne, jak bardzo mrok będzie ściskał mnie w swoich szponach, nie pozwolę mu się pożreć. Nigdy.

Mimo tego myślałem, że to już koniec. Wydawało się, że jestem silniejszy, odporniejszy i potrafię pokonać ten mrok. Naiwny chłopiec.A jednak teraz… stałem nieruchomo, jakby korzenie przytwierdziły mnie do ziemi, podczas gdy przeciwnik zaciskał dłonie wokół mojego gardła.

Nie mogłem się ruszyć. Przegrałeś.Próbowałem wyrwać się z niewidzialnej pajęczyny, ale im bardziej walczyłem, tym mocniej mnie oblepiała. Nie uciekniesz. A wśród tego chaosu, gdy wszystko we mnie krzyczało i gasło jednocześnie, wyłoniło się jedno słowo: Decyduj.

Przymknąłem oczy. Trener patrzył wyczekująco, a ja nie miałem już siły tego znieść. Czas przeciekał mi przez palce, a ja przyglądałem się temu bezradnie. Musiałem podjąć decyzję. Ona czy kariera?

To wydawało się takie proste. Wystarczyłoby jedno słowo, a znów miałbym rzeczy, o których od zawsze marzyłem. Karierę. Uznanie. Zwycięstwo. Wszystko było niemal na wyciągnięcie ręki.

Chciałem walczyć. Naprawdę chciałem. Ale moje własne serce z każdym uderzeniem spychało mnie w przepaść.

Doskonale wiedziałem, co to oznacza. Jeśli teraz się cofnę lub jeśli się zawaham, zostanę uznany za tchórza – kogoś, kto nie zasłużył na tytuł. A należało mi się miejsce, które przecież sam sobie wywalczyłem bólem i latami poświęceń.

Całe życie stawiałem kroki z przekonaniem, że wiem, dokąd zmierzam. Każdy wybór i każde poświęcenie miały sens – aż do teraz. Bo wszystko, co zbudowałem przez lata, rozpadało się w cieniu jednej osoby.

Świat już raz leżał u mych stóp. Zdobyłem to, co chciałem. Rozwinąłem międzynarodową karierę. Stałem się jednym z najbardziej pożądanych i najlepiej zarabiających zawodników MMA w historii.

Kilka lat wcześniej myślałem, że osiągając szczyt, poczuję coś więcej. Ale gdy w końcu znalazłem się w miejscu, w którym chciałem być, nie przeżyłem wcale euforii. Przez trzy miesiące towarzyszyła mi samotność. Następną wygraną postrzegałem jako kolejny zaliczony obowiązek. Długo próbowałem zrozumieć, czemu tak do tego podchodzę. Czemu coś, co powinno mnie cieszyć, wydawało się puste. A potem dotarło do mnie, że nie mam przy sobie nikogo, z kim mógłbym się tym szczęściem dzielić – więc przestałem go pragnąć.

Odnosiłem wrażenie, że wszystko powoli mnie wypala. Miałem dość tego, co robiłem, a każdy kolejny dzień wałkowałem na siłę. I wtedy wystarczył jeden moment. Jeden – kiedy Madeline spojrzała tak, jakby widziała we mnie coś, czego sam nie potrafiłem dostrzec. Jakbym nie był tylko sławnym zawodnikiem, ale kimś więcej. Dzięki niej poczułem to samo, co na początku – ten pierwszy, nieokiełznany ogień w środku, który sprawiał, że chciało się więcej, że wszystko nagle wydawało się możliwe.

Więc cóż znaczył ten cały świat, jeśli nie było w nim mojej Madeline? Jaki sens miały wszystkie wygrane, jeśli nie mogłem wrócić do niej, popatrzeć w jej oszałamiające oczy i poczuć, że tym razem naprawdę wszedłem na szczyt?

Chyba właśnie wybrałem, co jest ważniejsze.

Uniosłem wzrok niczym skulony pies, a rozczarowanie na twarzy trenera wbiło mnie jeszcze głębiej w ziemię. Szeptane przeprosiny ledwo przeszły mi przez gardło i brzmiały bardziej jak błaganie niż usprawiedliwienie. A mimo to miałem wrażenie, że już niczego nie naprawią. Zawiodłem go.

Spojrzenie, które mi posłał, uderzyło we mnie mocniej, niż mógłby jakikolwiek krzyk. Owen znał mnie lepiej, niż byłem w stanie to sobie wyobrazić. Widział każdą porażkę, każdy moment, w którym chciałem rzucić wszystko w cholerę. Brał na siebie moją arogancję i bezczelność, którą nieraz mu okazywałem. I ani razu nie odwrócił ode mnie wzroku. Nigdy nie uznał, że jestem zbyt trudny.

A ja? Jak odpłaciłem mu za wszystko, co dla mnie zrobił?

Zadałem cios. Prosto w serce człowieka, który ze wszystkich ludzi na świecie zasługiwał na to najmniej.

– Dzieciaku… – zaczął, a ja od razu spuściłem oczy. Nie miałem prawa patrzeć mu w twarz po tym, jak go zawiodłem. – Myślisz, że jestem na ciebie zły?

– Tak – odparłem bez wahania. – Owenie, rezygnuję. Nie wyjdę do tej walki.

– Wiem – powiedział spokojnie. Zbyt spokojnie. Jakby wiedział, co powiem, zanim jeszcze otworzyłem usta.

Zmarszczyłem brwi. Chyba się nie zrozumieliśmy.

– Nie pojmuję, jak możesz nie być na mnie wkurwiony. Ta walka stanowiła szansę na ocieplenie wizerunku.

– Clyde, nigdy, przenigdy nie okażę złości za to, że wybierasz kogoś, kogo kochasz. To nie jest słabość, tylko odwaga. A ty właśnie pokazałeś, że ją masz.

Poczułem, że jeśli tylko spróbuję się odezwać, głos na pewno mi zadrży. Zacisnąłem zęby, gdy wyszeptałem:

– Ale… kazałeś mi zdecydować.

Gdy wypowiedziałem te słowa, podniosłem wzrok. Trener pokręcił głową, a we mnie powstało silne zakłopotanie.

– Chciałem się tylko upewnić, że już na tyle dojrzałeś, by wiedzieć, co w życiu jest naprawdę ważne. I widzę, że się nie pomyliłem. Wyrosłeś na mądrego mężczyznę, Clyde.

Walczyłem dzielnie. Z przeciwnikami, z własnymi demonami, z czarnymi myślami, które tłukły się po głowie od lat. Jednak nie podołałem jednemu… ciężarowi własnych oczekiwań. Natychmiast poczułem, jak oczy zaczynają mi się szklić, a nienawiść do samego siebie rośnie. Owen nie był tylko trenerem, ale też człowiekiem, który wziął za mnie odpowiedzialność. To on świecił oczami za moje wybuchy, błędy, głupie decyzje. A ja właśnie dorzuciłem mu kolejny problem, większy niż wszystkie poprzednie. I mimo to potrafił powiedzieć mi coś takiego. Wziąłem głęboki wdech. Nie wiem, czym zasłużyłem sobie na jego obecność w moim życiu.

– Słuchaj, masz jeszcze wszystko przed sobą, możesz wrócić na szczyt Igrzysk – powiedział, puszczając do mnie oczko. Po chwili rozłożył szeroko ręce i dodał z lekkim uśmiechem: – Choć, przyznam, trochę boli, że nasz wielki Clyde Caswell w końcu został pokonany.

Nie no, przegiął.

– Szanuj mnie – wyrwało mi się ze śmiechem. – Tylko się poddałem.

Ten pierdolony Ryde mnie nie pokonał. Sam oddałem mu wygraną. Później powiem o tym Owenowi – może razem wymyślimy, jak wyjść z tego bagna – ale nie dzisiaj. Już tyle na niego zrzuciłem, że nie mogę dokładać mu jeszcze jednego ciężarka.

Trener uśmiechnął się szeroko, rozbawiony moją reakcją, a ja poczułem, jak coś w środku mnie mięknie. Nim zdążyłem pomyśleć, zrobiłem krok naprzód i po prostu wpadłem mu w ramiona. Objął mnie równie mocno i pewnie jak ja jego.

– Dziękuję – wydusiłem z trudem, wciskając twarz w jego bark.

– Dziś wybrałeś sercem. I przed tobą, synu, najtrudniejsza walka, jaką przyjdzie ci stoczyć. – Odsunął mnie lekko od siebie i spojrzał mi prosto w oczy. – Jedź do nich.

Kiwnąłem głową i odwróciłem się w stronę zapłakanego przyjaciela.

– Ruszamy.

Skierowałem się do wyjścia, a każdy następny krok ku niemu przypominał walkę z własnym cieniem. Wiedziałem, że jeśli przekroczę ten próg, nie będzie odwrotu. I część mnie chciała zawrócić. Miałem ochotę powiedzieć Owenowi, że jednak zawalczę i wygram te pieprzone Igrzyska. Ale druga część… uparcie pchała mnie naprzód. Niosłem w sobie dwa światy naraz, i choć ruszyłem w jednym kierunku, każdy krok przypominał mi, jak wiele ten wybór mnie kosztuje.

Odruchowo zacisnąłem dłonie na kluczykach z taką siłą, że metal wbijał się w skórę, zostawiając po sobie piekące ślady. Po chwili jednak uścisk zelżał – nie dlatego, że chciałem, tylko dlatego, że siła zwyczajnie mnie opuszczała. Była spalana od środka przez strach, który stopniowo mnie wypełniał. Nogi nagle zrobiły się jak z waty, a serce waliło tak mocno, że miałem wrażenie, iż zaraz wyrwie się na zewnątrz.

Odetchnąłem drżąco, chwyciłem za klamkę i od razu poczułem zimno na spoconej dłoni. Wtedy…

Wyszedłem.

Trzasnąłem drzwiami szatni, a echo tego uderzenia rozniosło się po pustej przestrzeni, zabierając ze sobą całą pozorną chwałę, którą jeszcze chwilę temu miałem w sobie.

Od tego momentu nie byłem już mistrzem Igrzysk.

Poczułem, jakby wyrwano mi kawałek mnie samego. I jednocześnie wiedziałem, że to ja sam sobie go odebrałem. Całkowicie świadomie.

Nie chciałem więcej analizować, co wybrałem, ani liczyć strat. Więc po prostu szedłem przed siebie, pozwalając, by cokolwiek innego zagłuszało moje myśli, zanim zdążą mnie rozerwać. Colton został kilka kroków z tyłu, ale nie mogłem zwolnić. Nie mogłem pozwolić sobie na zatrzymanie, bo wiedziałem, że jeśli stanę, to ciemność mnie dopadnie.

Wtargnąłem do samochodu i trzasnąłem drzwiami zdecydowanie mocniej, niż miałem zamiar. Traktowałem ten wóz jak jakiś złom za kilka euro, a nie coś, co kosztowało prawie dwieście tysięcy.

Nie miałem czasu się nad tym dłużej rozwodzić, bo Colton usiadł obok mnie i niemal osunął się na fotel, jakby ktoś nagle odciął mu wszystkie siły. Rzuciłem mu krótkie, kontrolne spojrzenie. Nie wyglądał dobrze. Jego twarz była mokra od łez, a kolejne już zbierały się w kącikach oczu. Policzki mu poczerwieniały, może nawet lekko spuchły. Raz w życiu widziałem Westa w takim stanie i nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek go takiego zobaczę. Był tak roztrzęsiony, że nie potrafił złapać tchu.

Zaciskałem szczęki do momentu, aż poczułem ból. Musiałem się ogarnąć, a przede wszystkim zatrzasnąć w sobie wszystkie emocje. Bo w tej chwili to ja odpowiadałem za swoje wybory.

Tyle że było to kurewsko trudne, biorąc pod uwagę, że dwójka przyjaciół i moja kobieta otarli się o śmierć. W żaden sposób nie mogłem dopuścić do siebie myśli, że mogło im się stać coś jeszcze gorszego.

Dłonie trzęsły mi się tak mocno, że nie mogłem trafić kluczykiem w stacyjkę. Dopiero za trzecim podejściem się udało. Nie wiem jak, ponieważ to pierdolone drżenie w nadgarstkach nie ustawało. Ignorując je na tyle, na ile mogłem, wcisnąłem gaz do końca i wyrwałem się spod areny Igrzysk.

Wyjechałem na główną ulicę i jakiekolwiek przepisy przestały mieć znaczenie. Czerwone światła? Kierunkowskazy? Limit prędkości? Wykładałem na to chuja, bezczelnie łamiąc wszelkie granice narzucone przez prawo. W kilka minut stałem się zagrożeniem na drodze. Ogromnym zagrożeniem. Wiedziałem, co robię, a mimo to się nie zawahałem. Nawet przez chwilę nie pomyślałem, żeby zwolnić. Bo myśl, że któreś z nich właśnie teraz mogło umierać, dobijała mnie bardziej niż świadomość, że sam w każdej sekundzie mogłem spowodować wypadek.

Jezus Maria, nie wiem, kto w ogóle pozwolił mi prowadzić, w tej chwili zupełnie nie miałem zdrowego rozsądku. Wystarczyła sekunda, bym stracił kontrolę i przekroczył prędkość, która powinna była nas zabić. Agresywnie wyprzedzałem innych kierowców, mijając się z nimi dosłownie o włos. Przeciskałem się między autami, nie zważając na krzywe spojrzenia przechodniów ani na ich paniczne krzyki. Wszystko wokół zaczęło się zlewać w jeden długi, pulsujący tunel światła. I przez ułamek sekundy poczułem się tak, jakbym znów się ścigał. Choć wcale nie pędziłem po zamkniętych drogach, tylko przez najbardziej ruchliwe ulice Rzymu.

Silnik szarpał coraz mocniej, jakby próbował mi powiedzieć, że przesadzam. Ale ja nie zamierzałem się zatrzymywać. Ignorowałem protesty maszyny i wciskałem się w szczeliny, których normalny kierowca nawet by nie rozważył. Nie mogłem nazwać siebie normalnym. Patrząc na to, co robiłem, mógłbym bez większych oporów przyznać, że jestem po prostu pierdolnięty.

Chciałem skręcić w zjazd, gdy nagle jakiś kutas wyjechał tuż przede mnie. Centymetry dzieliły mnie od tego, żeby w niego uderzyć. I nie powiem, zrobiło mi się cholernie gorąco. W pewnym momencie aż poczułem, jak adrenalina pali mój kręgosłup. Szarpnąłem kierownicą w bok, opony zapiszczały w proteście, a mną i Coltonem zarzuciło w lewo. Wbiłem się na sąsiedni pas i ledwo panując nad samochodem, wyminąłem tamtego kierowcę.

– Jebany, kurwa, kretyn! – uniósł się West. – Widziałeś to?! Zawróć, to go zapytam, co za debil wydał mu prawo jazdy!

Uśmiechnąłem się krzywo, bo wiedziałem, że tak naprawdę to ja zjebałem.

– Stary, to ja jadę nieprzepisowo. Gdyby nie fakt, że jechałem trochę za szybko, pewnie nic by się nie stało.

– Clyde, to nie twoja wina – odparł od razu. – Masz ważny powód.

Chryste, on zabrzmiał jak te „przyjaciółki”, które nigdy nie powiedzą ci wprost, że zjebałeś, tylko zawsze znajdą sposób, by usprawiedliwić twoje chujowe zachowanie. Kelly kiedyś mnie męczyła i zmuszała do oglądania filmików o tym. Każda rozmowa tych dziewczyn wyglądała dokładnie tak:

– Rozstaliśmy się…

– Co on zrobił? Zdradził cię? Wiedziałam, że to zwykły palant.

– To ja go zdradziłam…

– Kochana, to nie twoja wina, na pewno miałaś powód.

Właśnie to usłyszałem w myślach, kiedy West stwierdził, że to nie ja zawiniłem, mimo że zapierdalałem szybciej, niż powinienem. Nawet się nie siliłem, by skomentować jego słowa. Kiwnąłem tylko głową, żeby dał sobie spokój, i jechałem dalej.

Zarys szpitala wyłonił się z oddali i natychmiast ścisnęło mnie w żołądku. Było mi niedobrze. Serce zaczęło mi mocno walić. Kurwa, nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem taki stres. Sama myśl o tym, co mogę tam usłyszeć, rozpierdalała mnie od środka. Wiedziałem, że jeśli zaraz się nie opanuję, to nie utrzymam nawet kierownicy. Desperacko spojrzałem na Coltona, jakby jego obecność mogła w magiczny sposób mnie uspokoić. Ale w tym momencie zdałem sobie sprawę, że on boi się jeszcze bardziej niż ja.

Agresywnie wjechałem na teren szpitala i zostawiłem samochód w byle jakim miejscu, nie zwracając uwagi na linie czy puste miejsca parkingowe. Wypadłem z auta tak gwałtownie, że drzwi zatrzasnęły się same, a ja nawet nie pomyślałem, by je zamknąć. Biegłem przed siebie, jakby od tego zależało życie moich przyjaciół. Każdy krok sprawiał, że policzki płonęły czerwienią, jakby przez skórę przebiegał prawdziwy ogień. Czym byłem bliżej drzwi, tym wyraźniejszy stawał się mój strach.

Niemal wtargnąłem na główny hol szpitala. Colton podążał tuż za mną, czułem jego ciężki, nierówny oddech – dosłownie dyszał mi w kark. Chciałem jak najszybciej dotrzeć do recepcji. Hol był ogromny, a ja niespokojnie rozglądałem się wokół, próbując wychwycić cokolwiek znajomego.

I wtedy moje oczy zatrzymały się na nim…