Wyzwolony. „Nowe oblicze Greya” oczami Christiana - E L James - ebook
NOWOŚĆ

Wyzwolony. „Nowe oblicze Greya” oczami Christiana ebook

E L James

4,3

275 osób interesuje się tą książką

Opis

EL James powraca do zmysłowej serii Pięćdziesiąt twarzy Greya, historii miłosnej, która podbiła serca milionów czytelniczek na całym świecie. Serdecznie zapraszamy na ślub dekady: Christian Grey uczyni Anastasię Steele swoją żoną. Tylko czy na pewno jest dobrym materiałem na męża? Ojciec Christiana ma co do tego wątpliwości, brat chce zorganizować niezapomniany wieczór kawalerski, a narzeczona wciąż nie przyrzekła mu posłuszeństwa… Małżeństwo niesie też ze sobą pewne wyzwania. Namiętność, która połączyła kochanków, płonie coraz mocniej – mocniej niż kiedykolwiek – a wyzywająca Ana wciąż budzi najmroczniejsze lęki Christiana, wystawiając na próbę jego potrzebę kontroli. A ponieważ dawne napięcia i urazy zagrażają im obojgu, jeden błąd może ich rozdzielić. Czy Christian zdoła przezwyciężyć koszmary z dzieciństwa, zapomnieć o zgubnej młodości i się ocalić? A gdy już odkryje prawdę o swoim pochodzenia, czy uda mu się znaleźć przebaczenie i zaakceptować bezwarunkową miłość Any? Czy Christian będzie wreszcie wyzwolony?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1053

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (110 ocen)
63
23
16
7
1
Sortuj według:
iloproch93

Całkiem niezła

Jestem trochę... Zawiedziona? Gdy dowiedziałam się ile stron ma wersja Christiana byłam zachwycona. Myślałam sobie : wow, więcej bonusowych scen, więcej przemyśleń bohatera... Tymczasem połowa książki to sam seks, a główny bohater wyszedł wręcz na nimfomana. Ja rozumiem, że o tym jest ta cała seria, niemniej jednak... czuję pewien niedosyt. Jakby autorka na siłę pisała tą książkę. Co może faktycznie miało miejsce, bo bardzo długo zbierała się do jej napisania...
20
carrieweg

Całkiem niezła

Tym razem zawiedli tłumacze. Uwielbiam Greya, ale czasami nie dało się czytać - zmieniony charakter wypowiedzi głównej postaci, błędy i niejasności w tekście, pozmieniane nazwy z wcześniejszych części (po przeczytaniu ok 40% książki, a potem pod koniec powieści). Szkoda.
10
farmasibydaria

Nie oderwiesz się od lektury

O wiele przyjemniej się czytało mi tą wersję niż tą napisaną z perspektywy Any. Polecam serdecznie.
11
Kaami_11_05

Całkiem niezła

Widać że minęła dłuższa przerwa od pisania historii Any i Christiana... :(
00
Magda692

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00

Popularność




Freed

Copyright © 2012, 2021 by Fifty Shades Ltd

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2021 for the Polish translation by Katarzyna Petecka-Jurek, Magda Kurylak, Paweł Cichawa (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: © 2021 by Sourcebooks

Erika Mitchell, Brittany Vibbert/Sourcebooks

Zdjęcie na okładce: Erika Mitchell

Zdjęcie serc na okładce: Andrew Melzer/Sourcebooks

Adaptacja okładki: Monika Drobnik-Słocińska / monikaimarcin.com

Zdjęcie autorki: © Nino Muñoz

Tłumaczenie: Katarzyna Petecka-Jurek (s. 5–304), Magda Kurylak (s. 305–547), Paweł Cichawa (s. 548–856)

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Marta Chmarzyńska, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-8230-171-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2021

Dla Evy i Sue.

Dziękuję Wam, dziękuję, dziękuję

za wszystko, co robicie.

I dla Katherine.

Nic nas nie powstrzyma.

NIEDZIELA, 19 CZERWCA 2011

Leżymy cudownie zmęczeni seksem. Nad nami kołyszą się lampiony z różowego papieru, polne kwiaty i lampki migoczące pod krokwiami dachu. Mój oddech powoli wraca do normy. Tulę do siebie Anastasię. Leży na mnie, z policzkiem przytulonym do mojej piersi i ręką na moim galopującym sercu. Ciemność zniknęła, przegoniona przez moją łapaczkę snów… moją narzeczoną. Moją miłość. Moje światło.

Czy mogę być szczęśliwszy, niż jestem teraz?

Staram się utrwalić w pamięci tę scenę: hangar, kojący rytm chlupoczącej wody, kwiaty, światła. Przymykam oczy, żeby zapamiętać, co czuję, kiedy trzymam w ramionach tę kobietę, jej ciężar na moim ciele, powolny ruch unoszących się i opadających wraz z oddechem jej pleców, jej nogi splecione z moimi. Zapach jej włosów wypełnia mi nozdrza, kojąc wszystkie tkwiące we mnie zadry i rany. To moje szczęśliwe miejsce. Doktor Flynn byłby dumny. Ta piękna kobieta zgodziła się być moja. W każdym tego słowa znaczeniu. Po raz kolejny.

– Możemy wziąć ślub jutro? – szepczę jej do ucha.

– Hm.

Na skórze czuję delikatne drżenie jej strun głosowych.

– Czy to znaczy tak?

– Hm.

– Nie?

– Hm.

Uśmiecham się. Jest wyczerpana.

– Panno Steele, czy pani bredzi? – Wyczuwam, że w odpowiedzi się uśmiecha i z radości zaczynam się śmiać. Obejmuję ją mocniej i całuję we włosy. – W takim razie Vegas, jutro.

Unosi głowę, w miękkim świetle lampionów ma na wpół przymknięte oczy – jest śpiąca, ale zaspokojona.

– Nie sądzę, żeby moi rodzice byli tym zachwyceni. – Opuszcza głowę, a ja muskam koniuszkami palców jej plecy, rozkoszując się ciepłem jej gładkiej skóry.

– Co ci się marzy, Anastasio? Vegas? Wielkie wesele z wszystkimi szykanami? Powiedz mi.

– Nie wielkie. Tylko rodzina i przyjaciele.

– Okej. A gdzie?

Wzrusza ramionami, a ja się orientuję, że o tym nie myślała.

– Możemy to zrobić tutaj? – pytam.

– W domu twoich rodziców? Zgodzą się?

Śmieję się. Grace pęknie ze szczęścia.

– Moja matka będzie w siódmym niebie.

– Okej. Tutaj. Mama i tato też by tak woleli.

Ja także.

Chociaż raz się zgadzamy. Bez kłótni.

Czy to pierwszy raz?

Łagodnie głaszczę ją po włosach, nieco potarganych po naszych miłosnych uniesieniach.

– No dobrze, ustaliliśmy już gdzie, teraz trzeba postanowić kiedy.

– Nie powinniśmy najpierw zapytać twojej mamy?

– Hm. Daję jej miesiąc, ani dnia więcej. Zbyt mocno cię pragnę i nie zamierzam dłużej czekać.

– Christianie, przecież mnie masz. I to już od dłuższego czasu. Ale dobrze, niech będzie miesiąc. – Całuje mnie czule w policzek, a ja jestem wdzięczny, że ciemność nie powraca. Obecność Any trzyma ją w ryzach.

– Lepiej wracajmy. Nie chciałbym, żeby Mia nas zaskoczyła jak ostatnim razem.

Ana parska śmiechem.

– Ach tak. Niewiele brakowało. Moje pierwsze ruchanko za karę.

Muska palcami moją szczękę, a ja przewracam się na brzuch, zabieram ją ze sobą i wciskam we włochaty dywan na podłodze.

– Nie przypominaj mi. To nie był moment mojej chwały.

Jej wargi układają się w fałszywie skromny uśmieszek, a w oczach pojawiają się iskierki rozbawienia.

– Jeśli chodzi o ruchanko za karę, było w porządku. I w rewanżu odzyskałam swoje majtki.

– Owszem. I to uczciwie. – Chichocząc na to wspomnienie, całuję ją szybko i wstaję. – Zakładaj majtki i wracamy na imprezę, a przynajmniej na to, co jeszcze z niej zostało.

ZAPINAM ZAMEK JEJ szmaragdowej sukni i narzucam jej na ramiona swoją marynarkę.

– Gotowa?

Splata swoje palce z moimi i wchodzimy po schodach hangaru. Ana przystaje i spogląda za siebie na nasz kwietny raj, jakby teraz ona chciała utrwalić sobie wszystko w pamięci.

– Co będzie z tymi lampkami i kwiatami?

– Nie martw się. Jutro przychodzi florystka, żeby sprzątnąć naszą altankę. Świetnie się spisali. A kwiaty trafią do miejscowego domu seniora.

Ściska moją rękę.

– Jesteś dobrym człowiekiem, Christianie Grey.

Mam nadzieję, że wystarczająco dobrym dla ciebie.

MOJA RODZINA JEST w gabinecie, gdzie pastwi się nad maszyną do karaoke. Kate i Mia tańczą i śpiewają We Are Family, za widownię mając rodziców. Wydaje mi się, że wszyscy są lekko wstawieni. Elliot półleży na kanapie i sącząc piwo, bezgłośnie śpiewa razem z dziewczynami.

Kate zauważa Anę i kiwa, żeby podeszła do mikrofonu.

– Rany boskie! – wrzeszczy Mia, zagłuszając piosenkę. – Patrzcie na ten wielki kamień! – Chwyta rękę Any i gwiżdże z podziwu. – Christianie Grey, postarałeś się.

Ana uśmiecha się do niej nieśmiało, a tymczasem matka i Kate pochodzą, by obejrzeć pierścionek, po czym wydają pełne zachwytu dźwięki. W duchu czuję się, jakbym miał dwa metry wzrostu.

Tak. Podoba się jej. Im także.

Dobra robota, Grey.

– Christianie, możemy porozmawiać? – zwraca się do mnie Carrick, wstając z ponurą miną.

Teraz?

Z zaciętym wyrazem twarzy prowadzi mnie ku drzwiom.

– Mm, jasne. – Zerkam na Grace, ale ona celowo unika mojego wzroku.

Powiedziała mu o Elenie?

Kurwa. Mam nadzieję, że nie.

Idę za nim do jego gabinetu, on przepuszcza mnie przodem i zamyka za nami drzwi.

– Twoja matka mi powiedziała – oznajmia bez zbędnych wstępów.

Zerkam na zegarek – jest 12:28. Za późno na takie rozmowy… dosłownie i w przenośni.

– Tato, jestem zmęczony…

– Nie. Nie wywiniesz się. – Głos ma surowy, a oczy, którymi spogląda na mnie sponad okularów, wąziutkie jak szparki. Jest wściekły. Naprawdę wściekły.

– Tato…

– Milcz, synu. Teraz masz słuchać. – Przysiada na brzegu biurka, zdejmuje okulary i zaczyna je czyścić lnianą chusteczką, którą wyjął z kieszeni.

Stoję przed nim, jak zdarzało mi się wiele razy, i czuję się jak wtedy, kiedy miałem czternaście lat i właśnie zostałem wyrzucony ze szkoły – znowu. Zrezygnowany, wzdycham głęboko, najgłośniej jak potrafię, i z rękami na biodrach czekam na atak.

– Powiedzieć, że jestem zawiedziony, to zdecydowanie za mało. Elena dopuściła się przestępstwa.

– Tato…

– Nie, Christianie. Teraz masz się nie odzywać. – Wpatruje się we mnie. – Powinna trafić do więzienia.

Tato!

Milknie i na powrót zakłada okulary.

– Bardziej chyba jednak rozczarowało mnie twoje oszustwo. Za każdym razem, kiedy wychodziłeś i kłamałeś, że idziesz się uczyć z kolegami, których notabene nigdy nie mieliśmy okazji poznać, tak naprawdę szedłeś pieprzyć się z tą kobietą.

Chryste!

– Jak mam teraz wierzyć w cokolwiek, co nam mówisz? – ciągnie.

Och, do kurwy nędzy! To już przesada.

– Mogę coś powiedzieć?

– Nie. Nie możesz. Oczywiście, wina spada na mnie. Sądziłem, że wyposażyłem cię w coś na kształt kompasu moralnego. A teraz się zastanawiam, czy w ogóle nauczyłem cię czegokolwiek.

– Czy to pytanie retoryczne?

Ignoruje mnie.

– Była mężatką, ale ty tego nie uszanowałeś. Teraz sam wkrótce się ożenisz.

– To nie ma nic wspólnego z Anastasią!

– Nie waż się podnosić na mnie głosu – mówi spokojnie, ale w jego tonie jest tyle jadu, że natychmiast milknę. Chyba nigdy nie widziałem ani nie słyszałem, żeby był tak zły. Działa to na mnie jak kubeł zimnej wody. – Ma, i to jak najbardziej. Za chwilę złożysz obietnicę młodej kobiecie. – Jego ton łagodnieje. – Co jest niespodzianką dla nas wszystkich. I ogromnie mnie cieszy. Ale mówimy o świętości małżeństwa. A jeśli tego nie szanujesz, nie powinieneś się żenić.

– Tato…

– A skoro z taką nonszalancją podchodzisz do uświęconej przysięgi, którą niedługo zamierzasz złożyć, uważam, że powinieneś poważnie rozważyć spisanie intercyzy.

Słucham? Unoszę ręce, żeby go powstrzymać. Posunął się za daleko. Jestem w końcu dorosły, na litość boską.

– Nie wciągaj w to Any. Nie jest żadną łowczynią posagów.

– Tu nie chodzi o nią. – Wstaje i podchodzi do mnie. – Tylko o ciebie. Czy jesteś w stanie sprostać odpowiedzialności. Czy jesteś godnym zaufania i przyzwoitym człowiekiem. Czy nadajesz się na męża.

– Do kurwy nędzy, tato, miałem piętnaście lat! – krzyczę.

Stoimy naprzeciwko siebie, nasze twarze niemal się stykają i mierzymy się wzrokiem.

Skąd ta wściekłość? Wiem, że zawsze sprawiałem mu zawód, nigdy jednak nie wyraził tego tak dosadnie.

Zamyka oczy i skubie palcami nasadę nosa. Uświadamiam sobie, że kiedy jestem zestresowany, robię to samo. Przejąłem ten zwyczaj od niego, ale poza tym jabłko padło daleko, bardzo daleko od jabłoni.

– Masz rację. Byłeś wrażliwym i bezbronnym dzieckiem. Nie dostrzegasz jednak, że to, czego ona się dopuściła, było złe, i najwyraźniej w dalszym ciągu to do ciebie nie dociera, ponieważ wciąż się z nią zadajesz, nie tylko na przyjacielskiej, ale też biznesowej stopie. Oboje okłamywaliście nas przez te wszystkie lata. I to boli najbardziej. – Zniża głos. – Przyjaźniła się z twoją matką. Mieliśmy ją za prawdziwą przyjaciółkę. Okazało się, że jest wręcz przeciwnie. Maszzerwać wszystkie łączące cię z nią finansowe powiązania.

Pieprz się, Carrick.

Chcę mu powiedzieć, że Elena działała w dobrej wierze i nie podtrzymywałbym naszej znajomości, gdybym jej nie ufał. Teraz jednak równie dobrze mógłbym rzucać grochem o ścianę. Nie chciał słuchać, kiedy miałem czternaście lat i nie radziłem sobie w szkole, i wygląda na to, że teraz też nie zamierza.

– To wszystko, co chciałeś mi powiedzieć? – Słowa wydobywające się zza moich zaciśniętych zębów są przepełnione goryczą.

– Zastanów się nad tym.

Obracam się do wyjścia. Dość się już nasłuchałem.

– I rozważ intercyzę. To ci zaoszczędzi wielu przykrości.

Nie bacząc na to, co powiedział, wychodzę i z trzaskiem zamykam za sobą drzwi.

Pieprzyć go!

W holu stoi Grace.

– Czemu mu powiedziałaś? – pytam rozwścieczony, ale ponieważ zjawia się Carrick, matka nie odpowiada. Jej zimne spojrzenie kieruje się na niego.

Rozjuszony idę do salonu, skąd dochodzi istne wycie. Okazuje się, że to Elliot i Ana znęcają się do mikrofonu nad Ain’t No Mountain High Enough. Gdybym nie był taki wściekły, pewnie bym się roześmiał. Trudno uznać za śpiew pozbawione rytmu i melodii buczenie Elliota, którym na dodatek kompletnie zagłusza słodki głos Any. Szczęśliwie piosenka dobiega już końca, najgorsze więc zostało mi oszczędzone.

– Obawiam się, że Marvin Gaye i Tammi Terrell przewracają się w grobie – zauważam sucho, kiedy kończą.

– Uważam, że to była całkiem niezła interpretacja. – Elliot kłania się teatralnie Mii i Kate, które zanoszą się śmiechem i oklaskują wykonawców z przesadnym zapałem.

Jak nic, wszyscy są wstawieni. Ana chichocze, uroczo zarumieniona.

– Idziemy do domu – mówię do niej.

Smutnieje.

– Powiedziałam twojej mamie, że zostajemy.

– Naprawdę? Właśnie teraz?

– Tak. Przyniosła nam ubranie na zmianę. Cieszyłam się, że będę spać w twoim pokoju.

– Kochanie, miałam nadzieję, że zostaniecie – słyszę od drzwi prośbę mojej matki. Carrick stoi za nią. – Kate i Elliot też przenocują. Lubię mieć wszystkie swoje pisklęta pod jednym dachem. – Podchodzi i chwyta mnie za rękę. – Przecież prawie cię straciliśmy w tym tygodniu.

Przeklinając pod nosem, trzymam gniew na wodzy. Moje rodzeństwo zdaje się zupełnie nieświadome dramatu, jaki rozgrywa się na ich oczach. Po Elliocie mogłem się tego spodziewać, ale po Mii?

– Zostań, synu. Proszę. – Ojciec świdruje mnie wzrokiem, ale chyba mówi szczerze. Zupełnie jakby nie powiedział mi przed chwilą, że całkowicie i bez reszty go zawiodłem.

Po raz kolejny.

Nie zwracając na niego uwagi, odpowiedź kieruję do matki.

– Okej.

Ale robię to wyłącznie dlatego, że Ana patrzy na mnie z takim błaganiem, poza tym wiem, że gdybym wyszedł w obecnym nastroju, cały ten wspaniały dzień poszedłby na marne.

Ana zarzuca mi ramiona na szyję.

– Dziękuję – mówi szeptem, a ja uśmiecham się do niej i czuję, jak spowijająca mnie czarna chmura powoli się rozwiewa.

– Tato, chodź. – Mia wciska Carrickowi mikrofon do ręki i ciągnie go przed ekran. – Ostatnia piosenka! – mówi.

– Idziemy do łóżka – zwracam się do Any. I nie jest to prośba. Mam dość swojej rodziny jak na jeden wieczór.

Kiwa głową na zgodę, a ja biorę ją za rękę, splatając nasze palce.

– Dobranoc wszystkim. Dziękuję za przyjęcie, mamo.

Grace tuli mnie w uścisku.

– Wiesz, że cię kochamy. Chcemy dla ciebie jak najlepiej. Tak się cieszę, że się pobieracie. I że jesteś tu z nami.

– Jasne, mamo. Dzięki. – Całuję ją przelotnie w policzek. – Jesteśmy zmęczeni. Idziemy spać. Dobranoc.

– Dobranoc, Ano. Dziękuję ci – mówi moja matka i obejmuje Anę przez chwilę.

Ciągnę Anę za rękę do drzwi, bo Mia puszcza właśnie Wild Thing, którą Carrick ma zaśpiewać.

Nie chcę tego oglądać.

WŁĄCZAM ŚWIATŁO, ZAMYKAMdrzwi do mojej sypialni i biorę Anę w objęcia, szukając jej ciepła. Muszę zapomnieć o bolesnej reprymendzie Carricka.

– Hej, dobrze się czujesz? – mruczy Ana. – Jesteś jakiś ponury.

– Po prostu jestem wściekły na tatę. Ale to nic nowego. Wciąż traktuje mnie, jakbym miał naście lat.

Ana tuli mnie mocniej.

– Twój ojciec cię kocha.

– Cóż, dzisiaj był mną bardzo rozczarowany. Znowu. Ale nie chcę teraz o tym rozmawiać. – Całuję ją w czubek głowy, a ona unosi twarz i patrzy na mnie ze współczuciem i zrozumieniem, a ja wiem, że żadne z nas nie chce przywoływać ducha Eleny… Pani Robinson.

Przypomina mi się, jak wcześniej Grace, dysząca żądzą zemsty, wyrzuca Elenę ze swojego domu. Zastanawiam się, co moja matka powiedziałaby jakiś czas temu, gdyby mnie nakryła w moim pokoju z dziewczyną. Nagle ogarnia mnie ten sam dreszcz nastolatka jak w zeszłym tygodniu, kiedy razem z Aną zakradliśmy się do mojego pokoju w czasie balu maskowego.

– Mam w swoim pokoju dziewczynę. – Uśmiecham się jak głupi.

– I co zamierzasz z nią robić? – Ana w odpowiedzi uśmiecha się uwodzicielsko.

– Hm. Wszystko to, co chciałem robić z dziewczynami, kiedy byłem nastolatkiem. – Tylko że nie mogłem. Bo nikomu nie wolno było mnie dotknąć. – Chyba że jesteś za bardzo zmęczona. – Przesuwam wierzchem dłoni po jej łagodnie zaokrąglonym policzku.

– Christianie. Jestem wykończona. Ale też podekscytowana.

Och, maleńka. Całuję ją i robi mi się jej żal.

– Może powinniśmy po prostu iść spać. To był długi dzień. Chodź. Położę cię do łóżka. Obróć się.

Staje do mnie tyłem, a ja rozpinam zamek w jej sukience.

KIEDY MOJA NARZECZONA zapada w sen obok mnie, piszę do Taylora, żeby rano przywiózł nam z Escali ubrania na zmianę. Przybliżam się do niej i patrzę na jej profil, nie mogąc wyjść z podziwu, że już zasnęła… i zgodziła się być moja.

Czy kiedykolwiek będę dla niej wystarczająco dobry?

Czy jestem materiałem na męża?

Mój ojciec najwyraźniej w to wątpi.

Z westchnieniem kładę się na plecach i wbijam wzrok w sufit.

Udowodnię mu, że się myli.

Zawsze był dla mnie surowy. O wiele bardziej niż dla Elliota i Mii.

Skurwiel. Wie, co wyssałem z mlekiem matki. Powtarzam sobie w myślach tyradę, którą mnie dzisiaj uraczył, i z wolna zapadam w sen.

Unieś ręce, Christianie. Tato ma poważną minę. Uczy mnie skakać na główkę do basenu. Właśnie tak. Chwyć się palcami u stóp krawędzi basenu. Dobrze. A teraz zegnij plecy. Bardzo dobrze. Odepchnij się. Spadam. Spadam. I spadam. Plusk. Do chłodnej, przejrzystej wody. W błękit. W spokój. W ciszę. Moje skrzydełka do pływania wypychają mnie jednak z powrotem na powierzchnię. I patrzę na tatę. Popatrz, tatusiu, popatrz. Ale w tym momencie skacze na niego Elliot. Przewracają się na ziemię. Tato łaskocze Elliota. Elliot się śmieje. I śmieje. I śmieje. Tato całuje Elliota w brzuch. Ze mną nigdy tak nie robi. Nie lubię tego. Jestem w wodzie. Chcę być tam, na górze. Z nimi. Z tatą. I stoję między drzewami. Patrzę na tatę i Mię. Mia krzyczy uradowana, kiedy tato ją łaskocze. A tato się śmieje. Mia mu się wyrywa i skacze na niego. Tato kręci nią w powietrzu, potem ją łapie. A ja stoję między drzewami całkiem sam. Patrzę. Patrzę. Powietrze tak ładnie pachnie. Jabłkami.

– Dzień dobry, panie Grey – szepcze Ana, widząc, że otwieram oczy.

Przez okna wpada poranne słońce, a ja leżę, oplatając ją niczym winorośl. Czuję, że na jej widok węzeł tęsknoty za domem i bólu, który bez wątpienia zacisnął się z powodu snu, teraz z wolna się luzuje. Jestem zachwycony i podniecony. Moje ciało budzi się na jej powitanie.

– Dzień dobry, panno Steele.

Wygląda niemożliwie pięknie, chociaż ma na sobie podkoszulek Mii „I <3 Paris”.

Ana ujmuje w dłonie moją twarz. Oczy jej błyszczą, potargane włosy lśnią w rannym świetle. Muska kciukiem moją brodę, łaskocząc zarost.

– Patrzyłam, jak śpisz.

– Doprawdy?

– I podziwiałam swój piękny pierścionek zaręczynowy. – Wyciąga rękę i porusza palcami.

Brylant chwyta światło i rozsiewa maleńkie tęcze po moich plakatach filmowych i tych z kickbokserami, wiszących na ścianach.

– Och! – wykrzykuje zachwycona. – To znak!

Dobry znak, Grey. Miejmy nadzieję.

– Nigdy go nie zdejmę.

– I dobrze. – Przewracam się i teraz leżę na niej.

– Jak długo patrzyłaś? – Przesuwam nosem po jej nosie i całuję ją w usta.

– O nie. – Odpycha mnie. Czuję się szczerze zawiedziony, ona jednak przewraca mnie na plecy i siada na moich biodrach. Prostuje się i jednym zwinnym ruchem zdejmuje podkoszulek, po czym rzuca go na podłogę. – To ja chciałam zrobić ci pobudkę.

– Och? – Ja i mój członek nie posiadamy się z radości.

Zanim zdążę się przygotować na jej dotyk, pochyla się i całuje mnie delikatnie w pierś, a jej włosy tworzą nad nami kasztanowy namiot. Zerka na mnie swoimi błękitnymi oczami.

– Zacznę tutaj. – Znowu mnie całuje.

Gwałtownie wciągam powietrze.

– A teraz przejdę tutaj. – Językiem sunie w dół po moim mostku.

Tak.

Sam nie wiem, czy to dzięki dosiadającej mnie bogini, czy mojemu szalejącemu libido, ale ciemność nie daje o sobie znać.

– Wspaniale pan smakuje, panie Grey – szepcze w moją skórę.

– Miło mi to słyszeć – mówię ochryple.

Liże mnie i skubie wargami wzdłuż linii żeber, a jej piersi muskają mój brzuch.

Ach!

Raz, drugi, trzeci.

– Ano! – dysząc coraz szybciej, chwytam ją mocno za kolana, ale ona wije się na mnie, więc ją puszczam, ona się prostuje, a ja czekam rozpalony. Teraz mnie weźmie. Jest gotowa.

Ja też.

Cholera, jestem bardzo gotowy.

Ona jednak przesuwa się coraz niżej, całuje mnie po brzuchu, wsuwa język w mój pępek i wciąż sunie niżej. Jeszcze raz skubie mnie wargami i nagle czuję, że gryzie mnie w członek.

– Aj!

– Tu jesteś – mówi szeptem i łakomie wpatruje się w mojego nabrzmiałego penisa. Potem z kokieteryjnym uśmiechem zerka na mnie. Wolno, nie odrywając ode mnie oczu, bierze mnie w usta.

Słodki Jezu.

Porusza rytmicznie głową, za każdym razem biorąc mnie coraz głębiej. Odsuwam jej włosy, by móc się napawać widokiem mojej przyszłej żony obejmującej ustami mój członek. Spinam pośladki i unoszę biodra, by mogła wziąć mnie jeszcze głębiej, co robi, zaciskając wargi.

Mocniej.

Jeszcze mocniej.

Och, Ano. Pieprzona bogini.

Zwiększa tempo. Zamykając oczy, zaciskam palce na jej włosach.

Ależ jest w tym dobra.

– Tak – syczę przez zaciśnięte zęby i zatracam się w rytmicznym ruchu jej ust. Zaraz dojdę.

Ale ona nagle przerywa.

Cholera. Nie! Otwieram oczy i widzę, jak zmienia pozycję, siada na moim sztywnym penisie i pomalutku wsuwa mnie w siebie coraz głębiej i głębiej. Jęczę, rozkoszując się każdym kolejnym centymetrem. Włosy uderzają o jej nagie piersi, a ja pieszczę je, kciukami gładząc twardniejące sutki.

Wydaje przeciągły jęk.

Och, maleńka.

Nachyla się i mnie całuje, a ja nie posiadam się z rozkoszy, czując własny słonawy smak na jej słodkim języku.

Ano.

Chwytam ją za biodra i unoszę, po czym ciągnę z powrotem na siebie, wypychając jednocześnie swoje biodra.

Krzyczy, chwytając mnie za nadgarstki.

A ja robię to jeszcze raz.

I jeszcze.

– Christian! – jęczy z uniesioną w stronę sufitu głową.

Poruszamy się w tym samym tempie, idealnie zgrani. Jesteśmy jednością. Aż wreszcie opada na mnie i oboje osiągamy spełnienie.

WTULAM NOS W JEJ włosy i muskam palcami jej plecy.

Zapiera mi dech w piersiach.

To było coś nowego. Ana panią sytuacji. Którą sama zainicjowała. Podoba mi się to.

– Tak właśnie powinno się święcić dzień święty.

– Christianie! – Trąca mnie głową, a oczy ma okrągłe z dezaprobaty.

Śmieję się głośno.

Czy to mi się kiedyś znudzi? Szokowanie panny Steele?

Obejmuję ją mocno i przewracam na plecy, by mieć ją teraz pod sobą.

– Dzień dobry, panno Steele. To prawdziwa radość móc panią budzić rano.

Gładzi mnie po policzku.

– I nawzajem, panie Grey – mówi cicho. – Musimy wstawać? Podoba mi się w twoim pokoju.

– Nie. – Zerkam na leżący na nocnym stoliku zegarek. Jest kwadrans po dziewiątej. – Rodzice są na mszy. – Kładę się obok niej.

– Nie wiedziałam, że chodzą do kościoła.

Krzywię się.

– Owszem. Chodzą. Są katolikami.

– A ty?

– Nie, Anastasio.

Nasze drogi z Bogiem rozeszły się jakiś czas temu.

– Jesteś wierząca? – pytam, bo przypomina mi się, że sprawdzając ją, Welch nie znalazł niczego, co by potwierdzało, że jest religijna.

Kręci przecząco głową.

– Nie. Żadne z moich rodziców nie praktykuje. Ale dzisiaj chciałabym pójść do kościoła. Muszę podziękować… komuś za to, że uratował cię z wypadku helikoptera.

Wzdycham, bo wyobrażam sobie, jak trafia mnie grom z jasnego nieba, w chwili gdy wstępuję na poświęconą ziemię. Ale dla niej jestem gotów zaryzykować.

– Okej. Zobaczymy, może coś da się z tym zrobić. – Całuję ją. – Chodź, weźmiemy razem prysznic.

POD DRZWIAMI SYPIALNI czeka mała podróżna torba – Taylor przywiózł nam czyste ubrania. Chwytam ją i zamykam drzwi. Ana stoi zawinięta w ręcznik, na jej nagich ramionach połyskują kropelki wody. Wpatruje się w tablicę korkową, a konkretnie w zdjęcie tej zaćpanej dziwki. Obraca się ku mnie, a na jej ślicznej twarzy maluje się pytanie, na które nie chcę odpowiadać.

– Wciąż je masz – stwierdza.

Tak. Zatrzymałem zdjęcie. I co z tego?

Pytanie, którego nie wypowiedziała, wisi między nami. Jej oczy, błyszczące w blasku porannego słońca, błagają, bym się odezwał. Ale ja nie mogę. Nie chcę się w to zagłębiać. Przypomina mi się, jak wiele lat temu Carrick wręczył mi fotografię. Poczułem się wtedy, jakbym dostał cios w brzuch.

Do diabła. Zapomnij o tym, Grey.

– Taylor przywiózł nam ubrania – odzywam się szeptem, rzucając torbę na łóżko.

Cisza, która zapada, zanim Ana odpowie, zdaje się ciągnąć w nieskończoność.

– Okej – mówi wreszcie. Podchodzi do łóżka i otwiera torbę.

NAJADŁEM SIĘ DOsyta. Rodzice wrócili z mszy i matka przygotowała swój tradycyjny brunch: półmisek wyśmienitego, zabójczego dla żył bekonu, kiełbasek, placków ziemniaczanych, jajek i angielskich muffinek. Grace jest nieco milcząca i podejrzewam, że ma lekkiego kaca.

Przez cały ranek unikałem ojca.

Jeszcze mu nie wybaczyłem wczorajszego wieczoru.

Ana, Elliot i Kate dyskutują zaciekle – o boczku! – i kłócą się, kto powinien zjeść ostatnią kiełbaskę. Z rozbawieniem słucham tego jednym uchem, czytając artykuł o wskaźniku awaryjności miejscowych banków w niedzielnym wydaniu „The Seattle Times”.

Przy stole z krzykiem siada Mia, trzymając swój laptop.

– Patrzcie. Na stronie „Seattle Nooz” jest plotkarski artykuł o tym, że się zaręczyłeś, Christianie.

– Tak szybko? – dziwi się mama.

Czy te dupki nie mają nic lepszego do roboty?

Mia czyta na głos.

– „Dotarły nas słuchy, że najbardziej pożądanego kawalera Seattle, nie kogo innego jak pana Christiana Greya, w końcu usidliła kobieta i już słychać weselne dzwony”.

Patrzę na Anę, która pobladła i wielkimi jak spodki oczami spogląda to na mnie, to na Mię.

– „Kim jest szczęśliwa wybranka?” – czyta dalej Mia. – „»Nooz« już nad tym pracuje. Dajemy głowę, że przyszła pani Grey zapoznaje się już ze straszliwą intercyzą”. – Mia zaczyna chichotać.

Wbijam w nią wzrok. Kurwa, zamknij się, Mia.

Moja siostra milknie i zaciska usta. Nie bacząc na nią ani na nerwowe spojrzenia wymieniane nad stołem, obracam się ku Anie, która blednie jeszcze bardziej.

– Nie – mówię bezgłośnie, by ją uspokoić.

– Christianie – odzywa się ojciec.

– Nie zamierzam znowu o tym dyskutować – warczę na niego. Otwiera usta, chcąc coś powiedzieć. – Żadnej intercyzy! – syczę z taką wściekłością, że ojciec nie waży się odezwać.

Zamknij się, Carrick!

Wracam do artykułu i w kółko czytam jedno i to samo zdanie. Jestem wściekły.

– Christianie – mówi cichutko Ana. – Podpiszę wszystko, czego ty i pan Grey zażądacie.

Podnoszę wzrok i widzę jej błagalne spojrzenie w oczach pełnych łez.

Ano. Przestań.

– Nie! – krzyczę w nadziei, że porzuci ten temat.

– To dla twojego dobra.

– Christianie, Ano, myślę, że powinniście to omówić na osobności – upomina nas Grace, spoglądając z wyrzutem na Carricka i Mię.

– Ano, tu nie chodzi o ciebie – bąka ojciec. – I proszę, mów mi Carrick.

Nie próbuj teraz tego naprawiać. W środku cały aż się gotuję. Nagle przy stole robi się ruch. Kate i Mia zrywają się, żeby sprzątnąć, a Elliot błyskawicznie nabija na widelec ostatnią kiełbaskę.

– Zdecydowanie wolę kiełbaski – woła z udawaną beztroską.

Ana wpatruje się w swoje ręce. Wygląda na zrozpaczoną.

Jezu. Tato. Widzisz, co narobiłeś?

Chwytam obie dłonie Any i szepczę, tak by tylko ona słyszała.

– Daj spokój. Nie zwracaj uwagi na tatę. Naprawdę się wkurzył z powodu Eleny. To wszystko było skierowane do mnie. Żałuję, że matka nie siedziała cicho.

– On ma rację, Christianie. Jesteś bogaty, a ja poza moim studenckim długiem niczego do naszego małżeństwa nie wnoszę.

Maleńka, przecież wiesz, że pragnę cię bez względu na wszystko!

– Anastasio, jeśli mnie zostawisz, równie dobrze możesz mi zabrać wszystko. Już raz odeszłaś. Wiem, jakie to uczucie.

– To było co innego – bąka. Znowu marszczy brwi. – Ale równie dobrze ty możesz chcieć mnie zostawić.

Teraz wygaduje bzdury.

– Christianie, wiesz, że mogę zrobić coś wyjątkowo głupiego, a ty… – milknie.

Ano, to jest raczej mało prawdopodobne.

– Przestań. Natychmiast przestań. Temat zamknięty. Więcej nie będziemy o tym rozmawiać. Żadnej intercyzy. Ani teraz, ani nigdy.

Myślę gorączkowo, szukając czegoś, co odwróciłoby uwagę od tematu, i nagle mnie oświeca. Zwracam się do Grace, która załamując ręce, wpatruje się we mnie z niepokojem.

– Mamo, czy możemy zrobić wesele tutaj?

Wyraz jej twarzy zmienia się w sekundzie. W miejsce przerażenia pojawia się radość i wdzięczność.

– Kochanie, byłoby cudownie. – Po namyśle dodaje: – Nie chcecie ślubu kościelnego?

Spoglądam na nią spode łba i z miejsca kapituluje.

– Z radością urządzimy tu wasze wesele. Prawda, Cary?

– Tak. Tak, oczywiście. – Ojciec uśmiecha się dobrotliwie do mnie i Any, ja jednak nie mogę na niego patrzeć.

– Ustaliliście datę? – pyta Grace.

– Za cztery tygodnie.

– Christianie! To za mało czasu.

– Według mnie aż nadto.

– Potrzebuję co najmniej dwóch miesięcy!

– Mamo, błagam cię.

– Sześć tygodni? – Nie daje za wygraną.

– Idealnie. Dziękujemy, proszę pani – wtrąca się Ana, rzucając mi ostrzegawcze spojrzenie, żebym się nie ważył jej sprzeciwić.

– Niech będzie sześć – oznajmiam. – Dzięki, mamo.

W DRODZE DO SEATTLE Ana milczy. Zapewne myśli o moim porannym wybuchu wobec Carricka. Nasza wczorajsza kłótnia wciąż mnie dręczy – jego dezaprobata pali mnie żywym ogniem. W głębi duszy martwię się, że ma rację – może faktycznie nie nadaję się na męża.

Do diabła, udowodnię mu, że się myli.

Nie jestem gówniarzem, za którego wciąż mnie uważa.

Przybity, wpatruję się w drogę przed nami. Obok mam swoją dziewczynę, wyznaczyliśmy datę ślubu i powinienem być wniebowzięty, a mimo to wciąż się zadręczam wspomnieniem wściekłej tyrady ojca na temat Eleny i intercyzy. Co prawda na plus trzeba mu policzyć, że wie, iż schrzanił sprawę. Usiłował mi to zrekompensować, kiedy się żegnaliśmy, jednak ta nieudolna i nietrafiona próba wciąż smakuje jak porażka.

Christianie, zawsze robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby cię chronić. I zawiodłem. Powinienem był cię wspierać.

Nie chciałem słuchać. Miał to powiedzieć wczoraj. Ale tego nie zrobił.

Potrząsam głową. Muszę o tym zapomnieć.

– Hej, mam pomysł. – Ściskam kolano Any.

MOŻE SZCZĘŚCIE ZACZYNAmi sprzyjać – tuż przed katedrą Świętego Jakuba jest wolne miejsce do parkowania. Ana zerka na widoczną zza drzew majestatyczną budowlę zajmującą cały kwartał przy Dziewiątej Alei, po czym zwraca się ku mnie z pytaniem w oczach.

– Kościół – tłumaczę.

– Bardzo duży kościół, Christianie.

– To prawda.

Uśmiecha się.

– Jest idealny.

Trzymając się za ręce, wchodzimy przez jedne z frontowych drzwi do przedsionka i kierujemy się do nawy głównej. Instynktownie sięgam w stronę kropielnicy ze święconą wodą, żeby się przeżegnać, ale w ostatniej chwili się powstrzymuję – jeśli ma na mnie spaść grom z jasnego nieba, to właśnie teraz. Widzę, że Ana aż otworzyła usta ze zdumienia, ale podnoszę wzrok, by podziwiać wspaniałe sklepienie i czekać na boski osąd.

Nie. Dzisiaj gromu nie będzie.

– Stare przyzwyczajenie – bąkam nieco skonsternowany, ale jednocześnie wdzięczny, że nie zostałem zamieniony w kupkę prochu na wielkim progu świątyni.

Ana skupia uwagę na imponującym wnętrzu katedry: wysokim, zdobnym sklepieniu, kolumnach z rdzawego marmuru, kunsztownych witrażach. Przez oculus w kopule transeptu wpadają promienie słońca, jakby sam Bóg uśmiechał się do tego miejsca. W nawie słychać stłumione szepty, które spowijają nas spokojem, przerywanym jedynie sporadycznym pokasływaniem nielicznych odwiedzających. Panuje cisza, chroniąca przed zgiełkiem miasta. Zapomniałem już, jak tu jest pięknie, ale też nie byłem w środku od wielu lat. Zawsze uwielbiałem pompę i ceremonialność mszy. Rytuał. Odpowiedzi wiernych. Zapach palącego się kadzidła. Grace pilnowała, żeby trójka jej dzieci dobrze przyswoiła sobie obrządek katolicki, a w pewnym okresie byłem gotów zrobić wszystko, byle tylko zadowolić moją nową mamę.

Ale nadszedł czas dojrzewania i wszystko diabli wzięli. Nigdy nie odbudowałem swojej relacji z Bogiem, to zaś zmieniło moje stosunki z rodziną, a zwłaszcza ojcem. Odkąd skończyłem trzynaście lat, wiecznie się o coś spieraliśmy. Odsuwam te wspomnienia. Są zbyt bolesne.

Teraz, kiedy stoję w cichym splendorze świątyni, ogarnia mnie znajome poczucie spokoju.

– Chodź, chcę ci coś pokazać.

Wchodzimy w boczną nawę. Obcasy Any stukają głośno o kamienne płyty. Docieramy do niewielkiej kaplicy. Jej złocone ściany i ciemna podłoga stanowią idealne tło dla przepięknej figury Matki Boskiej stojącej w otoczeniu migoczących świec.

Na jej widok Ana wzdycha głośno. Bez wątpienia to jedno z najpiękniejszych znanych mi miejsc kultu. Dziewica, ze skromnie spuszczonym wzrokiem wpatrująca się w podłogę, trzyma swoje dziecko uniesione wysoko. Jej złoto-błękitna szata odbija blask palących się świec.

Jest niewyobrażalnie piękna.

– Matka przyprowadzała nas tu czasem podczas mszy – mówię szeptem.

Ana rozgląda się, patrzy na figurę, ściany, ciemny sufit w złote gwiazdki.

– Czy stąd wzięła się twoja kolekcja? Figurek Madonny? – pyta z nieskrywaną ciekawością.

– Tak.

– Macierzyństwo – mruczy pod nosem i zerka na mnie.

Wzruszam ramionami.

– Widziałem jego złe i dobre odmiany.

– Twoja biologiczna mama? – pyta.

Kiwam głową w odpowiedzi, a jej oczy robią się ogromne, zdradzając uczucia, których nie mam ochoty nazwać.

Odwracam wzrok. To za bardzo boli.

Wrzucam do skrzynki pięćdziesiąt dolarów. Ana z wdzięczności ściska przelotnie moją dłoń, odpala od innej świeczkę, którą jej podałem, i umieszcza w żelaznym uchwycie na ścianie. Świeca migocze raźnie pośród towarzyszek.

– Dziękuję – szepcze Ana do Marii.

Obejmuje mnie w pasie i kładzie mi na ramieniu głowę. Stoimy w milczącej kontemplacji w jednej z najwspanialszych świątyń w samym sercu miasta.

Spokój, piękno i towarzystwo Any przywracają mi dobry humor. Do diabła z pracą. W końcu jest niedziela. Chcę się trochę zabawić z moją dziewczyną.

– Pójdziemy na mecz? – pytam.

– Mecz?

– Phillies z Filadelfii grają z Seattle Mariners na Safeco Field. Moja firma ma tam lożę.

– Jasne. Brzmi fajnie. Chodźmy – rozpromienia się Ana.

Trzymając się za ręce, wracamy do audi.

PONIEDZIAŁEK, 20 CZERWCA 2011

Poranek jest koszmarny i mam ochotę kogoś rozszarpać na strzępy. Przed Escalą i budynkiem Seattle Independent Publishing koczowały hordy reporterów, włącznie z dwoma ekipami telewizyjnymi.

Naprawdę nie mają nic lepszego do roboty?

W domu uniknęliśmy ich bez trudu, bo wjechaliśmy i wyjechaliśmy przez podziemny garaż. Ale przed wydawnictwem sprawa wygląda zgoła inaczej. Zaskoczyło mnie i przeraziło, że te sępy tak szybko namierzyły Anę.

Jakim cudem?

Wykiwaliśmy ich, podjeżdżając pod tylną rampę załadunkową, teraz jednak Ana jest uwięziona w budynku, a ja mam co do tego mieszane uczucia. Z jednej strony jest tam bezpieczna, z drugiej nie mam pewności, jak długo zniesie to przymusowe zamknięcie.

Ogarnia mnie przygnębienie. To oczywiste, że lokalne media interesują się moją narzeczoną. Coś takiego dostaje się w pakiecie z Christianem Greyem. W Bogu tylko nadzieja, że całe to zamieszanie jej nie odstraszy.

Sawyer podjeżdża pod siedzibę Grey House, gdzie czai się kolejna para sępów, jednak z Taylorem u boku mijam ich pędem, ignorując wywrzaskiwane przez nich pytania.

Co za paskudny początek dnia!

Wciąż zirytowany, czekam na windę. Lista spraw do załatwienia jest dłuższa od mojego kutasa, poza tym muszę się zająć tym, co zaniedbałem podczas weekendu: nieodebrane telefony od taty, mamy i Eleny Lincoln.

Nie mam zielonego pojęcia, po co do mnie wydzwania. Z nami koniec. Chyba jasno to wyraziłem w sobotni wieczór.

Wolałbym być teraz w domu ze swoją dziewczyną.

W windzie sprawdzam telefon. Przyszedł mail od Any.

Nadawca: Anastasia Steele

Temat: Zabawianie narzeczonej

Data: 20 czerwca 2011, 09:25

Adresat: Christian Grey

Najdroższy przyszły mężu.

Byłoby z mojej strony zaniedbaniem, gdybym nie podziękowała Ci za:

a) wyjście cało z katastrofy helikoptera

b) cudowne oświadczyny z kwiatami i serduszkami

c) fantastyczny weekend

d) powrót do czerwonego pokoju

e) przepiękny brylant, który wszyscy zauważyli!

f) dzisiejszą pobudkę (zwłaszcza za nią!:))

Ax

Anastasia Steele

redaktor naczelna, Dział Literatury Pięknej, SIP

PS Jak sobie radzić z prasą?

Nadawca: Christian Grey

Temat: Zabawianie mężczyzny

Data: 20 czerwca 2011, 09:36

Adresat: Anastasia Steele

Moja ukochana Ano!

Cała przyjemność po mojej stronie.

Dziękuję Ci za cudowny weekend.

Kocham Cię.

Jeszcze wrócę do radzenia sobie z p****** prasą.

Christian Grey

prezes Grey Enterprises Holdings, Inc.

PS Uważam, że pobudki są niedoceniane.

PPS P****** BLACKBERRY!!!!!!!

Kobieto, ile razy mam ci powtarzać!

Rozbawiony i ukojony naszą wymianą maili wychodzę z windy. Andrea siedzi przy swoim biurku.

– Dzień dobry, proszę pana – mówi. – Ja… mm… bardzo się cieszę, że wciąż jest pan z nami.

– Dziękuję, Andreo. Bardzo to doceniam. I dziękuję ci za piątkową pomoc. Była bezcenna.

Rumieni się, skrępowana, jak sądzę, że okazałem jej wdzięczność.

– Gdzie jest Sarah? – pytam.

– Coś załatwia. Kawy?

– Poproszę. Czarną. I mocną. Mam mnóstwo roboty.

Andrea podnosi się zza biurka.

– Jeśli zadzwoni moja matka, ojciec albo pani Lincoln, tylko przyjmij wiadomość. Wszystkie zapytania od prasy kieruj do Sama. Ale łącz z FAA, Eurocopterem i Welchem.

– Tak jest, proszę pana.

– I oczywiście z Anastasią Steele.

Na twarzy Andrei pojawia się jeden z jej rzadkich uśmiechów.

– Gratuluję, proszę pana.

– Już wiesz?

– Wszyscy wiedzą, proszę pana.

Śmieję się.

– Dziękuję, Andreo.

– Przyniosę kawę.

– Świetnie, dziękuję.

Siadam przy biurku i odpalam mojego iMaca. Przyszedł kolejny mail od Any.

Nadawca: Anastasia Steele

Temat: Językowe ograniczenia

Data: 20 czerwca 2011, 09:38

Adresat: Christian Grey

**. ****, **** *********!

*** ***** ** *********.

* **** ***, ***.

Ax

Wybucham śmiechem, chociaż nie mam pojęcia, o czym pisze. Wchodzi Andrea z moją kawą i siada, żeby omówić plan dnia, zanim wykonam pierwszy telefon.

WISZĘ NA TELEFONIE chyba przez trzy bite godziny. Kiedy wreszcie kończę i wstaję, jest kwadrans po trzynastej. Odzyskali „Charlie Tango” i wieczorem powinien już być na Boeing Field. Federalna Administracja Lotów skierowała zapytanie w sprawie awaryjnego lądowania do Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu. Inżynier z Eurocoptera jako jeden z pierwszych stwierdził, że miałem ogromne szczęście, że zdusiłem ogień przy pomocy gaśnic. Dzięki temu śledztwo przebiegnie szybciej i mam nadzieję, że otrzymam ich wstępny raport jutro.

Welch poinformował mnie, że na wszelki wypadek zabezpieczył nagrania z monitoringu lądowiska helikopterów w Portlandzie z całego ubiegłego tygodnia, a także z prywatnego hangaru na Boeing Field. Po plecach przebiega mi dreszcz. Welch uważa, że to mógł być sabotaż, a ja przyznaję, że i mnie przeszło to przez myśl, skoro oba silniki stanęły w ogniu.

Sabotaż.

Tylko z jakiego powodu?

Poprosiłem, żeby razem ze swoim zespołem przejrzał wszystkie nagrania, bo może zauważą coś podejrzanego.

Po długich namowach Sama, mojego wiceprezesa do spraw reklamy, zgodziłem się na krótką konferencję prasową po południu. Uporczywy głos Sama wciąż brzęczy mi w uszach: „Musisz się z tym zmierzyć, Christianie. W mediach wciąż krąży wiadomość o twojej cudownej ucieczce. Mają lotnicze zdjęcia z akcji ratunkowej”.

Jeśli mam być szczery, to uważam, że Sam zwyczajnie lubuje się w dramatach. Mam tylko nadzieję, że konferencja powstrzyma ich przed prześladowaniem Any i mnie.

Dzwoni Andrea.

– O co chodzi?

– Pani Grey ponownie na linii.

– Kurwa – mamroczę pod nosem. Chyba nie mogę unikać jej w nieskończoność. – Okej, połącz. – Oparty o biurko, czekam na melodyjny głos matki.

– Christianie, wiem, że jesteś zajęty, ale mam dwie sprawy.

– Tak, mamo.

– Znalazłam wedding plannerkę, którą chciałabym zatrudnić. Nazywa się Alondra Gutierrez. Organizowała tegoroczny bal Coping Together. Uważam, że Ana i ty powinniście się z nią spotkać.

Przewracam oczami.

– Jasne.

– Dobrze. Umówię spotkanie w tym tygodniu. Po drugie, ojciec naprawdę chce z tobą porozmawiać.

– Wystarczająco długo z nim rozmawiałem w tamten wieczór, kiedy ogłosiłem moje zaręczyny. Świętowaliśmy też dwudziestą ósmą rocznicę mojego pobytu na świecie, a jak wiesz, nigdy nie lubiłem takich okazji. – Nakręcam się. – Dopiero co wyszedłem cało z koszmarnego lądowania. – Podnoszę głos. – Tato dołożył tylko do pieca. Wystarczająco dużo wtedy powiedział. Nie chcę z nim teraz rozmawiać.

Jest nadętym kutasem.

– Christianie, przestań się dąsać. Porozmawiaj z tatą.

Dąsać! Jestem zwyczajnie wkurwiony, Grace!

Cisza, która zapadła, zaczyna się przedłużać. W milczeniu matki wyczuwam niewypowiedzianą krytykę.

Wzdycham.

– Okej, zastanowię się. – Zaczyna migotać lampka, zwiastując drugie połączenie. – Muszę kończyć.

– Dobrze, kochanie. Dam ci znać w sprawie spotkania z Alondrą.

– Do widzenia, mamo.

Telefon dzwoni znowu.

– Proszę pana, mam na linii Anastasię Steele.

Mój gniew znika jak ręką odjął.

– Świetnie. Dziękuję, Andreo.

– Christian? – Głos ma cichy i niespokojny. Chyba się boi.

Czuję, że brakuje mi tchu.

– Ano, wszystko w porządku?

– Mmm… Wyszłam zaczerpnąć świeżego powietrza. Myślałam, że sobie poszli. Ale…

– Reporterzy i paparazzi?

– Tak.

Dranie.

– Niczego nie skomentowałam. Obróciłam się i wbiegłam z powrotem do budynku.

Psiakrew. Powinienem był posłać Sawyera, żeby miał na nią oko. Po raz kolejny czuję wdzięczność, że Taylor przekonał mnie, bym go zatrzymał po incydencie z Leilą Williams.

– Ano, wszystko będzie w porządku. Miałem do ciebie dzwonić. Właśnie zgodziłem się na konferencję prasową w związku z „Charlie Tango”. Będą pytać o nasze zaręczyny. Podam im tylko kilka szczegółów. Mam nadzieję, że to wystarczy.

– Dobrze.

Postanawiam zaryzykować.

– Mam posłać Sawyera, żeby cię pilnował?

– Tak – odpowiada bez chwili namysłu.

Hura. Łatwo poszło. Chyba jest bardziej przestraszona, niż sądziłem.

– Na pewno dobrze się czujesz? Zwykle nie jesteś taka spolegliwa.

– Zdarza mi się, panie Grey. Na ogół wtedy, kiedy media ścigają mnie po ulicach Seattle. To był prawdziwy wyczyn. Ledwie mogłam oddychać, kiedy wróciłam do biura. – Próbuje żartować z sytuacji.

– Doprawdy, panno Steele? Normalnie pani siły są niespożyte.

– Ależ, panie Grey, do czego, na litość boską, pan pije? – W jej głosie słychać, że się uśmiecha.

– Dobrze wiesz – mówię szeptem.

Słyszę, jak jej oddech przyśpiesza, na co moje krocze natychmiast reaguje.

– Flirtuje pan ze mną? – pyta.

– Mam nadzieję.

– Czy później wystawi pan na próbę moją wytrzymałość? – Zniża głos, w którym zaczynają pobrzmiewać nuty namiętności.

Och, Ano. Moje ciało przeszywa błyskawica pożądania.

– Nic nie sprawi mi większej przyjemności.

– Bardzo miło mi to słyszeć, Christianie Grey.

Za dobra jest w te klocki.

– Cieszę się, że zadzwoniłaś – mówię. – Poprawiłaś mi humor.

– Zawsze do usług – chichocze. – Muszę zadzwonić do swojego osobistego trenera, żebym potrafiła dotrzymać ci kroku.

Śmieję się.

– Bastille będzie zachwycony.

Milczy przez chwilę.

– Dziękuję, sprawiłeś, że poczułam się lepiej.

– Czy nie na tym polega moje zadanie?

– Owszem. I świetnie ci to idzie.

Pławię się w jej pełnych miłości słowach. Ano, dzięki tobie czuję się kompletny.

Ktoś puka do drzwi i domyślam się, że to Andrea albo Sarah z moim lunchem.

– Muszę kończyć.

– Dziękuję, Christianie – mówi Ana.

– Za co?

– Że jesteś sobą. Ach, jeszcze jedno. Wiadomość, że kupiłeś SIP, nadal jest tajemnicą, prawda?

– Owszem, jeszcze przez trzy tygodnie.

– Okej. Postaram się pamiętać.

– Zrób tak. Na razie, maleńka.

– Okej. Na razie, Christianie.

ANDREA I SARAH PRZESZŁY dzisiaj same siebie. Dostałem swoją ulubioną kanapkę – z indykiem i piklami, odrobiną sałatki i frytkami – wszystko podane na tacy z serwetką z logo GEH, wodą w kryształowej szklance i wesołą różową różyczką w kryształowym wazoniku.

– Dzięki – mruczę pod nosem, kiedy obie krzątają się, ustawiając tacę.

– Cała przyjemność po naszej stronie, proszę pana – powiada Andrea z uśmiechem, który ostatnio pojawia się częściej. Obie dziewczyny zdają się dziwnie rozkojarzone i roztrzepane. Co one kombinują?

Zaczynam jeść i jednocześnie sprawdzam wiadomości. Pojawiła się kolejna od Eleny.

Cholera.

ELENA

Zadzwoń do mnie. Proszę.

ELENA

Zadzwoń. Odchodzę od zmysłów.

ELENA

Nie wiem, co powiedzieć. Cały dzień

myślę o tym, co się stało w weekend.

I nie wiem, dlaczego wszystko tak się

wymknęło spod kontroli.

Przepraszam. Zadzwoń.

ELENA

Proszę, odbieraj moje telefony.

Muszę to z nią załatwić. Moi rodzice żądają, żebym zerwał wszelkie stosunki z panią Lincoln. Szczerze mówiąc, ja sobie nie wyobrażam, jak możemy przejść do normalności po wszystkim, co wykrzyczeliśmy sobie w tamten sobotni wieczór.

Powiedziałem wiele naprawdę paskudnych rzeczy.

Podobnie jak ona.

Pora to zakończyć.

Obiecałem Anie, że dam Elenie firmę w prezencie.

W książce kontaktów wyszukuję numer swojej osobistej prawniczki. Jak na ironię, poznaliśmy się właśnie dzięki Elenie. Debra Kingston specjalizuje się w prawie handlowym i tak się składa, że lubi styl życia podobny do mojego. Przygotowywała moje wszystkie umowy o zachowaniu poufności oraz prowadziła moje sprawy z panią Lincoln, a także naszego wspólnego przedsięwzięcia.

Wybieram jej numer.

– Christianie, dzień dobry. Dawno nie rozmawialiśmy. Jak rozumiem, należą ci się gratulacje.

– Dzięki, Debra.

Jezu! Ona też wie.

– Co mogę dla ciebie zrobić?

– Chcę przekazać pani Lincoln salon w formie darowizny.

– Słucham? – W jej głosie słychać niedowierzanie.

– Dobrze słyszałaś. Chcę sporządzić umowę. Wszystko. Pożyczki. Nieruchomości i ruchomości. Absolutnie wszystko. Ma być jej.

– Jesteś pewny?

– Tak.

– Odcinasz się od niej?

– Owszem. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Żadnych zobowiązań.

– Christianie, jako twoja prawniczka muszę zapytać, czy jesteś tego absolutnie pewny. To niezwykle hojny dar. Stracisz tysiące dolarów.

– Debro, doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

Prycha do słuchawki.

– Okej, skoro nalegasz. W ciągu paru dni prześlę ci szkic umowy.

– Dziękuję. I chcę, żebyś zajęła się wszelką korespondencją.

– Naprawdę się pokłóciliście.

Nie zamierzam dyskutować z Debrą o swoim prywatnym życiu. Cóż, przynajmniej o tym jego aspekcie.

– Rozumiem – dodaje. – W związku wszystko gra?

Co. Do. Diabła?

– Debra, po prostu przygotuj pieprzoną umowę.

Odpowiada przez zaciśnięte zęby.

– Jak sobie życzysz, Christianie. Powiadomię też panią Lincoln.

– Doskonale. Dziękuję.

W ten sposób powinienem pozbyć się Eleny.

Rozłączam się.

Rany. Zrobiłem to.

Dobrze się z tym czuję. Ulżyło mi. Właśnie pożegnałem się z niewielką fortunką według standardów GEH, ale Elena na to zasłużyła. Bez niej nie byłoby GEH.

– Myślałam o naszej ostatniej rozmowie, Christianie.

– Tak, pani?

– Porzucasz Harvard. Pożyczę ci sto tysięcy dolarów, żebyś założył własny biznes.

– Naprawdę zrobiłabyś to dla mnie?

– Christianie, wierzę w ciebie. Pisane ci jest zostać panem wszechświata. To będzie pożyczka i kiedyś mnie spłacisz.

– Eleno… ja…

– Możesz mi podziękować, demonstrując, czego się dzisiaj nauczyłeś. Ty na górze. Ja na dole. Tylko nie zostaw śladów.

Potrząsam głową. W ten sposób zaczęło się moje szkolenie na dominującego. Sukces, jaki odniosłem w biznesie, jest związany z wyborem stylu życia. Uśmiecham się na tę grę słów, szybko jednak się reflektuję. Jak to możliwe, że nigdy wcześniej tego nie dostrzegłem?

Cholera. Nie mogę chować się za biurkiem. Zasługuje, żebym z nią porozmawiał.

Czas na przedstawienie, Grey.

Niechętnie wybieram jej numer.

Odbiera po pierwszym sygnale.

– Christianie, dlaczego nie dzwoniłeś?

– Teraz dzwonię.

– O co, do diabła, chodzi twojej matce i twojej… narzeczonej? – Ostatnie słowo wymawia z przekąsem.

– Eleno, dzwonię przez grzeczność. Oddaję ci twój biznes w formie darowizny. Skontaktowałem się już z Debrą Kingston. Ma przygotować dokumenty. To koniec. Nie możemy więcej tego robić.

– Co? O czym ty mówisz?

– To nie jest żart. Nie mam już siły na te bzdury. Prosiłem, żebyś zostawiła Anę w spokoju, a ty zignorowałaś moją prośbę. Kto sieje wiatr, zbiera burzę, szanowna pani. To koniec. Nie dzwoń do mnie.

– Chris… – słyszę w jej głosie panikę, ale się rozłączam.

Telefon niemal natychmiast dzwoni, a na wyświetlaczu pojawia się jej numer. Odrzucam połączenie i skupiam się na liście rzeczy do zrobienia.

Do konferencji prasowej została jakaś godzina, żeby więc nie myśleć o Elenie, podnoszę słuchawkę biurowego telefonu i dzwonię do brata.

– Cześć, ważniaku. Zaczynasz mieć wątpliwości?

– Odwal się, Elliot.

– Ona je ma? – kpi.

– Możesz uciszyć swojego wewnętrznego dupka na dwie minuty?

– Aż na tyle? Wątpię.

– Kupuję dom.

– Rany. Dla siebie i przyszłej pani Grey? To dość szybko. Zrobiłeś jej dziecko?

– Nie! – Do kurwy nędzy!

Rechocze po drugiej stronie.

– Niech zgadnę. W Denny-Blaine albo Laurelhurst?

Ach, ulubione przedmieścia milionerów z branży technologicznej.

– Nie.

– W Medinie?

Parskam śmiechem.

– To zdecydowanie za blisko rodziców. Nad wodą, na północ od Broadview.

– Żartujesz sobie.

– Wcale nie. Chcę oglądać zachód słońca nad cieśniną, a nie wschód nad jeziorem.

Elliot się śmieje.

– Stary. Kto by pomyślał, że taki z ciebie romantyk.

To nieprawda.

– Trzeba go całkowicie przerobić.

– Serio? – Teraz Elliot się zainteresował. – Chcesz, żeby ci kogoś polecić?

– Nie, stary. Chcę, żebyś ty się tym zajął. Chcę coś porządnego i przyjaznego dla środowiska. No wiesz, wszystkie te bzdury, których tyle opowiadasz przy rodzinnych obiadach.

– Rany. – Jest zaskoczony. – Mogę go zobaczyć?

– Jasne. Co prawda nie podpisałem jeszcze umowy, ale mniej więcej w przyszłym tygodniu będziemy robić pomiary.

– Rozumiem. Naprawdę bardzo się cieszę. Ale będzie ci potrzebny architekt.

– Jak się nazywała ta architektka, która nadzorowała remont w Aspen?

– Eee… Gia Matteo. Teraz ma wypasioną firmę w centrum.

– W Aspen zrobiła kawał dobrej roboty. I z tego, co pamiętam, miała imponujące portfolio.

– To prawda. Hm… Jasne.

– Brzmisz, jakbyś nie był pewny.

– No wiesz. To jedna z tych, co nie przyjmują odmowy.

– To znaczy?

– Jest… ambitna. Pazerna. Nie odpuszcza, jeśli czegoś chce.

– To dla mnie nie problem.

– Dla mnie też nie – stwierdza Elliot. – W sumie lubię drapieżne kobiety.

– Serio? – Cóż, Kavanagh pasuje idealnie.

– Ona i ja… – Elliot nie kończy zdania.

Pozostaje mi tylko przewrócić oczami. Mój brat nie wie, co to umiar w stosunkach damsko-męskich.

– Czy to coś zmienia?

– Nie. Jasne, że nie. Zna się na rzeczy.

– Zadzwonię do niej. I przejrzę jej najnowsze portfolio. – Notuję sobie jej numer.

– Super. Daj znać, kiedy będzie można obejrzeć dom.

– Jasna sprawa. Na razie.

– Brachu.

Rozłączam się. Ciekawe, ile babek w życiu przeleciał. Kręcę głową. Czy on ma pojęcie, że Katherine Kavanagh zagięła na niego parol? Niczego nie zauważył w ten weekend? Mam nadzieję, że nie zostaną parą. To chyba najbardziej wkurzająca kobieta, jaką znam.

Sam przysłał maila z oświadczeniem na konferencję prasową, do której zostało pół godziny. Przeglądam je i nanoszę poprawki. Jak zwykle jego styl jest pretensjonalny i nadęty. Czasem naprawdę nie wiem, czemu go zatrudniłem.

Dwadzieścia minut później puka do moich drzwi.

– Christianie? Jesteś gotowy?

– PANIE GREY, SUGERUJE pan, że to mógł być sabotaż? – pyta dziennikarz z „The Seattle Times”.

– Nic takiego nie powiedziałem. Dopuszczamy każdą możliwość i czekamy na raport z wypadku.

– Gratulacje z okazji pańskich zaręczyn. Jak poznaliście się z Anastasią Steele? – Ta dziennikarka jest chyba z „Seattle Metropolitan”.

– Nie odpowiadam na pytania dotyczące mojego życia prywatnego. Powtórzę jedynie, że jestem bardzo szczęśliwy, że zgodziła się zostać moją żoną.

– To było ostatnie pytanie. Bardzo państwu dziękujemy. – Sam przychodzi mi z pomocą i wyprowadza mnie z sali konferencyjnej.

Dzięki Bogu, mam to za sobą.

– Dobrze ci poszło – mówi Sam, jakby potrzebna mi była jego aprobata. – Prasa na pewno poprosi o wasze wspólne zdjęcie z Anastasią. Nie przestaną cię tropić, póki go nie zdobędą.

– Pomyślę o tym. Na razie chcę wrócić do gabinetu.

Sam uśmiecha się wymownie.

– Jasne, Christianie. Podeślę ci materiały z konferencji, jak się ukażą.

– Dzięki.

Co ma znaczyć ten uśmieszek?

Wchodzę do windy zadowolony, że mam ją tylko dla siebie. Sprawdzam telefon. Trzy nieodebrane połączenia od Eleny.

Na miłość boską, pani Lincoln. Z nami koniec.

Jest też mail od Any.

Nadawca: Anastasia Steele

Temat: Nowiny!

Data: 20 czerwca 2011, 16:55

Adresat: Christian Grey

Szanowny Panie,

udana konferencja prasowa.

Czemu mnie to nie dziwi?

Wyglądałeś bardzo sexy.

Piękny krawat.

Ax

PS Sabotaż?

Mimowolnie dotykam ręką krawata. Ten krawat od Brioni. Mój ulubiony.

Wyglądałem sexy. Te słowa sprawiają mi większą przyjemność, niż powinny. Lubię wyglądać sexy dla Any. Jej mail podsuwa mi pomysł.

Nadawca: Christian Grey

Temat: Pokażę Ci, co znaczy sexy

Data: 20 czerwca 2011, 17:08

Adresat: Anastasia Steele

Ukochana przyszła żono!

Może wieczorem zrobię użytek z tego krawata, kiedy będę testować Twoją wytrzymałość.

Christian Grey

niecierpliwy prezes Grey Enterprises Holdings, Inc.

PS Sabotaż to tylko przypuszczenie. Nie zawracaj sobie tym głowy. To nie jest prośba.

DRZWI WINDY SIĘ otwierają.

– Sto lat, proszę pana! – rozlega się kakofonia głosów. Przed drzwiami stoi Andrea, trzymając wielki lukrowany tort z napisem: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin”. Na torcie pali się samotna złota świeczka.

Co, do kurwy!

Wcześniej to się nie zdarzało.

Nigdy.

Wszyscy – Ros, Barney, Fred, Marco, Vanessa, a także ich zastępcy – śpiewają chórem „Sto lat”. Uśmiechem staram się zatuszować zaskoczenie, a kiedy kończą, zdmuchuję świeczkę. Rozlegają się wiwaty i oklaski, jakbym zrobił coś wyjątkowego.

Sarah podaje mi kieliszek z szampanem.

Co poniektórzy wołają:

– Mowa! Mowa!

– Cóż, to prawdziwa niespodzianka. – Zwracam się do Andrei, która nieznacznie wzrusza ramionami. – Ale bardzo wszystkim dziękuję.

Odzywa się Ros.

– Cieszymy się, że wciąż jesteś z nami, Christianie, a ja szczególnie, bo to oznacza, że ja też wciąż tu jestem. – Ktoś kwituje to uprzejmym śmiechem, ktoś inny klaszcze. – I chcieliśmy jakoś wyrazić naszą wdzięczność. Wszyscy. – Gestem wskazuje na zebranych. – Życzymy ci wszystkiego najlepszego z okazji urodzin i gratulujemy zaręczyn. Wznieśmy kieliszki. – Sama daje przykład. – Za Christiana Greya.

Moje nazwisko rozchodzi się echem po pomieszczeniu.

Sam też unoszę kieliszek i pociągam spory łyk.

Kolejne oklaski.

Naprawdę nie mam pojęcia, co wstąpiło w moich ludzi. Czemu akurat teraz? Co się stało?

– Czy to był twój pomysł? – pytam Andreę, kiedy podaje mi talerzyk z kawałkiem tortu.

– Nie, proszę pana. Ros.

– Ale ty to wszystko zorganizowałaś?

– Razem z Sarah.

– Cóż, dziękuję. Bardzo to miłe z waszej strony.

– Oczywiście, proszę pana. Nie ma za co.

Ros uśmiecha się do mnie ciepło i unosi kieliszek. Przypominam sobie, że jestem jej winien parę granatowych szpilek od Manolo Blahnika.

PÓŁ GODZINY MIJA, zanim udaje mi się wymknąć z imprezki, która rozkręciła się w moim gabinecie. Jest mi bardzo miło, że tak się postarali, i zaskakuje mnie to. Chyba na stare lata zaczynam mięknąć. Ale jak zwykle marzę, żeby być w domu… z Aną.

Kiedy wybiega tylnym wyjściem z wydawnictwa, na jej widok moje serce podskakuje ze szczęścia. Towarzyszy jej Sawyer. Otwiera przed nią drzwi audi i Ana wślizguje się na kanapę obok mnie, Sawyer tymczasem siada z przodu na miejscu pasażera.

– Cześć. – Uśmiecha się promiennie.

– Cześć. – Biorę ją za rękę i całuję w dłoń. – Jak ci minął dzień?

WTOREK, 21 CZERWCA 2011

Oczy Eleny są ciemne jak ołów. Zimne. Okrutne. Twarz ma tuż przy mojej. Jest wściekła. Byłam najlepszym, co ci się kiedykolwiek przytrafiło. Tylko spójrz na siebie. Jeden z najbogatszych i odnoszących największe sukcesy przedsiębiorców w Stanach Zjednoczonych. Opanowany, zdeterminowany. Nie potrzebujesz niczego. Jesteś panem własnego wszechświata. Teraz klęczy. Przede mną. W pokłonie. Naga. Czoło opiera o podłogę piwnicy. Jej włosy lśnią złociście na tle ciemnych desek. Rękę ma wyciągniętą. Palce rozłożone. Zakończone jaskrawoczerwonymi paznokciami. Błaga. Nie podnoś głowy. Mój głos odbija się echem od betonowych ścian. Chce, żebym przestał. Ma dość. Zaciskam mocniej palce na jej włosach. Wystarczy, Grey. Chwytam swój członek, nabrzmiały i sztywny, ze smugami jej czerwonej szminki. Moja dłoń porusza się w górę i w dół. Coraz szybciej. I szybciej. I szybciej. Tak. Szczytuję i szczytuję. Z głośnym, dobywającym się z głębi moich trzewi okrzykiem. Opryskuję spermą jej plecy. Stoję nad nią. Dyszę. W głowie mi się kręci. Jestem zaspokojony. Rozlega się huk. Drzwi otwierają się gwałtownie. Widzę wielki zarys jego sylwetki. Ryczy i pomieszczenie aż dudni od jego mrożących krew w żyłach wrzasków. Nie. Elena krzyczy. Kurwa.Nie. Nie. Nie. On tutaj jest. Wie. Elena staje między nim a mną. Nie,krzyczy, a on uderza ją tak mocno, że ona przewraca się na podłogę. Krzyczy. I krzyczy. I krzyczy. Zostaw go. Zostaw go. Ale on mnie bije. Wali prosto w szczękę. Upadam i upadam. W głowie mi wiruje. Jestem słaby. Nie. Przestań krzyczeć. Przestań. Krzyk nie milknie. Jestem pod stołem w kuchni. Zasłaniam uszy rękami. Ale wciąż słyszę krzyk. On tutaj jest, słyszę jego buciory. Wielkie buciory. Ze sprzączkami. Ona krzyczy. I krzyczy. Co on zrobił? Gdzie ona jest? Czuję jego smród, jeszcze zanim go widzę. Zagląda pod stół z zapalonym papierosem w ręce. Tu jesteś, ty mały gnojku.

Budzę się gwałtownie, rozpaczliwie łapiąc oddech, zlany potem, ze strachem pulsującym w całym ciele.

Gdzie ja jestem?

Oczy przyzwyczajają mi się do światła. Jestem w domu. W Escali. Śpiąca sylwetka Any skąpana jest w srebrzystym blasku księżyca. Ten widok działa na mnie kojąco jak chłodna jesienna bryza.

Dzięki Ci, Boże.

Ona jest tutaj. Ze mną.

Z ulgą wypuszczam powietrze, próbując uspokoić myśli.

O co, do cholery, w tym chodziło?

Elena rzadko mi się śni, a tym bardziej tamta straszliwa chwila w naszej wspólnej historii. Przeszywa mnie dreszcz i wiem, że jestem zbyt roztrzęsiony, żeby dalej spać. Zastanawiam się, czy nie obudzić Any – pragnę się w niej znowu zatracić – ale to byłoby nie fair. Wczoraj wieczorem dała aż nadto dowodów swojej wytrzymałości, dzisiaj idzie do pracy i musi się wyspać. Poza tym jestem zdenerwowany, przechodzą mnie ciarki, a koszmarny sen zostawił mi w ustach kwaśny posmak. Zapewne dręczy mnie świadomość, że zerwałem przyjaźń i wszelkie stosunki biznesowe z Eleną. W końcu pani Lincoln była moją opoką przez ponad dziesięć lat.

Cholera.

Musiałem to zrobić.

To koniec. Koniec ze wszystkim.

Siadam i przeczesuję palcami włosy, uważając, żeby nie obudzić Any. Jest wcześnie – pięć po piątej – i muszę natychmiast napić się wody.

Wyślizguję się z łóżka i widzę, że stoję na moim krawacie, rzuconym po nocnych błazenadach. Wraca cudowne wspomnienie Any, z rękami skrępowanymi nad głową, ciałem napiętym jak cięciwa łuku, odchyloną w ekstazie głową, dłońmi zaciśniętymi na zagłówku, podczas gdy ja całą swoją uwagę mam skupioną na jej łechtaczce, którą pieszczę językiem. To znacznie milsze niż roztrząsanie sennego koszmaru. Podnoszę krawat, zwijam go i odkładam na nocną szafkę.

Zwykle nie nawiedzają mnie koszmary, gdy Ana śpi obok mnie. Mam nadzieję, że to jednorazowy przypadek. Dobrze, że w ciągu dnia idę do Flynna – będziemy mogli omówić tę nową sytuację.

Wciągam spodnie od piżamy, chwytam telefon i wychodzę z sypialni. Może odrobina Bacha albo Chopina nieco mnie ukoi.

Siadając przy fortepianie, sprawdzam wiadomości. Jedna, przysłana o północy przez Welcha, przykuwa moją uwagę.

WELCH

Podejrzenie sabotażu.

Wstępny raport z samego rana.

Kurwa. Czuję, jak włosy stają mi dęba i krew odpływa z głowy.

Moje obawy się potwierdziły. Ktoś pragnie mojej śmierci.

Kto?

Przywołuję w pamięci wspólników, których w ostatnich latach przechytrzyłem.

Woods? Stevens? Carver? Kto jeszcze? Waring?

Posunęliby się do tego?

Wszyscy zarobili kupę forsy. Potracili tylko swoje firmy. Nie chce mi się wierzyć, że to ma związek z moimi interesami.

Może sprawa ma osobiste podłoże?

Jest tylko jedna osoba, która nasuwa się w tym kontekście. Linc. Ale były mąż Eleny zemścił się już na niej i było to lata temu. Czemu nagle teraz miałby się uaktywnić?

Może to ktoś inny. Jakiś niezadowolony pracownik? Była? Nikt, kto byłby do tego zdolny, nie przychodzi mi na myśl. Poza Leilą, wszystkim świetnie się powodzi.

Muszę to przeanalizować.

Ana! Jasna cholera!

Skoro chodzi im o mnie, mogą skrzywdzić i ją. Czuję, jak strach pełznie po mojej skórze, powodując gęsią skórkę. Muszę chronić Anę, za wszelką cenę. Piszę wiadomość do Welcha.

Spotkanie dziś rano.

O 8 w Grey House

WELCH

Przyjąłem

Piszę również do Andrei, żeby odwołała wszystkie ewentualne spotkania, następnie wysyłam maila do Taylora.

Nadawca: Christian Grey

Temat: Sabotaż

Data: 21 czerwca 2011, 05:18

Adresat: J B Taylor

Welch poinformował mnie, że mogło dojść do sabotażu helikoptera. Wstępny raport będzie rano. Spotykamy się w Grey House o 8 rano.

Zatrudnij ponownie Reynoldsa i Ryana, jeśli są dostępni. Ana ma mieć ochronę przez cały czas. Dzisiaj zostanie z nią Sawyer.

Dzięki.

Christian Grey,

prezes Grey Enterprises Holdings, Inc.

Muszę dać upust nagromadzonej nerwowej energii i postanawiam, że poćwiczę. Na palcach wchodzę do garderoby, szybko i po cichu się przebieram, żeby przypadkiem nie obudzić Any.

Uruchamiam bieżnię i przy okazji sprawdzam w telewizji notowania rynków, słucham Foo Fighters, cały czas myśląc, kto, do cholery, chce mnie zabić.

ANA PACHNIE SNEM, seksem i odrobinę jesiennym sadem. Przez chwilę jestem w szczęśliwszych czasach, wolny od kłopotów, tylko ja i moja dziewczyna.

– Hej, maleńka, pora wstawać. – Muskam ustami jej ucho.

Otwiera oczy. Jej wciąż jeszcze zaspana twarz lśni niczym złoty świt.

– Dzień dobry – mówi. Przesuwa palcami po moich ustach i szybko mnie całuje.

– Dobrze spałaś? – pytam.

– Hmmm… Tak ładnie pachniesz. I wyglądasz.

Uśmiecham się. To tylko dobrze skrojony garnitur.

– Muszę być wcześnie w biurze.

Siada.

– Już? – Zerka na radio z zegarem. Jest osiem minut po ósmej.

– Coś mi wyskoczyło. Sawyer będzie ci dzisiaj towarzyszył. Dopilnuje, żeby media cię nie atakowały. Nie masz nic przeciwko?

Kręci głową.

Dobrze. Nie chcę jej straszyć wieściami o helikopterze.

– Widzimy się później. – Całuję ją w czoło i wychodzę, zanim ulegnę pokusie, by zostać.

RAPORT JEST ZWIĘZŁY.

FAA System Raportowania Wypadków i Zdarzeń (SRWZ)

INFORMACJE OGÓLNE

Źródło danych: BAZA DANYCH O WYPADKACH I ZDARZENIACH

Numer raportu: 20110453923

Data: 17-CZERW-11

Miasto: CASTLE ROCK Stan: WA

Nazwa lotniska: PORTLAND HELIPORT

Rodzaj wydarzenia: ZDARZENIE

Zderzenie w powietrzu: NIE

INFORMACJE O STATKU POWIETRZNYM

Uszkodzenie: POWAŻNE

Marka: EURCPT

Model: EC-135

Seria: EC-135-P2

Liczba wylatanych godzin: 1470

Właściciel: GEH INC

Rodzaj działalności: PRZEWÓZ OSÓB

Numer rejestracji: N124CT

Liczba osób na pokładzie: 2

Ofiary śmiertelne: 0

Ranni: 0

Klasa wagowa: PONIŻEJ 6000 KG

Liczba silników: 2

Marka silnika: TURBOM

Model silnika: ARRIUS 2B2

OKOLICZNOŚCI ZDARZENIA/WYPADKU

Podstawowe warunki lotu: LOT Z WIDOCZNOŚCIĄ

Drugorzędne warunki lotu: BRAK WPŁYWU POGODY

Plan lotu: PODANY

PILOT DOWODZĄCY

Certyfikat pilota: PILOT KOMERCYJNY

Uprawnienia: WIROPŁAT/HELIKOPTER

Kwalifikacje: UPRAWNIONY

Suma wylatanych godzin: 1180

Suma wylatanych godzin na modelu: 860

Suma wylatanych godzin w ciągu ostatnich 90 dni: 28

UWAGI

21 CZERWCA 2011, OKOŁO GODZ. 14:20 CZASU PACYFICZNEGO EC-135, N124CT, NALEŻĄCY DO I EKSPLOATOWANY PRZEZ GREY ENTERPRISES HOLDING INC. ULEGŁ POWAŻNEMU WYPADKOWI. HELIKOPTER BYŁ STABILNY, GDY NAGLE ZACZĄŁ PIKOWAĆ I ZAPALIŁA SIĘ LAMPKA KONTROLNA SILNIKA #1. PILOT ZDUSIŁ OGIEŃ I PODJĄŁ PRÓBĘ POWROTU NA SEA-TAC NA DRUGIM SILNIKU. ZAPALIŁA SIĘ LAMPKA KONTROLNA SILNIKA #2. PILOT DOKONAŁ AWARYJNEGO LĄDOWANIA W PÓŁNOCNO-WSCHODNIM REJONIE SILVER LAKE. PILOT AKTYWOWAŁ DRUGĄ GAŚNICĘ, UNIERUCHOMIŁ SILNIK I DOKONAŁ EWAKUACJI. ŻADNE OBRAŻENIA NIE ZOSTAŁY ODNOTOWANE. PILOT URUCHOMIŁ PRZENOŚNĄ GAŚNICĘ ZNAJDUJĄCĄ SIĘ NA POKŁADZIE. PRODUCENT MASZYNY PRZEPROWADZA BADANIE SILNIKÓW I WSTĘPNY RAPORT STWIERDZA, ŻE PRZYCZYNA AWARII JEST PODEJRZANA I BYĆ MOŻE DOPROWADZIŁY DO NIEJ DZIAŁANIA CELOWE OSÓB TRZECICH. NRBT ZARZĄDZA DALSZE BADANIA.

W moim gabinecie z Welchem i Taylorem studiujemy raport. W jaskrawym świetle poranka twarz Welcha wydaje się jeszcze bardziej pobrużdżona niż zwykle. Jej wyraz jest co najmniej ponury.

– W tej chwili NRBT jedynie podejrzewa sabotaż, ale my powinniśmy zakładać, że działanie było celowe. Dlatego sprawdziliśmy monitoring na lądowisku w Portlandzie, ale jak dotąd nie stwierdziliśmy niczego podejrzanego. – Poprawia się na krześle i chrząka. – Mamy jednak coś z hangaru GEH na Boeing Field.

O?