Mister - E L James - ebook

40 osób właśnie czyta

Opis

Zatrać się w pasjonującej historii miłości. Najnowsza, porywająca powieść E L James, autorki międzynarodowego fenomenu – bestsellerowej trylogii Pięćdziesiąt twarzy Greya. Londyn, 2019. Dla Maxima Trevelyana życie było niezwykle łaskawe: uroda, arystokratyczne koneksje i pieniądze sprawiły, że nigdy nie musiał pracować, a noce rzadko spędza samotnie. To idylliczne życie przerywa jednak coś, na co mężczyzna nie jest gotowy: Maxim dziedziczy rodzinny tytuł szlachecki, cały majątek i gigantyczne posiadłości... a także wszelkie wiążące się z nimi obowiązki. To rola, z którą nie umie się zmierzyć. Największym wyzwaniem będzie jednak walka z pożądaniem pewnej tajemniczej młodej kobiety, która niedawno pojawiła się w Anglii. Ta dziewczyna ma w sobie coś więcej niż niebezpieczna, skomplikowana przeszłość. Małomówna, piękna i z ogromnym talentem muzycznym, nęci Maxima swoim sekretem, wzbudzając w nim namiętność, jakiej dotąd nie doświadczył. Kim jest Alessia Demachi? Czy Maxim obroni ją przed zagrażającymi jej wrogami? I co uczyni dziewczyna, gdy dowie się, że jej kochanek również skrywa mroczne tajemnice? Od serca wielkomiejskiego Londynu przez dzikie wrzosowiska Kornwalii aż do zimnych, budzących grozę bałkańskich krajobrazów, Mister to pełna niebezpieczeństw i pożądania podróż zapierająca dech w piersiach aż do samego końca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 627

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Mister
Copyright © 2019 by Erika James Limited Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2019 for the Polish translation by Violetta Dobosz, Daria Kuczyńska-Szymala, Katarzyna Petecka-Jurek (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt okładki i zdjęcie: Erika Mitchell
Zdjęcie na okładce użyte dzięki uprzejmej zgodzie Royal Borough of Kensington and Chelsea
Zdjęcie na tyle okładki: © Kwangmoozaa/Shutterstock
Adaptacja okładki: Monika Drobnik-Słocińska
Redakcja: Katarzyna Wiśniewska
Korekta: Marta Chmarzyńska, Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz
ISBN: 978-83-8110-940-6
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28e-mail: [email protected]/WydawnictwoSoniaDragawww.facebook.com/50TwarzyGreya
E-wydanie 2019
Konwersja:eLitera s.c.
.
TEJ AUTORKI:
Pięćdziesiąt twarzy Greya
Ciemniejsza strona Greya
Nowe oblicze Greya
Grey
Mroczniej

Dla Tii Elby

dziękuję Ci za Twoją mądrość, siłę, dobry humor i rozsądek,

ale przede wszystkim za Twoją miłość.

.

DOCHODZĄCA – gosposia, która nie mieszka z pracodawcą, tylko przychodzi codziennie do pracy.

PROLOG

NIE. NIE. NIE. Tylko nie ta czerń. Nie ta dławiąca ciemność. Nie ten plastikowy worek. Ogarnia ją panika, która wyciska powietrze z płuc. Nie mogę oddychać. Nie mogę oddychać. W gardle narasta metaliczny posmak strachu. Muszę to zrobić. To jedyny sposób. Nie ruszaj się. Zachowaj spokój. Oddychaj wolno. Oddychaj płytko. Tak jak powiedział. Niedługo będzie po wszystkim. Skończy się i wtedy będę wolna. Wolna. Wolna.

Rusz się. No już. Biegnij. Biegnij. Biegnij. Naprzód.

Biegnie co sił w nogach, najszybciej jak może, ale nie spogląda za siebie. Strach gna ją naprzód, kiedy szukając drogi ucieczki, wymija tych nielicznych, którzy wybrali się na późnowieczorne zakupy. Szczęście jej sprzyja: automatyczne drzwi są otwarte. Przemyka pod jaskrawymi świątecznymi dekoracjami i dociera na parking. Biegnie, wciąż biegnie. Między zaparkowanymi samochodami, potem do lasu. Biegnie wąską ścieżynką. Chce przeżyć. Przedziera się przez krzaki jeżyn, małe gałązki uderzają ją w twarz. Biegnie, aż rozsadza jej płuca. Naprzód. Naprzód. Naprzód. Nie zatrzymuj się.

Zimno. Zimno. Za zimno. Zmęczenie mąci jej umysł. Zmęczenie i zimno. Wiatr zawodzi w gałęziach drzew, wdziera jej się pod ubranie, przenika do szpiku kości. Dziewczyna kuli się pod krzakiem, zgrabiałymi rękoma buduje wokół siebie gniazdo z opadłych liści. Spać. Potrzebuje snu. Kładzie się na zimnej, twardej ziemi, zbyt zmęczona, by się bać, zbyt zmęczona, by zasnąć. A tamte? Czy im się udało? Zamyka oczy. Dały radę uciec? Oby były wolne. Oby było im ciepło...

Jak doszło do tego wszystkiego?

Budzi się. Leży między kubłami na śmieci owinięta gazetami i kartonami. Cała dygocze, tak bardzo jest jej zimno. Ale musi iść dalej. Ma adres. Dziękuje za niego Bogu, w którego wierzyła jej babcia. Drżącymi palcami rozwija karteczkę. Tam musi iść. Teraz. Teraz. Teraz.

Krok za krokiem. Iść. Tylko tyle może zrobić – iść. Iść. Iść. Śpi w jakiejś bramie. Budzi się i idzie dalej. Iść. Pije wodę z kranu w McDonaldzie. Jedzenie pachnie tak kusząco.

Jest jej zimno. Skręca ją z głodu. Idzie, wciąż idzie, kierując się mapą. Skradzioną. Skradzioną z jakiegoś sklepu. Sklepu, w którym migały lampki i grała świąteczna muzyka. Ledwo udaje jej się utrzymać w ręku skrawek papieru. Jest zniszczony i podarty po wielu dniach chowania go w bucie. Jest zmęczona. Zbyt zmęczona. Brudna. Potwornie brudna i przerażona. To miejsce jest jej jedyną nadzieją. Unosi drżącą rękę i naciska dzwonek.

Magda już na nią czeka. Napisała do niej matka i wszystko wyjaśniła. Kobieta wita ją z otwartymi ramionami. Zaraz jednak się cofa. Jezu, dziecko. Co się z tobą działo? Spodziewałam się ciebie w zeszłym tygodniu!

ROZDZIAŁ PIERWSZY

BEZMYŚLNY SEKS – WIELE za nim przemawia. Żadnych zobowiązań i oczekiwań, zero rozczarowań. Muszę tylko zapamiętać ich imiona. Jak się nazywała ta ostatnia? Jojo? Jeanne? Jody? Nieważne. Była jakąś bezimienną dupą, która non stop jęczała, w łóżku i poza nim. Leżę, gapiąc się na falujące refleksy Tamizy odbijające się na suficie. Nie mogę spać. Jestem zbyt niespokojny, żeby zasnąć.

Dzisiaj to była Caroline. Nie mieści się w kategorii bezimiennych dup. Nigdy się w niej nie znajdzie. Co ja, do cholery, miałem w głowie? Zamykam oczy, próbując uciszyć uparty głosik, który w kółko mnie pyta, czy pójście do łóżka z najlepszą przyjaciółką – i to nie pierwszy raz – było dobrą decyzją. Caroline, pogrążona w drzemce, leży obok mnie, ze smukłym ciałem skąpanym w srebrzystym blasku styczniowego księżyca. Długie nogi splotła z moimi, głowę oparła na mojej piersi.

Źle robimy, bardzo, bardzo źle. Pocieram twarz, usiłując zetrzeć z niej obrzydzenie do samego siebie, a Caroline się wierci, wybudzając ze snu. Wymanikiurowanym paznokciem sunie po mięśniach na moim brzuchu i zatacza kółka wokół pępka. Chwytam jej rękę i podnoszę do ust.

– Chyba dość narozrabialiśmy jak na jedną noc, Caro?

Całuję każdy palec po kolei, żeby nieco złagodzić gorycz odrzucenia. Jestem zbyt zmęczony i zniechęcony dokuczliwym, nieprzyjemnym poczuciem winy, które mnie zżera. Na miłość boską, przecież to Caroline, moja najlepsza przyjaciółka i żona mojego brata. To znaczy była żona.

Nie. Nie była żona. Wdowa po nim.

To takie smutne i tragiczne słowo. I smutne i tragiczne okoliczności.

– Och, Maximie, proszę cię. Chcę zapomnieć – szepcze i składa ciepły, wilgotny pocałunek na mojej piersi. Odrzucając z twarzy jasne włosy, spogląda na mnie spod długich rzęs, a w jej oczach malują się niedosyt i smutek.

Potrząsam głową, ujmując w dłonie jej uroczą twarz.

– Nie powinniśmy.

– Przestań. – Ucisza mnie, przykładając mi palec do ust. – Proszę. Potrzebuję tego.

Wzdycham ciężko. Pójdę do piekła.

– Proszę – błaga mnie.

Niech to szlag. Już w nim jestem.

I tylko dlatego, że ja również cierpię – przecież też tęsknię za bratem, a Caroline jest ostatnim, co mnie z nim łączy – odnajduję ustami jej wargi i przewracam ją na plecy.

KIEDY SIĘ BUDZĘ, pokój skąpany jest w jaskrawym zimowym słońcu, tak ostrym, że muszę zmrużyć oczy. Obracam się i z ulgą spostrzegam, że Caroline wyszła, pozostawiając po sobie jedynie uczucie żalu – i liścik na poduszce.

Kolacja z tatą i Macochą?

Proszę, przyjdź.

Oni też są w żałobie.

Kocham Cię! Buziaki!

Ożeż.

Nie tego chcę. Zamykam oczy, wdzięczny, że jestem sam we własnym łóżku i, mimo naszych nocnych wyczynów, zadowolony, że zdecydowaliśmy się wrócić do Londynu już dwa dni po pogrzebie.

Jakim cudem, do cholery, to wszystko wymknęło mi się z rąk?

„Wypijmy jednego przed snem”, tak wczoraj powiedziała, a ja spojrzałem w jej wielkie, przepełnione smutkiem błękitne oczy i od razu wiedziałem, czego chce. Tak samo popatrzyła na mnie tamtej nocy, kiedy dowiedzieliśmy się o wypadku i śmierci Kita. Wtedy nie zdołałem jej się oprzeć. Wiele razy było już bardzo blisko, ale dopiero tamtej nocy poddałem się losowi i przeleciałem żonę mojego brata. Koniec końców i tak by do tego doszło.

A teraz zrobiliśmy to znowu, choć ledwie dwa dni temu złożyliśmy Kita do grobu.

Posyłam sufitowi grymas niezadowolenia. Bez dwóch zdań jestem żałosną namiastką człowieka. Zresztą tak samo jak Caroline. Ona przynajmniej ma wymówkę: przechodzi żałobę, obawia się o własną przyszłość, a ja jestem jej najlepszym przyjacielem. Do kogo innego mogłaby się zwrócić w potrzebie? Ja za to posunąłem się zdecydowanie za daleko w „pocieszaniu” żałobnicy.

Marszcząc czoło, gniotę liścik i ciskam nim o drewnianą podłogę. Patrzę, jak turla się pod kanapę zawaloną moimi ubraniami. Nade mną falują wodniste cienie, jakby światło i ciemność się ze mnie naigrawały. Zamykam oczy, żeby ich nie widzieć.

Kit był dobrym człowiekiem.

Kit. Kochany Kit. Ulubieniec wszystkich, nawet Caroline, w końcu to jego wybrała. Przed oczami pojawia mi się niechciany obraz zmasakrowanego, pustego ciała Kita leżącego pod prześcieradłem w szpitalnej kostnicy. Biorę głęboki wdech, starając się odegnać to wspomnienie, a w gardle narasta mi gula. Zasługiwał na kogoś lepszego niż Caro i ja – jego brat darmozjad. Nie zasługiwał na tę... zdradę.

Ożeż.

Kogo ja próbuję oszukać?

Caroline i ja jesteśmy siebie warci. Oboje tego chcieliśmy. Oboje się na to zgodziliśmy, a poza tym jesteśmy dorośli i, praktycznie rzecz biorąc, wolni. Ona to lubi. Ja też to lubię i właśnie to mi wychodzi najlepiej – pieprzenie chętnej, atrakcyjnej kobiety do białego rana. Tak przepieprzam cały wolny czas – pieprząc dziewczyny. Seks utrzymuje mnie w formie, a w trakcie namiętnych uniesień dowiaduję się wszystkiego, co muszę wiedzieć o kobiecie. Co sprawia, że oblewa się potem. Czy krzyczy, czy płacze, kiedy dochodzi.

Caroline jest płaczką.

Caroline właśnie straciła męża.

Cholera.

A ja straciłem starszego brata, jedyny wzór do naśladowania, jaki miałem przez kilka ostatnich lat.

Cholera.

Kiedy zamykam oczy, znowu widzę bladą, martwą twarz Kita. Ta strata tkwi we mnie niczym wielka, ziejąca pustką dziura.

Niepowetowana strata.

Po jaką cholerę wybrał się na motor w taką ponurą, lodowatą noc? To przekracza moje granice rozumowania. Kit jest – był – tym rozważnym, odpowiedzialnym ucieleśnieniem zdrowego rozsądku. Z nas dwóch to właśnie on przynosił zaszczyt rodowemu nazwisku, stał na straży jego reputacji i zachowywał się jak należy. Pracował w City i jednocześnie zarządzał pokaźnym rodzinnym majątkiem. Nie podejmował pochopnych decyzji, nie prowadził samochodu jak wariat. Był tym odpowiedzialnym z naszej pary. Szedł naprzód, nigdy się nie cofał. Nie był marnotrawnym nieudacznikiem jak ja – jego całkowite przeciwieństwo. Specjalizuję się w byciu czarną owcą w rodzinie. Nikt nie ma wobec mnie żadnych oczekiwań, jestem tego pewien. Zawsze tak było.

Podnoszę się. W jaskrawym świetle dnia mam raczej ponury nastrój. Pora udać się do siłowni w piwnicy. Oprócz seksu w formie utrzymują mnie bieganie i szermierka.

TANECZNA MUZYKA DUDNI mi w uszach, a pot spływa po plecach; oddycham głęboko. Odgłos moich stóp uderzających o bieżnię oczyszcza mój umysł, kiedy zmuszam ciało do maksymalnego wysiłku. Gdy biegam, na ogół jestem skupiony i wdzięczny, że w końcu coś czuję – nawet jeśli jest to tylko ból rozpierający płuca. Dzisiaj nie chcę nic czuć, nie po tym koszmarnym tygodniu, który mam za sobą. Pragnę tylko fizycznego bólu wywołanego morderczym wysiłkiem. Nie bólu straty.

Biegnij. Oddychaj. Biegnij. Oddychaj.

Nie myśl o Kicie. Nie myśl o Caroline.

Biegnij. Biegnij. Biegnij.

Bieżnia spowalnia, ja także. Truchtem pokonuję ostatni odcinek mojego ośmiokilometrowego biegu, pozwalając, by powróciły rozgorączkowane myśli. Po raz pierwszy od dawna mam do załatwienia bardzo dużo spraw.

Zanim zmarł Kit, dni upływały mi na dochodzeniu do siebie po nocnych wyczynach i planowaniu rozrywki na nadchodzący wieczór. To by było tyle. Tak wyglądało moje życie. Nie lubię obnosić się ze swoim próżniactwem, ale w głębi duszy wiem, że jestem cholernie bezużyteczny. Skończywszy dwadzieścia jeden lat, uzyskałem dostęp do pokaźnego funduszu powierniczego, co oznacza, że nie musiałem przepracować ani jednego dnia. W przeciwieństwie do mojego starszego brata. Pracował ciężko, ale nie miał wyboru.

Dzisiaj natomiast będzie inaczej. Jestem wykonawcą testamentu Kita, co zakrawa na jakiś żart. Jestem pewien, że miał niezły ubaw, wybierając akurat mnie. Teraz jednak, kiedy jego ciało spoczęło w rodzinnym grobowcu, testament musi zostać odczytany i... no cóż, wykonany.

A Kit zmarł, nie pozostawiając spadkobierców.

Gdy bieżnia się zatrzymuje, przechodzi mnie dreszcz. Nie chcę myśleć o tym, co to oznacza. Nie jestem jeszcze gotowy.

Chwytam iPhone’a, zarzucam ręcznik na szyję i biegiem pokonuję schody do mojego mieszkania na szóstym piętrze.

Rozbieram się i rzucam ubranie na podłogę w sypialni, kierując kroki do łazienki. Myjąc pod prysznicem włosy, zastanawiam się, jak powinienem postąpić z Caroline. Znam ją od szkolnej ławy. Od razu rozpoznaliśmy w sobie bratnie dusze i zbliżyliśmy się do siebie – dwoje trzynastolatków z rozbitych rodzin, tkwiących w szkole z internatem. Byłem nowy, a Caroline wzięła mnie pod swoje skrzydła. Staliśmy się nierozłączni. To ona była i zawsze będzie moją pierwszą miłością, pierwszą dziewczyną, z którą poszedłem do łóżka... zresztą z kiepskim rezultatem. A po latach wybrała mojego brata, nie mnie. Mimo to udało nam się pozostać przyjaciółmi i trzymać ręce z daleka od siebie nawzajem – przynajmniej do śmierci Kita.

Cholera. To się musi skończyć. Nie chcę i nie potrzebuję żadnych komplikacji. Kiedy się golę, z lustra patrzą na mnie poważne zielone oczy. Nie spieprz sytuacji z Caroline. Poza nią nie masz zbyt wielu bliskich. Jest twoją najlepszą przyjaciółką. Porozmawiaj z nią. Przemów jej do rozumu. Przecież wie, że do siebie nie pasujecie. Kiwam głową do swojego odbicia, czując pewną determinację, i wycieram pianę z twarzy. Rzucam ręcznik na podłogę i idę do garderoby. Zgarniam z półki czarne dżinsy i z ulgą odkrywam wiszące na wieszakach świeżo wyprasowaną białą koszulę oraz przyniesioną z pralni czarną marynarkę. Dzisiaj jem lunch z prawnikami naszej rodziny. Wsuwam buty i chwytam płaszcz. Na zewnątrz jest bardzo chłodno.

Cholera, przecież jest poniedziałek.

Przypomina mi się, że dzisiaj późnym rankiem przychodzi posprzątać Krystyna, moja dochodząca w matuzalemowym wieku. Z portfela wyjmuję pieniądze i kładę je na konsolce w przedpokoju, po czym włączam alarm i wychodzę frontowymi drzwiami. Zamykam je na klucz i nie czekając na windę, zbiegam schodami.

Na Chelsea Embankment powietrze jest czyste i rześkie, tylko obłoczek mojego oddechu zakłóca jego przejrzystość. Spoglądam na drugi brzeg ponurej szarej Tamizy, na którym wznosi się Pagoda Pokoju. Mnie też marzy się pokój, ale pokój ducha, a tego mogę jeszcze długo nie zaznać. Liczę, że podczas lunchu uzyskam odpowiedzi na przynajmniej niektóre z moich pytań. Uniesioną ręką zatrzymuję taksówkę i każę się zawieźć do Mayfair.

W GEORGIAŃSKIM SPLENDORZE JEDNEJ z kamienic Brook Street mieści się siedziba firmy adwokackiej Pavel, Marmont i Hoffman, z której usług korzystamy od 1775 roku.

– Pora dorosnąć – mruczę do siebie i otwieram rzeźbione drewniane drzwi.

– Dzień dobry panu.

Młoda recepcjonistka uśmiecha się promiennie, a jej oliwkową cerę barwi lekki rumieniec. Jest śliczna, ale w nienachalny sposób. W normalnych okolicznościach po pięciu minutach rozmowy zdobyłbym jej numer telefonu, ale nie po to tu dzisiaj przyszedłem.

– Jestem umówiony z panem Rajahem.

– Pana nazwisko?

– Maxim Trevelyan.

Zerka na ekran komputera, potrząsa głową i marszczy brwi.

– Proszę usiąść.

Skinieniem wskazuje dwa skórzane fotele typu chesterfield ustawione w wyłożonym boazerią holu. Opadam na ten, który stoi bliżej, i biorę poranne wydanie „Financial Times”. Recepcjonistka nieco nerwowo rozmawia przez telefon, a ja studiuję pierwszą stronę gazety. Nic z niej do mnie nie dociera. Kiedy podnoszę wzrok, widzę, jak przez podwójne drzwi z wyciągniętą ręką zmierza ku mnie sam Rajah.

Wstaję.

– Lordzie Trevethick, proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje z powodu pańskiej bolesnej straty – mówi, kiedy wymieniamy uścisk dłoni.

– Bardzo proszę, wystarczy Trevethick – odpowiadam. – Nie przywykłem jeszcze do tytułu brata.

Teraz już mojego.

– Oczywiście. – Pan Rajah przytakuje skinieniem głowy z uprzejmym poważaniem, które działa na mnie irytująco. – Pozwoli pan ze mną? Lunch jadamy w jadalni wspólników i muszę przyznać, że możemy się pochwalić jedną z najlepszych piwniczek w Londynie.

JAK ZACZAROWANY WPATRUJĘ się w tańczące płomienie ognia w kominku w moim klubie w Mayfair.

Hrabia Trevethick.

To teraz ja.

Niepojęte. I przerażające.

Jakże zazdrościłem bratu jego tytułu i pozycji w rodzinie, kiedy byłem młodszy! Rodzice, zwłaszcza matka, faworyzowali Kita od dziecka, ale w końcu to on był dziedzicem, a nie synem rezerwowym. Kiedy się urodził, otrzymał tytuł wicehrabiego Porthtowan, a w wieku dwudziestu lat, po nagłej śmierci ojca, został dwunastym hrabią Trevethick. Ja, mając teraz lat dwadzieścia osiem, jestem szczęśliwym numerem trzynaście. I chociaż wcześniej pragnąłem tej godności i wszystkiego, co się z nią wiąże, teraz, kiedy już do mnie należy, czuję, jakbym wkraczał na terytorium brata.

Wczoraj pieprzyłeś jego hrabinę. To coś więcej niż wkroczenie na cudze terytorium.

Pociągam łyk whisky Glenrothes i unoszę szklankę.

– Za ducha – szepczę i się uśmiecham, rozbawiony ironią. Mój ojciec pijał właśnie glenrothes, podobnie jak mój brat, a od dziś ta butelka, rocznik 1992, należy do mnie.

Nie pamiętam, w którym momencie pogodziłem się z tym, że Kit odziedziczył wszystko, i przestałem się z nim kłócić, ale to musiało być krótko przed dwudziestką. On miał tytuł i dziewczynę, a ja musiałem to zaakceptować. Teraz to wszystko należy do mnie. Wszystko.

Nawet twoja żona. Cóż, przynajmniej ostatniej nocy była moja.

Ironia polega jednak na tym, że Kit nie zapisał Caroline niczego w spadku.

Niczego.

Właśnie tego się obawiała.

Skąd to zaniedbanie? Najnowszą wersję dokumentu sporządził cztery miesiące temu, ale jej nie zostawił niczego. Małżeństwem byli zaledwie od dwóch lat...

Co on sobie myślał?

Rzecz jasna, Caroline może podważyć testament. Nikt nie miałby jej tego za złe.

Pocieram twarz.

Co ja mam zrobić?

Mój telefon brzęczy.

Gdzie jesteś?

Wiadomość od Caroline. Wyłączam komórkę i zamawiam kolejnego drinka. Wolałbym się z nią dziś nie spotykać. Chcę się zatracić w kimś innym. Kimś nowym. Kimś, kto nie jest ze mną w żaden sposób związany. Może załatwię też sobie trochę koksu. Wyjmuję telefon i otwieram Tindera.

– NO, NO, MAXIM, jakie piękne mieszkanie!

Patrzy na mętne wody Tamizy, w której migoczą światła Pagody Pokoju. Biorę od niej żakiet i rzucam go na oparcie kanapy.

– Masz ochotę na drinka czy coś mocniejszego? – proponuję.

Nie zabawimy zbyt długo w salonie. Jakby czytając mi w myślach, odrzuca na plecy lśniące czarne włosy. Przygląda mi się uważnie brązowymi oczami podkreślonymi czarną konturówką.

– Coś mocniejszego? – dopytuje uwodzicielskim tonem, oblizując wargi i unosząc brew. – A ty co będziesz pił?

Ach... Nie zrozumiała aluzji, więc żadnej koki, ale i tak wyprzedza moje myśli. Podchodzę do niej na tyle blisko, żeby musiała unieść głowę, by na mnie spojrzeć. Pilnuję się, żeby jej nie dotknąć.

– Nie chce mi się pić, Heather – zniżam głos, zadowolony, że udało mi się zapamiętać jej imię. Przełyka ślinę i rozchyla wargi.

– Mnie też nie – mówi szeptem, a wymowny uśmiech odbija się w jej oczach.

– To na co masz ochotę?

Widzę, że patrzy na moje usta. To oczywiste zaproszenie. Zwlekam chwilę, żeby mieć pewność, że dobrze odczytuję jej intencje, po czym nachylam się i ją całuję, ledwie muskając wargi. Delikatny, niemal zdawkowy dotyk.

– Myślę, że wiesz, czego chcę.

Wplata palce w moje włosy i przyciąga mnie do swoich ciepłych i spragnionych ust. Wyczuwam w nich brandy i odrobinę papierosów. Ten smak mnie rozprasza. Nie pamiętam, żebym w klubie widział, jak pali. Mocno przyciągam Heather do siebie, jedną ręką przytrzymując ją w talii, a drugą przesuwając po bujnych krągłościach. Jest szczupła, ale ma duże, jędrne piersi, którymi teraz kusząco na mnie napiera. Zastanawiam się, czy w smaku będą równie dobre jak w dotyku. Ręką pieszczę jej plecy i całuję ją jeszcze namiętniej, rozkoszując się jej chętnymi ustami.

– To czego chcesz? – pytam, nie odrywając się od jej warg.

– Ciebie. – Oddech ma przyspieszony, głos zdradza podniecenie. Jest napalona. Zaczyna rozpinać moją koszulę. Kiedy ściąga mi ją z ramion, stoję bez ruchu i pozwalam, by ubranie osunęło się na podłogę.

Mam ją wziąć tutaj czy w łóżku? Wybieram wygodę i biorę Heather za rękę.

– Chodź ze mną.

Ciągnę ją łagodnie, a ona posłusznie wychodzi za mną z salonu i idzie przez hol do sypialni.

W pokoju jest porządek, tak jak myślałem.

Dzięki Ci, Boże, za Krystynę.

Włączam lampki nocne i prowadzę Heather w stronę łóżka.

– Obróć się.

Robi, o co proszę, ale na chwilę traci równowagę w wysokich szpilkach.

– Spokojnie.

Chwytam ją za ramiona i przyciągam do siebie mocno. Odwracam jej głowę, tak by móc spojrzeć jej w oczy. W pierwszej chwili wpatruje się w moje usta, zaraz jednak podnosi wzrok. Ma takie błyszczące oczy. Jasne. Skupione. Ale dość trzeźwe. Muskam wargami jej szyję, językiem smakując miękką, pachnącą skórę.

– Chyba powinniśmy się położyć.

Rozpinam zamek jej krótkiej czerwonej sukienki i zsuwam ją z ramion Heather. Zatrzymuję się na chwilę, kiedy moim oczom ukazuje się zarys piersi skrytych pod czerwonym stanikiem. Kciukami muskam koronkowy materiał. Heather jęczy i wygina plecy w łuk, wciskając mi biust w dłonie.

O, tak.

Wsuwam kciuki pod delikatną tkaninę i zataczam nimi kółka wokół jej twardniejących sutków, a ona sięga rękami do tyłu, szukając guzika przy moim rozporku.

– Mamy całą noc – mruczę i puszczając ją, cofam się o krok, by sukienka mogła opaść na podłogę.

Czerwone stringi podkreślają jej kształtną pupę.

– Odwróć się, chcę na ciebie popatrzeć.

Obraca się, odrzucając włosy na plecy, i zerka na mnie pożądliwie spod opuszczonych rzęs. Piersi ma naprawdę wspaniałe.

Uśmiecham się. Ona też.

Zapowiada się niezła zabawa.

Chwyta za pasek moich dżinsów i pociąga tak gwałtownie, że jej cudowne cycki znowu przywierają mocno do mojej piersi.

– Pocałuj mnie – odzywa się niskim, pełnym pożądania głosem.

Przesuwa językiem po górnych zębach, a moje ciało reaguje, napinając mięśnie krocza.

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, pani.

Ujmuję w dłonie jej głowę, wplatam palce w jedwabiste loki i całuję ją, tym razem już znacznie gwałtowniej. Ona w odpowiedzi chwyta mnie za włosy, a nasze języki się splatają. Przerywa i spogląda na mnie z lubieżnym błyskiem w oczach, jak gdyby dopiero teraz zobaczyła mnie pierwszy raz i ten widok jej się spodobał. Po chwili jej usta znów wpijają się w moje.

Rany, ona naprawdę tego chce.

Zwinne palce odnajdują guzik przy moich dżinsach i szarpią go. Ze śmiechem chwytam jej dłonie i popycham ją delikatnie, aż oboje lądujemy na łóżku.

HEATHER. MA NA imię Heather i śpi obok mnie jak zabita. Zerkam na budzik przy łóżku. Piętnaście po piątej. Jest niezła w łóżku, bez dwóch zdań. Ale teraz chcę, żeby już sobie poszła. Jak długo muszę tu jeszcze leżeć i słuchać jej miękkiego oddechu? Może powinniśmy byli pójść do niej, wtedy mógłbym wyjść, kiedy tylko bym chciał. Ale moje mieszkanie było bliżej, a żadne z nas nie chciało dłużej czekać. Wpatrując się w sufit, odtwarzam w myślach przebieg wczorajszego wieczoru, próbując sobie przypomnieć wszystko, czego się o niej dowiedziałem – jeśli w ogóle coś mi powiedziała. Pracuje w telewizji – czy też „tele”, jak ją nazywa – i rano musi być w pracy, a to oznacza, że niedługo powinna stąd wyjść, prawda? Mieszka w Putney. Jest seksowna. I chętna. O tak, bardziej niż chętna. W czasie stosunku lubi leżeć na brzuchu, dochodzi po cichutku i ma utalentowane usta, które doskonale wiedzą, jak pobudzić do życia wykończonego mężczyznę. Na to wspomnienie mój penis się porusza i przez chwilę rozważam, czy nie obudzić jej na jeszcze jedną rundę. Ciemne włosy ma rozrzucone na poduszce, a jej twarz we śnie przybiera błogi wyraz, który wzbudza we mnie ukłucie zazdrości. Ignoruję je i zastanawiam się, czy gdybym poznał ją lepiej, nadal odnajdywałbym w niej ten sam spokój.

Och, do kurwy nędzy, niech sobie wreszcie pójdzie.

„Masz problem z bliskością” – słyszę w myślach zrzędzenie Caroline.

Caroline. Cholera.

Moje dżinsy leżą zmięte na podłodze. Z tylnej kieszeni wyjmuję telefon i odkrywam trzy płaczliwe SMS-y i kilka nieodebranych połączeń, które mnie wkurzają. Zerkam na śpiącą obok mnie dziewczynę – nie, nie wierci się – i czytam wiadomości od szwagierki.

GDZIE JESTEŚ?

ZADZWOŃ DO MNIE!

<FOCH>

Co z nią jest nie tak?

Wie, w czym rzecz; wystarczająco długo mnie zna. Szybkie bzykanko nie zmieni tego, co do niej czuję. Kocham ją... na swój sposób, ale tylko jako przyjaciółkę, dobrą przyjaciółkę.

Twarz wykrzywia mi grymas złości. Nie zadzwoniłem do niej. I nie chcę tego robić. Nie wiem, co mam jej powiedzieć.

Tchórz, szepcze moje sumienie. Muszę z tym zrobić porządek. Nade mną znów podskakuje i migocze odbicie Tamizy, tym razem wolnej i spokojnej. Kpi sobie ze mnie, przypomina, co straciłem.

Wolność.

A co mam teraz?

Odpowiedzialność.

Cholera.

Obezwładnia mnie poczucie winy, obce i nieprzyjemne uczucie – Kit zostawił mi w spadku wszystko. Wszystko. A Caroline została z niczym. Jest żoną mojego brata. Pieprzyliśmy się. Nic dziwnego, że czuję się winny. W głębi duszy wiem, że ona też ma z tym problem. Właśnie dlatego wyszła w środku nocy, nie budząc mnie i się nie żegnając. Szkoda, że dziewczyna, która teraz leży obok mnie, nie zrobiła tego samego.

Szybko odpisuję Caro.

Dużo pracy dzisiaj. U Ciebie okej?

Jest piąta rano. Caroline na pewno śpi. Jestem bezpieczny. Zajmę się tym dzisiaj, ale trochę później... albo jutro.

Heather porusza się i otwiera oczy.

– Cześć. – Uśmiecha się do mnie nieśmiało. Odpowiadam tym samym, ale wtedy jej twarz gaśnie. – Powinnam już iść – mówi.

– Iść? – Czuję, jak budzi się we mnie nadzieja. – Nie musisz iść. – Udaje mi się powiedzieć to w miarę szczerze.

– Nie, naprawdę muszę. Ta czerwona sukienka do pracy raczej się nie nadaje. – Siada, skromnie otulając swoje krągłości jedwabną kołdrą. – To było... przyjemne, Maximie. Jeśli zostawię ci swój numer, zadzwonisz do mnie? Wolę rozmawiać przez telefon, niż pisać na Tinderze.

– Jasne – kłamię bez mrugnięcia.

Przyciągam ją do siebie i czule całuję. Uśmiecha się zawstydzona. Kiedy wstaje, owija się szczelnie kołdrą i zaczyna zbierać swoje ubrania z podłogi.

– Wezwać ci taksówkę? – pytam.

– Pojadę uberem.

– Mogę to załatwić.

– Okej, dziękuję. Jadę do Putney.

Podaje mi adres, ja wstaję, wciągam porzucone dżinsy i zabierając ze sobą telefon, wychodzę z sypialni, żeby dać jej nieco prywatności. To, jak niektóre kobiety zachowują się po wszystkim, jest takie dziwne: są cichutkie i zawstydzone. Heather w niczym nie przypomina lubieżnej, wyuzdanej syreny, jaką była w nocy.

Zamawiam samochód i czekam, spoglądając na ciemną rzekę. Kiedy w końcu wychodzi z sypialni, podaje mi skrawek papieru.

– Mój numer.

– Dzięki. – Wsuwam karteczkę do tylnej kieszeni spodni. – Taksówka będzie za pięć minut.

Stoi niepewnie, kompletnie pogrążona we wstydzie po minionej nocy. Cisza staje się coraz bardziej nieznośna, a Heather rozgląda się po pokoju, byle tylko nie spojrzeć na mnie.

– Piękne mieszkanie. Takie przestronne – mówi, a ja wiem, że tą pogawędką próbuje zagłuszyć skrępowanie. Zauważa mój fortepian i gitarę. – Grasz? – Podchodzi do fortepianu.

– Tak.

– Dlatego masz takie zręczne palce – mówi i natychmiast marszczy czoło, gdy orientuje się, co właśnie powiedziała. Jej policzki spływają uroczym rumieńcem.

– A ty grasz? – pytam, nie zwracając uwagi na jej ostatnie słowa.

– Nie, w drugiej klasie grałam trochę na flecie, ale nic poza tym. – Na jej twarzy maluje się ulga, pewnie dlatego, że zignorowałem jej uwagę na temat moich palców. – A to? – Ręką wskazuje na konsolety i iMaca, które stoją na biurku w kącie pokoju.

– Bawię się w didżejkę.

– O?

– Kilka razy w miesiącu w klubie w Hoxton.

– Dlatego masz tyle winyli! – Patrzy na półki wzdłuż ściany, na których trzymam swoją kolekcję płyt.

Kiwam głową.

– Jesteś też fotografem? – Gestem wskazuje na czarno-białe krajobrazy, które wiszą w wielkich ramach w salonie.

– Owszem. Czasem staję nawet po drugiej stronie aparatu.

Patrzy na mnie, wyraźnie nie rozumiejąc.

– Zajmuję się modelingiem. Pozuję głównie do sesji high-fashion dla magazynów.

– Aha, teraz rozumiem. Naprawdę jesteś bardzo złożonym facetem. – Uśmiecha się, teraz już nieco bardziej pewna siebie. I dobrze. Jest prawdziwą boginią.

– Człowiekiem renesansu – odpowiadam z przesadną skromnością, a ona przestaje się uśmiechać i robi zakłopotaną minę.

– Coś się stało? – pyta.

Stało? O czym ona, do cholery, mówi?

– Nie, nic. – Rozlega się brzęczenie mojego telefonu; to SMS informujący, że taksówka już podjechała.

– Zadzwonię do ciebie – mówię i pomagam jej włożyć żakiet.

– Nie, nie zadzwonisz. Ale nie przejmuj się. Po to właśnie masz Tindera. Przynajmniej dobrze się bawiłam.

– Ja też. – Nie będę się z nią spierał. – Odprowadzić cię na dół?

– Nie, dziękuję. Jestem już duża, dam sobie radę. Do widzenia, Maximie. Miło było cię poznać.

– I nawzajem... Heather.

– Dobra robota. – Promienieje, zadowolona, że zdołałem zapamiętać jej imię. Nie sposób nie odwzajemnić jej uśmiechu. – Tak lepiej – mówi. – Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukasz. – Wyciąga szyję i całuje mnie szybko w policzek. Odwraca się i idzie do windy, stawiając chwiejne kroki w tych swoich szpilkach.

Ze zmarszczonym czołem spoglądam za jej oddalającą się postacią, podziwiając zgrabny tyłeczek poruszający się pod czerwoną sukienką.

Znajdę to, czego szukam? Co to, do cholery, miało znaczyć?

Przecież wszystko mam. Właśnie miałem ciebie, jutro będzie jakaś inna. Czego mi jeszcze trzeba?

Z jakiejś nieznanej mi przyczyny jej słowa mnie irytują, ale wyrzucam je z głowy i wracam do łóżka, zadowolony, że sobie poszła. Kiedy jednak zdejmuję dżinsy i wślizguję się pod kołdrę, wciąż słyszę jej prowokujące słowa.

Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukasz.

Skąd jej się to, do cholery, wzięło?

Właśnie odziedziczyłem ogromne posiadłości w Kornwalii, Oxfordshire i Northumberland, a oprócz tego jeszcze nieduży kawałek Londynu – ale za jaką cenę?

Przed oczami staje mi blada, pozbawiona życia twarz Kita.

Cholera.

Odpowiadam teraz za tylu ludzi, zbyt wielu, zdecydowanie zbyt wielu: rolników, których najmujemy, pracowników w moich posiadłościach, służbę w czterech domach, budowlańców w Mayfair...

Cholera.

Niech cię szlag, Kit. Musiałeś umierać?

Zamykam oczy, próbując powstrzymać łzy, których dotąd nie uroniłem, i ze słowami Heather wciąż dzwoniącymi w uszach zapadam w niebyt.

ROZDZIAŁ DRUGI

ALESSIA WPYCHA RĘCE głębiej do kieszeni starej kurtki Michała, na darmo próbując ogrzać zziębnięte palce. Wtulona w szalik brnie w lodowatej zimowej mżawce w stronę apartamentowca przy Chelsea Embankment. Jest środa, jej drugi dzień bez Krystyny, i właśnie zmierza do wielkiego mieszkania z fortepianem.

Pomimo okropnej pogody jest zadowolona, bo udało jej się przeżyć podróż zatłoczonym pociągiem bez uczucia niepokoju, które towarzyszyło jej do tej pory. Zaczyna rozumieć, że Londyn właśnie taki jest. Za dużo ludzi, za dużo hałasu, za dużo ruchu na ulicach. A najgorsze jest to, że tutaj nikt się do nikogo nie odzywa, poza szybkim „przepraszam”, kiedy kogoś potrąci, albo „proszę się przesunąć do przodu wagonu”. Wszyscy chowają twarze za darmowymi gazetami, słuchają muzyki przez słuchawki albo gapią się w swoje telefony i e-booki, unikając jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego.

Dzisiaj rano Alessii się poszczęściło, bo znalazła w pociągu miejsce siedzące, ale kobieta obok niej prawie cały czas wydzierała się do telefonu, rozprawiając o wczorajszej nieudanej randce. Alessia nie zwracała na nią uwagi i czytała gazetę, żeby szlifować angielski, ale wolałaby włożyć słuchawki i słuchać muzyki, a nie głośnego zawodzenia jakiejś kobiety. Kiedy przeczytała wszystko, zamknęła oczy i marzyła o majestatycznych górach pokrytych połaciami śniegu i pastwiskach, na których powietrze pachniało tymiankiem i rozbrzmiewało brzęczeniem pszczół. Tęskni za domem. Tęskni za ciszą i spokojem. Tęskni za matką i za swoim fortepianem.

Porusza palcami w kieszeniach, gdy przypomina sobie wprawki, na których ćwiczyła; wyraźnie słyszy w uszach nuty, widzi dokładnie, jak rozbłyskują kolorami. Kiedy ostatni raz grała? Na myśl o fortepianie, który czeka na nią w mieszkaniu, jest coraz bardziej podekscytowana.

Wchodzi do wiekowego budynku i kieruje się do windy, ledwo panując nad ogarniającym ją podnieceniem, kiedy wjeżdża na najwyższe piętro. Przez kilka godzin w poniedziałki, środy i piątki to cudowne miejsce, te wielkie, przestronne pokoje z ciemnymi drewnianymi podłogami i salonowym fortepianem należą wyłącznie do niej. Otwiera drzwi i chce wyłączyć alarm, lecz ku swemu zdumieniu zauważa, że nie słychać sygnału ostrzegawczego. Może alarm się zepsuł albo nikt go nie włączył. Albo... Nie. Z przerażeniem uświadamia sobie, że w takim razie właściciel mieszkania musi być w domu. Nasłuchuje uważnie, próbując wyłapać jakieś oznaki życia. Stoi w ogromnym holu, otoczona wielkimi czarno-białymi zdjęciami przedstawiającymi różne krajobrazy. Nic nie słyszy.

Mirë.

Nie. „Dobrze”. Angielski. Myśl po angielsku. Ktokolwiek tu mieszka, musiał wyjść do pracy i zapomniał o włączeniu alarmu. Nigdy tego człowieka nie spotkała, ale musi mieć dobrą pracę, bo mieszkanie jest gigantyczne. Jak inaczej byłoby go na nie stać? Alessia wzdycha. Musi być bogaty, ale przy tym okropny z niego flejtuch. Była tu już trzy razy, z czego dwa z Krystyną, i za każdym razem w mieszkaniu panował potworny bałagan. Trzeba było je sprzątać i pucować godzinami.

Przez świetlik na końcu holu sączy się szare światło dnia, więc Alessia naciska włącznik i ogromny kryształowy żyrandol nad jej głową budzi się do życia, zalewając korytarz blaskiem. Dziewczyna zdejmuje szalik i razem z kurtką wiesza go w szafie przy drzwiach. Z plastikowej siatki wyjmuje stare trampki, które dostała od Magdy, i, ściągnąwszy przemoczone botki i skarpetki, wsuwa je, szczęśliwa, że jej zmarznięte stopy się w nich ogrzeją. Cienki sweterek i T-shirt nie nadają się na to zimno. Szybko pociera sobie ramiona, żeby pobudzić w nich krążenie, i przez kuchnię idzie do pralni. Tam rzuca na blat swoją siatkę. Wyciąga z niej nylonowy fartuch od Krystyny, który zupełnie na nią nie pasuje, i wkłada go, a głowę obwiązuje bladoniebieską chustką, chowając pod nią swój gruby warkocz. Z szafki pod zlewem wyjmuje pojemnik z przyborami do sprzątania, znad pralki bierze kosz na brudne rzeczy i idzie prosto do jego sypialni. Jeśli się pospieszy, posprząta mieszkanie przed czasem i przez chwilkę będzie miała fortepian dla siebie.

Otwiera drzwi, ale nieruchomieje w progu.

Jest tutaj.

Ten mężczyzna!

Śpi kamiennym snem, zupełnie nagi, rozwalony na wielkim łóżku. Alessia, wstrząśnięta i zafascynowana jednocześnie, stoi jak zamurowana i gapi się na niego. Mężczyzna zajmuje całą długość łóżka, zaplątany w kołdrę, ale jest nagi... zupełnie nagi. Twarz ma zwróconą w jej stronę, lecz zasłaniają ją rozczochrane brązowe włosy. Jedną rękę ma wsuniętą pod poduszkę, na której wspiera głowę, drugą trzyma skierowaną ku Alessii. Ma szerokie, pięknie wyrzeźbione ramiona, na bicepsie widać skomplikowany tatuaż, częściowo ukryty pod pościelą. Plecy musnęło słońce, lecz opalenizna blednie w miejscu, gdzie biodra zwężają się na wysokości dołeczków i białych, jędrnych pośladków.

Pośladków!

Jest nagi!

Lakuriq!

Zot!

Jego długie, muskularne nogi giną pod splątaną szarą kołdrą i jedwabną srebrzystą narzutą, chociaż jedna stopa sterczy poza krawędzią materaca. Nagle mężczyzna się porusza, jego plecy się naprężają, a powieki trzepoczą i unoszą się na chwilę, ukazując nieprzytomne, intensywnie zielone oczy. Alessia wstrzymuje oddech, przekonana, że gospodarz wścieknie się, bo go obudziła. Ich spojrzenia się spotykają, on jednak znowu zmienia pozycję, odwraca od niej twarz i ponownie zasypia. Alessia oddycha z ulgą.

Shyqyr Zotit!

Zmartwiała, na palcach wycofuje się z sypialni i przez długi hol ucieka do salonu, gdzie zostawia koszyk i zaczyna zbierać porozrzucane ubrania.

Jest tutaj? Jak to możliwe, że jeszcze leży w łóżku? O tej porze?

Na pewno spóźni się do pracy.

Zerka na fortepian – czuje się oszukana. Dzisiaj zamierzała pograć. W poniedziałek nie miała odwagi, a tak bardzo o tym marzy. Dzisiaj zrobiłaby to po raz pierwszy! W głowie słyszy Preludium c-moll Bacha. Gniewnie wystukuje palcami nuty, a melodia rozbrzmiewa w jej głowie jaskrawą czerwienią, żółcią i pomarańczem, stanowiąc idealny akompaniament jej niezadowolenia. Utwór dochodzi do punktu kulminacyjnego w chwili, kiedy Alessia wrzuca do kosza na pranie ciśnięty byle jak T-shirt.

Czy on musi tu być?

Zdaje sobie sprawę, że jej gniew jest irracjonalny. W końcu to jego dom. Ale skupienie się na tym uczuciu pomaga jej nie myśleć o nim. Jest pierwszym mężczyzną, którego widziała nago; na dodatek ma takie intensywnie zielone oczy w odcieniu spokojnej, głębokiej wody rzeki Drin w letni dzień. Alessia marszczy czoło, bo nie chce wspominać domu. Mężczyzna popatrzył prosto na nią! Dzięki Bogu, że się nie obudził. Dziewczyna bierze kosz na pranie i na palcach podchodzi do uchylonych drzwi sypialni, gdzie przystaje, żeby sprawdzić, czy pan domu dalej śpi. Słyszy dobiegający z łazienki szum wody.

Już wstał!

Zastanawia się, czy nie uciec z mieszkania, choć wie, że to idiotyczny pomysł. Potrzebuje tej pracy, a gdyby teraz wyszła, mężczyzna mógłby ją zwolnić.

Ostrożnie otwiera drzwi szerzej i słyszy, jak mężczyzna nuci coś zupełnie niemelodyjnego pod prysznicem. Z walącym sercem wpada do sypialni, zbiera jego ubrania rozrzucone po całej podłodze i biegiem wraca do bezpiecznej pralni, nie rozumiejąc, czemu serce bije jej tak szybko.

Robi głęboki, uspokajający wdech. Była naprawdę zaskoczona, kiedy natknęła się na niego w sypialni. Tak. W tym właśnie rzecz. I tylko w tym. Nie ma to nic wspólnego z faktem, że widziała go nagiego. Tak jak nie mają tu nic do rzeczy jego przyjemna twarz, prosty nos, pełne usta, szerokie ramiona i... muskularne barki. Absolutnie nic. To był tylko szok. Przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby spotkać właściciela mieszkania, i to na dodatek w takich okolicznościach. To ją tak zdenerwowało.

Tak. Jest bardzo przystojny.

Cały. Ma piękne włosy, ręce, nogi, pośladki...

JEST NAPRAWDĘ PRZYSTOJNY. I spojrzał wprost na nią tymi jasnymi, zielonymi oczami.

Powraca zdecydowanie mroczniejsze wspomnienie z domu: lodowatoniebieskie oczy ciskające w nią gromy gniewu i wściekłości.

Nie. Nie myśl o nim!

Zasłania twarz rękami i pociera czoło.

Nie. Nie. Nie.

Uciekła. Jest tutaj. Jest w Londynie. Jest bezpieczna. Już nigdy więcej go nie ujrzy.

Przyklęka i przekłada brudne ubrania z kosza do pralki. Sprawdza kieszenie czarnych dżinsów i wyjmuje z nich trochę drobnych i, już tradycyjnie, prezerwatywę. Wygląda na to, że mężczyzna nosi je w każdej parze spodni. Z tylnej kieszeni wyjmuje strzępek papieru z nagryzmolonym numerem telefonu i imieniem Heather. Razem z drobnymi i prezerwatywą chowa go w kieszeni fartucha, a do bębna pralki wrzuca kapsułkę piorącą i włącza maszynę.

Następnie opróżnia suszarkę i nastawia żelazko. Dzisiaj zacznie od prasowania, ukrywając się w pralni do czasu, aż on sobie pójdzie.

A jeśli nigdzie się dzisiaj nie wybiera?

I dlaczego Alessia się przed nim chowa?

Jest jej pracodawcą. Może powinna się przedstawić. Poznała już wszystkie panie, dla których pracuje, i żadna nie sprawia problemów poza panią Kingsbury, która chodzi za nią krok w krok i krytykuje jej metody sprzątania. Alessia wzdycha. Pracuje wyłącznie u kobiet – on jest wyjątkiem. A ona woli unikać mężczyzn.

– Na razie, Krystyno! – woła mężczyzna, odrywając ją od myśli i od kołnierzyka koszuli, który właśnie prasuje. Drzwi wejściowe zamykają się z głuchym odgłosem i zapada cisza. Poszedł sobie. Została sama. Z ulgą wzdycha nad deską do prasowania.

Krystyno? Czy on nie wie, że Alessia zajęła jej miejsce? Koleżanka Magdy, Agatha, załatwiła jej tę pracę. Nie poinformowała go o zmianie sprzątaczki? Alessia postanawia, że wieczorem upewni się, czy właściciel mieszkania o niej wie. Kończy prasować kolejną koszulę, wiesza ją na wieszaku i idzie do holu, żeby sprawdzić, czy na konsolce są dla niej pieniądze. Są. To chyba znaczy, że on już nie wróci?

Dzień natychmiast nabiera kolorów i Alessia ochoczo wraca do pralni po świeżo wyprasowane ubrania, które zanosi do sypialni pana domu.

Główna sypialnia jest jedynym pomieszczeniem w mieszkaniu, w którym nie dominuje biel: same szare ściany i ciemne drewno. Nad największym łóżkiem, jakie w życiu widziała, wisi ogromne złocone lustro. Na ścianie naprzeciw – dwie czarno-białe fotografie kobiet zwróconych do obiektywu nagimi plecami. Alessia odwraca się od nich i spogląda na kompletnie zabałaganiony pokój. Szybko odwiesza koszule do garderoby – która jest większa od jej sypialni – a złożone rzeczy układa na jednej z półek. Tu także panuje chaos, ale tak było od pierwszego dnia, kiedy przyszła do mieszkania z Krystyną. Tamta sprzątaczka nigdy nie zwracała na to uwagi i chociaż Alessia chętnie zrobiłaby tu porządek, nie ma teraz czasu na tak wielkie przedsięwzięcie, zwłaszcza jeśli chce choć przez chwilę pograć na fortepianie.

Wraca do sypialni i rozsuwa zasłony. Przez ogromne okna, sięgające od podłogi do sufitu, patrzy na Tamizę. Przestało padać, ale dzień jest bury; ulica, rzeka i drzewa w parku na drugim brzegu mają barwę przytłumionej szarości, zupełnie inaczej niż w domu.

Nie. Dom jest teraz tutaj. Nie zwraca uwagi na ogarniający ją smutek i wykłada rzeczy znalezione w kieszeniach spodni na tackę na stoliku nocnym. Potem zaczyna sprzątać.

Na samym końcu opróżnia kosz na śmieci. Stara się nie patrzeć na zużyte kondomy, kiedy przesypuje jego zawartość do czarnego worka. Gdy robiła to po raz pierwszy, przeżyła szok, i właściwie nadal go doznaje. Jak jeden mężczyzna może zużywać tyle prezerwatyw?

Fuj!

Alessia krząta się w mieszkaniu, myjąc, odkurzając i polerując, unika jednak pokoju, do którego ma zakaz wstępu. Rozmyśla przez chwilę, co też może się ukrywać za zamkniętymi drzwiami, ale nawet nie próbuje ich otwierać. Krystyna wyraźnie powiedziała, że do tego pokoju wchodzić nie wolno.

KIEDY WRESZCIE KOŃCZY szorować podłogę, zostaje jej pół godziny wolnego. Zanosi do pralni pojemnik ze środkami do czyszczenia, przekłada wyprane ubrania z pralki do suszarki. Zdejmuje fartuch i niebieską chustkę, którą chowa w tylnej kieszeni dżinsów.

Czarny wór ze śmieciami stawia obok drzwi wejściowych. Wyniesie go na śmietnik w alejce za domem, kiedy będzie wychodzić. Nerwowo otwiera drzwi i rozgląda się po korytarzu. Nigdzie nie widać mężczyzny. Może to zrobić. Kiedy za pierwszym razem przyszła tu sama, nie zdobyła się na odwagę. Bała się, że gospodarz wróci. Ale skoro wyszedł i powiedział „do widzenia”, zaryzykuje.

Niemal biegnie do salonu i siada przy fortepianie. Na chwilę zastyga bez ruchu, rozkoszując się chwilą. Lśniący czarny instrument stoi skąpany w świetle rzucanym przez wiszący nad nim ogromny żyrandol. Alessia muska palcami złocone logo w kształcie liry i widniejący pod nim napis „Steinway & Sons”.

Na podpórce na nuty leży ołówek i ta sama niedokończona kompozycja, która jest tutaj od dnia, kiedy Alessia po raz pierwszy zjawiła się w mieszkaniu. Dziewczyna czyta zapis, a nuty rozbrzmiewają w jej głowie odcieniami bladego błękitu i szarości: smutny lament przepełniony melancholią, nierozwiązany i niezakończony. Alessia próbuje jakoś powiązać tę wzniosłą i refleksyjną muzykę z leniwym, ale przystojnym nagim mężczyzną, którego widziała rano. Może jest kompozytorem. Zerka na stojące w kącie po drugiej stronie szerokiego pokoju antyczne biurko z komputerem, syntezatorem i czymś, co przypomina dwa miksery dźwięku. Tak, zdecydowanie wyglądają, jakby należały do kompozytora. No i jeszcze te zajmujące całą ścianę półki ze starymi płytami, które Alessia musi odkurzać; właściciel mieszkania bez wątpienia jest zapalonym kolekcjonerem muzyki.

Odsuwa te myśli od siebie i spuszcza wzrok na klawiaturę. Ile czasu minęło, odkąd ostatni raz grała? Tygodnie? Miesiące? Nagle to bolesne uczucie udręki zapiera jej dech. Dziewczyna zachłystuje się, a do oczu napływają jej łzy.

Nie. Nie tutaj. Tutaj się nie rozklei. Przytrzymuje się fortepianu, próbując stłumić rozdzierające serce ból i tęsknotę za domem. Uświadamia sobie, że minął ponad miesiąc, odkąd miała okazję grać. Tyle się wydarzyło od tamtej pory...

Wzdryga się i wzdycha głęboko, na siłę przywołując spokój. Prostuje palce i gładzi klawisze.

Czerń. Biel.

Już sam ich dotyk działa kojąco. Pragnie smakować tę drogocenną chwilę i zatracić się w muzyce. Łagodnie naciska klawisze, uderzając w tonację e-moll. Dźwięk jest czysty i silny, barwy soczystej, bujnej zieleni, koloru oczu pana. Serce Alessii wypełnia się nadzieją. Fortepian jest doskonale nastrojony. Zaczyna grać swoją wprawkę, Le Coucou; klawisze poruszają się łatwo i gładko, zupełnie płynnie. Jej palce szybko biegają po klawiaturze, a stres, strach i smutek ostatnich tygodni bledną, aż w końcu znikają, gdy ona zanurza się w kolorach muzyki.

JEDEN Z DOMÓW NALEŻĄCYCH do Trevelyanów znajduje się przy Cheyne Walk, z mojego mieszkania można tam dojść szybkim spacerem. Zbudowany w 1771 roku przez Roberta Adama Trevelyan House był domem Kita od śmierci naszego ojca. Mnie kojarzy się z wieloma wspomnieniami z dzieciństwa – czasem szczęśliwymi, czasem nieco mniej – a teraz należy do mnie i mogę z nim zrobić, co tylko uznam za stosowne. Cóż, w końcu powierzono mi go w testamencie. Po raz kolejny uświadamiając sobie nową rzeczywistość, potrząsam głową i podnoszę wyżej kołnierz płaszcza, by osłonić się przed przenikliwym chłodem, który zdaje się pochodzić nie z powietrza, lecz z mojego wnętrza.

Co, do cholery, mam zrobić z tym domem?

Caroline widziałem dwa dni temu i wiem, że jest na mnie wściekła, ale prędzej czy później będę musiał się z nią zmierzyć. Zatrzymuję się na progu, rozważając, czy mogę użyć własnego klucza. Mam go od zawsze, ale wydaje mi się, że wtargnięcie do środka bez uprzedzenia byłoby naruszeniem czyjejś prywatności.

Robię głęboki wdech i pukam dwa razy. Po krótkiej chwili drzwi się otwierają i staje w nich Blake, nasz lokaj, który służył u nas, jeszcze zanim się urodziłem.

– Lordzie Trevethick – mówi, pochylając łysiejącą głowę i otwierając drzwi szerzej.

– Czy to naprawdę konieczne, Blake? – pytam i wchodzę do holu. Blake milczy, biorąc ode mnie płaszcz. – Jak się miewa pani Blake?

– Doskonale, milordzie. Choć wielce ją zasmuciły ostatnie wydarzenia.

– Jak nas wszystkich. Czy Caroline jest w domu?

– Tak, milordzie. O ile mi wiadomo, lady Trevethick przebywa w salonie.

– Dziękuję. Sam do niej pójdę.

– Naturalnie. Czy napije się pan kawy?

– Poproszę. Aha, Blake, jak już wspominałem w ubiegłym tygodniu, „proszę pana” w zupełności wystarczy.

Blake waha się przez sekundę, po czym kiwa głową.

– Tak, proszę pana. Dziękuję panu.

Najchętniej wywróciłbym teraz oczami. W tym domu byłem czcigodnym Maximem Trevelyanem, do którego zwracano się „panie Maximie”. „Lordem” był wyłącznie mój ojciec, a po nim mój brat. Minie trochę czasu, zanim przywyknę do nowego tytułu.

W drodze do salonu muszę pokonać wysokie schody i hol na piętrze. Poza tapicerowanymi kanapami i eleganckimi meblami w stylu królowej Anny, pozostającymi w rodzinie od pokoleń, pokój jest w zasadzie pusty. Łączy się z oranżerią, z której rozciąga się spektakularny widok na Tamizę, molo Cadogan i most Alberta. W tym ogromnym pomieszczeniu znajduję Caroline, skuloną w fotelu i otuloną kaszmirowym szalem. Siedzi wpatrzona w okno. W ręce ściska małą niebieską chusteczkę.

– Cześć – mówię, wchodząc do środka.

Caroline zwraca ku mnie zalaną łzami twarz z zaczerwienionymi, spuchniętymi oczami.

Ożeż.

– Gdzie ty się, do ciężkiej cholery, podziewałeś? – wybucha.

– Caro... – mówię, gotowy, by ją ułagodzić.

– Nie zaczynaj, idioto – warczy i podnosi się z fotela z zaciśniętymi pięściami.

Cholera. Naprawdę jest wściekła.

– Co tym razem zrobiłem?

– Dobrze wiesz co. Dlaczego nie odbierałeś moich telefonów? Nie odzywałeś się przez dwa dni!

– Musiałem sobie dużo przemyśleć. Poza tym byłem zajęty.

– Ty? Zajęty? Maximie, nie wiedziałbyś, co to znaczy być zajętym, nawet gdybyś się potknął i wsadził w to pojęcie swojego kutasa.

Blednę, po czym parskam śmiechem, wyobraziwszy sobie tę scenę.

Caroline odrobinę się rozluźnia.

– Nie rozśmieszaj mnie, kiedy jestem na ciebie wściekła. – Wydyma wargi obrażona.

– Potrafisz mieć niewyparzony język. – Rozkładam ramiona, a ona podchodzi, żeby się przytulić.

– Dlaczego nie zadzwoniłeś? – pyta, kiedy mnie obejmuje. Już zapomniała o złości.

– Trochę tego wszystkiego za dużo – szepczę, tuląc ją do siebie. – Potrzebowałem czasu, żeby to sobie poukładać.

– Sam?

Nie odpowiadam. Nie chcę kłamać. W poniedziałek byłem z, hm... Heather, a wczoraj z... jak ona miała na imię? Dawn.

Caroline prycha i wyswobadza się z moich objęć.

– Tak właśnie myślałam. Za dobrze cię znam, Maximie. Jaka była?

Wzruszam ramionami, kiedy przypominam sobie usta Heather obejmujące mojego penisa.

Caroline wzdycha.

– Straszny kurwiarz z ciebie – mówi z właściwą sobie pogardą.

Jak mógłbym zaprzeczyć?

Nikt lepiej od Caroline nie wie o moich nocnych przygodach. Dysponuje całą kolekcją epitetów, którymi mnie opisuje, i bez przerwy ruga mnie za rozwiązłość.

Mimo to poszła ze mną do łóżka.

– Ty rżniesz się na prawo i lewo, żeby zagłuszyć żałobę, a ja musiałam samotnie przeżyć lunch z tatusiem i Macochą. Było okropnie – sili się na żart. – A wczoraj wieczorem byłam taka samotna.

– Przepraszam – mówię, ponieważ nic innego nie przychodzi mi do głowy.

– Widziałeś się z prawnikami? – zmienia temat, spoglądając prosto w moje oczy.

Kiwam głową i muszę przyznać przed samym sobą, że to kolejny powód, dla którego jej unikałem.

– O nie – jęczy. – Co za ponura mina. Nic nie dostałam, prawda? – Oczy ma ogromne z przerażenia i żalu.

Kładę dłonie na jej ramionach i mówię najłagodniej, jak potrafię:

– Wszystko powierzono mnie jako dziedzicowi.

Caroline wyrywa się szloch. Zasłania usta dłonią, a łzy napływają jej do oczu.

– Niech go szlag – szepcze.

– Nie martw się, coś wymyślimy – mruczę i znowu ją obejmuję.

– Kochałam go – odzywa się cichym, cienkim głosikiem podobnym do mowy dziecka.

– Wiem. Oboje go kochaliśmy.

Ale wiem też, że ona równie mocno jak mojego brata kochała jego tytuł i majątek.

– Ale nie wyrzucisz mnie z domu?

Biorę od niej chusteczkę i wycieram jej oczy.

– Nie, oczywiście, że nie. Jesteś wdową po moim bracie i moją najlepszą przyjaciółką.

– Ale nic poza tym? – Posyła mi łzawy, przepełniony goryczą uśmiech, a ja w odpowiedzi całuję ją w czoło.

– Pańska kawa. – Z progu oranżerii dobiega głos Blake’a.

Natychmiast opuszczam ramiona i odsuwam się od Caroline. Lokaj wchodzi z kamiennym wyrazem twarzy, niosąc tacę z dwiema filiżankami, mlekiem, srebrnym dzbankiem pełnym kawy i moimi ulubionymi herbatnikami w czekoladzie.

– Dziękuję, Blake – mówię, próbując nie zwracać uwagi na rumieniec z wolna wypełzający mi na szyję.

Nie daj się.

Blake stawia tacę na stoliku przy kanapie.

– Czy to wszystko, proszę pana?

– Na razie tak, dziękuję – mówię to tonem ostrzejszym, niż zamierzałem.

Blake wychodzi, a Caroline nalewa kawę. Rozluźniam się, kiedy lokaj znika. Słyszę w głowie słowa mojej matki: „Nie przy służbie”.

Wciąż trzymam wilgotną chusteczkę Caroline. Spoglądam na nią i marszczę brwi, bo przypomina mi się sen, który miałem ubiegłej nocy – a może to było już rano? Jakaś młoda kobieta, czyżby anioł? A może to Dziewica Maryja albo zakonnica w błękitnym habicie stała w drzwiach mojej sypialni i przyglądała mi się, kiedy spałem.

Co to, do cholery, może znaczyć?

Przecież nie jestem religijny.

– Co się stało? – pyta Caroline.

Potrząsam głową.

– Nic – bąkam i biorę od niej filiżankę z kawą, przy okazji oddając chusteczkę.

– Mogę być w ciąży – mówi Caroline.

Co takiego? Krew odpływa mi z twarzy.

– Z Kitem. Nie z tobą. Ty za bardzo się pilnujesz.

Święta racja.

Mam wrażenie, że ziemia pod moimi stopami się poruszyła.

Dziedzic Kita!

Czy sytuacja może się jeszcze bardziej skomplikować?

– Cóż, jeśli faktycznie jesteś w ciąży, znajdziemy rozwiązanie – odpowiadam, przez chwilę myśląc z ulgą, że cała odpowiedzialność może spaść na dziecko Kita. Równocześnie znów ogarnia mnie żal.

Godność hrabiowska jest moja. Na razie.

Cholera. Da się to wszystko jeszcze bardziej pogmatwać?

ROZDZIAŁ TRZECI

SIEDZĘ W TAKSÓWCE WIOZĄCEJ mnie do biura, kiedy dzwoni mój telefon. To Joe.

– Brachu – mówi. – Jak leci?

Głos ma poważny, więc się domyślam, że pyta, jak sobie radzę po śmierci Kita. Nie widzieliśmy się od pogrzebu.

– Jakoś żyję.

– Co powiesz na mały sparing?

– Z chęcią, ale nie dam rady. Przez cały dzień mam spotkania.

– Hrabiowskie gówno?

Śmieję się.

– Otóż to. Hrabiowskie gówno.

– To może w tygodniu? Moja szpada zaczyna rdzewieć.

– Bardzo chętnie. Albo chodźmy się napić.

– Jasne. Sprawdzę, czy Tom da radę przyjść.

– Super. Dzięki, Joe.

– Spoko, brachu.

Rozłączam się i popadam w ponury nastrój. Chciałbym znów móc robić tylko to, na co mam ochotę. Dawniej, kiedy mnie naszło, żeby poćwiczyć szermierkę w środku dnia, nic nie stało na przeszkodzie. Joe jest moim partnerem do sparingów i jednym z najbliższych przyjaciół. A ja muszę teraz iść do biura i dla odmiany zająć się cholerną robotą.

Kit, to wszystko twoja wina.

W LOULOU DUDNI MUZYKA. Czuję, jak klatka piersiowa rezonuje mi od basów. To właśnie lubię. Hałas ogranicza zbędną rozmowę. Przedzieram się przez tłum do baru. Marzę o drinku i ciepłym, chętnym ciele.

Ostatnie półtora dnia upłynęło mi na uciążliwych spotkaniach z dwoma dyrektorami funduszu, którzy nadzorują pokaźny portfel inwestycyjny Trevethicków oraz nasz fundusz charytatywny, z administratorami posiadłości w Kornwalii, Oxfordshire i Northumberland, z agentem zajmującym się nieruchomościami w Londynie i wreszcie z deweloperem, który kieruje przebudową trzech kamienic w Mayfair. Razem ze mną uczestniczył w nich Oliver Macmillan, główny asystent i prawa ręka Kita. Poznali się i zaprzyjaźnili w Eton, razem studiowali w Londyńskiej Szkole Ekonomii, dopóki Kit nie rzucił uczelni, żeby wypełnić swój arystokratyczny obowiązek po śmierci ojca.

Oliver jest drobnym facetem, ma burzę niesfornych blond włosów i nijakiego koloru oczy, którym nic nie umyka. Nigdy się do niego nie przekonałem. Jest bezwzględny i ambitny, ale zna się na arkuszach kalkulacyjnych i doskonale sobie radzi z licznym personelem, który podlega hrabiemu Trevethick.

Nie mam pojęcia, jak Kitowi udawało się to wszystko ogarniać i jeszcze być dyrektorem funduszu w City. Ale był z niego bystry i przebiegły drań.

I zabawny.

Brakuje mi go.

Zamawiam grey goose z tonikiem. Może Kit tak świetnie sobie radził, bo miał Macmillana. Nie wiadomo tylko, czy Oliver będzie równie lojalny wobec mnie, czy raczej wykorzysta moją naiwność, zanim nauczę się wszystkiego, czego wymagają ode mnie nowe obowiązki. Nie mam pojęcia, jak to się ułoży, ale wiem, że mu nie ufam. Zapamiętuję sobie, by zawsze mieć się przy nim na baczności.

W ciągu tych dwóch minionych dni spotkała mnie tylko jedna miła rzecz: zadzwoniła moja agentka z wiadomością, że w przyszłym tygodniu mam sesję zdjęciową. Z wielką przyjemnością poinformowałem babsztyla, że w najbliższej przyszłości nie będę dyspozycyjny.

Czy będzie mi tego brakowało?

Trudno powiedzieć. Praca w modelingu potrafi być nudna do bólu, ale kiedy wywalili mnie z Oksfordu, tylko dzięki niej miałem powód, żeby wstać z łóżka. Poza tym zmuszała mnie do utrzymania formy. No i spotykałem mnóstwo chudych, napalonych lasek.

Pociągam łyk drinka i rozglądam się po sali. W tej chwili właśnie na to mam ochotę: na napaloną laskę, wszystko jedno, czy wychudzoną, czy nie.

Mamy czwartek i pora kogoś przelecieć.

Jej ochrypły śmiech przyciąga moją uwagę i nasze spojrzenia się spotykają. Widzę w jej oczach podziw i rzucone mi wyzwanie, co sprawia, że mój penis budzi się do życia. Dziewczyna ma piękne orzechowe oczy i długie, lśniące brązowe włosy. Pije shoty. Na dodatek wygląda oszałamiająco w skórzanej mini i sięgających ud kozaczkach na szpilce.

Tak. Nada się.

O drugiej nad ranem wchodzimy do mojego mieszkania. Biorę od Leticii płaszcz, a ona natychmiast się odwraca i zarzuca mi ramiona na szyję.

– Chodźmy do łóżka, eleganciku – szepcze i całuje mnie gwałtownie. Żadnych wstępów.

Wciąż jeszcze trzymam jej płaszcz i muszę oprzeć się o ścianę, żebyśmy oboje nie upadli. Jestem zaskoczony jej atakiem. Może jest bardziej pijana, niż mi się wydawało. Smakuje szminką i jägermeisterem – intrygujące połączenie. Wplatam palce w jej włosy i odciągam ją od swoich ust.

– Powoli, kochanie – mityguję ją. – Pozwól chociaż, że odłożę twój płaszcz.

– Pieprzyć mój płaszcz – odpowiada i znowu mnie całuje. Ma bardzo nachalny język.

Wolę pieprzyć ciebie.

– W tym tempie nie dotrzemy do sypialni. – Chwytam ją za ramiona i delikatnie odsuwam.

– W takim razie chcę obejrzeć twoje mieszkanie, ty modelu-fotografie-didżeju – mówi kpiąco, a jej miękki irlandzki akcent kompletnie się kłóci z bezpośrednim zachowaniem.

Idąc za nią w stronę salonu, zastanawiam się, czy w łóżku też będzie taka prostolinijna. Jej obcasy stukają o drewnianą podłogę.

– Bawisz się też w aktorstwo? A tak w ogóle, piękny widok – mówi, spoglądając na Tamizę przez szklaną ścianę. – Ładny fortepian – dodaje i odwraca się do mnie z oczami błyszczącymi od podniecenia. – Pieprzyłeś się już na nim?

Rany, co za niewyparzony język.

– Nie, ostatnio nie. – Rzucam jej płaszcz na kanapę. – I teraz też chyba nie mam ochoty. Wolę mieć cię w łóżku.

Nie zwracam uwagi na to, jak kpi sobie z mojego braku stałego zajęcia. Nie powiedziałem jej, że zarządzam całym imperium.

Uśmiecha się. Szminka jej się rozmazała, więc ja też na pewno mam trochę pomadki na ustach. Odrzuca mnie ta myśl, więc wycieram wargi palcami. Leticia podchodzi do mnie i chwyta za klapy marynarki, przyciągając mnie do siebie.

– W porządku, eleganciku, pokaż mi, co potrafisz.

Kładzie mi ręce na piersi i sunie paznokciami po mostku.

Cholera! To prawie boli. Nie ma paznokci, tylko czerwone szpony w identycznym odcieniu jak szminka. Zsuwa mi z ramion marynarkę, pozwalając, by spadła na podłogę, i zaczyna rozpinać guziki koszuli. Jest tak napalona, że cieszą mnie jej dosyć powolne ruchy. Mogłaby po prostu zerwać ze mnie koszulę, a tę akurat lubię! Ubranie spada na ziemię, a ona wbija mi paznokcie w ramiona. Celowo.

– A! – syczę z bólu.

– Fajny tatuaż – mówi, przesuwając dłońmi po moich ramionach coraz niżej, w kierunku paska dżinsów, zostawiając na skórze ślady swoich paznokci.

Auć! Rany, ale ona jest agresywna.

Łapię ją za ręce i przyciągam do siebie, żeby pocałować jej usta.

– Chodźmy do łóżka – mówię, przyciskając wargi do jej warg, i zanim zdąży coś powiedzieć, prowadzę ją do sypialni. Tam z kolei to ona ciągnie mnie w stronę łóżka i znowu drapie paznokciami po brzuchu, dobierając się do moich spodni.

No, no! Lubi na ostro.

Krzywię się i unieruchamiam jej nadgarstki w żelaznym uścisku. Tak naprawdę robię to po to, by się przed nią obronić.

Chcesz się ostro bawić? Też tak potrafię.

– Bądź grzeczna – ostrzegam. – I ty pierwsza! – puszczam ją i odsuwam od siebie, by móc na nią popatrzeć. – Rozbieraj się. No już! – rozkazuję.

Odrzuca włosy przez ramię i wydyma z rozbawieniem usta, opierając ręce na biodrach.

– No, dalej – ponaglam ją.

Widzę, jak ciemnieją jej oczy, gdy nieruchomieje.

– Poproś – mówi szeptem.

Uśmiecham się złośliwie.

– Proszę.

Parska śmiechem.

– Uwielbiam twój arystokratyczny akcent.

– To czysty przypadek, że urodziłem się w takiej, a nie innej rodzinie, złotko. Butów nie zdejmuj – dodaję.

Odwzajemnia mój pełen wyższości uśmieszek, sięga do tyłu i nonszalancko rozpina obcisłą, skórzaną sukienkę. Poruszając biodrami na boki, zsuwa ją z siebie po wysokich cholewkach butów. Uśmiecham się. Wygląda niesamowicie. Szczupła, z małymi, jędrnymi piersiami, w czarnych francuskich majteczkach, staniku do kompletu i sięgających ud kozakach. Uwalnia się z ubrania i zbliża do mnie z kuszącym, seksownym wyrazem twarzy. Chwyta mnie za ramiona i ze zdumiewającą siłą pociąga w stronę łóżka. Opiera ręce na moim torsie i popycha mnie tak gwałtownie, że ląduję jak długi na narzucie.

– Zdejmuj je – rozkazuje, pokazując na moje spodnie. Stoi nade mną z szeroko rozstawionymi nogami.

– Sama to zrób – mówię bezgłośnie, jedynie poruszając ustami.

Nie trzeba jej dwa razy powtarzać. Wpełza na łóżko i siada na mnie okrakiem, miażdżąc mi krocze. Skrobiąc paznokciami po moim brzuchu, sunie dłonią w stronę rozporka.

Au!

Kurwa mać! Ona jest niebezpieczna.

Gwałtownie siadam, czym kompletnie ją zaskakuję, i przewracam dziewczynę na plecy. Siadam na niej, chwytam ją za nadgarstki i przytrzymuję jej ręce nad głową. Walczy, próbując się uwolnić.

– Hej! – protestuje, wbijając we mnie wściekłe spojrzenie.

– Chyba muszę cię związać. Jesteś niebezpieczna – odzywam się łagodnie, obserwując jej reakcję.

To się może różnie skończyć.

Oczy jej się powiększają, a ja nie wiem, czy ze strachu, czy raczej z podniecenia.

– A ty? – pyta szeptem.

– Czy jestem niebezpieczny? Ja? Nie. A na pewno nie tak jak ty.

Z szuflady nocnego stolika wyjmuję długą jedwabną szarfę i parę skórzanych kajdanek.

– Chcesz się zabawić? – pytam, pokazując jej oba przedmioty. – Co wybierasz?

Patrzy na mnie, a źrenice ma ogromne z pożądania i lęku.

– Nic ci nie zrobię – uspokajam ją. To nie moja bajka. – Po prostu muszę nad tobą zapanować. – Tak naprawdę jednak martwię się, że to ona zrobi coś mnie.

W kącikach jej ust pojawia się kpiący, uwodzicielski uśmieszek.

– Jedwab – mówi.

Uśmiecham się i rzucam kajdanki na podłogę: dominacja jako forma samoobrony.

– Wybierz bezpieczne słowo.

– Chelsea.

– Dobry wybór.

Zawiązuję jedwabną szarfę wokół jej lewego nadgarstka, przeplatam ją przez szczebelki zagłówka, po czym, chwytając jej prawą rękę, zwinnie obwiązuję ją drugim końcem. Unieruchomiona wygląda fantastycznie. I nie dosięgnie mnie swoimi paznokciami.

– Jak będziesz niegrzeczna, zasłonię ci też oczy – mruczę.

Wierci się.

– Dasz mi klapsa? – pyta ledwie dosłyszalnym szeptem.

– Jeśli będziesz się ładnie bawić.

Rany, zapowiada się niezła zabawa.

DOCHODZI SZYBKO I GŁOŚNO. Krzyczy i szarpie jedwabne więzy.

Ze śliskimi, wilgotnymi ustami siadam między jej udami, przewracam ją na brzuch i wymierzam jej klapsa w pupę.

– Nie ruszaj się – mamroczę i naciągam prezerwatywę.

– Szybciej!

Cholera, wymagająca jest!

– Wedle życzenia – odpowiadam gardłowo i wbijam się w nią.

PATRZĘ, JAK JEJ piersi wznoszą się i opadają przez sen. Zgodnie ze swoim zwyczajem próbuję sobie przypomnieć wszystko, co wiem o kobiecie, którą właśnie przeleciałem. I to dwukrotnie. Leticia. Prawniczka specjalizująca się w prawach człowieka, seksualnie agresywna. Starsza ode mnie. Lubi, kiedy się ją wiąże. I to bardzo. Ale tak na ogół jest w przypadku bezpośrednich, asertywnych kobiet, o czym nieraz miałem okazję się przekonać. Lubi kąsać, w czasie orgazmu krzyczy. Wygadana. Zabawna... Wyczerpująca.

BUDZĘ SIĘ NAGLE. We śnie szukałem czegoś ulotnego, wizji, która pojawia się i znika, eterycznej zjawy w błękicie. I kiedy już ją prawie widzę, wpadam w czarną, głęboką otchłań. Przeszywa mnie dreszcz.

O co w tym, do cholery, chodziło?

W bladym zimowym świetle odbicie Tamizy tańczy na suficie. Co mnie obudziło?

Leticia.

Rany, prawdziwa z niej kocica. Nie ma jej obok mnie na łóżku, spod prysznica też nie dochodzi żaden dźwięk. Może już wyszła. Uważnie wsłuchuję się w odgłosy mieszkania.

Panuje cisza. Uśmiecham się. Przynajmniej obeszło się bez krępujących pogaduszek. Dzień jawi się w miłych barwach, dopóki nie przypominam sobie, że jestem umówiony na lunch z matką i siostrą. Z jękiem naciągam kołdrę na głowę. Będą chciały rozmawiać o testamencie.

Jasna cholera.

Matrona, jak mawiał o niej Kit, jest przerażającą kobietą. Czemu, do diabła, nie wróciła do Nowego Jorku? Naprawdę nie mam pojęcia. Jej życie toczy się tam, nie tu.

W głębi mieszkania rozlega się jakiś stukot. Podnoszę się.

Szlag. Leticia wciąż tu jest.

A to oznacza konieczność rozmowy. Niechętnie zwlekam się z łóżka, naciągam na siebie leżące najbliżej dżinsy i wychodzę, żeby się przekonać, czy w jasnym świetle dnia jest równie szalona jak po ciemku.

Na bosaka idę przez hol, ale ani w kuchni, ani w salonie nikogo nie ma.

Co jest, w mordę?

W drzwiach kuchni odwracam się i zamieram. Spodziewam się ujrzeć Leticię, tymczasem zamiast niej widzę drobną młodą kobietę, która stoi w holu i wpatruje się we mnie. Oczy ma wielkie i ciemne, przez co przypomina przestraszoną sarenkę; nosi paskudny niebieski fartuch i błękitną chustkę skrywającą włosy.

Nie odzywa się.

– Cześć. Kim, do cholery, jesteś? – pytam.