Córka - Michelle Frances - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Córka ebook i audiobook

Michelle Frances

3,8

84 osoby interesują się tą książką

Opis

Miłość matki, sekret córki.
Trzymająca w napięciu, pełna dramatyzmu opowieść o matczynej odwadze i poświęceniu.
Niebezpieczny sekret.
Podejrzana śmierć.
Zdeterminowana matka poszukująca odpowiedzi na dręczące ją pytania.

Kate nigdy nie planowała zostać nastoletnią matką. Ale kiedy okazało się, że los wybrał za nią i nie można nic na to poradzić, postanowiła, że swojej córce będzie okazywała miłość, jakiej sama nigdy nie zaznała. Życie samotnej matki nie było łatwe, ale wszystkie problemy zawsze tylko zbliżały Kate i Becky.
Kiedy Becky dorosła i zaczęła stawiać pierwsze kroki jako dociekliwa dziennikarka, Kate wprost pękała z dumy. I właśnie wtedy, kiedy nie mogłaby być szczęśliwsza, doszło do tragedii, która na zawsze odmieni jej życie.

Rozpaczliwie pragnąc zrozumieć, co przydarzyło się córce, Kate podąży tropem historii, nad którą pracowała Becky.

Czy to możliwe, że fatalny zbieg okoliczności nie był wypadkiem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 33 min

Lektor: Anna Kerth

Popularność




ERIN BROCKOVICH W NOWEJ, WSPÓŁCZESNEJ ODSŁONIE.

PORUSZAJĄCA OPOWIEŚĆ O POŚWIĘCENIU MATKI, A JEDNOCZEŚNIE TRZYMAJĄCY W NAPIĘCIU THRILLER.

Niebezpieczny sekret. Zdeterminowana matka próbująca kontynuować śledztwo córki. Ludzie, którzy nie cofną się przed niczym, by chronić własne interesy.

Samotnej matce nie jest łatwo wychowywać dziecko. Ale Kate się udało. Warto było zrezygnować z własnych ambicji, by zobaczyć, jak przed jej córką Becky otwiera się wspaniała przyszłość w zawodzie dziennikarki.

I właśnie teraz, kiedy Kate wreszcie mogłaby się cieszyć z sukcesów córki i ułożyć sobie życie, dochodzi do tragedii – Becky ginie w wypadku.

Zrozpaczona matka zaczyna podążać tropem historii, nad którą pracowała dziewczyna, i z każdym nowym odkryciem ma coraz większe wątpliwości. Czy to możliwe, że wypadek córki nie był fatalnym zbiegiem okoliczności?

MICHELLE FRANCES

Angielka, absolwentka Bournemouth Film School i American Film Institute w Los Angeles. Po powrocie do Londynu przez piętnaście lat pracowała w telewizji jako producentka i scenarzystka, m.in. dla BBC.

Debiutowała thrillerem psychologicznym Ta dziewczyna, który został wydany aż w 14 krajach. W Wielkiej Brytanii ta powieść była jednym z 10 najlepiej sprzedających się e-booków, została też największym bestsellerem wśród e-booków sprzedawanych na Amazonie i przez serwis iTunes. Wielbiciele książki niecierpliwie czekają na jej ekranizację!

michellefrancesbooks.com

Tej autorki

TA DZIEWCZYNA

TA DRUGA

CÓRKA

Tytuł oryginału:

THE DAUGHTER

Copyright © Michelle Frances 2019

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2020

Polish translation copyright © Maria Gębicka-Frąc 2020

Redakcja: Joanna Popiołek

Zdjęcie na okładce: © Bernard Jaubert/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-225-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Livi i Clementine

Matka jest naszym najwierniejszym przyjacielem; gdy życie wystawia nas na próbę, gdy przeciwności losu zajmują miejsce powodzenia, gdy wokół gęstnieją kłopoty, ona wciąż jest przy nas, swoimi życzliwymi naukami i radami rozprasza chmury ciemności i przywraca spokój naszym sercom.

Washington Irving

Śmiałym szczęście sprzyja.

przysłowie łacińskie

PROLOG

Maleńka, idealna fala plusnęła na niewiarygodnie pięknej plaży. Kilka sekund później napłynęła następna, potem kolejna, wszystkie w nienagannym rytmie. Kate stała na brzegu turkusowego oceanu, ciepła woda omywała jej stopy. Patrzyła na linię horyzontu, gdzie błękit morza stapiał się z niebem. Uniosła okulary słoneczne, przyglądając się kolorom bez zabarwionych szkieł. Które są cudowniejsze? Okulary w górę. Okulary w dół. Nie sposób rozstrzygnąć.

Plusk! Plusk! – szemrała woda w niekończącej się pieśni. I nagle szybko uderzyła wyjątkowo duża fala, podwójne pluśnięcie zaburzyło rytm i na zawsze go zmieniło. Swego czasu Kate myślała, że jej życie toczy się przewidywalnym torem, że zmierza w kierunku, który się nigdy nie zmieni. Nagle i niespodzianie wszystko wypadło z rytmu. Nawet teraz, pomyślała, obracając pierścionek na palcu, nikt nie ma pojęcia, co los chowa dla niego w zanadrzu. Nikt nie wie, czym go zaskoczy.

JEDEN

2017

– To policja – powiedziała Kate, patrząc przez kuchenne okno. Odchyliła drewniane żaluzje, żeby mieć lepszy widok.

W domu po drugiej stronie ślepej uliczki Iris przez dobrą minutę usiłowała artretycznymi palcami otworzyć drzwi werandy. Dwoje policjantów cierpliwie czekało na zewnątrz, gdy starsza pani z nerwowym uśmiechem spoglądała przez szybę.

– Cholerni gówniarze – mruknęła Kate.

– Według mnie zachowują się całkiem dobrze – zauważyła Becky, zerkając nad jej ramieniem.

– Wiesz, o kim mówię. O tych gnojkach, którzy zapaskudzili sprayem jej płot. I podziurawili panele. Powinni wybrać sobie kogoś, kto dorównuje im wzrostem. Albo kogoś w swoim wieku. Chwała Bogu, zaraz będzie po wszystkim. – Kate niemal czuła ulgę sąsiadki, gdy drzwi w końcu się otworzyły. Po gestach poznała, że Iris przeprasza policjantów; jak wiele osób z jej pokolenia, nie przywykła do proszenia o pomoc, nie chciała być ciężarem. Iris uniosła głowę i Kate pokiwała ręką, dodając jej otuchy. Sąsiadka odwzajemniła gest, po czym zniknęła w głębi domu. Policjanci zdjęli czapki i weszli za nią.

– Z dżemem?

Kate odwróciła się i zobaczyła, że córka smaruje masłem dwa tosty, które właśnie się opiekły.

– Tak, proszę.

– Na pewno nie chcesz, żebym ci pomogła? – zapytała Becky.

– Myślałam, że trudno ci się wyrwać. Przez tę wielką sensację, która jest tak ściśle tajna, że nawet mnie o niej nie powiesz.

– Masz rację. Wszyscy dziennikarze śledczy powinni omawiać nowe tematy najpierw ze swoimi matkami.

– Nie bądź taka, uchyl rąbka tajemnicy. Chodzi o kogoś sławnego? O aktora przyłapanego z butelką płynu do naczyń i złotą rybką?

Becky zrobiła wielkie oczy.

– O czym ty, do licha…? – Pokręciła głową. – Nie, nie musisz mi mówić. Zrozum, nie mogę ci powiedzieć, co to za temat… w każdym razie jeszcze nie teraz. Najpierw muszę napisać artykuł, poskładać wszystkie fakty.

– Możesz przynajmniej zdradzić, gdzie tak często znikasz? – zapytała Kate.

Becky, wyższa od matki, objęła ją i cmoknęła w czubek głowy.

– Nie. Więc co, do zobaczenia?

– Pomyślałam, że zrobię steki.

Dziewczyna gwizdnęła.

– On rzeczywiście musi być wyjątkowy. A może to dla mnie?

– Jasne, dla ciebie też.

– Nie mogę się doczekać, żeby go poznać.

– On nie może się doczekać, żeby poznać ciebie.

– Może go wezmę w krzyżowy ogień pytań.

– On niczego nie ukrywa. Jest kierowcą autobusu. Nie musisz stosować tych swoich dziennikarskich sztuczek.

Becky podała matce gotowy tost.

– Przypomnij mi – zaczęła z powagą – ile mieliście randek?

Kate się zaśmiała.

– Wątpisz w uczciwość jego zamiarów?

– Otwiera przed tobą drzwi? Idzie chodnikiem od strony ulicy? Zdejmuje buty po wejściu do domu?

– Jeszcze tu nie był.

– No dobrze, a u siebie?

– Ma świetne kapcie. Futrzane mokasyny.

– Dobrze, nie będę go przesłuchiwać. Po prostu… minęło sporo czasu, odkąd się z kimś umawiałaś. Pewnie, wiem, że chodziłaś na randki po tym, jak się urodziłam…

– Ja myślę. To było dwadzieścia jeden lat temu.

– Ale dotąd nie miałaś nikogo naprawdę na poważnie. – Becky urwała. – To ten jedyny. Czuję to. Między nami już nigdy nie będzie tak samo.

Kate parsknęła śmiechem i dotknęła policzka córki. Obdarzyła ją krzepiącym rodzicielskim uśmiechem.

– Zawsze będzie tak samo. Obiecuję.

Becky uśmiechnęła się z zakłopotaniem.

– Wybacz, przyzwyczaiłam się, że jesteśmy tylko my dwie.

– Więc teraz może być nas troje. Od czasu do czasu.

– I naprawdę się cieszę, wiesz? Tim wydaje się fantastyczny…

– Bo jest. Dziś rano przysłał mi zdjęcia z trasy.

– …i romantyczny.

– Aha, i wieczorem przyniesie wino.

– …i szczodry.

– Wystarczy. Nie należy wpadać w przesadę. Tak czy inaczej, nie masz powodu do obaw. Nie sądzisz, że wystarczy mi jeden rzut oka, żeby rozpoznać kutafona? – Kate wycelowała w Becky tostem. – Coś ci powiem. Spostrzegłam tego łajzę w alejce ze sprzętem elektrycznym, zanim ochrona się połapała, że chce wynieść w kieszeni tę cholerną wiertarkę.

Becky przełknęła kęs.

– Boże, tylko mi nie mów, że wzięłaś się za łapanie złodziei sklepowych?

– Cóż, ochrona nie kiwnęła palcem.

– Mógł mieć broń! Pistolet!

– Nie bądź niemądra. To sklep remontowo-budowlany.

– To południowy Londyn – powiedziała surowo Becky.

– Nic mi się nie stało. W każdym razie łajza ma złamaną kość strzałkową… drabina na niego runęła, nie ja. Sklep odzyskał wiertarkę, a ja dostałam premię. Pięćdziesiąt funtów – dodała Kate bez emocji.

– Cienko przędziesz? – zapytała Becky, z drobną zmarszczką zmartwienia między brwiami. – Bo zamierzam zwrócić ci pieniądze, co do grosza.

– Przecież mówiłam, że nie musisz. Tak mało dla ciebie zrobiłam…

– Zrobiłaś wszystko – zapewniła ją z naciskiem Becky, zresztą nie po raz pierwszy.

O wiele za mało, pomyślała Kate, ale zachowała tę myśl dla siebie. Spojrzała na ścienny zegar.

– Nie powinnaś już iść?

Becky uniosła głowę.

– A niech mnie, spóźnię się. – Chwyciła kask i plecak z korytarza. Otworzyła drzwi i przystanęła na chwilę, żeby objąć mamę. Kate obciągnęła jej sweter na spłowiałej koszulce.

Trzasnęła furtka i Becky wyprowadziła rower. Włożyła kask na długie do ramion kasztanowe włosy. Przełożyła nogę nad ramą i nacisnęła pedały. Opony zostawiały ślady na oszronionej nawierzchni.

– Zrobię frytki! – krzyknęła Kate. Jak zwykle jej serce wezbrało dumą, gdy patrzyła na odjeżdżającą córkę.

Becky uniosła rękę, nie oglądając się za siebie.

– Super! Do zobaczenia o siódmej!

– Kocham cię!

– Ja ciebie też! I nie tylko za frytki!

DWA

Becky zjechała ze stromego wzgórza, kuląc się w lutowym zimnie, od którego łzawiły jej oczy. Dzisiaj był wielki dzień. I nie tylko dlatego, że pozna chłopaka mamy. Uśmiechnęła się na wspomnienie sensacyjnych wiadomości poranka – steki! O ile wiedziała, jej mama nigdy dotąd nie kupowała steków. Wyglądało na to, że Tim rzeczywiście podbił jej serce. Odkąd pojawił się na scenie, mama rozkwitła.

Zastanawiała się, jakie ten facet zrobi na niej wrażenie – i jakie ona zrobi na nim. Przepełniła ją czułość i uśmiechnęła się do siebie. Lepiej, żeby okazał się w porządku, bo inaczej będzie miał z nią do czynienia.

Zwolniła i skręciła w ulicę prowadzącą do stacji. Gdy zsiadła z roweru, zaczęła rozmyślać o drugim wielkim wydarzeniu dnia.

Rozmowa kwalifikacyjna. Starała się o stanowisko reporterki w liberalnej gazecie, ogromnie poważanej w kraju. Wielu za taką posadę dałoby sobie uciąć rękę. Był to duży awans z pozycji stażysty – i stała praca. Pragnęła jej tak bardzo, że czuła fizyczny ból w piersi za każdym razem, gdy o tym myślała, czyli prawie bez przerwy.

Już coś zaplanowała, żeby przekonać szefa, że jest właściwą kandydatką: artykuł śledczy, do którego ukradkiem zbierała materiały. Puls jej przyśpieszył, gdy pomyślała o temacie. Prawdziwa bomba – ale może ją odpalić dopiero jutro, gdy dostanie do ręki z trudem wywalczony niepodważalny dowód.

Jej tajne źródło w końcu da jej to, czego potrzebowała. Wtedy ujawni swoją sensację wszystkim – mamie, szefowi, całemu przeklętemu światu. Odniesie triumf i rozgromi Piersa, swojego rywala w walce o stanowisko reportera. Był tylko jeden etat. I dwoje ubiegających się o niego stażystów.

Becky czekała na peronie z tłumem ubranych na szaro osób. Musi pokonać Piersa. W jej uszach brzmiały słowa mamy, przyprawiające ją o ból serca za każdym razem, gdy próbowała się przed nią tłumaczyć: mama była przekonana, że za mało dla niej zrobiła, że w dzieciństwie ją zaniedbywała czy coś w tym rodzaju. Było ciężko, bez dwóch zdań, ale Becky wiedziała, że mama zrobiła dla niej wszystko, co tylko możliwe.

Dostanie tę pracę i w ten sposób jej pokaże, że jako matka spisała się na medal.

TRZY

– I co, przyszli ci ludzie od naprawy płotu? – zapytała Kate. Klęczała przy drzwiach na tyłach domu Iris, przyciskając rygiel do futryny i znacząc dziurki szydłem. Lubiła coś dla niej robić, bo w ten sposób miała okazję odwdzięczyć się kobiecie, która pomagała jej przez lata i była dla niej prawdziwą matką, w przeciwieństwie do rodzonej.

– Zjawią się jutro, dzisiaj mają pełne ręce roboty – odparła Iris, siadając energicznie na kuchennym krześle; ostatnie centymetry były niekontrolowanym upadkiem i jej westchnienie ulgi świadczyło, że wylądowała bezpiecznie. – Wszystko przez te silne wiatry. Mówią, że brakuje im paneli.

– Mamy zapas w sklepie – powiedziała Kate i natychmiast tego pożałowała. Co dobrego wyniknie z podkreślania, że firma kłamie w żywe oczy? – Jestem pewna, że wiedzą, co robią – dodała szybko.

Iris uniosła brew.

– Dla mnie wygląda to na wciskanie kitu.

– Jeśli jutro się nie zjawią, znajdę kogoś innego. Jest taki facet, który całkiem często przychodzi do sklepu. Wygląda na przyzwoitego. Zdobędę jego numer.

– Dzięki, skarbie.

Kate sięgnęła po kubek zdobiony kolorowymi ptaszkami i pociągnęła łyk herbaty o kasztanowej barwie.

– Policja się dowiedziała, kto to zrobił?

– A skąd? Ale wiem, że to łobuzy z ogólniaka. Co roku sprawiają kłopoty. Jakaś nowa banda pałęta się po parku, chuliganią, palą te śmieszne papierosy. Policjanci chodzą od drzwi do drzwi. Pytają, czy ktoś coś widział, czy stało się coś niepokojącego. Zajrzeli do ciebie dziś rano?

– Byłam w pracy. Pewnie skontaktują się później.

– Pracujesz w weekendy? Myślałam, że teraz, gdy Becky skończyła studia, będziesz miała więcej wolnego.

– Skrócę pracę do pięciu dni za dwa tygodnie.

Iris poklepała Kate po ramieniu.

– Dobrze. Urabiałaś sobie ręce po łokcie, żeby zapewnić tej swojej pięknej dziewczynie wykształcenie i dobry start w życiu.

Kate wzruszyła ramionami.

– To ona załatwiła sobie staż w cenionej gazecie. Pokonała wszystkich innych. Zgłosiło się ponad dwa tysiące kandydatów. – Podniosła wiertarkę. – Będzie trochę hałasu.

Rozmowa ucichła, gdy mocowała rygiel do drzwi.

– Wciąż tak ciężko pracuje? – zapytała Iris, gdy warkot ucichł.

– Prawie się nie widujemy. Wpadła na trop jakiejś wielkiej afery. Ściśle tajne.

– Pamiętam, jak się nią opiekowałam, a ona jeździła na różowym rowerku z frędzlami przy kierownicy. Zabierała wszystkie swoje misie na przejażdżkę. Jednego po drugim. Jedna rundka wokół drzewa i z powrotem, i następny miś. Zawsze sprawiedliwie. Już taka była. Nie cierpiała podłości i każdego, kto wykorzystywał innych.

– Gotowe – oznajmiła Kate, przesuwając zasuwkę. – I jeden na górze. Chociaż naprawdę nie sądzę, żeby ktoś się tu na coś poważył.

Iris zdjęła okulary z ufarbowanych na brąz włosów i włożyła je na nos. Spojrzała na drzwi.

– Tak czy inaczej, od razu lepiej się czuję. Słuchaj, tych zakupów nie trzeba powkładać do lodówki?

Kate wstała, pozbierała narzędzia i podniosła torby z zakupami.

– Dzisiaj Becky zobaczy Tima.

– Pierwszy raz?

– Tak. Rano byłam dobrej myśli, ale teraz…

– Denerwujesz się?

Kate bez słowa skinęła głową.

– Och, jestem pewna, że się dogadają. Oboje są wielkimi szczęściarzami, bo mają ciebie, skarbie. Jesteś dobrym człowiekiem. Dzięki, że wpadłaś. – Iris zaczęła podnosić się z krzesła.

– Nie wstawaj, proszę. Dam sobie radę.

– Postawisz Constanzę na parapecie, gdy będziesz wychodzić? – Porcelanowa tancerka flamenco w płomieniście czerwonej sukni była sygnałem. Iris stawiała ją w oknie wieczorem i zabierała rano. W ten sposób Kate wiedziała, że wszystko z nią w porządku.

– Oczywiście. Zadzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała.

– Dobrze. Nie zapomnij mnie też kiedyś zaprosić. Chcę poznać tego fajnego gościa.

Kate pochyliła się i cmoknęła ją w policzek.

– Umowa stoi.

*

Kate weszła do domu z torbami w rękach i nogą zatrzasnęła drzwi. Zdjęła buty, poszła do kuchni i położyła zakupy na blacie. Zajrzała do torby, rozkoszując się rzeczami, na które od dawna nie było jej stać; co więcej, nigdy nie pozwalała sobie na takie ekstrawagancje, chyba że akurat trafiła się okazja na regale z przecenionymi artykułami. Steki, paczka mrożonych frytek z górnej półki, śmietana kremówka i droga czekolada na mus. Schowała wszystko do lodówki, po czym zauważyła, że trzeba opróżnić kosz ze śmieciami. Wyciągnęła czarny worek i wyszła bocznymi drzwiami, żeby wrzucić go do kontenera. Już miała wrócić do domu, gdy poczuła płynący z ogrodu charakterystyczny zapach.

Marszcząc brwi, przeszła po małym trawniku do ogrodzenia na tyłach domu. Wciągnęła powietrze przez nos. Zza płotu dobiegały dwa czy trzy młode męskie głosy. Była tam wąska ścieżka, która prowadziła do głównej ulicy i szkoły, ta sama, która biegła za domem Iris. Kate po cichu podniosła wyblakły, sfatygowany plastikowy stolik, dawną zabawkę Becky. Ostrożnie postawiła go pod wysokim na metr osiemdziesiąt płotem, weszła na blat i zerknęła przez dziurę po sęku. Po drugiej stronie stało trzech zagadanych chłopaków, wyglądających podejrzanie przez samo to, że w zasadzie nic nie robili. Ich jedyne zajęcie polegało na przekazywaniu sobie skręta – źródła zapachu, który wtargnął do jej nosa.

Wysunęła głowę nad ogrodzenie.

– Zgubiliście się, chłopcy?

Odstawili grupowy taniec winowajców, ich ręce podskakiwały jak u marionetek nagle szarpniętych za sznurki. Pokasływali, pluli, jeden sparzył sobie palce, chowając skręta za plecami, drugi skoczył tak niezdarnie, że wpadł w pokrzywy.

Powstrzymała się od uśmiechu.

– Szlag! – zaklął ten poparzony.

Chłopak, który miał na potylicy wygolony od ucha do ucha zygzak, spojrzał na nią ze złością.

– Za kogo się pani ma? Mało nie dostaliśmy ataku serca.

– Właśnie to gwarantują fajki. Po astmie, raku płuc i niskiej ilości plemników w spermie. – Zwróciła uwagę na odznaki na ich szkolnych mundurkach, marynarkach z podwiniętymi rękawami. – Słuchajcie, nie powiem dyrektorowi o waszych zajęciach pozalekcyjnych, jeśli odpowiecie mi na kilka pytań.

Spojrzały na nią trzy kamienne twarze.

– A może złapiesz mnie za fiuta? – zapytał Zygzak.

– Nie mam przy sobie pęsety.

– Walić to – mruknął i odwrócił się, żeby odejść. Jego kumple zrobili to samo.

– Hej, leszcze! Słyszałam, że panu Hodgsonowi bardzo zależy na podniesieniu katastrofalnych notowań waszej szkoły w kuratorium, a co więcej, został przysłany specjalnie w tym celu. To oznacza, że nie będzie się szczypać z wysyłaniem powiadomień do rodziców, aresztem w szkole po lekcjach i nawet… – tu się skrzywiła – zawieszeniem. – Chłopcy się zatrzymali. – Wszystkim, o co proszę, jest odpowiedź na pytanie, co wiecie o zniszczonym płocie kawałek stąd.

– To nie my – odparł ten poparzony w pokrzywach.

– Ale o tym wiecie?

Zygzak wzruszył ramionami.

– Widzieliśmy.

– Masz pojęcie, kto to zrobił?

– To mógł być każdy.

– Aha, no tak. Sama do tego doszłam. Ale… czy to był ktoś konkretny? – Uśmiechnęła się z nadzieją, ale wszystkim, co dostała w zamian, było szuranie nogami i oczy obracające się ku niebu. – Jestem pewna, że pan Hodgson naprawdę nie chce usłyszeć o tych waszych skrętach. Założę się, że i bez tego ma dość roboty. Nowy semestr i tak dalej.

– Nie palimy trawki – powiedział Zygzak ponuro.

– Albo na odwrót, może akurat jest trochę znudzony. I czeka na telefon.

– Kurwa mać… czep się tych kolesi, którzy dojeżdżają z zachodniego – wymamrotał ze złością, odchodząc. – Chodźcie, chłopaki.

– Może chociaż nazwisko?! – zawołała, ale szli dalej ze zwieszonymi ramionami. – Dzięki, chłopcy! A właśnie, czy wy nie wagarujecie? Lekcje się skończyły? – dorzuciła po namyśle.

Zignorowali ją.

– Porządni chłopcy tego nie robią – powiedziała na wpół do siebie. – Po prostu nie robią.

Patrzyła, jak znikają za rogiem, po czym zeszła ze stolika. Otrzepała ręce z kurzu. To nie była pewna identyfikacja, ale przynajmniej jakiś początek. Rano zadzwoni do szkoły.

Wróciła do kuchni, włożyła fartuch i zaczęła rozbijać jajka. Nagle zobaczyła SMS-a od Becky, który przyszedł, gdy była na dworze: „Wyjeżdżam. Do zobaczenia (z obojgiem!) wkrótce. X”. Kate włączyła radio i uśmiechnęła się. Leciała muzyka z lat dziewięćdziesiątych, więc zaśpiewała do starego kawałka zespołu Blur.

Lubiła mieszkać na przedmieściu południowego Londynu. Panowało tu silne poczucie wspólnoty, nawet jeśli niezbyt wyrafinowane. Ludzie zasadniczo pilnowali się wzajemnie, rozpoznawali się na ulicy i pozdrawiali, a w parku zawsze odbywał się letni jarmark; więcej taniej waty cukrowej i tandetnych straganów ze starociami niż smacznych lodów i wyrobów rzemieślniczych, ale zawsze to lepsze niż nic. Zresztą i tak nie było jej stać na nic więcej, kiedy ponad dwadzieścia lat wcześniej wprowadziła się do maleńkiego piętrowego domu z czterema pokojami. Czynsz pochłaniał ponad połowę jej niskiej pensji z pracy w centrum ogrodniczym, pierwszej z szeregu prac bez perspektyw.

Nie tak planowała swoje życie. Jej matka Dervla, surowa Irlandka z klasy robotniczej, uparła się, by posłać ją do katolickiej szkoły dla dziewcząt, i jej determinacja uciszyła nieśmiałe protesty taty, który opowiadał się za zwykłym ogólniakiem. Szkoła nie była ekskluzywna, tylko autorytarna i zatrzymała się w latach sześćdziesiątych. Dervla stawała się coraz bardziej zgryźliwa, gdy jej kolejne ciąże kończyły się poronieniami. Kate była jedynym dzieckiem, ale miała czworo nienarodzonych braci i sióstr. Życie w domu nie należało do wyjątkowo szczęśliwych i gdy pozwolono jej pójść na pierwszą imprezę, zrozumiała, że świat oferuje więcej okazji i generalnie jest swobodniejszym miejscem, niż myślała. Upojona poczuciem wolności, dała się porwać chwili i straciła dziewictwo. Nowo odkryta wolność okazała się krótkotrwała. Katolickie wychowanie oznaczało, że nie miała odwagi zmierzyć się z aborcją, i tak oto dziecko miało przyjść na świat w środku egzaminów gimnazjalnych. Przystąpiła do kilku z nich, jednak w ósmym miesiącu ciąży była odmieńcem wśród pozostałych dziewcząt i miała kłopoty z koncentracją. Nie była wybitnie uzdolniona, ale lepsza niż większość rówieśników i na pewno do czegoś by doszła. Nie mając zaliczonych egzaminów, nie mogła marzyć o maturze i studiach. Zawiedziona matka przestała się do niej odzywać, a zahukany tata dawał jej niewiele więcej niż współczujący uśmiech. Ojciec dziecka sam był dzieciakiem i nawet nie powiedziała mu o ciąży.

Były to żałosne, milczące miesiące, gdy weekendami pracowała w miejscowym centrum ogrodniczym, oszczędzając każdego pensa. W końcu urodziła piękną Becky i z miejsca się w niej zakochała. Dwa dni po porodzie opuściła szpital i przeniosła się do maleńkiego domu kilka kilometrów od tego, w którym się wychowała. Ojciec podpisał dzierżawę na dwa lata (do ukończenia przez nią osiemnastego roku życia), ale nie było go stać na opłacanie całego czynszu. W tej sytuacji po czterech miesiącach musiała wrócić do pracy na pełny etat, zostawiając Becky pod opieką Iris. Owdowiała sąsiadka, która niedawno przeszła na emeryturę, okazała się darem niebios; zgodziła się opiekować dzieckiem za symboliczną opłatę i brała od Kate pieniądze tylko dlatego, żeby nie urazić jej dumy. Był to dobry układ, mimo to Kate pękało serce, bo chciałaby każdą chwilę spędzać z córeczką.

Dziadkowie nie okazywali zainteresowania wnuczką, więc były same, matka i córka. Kate dostawała od nich kartki na Boże Narodzenie, ale wiedziała, że ojciec podpisywał się na nich za matkę. Odpowiadała i czasami dołączała zdjęcie Becky, jednak nie doczekała się żadnej reakcji. Kartki przestały przychodzić, gdy Becky miała sześć lat.

Rozminąwszy się z wymarzoną przyszłością, Kate obiecała sobie, że zapewni Becky wszelkie możliwe szanse. Pracowała na dwa etaty, żeby utrzymać dom. Robiła zakupy w sklepach z używanymi rzeczami i korzystała ze wszystkich dodatkowych świadczeń w pracy. Zabierała z centrum ogrodniczego uszkodzone sadzonki warzyw, które troskliwie pielęgnowała i dzięki temu latem mogła zbierać plony. Wynosiła przeznaczone do wyrzucenia resztki z tajskiej restauracji, gdzie pracowała jako kelnerka. Kiedy zatrudniła się w sklepie remontowo-budowlanym, zrobiła tyle kursów dla majsterkowiczów, ile tylko mogła, żeby nigdy nie płacić za naprawy.

Na randki zostawało jej niewiele czasu. Jej związek z kierownikiem tajskiej restauracji szybko się rozpadł, bo zmęczyły ją jego fantazje o bzykaniu się w magazynie, i poza tym miała tylko kilka innych przelotnych romansów niegodnych zapamiętania. Zwykle wystarczała jedna wzmianka o Becky, a większość facetów po dwudziestce i nawet po trzydziestce uciekała gdzie pieprz rośnie. I nagle, kilka tygodni temu, Tim wszedł do marketu budowlanego, żeby poprosić o radę. Z początku, jak każdy mężczyzna, był zaskoczony, widząc za ladą kobietę, ale dobrze to ukrył i słuchał w skupieniu. Gdy już go wprowadziła w zawiłości zakładania uszczelek okiennych, zapytał, czy chciałaby się z nim spotkać. Po raz pierwszy od lat uznała, że ma szansę zrobić coś dla siebie; nadeszła jej kolej.

Kate oceniła wzrokiem swoje dzieło: frytki wyłożone na blasze i przygotowana do roztopienia czekolada w miseczce. Poszła na górę wziąć prysznic. Gdy suszyła włosy – w tym samym kasztanowym odcieniu co u Becky – uśmiechnęła się żałośnie do wczesnych siwych kosmyków i utknęła je tak, żeby nie było ich widać. Niewiele czasu poświęciła na zadecydowanie, w co się ubrać, bo prawdę powiedziawszy, nie miała dużego wyboru. Włożyła czyste dżinsy i bluzeczkę, którą Becky kupiła jej na urodziny za swoją pierwszą wypłatę. Z ciemnofioletowego jedwabiu, z przejrzystymi rękawami, była najpiękniejszą, najdroższą, najseksowniejszą rzeczą, jaką Kate kiedykolwiek miała. Gdy wisiała w jej skromnej szafie, ciągle wydawała się obca, jednak gdy Kate ją włożyła, bluzka skomplementowała ją tak, jakby się przyjaźniły od lat.

Zadźwięczał dzwonek i zbiegła po schodach. Oto jest, wieczór, na który czekała; przedstawi córce swojego chłopaka. Nie miłostkę, ale chłopaka w ścisłym tego słowa znaczeniu, i nagle zrozumiała: on jest jej pierwszą miłością. W sędziwym wieku trzydziestu siedmiu lat! Czasami niezupełnie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, że poznała mężczyznę, który jest godny zaufania, zabawny i jak przeczuwała, dogada się z Becky, a poza tym lubiła, gdy wyskakiwał ze spodni. Życie z nim było znacznie łatwiejsze i jednocześnie sprawiało jej większą satysfakcję, i była w nim zakochana. Na tę myśl szeroki uśmiech rozjaśnił jej twarz. Zaczerpnęła tchu, poprawiła włosy przed lustrem w korytarzu i otworzyła drzwi.

Tim wyjął zza pleców wielki bukiet żółtych tulipanów.

– Dla ciebie.

– Dziękuję. – Pocałowała go, długo i namiętnie, i wciągnęła do domu. Lubiła trzymać go za rękę. Był mocno zbudowany, solidny w podnoszący na duchu sposób, i choć zbliżał się do czterdziestki, miał gęste, srebrne włosy i cień siwego zarostu na policzkach.

Zaczął padać deszcz i Kate szybko zamknęła drzwi przed zbliżającym się zmierzchem. Zauważyła torbę na ramieniu Tima.

– Przyniosłeś szczoteczkę do zębów?

– Nie tylko. – Wyjął zrolowany materiał i pozwolił mu się rozwinąć. Była to ciemnozielona flanelowa piżama.

– O ja cię! Nie mów, że tego używasz.

– Przecież wiesz, że nie. To pomysł mojej matki na prezent gwiazdkowy. I… pomyślałem, że skoro mam tu spędzić pierwszą noc, to może warto mieć coś na sobie, gdybym musiał skorzystać z łazienki. Nie chciałbym wprawić nikogo w zakłopotanie. Chociaż w gruncie rzeczy pewnie tylko ja miałbym powody do zawstydzenia. – Rozejrzał się. – Jest już Becky?

– Nie. Na pewno jest jeszcze w pociągu. Nie może się doczekać, żeby cię poznać.

– I wzajemnie. Pomóc ci?

– Tak, proszę.

Tim poszedł za nią do kuchni i rzuciła mu fartuch.

– Umiesz trzepać?

Spojrzał na białka w misce i czekoladę.

– Co to jest?

– Mus. Albo będzie.

Jego jasnoniebieskie oczy się rozświetliły.

– Skąd wiedziałaś?

– Lubisz? To także ulubiony deser Becky.

– Mogę później wylizać miskę?

Kate się roześmiała.

– Wciąż pokutuje błędne przekonanie, że kobiety mają bzika na punkcie czekolady. Z mojego ograniczonego doświadczenia wynika, że to mężczyźni są uzależnieni. Mam koleżanki, które muszą chować czekoladę przed mężami.

– To takie okrutne.

– Założę się o dziesięć pensów, że zawsze masz zapas w kabinie.

Tim też się roześmiał.

– Muszę mieć coś na ukojenie nerwów w ciągu całego dnia słuchania niekończących się dzwonków. Dzisiaj komuś odbiło. Tylko dlatego, że przystanek był nieczynny. Jakby to była moja wina! I przecież było ogłoszenie. – Naśladując automatyczny głos systemu, wyrecytował: – „Autobus jedzie inną trasą…”

Uwagę Kate przyciągnął ruch na zewnątrz. Dwoje policjantów szło ścieżką. Jęknęła.

– Akurat teraz! Przyszli spytać o płot Iris. Po drugiej stronie ulicy – wyjaśniła. – Jacyś wandale go zniszczyli. Zaraz wrócę.

Podeszła do drzwi frontowych i otworzyła je w chwili, gdy stanęli na schodku.

– Pani Kate Ellis? – zapytał policjant. Jego partnerka stała w milczeniu.

– Tak.

– Możemy wejść?

– Dobrze, ale mam tylko parę minut. – Wskazała kuchnię. – Szykuję kolację. – Uśmiechnęła się. – Coś specjalnego.

Weszli i stanęli w korytarzu.

– Możemy gdzieś porozmawiać?

Zawahała się. Chciała mieć to jak najszybciej z głowy, żeby wrócić do kuchni, ale też nie chciała być nieuprzejma.

– Pewnie – odparła, prowadząc ich w głąb korytarza. – Zapraszam do pokoju.

– Zechce pani usiąść? – poprosił policjant.

Kate leciutko zmarszczyła brwi, ale posłuchała. Policjanci też usiedli.

– Posterunkowy Simon Andrews, a to posterunkowa Elaine Harwood z wydziału pomocy dla ofiar.

– Och, to nie mój płot, tylko Iris. Ja nie miałam żadnych kłopotów – odparła Kate z uśmiechem i nagle sobie uświadomiła, że ma przed sobą dwoje innych policjantów niż ci, których widziała rano przez okno w kuchni.

– Jesteśmy tu z powodu pani córki, Becky Ellis. – Policjant umilkł i zobaczyła, że jest zdenerwowany. – Niestety, przynosimy złe wieści. Pani córka miała wypadek. Z przykrością muszę panią powiadomić, że nie żyje.

Przez chwilę nie rozumiała. Mijały długie sekundy, podczas gdy słowa tłukły się w jej głowie. Przeniosła spojrzenie z policjanta na jego partnerkę. Oboje mieli ponure miny. Dopiero wtedy wybuchło w niej coś strasznego. Ból i panika wyskoczyły z zasadzki, przypuszczając brutalny atak.

– Co takiego?

Nie odpowiadali; czekali i patrzyli, jak zareaguje. Nagle wezbrała w niej histeryczna wściekłość z powodu tej ich powściągliwości. Postępowali zgodnie z zasadami, tak zostali wyszkoleni, ale ona wiedziała, że nie może spełnić ich oczekiwań, bo to tylko urealni sytuację. Nie płacz, przykazała sobie w duchu.

– Tak mi przykro – odezwała się policjantka. Podeszła, wyciągając rękę, i Kate się wzdrygnęła. Kobieta cofnęła się niezgrabnie.

– Wszystko w porządku? – odezwał się Tim, stając w drzwiach.

– To pani mąż? – zapytał policjant.

– Jestem przyjacielem Kate – odparł Tim, wchodząc do pokoju. – Co się dzieje?

Uniosła głowę.

– Zostawiłeś czekoladę na kuchence? – Szybko wstała i ruszyła do drzwi. – Muszę do niej zajrzeć.

Poszli za nią do kuchni i obserwowali ją z niepokojem, podczas gdy ona dokładała starań, żeby ich ignorować.

– Pani Ellis, czy pani rozumie, co mówimy? – zapytała policjantka irytująco łagodnym głosem.

Kate znowu ogarnęła złość: Czy mają mnie za debilkę? Po raz pierwszy spojrzała na nich wprost.

– Chcę ją zobaczyć – oznajmiła wyzywającym tonem. Nie wierzyła im, to na pewno jakaś straszna pomyłka. Policjanci natychmiast się zgodzili i ten brak oporu wytrącił ją z równowagi.

– Kogo zobaczyć? – zapytał Tim.

– Becky. Mówią, że Becky nie żyje. – Zauważyła, że się zachwiał, i rozkojarzona, zaczęła się zastanawiać, czy powinna przed wyjściem włożyć jajka do lodówki, żeby się nie zepsuły. Usłyszała, że policjant cicho powtarza Timowi wiadomość o wypadku. Poczuła, że Tim chwyta ją za rękę. Popatrzyła na niego, zmieszana i wdzięczna.

Oboje wyszli za funkcjonariuszami i policjant otworzył dla niej tylne drzwi radiowozu. Tim okrążył samochód i usiadł obok niej. Kate przez całą drogę patrzyła w okno. Było już zupełnie ciemno, padał deszcz. Wiatr przybierał na sile. Przypomniała sobie, że prognozy pogody zapowiadały na tę noc wiatr w porywach do stu kilometrów na godzinę. Patrzyła, jak drzewa się kołyszą, próbując nie utracić gałęzi. Patrzyła, jak walczą o przetrwanie.

Była to długa jazda. Tylko kilka kilometrów, ale w piątkowym wieczornym ruchu. Dotarli do szpitala. Tim wysiadł pierwszy i podbiegł otworzyć drzwi po jej stronie. Na dworze wiatr uderzył z taką siłą, że niemal ją rzucił na samochód. Tim chwycił ją pod rękę i próbował osłonić przed deszczem, gdy szli za policjantami do wejścia, skąd jasne światło wylewało się na mokry chodnik. Wewnątrz wcale nie było spokojniej; w holu tłoczyli się i przepychali ludzie. Policjantka obejrzała się, żeby sprawdzić, czy za nią idą, i ruszyła dalej.

Kate szła w głąb jasno oświetlonego korytarza. Światła ją raziły, nie było przed nimi ucieczki. Zauważyła, że ich blask nie przeszkadza nikomu innemu. Mijała wiele osób z personelu medycznego i zwyczajnych ludzi, takich jak ona, i nie mogła zrozumieć, dlaczego nikt nie mruży oczu. Niektórzy nawet się uśmiechali, podchwytując jej spojrzenie, gdy ustępowali jej z drogi. Była na nich zła. Nie potrzebowała tej uprzejmości, nie chciała szybciej dotrzeć do celu, więc odwracała wzrok. Powtarzała sobie, że to wszystko jest makabryczną pomyłką. Tak, to na pewno pomyłka. Jeszcze nie widziała Becky, więc oczywiście to możliwe, absolutnie możliwe. Pociąg miał opóźnienie, Bóg wie, jak często się to zdarza, a tuż za dworcem Victoria nigdy nie ma zasięgu, więc Becky nie mogła do niej zadzwonić. A może zapomniała… tak, pochłonięta pracą nad artykułem, po prostu zapomniała, że ma wrócić wcześniej do domu. Kate przez ulotną chwilę współczuła jakiejś innej biednej matce, której przez pomyłkę nie przekazano strasznych wieści, i teraz zamiast niej ona pierwsza zobaczy jej córkę, biedną nieznaną dziewczynę, śmiertelnie potrąconą rowerzystkę.

Nagle się zatrzymali, co uznała za dziwne, ponieważ ten korytarz był zupełnie taki sam jak wszystkie inne.

– Zechcą państwo tu chwilę zaczekać – powiedziała policjantka, wskazując krzesła pod ścianą, po czym weszła do pokoju naprzeciwko.

Kate i Tim usiedli, trzymając się za ręce nad drewnianymi podłokietnikami niskich, idealnie czystych krzeseł.

– Proszę tędy – rzuciła policjantka, pojawiając się w drzwiach. Przytrzymała je, żeby mogli wejść do pokoju, który wyglądał na gabinet.

Lekarz wstał, gdy tylko weszli. Wskazał im miejsca i z powrotem usiadł za biurkiem.

Drzwi się zamknęły i natychmiast zapadła cisza.

– Bardzo mi przykro – zaczął i nagle jakby zabrakło mu słów. Bez dalszych wyrazów współczucia kolejne słowa zabrzmiały okrutnie bezpośrednio. – Jest pani gotowa?

Kate zobaczyła, że na nią czekają. Podniosła się z krzesła po dłuższej chwili. Nie chciała wchodzić do wskazanego przez lekarza sąsiedniego pokoju. Policjantka otworzyła drzwi i dopiero wtedy nogi Kate poniosły ją jakby same, posłuszne zasadom i wymaganiom tego potwornego koszmaru, w jakim się znalazła. To pomyłka, powtarzał głos w jej głowie, ale tak cicho, że ledwie go słyszała. Coś w gardle uniemożliwiało jej normalne oddychanie.

– Proszę nie ruszać prześcieradła – powiedziała policjantka, patrząc jej w oczy. – To bardzo ważne.

Czekali, aż podejdzie. Kate poczuła, że Tim ujmuje ją pod rękę.

Z jej ust wyrwał się zwierzęcy skowyt. Becky leżała na wysokim łóżku, okryta prześcieradłem po szyję, z zamkniętymi oczami. Moje dziecko, moje piękne dziecko, pomyślała. Wyrwała się Timowi i dotknęła głowy córki, pogładziła kciukiem jej policzek, jej czoło. Dostrzegła nad okiem skaleczenie i nagle uświadomiła sobie, że nie zasłaniają go włosy, bo wprawdzie je uczesali, ale zrobili przedziałek po niewłaściwej stronie. Posłuszna przemożnemu impulsowi, ułożyła piękne kasztanowe fale tak, jak trzeba. Dopiero teraz Becky wyglądała jak Becky i Kate w nagłej chwili grozy zrozumiała, że przecież nie tego chciała. Jej głowa opadła na łóżko obok głowy córki i Kate rozpłakała się.

*

Siedzieli w innym gabinecie lekarskim ponad trzy godziny, zanim Tim zaproponował, że zabierze ją do domu.

Taksówkarz odgadł, że stało się coś strasznego, a może Tim mu powiedział, tak czy inaczej na szczęście zachował milczenie. Tim usiadł obok niej na tylnym siedzeniu. Kate wiedziała, że zerka na nią co chwila, z czołem zmarszczonym ze zmartwienia i współczucia. Minęli podstawówkę Trinity Primary, gdzie uczyła się Becky, i nagle wyobraziła sobie, jak przy jednej z tych nieczęstych okazji, kiedy mogła ją odbierać ze szkoły, córka biegnie ku niej z klasy, z wyciągniętymi, pełnymi rysunków, rękami, z tornistrem i butelką na wodę, i rzuca się jej w ramiona. Mrugnęła, gdy ręka Tima delikatnie opadła na jej dłoń, i szkołę zastąpił park, gdzie Becky szalała na huśtawkach – huśtała się coraz wyżej i od samego patrzenia na te popisy Kate przechodziły ciarki. Puste huśtawki kołysały się w mokrej ciemności, poruszane przez wiatr hulający na placu zabaw.

Taksówkarz skręcił w jej ulicę i po chwili zajechali pod dom. Tim zapłacił i podbiegł otworzyć drzwi, ale ona już wysiadała. Kierowca zawrócił, gdy tylko znalazła się na zewnątrz, jakby zażenowany, jakby chciał jak najszybciej oddalić się od tego, co ich spotkało. Po kilku sekundach tylne światła zniknęły za zakrętem.

– Co…? – zaczął Tim z przejęciem w głosie i Kate uniosła głowę. – Zaczekaj tu – przykazał jej. Pobiegł do drzwi, które były otwarte, i zniknął w domu. Blask wylał się na ulicę, gdy zapalił światło w korytarzu.

Kate z wahaniem weszła za nim do domu. Nic się nie zmieniło. Zrobiła następny krok, minęła kuchnię i zajrzała do pokoju, w którym ledwie kilka godzin wcześniej siedziała z policjantami.

Został splądrowany. Papiery, książki i inne rzeczy walały się po podłodze. Wzdrygnęła się i odsunęła od drzwi.

– Tim?! – zawołała, przerażona.

– Jestem na górze! – odkrzyknął i szybko dodał: – Nie wchodź.

Ale już to zrobiła i stała za nim w drzwiach pokoju Becky. Próbował ją odwrócić i wyprowadzić, ale go odepchnęła. Tak jak na dole, tu też wszystko zostało wywrócone do góry nogami. Ściany zawirowały jej przed oczami i musiała się oprzeć o futrynę, żeby nie upaść. Ubrania, książki, rzeczy osobiste Becky piętrzyły się na dywanie. Patrzyła na nie tępym wzrokiem, gdy Tim walnął pięścią w ścianę.

– Łajdaki! – krzyknął. – Jebane dranie.

Powiodła wzrokiem po pokoju. W kącie przy grzejniku spod rzuconych ubrań wyłaniał się spłowiały, wyświechtany owalny kawałek materiału: ucho. Błękitny Szczeniak, przytulany i głaskany, większą część swoich wczesnych lat spędził utknięty pod policzkiem Becky, gdy przed zaśnięciem pieściła palcem jego ucho. Była do niego tak bardzo przywiązana, że Kate zawsze mówiła o nim jak o swoim drugim dziecku. Teraz ostrożnie przeszła nad rozrzuconymi rzeczami, szybko podniosła Błękitnego Szczeniaka i przytuliła go do piersi. Kiedy się odwróciła i zobaczyła twarz Tima, nie mogła znieść malującego się na niej współczucia i cierpienia.

CZTERY

1995

Muczała jak krowa. Niski, gardłowy jęk wylewał się z jej ciała wraz z litrami płynów; zdawało się, że wydostaje się z niej wszystko z wyjątkiem tego przeklętego dziecka.

Chryste, była przerażona.

Jej strach pogłębiały zmartwione, pełne napięcia twarze, które widywała w krótkich mignięciach, gdy udawało jej się skupić wzrok. Przez większość czasu wszystko wokół falowało i nawet ściany przesuwały się jak w horrorze.

– Niedobrze mi! – krzyknęła w krótkiej chwili jasności umysłu. Zwymiotowała na tekturową tackę trzymaną przy jej twarzy przez anonimowego pracownika szpitala. Dlaczego mdłości, wymiotowanie przynoszą ulgę? Czy dlatego, że przypominają, że jeszcze żyjesz?

Kiedy to się skończy?

Drzwi się otworzyły. Przyszedł długo wyczekiwany anestezjolog. Podnieśli ją. Ktoś przetarł gazikiem miejsce na plecach. Ktoś powiedział, polecił, rozkazał jej zachować spokój. Nie wolno się ruszać. Surowość tonu wskazywała, że jeśli nie posłucha, konsekwencje mogą być straszne. Jak ma się nie ruszać, gdy ból rozdziera jej brzuch? Jak ma leżeć spokojnie, wijąc się z udręki?

Kiedy to się skończy?

Nagle alarm. Gorączkowe szepty. Ledwie hamowana panika w głosach. Coś idzie źle.

– Potrzebuję więcej czasu – powiedział anestezjolog.

– Nie ma więcej czasu! – krzyknął ktoś z drugiej strony jej udręczonego ciała, gdzieś przy rozchylonych nogach.

Było to coś, o czym się czyta w gazetach. Coś strasznego, co zawsze spotyka kogoś innego, nie ciebie. Tym razem przytrafiło się jej. Dziecko nie przeżyje. Ludzie robili z nią różne rzeczy, ktoś ją golił, ktoś szybko informował, że jedzie na salę operacyjną. Niedorzeczne, potrzebowali jej zgody. Co? Musi podpisać! Koszmarny gryzmoł. Żart. Jej kosztem. I nagle…

Zostawiała ich wszystkich za sobą. Zapadała się. Jakoś, choć wiedziała, że to się dobrze nie skończy, ogarnął ją spokój.

Ulga.

Ciemność.

*

Otwarte oczy. Inny widok. Wciąż szpital, ale gdzieś indziej. Spanikowani ludzie zniknęli.

Prawie natychmiast pojawiła się pielęgniarka. Wysoka blondynka o włosach obciętych na pazia, w tym samym wieku co jej nieobecna matka. Kate zobaczyła w jej ramionach coś maleńkiego. Kobieta bezzwłocznie położyła zawiniątko na jej piersi.

– Ma wrodzony talent – powiedziała z zachwytem, gdy maleńka istota zaczęła ssać.

Kate, oszołomiona, spojrzała w dół.

Dziecko!

Jej dziecko.

Spojrzała znowu.

To naprawdę dziecko!

– Jest zdrowa? – zapytała szybko, gdy niedawny koszmar powracał.

– Oczywiście!

– Powiedzieliby mi, gdyby coś było z nią źle?

Pielęgniarka zrobiła zszokowaną minę. Czule położyła rękę na jej ramieniu.

– Jest idealna. Bardzo wysoko w skali Apgar. Dziewięć na dziesięć.

Brzmiało nieźle, cokolwiek to było.

O Boże, mam dziecko!

*

Pierwszymi osobami, które ją odwiedziły, były dwie szkolne koleżanki, Lara Tomlinson z godnymi pozazdroszczenia prostymi jak druty, prawie białymi włosami i jej nieodłączna towarzyszka Megan Taylor. Weszły na oddział z walkmanem CD, ale to Lara miała słuchawki, Megan zaś pochylała się, żeby słuchać. Cicho nuciły I’ll Be There for You Rembrandtsów. Nucenie szybko ucichło, zastąpione przez narzekanie na jakieś dziecko, które zaczęło się drzeć wniebogłosy.

– Jak możesz to wytrzymać? – zapytała Lara, gdy podeszła do łóżka.

Kate nie chciała wyjaśniać, że Becky też tak wrzeszczy, chociaż na szczęście w tej chwili spała. Lara i Megan pochyliły się nad łóżeczkiem, gruchając, jaka jest słodka.

– Bolało? – zapytała Lara.

Skrzywiła się.

– Tak.

– Chyba nie dałabym rady tego zrobić, wypchnąć czegoś tak dużego z mojej cipki.

– Naprawdę nie masz wyboru.

– Hm… masz… – rzuciła Lara przemądrzale i nie dopowiedziała reszty: jeśli nie zajdziesz w ciążę.

Kate spojrzała na łóżko, a potem wyczuła, że Megan trąca Larę. Podsunęły jej walkmana. Słuchała z nimi muzyki, gdy z przejęciem rozmawiały o nowych serialach, które właśnie emitowano na Kanale 4.

– Joey jest taki słodki – powiedziała Megan.

– Jak się masz? – zapytała Lara i obie dostały ataku śmiechu.

Kate też się uśmiechnęła, mimo że nie miała pojęcia, o czym mówią. Spróbowała włączyć się do rozmowy.

– Jak idą egzaminy?

– Została tylko chemia i łacina – odparła Lara. – Potem całe lato jest moje.

Megan pokiwała głową.

– We wrześniu idziemy do ogólniaka. A ty?

Obie patrzyły na nią wyczekująco, ze szczerym zaciekawieniem, podczas gdy Becky spała w łóżeczku tuż obok.

– Hm… pewnie odpuszczę sobie ten rok. – Zobaczyła, że w końcu się połapały i spojrzały na łóżeczko. Poczuła się zażenowana ich źle zamaskowanym politowaniem. – Mam już załatwioną pracę na pełen etat.

Lara się wyprostowała.

– No tak. Super! Gdzie?

Cholera, dlaczego o tym wspomniała? Teraz wlepiały w nią oczy, czekając na odpowiedź.

– W centrum ogrodniczym – mruknęła.

Pokiwały głowami, udając, że to fantastyczne.

– Tylko dopóki nie będę mogła wrócić do szkoły – dodała szybko, wiedząc, że to właściwie niemożliwe. Nagle Becky się zbudziła i nie omieszkała jej przypomnieć, że taka mała osóbka potrafi piekielnie hałasować. Pochyliła się nad łóżeczkiem i ją podniosła. Koleżanki przyglądały się, wyraźnie speszone.

– Muszę ją nakarmić – rzuciła znaczącym tonem.

Lara i Megan wciąż siedziały, nie rozumiejąc. Nie miała innego wyjścia, jak rozpiąć górne guziki koszuli nocnej. Zaczerwieniła się, gdy to robiła. Starała się zasłonić obrzmiałe piersi i spękane brodawki, ale z przerażonych min dziewczyn wywnioskowała, że zdążyły zobaczyć.

– No to będziemy się zbierać – rzuciła nagle Lara i Megan zaraz po niej zerwała się z krzesła.

Odprowadziła je wzrokiem. Wiedziała, że minie długi czas, zanim znów którąś z nich zobaczy.

*

Nazajutrz jej tata, w przeciwieństwie do wielu innych dziadków, zjawił się bez pęku balonów czy naręcza misiów. Zastanawiała się, czy przyjdzie, i jego widok chwycił ją za serce.

– Cześć, kochanie.

– Tato. – Te same stare łagodne brązowe oczy i trochę wymizerowana twarz, postarzona przez lata życia z gniewem, rozczarowaniem i smutkiem matki, z uczuciami, które Kate pogłębiała w niewiarygodnym tempie od chwili, gdy ze strachem przyznała się do ciąży. (Zrobiła to w niedzielę, gdy matka wróciła z kościoła, bo miała nadzieję, że odrobina hojnego boskiego wybaczenia została w jej pełnym blizn, stwardniałym sercu. Nadzieja spełzła na niczym).

Tata nie od razu popatrzył na łóżeczko, jakby za bardzo się bał to zrobić. W końcu spojrzał w tamtą stronę, twarz mu pojaśniała i przez krótką chwilę wiedziała, jak mogłoby być.

– Jest słodka jak cukierek, Katie.

– Tak?

– Wygląda zupełnie jak ty.

Odwrócił się i uśmiechnął do niej. Niczego bardziej nie pragnęła niż tego, żeby się wtulić w jego ramiona. Uśmiech przygasł i ojciec odwrócił wzrok.

– Przeprowadzamy się.

Poczuła panikę.

– Co?

– Z powrotem do Cork.

Odebrała jego słowa jak cios pięścią w brzuch.

– A co ze wszystkim tutaj? Co z twoją pracą? – Chciała zapytać: „Co ze mną?”, ale tego nie zrobiła.

– Zaproponowano mi posadę w liceum.

– Szybko – rzuciła oskarżycielskim tonem.

Kaszlnął.

– Zastępstwo za kobietę na urlopie macierzyńskim – wyjaśnił, zakłopotany ironią sytuacji.

– Kiedy?

Odpowiedział, ale tak cicho, że nie zrozumiała.

– Słucham?

– W przyszłym miesiącu. Przykro mi, Katie… ale siostra twojej matki, twoja ciotka, jest chora. Twoja matka chce być blisko niej. Może nie potrwa to długo. Dopóki nie wróci do zdrowia.

Zawsze znajdą się kłamstwa, które mają na celu zaoszczędzenie ci największego bólu.

– Zostawiacie mnie.

– Katie, już się wyprowadziłaś.

– Zostałam wyrzucona.

– Twoja matka nie jest święta, ale nie wyrzuciła cię.

– Przestała się do mnie odzywać, przez siedem miesięcy nie usłyszałam od niej ani jednego słowa. Czy to nie oznacza, że dla niej już nie istnieję?

Jego twarz spochmurniała, jak zawsze wtedy, gdy był rozdarty pomiędzy dwiema kobietami w swoim życiu. Nie miała siły mu współczuć. Już nie. Poród odebrał jej energię, ale było też coś innego. Zrozumienie, jak słaby jest jej ojciec. Spojrzała na niego, siedzącego w brązowej sztruksowej marynarce. W każdym calu wyglądał jak zakurzony nauczyciel matematyki, jak człowiek, który wycofał się z prawdziwego życia, ukrył w swojej dziedzinie i kurczowo trzymał się jedynych rzeczy, jakie wciąż rozumiał, jakie się nigdy nie zmieniały. Algebry. Statystyki. Geometrii.

Popatrzył na nowiutką torbę z wyprawką, leżącą na krześle obok łóżka.

– Dostałaś to?

– Tak. – Nadał ją tydzień wcześniej i wiedziała, że to była tajna przesyłka, o której matka nie miała pojęcia. Po powrocie z pracy w centrum ogrodniczym zobaczyła, że jej nowa sąsiadka Iris odebrała ją od listonosza, żeby zaoszczędzić jej długiego na półtora kilometra spaceru pod górę na pocztę – byłoby to trudne z wielkim brzuchem. Wewnątrz były jednorazowe pieluszki, śpioszki, niebieski pluszowy szczeniaczek, pięćset funtów zwiniętych w okręcony gumką rulon i czteropak smarties, jej ulubionych drażetek czekoladowych, które w dzieciństwie zawsze dostawała od taty. To one sprawiły, że ścisnęło ją w gardle i poczuła się tak, jakby była dzieckiem, a nie spodziewała się dziecka. I pod wieloma względami wciąż była dzieckiem. Na dołączonej kartce widniały proste słowa: „Kocham Cię, tata, x”.

– Nie wiedziałem, co zapakować – powiedział. – Pani w sklepie miała lepsze pojęcie.

Zdawało się, że czeka na pochwałę za to, że dobrze się sprawił.

– Super. To pomoże mi przetrwać.

– Jest trochę więcej – powiedział, wsuwając do torby kopertę.

Wiedziała, że to pieniądze. Całkiem sporo, sądząc po grubości koperty. Obiecała sobie, że ich nie wyda, odłoży je wraz z tymi, które już od niego dostała. Wiedziała, że są tylko od niego, że matka o niczym nie wie.

– Myślałeś kiedyś o tym, żeby kazać jej spadać?

– Katie! – upomniał ją surowym tonem.

– Myślałeś?

– Straciła czworo dzieci.

– Płodów. I jedno „dziecko” wciąż żyje.

Nic na to nie powiedział. Oczy jej rozbłysły.

– Czy kiedykolwiek pomyślałaś… że to może być dla niej trudne? – zaczął ostrożnie. – Bez powodzenia starała się o dzieci, a później ty jakby nigdy nic zaszłaś w ciążę i wszystko jest w porządku?

Rozchyliła usta, pełna bólu i niedowierzania.

– Więc co, zazdrości mi? Czy to mi mówisz?

– Nie… – Z rezygnacją pokręcił głową. – Napiszę i przyślę ci rzeczy.

Skinęła głową.

– To jej się nie spodoba.

– Nie będzie wiedziała. – Była to rzadka chwila determinacji ojca. Gdyby tylko miał odwagę zbuntować się jawnie, a nie w tajemnicy, pomyślała ze złością. Gdyby tylko miał jaja, żeby postawić się matce.

Ojciec wskazał łóżeczko.

– Mogę ją potrzymać?

– Śpi. Nie budź jej. – Jeszcze nie skończyła mówić, gdy już wiedziała, że pewnego dnia pożałuje swojego dziecinnego uporu. Ale nie cofnęła tych słów.

Niedługo później ojciec wyszedł i Becky, jakby na znak protestu, zaczęła płakać. Kate wzięła córeczkę na ręce, żeby ją nakarmić, i maleństwo szybko się uciszyło.

– Teraz tylko ty i ja – szepnęła do niego ze ściśniętym gardłem. Przełknęła łzy, zdecydowana nie płakać. Poza tym kto otarłby jej łzy? To byłaby strata energii. – Ja cię nie zostawię – powiedziała stanowczym tonem. – Nigdy. Damy sobie radę, prawda? Ja i ty.

PIĘĆ

2017

– Chcesz poznać szczegóły wypadku? – zapytała Sarah, psycholożka policyjna, głosem złagodzonym przez współczucie. Siedziała na kanapie nieco skrępowana, mniej oficjalna. Na stoliku stał jej kubek z herbatą. Splotła palce na kolanach.

Kate bała się, a jednak musiała wiedzieć. Skinęła głową.

– Przerwij mi w każdej chwili, jeśli to stanie się nie do zniesienia.

Szybko przetarła twarz rękami i zdała sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Zmusiła się do wydechu.

– Becky jechała rowerem na południe po Red Lion Street…

– Gdzie to jest?

– Tuż na północny zachód od stacji metra Chancery Lane.

– Blisko redakcji?

– Tak, jakieś półtora kilometra dalej. Tą samą ulicą jechała ciężarówka. Skręciła przed nią w lewo i… Becky znalazła się pod nią. Dobrze się czujesz?

Zamrugała, żeby przepędzić łzy, i szybko kiwnęła głową. Miej to za sobą, pomyślała. Muszę znać prawdę.

– Wiesz o jej obrażeniach? – zapytała ostrożnie Sarah.

– Powiedzieli mi, że… że miała rozległe obrażenia wewnętrzne. – Kate zaczęły drżeć ręce i mocno je ścisnęła. Zmusiła się do zapytania o to, co napawało ją lękiem. – Była… była przytomna? Kiedy leżała pod kołami?

Sarah przez chwilę milczała.

– Przykro mi. Tak, była.

– Jak? Powiedz mi jak, dokładnie – zażądała Kate.

– Koła zmiażdżyły jej miednicę. Prosiła ludzi o pomoc.

– Mój Boże… – Zaczęła szlochać.

– Tak mi przykro. – Sarah położyła rękę na jej dłoniach. – Śledztwo już się zaczęło – dodała. – Policja szuka świadków.

*

Wiosną Sarah regularnie zachodziła do jej domu. Dziś zjawiła się w mundurze, z jasnymi włosami związanymi w koński ogon.

– Dowiedziałaś się czegoś o tym włamaniu? – zapytała.

– Nic. Policja nie ma żadnych tropów – odparła Kate.

– A co z ubezpieczeniem?

– Wypełniam formularze. Wygląda na to, że zabrali tylko laptop Becky, to była jedyna w miarę wartościowa rzecz, i… sama nie wiem… – Zrobiła głęboki wdech. – Występowanie o odszkodowanie wydaje się bezcelowe.

Sarah uśmiechnęła się współczująco.

– Mam trochę wiadomości.

– Tak?

Psycholożka nabrała tchu i oznajmiła:

– Policja zamknęła dochodzenie i zamierzamy zwrócić się do prokuratury o wniesienie oskarżenia przeciwko kierowcy.

Kate poczuła wzbierające łzy.

– Dzięki Bogu. Jakiego oskarżenia?

– O spowodowanie śmierci wskutek nieostrożnej jazdy.

Ściągnęła brwi.

– Wskutek nieostrożnej jazdy? Co to oznacza? To brzmi tak… błaho.

– Maksymalny wyrok to trzy lata.

Otworzyła usta.

– Trzy lata?

– Przykro mi, Kate… wiem, to wydaje się nieadekwatne, ale musimy przedstawiać sprawę zgodnie z dowodami, co nie zawsze umożliwia prokuraturze wytoczenie ciężkiej artylerii.

Przez chwilę milczała, ogłuszona jeszcze większą rozpaczą. Spojrzała na lekki deszcz padający za oknem.

– Mogę zobaczyć dowody?

– Przykro mi, grupa dochodzeniowa nie chce ich ujawniać.

Kate uniosła głowę, zaskoczona, zraniona.

– Przecież to moja córka. Muszę wiedzieć, co się stało. Becky zawsze uważała, jeżdżąc na rowerze. Była odpowiedzialna, doskonale wiedziała, że nie ma szans w zderzeniu z ciężarówką. Jeździła spokojniejszymi ulicami, unikając tych o dużym natężeniu ruchu. Trzymała się z tyłu, gdy ciężarówka skręcała, sama mi o tym mówiła! Rozumiesz? Nadal nie wiem, co się naprawdę stało. Dlaczego się stało. Rozumiesz, co mówię?

Sarah posłała jej współczujący uśmiech, ale nic nie powiedziała.

– Jestem jej matką.

– Przykro mi, Kate, ale w tych sprawach… to na pewno trudne… w tych sprawach rodzina ma niewiele do powiedzenia.

Osłupienie, upokorzenie odebrało jej mowę. Musiała się przesłyszeć. Ale nie, po oczach Sarah poznała, że się nie pomyliła.

*

Kate próbowała zachować wiarę w system sprawiedliwości, ale kilka tygodni później Sarah przyszła z wiadomościami, które jeszcze bardziej ją zszokowały.

– Nie rozumiem. Przecież Becky nie żyje. Jak prokuratura może nie skierować aktu oskarżenia? – Kate wstała i podeszła do kuchennego okna. Iris podlewała rabatkę przed domem. Posadziła tam różowy powojnik, dla Becky, jak powiedziała, i pędy były obsypane kwiatami.

Kate wiedziała, że Sarah nie szczędzi starań, ale jej spokój doprowadzał ją do furii. Agresywnie skuliła ramiona, gdy słuchała odpowiedzi policjantki.

– Uważają, że jest za mało dowodów. Nie sądzą, że doprowadzą do skazania.

Odwróciła się.

– Co?

– Dokonali ponownej oceny dowodów. Nie są wystarczająco mocne – powtórzyła Sarah.

– Chcę się zobaczyć z prokuratorem.

– To możliwe. Ale on tylko przekaże ci podjętą decyzję. Prokurator nie musi jej usprawiedliwiać, a ty, niestety, nie będziesz w stanie jej podważyć.

Oddychając głęboko, żeby powstrzymać ból i przytłaczającą ją frustrację, Kate zmusiła się, żeby usiąść przy stole naprzeciwko Sarah. Położyła ręce na kolanach. Odwołała się do jej poczucia sprawiedliwości.

– Przecież… przecież on ją zabił. Mówi, że jej nie widział, ale to chyba za mało, prawda? Jak to może go tłumaczyć? Dlaczego nie widział jej w lusterkach? I zawalił badanie wzroku! Co z tym?

– Jest mi bardzo przykro, Kate, ale niestety, prawda jest taka, że badanie wzroku zrobiono trzy miesiące po wypadku.

– I co z tego?

Sarah miała zakłopotaną minę.

– Obawiam się, że to nie dowodzi, że w dniu wypadku miał kłopoty ze wzrokiem.

Kate osłupiała.

– Co? Dlaczego nie zbadano go wcześniej?

– Niestety, na to pytanie będzie musiał odpowiedzieć starszy oficer śledczy.

– Pytam ciebie.

Sarah zachowała spokój.

– Przekażę mu to pytanie.

– Zrób to. Kierowca powinien był widzieć Becky! Dlaczego jej nie zobaczył? Co robił? Gdzie patrzył? Chcę z nim pomówić. – Zaczęła krążyć po kuchni, czując, że wpada w histerię.

– Obawiam się, że to niemożliwe.

– Jasne! Jasne, cholera! Nie wolno mi o nic pytać ani nic mówić! Nie wolno zadać nikomu pytania. Nie wolno zobaczyć dowodów. Nie wolno mi mieć własnego zdania. Muszę po prostu wysłuchiwać tych wszystkich cholernych bredni i… – Kate nagle usiadła, załamana i przygnębiona. – Becky jest moją córką, wiesz, moją piękną, cudowną córką.

SZEŚĆ

Lato minęło w mgle rozpaczy. Stojąc przed budynkiem sądu, drżąca na chłodnym wietrze Kate uprzytomniła sobie nagle, że to pierwszy jesienny dzień od śmierci Becky. Czas tworzył dystans, ale nie przynosił jej pociechy; co gorsza, było na odwrót. Ból i tęsknota stawały się tym dotkliwsze, im bardziej oddalała się od córki.

– Na pewno chcesz to zrobić? – zapytał Tim.

– Tak – odparła. – Chcę go zobaczyć.

Miała na myśli kierowcę. Chciała zobaczyć, jak wygląda człowiek, który potrącił i zabił jej córkę. I był też inny powód. W głębi serca czuła, że koroner podejdzie do sprawy z tym samym sceptycyzmem, jaki jej towarzyszył od miesięcy. Wysłucha zeznań świadków i policji i dojdzie do wniosku, że śledztwo zostało przeprowadzone niekompetentnie i nieudolnie. Uzna, że zginął człowiek i że to jest najważniejsze i niewybaczalne, i w końcu dzięki temu ona pozbędzie się tego strasznego, denerwującego poczucia bezsilności.

Woźny wprowadził ich do sali rozpraw i wskazał, gdzie mają usiąść. Kate zobaczyła dwóch świadków i kilku urzędników, ale jego – kierowcy – jeszcze nie było. Powiedziano jej, że tutaj, w sali rozpraw, wreszcie będzie mogła zadawać pytania. Ściskała leżącą na kolanach torebkę. Wewnątrz miała kartkę A4 ze spisanymi pytaniami. Rozejrzała się po sali, wodząc wzrokiem po drewnianej boazerii i biurkach, za którymi stały krzesła okryte niebieskimi pokrowcami. Sala była niewielka i nagle zdała sobie sprawę, że będzie siedzieć blisko kierowcy, zaledwie kilku metrów od niego.

Wrócił woźny i za nim wszedł mężczyzna średniego wzrostu, szczupłej budowy ciała, pod czterdziestkę. Miał schludną brodę zasłaniającą dół twarzy, niemal skrywającą znamię, które ciągnęło się przez policzek i schodziło na szyję; jego brązowe włosy były krótko ostrzyżone i przez to trochę sterczące. Nosił źle dopasowany ciemnoszary garnitur, który wisiał mu na ramionach. Patrzył prosto przed siebie. Kate po chwili zorientowała się, że towarzyszy mu drugi mężczyzna. Zaskoczona, zastanawiała się, czy się nie pomyliła, ale nagle zdała sobie sprawę, że to jego obrońca. To ją wytrąciło z równowagi. Przecież ten człowiek nie zasłużył na to, żeby ktoś mu doradzał, podsuwał słowa i myśli. Sama nawet nie pomyślała o wynajęciu prawnika. Zresztą, nawet gdyby taki pomysł wpadł jej do głowy, sytuacja finansowa uniemożliwiłaby jego realizację.

Zawiedzie Becky. Znowu. Siedem miesięcy temu ufała systemowi, naiwnie myśląc, że wina kierowcy jest oczywista i że sprawiedliwości stanie się zadość.