Co tu robi Margot Robbie - Piotr Adamczyk - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Co tu robi Margot Robbie ebook i audiobook

Piotr Adamczyk

0,0

lub

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Komedia miłosna pełna pomyłek i zaskoczeń.

 

Jednego dnia masz całkiem ogarnięte życie. Następnego budzisz się w szpitalu i przy swoim łóżku widzisz Margot Robbie, która okazuje się twoją dziewczyną. Jak to możliwe?

 

Jakub Erenburg – wykładowca kreatywnego pisania – odbiera dziwny telefon w sprawie osoby, której nie zna. Chwilę później ulega wypadkowi i doznaje urazu głowy. I nagle nic się nie zgadza. Nie pamięta własnej narzeczonej – myli ją z gwiazdą Hollywood. A do tego dostaje wiadomości od obcej kobiety, która najwyraźniej zna go aż za dobrze.

 

Między szpitalnym łóżkiem, osobliwą terapią i coraz bardziej niezręcznymi sytuacjami Jakub próbuje się zorientować, co jest wspomnieniem, co fantazją, a co kompletną pomyłką.

 

Błyskotliwa, bezczelnie zabawna opowieść o miłości, pamięci i o tym, że czasem naprawdę nie wiesz, co jest prawdą, a co tylko wyobraźnią.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 542

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 39 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Arkadiusz Woźniak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Niniejsza książka jest dziełem fikcji. Nazwiska osób publicznych zostały użyte wyłącznie w celach artystycznych i satyrycznych, a opisane zdarzenia są wytworem wyobraźni autora.

© Copyright by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2026 © Copyright by Piotr Adamczyk

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja: Justyna Jakubczyk

Korekta: Ilona Drobna

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Grafiki na okładce: Yvone, ColorValley (Stock.adobe.com)

DTP: Justyna Jakubczyk

ISBN 978-83-68249-96-5

Warszawa 2026

Wydawnictwo [email protected] www.literaturainspiruje.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Pytasz, jakim cudem się zdarzyło, że jesteśmy razem.

To żaden cud. Po prostu był odpowiedni układ gwiazd

i zupełnie nieodpowiedni brak nas.

Część pierwsza

Kim jest Sarah Vaniere?

1. Ostatni telefon

Powinien zdążyć, ale i tak mocniej naciska pedał gazu. Za kwadrans ma uroczyste spotkanie z władzami akademii. W zeszłym roku na zaproponowany przez niego kurs „Jak zostać pisarzem” zapisało się kilka osób, w tym – kilkadziesiąt. Rektor jest zachwycony i Jakub ma szansę na objęcie kierownictwa katedry.

Silnik przyjemnie mruczy, wchodząc na wyższe obroty. Wtóruje mu dzwoniący telefon. Jakub wciska ikonkę słuchawki na kierownicy.

– Pan Erenburg? – Słyszy głos nieznajomej kobiety.

– Tak.

– Dzwonię z kliniki South America Medical Center.

– Słucham.

Ostatnio oferowali mu opiekę osobistego anioła stróża. Zastanawia się, co jeszcze wymyślą. Ale tym razem nie chodzi o marketing.

– Chciałabym poinformować, że pani Vaniere jest już na naszym oddziale – mówi kobieta.

– Kto? – Jakub ma wrażenie, że czegoś niedosłyszał.

– Pani Sarah Vaniere.

– Przepraszam, ale to pomyłka. – Zamierzał się rozłączyć, gdy ponownie słyszy swoje nazwisko.

– Pan Jakub Erenburg? – upewnia się kobieta po drugiej stronie.

– Tak, to ja. Ale nie znam żadnej pani Vaniere.

– Jak to? – W głosie kobiety zabrzmiało niedowierzanie. – Jak to pan nie zna?

Poczuł ogarniającą go irytację.

– Normalnie. Normalnie nie znam. Mówiłem już, że zadzwoniła pani do mnie przez pomyłkę.

Ponownie ma zamiar się rozłączyć, lecz słyszy:

– Ależ proszę pana! To niemożliwe!

– Co niemożliwe?

– Pomyłka jest niemożliwa! Pański numer jest jedynym numerem alarmowym pani Vaniere!

– Nie rozumiem. – Na moment zdejmuje nogę z gazu, bo rozmowa staje się niebezpiecznie absorbująca.

– Pani Vaniere została przywieziona jako pacjentka do przeszczepienia w trybie nagłym i jest nieprzytomna – tłumaczy kobieta. – A w telefonie pacjentki tylko pana numer widnieje jako alarmowy. Rozumie pan, ten numer osoby bliskiej, który nawet bez hasła do telefonu pojawia się w nagłych wypadkach...

– Proszę pani! Wiem, co to jest numer alarmowy! – Jakub mówi głośno i dobitnie, starając się jednocześnie zachować spokój. – Nie trzeba mi tego tłumaczyć, ale ja po prostu nie znam żadnej pani Vaniere!

Konsternacja.

– Czy jest pan pewien?

– Proszę pani!

– Czy jest pan tego absolutnie pewien? Pozwolę sobie powtórzyć, że pani Vaniere czeka na przeszczepienie serca...

W głosie kobiety słychać niecierpliwość i oczekiwanie. Czego ona chce?

Jakuba oblewa zimny pot. Szokująca myśl przychodzi mu do głowy. To prawda, jest wpisany na listę dobrowolną dawców organów, ale przecież pośmiertnych! A na razie, chwała Bogu, jeszcze żyje!

*

Pies pojawił się nagle, wyskoczył z mroku. W ślepiach odbiły się żarówki reflektorów. Kierowca, pochłonięty rozmową przez telefon, zobaczył go za późno. Zacisnął dłonie na kierownicy i wdepnął pedał hamulca.

Dopiero kwadrans temu przestało padać, droga wciąż była śliska. Koła straciły przyczepność, tyłem auta zarzuciło w prawo. Kierowca wiedział, że musi odbić kierownicą w tę samą stronę, wtedy tor jazdy się wyrówna. Gdyby go wcześniej o to zapytać, udzieliłby właśnie takiej odpowiedzi. Ale ślepia psa się zbliżały i na spokój nie było czasu. Odruchowo skręcił w lewo. Samochód obrócił się dookoła własnej osi. A śliska droga dalej go niosła.

Wirując, znalazł się u szczytu zakrętu. Nasyp w tym miejscu był wysoki, daleko w dole rozpościerały się łąki. Z góry świeciły łąkom gwiazdy.

Dookoła panowała senność, jedynie wirujące auto burzyło ciszę nocy. A potem rozpaczliwy zgrzyt ocierającej się o balustradę blachy. I krzyk kierowcy wciąż ściskającego kierownicę skamieniałymi dłońmi.

Łąka znikła, rozległ się huk, a przez szybę samochodu widać już było tylko niebo.

Kierowca zobaczył Gwiazdozbiór Psa. Potem też dostrzegł Mały Wóz, za nim podążał Wielki Wóz, a po chwili ruch na niebie się uspokoił i powróciła cisza.

2. Pierwszy dzień w niebie

Pamięta oczy psa oraz zgrzyt blachy. Pamięta rozmowę przez telefon, ale we fragmentach. Ktoś do niego dzwonił w sprawie przeszczepu. Otwiera oczy i wie, że jest w niebie. Domyśla się, że za przekazanie innym swojego serca trafia się od razu do nieba.

Widzi nad sobą dwa anioły. Jasnowłose, zupełnie jak na świętych obrazkach. Zastanawia się, skąd ludzie za życia się dowiedzieli, jakiego koloru włosy mają anioły w niebie. Poza tym wypełnia go pustka. Potem zaczyna coś słyszeć. Na początku było słowo.

– Halo!

Zupełnie jakby ktoś do niego dzwonił. Wydało mu się to naturalne. Byłoby dziwne, gdyby w niebie nie korzystano z powszechnych osiągnięć cywilizacji.

– Halo, proszę pana!

Głos, miękki jak aksamit i ciepły, płynął z góry. Anioł mówił spokojnie, słowa brzmiały kojąco niczym szum morza. Jakub poczuł dotyk dłoni i zrozumiał, że z tego dotyku przed tysiącami lat powstał mężczyzna, tuż po tym, jak z morza zrodziły się ryby, a z nieba ptaki.

Zafalowało powietrze wokół istot o urzekającym zapachu. Znał ten zapach i wiedział, że tak pachnie życie, cała warta poznania rzeczywistość wokół kobiety.

– Panie Jakubie, czy pan mnie słyszy?

Zapach nabrał intensywności, dwa anioły pochyliły się nad nim, w głosie jednego brzmiała ciekawość, a w głosie drugiego niepokój.

– Tak – odparł chrapliwym głosem, który wcześniej do niego nie należał.

Podeszły do okna i zapisały coś w zeszycie przemian.

– A czy pan mnie widzi?

Trudno było nie dostrzec. Wysokie, okazałe, w bardzo opiętych błękitnych fartuchach. Gęste włosy zebrane w kucyki. Biodra jak globusy. Mocne uda, filary świata.

– Widzę was.

Anioły wyprostowały się, odeszły o krok i poprawiły okulary.

– Widzi pan nas?

Zamrugał, na wszelki wypadek zamknął oczy na kilka sekund, znów otworzył. Poza słodyczą unosił się w powietrzu jeszcze jakiś zapach. Jakby strachu i zapomnianego dawno płaczu, rozbitego w dzieciństwie kolana i szkolnej higienistki.

– Widzę.

– Nas?

– Was.

– A ile nas jest?

To były dziwne anioły, nigdy wcześniej nie spotkał żadnego o takiej nadwadze. Z jakiegoś teologicznego powodu niebo zamieszkiwały wyłącznie szczupłe blondynki. Te jego anioły były wyraźnie drugiej kategorii albo zatrudnione w publicznej służbie zdrowia.

Nie wiedział, co odpowiedzieć, pytanie wydawało mu się proste jak test do przedszkola, uznał więc, że jest podchwytliwe. Poczuł falę potu i to, że ciało lepi mu się do prześcieradła. Uświadomił sobie, że leży na nim nagi, przykryty tylko kusą koszulką pooperacyjną i drugim prześcieradłem. Na wszelki wypadek poprawił koszulkę, uznając, że w niebie, tak jak na ziemi, nie powinien być golasem.

– Wyrwie pan wenflon. – Anioły razem, jak na komendę, cmoknęły z niezadowoleniem. Ponownie się zbliżyły i trochę go zdziwiło, że nie płynęły w powietrzu, nie unosiły się nad ziemią, tylko normalnie szły, w dodatku kiwając się jak kaczki. Wzięły go za dłoń i ułożyły mu ramię ponownie wzdłuż tułowia.

– Więc ile nas jest? – powtórzyły. – Proszę odpowiedzieć.

Miał wrażenie, że znów ma osiemnaście lat, ponownie znalazł się na egzaminie maturalnym z matematyki i zaraz udzieli złej odpowiedzi. Całe wakacje jeszcze raz zostaną stracone, rodzice sami wyjadą nad morze, a on zostanie w domu z biurkiem zasypanym testami do egzaminu oraz z lodówką pełną mrożonek.

– Cztery. – Na wszelki wypadek podwoił liczbę aniołów. Uznał, że to bezpieczny wynik. Przypomniał mu się Tomasz z Akwinu zastanawiający się nad tym, ilu aniołów mieści się na końcu szpilki. Tu przestrzeń była elastyczna i zmieściłoby się ich sporo.

W tej elastycznej przestrzeni Tomasz z Akwinu patrzył na nich uważnie. Spoglądał w oczy aniołów i sprawdzał, czy dostrzegły, że skoro znów Jakub ma osiemnaście lat, to – jako nawrócony na wczesną młodość czterdziestolatek – otrzymał też w pakiecie z wiekiem poranną erekcję. Starał się wyczuć, czy właśnie z tego powodu zerkają na siebie porozumiewawczo i z uśmiechem zwracają się do niego:

– Tym to akurat niech się pan nie przejmuje.

Rzeczywiście, biorąc pod uwagę okoliczności, zareagował niestosownie. Na swoje usprawiedliwienie miał tylko to, że wprawdzie od dzieciństwa mówiono mu o cudach w niebie, ale nikt nie wymieniał wśród nich powrotu do porannych erekcji.

Anioły zauważyły, że jest zawstydzony reakcją organizmu, i lekceważąco wzruszyły ramionami.

– Tak czasami działają środki podawane na stres pourazowy. Nor-adrenalina podnosi ciśnienie tętnicze, pozostałe leki wpływają na serotoninę, a ta też miewa wpływ na ciała gąbczaste. No i bywa, że pacjenci się skarżą na takie reakcje. Ale z dwojga złego, lepiej, gdy się skarżą w szpitalu na mimowolną erekcję niż na jedzenie.

Anioły roześmiały się szczerze, bo anioły wszystko robią szczerze. Po czym dodały:

– Zresztą, przyczyną mogą być też zmiany uciskowe w obrębie kręgosłupa, ale to i tak cud, że pan wyszedł z tego cało. Święty Krzysztof miał pana w opiece.

– Trudno powiedzieć, że cało, skoro musiałem oddać serce – zauważył cierpko Jakub.

Nie miał zamiaru im wypominać, ale mogli przecież jeszcze zapytać.

– W jakim sensie? – zdziwiły się anioły.

– Dosłownym przecież. Owszem, zgodziłem się na oddanie serca do przeszczepienia, ale byłem pewien, że nie stanie się to za mojego życia, lecz dopiero po śmierci.

Anioły się cofnęły.

– Zaraz przyjdzie pani profesor – odpowiedziały chórem, coś mu podały przez wenflon i kiwając się jak kaczki, wyszły gęsiego.

3. Człowiek jest pełen niepotrzebnych słów

Słyszy skrzypnięcie drzwi, więc chyba jednak nie jest w niebie. W niebie żadne drzwi nie powinny skrzypieć. Od tego jest niebo, żeby nic tam nie skrzypiało i nie kapała woda z kranu.

Jakub ponownie się budzi i otwiera oczy. Dwie kobiety zbliżają się do jego łóżka. Szczupła trzydziestolatka w białym kitlu narzuconym na ramiona i nieco starsza od niej tęga brunetka w wielkich okularach.

– Poznaje pan? – Słyszy głos z kąta pokoju. To nie anioł, lecz pielęgniarka. Prawdopodobnie nadal prowadzi zeszyt przemian.

– Czy poznaję? – Jakub próbuje zebrać myśli.

– Poznaje pan narzeczoną? – precyzuje pielęgniarka.

– To ja mam narzeczoną? – dziwi się Jakub. Nie pamięta... Zerka na kobiety stojące przy łóżku, obie wpatrują się w niego bez słowa. Brunetka z ciekawością, a ta szczupła, w fartuchu, tak bardziej ze strachem. Jakub patrzy w górę i widzi foliowy woreczek z płynem do kroplówki. Czuje, jak krąży już w żyłach, i podejrzewa, że podano mu serum prawdy. Nie chce niczego ukrywać, ale prawda jest gdzieś poza nim, odległa.

– Co ja tu robię? – pyta za Jakuba obcy głos z jego głowy.

– Miał pan wypadek – przypomina pielęgniarka i obraca kartkę w zeszycie przemian. – Ale wygląda na to, że dochodzi pan do siebie.

Ciekawe, ile człowiek musi iść, żeby dojść do siebie. Ciekawe, czy to daleko. Jakub zamyka oczy, a pod powiekami zaczynają mu się pojawiać różne obrazy. Początkowo jest ich kilka, potem kilkanaście: jacyś ludzie i ich domy, w środku pokoje, a w nich starodawne meble i półki z książkami, potem auta, ulice i nowi ludzie, nowe domy i wszystko zamienia się w szybko przewijający się film, chaotyczny, poskładany z obrazów nocy i dni, dobranych przypadkowo i byle jak, zupełnie jakby to były ścinki marnych epizodów, a nie całe jego jakubowe życie.

Zrozumiał, że tak właśnie dochodzi się do siebie.

– Miałem wypadek? – Jest bardzo zdziwiony. – Myślałem, że znalazłem się tu z powodu przeszczepu serca.

– Nie, proszę pana, ma pan zdrowe serce...

– Nie, nie – od razu wyprowadza pielęgniarkę z błędu – to moje serce miało zostać przeszczepione.

– Jak to przeszczepione? – Pielęgniarka przygląda mu się z niepokojem.

– No, normalnie, komuś innemu.

– No tak. – Kiwa głową ze zrozumieniem. – Właśnie dlatego martwimy się teraz o pana głowę.

– Mam mocną głowę... – zapewnia Jakub, podejrzewając, że pielęgniarka dla niepoznaki usiłuje zmienić temat.

– Panie Jakubie, czy rozpoznaje pan narzeczoną? – powtarza pielęgniarka, pomijając kwestię serca i głowy.

Ponownie Jakub przygląda się kobietom. Brunetka kogoś mu przypomina. Może matkę. Emanuje ciepłem i ma miły, chociaż poważny wyraz twarzy. Trzydziestolatka jest zaś uroczą blondynką z włosami podciętymi nad karkiem i zaczesanymi za uszy. Delikatna twarz, jasne brwi, błękitne oczy. Szczupła, zgrabna, bardzo zadbana. Spod kitla wystaje jej kremowa bluzka z dekoltem i jasne spodnie ze świeżym kantem.

Żadnej z tych twarzy Jakub nie potrafi sobie przypomnieć. Ogarnia go strach. Co teraz z nim będzie? Co się teraz stanie? Czuje się jak porzucone dziecko, może dlatego zamiast wspomnień twarzy wracają odległe westchnienia w głąb piersi. Ta blondynka ma mały dekolt, pewnie widział gdzieś podobny, niestety też go nie pamięta. Bliższy jest mu biust drugiej kobiety. Obfity, zapewne otulająco miękki i rozkosznie ciepły, ale teraz w całości ukryty pod obcisłym sweterkiem. Równie jak sweterek opięta jest spódnica na wystającym brzuchu. Gdyby Jakub mógł teraz wybrać sobie narzeczoną, to nie miałby wątpliwości. Wolałby drobną blondynkę, ale ten wybór był już przecież za nim, kiedyś go dokonał i o ponownym nie było mowy.

To jednak właśnie ona po chwili zaczęła mu się wydawać znajoma. Zamknął oczy i szukał w pamięci, która wracała łaskawie, lecz jednak powoli. Tak, tak, to tę kobietę znał na pewno.

W kieszeni jednej z tych kobiet zadzwonił telefon. Dobiegł go szept pielęgniarki.

– Pani Margaret, proszę wyłączyć...

Nagle go olśniło. Blondynkę widział w swoim ulubionym filmie, Wilk z Wall Street Martina Scorsese. Grała żonę Leonarda DiCaprio. A potem we Francuskiej suicie, nakręconej na podstawie wspaniałej powieści Irène Némirovsky. Miał o tej powieści gościnny wykład, chyba na uniwersytecie w Heidelbergu. A może na Oksfordzie? Tak, tak – ta kobieta nazywa się Margaret albo Margot Robbie. I na pewno nie mogła być jego narzeczoną, chociażby dlatego, że nigdy nie mieszkał w Hollywood. Tego był pewien. A więc brunetka!

– Co tu robi Margot Robbie? – pyta pielęgniarki, dając do zrozumienia, że wszystko sobie przypomniał.

Pytanie zawisa w powietrzu jak urodzinowy balonik. Dmucha w jego kierunku i uśmiecha się przy tym do puszystej brunetki, by nie myślała, że się waha. Nikt by nie chciał się znaleźć w sytuacji, w której przyszły małżonek go nie poznaje. Puszcza do niej oko.

– Czy pamięta pan swoje nazwisko? – Spod okna pada kolejne pytanie.

– Tak, oczywiście – tym razem nie ma wątpliwości – nazywam się Erenburg. Ilja Erenburg.

– Ilja? – Pielęgniarka nieco się dziwi.

– Przepraszam, na imię mam Jakub, oczywiście – poprawia się natychmiast, a fala pamięci gwałtownie zaczyna powracać, przynosząc coraz większe ławice wspomnień. – Ilja to był mój dziadek – mówi. – Pisał książki, niektóre nawet udane, może pani którąś czytała? Rwacza na przykład albo Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca? Tak, druga z pewnością była najzabawniejsza, podobała się młodszemu bratu narzeczonej, który zazwyczaj niczego nie czyta, a tę jednak przeczytał. Ma na imię Piotruś, niedawno wyjechał na studia za granicę...

– A jak ma na imię pana narzeczona? – przerywa pielęgniarka.

– Tak, właśnie, Piotruś też próbował czytać Niezwykłe przygody Julia Jurenity i jego uczniów, moim zdaniem to najlepsza z książek dziadka, ale do Piotrusia jakoś nie dotarła, a narzeczona w ogóle nie lubi literatury rosyjskiej, zresztą, to nie są dobre dla niej czasy. To znaczy, dla literatury rosyjskiej, a nie dla narzeczonej. Ona jest po polonistyce i pracuje w wydawnictwie – terkocze jak nakręcony, wciąż szukając w pamięci imienia brunetki.

Nie może powstrzymać wzbierającego potoku słów, płynącego niezależnie od jego woli. Pamięć odzyskuje kolejne obszary i Jakub czuje bezwzględną potrzebę natychmiastowego ich opisu.

– Zajmuje się redagowaniem książek – tłumaczy – to znaczy narzeczona zajmuje się redagowaniem, a ja prowadzę zajęcia z kreatywnego pisania, piszę przy tym pracę o współczesnej literaturze erotycznej, stąd też znam bardzo niefortunne cytaty, ale to dygresja, człowiek jest pełen niepotrzebnych słów, a ja mam na imię Jakub, czuję się dobrze, tylko nie pamiętam tego wypadku i nie wiem, co się właściwie stało.

Pielęgniarka stuka ołówkiem w notatnik, patrząc wyczekująco, a on unika jej wzroku, wiedząc, że jest u niej zadłużony na dwa pytania bez odpowiedzi. Zadłużony jest również u dwóch pozostałych kobiet, więc uśmiecha się porozumiewawczo do krągłej brunetki, swojej biednej narzeczonej, której imienia nie może odszukać w pamięci, i mówi:

– Już jest dobrze, kochanie.

Chce w ten sposób zmniejszyć ciężar zadłużenia i ostatecznie rozwiać wszelkie wątpliwości, ale w tym momencie zauważa, że brunetka ma na stopach noszone przez większość personelu medycznego crocsy, a spod spodni platynowej blondynki wystają eleganckie szpilki. To drga w nim płomykiem zwątpienia, który rozpala się radośnie natychmiast po tym, jak blondynka rzuca białym kitlem o podłogę i ukrywszy twarz w dłoniach, z płaczem biegnie w kierunku drzwi.

Mimo jej łez nie może się zdobyć na współczucie i z zachwytem patrzy na jej zgrabne łydki i okrągły tyłek. Ma ochotę biec za nią i przepraszać, po stokroć przepraszać i tłumaczyć się ze swej niepoczytalności, ale przy łóżku trzyma go wenflon.

Nie wszystko jeszcze rozumiejąc, zwraca się do pielęgniarki:

– Czy moją narzeczoną jest Margot Robbie?

A pielęgniarka parska śmiechem:

– Oczywiście! I aż dziwię się, że miał pan wątpliwości. A pan jesteś Mads Mikkelsen. Tydzień temu widziałam pana w ostatnim filmie o Indianie Jonesie. Takie tu mamy Los Angeles, prawdziwe miasto aniołów.

Uśmiecha się rozpromieniony. Wielu rzeczy jeszcze nie wiedział, a może tylko nie pamiętał. Rozumiał już jednak, że skoro ma tak wspaniałą kobietę, to mu się w życiu udało. Jest niesamowitym szczęściarzem i serce jest z nim.

4. Banda łysego mściciela

Godzinę później do pokoju Jakuba weszła kobieta przebrana za pielęgniarkę. Wyglądała, jakby dopiero opuściła witrynę seks shopu.

– Jak się pan miewa? – zapytała słodkim głosem, bo cała była chodzącą słodyczą i głosy o innym smaku nie przechodziły jej przez gardło.

– Nie wiem jeszcze – odparł Jakub, albowiem nie był przekonany.

– Moje biedactwo.

Podeszła do łóżka, usiadła obok i wzięła go za rękę. Jej dłoń była miękka i ciepła. Rzadko się czuje tak miły dotyk podczas snów. Musnęła kciukiem wnętrze jego dłoni.

– Ma pan niskie ciśnienie. Zaledwie pięćdziesiąt siedem na osiemnaście. To bardzo niskie ciśnienie.

– Na osiemnaście? – chciał się upewnić, bo nigdy o takiej wartości ciśnienia nie słyszał.

– Tak, dokładnie na osiemnaście.

– Jest pani pewna? Człowiek chyba nie może mieć takiego ciśnienia.

– Ale pan ma. I to bardzo niedobrze.

– Jak bardzo?

– Nie ma pan pojęcia, jak bardzo. – Pochyliła się nad nim i spojrzała mu w oczy. Głęboko, bo jakże inaczej. – O, widzę pilną potrzebę niesienia pierwszej pomocy.

– Jest pani pewna? Chyba aż tak źle jednak się nie czuję.

– Niestety, jest pan w błędzie. – Zrobiła surową minę i wciąż patrząc mu w oczy, sięgnęła dłonią pod kołdrę.

Poczuł dotyk jej palców.

– Widzi pan? Łysy mściciel nie oddycha.

– Łysy mściciel? – zdziwił się trochę. – Nie oddycha?

– Nie.

– Na pewno nie oddycha? – Nagle się zaniepokoił.

– Chyba nie obejdzie się bez reanimacji.

Coś tam zrobiła ręką i już oddychał. A potem obaj mocno zasnęli.

*

Po przebudzeniu nabrał pewności, że nie jest w niebie. Na drugie danie podano bowiem rozlazłą kaszę i plaster usmażonej mortadeli, co ewidentnie wskazywało na realia ziemskiej służby zdrowia.

Potem przeanalizował sytuację i doszedł do wniosku, że tamtą uczynną pielęgniarkę przysłano po to, by w sposób naturalny odciążyła organizm od skutku ubocznego leków podawanych mu na stres pourazowy. Wydawało się to nawet logiczne – odkąd sięgał pamięcią, w jego kraju braki w postępie cywilizacyjnym usiłowano zastąpić rękodziełem artystycznym. Serwetki haftowane, ciupagi z drewna, wełniane skarpety, dlaczego więc nie petting.

Po obiedzie ponownie przyszła pielęgniarka. Podeszła do łóżka tak jak tamta i zapytała podobnie:

– Jak się pan czuje?

– W porządku, ale chyba mi nie oddycha.

– Słucham?

– Znów przestał mi oddychać.

– Co panu przestało oddychać?

– No, łysy mściciel mi nie oddycha.

Pielęgniarka zmierzyła mu temperaturę i wyszła.

Komórka leżąca na szpitalnym stoliku zabrzęczała przychodzącym SMS-em. Jakub sięgnął po nią i odczytał nadaną przez przyjaciela wiadomość: „Wysłałem ci dziewczynę w stroju pielęgniarskim. Mam nadzieję, że jak ci postawi, to też od razu wstaniesz na nogi”.

5. Beverly Hills 90210

Śniła mu się jego droga narzeczona, świeżo odzyskana z niepamięci. Leżała naga, a on pochylał się nad nią i opuszkami palców poznawał ją od nowa. Nie doszedł nawet do połowy, gdy obudziło go sakramentalne pytanie:

– Jak się pan czuje?

Nic w tym szpitalu nie męczyło go tak bardzo, jak to pytanie. Gdy odpowiada zgodnie z prawdą, że tu go boli albo tam, że kręci mu się w głowie albo w żołądku, natychmiast dzieje się coś nieprzyjemnego. Stukają go kamertonem w głowę, potem w kolano i nasłuchują błądzących po nim dźwięków. Ściskają za uchem, aż wariuje błędnik. Wpinają w wenflon kolejną kroplówkę, a on patrzy, jak kolejna ciecz wpływa mu do wnętrza, i boi się chwili, w której zbiornik będzie pusty, bo wtedy bańka powietrza może go zabić. Bańki powietrza boją się wszyscy pacjenci i mówią, że jeśli w odpowiedniej chwili nie odłączy się kroplówki, to taka bańka może krwiobiegiem dopłynąć, gdzie chce, i wybuchnąć na przykład w głowie. Jest tu nawet taki nielegalny pielęgniarz, który po pracy w kuchni chodzi po oddziałach i prywatnie odłącza kroplówki potrzebującym, biorąc po dwa złote za sztukę.

– Nic mi nie jest i czuję się wyśmienicie – kłamie więc na wszelki wypadek.

– No widzi pan, a tyle osób narzeka na służbę zdrowia.

Stoi nad nim ta brunetka w okularach, którą wcześniej pomylił z narzeczoną. Tym razem w lekarskim kitlu, a nie dla niepoznaki w sweterku.

– Jestem profesor Magdalena Gosińska-Mayer, w skrócie MGM – przedstawia się i pyta, czy słyszał o ustawieniach hellingerowskich.

Gdy zgodnie z prawdą odpowiada, że być może coś słyszał, ale nie pamięta, kobieta wyjaśnia, że to rodzaj terapii, głównie rodzinnej, odkrywającej ciemne niekiedy zaułki pamięci, a ona chciałaby zaproponować coś podobnego, a jednak zupełnie nowego. Mianowicie stosowane przez amerykańskich psychiatrów najmodniejsze w nowoczesnej psychologii ustawienia Beverly Hills. Niepokoją ją bowiem pewne luki w jego pamięci, o ile pewną luką nazwać można niepamiętanie kobiety, z którą się mieszka.

Zgodnie z metodą ustawień Beverly Hills, jak tłumaczy profesorka, każdej z bliskich sobie osób ma przyporządkować postać wybranego aktora lub wybranej aktorki – tak, by przynajmniej jakiś wyróżniający szczegół był między nimi podobny. Przy czym podobieństwo nie musi być duże, może to być kojarzący się z kimś konkretnym szczegół, na przykład kolor oczu albo łysina. Następnie powinien postaciom tym przyporządkować role podobne do tych, jakie mają w jego życiu, i w wyobraźni pobawić się nimi jak marionetkami. One w jego podświadomości już się uruchomią i dalej zaczną grać same. Dzięki temu przywrócą mu w świadomości pierwotny porządek i jeśli znów pojawią się kłopoty z pamięcią, wystarczy sięgnąć do tych postaci, a wszystko zacznie wracać na swoje miejsce.

Zgodził się, uznając, że lepsze to niż kolejna kroplówka lub stukanie kamertonem w głowę.

*

Gdy wyszła, zaczął ustawienia Beverly Hills od narzeczonej, tak fantastycznie podobnej do Margot Robbie. Od razu wrócił do swego snu, co bardzo mu się pod kołdrą podobało, i pozytywnie ocenił pierwsze skutki terapii.

Właśnie. Jest istotna rzecz do wyjaśnienia. Już pamięta. Znają się od wielu lat, mieszkają ze sobą od trzech. Od czterech są regularnymi przyjaciółmi, od dwóch nieregularnymi kochankami. Nieregularność bierze się stąd, że ona czasami woli kobiety. No i przez cały ten czas nie lubili, gdy ktoś mówił, że mieszkają w konkubinacie. Bo nie mieszkają w konkubinacie, tylko w mieszkaniu. Poza tym „konkubinat” to słowo równie brzydkie, jak „spuścizna” i „śluzówka”, nie mówiąc już o prerogatywie, dlatego nie chcieli go stosować. Rok temu zaczęli używać wobec siebie określeń takich jak narzeczony i narzeczona, chociaż wtedy nie planowali ślubu. Ale brzmiało to pełniej niż kochankowie, partnerzy czy przyjaciele, i zauważyli, że jakoś bardziej do nich pasuje. Owszem, zastanawiali się, jakby to było, gdyby zostali małżeństwem. Czasami mają na to ochotę, ale wciąż oboje są równie niezdecydowani. Ślub to chyba sprawa zbyt ostateczna jak na dwoje niezdecydowanych ludzi. Poza tym Jakub już raz miał mieć narzeczoną. Nazywała się Sara i była wówczas całym jego światem, ale ten przestał istnieć.

Nowy świat ponownie powstaje z chaosu i w nim jego przyjaciółka, kochanka i partnerka – w tej trójcy jedyna. Ma na imię Margaret i tak też na nią mówi – Margaret lub Margaretka, zależnie od nastroju. No ale idźmy dalej, skoro ją już tak dobrze pamięta.

Teraz jej młodszy brat Peter, zwany Piotrusiem. Jakub nie jest wybitnym znawcą kinematografii i jako jego filmowy odpowiednik na myśl przychodzi mu tylko Tom Holland, młodziutki i trochę nawet do Piotrusia podobny. Jego plakat jako Spider-Mana wisiał kiedyś w ich przedpokoju.

No to jest już z nimi Margot Robbie i Tom Holland. Kto następny? Niech będzie Jack, jego długoletni przyjaciel, niegdysiejszy amant Margaret. Naprawdę ma na imię Jacek, ale uwielbia Piratów z Karaibów, a zwłaszcza kapitana Jacka Sparrowa, a poza tym jest snobem, więc woli, jak mówią na niego Jack. Kobiety uważają, iż to imię bardzo do niego pasuje, bo jack to także rodzaj bolcowej wtyczki, a Jackiem rządzi właśnie jego bolec. Jakub myśli, że dobry byłby w tych ustawieniach profesorki MGM jako Joe Pesci albo ten drugi, jeszcze brzydszy, Steve Buscemi z Pulp Fiction. Swoją drogą, zastanawia się, jak to jest, że brzydki Steve Buscemi jest znanym, wybitnym i dobrze opłacanym aktorem, a brzydki Jack jest po prostu brzydkim Jackiem. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

Teraz może jeszcze Liza, żona Jacka. On sam mówi o niej, że ma pupę jak Kim Kardashian. To w jego ustach ma być komplement, ale Jakub sprawdził to kiedyś w internecie i ma wątpliwości. Tyłek tak jakby za bardzo odstaje jej od ciała i ledwo za nim nadąża. Ale Liza rzeczywiście, przynajmniej od pupy strony, jest bardzo do niej podobna. Zgrabna, ciemnooka i czarnowłosa.

On zaś, zgodnie ze słowami pielęgniarki, mógłby w tych ustawieniach przypominać Madsa Mikkelsena, z tym akurat byłby w stanie się zgodzić – obaj są szczupli, wysocy i dobrze zbudowani, z grzywą ciemnoblond włosów opadających na czoło.

No i super. Po kwadransie ma w głowie niemal pełną obsadę i może spokojnie oddać się ustawieniom Beverly Hills.

*

Zamyka oczy i już pozwala toczyć się akcji, dalszemu ciągowi snu ze swoją Margaret vel Margot Robbie, gdy słyszy dźwięk przychodzącego SMS-a. Sięga po telefon i odczytuje: „Tęsknię. Znów tęsknię”.

Domyśla się, że to Margaret, więc ochoczo odpisuje: „Ja też, Kochanie”.

Ona odpowiada: „Znów jestem dla ciebie ruda, jak lubisz”.

„Zdążyłaś pójść do fryzjera?” – nie kryje zdziwienia.

„Przed operacją. Ale pod brzuszkiem pozostał blond”.

„To dobrze. Lubię Twój blond, zwłaszcza tam”.

„Chcesz zobaczyć?” – proponuje po raz pierwszy, odkąd się znają. Chyba rzeczywiście się stęskniła – myśli Jakub, czując radosne podniecenie.

„Jasne!”

Przesyła zdjęcie. Co za widok! Do tej pory była tam lekko przystrzyżona, a teraz ma wąziutki pasek, przez co po obu jego stronach widać fragmenty ciała, którego nigdy tak odsłoniętego nie dotykał. A ona, już przecież rozebrana, wydaje się jeszcze bardziej naga.

„Chcę Cię i już do Ciebie lecę” – odpisuje natychmiast, chociaż nie tylko kroplówka i kołnierz ortopedyczny trzymają go na miejscu.

Odpowiedź nieco go zaskakuje: „Więc kiedy mnie w końcu odwiedzisz? Znów jestem sama i nikt nam nie będzie przeszkadzał”.

Jak to – odwiedzi? Gdzie ma ją odwiedzić, skoro mieszkają razem? Poza tym to on leży w szpitalu i tylko ona może go na razie odwiedzić... Dziwne. Sprawdza numer i okazuje się, że nie ma go wśród telefonicznych kontaktów. Szlag! Co za absurdalna pomyłka! Pisał z obcą kobietą! No doprawdy... to chyba tylko jemu mogło się zdarzyć. Z żalem, że to nie Margaret, kasuje zdjęcie i odkłada telefon.

Przez kilka minut wpatruje się sufit i marszczy czoło, ale to nie pomaga. Tym razem nie odpisuje i po kwadransie przychodzi nowa wiadomość. A konkretnie – pytanie: „Kubuś! Czy wszystko w porządku?”.

Czyli to jednak nie jest pomyłka? Nie może sobie jednak przypomnieć żadnej kobiety, która mogłaby się tak do niego zwracać. Wprawdzie pamiętać można tylko to, co się zdarzyło, a nie to, czego nie było, ale tego akurat jakoś dziwnie jest pewien: od lat żadna kobieta nie zdrabniała jego imienia. Chyba właśnie od czasów Sary i lat studenckich.

Czuje, że wracają mu wspomnienia i pamięta już głos Margaret, jej dotyk i śmiech. Wie, jak wygląda ich mieszkanie, jaką drogą jedzie do pracy i na którym miejscu parkuje, a przynajmniej parkował do czasu wypadku. Wie, w którym pokoju stoją regały z książkami, i bez problemu może opisać zawartość każdego po kolei, z zamkniętymi oczami trafi z łazienki do sypialni, po omacku i bez słów znów potrafiłby wyjść naprzeciw każdemu gestowi swojej narzeczonej. Ponownie zna ją bardzo dobrze i jest pewien, że nie używa zdrobnień.

Bez przekonania odpisuje oględnie: „Jest coraz lepiej, dziękuję”. I skoro numer, spod którego przychodzą te wiadomości, wciąż nic mu nie mówi, zapisuje go w liście kontaktów pod dość oczywistą w tej sytuacji nazwą: Ruda.

Ignoruje jednak wiadomość, która przychodzi kilka minut później: „To czekam na Ciebie niecierpliwie”.

*

Spał i śnił, a może nie był to sen, gdy do pokoju ponownie weszła Margot Robbie. Usiadła przy łóżku i z troską spojrzała na poturbowanego Madsa Mikkelsena. Głowę i dłonie miał obandażowane, na szyi kołnierz ortopedyczny. Zerknęła na telefon i zobaczyła powiadomienie przypominające o nowej wiadomości. Pewnie by jej nie czytała, gdyby nie nazwa nadawcy wyświetlająca się na ekranie. Bliżej nieznana Ruda zaintrygowała ją natychmiast, a zwłaszcza jej kolejne zdjęcie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Powieści obyczajowe, kryminały, thrilleryWciągające i niebanalneZaczytaj się!

www.prozami.pl

Księgarnia wysyłkowawww.literaturainspiruje.pl

.

Aleksandra Tyl

Zgodne małżeństwo

W tej komedii nie odnajdziecie romantycznych uniesień. To powieść ANTYromantyczna, w której małżonkowie odkrywają w sobie nieznane dotąd instynkty. Uprzejmie prosimy nie brać przykładu z bohaterów.

Po dwudziestu latach małżeństwa Joanna i Jacek rozumieją się niemal bez słów. Bo i wielu słów nie potrzeba, gdy brakuje tematów do rozmów. Trochę brakuje też emocji w związku, ale kto by się tym przejmował, skoro pozornie wszystko gra.

Nadchodzi jednak moment, kiedy rutyna zaczyna doskwierać. Najpierw Jackowi, który zbliżając się do pięćdziesiątki, czuje na karku nieprzyjemny podmuch mijającego czasu. Czuje go tak mocno, że rozbudza się w nim głęboka chęć do zmiany. Bo czy nie byłoby przyjemnie rozpocząć nowe, lepsze życie? Nowe miejsce, nowa kobieta, nowe plany... Jacek, nakręcony marzeniami, zaczyna działać. Na horyzoncie pojawia się potencjalna kochanka oraz plan, jak zdobyć szybkie pieniądze umożliwiające realizację upragnionego celu. Wprawiona w ruch machina zdaje się nie do powstrzymania. Do czasu, gdy Joanna zaczyna coś podejrzewać...