Cień nad Wieliczką - Janusz Rosek - ebook
NOWOŚĆ

Cień nad Wieliczką ebook

Janusz Rosek

0,0

12 osób interesuje się tą książką

Opis

W czasach, które wymagają odwagi, najtrudniej zawalczyć o siebie

Czasy PRL-u. Andrzej dorasta w niewielkiej wsi pod Wieliczką, gdzie sąsiedzi wiedzą o sobie wszystko i starannie planują przyszłość swoich dzieci. Jego rodzice – głęboko wierzący i zaangażowani w działalność Solidarności – pracują ponad siły, by zapewnić rodzinie byt. Andrzej stara się ich nie zawieść, ale z biegiem lat coraz wyraźniej czuje, że jego przekonania rozmijają się z wartościami wyniesionymi z domu, a pragnienia sięgają daleko poza granice rodzinnej wsi.

Wreszcie postanawia się zbuntować i gdy otrzymuje powołanie do wojska, dołącza do szeregów Milicji Obywatelskiej. Nieświadomy nadchodzących przemian społeczno-politycznych, mimowolnie staje się uczestnikiem wydarzeń, które na zawsze zmienią to, kim jest…

„Cień nad Wieliczką” to poruszająca opowieść o dorastaniu w państwie, gdzie religia ściera się z ideologią, a miłość do bliskich z pragnieniem wolności. Wielowarstwowa historia o odwadze do szukania własnej drogi oraz cenie, jaką czasem trzeba za nią zapłacić.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 197

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przemiany

Życie niejeden raz nas zaskakuje, pisze scenariusze, których nie wymyśliliby najwięksi pisarze.Otwiera przed nami różne możliwościi daje każdemu jeszcze jedną szansę.Ważne, żeby ją dostrzec i dokonać właściwego wyboru.

Janusz Rosek

Rozdział 1 W domu rodzinnym

Andrzej urodził się w małej miejscowości niedaleko Wieliczki, w rodzinie chłoporobotników. Ich niewielkie gospodarstwo rolne w dużej części porośnięte było kępami wikliny, z której matka Andrzeja, Krystyna, wyplatała kosze. Ojciec Feliks z brygadą hydraulików wyjeżdżał w delegacje i pracował przy budowie instalacji wodnych w Suchej Beskidzkiej i Makowie Podhalańskim. Zajęcia te nie przynosiły znaczących dochodów, dlatego starali się jakoś powiązać koniec z końcem, co nie było wcale łatwe.

Problemy pojawiły się z chwilą rozpoczęcia budowy nowego domu. Już po paru miesiącach matka Andrzeja podupadła na zdrowiu. Przestała pracować i zarabiać. Po dokładniejszych badaniach okazało się, że ma raka. Rozpoczęła się walka o jej życie. Pieniądze przeznaczone na budowę topniały w zastraszającym tempie. Ojciec próbował w pojedynkę zarobić na utrzymanie i spłatę zaciągniętych kredytów, a matka poddała się leczeniu. Chemia, lampy, znowu chemia. Wydawało się, że nie będzie temu końca. Nastąpiły przerzuty do innych części ciała. Walczyła.

Rodzice Andrzeja byli bardzo wierzący. Ojciec, gdy nie było żadnej poprawy, postanowił zawierzyć życie żony Bogu. Udał się do klasztoru pod wezwaniem Stygmatów Świętego Franciszka z Asyżu w Wieliczce i dał ostatnie pieniądze na kilka mszy w intencji uzdrowienia. Po niespełna dwóch tygodniach choroba wyhamowała, a zmieniona metoda leczenia przyniosła oczekiwane efekty. Matka wyzdrowiała. Wróciła do domu.

Ojciec przez cały ten czas pracował ponad siły, brał kolejne zlecenia po godzinach pracy. Jednego razu zainstalował przyłącze zimnej wody do chlewni sąsiada i rozprowadził całą instalację. Kiedy indziej wykonał całą sieć poidełek dla kurcząt w wielkim kurniku, wreszcie zaprojektował i wykonał instalację centralnego ogrzewania w domu bogatej wdowy na drugim końcu wsi. Wstawał o świcie i wracał późną nocą. Nie odpoczywał i nie jadł tak, jak powinien przy tak wyczerpującej pracy. To się nie mogło skończyć dobrze. Kiedy matka wracała do zdrowia, ojciec przeszedł zawał i chcąc nie chcąc, musiał zwolnić tempo. Był zrozpaczony. Musieli zatrzymać kolejny etap budowy domu.

Mieszkali w suterenie, a właściwie w piwnicach, bo zgodnie z projektem dom posiadał piwnice i wysoki parter. Pomieszczenia, które normalnie stanowiłyby parter budynku, celowo obniżono, aby nie można ich było zaliczyć do mieszkalnych. Taki projekt był tańszy. Było więc nisko, ciemno i zimno. Małe okienka piwniczne nie dawały odpowiedniej ilości światła, a prądu elektrycznego jeszcze w tym domu nie było. Jedynym źródłem światła w nocy była mała butla gazowa z lampionem ustawiona wysoko na kredensie, aby oświetlała całe pomieszczenie. Piwnice na początku ogrzewał tymczasowy żeliwny piecyk typu „koza”, a później kaflowy piec. Wszyscy mieszkali w jednej izbie, aby zaoszczędzić na ogrzewaniu pozostałych pomieszczeń. W dzień nie było źle, ale w nocy było znacznie gorzej. Zimno, ciemno i nieprzyjemnie. Brak toalety w budynku również był dużą niedogodnością.

Dzięki pomocy rodzin Krystyny i Feliksa oraz zaciągniętym w banku kredytom rodzice Andrzeja wreszcie wybudowali i zadaszyli niewielki dom. Po kilku latach opuścili wilgotne, ciemne piwnice i zamieszkali na wysokim parterze. Kosztowało ich to dużo zdrowia i wielu pieniędzy. Najgorsze było to, że przez cały ten czas zmuszeni byli spłacać swoje zobowiązania wobec banku.

Andrzej rósł i rozwijał się. Ukończył szkołę podstawową z wyróżnieniem i rozpoczął naukę w zasadniczej szkole zawodowej łączności.

Wtedy właśnie wydarzyło się coś, co wpędziło w rozpacz jego rodziców. Andrzej nieraz słyszał ich rozmowy i pojawiające się zwątpienie w sprawiedliwość Bożą:

– Za jakie grzechy karzesz nas, Panie? Zrobiliśmy coś złego, czy ktoś nas przeklął?

Nie wiedział, co ma o tym myśleć. Pamiętał swoich rodziców gorliwie wierzących w Boga, modlących się każdego dnia i przypominających mu, żeby żył według Bożych przykazań. A dziś? Coś złego zawisło nad ich rodziną.

Andrzej uległ poważnemu wypadkowi na motorowerze. Stracił przez to rok nauki, a co gorsza wskazano go jako sprawcę wypadku. Rodzice nie umieli mu tego wybaczyć. Czuł się z tym źle i rozważał możliwość opuszczenia rodzinnego domu przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ukończył dziewiętnaście lat i otrzymał wezwanie do wojska.

Bił się z myślami, czy powiedzieć bliskim o podjętej niedawno decyzji, gdyż doskonale wiedział, jak ją odbiorą. Jak policzek. Gdy był dzieckiem, zawsze słuchał swoich rodziców i postępował zgodnie z ich słowami. Nie chciał dokładać im kolejnych problemów. Realizował zatem nakreślony przez rodziców plan: najpierw szkoła, potem wojsko, potem dziewczyna, a na końcu rodzina. Robił to, nie zważając na dobro własne, ale ku radości rodziców. Tym razem jednak postanowił się wyłamać, wziąć sprawy we własne ręce. Bał się jednak ich reakcji. Nawet nie tego, że nie pochwalą go za podjęte decyzje, tylko czy jego pomysł nie przyprawi ich o kolejne problemy zdrowotne. Nie zamierzał jednak mieszkać na wsi, nie chciał brać sobie za żonę dziewczyny, którą widzieliby u jego boku rodzice, nie mógł iść obraną przez nich drogą. To była ich droga. Postanowił bez ich wiedzy zadeklarować w Wojskowej Komisji Uzupełnień chęć odbywania służby wojskowej w szeregach Milicji Obywatelskiej. Liczył na możliwość pozostania w tych strukturach po odbyciu służby kandydackiej, na mieszkanie z puli Urzędu Spraw Wewnętrznych w Krakowie, na godziwe życie w mieście.

Zdawał sobie sprawę, że rodzice nie przyjmą tego do wiadomości, zwłaszcza że oboje należeli wtedy do NSZZ „Solidarność”, a matka była nawet przewodniczącą lokalnego związku.

-

Było mu ciężko, ale miał w pamięci słowa rodziców o tym, jak stał się zakałą rodziny, jak naraził ich na koszty i pośmiewisko. Oboje uważali, że przez niego stracili dobre imię we wsi, bo syn spowodował wypadek drogowy i przegrał sprawę w sądzie. Postanowił więc odejść. Opuścić miejsce, w którym ludzie nie byli mu przychylni. Odwrócili się od niego nawet najlepsi koledzy, kiedy spędzał kolejne miesiące unieruchomiony w gipsie. Dziewięć miesięcy. Sporo czasu na wysłuchiwanie oskarżeń. Musiał z tym skończyć. Wybrał swoją drogę, ale sam nie był przekonany, czy rzeczywiście tego pragnie. Nigdy nie przejawiał zainteresowania sprawującymi władzę w kraju ani nie utożsamiał się z głoszonymi przez nich poglądami politycznymi. Był wierzącym i praktykującym katolikiem, a Milicja Obywatelska, zwłaszcza jej ramię zbrojne, jakim były Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej, jednoznacznie kojarzone były z komunistami. Komunizm zaś wiązał się z prześladowaniem Kościoła w Polsce. To oznaczało dużą zmianę.

Podjął jednak decyzję, podpisał glejt, zapisał się nawet do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, aby urzeczywistnić swoje marzenia. Chciał się usamodzielnić za wszelką cenę. Do ostatniego dnia nie przyznał się rodzicom, że będzie funkcjonariuszem MO. Gdy wychodził z domu, pożegnał się z nimi. Nie miał żadnej pewności, że kiedyś tu powróci. Poszedł do wojska, do Raciborza. Tam miał odbyć obowiązkowe przeszkolenie wojskowe, a potem wrócić do Krakowa. W Raciborzu znajdowała się kompania szkolna WOP-u, który w latach dziewięćdziesiątych XX wieku zastąpiła Straż Graniczna.

Rozdział 2 Lata dziecięce

Zanim jednak Andrzej opuścił dom rodzinny, nie oglądając się za siebie, był zwykłym radosnym chłopcem ze wsi, nieodróżniającym się od innych dzieci. Przynajmniej tak mu się wydawało. Jego rodzice nie mieli żadnych zastrzeżeń do swojego syna. Przez pierwsze lata dzieciństwa Andrzej wychowywał się bez ojca, gdyż ten długimi miesiącami przebywał poza domem. Wyjeżdżał często w delegacje. Pracował ciężko, żeby zarobić na budowę nowego domu. Bywało, że przyjeżdżał przed świętami Bożego Narodzenia i zaraz po Nowym Roku wyjeżdżał ponownie.

Stary drewniany dom pośród łąk, w którym mieszkał mały Andrzej, był zimny, ciemny i wilgotny. Wybudował go jeszcze jego dziadek Piotr – wraz z początkiem XX wieku. Budynek wyraźnie odstawał od pozostałych wzniesionych po drugiej wojnie światowej. Różnił się nie tylko lokalizacją w szczerym polu, ale i wyglądem. Jedna duża izba z klepiskiem zamiast podłogi, małe drewniane okienka od wschodu, gliniany piec. Zamiast prądu elektrycznego – naftowa lampa dająca słabe, migoczące światło. Brak wody. Na tej działce nie było studni, po wodę do picia i gotowania matka Andrzeja chodziła do sąsiadów. Czasami dwa, czasami trzy razy dziennie przemierzała odcinek około stu metrów do najbliższego domu po drugiej stronie drogi. Wiadra z wodą były ciężkie i gdyby nie nosidła, nie byłaby w stanie tego ciężaru udźwignąć. Nie było nikogo, kto mógłby jej pomóc.

Feliks nie wyobrażał sobie życia w takich warunkach. Zaraz po ślubie dołączył do grupy hydraulików i wyjechał. Andrzej był jeszcze bardzo mały, a babcia Anna – stara. Mama Andrzeja, Krystyna, musiała radzić sobie sama. W tym okresie życia mały Andrzej nie miał jeszcze kolegów, od których mógłby nauczyć się słownictwa typowego dla chłopaka, ani innego dorosłego przyjaciela, którego mógłby naśladować. Chłopiec przebywał głównie w otoczeniu kobiet. Słyszał ich rozmowy i powtarzał za nimi: „byłam”, „zrobiłam”, „mówiłam”, „miałam”, „dałam” i tak dalej. Początkowo ojciec nie zwrócił na to uwagi. Krótkie wizyty w domu nie pozwoliły mu na dłuższy kontakt z synem.

Zimą 1971 roku przyjechał do domu na dłużej i zdziwił się niesamowicie, gdy posłuchał wypowiedzi chłopca.

– Co wy zrobiłyście z tym dzieckiem? – zapytał teściowej i żony. – Przecież to jest chłopak!

Nie usłyszał odpowiedzi. Wtedy dokładniej zaczął się przyglądać Andrzejowi. Syn wyglądał na niedożywionego i zaniedbanego. Mizerna postura dziecka przeraziła ojca.

– Nie dajecie mu jeść czy jak? – kontynuował. – Jak on wygląda? Takie chuchro! Wyjdzie na pole i wiatr go przewróci.

Krystyna słuchała tych uwag, by po chwili powiedzieć:

– Dobrze ci mówić. Pojechałeś sobie na delegację i miałeś święty spokój, a ja musiałam radzić sobie ze wszystkim. Z domem, z dzieckiem, z matką. Dobrze wiesz, że kiedy wyplatam koszyki z wikliny, to nie mogę się od tego odrywać do gotowania, bo wiklina wyschnie i popęka. Babka gotować nie chce. Z głodu nie umarł. Chleb ma. Cukrem sobie posypie, poleje wodą i zje.

Gdy ojciec usłyszał taką odpowiedź, niemal usiadł z wrażenia.

– Tak dalej być nie może! Jemu potrzeba ojca! Nie pojadę już na delegację. Znajdę pracę w Krakowie, żeby być w domu każdego dnia – zadecydował.

Andrzej w zasadzie nie znał swojego ojca. Podniesiony ton jego wypowiedzi sprawił, że chłopak zaczął się go bać. Unikał go, chował się za matką i babką. Nie chciał z nim sam przebywać. Musiało upłynąć kilka długich miesięcy, zanim Andrzej przełamał swój strach i bez obaw podchodził do taty.

Feliks był człowiekiem światowym. Po ukończeniu zasadniczej szkoły zawodowej praktykował w Krakowie. Później podczas delegacji również miał możliwość zaobserwowania, jak żyją inni ludzie. Chciał więc u siebie wprowadzić wiele zmian. Krystyna była prostą dziewczyną ze wsi po sześciu klasach podstawówki. Nie widziała dużych miast. Dla niej życie na wsi było czymś normalnym.

Dzieciństwo Andrzeja przebiegało beztrosko. Ojciec wychodził do pracy o piątej rano i wracał późną nocą. Matka zajęta wyplataniem wiklinowych koszy również nie interesowała się małym chłopcem. Wychowywał się pod okiem sąsiadów i kolegów. Jak to bywało na wsi, prawie każda sąsiadka była jego ciotką, a każdy sąsiad wujkiem. Andrzej wałęsał się pomiędzy obcymi ludźmi. Z kimś pojechał w pole, z kimś innym po piasek do lasu. U kogoś zjadł obiad. Jego własna matka często nie wiedziała, gdzie i z kim przebywa jej syn. Nie martwiła się jednak o niego. Na wsi nie było zbyt wielu zagrożeń dla małego chłopca. Poza tym matka Andrzeja spodziewała się drugiego dziecka i rozbrykany Andrzej nie był jej jedynym zmartwieniem. Kiedy ojciec wracał z pracy, Andrzej zazwyczaj był już w domu. Wyjątkiem były nabożeństwa majowe.

Niedaleko od domu Andrzeja była mała kapliczka, przy której każdego majowego wieczora zbierały się starsze kobiety i dzieci, aby śpiewać pieśni maryjne. Andrzej uwielbiał ten czas. Codziennie klękał wraz z ciotkami i przyjaciółmi do śpiewania litanii.

Znał na pamięć wszystkie zwrotki pieśni maryjnych. Sąsiadki lubiły go i opiekowały się nim. Rodzice nie zabraniali mu uczestniczenia w tych majówkach, chociaż sami nie brali w nich udziału.

-

Któregoś lata urodził się młodszy brat Andrzeja, Stanisław. Był bardzo słaby i pozostał na kilka tygodni w szpitalu. Matka Andrzeja nie wyglądała lepiej. Ona również potrzebowała odpoczynku. Brak odpowiedniego wyżywienia i praca ponad siły wyniszczyły jej organizm. Kilka miesięcy przed narodzinami Stanisława rodzice rozpoczęli budowę nowego domu. Matka Andrzeja była już w ciąży. Nie oszczędzała się. Pracowała równo z mężczyznami. Na placu budowy nie było prądu elektrycznego ani żadnych maszyn, które ułatwiałyby pracę. Prawie wszystko wykonywali ręcznie. Andrzej również pomagał, jak mógł. Na maleńkich taczkach woził piasek potrzebny do zaprawy murarskiej. Jego chrzestny, Mieczysław, brat jego matki, odbierał jego taczki i wsypywał piasek do wielkiej wanny, w której mieszał go z gaszonym wapnem. Na początku Mieczysław chętnie współpracował z Andrzejem, ale kiedy należało zwiększyć tempo podawania zaprawy, taczki chrześniaka stały się przeszkodą. Kopnął je ze złością i zabrał się do mieszania, nie zwracając uwagi na chłopaka. Pięcioletni Andrzej podbiegł do swojego chrzestnego i szarpiąc go za nogawkę, wykrzyczał:

– Kulwa mać!

Wszyscy zebrani na murach robotnicy parsknęli śmiechem, a Mieczysław oniemiał z wrażenia.

– Popatrz, popatrz – powiedział do Feliksa jego młodszy brat, Stefan. – Ledwo go widać od ziemi, a klnie i tupie nogą. Niezły agregat.

Podczas budowy Krystyna i Anna zajmowały się przede wszystkim zakupami i przygotowywaniem jedzenia dla licznych pracowników. Byli to członkowie rodzin Krystyny i Feliksa. Wszyscy jeść musieli. Ciężka praca przy budowie domu wymagała obfitych posiłków. Oboje rodzice Andrzeja też pochodzili z dużych rodzin. U ojca było jeszcze pięciu braci i jedna siostra, u matki zaś cztery dorosłe siostry i brat Mieczysław. Wszyscy założyli rodziny. Miał więc kto pomagać przy budowie. Zdarzało się, że na obiedzie było siedmiu albo ośmiu mężczyzn i cała rodzina Andrzeja. Dawano jednak radę. W ostatnim miesiącu ciąży Krystyna zachorowała i trudno jej było zajmować się zakupami i obiadem. Babcia Anna nie była jednak w stanie sama podołać tym obowiązkom. Potrzebna była pomoc. Zadeklarowała ją siostra Feliksa, Honorata, i to ona przez długie dwa miesiące przygotowywała posiłki dla robotników.

Na tydzień przed rozwiązaniem Krystyna trafiła do szpitala i pozostała tam jeszcze kilka dni po urodzeniu dziecka. A kiedy Stanisław był już w domu, cała uwaga rodziców skupiła się na nim. Andrzej był o to trochę zazdrosny, ale nie dokuczał bratu. Znalazł sobie kolegów, z którymi mógł się bawić. W promieniu kilometra nie było chłopaków w jego wieku. Inni – Zbigniew, Błażej i Jan – byli od niego o kilka lat starsi i nie chcieli się z nim bawić. Zostało mu tylko dwóch, Szczepan i Piotr. Obaj młodsi od Andrzeja o rok, ale więksi i silniejsi. Andrzej wyglądał przy nich jak sierota. Dodatkowo nie miał gdzie nabyć typowych męskich cech, takich jak odwaga czy spryt. Ubierał się również inaczej. Bardzo często były to znoszone ciuchy po kuzynce Reginie, przez co stał się pośmiewiskiem w oczach nowych kolegów. Pomimo zaczepek i upokarzającego zachowania chłopaków Andrzej starał się jakoś z nimi zaprzyjaźnić. Nie miał wtedy innych kolegów. Tolerował ich nawet wtedy, gdy go popychali, a czasami wręcz bili. Bardzo chciał mieć przyjaciół i postanowił to przetrwać.

Ojciec obserwował Andrzeja, ale nigdy nie stawał w jego obronie. Chciał, żeby Andrzej sam potrafił zadbać o siebie, obronić się. Kiedy chłopak zapłakany wracał do domu, Feliks udawał, że tego nie widzi, i wychodził do innego pomieszczenia. Zdarzało się, że dogryzał małemu Andrzejowi, mówiąc:

– Tak się im dajesz? Dupa z ciebie, a nie chłopak. Popychają cię, wywracają, a ty tylko płakać potrafisz. Wyrżnij któregoś w pysk, to się odczepią.

Andrzej jednak nie miał odwagi. Był wątły, słaby i bojaźliwy. W oczach ojca uchodził za fajtłapę. Swoje groźby wykrzykiwał głośno na odległość, ale kiedy trzeba było stanąć do walki, uciekał. Częściej bawił się z dziewczynami niż z chłopakami. Chciał to jednak zmienić. Miał wrażenie, że swoim zachowaniem sprawia zawód rodzicom. Było mu przykro.

Rozdział 3 Dobry syn

W wieku siedmiu lat Andrzej rozpoczął naukę w szkole podstawowej. Poznał nowe koleżanki i nowych kolegów. Nieśmiały i bojaźliwy do tej pory chłopak zmienił się nie do poznania. Uczniowie polubili go ze względu na jego charakter. Był miły, grzeczny, miał dużą wiedzę. Potrafił liczyć, znał wszystkie literki i potrafił poskładać je w słowa, a nawet w zdania. Ładnie śpiewał i znał dużo ciekawych opowieści oraz bajek. Niektórzy nauczyciele sądzili, że zaniedbywany przez rodziców chłopak raczej nie będzie się zbyt dobrze uczył, ale zmienili zdanie już na początku roku szkolnego.

Jako kilkuletni chłopiec Andrzej spędzał wiele godzin każdego dnia u swojej przyszywanej ciotki Marii. Sąsiadka była samotną, bezdzietną osobą i całą swoją miłość przelewała na przychodzące do niej dzieci, których uczyła pisania, czytania i rachowania. Każde takie spotkanie kończyło się czytaniem bajki albo fragmentu książki.

Dzieci siadały w dużej izbie i naśladowały Marię, powtarzając za nią litery alfabetu albo cyfry. Uczyły się piosenek i pieśni maryjnych. Kapliczka, przy której zbierali się w maju, również znajdowała się na działce Marii. Dzieci bardzo chętnie do niej przychodziły, nie tylko ze względu na możliwość nauczenia się czegoś nowego, ale przede wszystkim aby posłuchać bajek. Sąsiadka opowiadała je w taki sposób, jakby była naocznym świadkiem tych wydarzeń. Rzadko kiedy spoglądała w książkę, mówiła z pamięci.

Andrzej uwielbiał tam przebywać. Było jak w przedszkolu. W domu Marii poznał Sarę, Klarę, Konstancję i Patrycję. Wszystkie te dziewczyny mieszkały blisko domu Marii. Były od niego młodsze, ale Andrzejowi to nie przeszkadzało. W ich obecności czuł się wyśmienicie. One go również lubiły.

Wygadany i pomysłowy, bardzo szybko skupił wokół siebie grupę przyjaciół. Zaczął też psocić, z czego nie był znany wcześniej. Rzucał papierkami do innych uczniów w trakcie lekcji, rozmawiał. Na przerwach również wymyślał różne psikusy, aby pokazać się z jak najlepszej strony i zyskać uznanie. Któregoś dnia położył mokrą gąbkę do ścierania tablicy na siedzisku sąsiedniej ławki i czekał, aż któryś chłopak na niej usiądzie. Kiedy tak się stało, inni koledzy ryknęli śmiechem. Andrzej był z siebie dumny.

Innym razem zabrał się za prostowanie ławki szkolnej. W klasie, w której miały się odbywać lekcje z języka polskiego, znajdowały się dwa rzędy nietypowych ławek. Blat i siedzisko każdej z nich połączone były ze sobą za pomocą metalowych rur, stanowiących jednocześnie nogi tego mebla. Pech chciał, że stara, pomalowana na zielony kolor ławka, w której posadzono Andrzeja, była krzywa i nie nadawała się do siedzenia. Wymagała natychmiastowej naprawy ze względu na niestabilną postawę. Bujała się raz do przodu, raz do tyłu. Tego nie można było tak zostawić. W grę wchodziło dobro uczniów. Andrzej poprosił o pomoc.

– Tadek, Krzysiek, Zdzisiek, pomóżcie mi! Trzeba wyprostować tę ławkę!

– Czekaj chwileczkę, zaraz ci pomożemy!

Wraz z trzema kolegami wspólnymi siłami starali się wyprostować chybotliwą ławkę. Zapewne by im się udało, gdyby nie fakt, że sala lekcyjna znajdowała się dokładnie nad pokojem nauczycielskim i spadający z sufitu tynk zaalarmował grono pedagogiczne. Pani dyrektor zaprosiła autora pomysłu i jego wspólników do gabinetu, gdzie przy użyciu długiej drewnianej linijki wyperswadowała im niewłaściwe zachowanie.

– Wezwę do szkoły rodziców! – zagroziła.

Wezwie rodziców? – myślał Andrzej. Dobre sobie. Ciekawe, skąd będzie wiedziała, gdzie ja mieszkam.

Jeszcze dobrze nie dokończył swojej myśli, kiedy dyrektorka zapytała dzieci z młodszej klasy:

– Kto wie, gdzie on mieszka?

Andrzej rozejrzał się po klasie i dostrzegł znajomą postać.

– Ja wiem, ja wiem! – wykrzykiwał Piotr.

Ten drań faktycznie wie – pomyślał Andrzej i nie zastanawiając się ani chwili dłużej, wyszarpnął się z rąk dyrektorki.

Podbiegł do Piotra i wyrżnął mu w pysk.

– Chcesz jeszcze? – zapytał, grożąc uniesioną pięścią.

Chłopak wycofał się, wycierając łzy. Nie wytłumaczył pani dyrektor, gdzie znajduje się dom Andrzeja.

-

Następnego dnia Andrzej musiał przyjść do szkoły z rodzicem. Ojca nie było, więc przyszła matka. Wysłuchała uwag dyrektorki.

– Zobaczysz, co będzie, kiedy do domu wróci ojciec! – powiedziała później.

Andrzej się wystraszył, bo znał swojego ojca, który rządził twardą ręką. Już wcześniej zdarzało mu się poczuć ojcowski pas na swoim ciele. Bał się wracać do domu, ale nie miał wyboru. Koniec listopada nie rozpieszczał piękną pogodą. Dzień był krótki, padał deszcz, było zimno. Pomimo obaw Andrzej wrócił do domu i czekał na reakcję ojca.

Matka zdążyła już opowiedzieć mężowi wszystko ze szczegółami, nie było zatem powodu, aby tłumaczyć jeszcze raz. Andrzej spoglądał na tatę, wyobrażając sobie najgorsze. Czekał. Ojciec spojrzał na Andrzeja.

– Dostaliście lanie od dyrektorki? – zapytał.

Andrzej potwierdził skinieniem głowy, jakby bał się spojrzeć ojcu prosto w oczy.

– A tego Piotrka to za co uderzyłeś? – dopytywał ojciec.

– Bo mnie drań chciał podkablować! – odpowiedział Andrzej. – Zgłosił się na ochotnika, że pokaże, gdzie ja mieszkam, to mu przywaliłem.

– Brawo, Andrzej! – wykrzyknął ojciec. – Mój syn! Nareszcie!

Zachowanie ojca zupełnie zaskoczyło Andrzeja. Spojrzał na tatę i dostrzegł w jego oczach uznanie. Po raz pierwszy Andrzej nie był fajtłapą, ofermą i ofiarą. Stał się synem. Urósł w oczach ojca i zasłużył na szacunek. A lania nie dostał.

-

W kolejnych latach Andrzej też nie był aniołkiem. W każdej klasie podstawówki obniżano mu zachowanie za szczególne „zasługi”.

W drugiej klasie rozbił kamienieniem głowę młodszemu od siebie koledze. Zaatakowany przez grupę chłopaków musiał się bronić. Złapał duży kamień i rzucił na oślep. Trafił najwyższego. Reszta uciekła. Kiedy matka rannego chłopaka przyszła do rodziców z pretensjami, ojciec pokazał jej drzwi.

– Mogli go nie zaczepiać! Andrzej się tylko bronił. Możesz złożyć skargę, jeśli chcesz – mówił.

Kobieta wyszła i nigdy więcej jej nie widzieli. Andrzej poczuł, że ojciec trzyma jego stronę i nie pozwoli go skrzywdzić. Dostał co prawda kilka razy od niego za inne przewinienia, ale czuł, że na nie zasłużył. Na przykład wtedy, gdy wybił kilka szyb przypadkowym ludziom lub gdy sprawdzał czujność żołnierzy pełniących wartę przy Grobie Nieznanego Żołnierza i w tym celu zdetonował paczkę strzelających korków za ich plecami, albo utopił traktor sąsiada w Wiśle, kiedy pojechali z beczką po wodę do budowy ogrodzenia domu. To były jednak drobiazgi. Zasadniczo Andrzej był grzeczny. Czasami jego zachowanie wynikało z chęci przypomnienia rodzicom o swoim istnieniu. Odkąd pojawił się Stanisław, to młodszy syn był oczkiem w głowie rodziców. Andrzeja zaniedbywano. Zaczynał w nim kiełkować bunt.

Rozdział 4 Nas na to nie stać

Andrzej całe dzieciństwo pragnął jak jego koledzy wyjeżdżać na obozy, kolonie, zloty. Ubierać się jak na młodego chłopaka przystało. Kupić gitarę i chodzić na ogniska.

Niestety tak nie było.

Zamiast jechać na kolonię, rodzice wysyłali Andrzeja w czasie wakacji do pracy do gospodarzy z okolic Bibic, Smardzowic i Januszowic. Były tam plantacje czereśni, truskawek i agrestu. Zdaniem rodziców młody chłopak powinien poznać smak pracy i nauczyć się szacunku dla pieniądza. Uważali, że kiedy sam zarobi na nowe sztruksy albo jeansy, będzie te ciuchy oszczędzał.

Andrzej nie zgadzał się z takim tokiem rozumowania, zwłaszcza że żaden z jego kolegów nie musiał przez wakacje pracować, a i tak mieli nowe ubrania. On nigdy nie miał nic nowego. Dostawał od ciotki z Raciborza znoszone ubrania po jej synu Hubercie albo, co gorsza, po jej córce Reginie. Często były mocno wytarte, ale całe. Nosił je, bo wiedział, że nowych rodzice mu nie kupią. Koledzy w szkole śmiali się z niego i wytykali palcami. Zwieszał głowę i udawał, że tego nie słyszy.

Najgorszym upokorzeniem, jakiego doświadczył, było zbieranie dla niego pieniędzy na wyjazd do Warszawy. Miały pojechać trzy najstarsze klasy. Szósta, siódma i ósma. Ponad pięćdziesiąt osób. Andrzej był wtedy uczniem siódmej klasy. Przez ponad dwa miesiące dzieciaki poznawały zasady posługiwania się sztućcami w restauracji, uczyły się dobrych manier, form grzecznościowych i topografii stolicy. Na miesiąc przed wyjazdem matka Andrzeja oświadczyła dyrektorce szkoły, że syn nie pojedzie na tę wycieczkę ze względu na trudną sytuację materialną. Rodzice chcieli budować wtedy kolejną kondygnację nowego domu – wysoki parter. Andrzej o ich decyzji nie wiedział. Przypadkiem usłyszał, jak nauczycielka w ósmej klasie prosiła dzieci, aby te popytały swoich rodziców, czy byliby skłonni dołożyć jeszcze po dwadzieścia złotych, żeby i on mógł z nimi pojechać.

Było mu wstyd. Po powrocie do domu Andrzej zapytał ojca o przyczynę ich decyzji. Usłyszał tylko:

– Ten wyjazd nie jest ci do niczego potrzebny. Będziesz dorosły, będziesz miał swoje pieniądze, to wtedy pojedziesz do Warszawy. Teraz nie.

Andrzej popatrzył na ojca i powiedział:

– Tato, a ty wiesz, że tylko ja nie pojadę na tę wycieczkę? Z ponad pięćdziesięciu osób tylko ja jeden.

– Wielkie mi rzeczy. Nie takie przykrości spotykają ludzi. Zapomnij.

Andrzej chciał dalej ciągnąć ten wątek, ale nagle ból ścisnął mu gardło. Z oczu popłynęły łzy. Widząc nieprzejednaną postawę rodziców, postanowił uderzyć w inną strunę. Bardzo czułą i dźwięczną. Znał swoich rodziców doskonale, obserwował ich przez lata i zdążył zauważyć, że nawet w trudnej sytuacji materialnej starali się zawsze dołączyć do elit swojej miejscowości. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Cień nad Wieliczką

isbn: 978-83-8423-342-9

© Janusz Rosek i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

redakcja: Monika Turała

korekta: Angelika Kotowska

okładka: Oliwia Błaszczyk

konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

https://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.