Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
31,89 31,90
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 688

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 19 godz. 15 min Lektor: Joanna Koroniewska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 19 godz. 15 min Lektor: Joanna Koroniewska

Opis ebooka Ciemniejsza strona Greya - E L James

"Młodziutką studentkę Anę Steele i charyzmatycznego miliardera Christiana Greya połączył niecodzienny układ, który z czasem przerodził się w coś znacznie głębszego. Jednak demony Greya zwyciężyły, Ana zerwała uzależniający związek i zajęła się karierą. Rozstanie okazuje się bolesne. Ogarnięci obsesyjną tęsknotą kochankowie nie potrafią bez siebie żyć. Kiedy więc Christian proponuje Anie zupełnie nowy układ, dziewczyna nie potrafi mu odmówić. Wkrótce zaczynają uczyć się siebie nawzajem. Christian walczy z wieczną potrzebą kontroli i stopniowo oswaja drzemiące w nim demony. Ana uczy się życia w luksusie i bronienia własnej niezależności. Kiedy wydaje się, że świat miłości, pasji i nieskończonych możliwości stoi przed nimi otworem, ciemne chmury gromadzą się nad luksusowym wieżowcem, w którym mieszkają… Drugi tom wyczekiwanego bestsellera wszechczasów!"

Opinie o ebooku Ciemniejsza strona Greya - E L James

Fragment ebooka Ciemniejsza strona Greya - E L James

Trylogia „Pięćdziesiąt odcieni”:

Pięćdziesiąt twarzy Greya

Ciemniejsza strona Greya

Nowe oblicze Greya

Tytuł oryginału:

Fifty shades darker

Copyright © Fifty Shades Ltd 2011

Pierwsza wersja niniejszej powieści zatytułowana Master of Universe ukazała się wcześniej w Internecie. Autorka wydała ją w formie odcinków, z innymi bohaterami, pod pseudonimem Snowqueen’s Icedragon.

Copyright © 2012 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2012 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Jennifer McGuire

Ilustracja na okładce: E. Spek/Dreamstime.com

Zdjęcie autorki: © Michael Lionstar

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Magdalena Bargłowska, Aneta Iwan

ISBN 978-83-7508-639-3

Sprzedaż wysyłkowa:

www.merlin.com.pl

www.empik.com

www.soniadraga.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

www.facebook.com/50TwarzyGreya

www.piecdziesiattwarzygreya.pl

Skład i łamanie:

Wydawnictwo Sonia Draga

Katowice 2012. Wydanie I

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dla Z i J

Macie moją miłość bezwarunkową, na zawsze

PODZIĘKOWANIA

Mam ogromny dług wdzięczności wobec Sarah, Kay i Jady. Dziękuję Wam za wszystko, co dla mnie zrobiłyście.

Poza tym BARDZO dziękuję Kathleen i Kristi, które przejęły pałeczkę i wszystko pozałatwiały.

Dziękuję także Niallowi, mojemu mężowi, kochankowi i najlepszemu przyjacielowi (na ogół).

Serdecznie pozdrawiam wszystkie cudowne, cudowne kobiety z całego świata, które miałam przyjemność poznać, odkąd się to wszystko zaczęło, i które teraz uważam za przyjaciółki, a są to między innymi: Ale, Alex, Amy, Andrea, Angela, Azucena, Babs, Bee, Belinda, Betsy, Brandy, Britt, Caroline, Catherine, Dawn, Gwen, Hannah, Janet, Jen, Jenn, Jill, Kathy, Katie, Kellie, Kelly, Liz, Mandy, Margaret, Natalia, Nicole, Nora, Olga, Pam, Pauline, Raina, Raizie, Rajka, Rhian, Ruth, Steph, Susi, Tasha, Taylor i Una. Pozdrawiam także wiele utalentowanych, zabawnych, ciepłych kobiet (i mężczyzn), które poznałam on-line. Wiecie, że to o Was mi chodzi.

Dziękuję Morgan i Jenn za wszystko, co się wiąże z Heathmanem.

I na koniec dziękuję Janine, mojemu wydawcy. Jesteś wielka. I tyle.

PROLOG

On tu wrócił. Mamusia śpi albo jest znowu chora.

Chowam się pod stołem w kuchni i zakrywam twarz. Przez palce widzę mamusię. Śpi na kanapie. Jej dłoń leży na lepkim zielonym dywaniku, a on ma na nogach te swoje wielkie buciory z błyszczącą sprzączką. Stoi nad mamusią i krzyczy.

Uderza mamusię pasem. „Wstawaj! Wstawaj! Ty popierdolona dziwko. Ty popierdolona dziwko. Ty popierdolona dziwko. Ty popierdolona dziwko. Ty popierdolona dziwko. Ty popierdolona dziwko”.

Mamusia chyba płacze. „Przestań. Proszę, przestań”. Mamusia nie krzyczy. Mamusia zwija się w kłębek.

Zasłaniam uszy i zaciskam powieki. Już nic nie słyszę. On się odwraca i widzę jego buty, gdy wchodzi do kuchni. W ręce trzyma pasek. Szuka mnie.

Przykuca i uśmiecha się szeroko. Paskudnie śmierdzi. Papierosami i wódką. „Tu jesteś, gówniarzu”.

Budzi go mrożące krew w żyłach zawodzenie. Chryste! Jest cały spocony i serce wali mu jak młotem. „Co się, kurwa, dzieje?” Siada wyprostowany i chowa twarz w dłoniach. „Kurwa. Wróciły. To ja wydawałem ten dźwięk”. Bierze głęboki, uspokajający oddech, próbując wyrzucić z pamięci smród taniego bourbona i cameli.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przeżyłam Dzień Trzeci po Christianie i pierwszy dzień w pracy. Przynajmniej miałam się czym zająć. Nowe twarze, nowe obowiązki i pan Jack Hyde. Pan Jack Hyde... opiera się właśnie o moje biurko. Uśmiecha się, a w niebieskich oczach pojawia się błysk.

– Doskonała robota, Ano. Coś mi się zdaje, że świetny z nas będzie team.

Jakimś cudem udaje mi się wygiąć usta w coś na kształt uśmiechu.

– Będę się zbierać, jeśli nie masz nic przeciwko – bąkam.

– Jasne, jest piąta trzydzieści. Do zobaczenia jutro.

– Do zobaczenia.

Zakładam żakiet, biorę torebkę i opuszczam redakcję. Gdy już otula mnie wieczorne powietrze Seattle, biorę głęboki oddech. Niestety, nie wypełniam w ten sposób próżni w klatce piersiowej, próżni, którą noszę w sobie od sobotniego ranka, boleśnie przypominającej o tym, co utraciłam. Z opuszczoną głową idę w stronę przystanku autobusowego, patrząc pod nogi i dumając nad życiem bez ukochanej Wandy, mojego starego garbusa... czy audi.

Tę myśl natychmiast od siebie odsuwam. Nie. Nie myśl o nim. Oczywiście, że stać mnie na samochód – fajny i nowy. Podejrzewam, że podczas wypisywania czeku Christian wykazał się przesadną hojnością. Myśl ta pozostawia w mych ustach gorzki smak, ale ją także odsuwam i z całych sił próbuję się cofnąć do stanu otępienia. Nie mogę o nim myśleć. Nie chcę znowu się rozpłakać, zwłaszcza na ulicy.

Mieszkanie jest puste. Tęsknię za Kate. Oczami wyobraźni widzę, jak wyleguje się na plaży na Barbados, sącząc zimny koktajl. Włączam telewizor, żeby jakieś dźwięki wypełniły próżnię i zapewniły mi coś na kształt towarzystwa, ale nie słucham ani nie oglądam. Siedzę i niewidzącym wzrokiem wpatruję się w ścianę. Jestem odrętwiała. Nie czuję nic prócz bólu. Jak długo będę musiała przez to przechodzić?

Z tych pełnych udręki myśli wyrywa mnie dzwonek domofonu. Serce na chwilę mi zamiera. Kto to może być? Wciskam guzik.

– Przesyłka dla panny Steele – rozbrzmiewa znudzony głos, a mnie zalewa fala rozczarowania. Apatycznie schodzę na dół. O drzwi wejściowe opiera się młody chłopak głośno żujący gumę. W objęciach piastuje duży karton. Kwituję odbiór przesyłki i zabieram ją na górę. Karton jest spory i zaskakująco lekki. W środku znajduję dwa tuziny długich białych róż i kartkę.

Gratulacje z okazji pierwszego dnia w pracy.

Mam nadzieję, że się udał.

I dziękuję Ci za szybowiec.

Zajął honorowe miejsce na moim biurku.

Christian

Wpatruję się w tych kilka wydrukowanych linijek, a otchłań w mojej piersi staje się jeszcze większa. Jak nic wysłała to jego asystentka. Christian najpewniej mało miał z tym wspólnego. To zbyt bolesne, żeby o tym myśleć. Przyglądam się uważnie różom – są piękne i jakoś nie mogę się przemóc, aby wyrzucić je do kosza. Kierowana poczuciem obowiązku udaję się do kuchni, aby poszukać jakiegoś wazonu.

Wypracowuję pewien rytm: pobudka, praca, płacz, sen. A przynajmniej próby zaśnięcia. Nawet w snach nie jestem w stanie przed nim uciec. Szare płonące oczy, widoczne w nich zagubienie, lśniące gęste włosy – wszystko to bez końca mnie prześladuje. No i muzyka... tyle muzyki – nie mogę jej znieść. Za wszelką cenę staram się jej unikać. Nawet dżingle reklamowe sprawiają, że przechodzi mnie dreszcz.

Z nikim nie rozmawiałam, nawet z mamą czy Rayem. Czcza gadanina mnie teraz przerasta. Nie, nie mam na to ochoty. Stałam się samotną wyspą. Spustoszoną wojną ziemią, na której nic nie rośnie i gdzie horyzont jest nagi. Tak, to ja. W pracy jakoś daję sobie radę, ale nic poza tym. Jeśli porozmawiam z mamą, wiem, że spadnę jeszcze niżej – a przecież znajduję się już na samym dnie.

Mam problem z jedzeniem. W środę w porze lunchu cudem wmuszam w siebie jogurt. To moja pierwsza strawa od piątku. Jakoś funkcjonuję dzięki nowo odkrytej tolerancji wobec kawy latte i dietetycznej coli. Kofeina dodaje mi sił, ale też czyni niespokojną.

Jack nabrał zwyczaju pochylać się nade mną, irytując mnie tym, zadając pytania natury osobistej. Czego on chce? Zachowuję się grzecznie, ale muszę trzymać go na dystans.

Siadam i zabieram się za stos zaadresowanej do niego korespondencji. Cieszę się z tej niewdzięcznej pracy, gdyż dzięki niej mam zajęte myśli. Słyszę sygnał nadejścia mejla i szybko zerkam na nadawcę.

A niech mnie. Mejl od Christiana. O nie, nie tutaj... nie w pracy.

Nadawca: Christian Grey

Temat: Jutro

Data: 8 czerwca 2011, 14:05

Adresat: Anastasia Steele

Droga Anastasio,

Wybacz to nagabywanie w pracy. Mam nadzieję, że dobrze Ci idzie. Dotarły do Ciebie kwiaty?

Pamiętam, że jutro ma miejsce otwarcie wystawy Twojego przyjaciela. Jestem pewny, że nie miałaś czasu kupić samochodu, a to daleka droga. Z największą chęcią Cię tam zawiozę – jeśli tylko będziesz chciała.

Czekam na wiadomość.

Christian Grey

Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc.

W moich oczach wzbierają łzy. Zrywam się z krzesła i pędzę do toalety, aby ukryć się w jednej z kabin. Wystawa José. Zupełnie o niej zapomniałam, a przecież mu obiecałam, że przyjadę. Cholera, Christian ma rację: jak ja tam dotrę?

Czemu José nie zadzwonił? A skoro już o tym mowa, to czemu nikt nie dzwoni? Byłam tak rozkojarzona, że nawet nie zwróciłam uwagi na fakt, że mój telefon milczy.

Jasny gwint! Ależ ze mnie idiotka! Nie zmieniłam przekierowania i wszystkie połączenia docierają do BlackBerry. Cholera. To Christian odbiera moje telefony – chyba że wyrzucił BlackBerry do kosza. A skąd ma mój adres mejlowy?

Zna mój numer buta. Poznanie adresu mejlowego raczej nie nastręcza mu wielu problemów.

Czy mogę się znowu z nim spotkać? Zniosłabym to? Chcę go zobaczyć? Zamykam oczy i odchylam głowę, a moje ciało przeszywa pożądanie. Oczywiście, że chcę.

Być może... być może jestem gotowa mu powiedzieć, że zmieniłam zdanie... Nie, nie i jeszcze raz nie. Nie mogę być z kimś, kto czerpie przyjemność z zadawania mi bólu, z kimś, kto nie potrafi mnie kochać.

Przez moją głowę przemykają dręczące wspomnienia: lot szybowcem, trzymanie się za ręce, pocałunki, wanna, jego delikatność, poczucie humoru i mroczne, seksowne spojrzenie. Tęsknię za nim. Minęło pięć dni, pięć dni męczarni, które wydają się całą wiecznością. Nocą zasypiam z płaczem, żałując, że odeszłam, żałując, że on nie może być inny, żałując, że nie jesteśmy razem. Jak długo będzie trwać ta udręka? Jestem w piekle.

Oplatam się ciasno ramionami, aby nie rozpaść się na kawałki. Tęsknię za nim. Naprawdę tęsknię... Kocham go. To proste.

Anastasio Steele, jesteś w pracy! Muszę być silna, ale chcę jechać na wystawę José. Kryjąca się głęboko we mnie masochistka pragnie zobaczyć się z Christianem. Biorę głęboki oddech i wracam do biurka.

Nadawca: Anastasia Steele

Temat: Jutro

Data: 8 czerwca 2011, 14:25

Adresat: Christian Grey

Cześć, Christianie,

Dziękuję za kwiaty, są śliczne.

Tak, byłabym wdzięczna za podwiezienie.

Dziękuję.

Anastasia Steele

Asystentka Jacka Hyde’a, redaktora naczelnego SIP

Sprawdziwszy telefon, stwierdzam, że połączenia rzeczywiście nadal są przekazywane do BlackBerry. Jack jest na spotkaniu, więc szybko wystukuję numer José.

– Cześć, José. Z tej strony Ana.

– Witaj, nieznajoma. – Głos ma taki ciepły i życzliwy, że samo to niemal wystarcza, bym pod powiekami znowu poczuła łzy.

– Nie mogę długo rozmawiać. O której mam jutro być?

– Jednak przyjedziesz? – Słychać, że jest podekscytowany.

– Naturalnie. – Uśmiecham się szczerze po raz pierwszy od pięciu dni.

– O wpół do ósmej.

– No to do jutra. Pa, José.

– Pa, Ano.

Nadawca: Christian Grey

Temat: Jutro

Data: 8 czerwca 2011, 14:27

Adresat: Anastasia Steele

Droga Anastasio,

O której mam po Ciebie przyjechać?

Christian Grey

Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc.

Nadawca: Anastasia Steele

Temat: Jutro

Data: 8 czerwca 2011, 14:32

Adresat: Christian Grey

Wernisaż José zaczyna się o 19:30. Którą godzinę proponujesz?

Anastasia Steele

Asystentka Jacka Hyde’a, redaktora naczelnego SIP

Nadawca: Christian Grey

Temat: Jutro

Data: 8 czerwca 2011, 14:34

Adresat: Anastasia Steele

Droga Anastasio,

Do Portland jest kawałek drogi. Będę po Ciebie o 17:45.

Czekam z niecierpliwością na nasze spotkanie.

Christian Grey

Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc.

Nadawca: Anastasia Steele

Temat: Jutro

Data: 8 czerwca 2011, 14:38

Adresat: Christian Grey

W takim razie do zobaczenia.

Anastasia Steele

Asystentka Jacka Hyde’a, redaktora naczelnego SIP

O rety. Spotkam się z Christianem. Po raz pierwszy od pięciu dni notuję minimalną poprawę nastroju. I zastanawiam się, co u niego.

Tęskni za mną? Prawdopodobnie nie tak, jak ja za nim. Znalazł sobie nową uległą? Ta myśl jest tak bolesna, że natychmiast ją od siebie odsuwam. Spoglądam na stos korespondencji Jacka i biorę się za jej sortowanie, próbując jednocześnie po raz kolejny wyrzucić Christiana z myśli.

Tego wieczoru przed zaśnięciem przekręcam się bez końca z boku na bok, ale po raz pierwszy od kilku dni nie płaczę do poduszki.

Oczami wyobraźni widzę twarz Christiana w chwili mojego odejścia. Prześladuje mnie widoczna na niej udręka. Pamiętam, że nie chciał, abym odeszła, co było dziwne. Czemu miałabym zostać, skoro nastąpił impas? Oboje mieliśmy problemy: ja ze strachem przed karą, on ze strachem przed... przed czym? Przed miłością?

Po raz kolejny przekręcam się na drugi bok i pełna bezbrzeżnego smutku tulę twarz do poduszki. On uważa, że nie zasługuje na bycie kochanym. Dlaczego tak myśli? Czy to ma związek z jego dzieciństwem? Biologiczną matką, narkomanką i dziwką? Takie myśli dręczą mnie niemal do świtu, kiedy w końcu zapadam w płytki, niedający ukojenia sen.

Dzień ciągnie się bez końca, a Jack poświęca mi wyjątkowo dużo uwagi. Podejrzewam, że ma to związek ze śliwkową sukienką Kate i czarnymi kozaczkami na wysokim obcasie, które zwędziłam z jej szafy, ale nie zastanawiam się nad tym zbyt intensywnie. Postanawiam, że po pierwszej wypłacie udam się na zakupy. Sukienka jest luźniejsza niż ostatnio, ale udaję, że tego nie dostrzegam.

W końcu wybija piąta trzydzieści. Cała w nerwach chwytam żakiet i torebkę. Zaraz się z nim spotkam!

– Masz dzisiaj randkę? – pyta Jack, mijając moje biurko w drodze do wyjścia.

– Tak. Nie. Niezupełnie.

Unosi brew, wyraźnie zainteresowany.

– Chłopak?

Rumienię się.

– Nie, przyjaciel. Były chłopak.

– Może jutro chciałabyś wyskoczyć po pracy na drinka? Rewelacyjny pierwszy tydzień w pracy, Ana. Powinniśmy to uczcić. – Uśmiecha się, a w jego spojrzeniu pojawia się lekko niepokojący błysk.

Z rękami w kieszeniach wychodzi przez dwuskrzydłowe drzwi. Marszczę brwi. Drink z szefem – czy to dobry pomysł?

Potrząsam głową. Najpierw czeka mnie wieczór z Christianem Greyem. Jak ja sobie z tym poradzę? Pospiesznie udaję się do toalety na ostatnie poprawki.

Staję przed dużym lustrem i przyglądam się uważnie swojej twarzy. Blada jak zawsze, a jeszcze mam ciemne sińce pod zbyt dużymi oczami. Wyglądam mizernie. Żałuję, że nie jestem dobra w robieniu makijażu. Tuszuję rzęsy, maluję eyelinerem cienką kreskę na górnej powiece i szczypię policzki w nadziei na uzyskanie odrobiny koloru. Układam włosy tak, że opadają mi na plecy i biorę głęboki oddech. To musi wystarczyć.

Nerwowo przechodzę przez hol i macham na pożegnanie siedzącej w recepcji Claire. Chyba mogłabym się z nią zaprzyjaźnić. Gdy idę w stronę drzwi, Jack akurat rozmawia z Elizabeth. Uśmiechając się szeroko, podbiega, aby otworzyć mi drzwi.

– Pani przodem – mruczy.

– Dziękuję – uśmiecham się z zakłopotaniem.

Przed budynkiem czeka Taylor. Otwiera tylne drzwi samochodu. Oglądam się niepewnie na Jacka, który wyszedł za mną. Z konsternacją patrzy na audi.

Odwracam się i wsiadam do auta, i oto on, Christian Grey, w szarym garniturze, bez krawatu, z odpiętym kołnierzykiem białej koszuli. Jego szare oczy lśnią.

Zasycha mi w ustach. Wygląda fantastycznie, ale patrzy na mnie, marszcząc brwi. Dlaczego?

– Kiedy ostatni raz coś jadłaś? – pyta ostro, gdy Taylor zamyka za mną drzwi.

Cholera.

– Witaj, Christianie. Tak, ja również się cieszę, że cię widzę.

– Daruj sobie teraz swój cięty język. Odpowiedz mi na pytanie. – Oczy mu płoną.

O kurde.

– Eee... na lunch zjadłam dziś jogurt. A, i banana.

Taylor siada za kierownicą, uruchamia silnik i włącza się do ruchu.

Jack mi macha, choć nie mam pojęcia, jakim cudem mnie widzi przez przyciemnianą szybę. Odmachuję mu.

– Kto to? – warczy Christian.

– Mój szef. – Podnoszę wzrok na pięknego mężczyznę siedzącego obok. Usta ma zaciśnięte w cienką linię.

– No więc? Ostatni posiłek?

– Christian, to naprawdę nie powinno cię interesować – rzucam, czując się wyjątkowo odważna.

– Interesuje mnie wszystko, co dotyczy ciebie. Odpowiedz.

Wydaję pełen frustracji jęk i wznoszę oczy ku górze, on zaś mruży oczy. I po raz pierwszy od dawna chce mi się śmiać. Mocno się staram zdusić chichot, grożący wydostaniem się na powierzchnię. Twarz Christiana łagodnieje, gdy tak walczę o zachowanie powagi, a po przepięknie wyrzeźbionych ustach przemyka cień uśmiechu.

– No więc? – pyta, tym razem łagodniej.

– Makaronalla vongole, zeszły piątek – odpowiadam szeptem.

Zamyka oczy, a jego twarz przecina wściekłość i chyba żal.

– Rozumiem – mówi głosem pozbawionym wyrazu. – Wyglądasz, jakbyś schudła co najmniej trzy kilo, a może i więcej. Masz jeść, Anastasio.

Wbijam wzrok w leżące na kolanach splecione dłonie. Dlaczego przy nim zawsze się czuję jak niesforne dziecko?

Poprawia się na kanapie i odwraca w moją stronę.

– Jak się czujesz? – pyta. Głos nadal ma łagodny.

Cóż, tak naprawdę fatalnie... Przełykam ślinę.

– Skłamałabym, gdybym ci powiedziała, że dobrze.

Wciąga głośno powietrze.

– Ja też – mówi cicho i kładzie mi rękę na dłoni. – Brakuje mi ciebie – dodaje.

O nie. Jego dotyk.

– Christianie...

– Ana, proszę. Musimy porozmawiać.

Zaraz się rozpłaczę. Nie.

– Christianie... proszę... tyle się już napłakałam – szepczę, próbując zachować kontrolę nad emocjami.

– Och, skarbie, nie. – Pociąga mnie za dłoń i chwilę później siedzę na jego kolanach. Obejmuje mnie mocno, chowając nos w moich włosach. – Tak bardzo za tobą tęskniłem, Ano – mówi bez tchu.

Chcę się wyplątać z jego objęć, zachować pewien dystans, ale on nie daje za wygraną. Przyciska mnie mocno do piersi. Mięknę. Och, to właśnie tutaj pragnę się znajdować.

Opieram o niego głowę, a on obsypuje pocałunkami moje włosy. To właśnie jest dom. Pachnie świeżym praniem, płynem zmiękczającym, żelem pod prysznic i tym, co lubię najbardziej – Christianem. Przez chwilę pozwalam sobie na ułudę, że wszystko będzie dobrze. Koi to moją zbolałą duszę.

Kilka minut później Taylor zatrzymuje auto, chociaż nie zdążyliśmy nawet wyjechać z miasta.

– Chodź. – Christian zsuwa mnie z kolan. – Jesteśmy na miejscu.

Co takiego?

– Lądowisko, na dachu. – Tytułem wyjaśnienia pokazuje wzrokiem wysoki budynek.

No tak. Charlie Tango. Taylor otwiera drzwi i wysiadam z auta. Obdarza mnie ciepłym, ojcowskim uśmiechem, dzięki któremu czuję się bezpiecznie. Także się uśmiecham.

– Powinnam ci oddać chusteczkę.

– Proszę ją zatrzymać, panno Steele, z najlepszymi życzeniami.

Rumienię się, gdy Christian obchodzi samochód i bierze mnie za rękę. Patrzy pytająco na Taylora, który odpowiada spokojnym spojrzeniem, niczego nie wyjaśniając.

– Dziewiąta? – pyta go Christian.

– Tak, proszę pana.

Christian kiwa głową, odwraca się i przez podwójne drzwi wprowadza mnie do imponującego foyer. Upajam się dotykiem jego dłoni i długich palców splecionych z moimi. I czuję znajome przyciąganie, jak wzywany przez słońce Ikar. Zdążyłam się już sparzyć, a jednak znowu frunę.

Gdy docieramy do wind, wciska guzik przywołujący. Podnoszę na niego wzrok. Na jego twarzy widnieje ten charakterystyczny zagadkowy półuśmiech. Drzwi się rozsuwają, on puszcza moją dłoń i wchodzimy do środka.

Drzwi zamykają się i jeszcze raz ośmielam się na niego zerknąć. On też patrzy na mnie i oto znowu przeskakuje między nami ta elektryczność. Jest wręcz namacalna. Niemal ją czuję, jak pulsuje między nami, przyciągając nas do siebie.

– O rety – mówię bez tchu, przez chwilę rozkoszując się intensywnością tego pierwotnego przyciągania.

– Też to czuję. – Jego wzrok płonie.

W moich lędźwiach gromadzi się coraz więcej mrocznego pożądania. Christian bierze mnie za rękę i przesuwa kciukiem po knykciach, a wszystkie moje mięśnie zaciskają się mocno, rozkosznie, głęboko.

Jak to możliwe, że on nadal tak na mnie działa?

– Proszę, nie przygryzaj wargi, Anastasio – szepcze.

Podnoszę wzrok i puszczam wargę. Pragnę go. Tutaj, teraz, w windzie. Jak mogłoby być inaczej?

– Wiesz, jak to na mnie działa – mruczy.

Och, a więc on też to czuje. Moja wewnętrzna bogini zastanawia się nad porzuceniem pięciodniowych dąsów.

Drzwi nagle się rozsuwają, czar pryska, a my wychodzimy na dach. Wieje silny wiatr i choć mam żakiet, jest mi zimno. Christian obejmuje mnie ramieniem, przyciąga do siebie i szybko idziemy w stronę Charliego Tango, stojącego pośrodku lądowiska. Śmigła obracają się powoli.

Z kabiny wychodzi wysoki blondyn o kwadratowej szczęce i pochylając się, biegnie ku nam. Wymienia uścisk dłoni z Christianem i woła, przekrzykując łoskot śmigła:

– Gotowy do lotu, proszę pana. Jest do pańskiej dyspozycji!

– Wszystko sprawdzone?

– Tak jest.

– Odbierzesz go około ósmej trzydzieści?

– Tak jest.

– Taylor czeka na ciebie na dole.

– Dziękuję, panie Grey. Bezpiecznego lotu do Portland. Do widzenia pani. – Żegna się ze mną ruchem głowy.

Christian, nie puszczając mojej dłoni, pochyla się i prowadzi mnie do maszyny.

Gdy jesteśmy już w kabinie, zapina mi pasy, mocno je zaciskając. Posyła mi znaczące spojrzenie i ten swój tajemniczy uśmiech.

– Dzięki temu będziesz unieruchomiona – mruczy. – Muszę przyznać, że podobają mi się te pasy. Niczego nie dotykaj.

Oblewam się szkarłatnym rumieńcem, a on przesuwa palcem wskazującym po moim policzku, po czym wręcza mi słuchawki. „Ja też chciałabym cię dotknąć, ale mi nie pozwolisz”. Robię nachmurzoną minę. Poza tym tak ciasno mnie zapiął, że ledwie mogę się ruszyć.

Zajmuje swoje miejsce i także zapina pasy, po czym rozpoczyna kontrolę przedstartową. Jest taki kompetentny. Zakłada słuchawki, pstryka jakiś guzik i śmigła przyspieszają, ogłuszając mnie.

Christian odwraca się do mnie.

– Jesteś gotowa, mała? – Jego głos odbija się echem w słuchawkach.

– Tak.

Obdarza mnie chłopięcym uśmiechem. Wow, tak dawno go nie widziałam.

– Wieża Sea-Tac, tu Charlie Tango Golf – Golf Echo Hotel, gotowy do lotu do Portland przez PDX. Proszę o potwierdzenie, odbiór.

Odzywa się głos kontrolera ruchu, wydający instrukcje:

– Roger, wieża, Charlie Tango może startować, bez odbioru.

Christian wciska dwa przyciski, chwyta za drążek sterowniczy i śmigłowiec powoli się wznosi ku wieczornemu niebu.

Seattle i mój żołądek pozostają w dole. Tyle jest do zobaczenia.

– Goniliśmy już za świtem, Anastasio, teraz pora na zmierzch – słyszę w słuchawkach jego głos.

Odwracam się i patrzę na niego zaskoczona.

Co to ma znaczyć? Jak to jest, że Christian potrafi mówić tak romantycznie? Uśmiecha się, na co odpowiadam nieśmiałym uśmiechem.

– Tym razem oprócz zachodzącego słońca jest znacznie więcej do zobaczenia – mówi.

Podczas naszego ostatniego lotu do Seattle panowały ciemności, ale dzisiejszego wieczoru widok jest spektakularny, dosłownie nieziemski. Prześlizgujemy się między najwyższymi budynkami, ciągle się wznosząc.

– Tam jest Escala – pokazuje mi. – Tam Boeing, no i widać Space Needle.

Wyciągam szyję.

– Nigdy tam nie byłam.

– Zabiorę cię, możemy tam coś zjeść.

– Christian, myśmy się rozstali.

– Wiem. Ale przecież wolno mi cię tam zabrać i nakarmić. – Piorunuje mnie wzrokiem.

Kręcę głową i postanawiam nie protestować.

– Bardzo tu pięknie, dziękuję ci.

– Robi wrażenie, co?

– Robi wrażenie fakt, że umiesz robić coś takiego.

– Pochlebstwo z pani ust, panno Steele? Ależ ja jestem człowiekiem o wielu talentach.

– Mam tego pełną świadomość, panie Grey. Odwraca się, uśmiecha znacząco i po raz pierwszy od pięciu dni udaje mi się choć trochę zrelaksować. Może nie będzie aż tak źle.

– Jak nowa praca?

– Dobrze, dziękuję. Interesująca.

– Jaki jest twój przełożony?

– Och, w porządku. – Jak mogę powiedzieć Christianowi, że Jack mnie deprymuje?

– Co ci się w nim nie podoba? – pyta, zerkając na mnie.

– Nie licząc tego, co oczywiste, to nic.

– Tego, co oczywiste?

– Och, Christianie, czasem straszny z ciebie tępak.

– Tępak? Ja? Nie jestem pewny, czy podoba mi się pani ton, panno Steele.

– No to niech ci się nie podoba. Jego usta wyginają się w uśmiechu.

– Brakowało mi twego ciętego języka, Anastasio. Wciągam głośno powietrze i mam ochotę zawołać:

„A mnie brakowało całego ciebie, nie tylko języka!” Trzymam jednak buzię na kłódkę i wyglądam przez szybę Charliego Tango, która ma kształt kulistego akwarium. Lecimy na południe. Po prawej stronie słońce wisi nisko nad horyzontem – wielkie, płomiennie pomarańczowe – a ja znowu jestem Ikarem, podfruwającym stanowczo zbyt blisko.

Zmierzch podąża za nami z Seattle, na niebie przeplatają się krem, róż i akwamaryna, tak perfekcyjnie, jak tylko Matka Natura potrafi. Niebo jest bezchmurne, a światła Portland migoczą wesoło, witając nas, gdy Christian sadza śmigłowiec na lądowisku. Znajdujemy się na dachu tego dziwnego budynku z brązowej cegły, z którego odlecieliśmy niecałe trzy tygodnie temu.

To tak niedawno, a mam wrażenie, jakbym znała Christiana od zawsze. On właśnie pstryka różnymi guzikami, tak że śmigła przestają się obracać i w końcu słyszę w słuchawkach tylko własny oddech. Hmm. Przypomina mi się muzyka Thomasa Tallisa. Wzdrygam się. Nie chcę się teraz zapuszczać w te rejony.

Christian odpina swoje pasy i nachyla się, by to samo zrobić z moimi.

– Przyjemny lot, panno Steele? – pyta grzecznie. Oczy mu błyszczą.

– Tak, dziękuję, panie Grey – odpowiadam równie grzecznie.

– W takim razie chodźmy pooglądać zdjęcia tego chłopca.

Wyciąga rękę i pomaga mi wysiąść.

Na spotkanie wychodzi nam siwowłosy, brodaty mężczyzna. Uśmiecha się szeroko. To ten sam człowiek, którego poznałam ostatnim razem.

– Joe. – Christian uśmiecha się i puszcza moją rękę, aby wymienić z nim uścisk dłoni. – Zajmij się nim. Stephan zjawi się koło ósmej czy dziewiątej.

– Zrobi się, panie Grey. Witam panią – kiwa mi głową. – Pański samochód czeka na dole. Och, winda się zepsuła, muszą państwo zejść schodami.

– Dziękuję, Joe.

Christian bierze mnie za rękę i ruszamy w stronę schodów.

– Z tymi obcasami masz szczęście, że to tylko trzy piętra – burczy z dezaprobatą.

No coś takiego.

– Nie podobają ci się te kozaczki?

– Bardzo mi się podobają, Anastasio. – Jego spojrzenie ciemnieje i wydaje mi się, że chce powiedzieć coś jeszcze, ale się powstrzymuje. – Chodź. Zejdziemy powoli. Nie chcę, żebyś spadła z tych schodów i skręciła kark.

Siedzimy w milczeniu, gdy kierowca wiezie nas do galerii. Niepokój wrócił, przybierając jeszcze na sile. Christian milczy zadumany, wręcz niespokojny. Po rozluźnionej atmosferze nie został nawet ślad. Tyle pragnę powiedzieć, ale ta podróż jest zbyt krótka. Christian w zamyśleniu wygląda przez szybę.

– José to tylko przyjaciel – bąkam.

Odwraca się i mierzy mnie wzrokiem. Oczy ma pociemniałe i nieufne, nie zdradzają niczego. Jego usta – och, jego usta mocno mnie rozpraszają. Pamiętam je na swoim ciele – wszędzie. Pali mnie skóra. Christian poprawia się na kanapie i marszczy brwi.

– Te śliczne oczy wydają się zbyt duże w stosunku do twarzy, Anastasio. Proszę, powiedz mi, że będziesz jeść.

– Tak, Christianie, będę jeść – odpowiadam automatycznie.

– Nie żartuję.

– Doprawdy? – W moim głosie pobrzmiewa pogarda. Ależ ten człowiek ma tupet; człowiek, przez którego pięć ostatnich dni było dla mnie piekłem. Nie, to nie tak. To ja zgotowałam sobie piekło. Nie. On. Potrząsam z konsternacją głową.

– Nie chcę się z tobą kłócić, Anastasio. Chcę, abyś do mnie wróciła i żebyś była zdrowa – mówi.

– Ale nic się nie zmieniło. – Nadal masz pięćdziesiąt twarzy.

– Porozmawiamy w drodze powrotnej, dobrze? Jesteśmy już na miejscu.

Samochód zatrzymuje się przed wejściem do galerii i Christian wysiada. A ja nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu. Otwiera dla mnie drzwi i ja także wysiadam.

– Dlaczego to robisz? – pytam głośniej, niż zamierzałam.

– Ale co? – Christian jest wyraźnie zaskoczony.

– Mówisz coś takiego, a potem po prostu milkniesz.

– Anastasio, przyjechaliśmy na miejsce. Tu, gdzie chciałaś. Załatwmy to, a potem porozmawiamy. Nieszczególnie mam ochotę na scenę na ulicy.

Rozglądam się. Ma rację. To miejsce publiczne. Zaciskam usta, a on piorunuje mnie wzrokiem.

– Okej – burczę.

Bierze mnie za rękę i prowadzi w stronę wejścia.

Znajdujemy się w zaadaptowanym magazynie – cegły, podłogi z ciemnego drewna, białe sufity i biały system rur i przewodów. Przestronnie i nowocześnie. W galerii zdążyło się zebrać sporo osób sączących wino i podziwiających prace José. Na chwilę zapominam o swoich kłopotach, zachwycona tym, że mojemu przyjacielowi udało się zrealizować marzenie. Świetna robota, José!

– Dobry wieczór, witamy państwa na wernisażu José Rodrigueza. – Wita nas młoda, krótkowłosa szatynka w czerni, z dużymi kolczykami w kształcie kół i pomalowanymi na czerwono ustami. Prześlizguje się po mnie wzrokiem, następnie zdecydowanie zbyt długo patrzy na Christiana, następnie znowu na mnie, mrugając i rumieniąc się.

Marszczę czoło. On jest mój. A przynajmniej był. Po chwili kobieta mruga ponownie.

– Och, to ty, Ano. Zapraszamy na poczęstunek. – Uśmiechając się szeroko, wręcza mi broszurę i wskazuje stół z napojami i przekąskami.

– Znasz ją? – pyta Christian, marszcząc brwi.

Kręcę głową, równie skonsternowana.

Wzrusza ramionami.

– Czego się napijesz?

– Białego wina.

Brwi schodzą mu się w jedną linię, ale nic nie mówi, tylko odchodzi, aby zrealizować moje zamówienie.

– Ana!

Przez tłum przeciska się José.

A niech mnie! Ma na sobie garnitur. Świetnie wygląda. Uśmiecha się promiennie, a chwilę później bierze mnie w ramiona i mocno przytula. I naprawdę mocno się muszę starać, aby nie wybuchnąć płaczem. Mój przyjaciel, mój jedyny przyjaciel na czas nieobecności Kate. W oczach wzbierają mi łzy.

– Ana, tak się cieszę, że dałaś radę przyjść – szepcze mi do ucha. Nagle odsuwa mnie na odległość ramienia i mierzy bacznym spojrzeniem.

– No co?

– Hej, wszystko w porządku? Wyglądasz, no cóż, dziwnie. Dios mío, schudłaś?

Mrugam powiekami, blokując łzy.

– José, nic mi nie jest. Tak bardzo się cieszę w twoim imieniu. Gratuluję wystawy. – Głos mi drży, gdy na tej tak bardzo znajomej twarzy widzę troskę, ale muszę panować nad sobą.

– Jak się tu dostałaś? – pyta.

– Dzięki Christianowi. – Nagle ogarnia mnie niepokój.

– Och. – José rzednie mina. Puszcza mnie. – Gdzie on jest?

– Tam, poszedł po coś do picia.

Kiwam głową w kierunku Christiana i dostrzegam, że właśnie wymienia uprzejmości z kimś stojącym w kolejce. Christian podnosi wzrok i nasze spojrzenia się krzyżują. Przez krótką chwilę jestem jak sparaliżowana, gdy tak patrzę na tego niezwykle przystojnego mężczyznę, z którego twarzy nic się nie da wyczytać. Przewierca mnie gorącym spojrzeniem.

O rany... Ten piękny mężczyzna chce, żebym do niego wróciła. Gdzieś w głębi mego jestestwa rodzi się powoli słodka radość.

– Ana! – José sprawia, że wracam do rzeczywistości. – Tak się cieszę, że przyjechałaś. Słuchaj, powinienem cię ostrzec...

Nagle w słowo wchodzi mu Panna Krótkowłosa i Czerwonousta:

– José, chce się z tobą widzieć dziennikarka z „Portland Printz”. Chodź. – Obdarza mnie uprzejmym uśmiechem.

– Super, no nie? Sława. – Uśmiecha się szeroko, a ja cieszę się razem z nim. – Później cię znajdę, Ano. – Całuje mnie w policzek i patrzę, jak podchodzi do młodej kobiety stojącej obok tyczkowatego fotografa.

Wszędzie wiszą zdjęcia José; niektóre wydrukowano nawet na olbrzymich płótnach. Część jest czarno-biała, część kolorowa. Wiele pejzaży cechuje eteryczne piękno. Na jednej z prac, zrobionej nad jeziorem w Vancouver, jest wczesny wieczór i różowe chmury odbijają się w nieruchomej wodzie. Porywa mnie niezmącony spokój tego miejsca. To niesamowite zdjęcie.

Podchodzi Christian i wręcza mi kieliszek białego wina.

– Odpowiedni poziom? – Mój głos brzmi względnie normalnie.

Patrzy na mnie pytająco.

– Wino – wyjaśniam.

– Nie. Ale na tego rodzaju imprezach rzadko zdarza się dobre. Chłopak ma talent, nie? – mówi Christian, podziwiając zdjęcie z jeziorem.

– A myślisz, że czemu to jego poprosiłam, aby zrobił ci zdjęcia? – Duma w moim głosie jest oczywista.

– Christian Grey? – Podchodzi do nas fotograf z „Portland Printz”. – Mogę zrobić panu zdjęcie?

– Jasne.

Cofam się o krok, ale Christian chwyta mnie za rękę i przyciąga do siebie. Fotograf patrzy to na mnie, to na niego i nie potrafi ukryć zdziwienia.

– Dziękuję, panie Grey. – Pstryka kilka fotek. – Pani...? – pyta.

– Ana Steele – odpowiadam.

– Dziękuję, pani Steele. – Po tych słowach odchodzi.

– Szukałam w Internecie zdjęć, na których miałbyś damskie towarzystwo. I nic nie znalazłam. Dlatego właśnie Kate myślała, że jesteś gejem.

Usta Christiana wyginają się w uśmiech.

– To tłumaczy twoje naganne pytanie. Nie, nie spotykam się z nikim, Anastasio, tylko z tobą. Ale to akurat wiesz. – Głos ma cichy i nabrzmiały szczerością.

– Więc nigdzie nie zabierałeś swoich... – rozglądam się, czy nikt nie usłyszy – uległych?

– Czasami. Ale nie na oficjalne spotkania. Na zakupy, no wiesz. – Wzrusza ramionami, nie odrywając wzroku od mojej twarzy.

Och, a więc tylko pokój zabaw – Czerwony Pokój Bólu – i apartament. Sama nie wiem, co o tym myśleć.

– Tylko z tobą, Anastasio – szepcze.

Oblewam się rumieńcem i wbijam wzrok w dłonie. Na swój sposób jemu rzeczywiście na mnie zależy.

– Twój przyjaciel wygląda mi bardziej na miłośnika krajobrazów niż na portrecistę. Rozejrzyjmy się. – Ujmuję jego wyciągniętą dłoń.

Mijamy kilka kolejnych zdjęć i dostrzegam parę, która na mój widok uśmiecha się szeroko, jakby mnie znała. Pewnie dlatego, że jestem z Christianem. Ale jeden młody mężczyzna otwarcie się na mnie gapi. Dziwna sprawa.

Skręcamy za róg i już rozumiem, skąd te dziwne spojrzenia. Na przeciwległej ścianie wisi siedem olbrzymich portretów – przedstawiających mnie.

Patrzę na nie bez słowa, a z twarzy odpływa mi krew. Ja: nadąsana, roześmiana, ze zmarszczonymi brwiami, poważna, rozbawiona. Same czarno-białe zbliżenia.

A niech mnie! Pamiętam, jak José bawił się parę razy aparatem, kiedy nas odwiedzał i kiedy ja mu służyłam za kierowcę i asystenta. Sądziłam, że tak sobie pstryka. A nie że robi takie niepozowane zbliżenia.

Christian jak zahipnotyzowany przygląda się każdemu zdjęciu po kolei.

– Wygląda na to, że nie jestem jedyny – mruczy zagadkowo pod nosem, a usta zaciska w cienką linię.

Chyba jest zły.

– Przepraszam – rzuca, przeszywając mnie ostrym spojrzeniem. A potem udaje się w stronę recepcji.

A tym razem o co mu chodzi? Patrzę, jak rozmawia z ożywieniem z Panną Krótkowłosą i Czerwonoustą. Wyjmuje portfel i podaje jej kartę kredytową.

Cholera. Na pewno kupił którąś z prac.

– Hej. To ty jesteś muzą. Te zdjęcia są fantastyczne – odzywa się młody mężczyzna z szopą jasnych włosów, a ja aż podskakuję.

Czuję na łokciu dłoń. Wrócił Christian.

– Szczęściarz z pana – mówi Blond Szopa do Christiana, który w odpowiedzi mrozi go spojrzeniem.

– A owszem – rzuca zwięźle i odciąga mnie na bok.

– Kupiłeś któreś?

– Któreś? – prycha, nie odrywając oczu od zdjęć.

– Kupiłeś więcej niż jedno?

Przewraca oczami.

– Kupiłem wszystkie, Anastasio. Nie chcę, aby jakiś nieznajomy pożerał cię wzrokiem w swoim domu.

Moją pierwszą reakcją jest śmiech.

– Sam wolisz to robić? – pytam drwiąco.

Gromi mnie wzrokiem, zbity z tropu moją zuchwałością. Tak mi się przynajmniej wydaje. I próbuje ukryć rozbawienie.

– Szczerze mówiąc, tak.

– Zboczeniec – mówię bezgłośnie i przygryzam dolną wargę, aby powstrzymać uśmiech.

Teraz jego rozbawienie jest oczywiste. Gładzi się z namysłem po brodzie.

– Nie sposób zaprzeczyć, Anastasio. – Kręci głową, a jego spojrzenie łagodnieje.

– Pociągnęłabym ten temat, ale podpisałam NDA.

Wzdycha, patrząc na mnie, i oczy mu ciemnieją.

– Ależ bym miał ochotę rozprawić się z tym twoim ciętym języczkiem – mruczy pod nosem.

Doskonale wiem, co ma na myśli.

– Jesteś bardzo niegrzeczny – rugam go. Czy on nie zna żadnych granic?

Uśmiecha się, by po chwili zmarszczyć brwi.

– Na tych zdjęciach wyglądasz na bardzo rozluźnioną, Anastasio. Nieczęsto cię taką widuję.

Słucham? Ha! Zmiana tematu, od żartów do tematów poważnych.

Rumienię się i opuszczam wzrok. Christian podnosi mi głowę, a ja robię gwałtowny wdech, czując na brodzie jego palce.

– Chcę, żebyś przy mnie była taka rozluźniona – szepcze. W jego spojrzeniu nie ma ani cienia uśmiechu.

We mnie ponownie wzbiera radość. No ale jak miałoby do tego dojść? Mamy tyle problemów.

– W takim razie musisz mnie przestać onieśmielać – warczę.

– A ty musisz się nauczyć komunikacji i mówić mi, co czujesz – ripostuje.

Biorę głęboki oddech.

– Christian, chciałeś, abym była twoją uległą. W tym właśnie tkwi problem. W definicji słowa „uległy”, którą mi nawet wysłałeś mejlem. – Próbuję sobie przypomnieć dokładne słowa. – Synonimami były, cytuję: „posłuszny, poddany”. Miałam na ciebie nie patrzeć. Nie odzywać się do ciebie, chyba że mi pozwolisz. Czego się spodziewasz? – syczę.

Marszczy brwi, a ja kontynuuję:

– Bycie z tobą jest mocno dezorientujące. Nie chcesz, abym ci się sprzeciwiała, ale z drugiej strony podoba ci się mój „cięty języczek”. Chcesz posłuszeństwa, tyle że nie zawsze, aby móc mnie wtedy ukarać. Kiedy jestem z tobą, nigdy nie wiem, co akurat obowiązuje.

Mruży oczy.

– Celna uwaga, jak zawsze, panno Steele. – Głos ma lodowaty. – Chodźmy coś zjeść.

– Jesteśmy tutaj dopiero pół godziny.

– Zobaczyłaś zdjęcia, porozmawiałaś z chłopakiem.

– Ma na imię José.

– Porozmawiałaś z José, chłopakiem, którego ostatnio widziałem, gdy próbował wepchnąć ci język do ust. A ty byłaś pijana – warczy.

– On nigdy mnie nie uderzył – wyrzucam z siebie.

Widać, że jest wściekły.

– To cios poniżej pasa, Anastasio – syczy groźnie.

Blednę, a Christian przeczesuje dłonią włosy, ledwie tłumiąc gniew.

– Zabieram cię na kolację, żebyś w końcu coś zjadła. Gaśniesz na moich oczach. Poszukaj chłopaka i się pożegnaj.

– Nie możemy zostać dłużej? Proszę?

– Nie. Idź. Teraz. Pożegnaj się.

Aż się we mnie gotuje. Pan Przeklęty Kontroler. Dobrze czuć gniew. Lepiej niż być na skraju łez.

Przeczesuję pomieszczenie wzrokiem, szukając José. Rozmawia właśnie z kilkoma młodymi kobietami. Ruszam w jego stronę, oddalając się tym samym od Christiana. Przywiózł mnie tutaj, więc muszę robić to, co mi każe? Za kogo on się, do cholery, uważa?

Dziewczęta spijają każde słowo, które wypływa z ust José. Gdy podchodzę, jedna z nich głośno wciąga powietrze, niewątpliwie rozpoznając mnie ze zdjęć.

– José.

– Ana. Przepraszam was, dziewczęta. – José obdarza je szerokim uśmiechem i otacza mnie ramieniem. W sumie nawet mnie to bawi: mój przyjaciel robiący takie wrażenie na damach.

– Wyglądasz na wściekłą – mówi.

– Muszę już iść.

– Ale przecież dopiero co przyjechałaś.

– Wiem, ale Christian musi wracać. Zdjęcia są fantastyczne, José, masz wielki talent.

Promienieje.

– Super, że się zjawiłaś.

Chowa mnie w niedźwiedzim uścisku i obraca mną, tak że widzę w oddali Christiana. Marszczy gniewnie brwi. Na pewno dlatego, że jestem w objęciach José. Tak więc z pełną premedytacją oplatam ramionami szyję przyjaciela. Christian chyba zaraz eksploduje. Spojrzenie ma tak mroczne, że niemal czarne. Rusza powoli w naszą stronę.

– Dzięki, że mnie ostrzegłeś co do tych portretów – mamroczę.

– Cholera. Sorki, Ana. Powinienem był ci powiedzieć. Podobają ci się?

– Eee... nie wiem – odpowiadam szczerze, zbita z tropu tym pytaniem.

– Cóż, wszystkie się sprzedały, więc komuś się spodobały. Super, no nie? Jesteś dziewczyną z plakatów. – Przytula mnie jeszcze mocniej i w tej właśnie chwili podchodzi do nas Christian. Piorunuje mnie wzrokiem, ale José na szczęście tego nie widzi. Puszcza mnie. – Nie bądź taka sztywna, Ano. Och, pan Grey, dobry wieczór.

– Panie Rodriguez, imponująca wystawa. – Christian jest lodowato uprzejmy. – Przykro mi, że nie zostaniemy dłużej, ale czas nas nagli, musimy wracać do Seattle. Anastasio? – Subtelnie podkreśla „nas” i bierze mnie za rękę.

– Pa, José. Jeszcze raz moje gratulacje. – Cmokam go szybko w policzek, a chwilę później Christian ciągnie mnie w stronę wyjścia. Wiem, że aż kipi z gniewu. Ja też.

Na ulicy rozgląda się szybko, po czym nagle skręca w lewo w boczną uliczkę i popycha mnie na ścianę jakiegoś budynku. Chwyta obiema dłońmi moją twarz, tak bym musiała spojrzeć w te płomienne, pełne determinacji oczy.

Robię gwałtowny wdech i jego usta spadają na moje. Całuje mnie żarliwie. Nasze zęby się zderzają, a po chwili jego język wdziera się do mych ust.

Pożądanie eksploduje we mnie niczym fajerwerki z okazji Dnia Niepodległości, i też go całuję, z równym zapałem, wplatam palce w jego włosy i mocno przyciągam go do siebie. Z gardła Christiana wydobywa się jęk, niski dźwięk odbijający się echem w moim ciele, a jego dłoń przesuwa się w dół aż do mego uda. Natarczywe palce przez materiał sukienki wbijają się w skórę.

W ten pocałunek wlewam całe cierpienie i ból z ostatnich kilku dni, wiążąc Christiana ze sobą, a on, ku memu oszołomieniu – w tej chwili szaleńczej namiętności – robi to samo, czuje to samo.

Przerywa pocałunek, ciężko dysząc. Oczy mu płoną pożądaniem, jeszcze bardziej rozpalając krążącą w mych żyłach krew. Próbuję wciągnąć do płuc odrobinę cennego powietrza.

– Jesteś. Moja – warczy, podkreślając każde słowo. Odsuwa się i pochyla, opierając dłonie na kolanach, jakby właśnie przebiegł maraton. – Na miłość boską, Ana.

Opieram się o ścianę, oddychając głośno, próbując zachować kontrolę nad rozpustną reakcją mego ciała, próbując odzyskać równowagę.

– Przepraszam – szepczę, gdy wraca mi oddech.

– No i słusznie. Wiem, co robisz. Pragniesz fotografa, Anastasio? On z całą pewnością czuje miętę do ciebie.

Kręcę zawstydzona głową.

– Nie. To tylko przyjaciel.

– Całe dorosłe życie próbowałem unikać wszelkich ekstremalnych uczuć. A jednak ty... ty wywołujesz we mnie uczucia, które są mi zupełnie obce. To bardzo... – Marszczy brwi, szukając odpowiedniego słowa. – Destabilizujące. Lubię kontrolę, Ana, a przy tobie to – prostuje się i wbija we mnie rozgorączkowane spojrzenie – znika. – Macha ręką, po czym przeczesuje palcami włosy i bierze głęboki oddech. Chwyta moją dłoń. – Chodź, musimy porozmawiać, a ty coś zjesz.

ROZDZIAŁ DRUGI

Zabiera mnie do niewielkiej, przytulnej restauracji.

– Musi nam wystarczyć – mruczy. – Nie mamy dużo czasu.

Mnie restauracja się podoba. Drewniane krzesła, lniane obrusy, ściany tego samego koloru, co pokój zabaw Christiana – krwista czerwień, kilka niewielkich luster w pozłacanych ramach, białe świece i wazoniki z białymi różami. W tle Ella Fitzgerald nuci tęsknie o tym czymś, co nazywają miłością. Jest bardzo romantycznie.

Kelner prowadzi nas do stolika dla dwóch osób, usytuowanego w niewielkiej wnęce. Siadam, zastanawiając się, co takiego usłyszę.

– Nie mamy dużo czasu – mówi Christian do kelnera. – Poprosimy więc o dwa steki z polędwicy, średnio wysmażone, sos bearnaise, jeśli jest, frytki i świeże warzywa, takie jakie szef kuchni akurat ma pod ręką, i proszę o kartę win.

– Oczywiście, proszę pana. – Kelner, zaskoczony chłodnym zdecydowaniem Christiana, odchodzi.

Christian kładzie na stoliku BlackBerry. Jezu, a sama nie mogę nic wybrać?

– A jeśli nie lubię steków?

Wzdycha.

– Nie zaczynaj, Anastasio.

– Nie jestem dzieckiem.

– No to przestań się zachowywać, jakbyś nim była.

Zupełnie jakby dał mi klapsa. A więc tak to będzie wyglądać: pełna napięcia rozmowa, co prawda w romantycznej scenerii, ale mogę zapomnieć o serduszkach i kwiatkach.

– Jestem dzieckiem, ponieważ nie lubię steków? – mruczę, próbując ukryć, jak bardzo mnie zabolały jego słowa.

– Ponieważ z premedytacją wyzwalasz we mnie zazdrość. To dziecinne zachowanie. W ogóle nie masz względu na uczucia swojego przyjaciela, wodząc go tak na pokuszenie? – Christian zaciska usta i robi nachmurzoną minę.

Kelner wraca z kartą win.

A ja się rumienię – w ogóle o tym nie pomyślałam. Biedny José, ja przecież absolutnie nie chcę go prowokować. Nagle zalewa mnie fala wstydu. Christian ma rację; zachowałam się bezmyślnie.

– Masz ochotę wybrać wino? – pyta, unosząc wyczekująco brew. Uosobienie arogancji. Doskonale wie, że kompletnie nie znam się na winie.

– Ty wybierz – bąkam.

– Prosimy dwa kieliszki Shiraz Barossa Valley.

– Eee... wino sprzedajemy tylko na butelki, proszę pana.

– W takim razie niech będzie butelka – warczy Christian.

Kelner odchodzi przygaszony i wcale mu się nie dziwię. Marszczę brwi, patrząc na Szarego. Co go gryzie? Och, pewnie ja – gdzieś w głębi mojej psychiki wewnętrzna bogini budzi się, przeciąga sennie i uśmiecha. Dość długo musiała spać.

– Jesteś mocno zrzędliwy.

Przygląda mi się beznamiętnie.

– Ciekawe dlaczego.

– Cóż, dobrze ustalić odpowiedni ton dla tej szczerej rozmowy o przyszłości, nie sądzisz? – Uśmiecham się do niego słodko.

Zaciska usta, ale chwilę później niemal niechętnie ich kąciki się unoszą i już wiem, że próbuje zdusić uśmiech.

– Przepraszam – mówi.

– Przeprosiny przyjęte, i miło mi cię poinformować, że po naszym ostatnim posiłku nie przeszłam na wegetarianizm.

– Ponieważ ten posiłek był twoim ostatnim, uważam, że to kwestia dyskusyjna.

– No i znowu to słowo, „dyskusyjna”.

W jego oczach pojawia się przebłysk wesołości, ale zaraz potem znika.

– Ana, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy, ty mnie zostawiłaś. Trochę się denerwuję. Powiedziałem ci, że chcę cię odzyskać, a ty na to nie zareagowałaś.

Wzrok ma wyczekujący, a jego szczerość jest rozbrajająca. I co ja mam teraz powiedzieć?

– Tęskniłam za tobą... naprawdę tęskniłam, Christianie. Te ostatnie dni były... trudne. – Przełykam ślinę, a gula w moim gardle staje się większa, gdy przypominam sobie te chwile udręki.

Ostatni tydzień był najgorszy w moim życiu, ból niemal nie do opisania. Ale studzi mnie rzeczywistość.

– Nic się nie zmieniło. Nie mogę być taka, jaką mnie chcesz. – Przeciskam te słowa obok twardej guli w gardle.

– Jesteś taka, jaką chcę – mówi z emfazą.

– Nie, Christianie, nie jestem.

– Wytrąciło cię z równowagi to, co się wydarzyło ostatnim razem. Ja zachowałem się głupio, a ty... Ty także. Dlaczego nie użyłaś hasła bezpieczeństwa, Anastasio? – Zmienia ton na oskarżycielski.

Oho, zmiana kierunku.

– Odpowiedz mi.

– Nie wiem. To mnie przytłoczyło. Próbowałam być taka, jak chciałeś, próbowałam znieść ból, no i zupełnie wyleciało mi to z głowy. No wiesz... zapomniałam – kończę szeptem. Zawstydzona wzruszam ramionami.

Może dałoby się uniknąć tego całego cierpienia.

– Zapomniałaś! – Chwyta się brzegu stołu i piorunuje mnie wzrokiem.

Kulę się pod jego spojrzeniem. Cholera! Znowu jest wściekły. Moja wewnętrzna bogini także mnie gromi spojrzeniem. „Widzisz, sama jesteś sobie winna!”

– Jak mogę ci zaufać? – pyta cicho. – W ogóle?

Zjawia się kelner z winem, a my siedzimy, wpatrując się w siebie, niebieskie oczy naprzeciwko szarych. Przepełniają nas wzajemne oskarżenia. Kelner zbytecznie teatralnym gestem odkorkowuje wino i nalewa odrobinę do kieliszka Christiana. On automatycznie upija łyk.

– W porządku. – Ton głosu ma szorstki.

Kelner ostrożnie napełnia nam kieliszki, stawia butelkę na stole, po czym szybko znika. Christian przez cały ten czas nie odrywa ode mnie wzroku. To ja łamię się pierwsza: przerywając kontakt wzrokowy, sięgam po kieliszek i pociągam łyk. Prawie nie czuję smaku wina.

– Przepraszam – szepczę. Nagle robi mi się głupio. Odeszłam, ponieważ uznałam, że do siebie nie pasujemy, natomiast on twierdzi, że mogłam go powstrzymać?

– Przepraszasz za co? – pyta zaalarmowany.

– Za to, że nie użyłam hasła bezpieczeństwa.

Zamyka oczy, jakby mu ulżyło.

– Mogliśmy uniknąć tego całego cierpienia – mówi cicho.

– Ty dobrze wyglądasz. – Lepiej niż dobrze. Wyglądasz po prostu jak ty.

– Pozory mylą. Nie czuję się dobrze. Mam wrażenie, jakby słońce zaszło i od pięciu dni w ogóle nie wzeszło, Ano. Dla mnie przez cały czas trwa noc.

Jego wyznanie zapiera mi dech w piersi. O rety, to zupełnie jak u mnie.

– Powiedziałaś, że nigdy mnie nie zostawisz, a wystarczyło, że coś poszło nie tak, i już byłaś za drzwiami.

– Kiedy powiedziałam, że nigdy cię nie zostawię?

– Przez sen. Już dawno nie usłyszałem czegoś równie pokrzepiającego, Anastasio.

Wokół mojego serca zaciska się silna pięść. Sięgam po wino.

– Powiedziałaś, że mnie kochasz – szepcze Christian. – Teraz to czas przeszły? – Głos ma nabrzmiały niepokojem.

– Nie, Christianie.

Wygląda tak bezbronnie, gdy wypuszcza powietrze z płuc.

– To dobrze – mruczy.

Zaszokowało mnie jego wyznanie. To dopiero zmiana nastawienia. Kiedy wcześniej wyznałam mu miłość, był przerażony. Wraca kelner. Stawia przed nami półmiski i chyłkiem się oddala.

Jasny gwint. Jedzenie.

– Jedz – nakazuje mi Christian.

W sumie wiem, że jestem głodna, ale w tej chwili mój żołądek to jeden wielki supeł. Siedzenie naprzeciwko jedynego mężczyzny, którego kochałam, i rozmawianie o naszej niepewnej przyszłości nie wpływa korzystnie na apetyt. Patrzę podejrzliwie na talerz.

– Na litość boską, Anastasio, jeśli nie zaczniesz jeść, przełożę cię zaraz przez kolano i nie będzie to miało nic wspólnego z moją satysfakcją seksualną. Jedz!

„Nie żołądkuj się tak, Grey”. Moja podświadomość mierzy mnie spojrzeniem znad okularów. Całym sercem przyznaje rację Szaremu.

– Okej, zjem to. Schowaj tę swoją świerzbiącą rękę.

Nie uśmiecha się, tylko dalej patrzy na mnie gniewnie. Niechętnie biorę sztućce i odkrawam kawałek steku. Och, jest naprawdę smaczny. Jestem głodna, wściekle głodna. Przeżuwam, a Christian wyraźnie się odpręża.

Jemy w milczeniu. Muzyka się zmieniła. Teraz w tle słychać kobietę o delikatnym głosie, a słowa piosenki odbijają się echem w mej głowie. Odkąd pojawiłeś się w moim życiu, już nigdy nie będę taka jak dawniej.

Rzucam spojrzenie Szaremu. Je i jednocześnie mnie obserwuje. Głód, pragnienie, niepokój – to wszystko w jednym gorącym spojrzeniu.

– Wiesz, kto to śpiewa? – pytam, siląc się na normalną rozmowę.

Christian nieruchomieje i słucha przez chwilę.

– Nie... ale dobra jest.

– Mnie też się podoba.

W końcu na jego ustach pojawia się ten jego enigmatyczny uśmiech. Co on knuje?

– No co? – pytam.

Kręci głową.

– Jedz – mówi spokojnie.

Zjadłam połowę tego, co miałam na talerzu. Więcej nie dam rady. Jak mam to negocjować?

– Nie zmieszczę już więcej. Zjadłam wystarczająco dużo dla Pana?

W milczeniu patrzy na mnie beznamiętnie, po czym zerka na zegarek.

– Naprawdę jestem pełna – dodaję, pociągając łyk pysznego wina.

– Niedługo musimy się zbierać. Jest tu Taylor, a ty musisz jutro wstać do pracy.

– Ty też.

– Ja potrzebuję znacznie mniej snu niż ty, Anastasio. Ale przynajmniej coś zjadłaś.

– Nie wracamy Charliem Tango?

– Nie, pomyślałem, że pewnie się czegoś napiję. Taylor nas odbierze. No a dzięki temu będę cię miał w samochodzie tylko dla siebie, choćby przez kilka godzin. Dużo czasu na rozmowę.

Ach, a więc taki jest plan.

Christian przywołuje kelnera i prosi go o rachunek, następnie bierze ze stołu BlackBerry i dzwoni.

– Jesteśmy w Le Picotin, Southwest Third Avenue. – Rozłącza się. A więc nadal zachowuje się szorstko podczas rozmów telefonicznych.

– Jesteś bardzo oschły wobec Taylora. Właściwie wobec większości ludzi.

– Po prostu szybko przechodzę do sedna sprawy.

– Tego wieczoru nie przeszedłeś. Nic się nie zmieniło, Christianie.

– Mam dla ciebie propozycję.

– To wszystko zaczęło się od propozycji.

– Inną propozycję.

Kelner wraca i Christian wręcza mu kartę kredytową, nie patrząc nawet na rachunek. Po chwili jego telefon brzęczy.

Ma propozycję? Jaką tym razem? Przez moją głowę przemyka kilka scenariuszy: porwanie, praca dla niego. Nie, to nie ma sensu. Christian finalizuje płatność.

– Chodź. Taylor już czeka.

Wstajemy i bierze mnie za rękę.

– Nie chcę cię stracić, Anastasio. – Całuje czule moją dłoń, a dotyk jego ust na mojej skórze sprawia, że przeszywa mnie dreszcz.

Przed restauracją czeka audi. Christian otwiera przede mną drzwi. Wsiadam i opadam na miękką, skórzaną kanapę. Podchodzi do drzwi od strony kierowcy; wysiada Taylor i przez chwilę rozmawiają. To nowość. Zżera mnie ciekawość. O czym mówią? Chwilę później obaj siedzą już w aucie. Zerkam na Christiana; patrzy przed siebie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

Przez krótką chwilę pozwalam sobie kontemplować jego profil: prosty nos, pełne usta, włosy opadające na czoło. Ten boski mężczyzna z całą pewnością nie jest mi pisany.

Samochód wypełnia cicha muzyka, jakiś utwór orkiestrowy, którego nie znam. Taylor włącza się do ruchu, kierując się w stronę autostrady I-5 i do Seattle.

Christian odwraca się twarzą do mnie.

– Jak już mówiłem, Anastasio, mam dla ciebie propozycję.

Zerkam nerwowo na Taylora.

– Taylor cię nie słyszy – uspokaja mnie Christian.

– Jak to?

– Taylor! – woła. Mężczyzna nie odpowiada. Woła ponownie, dalej zero reakcji. Christian wychyla się i klepie go w ramię. Taylor wyjmuje z uszu słuchawkę, której wcześniej nie dostrzegłam.

– Tak, proszę pana?

– Dziękuję. Wszystko w porządku, możesz wrócić do słuchania.

– Tak jest.

– Zadowolona? Słucha iPoda. Puccini. Zapomnij, że tu jest. Tak jak ja.

– Poprosiłeś go, żeby to zrobił?

– Tak.

Och.

– No dobrze, twoja propozycja?

Christian sprawia nagle wrażenie rzeczowego i pełnego determinacji. A niech to. Negocjujemy interes. Cała zamieniam się w słuch.

– Pozwól, że najpierw spytam cię o coś. Pragniesz stałego związku waniliowego bez żadnego perwersyjnego bzykanka?

Szczęka mi opada.

– Perwersyjnego bzykanka? – pytam ochrypłym głosem.

– Perwersyjnego bzykanka.

– Nie wierzę, że to powiedziałeś.

– No cóż, powiedziałem. Odpowiedz mi – mówi spokojnie.

Policzki mi płoną. Moja wewnętrzna bogini klęczy, ręce ma złożone i patrzy na mnie błagalnie.

– Lubię to twoje perwersyjne bzykanko – szepczę.

– Tak mi się właśnie wydawało. Czego więc nie lubisz?

Tego, że nie mogę cię dotykać. Tego, że podoba ci się mój ból, uderzeń pasa...

– Groźby okrutnej i wyjątkowej kary.

– To znaczy?

– Masz w swoim pokoju te wszystkie laski, pejcze i inne rzeczy i boję się tego jak cholera. Nie chcę, żebyś używał ich ze mną.

– Okej, więc żadnych pejczy ani lasek. No i pasów – dodaje sardonicznie.

Patrzę na niego z konsternacją.

– Próbujesz na nowo określić granice bezwzględne?

– Niekoniecznie, próbuję jedynie zrozumieć ciebie, mieć jaśniejszy obraz tego, co lubisz, a czego nie.

– Zasadniczo, Christianie, to najtrudniej jest mi znieść fakt, że cieszy cię sprawianie mi bólu. I pomysł, że zrobisz to, ponieważ przekroczyłam jakąś arbitralną granicę.

– Ale ona nie jest arbitralna, zasady są spisane.

– Nie chcę zasad.

– Żadnych?

– Żadnych. – Kręcę głowę, ale serce mam w gardle. Do czego on zmierza?

– Ale nie masz nic przeciwko, abym dawał ci klapsy?

– Czym?

– Tym. – Podnosi rękę.

Poprawiam się na kanapie.

– Nie, raczej nie. Zwłaszcza z tymi srebrnymi kulkami... – Dzięki Bogu jest ciemno, bo twarz mi płonie na wspomnienie tamtego wieczoru. Taa... to akurat bym powtórzyła.

Christian uśmiecha się z wyższością.

– Tak, to było fajne.

– Lepsze niż fajne – bąkam.

– Więc jesteś w stanie znieść nieco bólu.

Wzruszam ramionami.

– Chyba tak. – Och, dokąd on zmierza? Mój niepokój podskoczył o kilka stopni w skali Richtera.

Gładzi się z zadumą po brodzie.

– Anastasio, chcę zacząć od nowa. Najpierw związek waniliowy, a potem może, kiedy już mi bardziej zaufasz, a ja uwierzę, że jesteś ze mną szczera i potrafisz się komunikować, wtedy może poszlibyśmy dalej i porobili trochę tego, co ja lubię.

Wpatruję się w niego oszołomiona, a w mojej głowie nie ma ani jednej myśli – jakby w komputerze zepsuł się dysk. Christian chyba się denerwuje, ale nie widzę go dobrze, gdyż spowija nas oregońska ciemność. A więc w końcu dotarliśmy do sedna sprawy.

On chce wersji jasnej, ale czy mogę go o to prosić? A czy ja nie lubię mrocznej? Część lubię. W mojej głowie pojawiają się nieproszone wspomnienia tamtego wieczoru z Thomasem Tallisem.

– A co z karami?

– Zero kar. – Kręci głową. – Zero.

– A zasady?

– Żadnych zasad.

– Absolutnie żadnych? Ale ty masz swoje potrzeby.

– Ciebie potrzebuję bardziej, Anastasio. Przez tych kilka ostatnich dni czułem się jak w piekle. Instynkt mówi mi, żebym pozwolił ci odejść, mówi mi, że nie zasługuję na ciebie. – Milknie na chwilę. – Te zdjęcia, które zrobił chłopak... Widzę, jak on ciebie postrzega. Wyglądasz beztrosko i ślicznie. Nie znaczy to, że teraz nie jesteś śliczna, ale widzę twój ból. Okropna jest świadomość, że to przeze mnie tak się czujesz. Ale jestem egoistą. Pragnąłem cię od chwili, gdy wpadłaś do mojego gabinetu. Jesteś wyjątkowa, uczciwa, ciepła, silna, dowcipna, zniewalająco niewinna... lista nie ma końca. Podziwiam cię. Pragnę cię, a myśl, że mógłby mieć cię ktoś inny, jest niczym nóż, obracający się w ranie mojej mrocznej duszy.

W ustach mi zasycha. Jeśli to nie jest deklaracja miłości, to nie wiem, jak miałaby takowa wyglądać. Pęka tama i z moich ust wypływa potok słów:

– Christianie, dlaczego uważasz, że masz mroczną duszę? Ja bym tego nie powiedziała. Może smutną, ale jesteś dobrym człowiekiem. Ja to widzę... jesteś hojny, życzliwy i nigdy mnie nie okłamałeś. Wiesz, w sobotę doznałam szoku. To mnie obudziło. Dotarło do mnie, że nie potrafię być kobietą, jakiej pragniesz. Potem, kiedy już wyszłam, uświadomiłam sobie, że ból fizyczny, który mi sprawiałeś, nie był taki zły jak ból towarzyszący świadomości, że cię straciłam. Naprawdę chcę sprawiać ci przyjemność, ale to trudne.

– Zawsze sprawiasz mi przyjemność – szepcze. – Ile razy mam ci to powtarzać?

– Nigdy nie wiem, co myślisz. Czasami wydajesz się taki zamknięty... jak samotna wyspa. Onieśmielasz mnie. Dlatego właśnie trzymam buzię na kłódkę. Nie wiem, w którym kierunku zmierza twój nastrój. W ułamku sekundy potrafi diametralnie się zmienić. To działa dezorientująco. No i na dodatek nie pozwalasz się dotykać, a ja tak bardzo ci pragnę pokazać, jak mocno cię kocham.

Mruga w ciemności, chyba nieufnie, a ja już nie mogę mu się oprzeć. Odpinam pasy i wdrapuję mu się na kolana, biorąc go tym z zaskoczenia. Ujmuję jego twarz w dłonie.

– Kocham cię, Christianie Greyu. A ty jesteś gotowy zrobić to wszystko dla mnie. To ja nie zasługuję na ciebie i tak mi przykro, że nie jestem w stanie robić dla ciebie tych wszystkich rzeczy. Może z czasem... nie wiem... ale tak, zgadzam się na twoją propozycję. Gdzie mam podpisać?

Obejmuje mnie mocno i tuli do siebie.

– Och, Ana. – Chowa twarz w moich włosach.

Siedzimy objęci, słuchając muzyki – spokojnego utworu na fortepian – odzwierciedlającej emocje obecne w samochodzie, słodki spokój po burzy. Wtulam się w niego jeszcze bardziej, opierając głowę o ramię. Delikatnie gładzi mnie po plecach.

– Dotykanie to dla mnie granica bezwzględna, Anastasio – szepcze.

– Wiem. Chciałabym zrozumieć dlaczego.

Po dłuższej chwili wzdycha i mówi:

– Miałem paskudne dzieciństwo. Jeden z alfonsów dziwki... – Urywa i cały się spina, wspominając jakieś niewyobrażalne okropieństwo. – Ja to pamiętam – dodaje szeptem.

Serce mi się ściska, gdy przypominają mi się blizny po przypaleniach na jego skórze. Och, Christianie. Zarzucam mu ramiona na szyję.

– Stosowała przemoc? Twoja matka? – Głos mam cichy i nabrzmiały od niewypłakanych łez.

– Nie mam takich wspomnień. Ale nie dbała o mnie. Nie ochroniła mnie przed swoim alfonsem. – Prycha. – To chyba ja opiekowałem się nią. Kiedy w końcu się zabiła, dopiero po czterech dniach ktoś podniósł alarm i nas znalazł... To pamiętam.

Z przerażeniem zakrywam dłonią usta. Kurwa mać. Do gardła podchodzi mi żółć.

– To mocno popieprzone – szepczę.

– Na pięćdziesiąt sposobów.

Przyciskam usta do jego szyi, szukając pociechy i ją oferując, gdy wyobrażam sobie małego, brudnego, szarookiego chłopczyka, zagubionego i osamotnionego przy zwłokach matki.

Och, Christianie. Wdycham jego woń. Pachnie bosko, mój ulubiony zapach na świecie. Mocniej mnie obejmuje i całuje moje włosy, i tak siedzę w jego ramionach, gdy tymczasem Taylor pędzi przez noc.

Kiedy się budzę, jedziemy już przez Seattle.

– Hej – mówi miękko Christian.

– Przepraszam – mruczę i prostuję się. Mrugam powiekami i przeciągam się. Nadal siedzę na jego kolanach.

– Bez końca mógłbym patrzeć, jak śpisz, Ana.

– Mówiłam coś?

– Nie. Jesteśmy już prawie pod twoim domem.

Och?

– Nie jedziemy do ciebie?

– Nie.

– Dlaczego?

– Dlatego, że jutro musisz iść do pracy.

– Och. – Wydymam usta.

– A czemu pytasz, czyżby coś ci chodziło po głowie?

– Może.

Chichocze.

– Anastasio, nie zamierzam cię dotknąć, dopóki nie będziesz o to błagać.

– Że co?

– Chodzi mi o to, żebyś w końcu zaczęła się ze mną komunikować. Gdy następnym razem będziemy się kochać, będziesz mi musiała powiedzieć ze szczegółami, czego pragniesz.

Zsuwa mnie z kolan, gdy Taylor zajeżdża pod moje mieszkanie. Christian wysiada i otwiera przede mną drzwi.

– Mam coś dla ciebie. – Przechodzi na tył samochodu, otwiera bagażnik i wyjmuje spore, ozdobnie zapakowane pudełko. Co to takiego?

– Otwórz, jak wejdziesz do mieszkania.

– Ty mi nie potowarzyszysz?

– Nie, Anastasio.

– Kiedy się więc zobaczymy?

– Jutro.

– Mój szef chce, żebym jutro poszła z nim na drinka.

Na twarzy Christiana pojawia się zacięcie.

– Czyżby? – W jego głosie pobrzmiewa nutka groźby.

– Aby uczcić mój pierwszy tydzień pracy – dodaję szybko.

– Gdzie?

– Nie wiem.

– Mógłbym cię stamtąd zabrać.

– Okej... Wyślę ci mejl albo esemesa.

– Dobrze.

Odprowadza mnie do drzwi i czeka, aż znajdę w torebce klucze. Otwieram drzwi, a on nachyla się, ujmuje moją brodę i unosi. Jego usta wiszą nad moimi, a potem Christian zamyka oczy i delikatnymi pocałunkami zaznacza szlak od kącika oka do kącika ust.

Z moich ust wydobywa się cichy jęk.

– Do jutra – mówi bez tchu.

– Dobranoc, Christianie. – Słyszę w swoim głosie pragnienie.

Uśmiecha się.

– No, wchodź już.

Przekraczam próg, piastując w objęciach tajemniczą paczkę.

– Na razie, mała! – woła za mną, po czym odwraca się i z tą swoją swobodną gracją wraca do auta.

Od razu po przekroczeniu progu mieszkania otwieram karton i znajduję mojego MacBooka Pro, BlackBerry i jeszcze jedno prostokątne pudełko. A to co? Zrywam srebrny papier. W środku kryje się cienkie etui z czarnej skóry.

Otwieram je, a tam iPad. O niech mnie... iPad. Na ekranie leży biała karteczka z napisaną odręcznie wiadomością od Christiana:

Mam w iPadzie miks utworów Christiana Greya. Kręcę głową z dezaprobatą z powodu tego wydatku, ale w głębi duszy jestem uradowana. Jack ma jeden w redakcji, więc wiem, jak się go używa.

Włączam urządzenie i wciągam głośno powietrze, gdy na ekranie pojawia się tapeta: mały model szybowca. O rany. To Blanik L-23, który mu dałam, stojący na szklanej podstawie chyba na biurku Christiana. Wpatruję się w niego długą chwilę.

Skleił go! Naprawdę to zrobił. Przypomina mi się, że wspomniał o tym w liściku dołączonym do kwiatów. I już wiem, że temu prezentowi poświęcił dużo uwagi.

Przesuwam palcem po strzałce na dole ekranu, aby go odblokować i ponownie łapię oddech. W tle pojawia się zdjęcie, przedstawiające mnie i Christiana w dniu rozdania dyplomów. To, które pojawiło się w „Seattle Times”. Christian jest na nim taki przystojny. Na mojej twarzy wykwita szeroki uśmiech – owszem, i jest mój!

Przesuwam palcem po ekranie i pojawiają się nowe ikonki. Aplikacja Kindle, iBooks, Words – czymkolwiek to jest.

Biblioteka Brytyjska? Dotykam ikonki i pojawia się menu: ZBIÓR HISTORYCZNY. Przewijam w dół i wybieram POWIEŚCI Z XVIII I XIX WIEKU. Kolejne menu. Klikam w tytuł: Amerykanin Henry’ego Jamesa. Otwiera się nowe okno, oferujące mi skan egzemplarza książki. O rany – to jedno z pierwszych wydań, z 1879 roku, i mam je w swoim iPadzie! Kupił mi Bibliotekę Brytyjską, do której wchodzi się jednym kliknięciem.

Szybko wychodzę z aplikacji, wiedząc, że inaczej utknę tu na całą wieczność. Dostrzegam inną – Dobre jedzenie, na której widok jednocześnie wywracam oczami i się uśmiecham, aplikację z wiadomościami, aplikację pogodową, ale przecież miała tu być muzyka. Wracam do głównego ekranu, klikam w ikonkę iPoda i pojawia się playlista. Przewijam przez piosenki. Uśmiecham się. Thomas Tallis – nieprędko to zapomnę. W końcu słuchałam tego dwa razy, podczas gdy Christian chłostał mnie i posuwał.

Witchcraft. Mój uśmiech staje się szerszy – nasz taniec w salonie. Marcello i Bach – o nie, to stanowczo zbyt smutne na mój obecny nastrój. Hmm. Jeff Buckley – tak, słyszałam o nim. Snow Patrol – mój ulubiony zespół – i utwór zatytułowany Principles of Love Enigmy. Jakież to w stylu Christiana. I następny tytuł, Possession... o tak, bardzo w stylu Szarego. I jeszcze kilka, które nic mi nie mówią.

Wybieram piosenkę, która zwraca moją uwagę, i stukam w play. To Try Nelly Furtado. Zaczyna śpiewać i jej głos otula mnie niczym jedwabny szalik. Kładę się na łóżku.

Czy to znaczy, że Christian zamierza spróbować? Wypróbować ten nowy związek? Wsłuchuję się w tekst, patrząc w sufit, próbując zrozumieć jego zmianę stanowiska. Tęsknił za mną. Ja tęskniłam za nim. Musi coś do mnie czuć. Musi. Ten iPad, te piosenki, te aplikacje – zależy mu na mnie. Naprawdę zależy. W moje serce wlewa się nadzieja.

Piosenka dobiega końca i do oczu napływają mi łzy. Szybko włączam inną – The Scientist Coldplay, jednego z ulubionych zespołów Kate. Znam ten utwór, ale nigdy dotąd nie wsłuchiwałam się w słowa. Zamykam oczy i pozwalam, by przelewały się przeze mnie.

Zaczynają mi płynąć łzy. Nie potrafię ich powstrzymać. Jeśli to nie przeprosiny, to co? Och, Christianie.

A może zaproszenie? Odpowie na moje pytania? Czy przypadkiem nie przypisuję temu zbyt wielkiego znaczenia? Pewnie tak.

Ocieram łzy. Muszę napisać do niego mejl z podziękowaniami. Zeskakuję z łóżka, aby wziąć ze stołu to podłe urządzenie.

Coldplay dalej gra, gdy siedzę po turecku na łóżku. Mac się uruchamia i loguję się.

Nadawca: Anastasia Steele

Temat: IPAD

Data: 9 czerwca 2011, 23:56

Adresat: Christian Grey

Znowu doprowadziłeś mnie do łez.

Kocham iPada.

Kocham te piosenki.

Kocham aplikację Biblioteka Brytyjska.

Kocham Ciebie.

Dziękuję.

Dobrej nocy.

Ana xx

Nadawca: Christian Grey

Temat: iPad

Data: 10 czerwca 2011, 00:03

Adresat: Anastasia Steele

Cieszę się, że Ci się podoba. Sobie też kupiłem.

Gdybym był teraz przy Tobie, scałowałbym Twoje łzy.

Ale nie jestem – więc kładź się spać.

Christian Grey

Prezes, Grey Enterprises Holdings, Inc.

Jego odpowiedź sprawia, że się uśmiecham – nadal taki apodyktyczny, nadal taki Christianowy. Czy to także ulegnie zmianie? I w tej chwili dociera do mnie, że wcale tego nie chcę. Lubię go takiego władczego, o ile tylko nie muszę obawiać się kary.

Nadawca: Anastasia Steele

Temat: Pan Gderliwy

Data: 10 czerwca 2011, 00:07

Adresat: Christian Grey

A więc znów jest Pan władczy, spięty i gderliwy, panie Grey.

Wiem, jak temu zaradzić. No ale skoro nie ma Cię tu teraz – nie pozwoliłeś mi spędzić z Tobą nocy i oczekujesz, że będę błagać...

Fajnie sobie pomarzyć, proszę Pana.

Ana xx

PS. Zwróciłam uwagę na fakt, iż do playlisty dorzuciłeś Hymn Prześladowców, Every Breath You Take. Naprawdę lubię Twoje poczucie humoru, ale czy dr Flynn o tym wie?

Nadawca: Christian Grey

Temat: Spokój w stylu zen

Data: 10 czerwca 2011, 00:10

Adresat: Anastasia Steele

Moja najdroższa Panno Steele,

Klapsy występują i w związkach waniliowych, wiesz?

Zazwyczaj za obopólną zgodą i w kontekście seksualnym... ale ochoczo zrobię wyjątek.