Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Grey. Pięćdziesiąt twarzy Greya oczami Christiana ebook

E L James

4 (16)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 688

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Grey. Pięćdziesiąt twarzy Greya oczami Christiana - E L James

"Zobaczcie świat Pięćdziesięciu twarzy Greya raz jeszcze, tym razem oczami Christiana. Historia miłosna, która zafascynowała miliony czytelników na całym świecie z perspektywy Christiana Greya. Christian Grey sprawuje kontrolę nad wszystkim; żyje w świecie poukładanym, a sobie i innym narzuca duża dyscyplinę. Jego życie jest pozbawione emocji do dnia, gdy do jego biura wpada Anastasia Steele, kobieta o niesfornych brązowych włosach i zgrabnych nogach. Próbuje o niej zapomnieć, ale to tylko pogłębia jego uczucia, których nie potrafi zrozumieć i którym nie zdoła się oprzeć. W przeciwieństwie do kobiet, które poznał w przeszłości, Ana jest nieśmiała, zjawiskowa i zdaje się, że przejrzała, iż za cudownym dzieckiem biznesu i stylem życia właściciela luksusowego apartamentu, kryje się chłodne i zranione serce Christiana. Czy relacja z Aną pozwoli Christianowi pokonać demony przeszłości?"

Opinie o ebooku Grey. Pięćdziesiąt twarzy Greya oczami Christiana - E L James

Fragment ebooka Grey. Pięćdziesiąt twarzy Greya oczami Christiana - E L James

Tytuł oryginału:

GREY

Copyright © 2011, 2015 by Fifty Shades Ltd.

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: by Sqicedragon and Megan Wilson

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Anna Just, Barbara Meisner, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-533-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

www.facebook.com/50TwarzyGreya

www.piecdziesiattwarzygreya.pl

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Ta książka jest poświęcona tym czytelnikom,

którzy o nią prosili… i prosili…, i prosili…, i prosili.

Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiliście.

Mój świat kręci się każdego dnia dzięki Wam.

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję:

Anne Messitte za rady, dobry nastrój i wiarę we mnie. Za to, że szczodrze poświęcała czas i dokładała nieskończonych wysiłków, aby wygładzić moją prozę. Pozostanę jej dłużniczką na wieki.

Tony’emu Chirico i Russellowi Perreault za to, że zawsze się o mnie troszczyli. Cudownemu zespołowi literackiemu i opracowania graficznego, który się postarał, by ta książka dotarła do mety: Amy Brosey, Lydii Buechler, Katherine Hourigan, Andy’emu Hughesowi, Claudii Martinez i Megan Wilson.

Niallowi Leonardowi za miłość, wsparcie i porady, jak również za to, że jest jedynym człowiekiem, który potrafi mnie tak naprawdę, naprawdę rozśmieszyć.

Valerie Hoskins, mojej agentce, bez której dalej pracowałabym w telewizji. Dziękuję Ci za wszystko.

Kathleen Blandino, Ruth Clampett, Belindzie Willis; dzięki za przeczytanie wersji roboczej.

Zagubionym Dziewczynom za ich cenną przyjaźń i terapię.

Bunker Babes za dowcip, mądrość, wsparcie i przyjaźń.

Paniom z fanpage’u za pomoc przy amerykanizmach.

Peterowi Branstonowi za pomoc przy TSR1.

Brianowi Brunettiemu za naukę latania śmigłowcem.

Prof. Dawnowi Carusiemu za wytłumaczenie zawiłości systemu szkolnictwa wyższego w USA.

Prof. Chrisowi Collinsowi za naukę gleboznawstwa.

Dr Rainie Sluder za wyjaśnienia dotyczące leczenia uzależnień.

I wreszcie gorąco dziękuję moim dzieciom. Kocham Was tak, że nie umiem wyrazić tego słowami. Dajecie nieopisaną radość mnie i wszystkim dokoła. Jesteście pięknymi, zabawnymi, inteligentnymi, empatycznymi młodymi ludźmi, a ja jestem z Was niebywale dumna.

PONIEDZIAŁEK, 9 MAJA 2011

Mam trzy samochodziki. Ścigają się szybko po podłodze. Bardzo szybko. Jeden jest czerwony. Jeden zielony. Jeden żółty. Lubię zielony. Jest najlepszy. Mamusia też lubi moje samochodziki. Lubię, jak mamusia bawi się ze mną samochodzikami. Jej ulubiony to czerwony. Dzisiaj siedzi na kanapie i patrzy w ścianę. Zielony samochodzik wpada na dywan. Czerwony za nim. Potem żółty. Bęc! Ale mamusia nie widzi. Jeszcze raz – ścigają się i zderzają. Bęc! Ale mamusia nie widzi. Celuję zielonym samochodzikiem między jej nogi. Ale on wjeżdża pod kanapę. Nie mogę go dosięgnąć. Mam za duże ręce, nie mieszczą się w szparze. Mamusia nie widzi. Chcę mój zielony samochodzik. Ale mamusia wciąż siedzi na kanapie i patrzy w ścianę. „Mamusiu, mój samochodzik”. Nie słyszy mnie. „Mamo”. Ciągnę ją za rękę, a ona kładzie się na plecach, i zamyka oczy. „Nie teraz, Małpeczko. Nie teraz”, mówi. Zielony samochodzik zostaje pod kanapą. Widzę go. Ale nie mogę go dosięgnąć. Zielony samochodzik jest włochaty. Pokryty szarym futrem i brudem. Chcę go z powrotem. Ale nie mogę go dosięgnąć. Nie dam rady. Straciłem zielony samochodzik. Straciłem. I nigdy więcej nie będę mógł się nim bawić.

Otwieram oczy i sen rozpływa się w świetle poranka. Co mi się śniło, do diabła? Usiłuję sobie przypomnieć znikające fragmenty obrazów, ale na próżno.

Odpędzam te myśli, prawie każdego ranka tak robię, wstaję z łóżka i idę do garderoby po świeży dres. Ołowiane niebo za oknem zapowiada deszcz, a ja nie mam ochoty przemoknąć dziś podczas przebieżki. Ruszam na górę do sali ćwiczeń, włączam telewizor nastawiony na poranne wiadomości biznesowe i wchodzę na bieżnię.

Moje myśli wypełnia porządek dnia. Same spotkania, chociaż później jestem umówiony w biurze na zajęcia z trenerem osobistym – powalczyć z Bastille’em to czysta przyjemność.

Może powinienem zadzwonić do Eleny?

No, może. Zjedlibyśmy razem kolację pod koniec tygodnia.

Zdyszany zatrzymuję bieżnię i idę pod prysznic rozpocząć kolejny monotonny dzień.

– Jutro – rzucam, odprawiając Claude’a Bastille’a, który właśnie stanął na progu gabinetu.

– W tym tygodniu golf, Grey. – Bastille uśmiecha się arogancko. Wie, że zwycięstwo na polu golfowym ma w kieszeni.

Patrzę na niego spode łba, gdy się odwraca i wychodzi. Jego ostatnie słowa to sól na moje rany, bo choć podczas dzisiejszych ćwiczeń bardzo się starałem, mój trener skopał mi tyłek. Tylko Bastille jest w stanie mnie pokonać, a teraz chce zedrzeć ze mnie jeszcze parę deko tłuszczu na polu golfowym. Nie cierpię golfa, ale tyle interesów się przy nim załatwia, że muszę zdzierżyć te lekcje. Poza tym niechętnie przyznaję, że dzięki grze z Bastille’em faktycznie idzie mi coraz lepiej.

Patrzę za okno na Seattle, dopada mnie tak dobrze znana, choć niemiła mi nuda. Nastrój mam szary i paskudny jak dzisiejsza pogoda. Kolejne dni niczym się od siebie nie różnią, potrzeba mi jakiejś rozrywki. Cały weekend pracowałem, a teraz, w czterech ścianach gabinetu, dopada mnie niepokój, zdenerwowanie. Niedobrze. Po tylu walkach z Bastille’em nie powinienem się tak czuć.

Ściągam brwi. Uświadamiam sobie, że niestety, ostatnio zdołała mnie rozruszać jedynie wysyłka dwóch frachtowców z ładunkiem do Sudanu. A właśnie – miała przyjść Ros z obliczeniami, omówić logistykę. Co ją, do cholery, zatrzymało? Sprawdzam rozkład dnia i sięgam po telefon.

Cholerny świat. Muszę ścierpieć upartą pannę Kavanagh z gazetki WSU, Uniwersytetu Stanu Waszyngton. Do diabła, co mnie napadło, że się zgodziłem? Nie cierpię wywiadów – bezmyślnych pytań z ust niedoinformowanych, zazdrosnych ludzi, którzy chcą grzebać w moim prywatnym życiu. I do tego studentka! Dzwoni telefon.

– Tak? – rzucam ze złością do Andrei, jakby to ona była winna. Przynajmniej mogę się postarać, żeby ten wywiad nie trwał pół dnia.

– Anastasia Steele do pana, panie Grey.

– Steele? Oczekiwałem Katherine Kavanagh.

– Anastasia Steele, proszę pana.

Nie cierpię niespodzianek.

– Wpuść ją.

Proszę, proszę… Panna Kavanagh jest nieosiągalna. Znam jej ojca, Eamona, właściciela Kavanagh Media. Zdarzyło nam się robić interesy, sprawił na mnie wrażenie bystrego i rozsądnego. Tym wywiadem robię mu przysługę – co zamierzałem odbić sobie później, w dogodnym momencie. I muszę przyznać, że byłem trochę ciekaw córki Eamona, chciałem zobaczyć, czy jabłko padło daleko od jabłoni.

Zamieszanie w drzwiach podrywa mnie na nogi, gdy wir długich kasztanowych włosów, bladych kończyn i wysokich brązowych butów dosłownie wpada na łeb, na szyję do gabinetu. Hamując naturalne zniecierpliwienie w obliczu takiej niezdarności, jednym susem dopadam dziewczyny. Wylądowała na czworakach. Łapię ją za szczupłe ramiona i pomagam wstać.

Spojrzenie czystych, zawstydzonych oczu krzyżuje się z moim i zastygam jak porażony piorunem. Mają zupełnie niezwykłą barwę, błękitną, są pełne niewinności i przez jedną straszną chwilę odnoszę wrażenie, że dziewczyna widzi mnie na wskroś. Czuję się… obnażony. Ta myśl wyprowadza mnie z równowagi, więc natychmiast ją odpędzam.

Ma drobną, słodką twarz, teraz oblaną rumieńcem. Niewinna, blada róża. Przez głowę przelatuje mi pytanie, czy cała jej skóra jest taka – bez skazy – i jak wyglądałaby różowa i rozgrzana po wysmaganiu trzcinką.

Niech to szlag.

Powstrzymuję rozbiegane myśli, zaniepokojony ich kierunkiem. Do diabła, co ty wyrabiasz, Grey? Ona jest o wiele za młoda. Wlepia we mnie wzrok – powstrzymuję się od przewrócenia oczami. Tak, tak, mała, pozory mylą. Muszę z twoich oczu przegnać ten zachwyt, ale trochę się przy tym zabawmy!

– Dzień dobry, panno Kavanagh. Jestem Christian Grey. Nic się pani nie stało? Może zechce pani usiąść?

I znów ten rumieniec. Odzyskałem już panowanie nad sobą i teraz lustruję ją wzrokiem. Jest całkiem atrakcyjna – drobna, bez śladu opalenizny, z grzywą ciemnych włosów, ledwo trzymanych w karbach gumką.

Szatynka.

Owszem, bardzo atrakcyjna. Wyciągam rękę, gdy upokorzona duka przeprosiny i podaje mi dłoń. Skórę ma chłodną, delikatną, ale uścisk zaskakująco mocny.

– Panna Kavanagh jest niedysponowana, więc przysłała mnie. Mam nadzieję, że to panu nie przeszkadza. – Ma spokojny, melodyjny, odrobinę niepewny głos. Co chwilę mruga powiekami, długie rzęsy trzepocą.

Po jej niezbyt eleganckim wejściu nie umiem ukryć rozbawienia, gdy pytam, kim jest.

– Anastasia Steele. Studiuję literaturę angielską z Kate… yyy… Katherine… yyy… panną Kavanagh na Uniwersytecie Stanowym w Vancouver.

Nieśmiały mól książkowy, co? Na to wygląda; marnie ubrana, drobna figurka ukryta pod bezkształtnym swetrem, prostą spódniczką i praktycznymi butami. Ma w ogóle jakieś pojęcie o stylu? Rozgląda się nerwowo po gabinecie – zerka na wszystko, byle nie na mnie, zauważam z rozbawieniem i ironią.

Jak w tym wieku może być dziennikarką? Za grosz stanowczości. Jest zmieszana, pokorna… uległa. Zdezorientowany nieprzyzwoitymi myślami, potrząsam głową i zastanawiam się, czy pierwsze wrażenia są wiarygodne. Mamrocząc jakieś banały, zapraszam ją, by usiadła, i zauważam, że wpadły jej w oko wiszące w gabinecie obrazy. Nim zdążę się ugryźć w język, tłumaczę:

– Miejscowa artystka. Nazywa się Trouton.

– Cudowne. To, co zwyczajne, na nich wydaje się niezwykłe – mówi marzycielsko, zatracona w wyjątkowym, znakomitym artyzmie dzieł Trouton.

Ma delikatny profil – zadarty nosek, miękkie, pełne usta – i dokładnie oddała moje wrażenia. „To, co zwyczajne, na nich wydaje się niezwykłe”. Błyskotliwa uwaga. Panna Steele jest bystra.

Zgadzam się i patrzę zafascynowany, jak jej twarz kolejny raz pokrywa się rumieńcem. Siadając naprzeciwko, usiłuję okiełznać myśli. Z wielkiej torebki wyciąga pogniecione kartki i dyktafon. Jest nieporadna jak dziecko, dwa razy upuszcza cholerny gadżet na mój stolik w stylu Bauhausu. Najwyraźniej nigdy w życiu nie trzymała w ręce dyktafonu, ale z jakiegoś niepojętego powodu wydaje mi się to zabawne. W normalnych okolicznościach jej niezręczność doprowadziłaby mnie do szewskiej pasji, teraz jednak trzymam palec na ustach, skrywając uśmiech, i powstrzymuję chęć, by samemu nastawić sprzęt.

Kiedy się guzdrze i popada w coraz większe zmieszanie, wpada mi do głowy, że moja szpicruta mogłaby dźwignąć jej motorykę na niezły poziom. Dzięki biegle użytej szpicrucie nawet najbardziej płochliwe stworzenia chodzą jak w zegarku. Ta zabłąkana myśl sprawia, że muszę zmienić pozycję w fotelu. Dziewczyna zerka na mnie i zagryza dolną wargę. Pełną wargę.

O kurwa! Jak mogłem nie zauważyć, że ma tak pociągające usta?

– Prze… przepraszam, nie znam się na tym.

Widzę, mała, ale w tej chwili mnie to wali, bo nie mogę oderwać oczu od twoich ust.

– Nikt pani nie pogania, panno Steele. – Znów muszę się skupić i opanować krnąbrne myśli.

Grey… przestań, natychmiast.

– Pozwoli pan, że będę nagrywała odpowiedzi? – pyta z wyrazem oczekiwania na jasnej twarzy.

Chce mi się śmiać.

– Teraz mnie pani pyta, jak już zadała sobie pani tyle trudu, żeby nastawić ten dyktafon?

Mruga powiekami, przez chwilę ma oczy jak spodki, w nich wyraz zagubienia, a mnie dopada, rzadkie w moim przypadku, poczucie winy.

Nie bądź dupkiem, Grey.

– Pozwolę, oczywiście. – Nie chcę mieć na sumieniu tego spojrzenia.

– Czy Kate, to znaczy panna Kavanagh, wyjaśniła, jaki jest cel tego wywiadu?

– Tak, ma się pojawić w numerze gazetki uczelnianej przed rozdaniem dyplomów, ponieważ w tym roku ja będę z tej okazji wygłaszał mowę.

Nie mam pojęcia, co za diabeł mnie podkusił, bym się na to zgodził. Sam z PR-u wbijał mi do głowy, że wydział ochrony środowiska na WSU potrzebuje reklamy, aby ściągnąć dodatkowe fundusze poza moim grantem. Ale Sam sprzedałby własną matkę, byle media miały temat do bicia piany na nasz temat.

Panna Steele znów mruga, jakby usłyszała nowość nad nowościami – i ma przy tym na twarzy wyraz nagany. Nie przygotowała się do wywiadu? A powinna. Ta myśl studzi mi krew. To… niemiłe, nie oczekiwałbym tego ze strony kogoś, kto zajmuje mój czas.

– Świetnie. Mam kilka pytań, panie Grey. – Zatyka za ucho kosmyk, wytrącając mnie z rozdrażnienia.

– Tego się spodziewałem – mówię sucho. Niech się pomęczy. Posłusznie się męczy, a potem prostuje wąskie ramiona. Cała poważna i skupiona. Pochyla się, wciska START i ściągając brwi, patrzy na pogniecione notatki.

– Jest pan bardzo młody jak na kogoś, kto stworzył takie imperium. Czemu zawdzięcza pan swój sukces?

Stać ją na ciekawsze pytanie niż to. Co za nuda. Ani grama oryginalności. Czuję się zawiedziony. Powtarzam stereotypową odpowiedź o wyjątkowych ludziach, którzy dla mnie pracują. Ludziach zaufanych na tyle, na ile w ogóle komuś ufam, i dobrze opłacanych… ple, ple, ple… Ale, panno Steele, fakty są takie, że jestem świetny w tym, co robię. Dla mnie rzecz jest prosta jak budowa cepa. Kupuję podupadające, źle zarządzane firmy i stawiam je na nogi, niektóre zatrzymuję, a jeśli rzeczywiście upadają, przejmuję ich majątek i odprzedaję tym, którzy dadzą najwięcej. Wszystko sprowadza się do doskonałego rozeznania się w sytuacji, a to zawsze zależy od ludzi, którzy podejmują decyzje. Żeby osiągnąć sukces w biznesie, trzeba mieć dobrych pracowników, a ja umiem oceniać ludzi lepiej niż inni.

– Może po prostu ma pan szczęście – sugeruje spokojnie.

Szczęście? Przechodzi mnie dreszcz rozdrażnienia. Jak ona śmie? Wydaje się skromna i cicha, ale co to za pytanie? Nikt nigdy nie zasugerował, że mam szczęście. Ciężka praca, znajdowanie właściwych ludzi, śledzenie ich poczynań, trafna ocena, na co ich stać, i pozbywanie się ich, jeśli się okazuje, że nie spełniają moich wymagań. Tego się trzymam, i to mocno. To nie ma żadnego związku ze szczęściem. Niech to wszyscy diabli. Popisując się erudycją, cytuję Andrew Carnegiego, mojego ulubionego przemysłowca:

– Rozwój ludzi to najważniejszy cel przywódcy.

– Mówi pan tak, jakby miał pan obsesję na punkcie podporządkowania sobie innych – mówi całkiem serio.

Co, u diabła…? Czyżby zdołała mnie przejrzeć?

Kontrolowanie innych to moje drugie imię, skarbie.

Gromię ją wzrokiem, w nadziei, że ją zastraszę.

– Och, jestem biegły w podporządkowywaniu, ćwiczę się w tym nieustannie, panno Steele. – I poćwiczyłbym teraz na tobie.

Dziewczyna znów przygryza wargę, na jej twarz powraca kuszący rumieniec. Kontynuuję, starając się nie myśleć o jej ustach.

– Poza tym jeśli ktoś chce zdobyć wielką władzę, musi sobie wmówić, w najskrytszych marzeniach, że sensem jego istnienia jest sprawowanie kontroli.

– Uważa pan, że ma wielką władzę? – pyta ciepłym, łagodnym tonem, ale jej uniesione delikatne brwi sygnalizują krytykę. Czy świadomie mnie prowokuje? Co mnie wkurza: jej pytania, postawa czy też fakt, że wydaje mi się atrakcyjna? Moje rozdrażnienie rośnie.

– Zatrudniam ponad czterdzieści tysięcy ludzi. To daje mi poczucie odpowiedzialności… poczucie władzy, jeśli pani woli. Gdybym uznał, że nie interesuje mnie już branża telekomunikacyjna i pozbyłbym się firmy, po miesiącu dwadzieścia tysięcy osób miałoby problem ze spłacaniem hipoteki.

Na tę odpowiedź rozchyla szeroko usta. Tak lepiej. Spróbuj to przetrawić. Odzyskuję równowagę ducha.

– Nie rozlicza się pan przed zarządem?

– Jestem właścicielem mojej firmy. Nie muszę się tłumaczyć żadnemu zarządowi. – Powinna to wiedzieć.

– A ma pan jakieś inne zainteresowania poza pracą? – podejmuje pospiesznie, należycie odczytując moją reakcję. Wie, że jestem wkurzony, i z jakiegoś niezgłębionego powodu sprawia mi to przyjemność.

– Mam różnorodne zainteresowania, panno Steele. Niezwykle różnorodne. – Przez głowę przebiegają mi różne wizje, w których jest w moim pokoju zabaw: przypięta do krzyża, na wielkim łożu z baldachimem z rozłożonymi nogami i rękami, z rozstawionymi nogami na ławie chłosty. No i proszę – znów tamten rumieniec. Jak mechanizm obronny.

– Ale skoro pan pracuje tak ciężko, jak się pan relaksuje?

– Relaksuje? – W jej pyskatej buzi to słowo brzmi dziwnie, ale zabawnie. Poza tym kiedy mam czas na relaks? Nie ma pojęcia, czym się zajmuję. Ale znów patrzy na mnie tym naiwnym spojrzeniem i mimowolnie rozważam jej pytanie. Jak ja się relaksuję? Żegluję, latam, rżnę… sprawdzam granice wytrzymałości atrakcyjnych drobnych szatynek takich jak ona i zmuszam je do posłuszeństwa… Na tę myśl znów poruszam się niespokojnie w fotelu, ale odpowiadam gładko, pomijając kilka ulubionych hobby.

– Inwestuje pan w produkcję. Właściwie dlaczego?

– Lubię tworzyć coś od zera. Lubię wiedzieć, jak coś działa, czym jest napędzane, jak to zmontować i rozmontować. I uwielbiam statki. Cóż mogę powiedzieć? – Transportują żywność na naszej planecie.

– Można by uznać, że kieruje się pan sercem, a nie logiką i faktami.

Sercem? Ja? Och, nie, mała.

Moje serce dawno temu rozszarpano na kawałki.

– Niewykluczone. Chociaż wiele osób powiedziałoby, że nie mam serca.

– Dlaczego miałyby tak powiedzieć?

– Bo dobrze mnie znają. – Uśmiecham się do niej kpiąco. Po prawdzie nikt nie zna mnie dobrze, może poza Eleną. Ciekawe, co powiedziałaby na tę pannę Steele. Dziewczyna jest jedną wielką masą sprzeczności; nieśmiała, niezręczna, zdecydowanie bystra i podniecająca jak diabli.

Tak, dobra, przyznaję. Jest pociągająca.

Rzuca następne wykute na blachę pytanie.

– Czy pańscy przyjaciele powiedzieliby, że łatwo pana rozgryźć?

– Jestem bardzo skrytą osobą. Dokładam starań, by chronić swoją prywatność. Nie udzielam często wywiadów. – Przy takim życiu, jakie wybrałem, potrzebuję prywatności.

– Czemu się pan zgodził na ten wywiad?

– Ponieważ jestem dobroczyńcą pani uniwersytetu i nie zdołałem zniechęcić panny Kavanagh. Niezłomnie wierci dziurę w brzuchu moim PR-owcom, a ja podziwiam ten rodzaj uporu. – Ale cieszę się, że to ty tu wpad­łaś, nie ona.

– Inwestuje pan również w technologie upraw. Skąd zainteresowanie tą dziedziną?

– Zbyt wielu ludziom na naszej planecie brakuje żywności, panno Steele, a pieniędzmi się ich nie nakarmi. – Patrzę na nią z kamienną twarzą.

– To brzmi jak deklaracja prawdziwego filantropa. Czy taka jest pańska pasja? Nakarmienie ubogich tego świata? – Patrzy na mnie ze zdziwieniem, jakbym był jakąś zagadką, ale nie ma mowy, bym pozwolił jej zajrzeć w głąb mojej czarnej duszy. To nie obszar, o którym można konwersować przy herbatce. Śmiało, Grey.

– To sensowny biznes – odpowiadam pod nosem, udając znudzenie. Aby uwolnić się od wszystkich myśli o głodzie, wyobrażam sobie, że posuwam ją w te usta. Tak, te usta potrzebują ćwiczeń… widzę ją, jak klęczy przede mną. To dopiero ciekawy obrazek.

Recytuje następne pytanie, odrywając mnie od fantazji.

– Wyznaje pan jakąś filozofię? Jeśli tak, to jaką?

– Nie wyznaję żadnej filozofii jako takiej. Może dewizę Carnegiego: „Człowiek, który osiągnął zdolność całkowitego panowania nad swoim umysłem, może zapanować nad wszystkim innym, i ma do tego pełne prawo”. Jestem inny niż wszyscy, z determinacją dążę do celu. Lubię sprawować władzę, mieć kontrolę; nad sobą i nad otoczeniem.

– Więc jest pan owładnięty żądzą posiadania?

Tak, mała. Chciałbym posiadać choćby ciebie. Ściągam brwi, zaskoczony tą myślą.

– Chcę zasłużyć na to posiadanie, ale tak, w gruncie rzeczy do niego się to sprowadza.

– Sprawia pan wrażenie rasowego konsumpcjonisty. – Jej głos jest zabarwiony dezaprobatą i to znów mnie wkurza.

– Bo jestem konsumpcjonistą.

Mówi jak dzieciak z bogatego domu, który zawsze dostawał to, czego chciał, ale przyglądam się uważniej jej ubraniom – z taniego sklepu w rodzaju Old Navy albo H&M – i wiem, że to nieprawda. Nie wychowała się w dostatku.

Mógłbym się tobą dobrze zająć…

Do diabła, skąd mi to wpadło do łba?

Chociaż, jak się nad tym dobrze zastanowić, to potrzebuję nowej uległej. Ile to czasu upłynęło od Susannah? Dwa miesiące? No i proszę, już się ślinię do następnej. Uśmiecham się do niej miło. Konsumpcjonizm to nie grzech – w końcu konsumpcja napędza to, co zostało z amerykańskiej gospodarki.

– Był pan adoptowany. Jak pan sądzi, na ile to pana ukształtowało?

A co ma piernik do wiatraka? Idiotyczne pytanie. Gdybym został z tamtą zaćpaną dziwką, pewnie bym już nie żył. Zbywam ją pierwszą lepszą odpowiedzią, siląc się na spokój w głosie, ale naciska, chce wiedzieć, ile miałem lat, gdy mnie adoptowano.

Zamknij jej ryja, Grey!

– Tego rodzaju informacje są dostępne publicznie, panno Steele – odpowiadam lodowatym głosem.

To też powinna wiedzieć. Teraz sprawia wrażenie skruszonej, gdy układa za uchem niesforny kosmyk. Dobrze.

– Musiał pan poświęcić życie rodzinne dla pracy.

– To nie jest pytanie – rzucam ostro.

Aż podskakuje, wyraźnie zakłopotana, ale stać ją na przeprosiny i przerabia wypowiedź.

– Czy musiał pan poświęcić życie rodzinne dla pracy?

Na co mi rodzina?

– Mam rodzinę. Mam brata, siostrę i kochających rodziców. Nie interesuje mnie dalsze rozszerzanie rodziny.

– Jest pan gejem, panie Grey?

Co, u diabła…?!

Nie mogę uwierzyć, że powiedziała to na głos! Jak na ironię, o to nie spytaliby mnie nawet najbliżsi. Jak ona śmie…? Mam chęć porwać ją z fotela, przełożyć przez kolano, sprać, a potem, związawszy ręce za plecami, zerżnąć na biurku. Miałaby odpowiedź na swoje idiotyczne pytanie. Biorę głęboki, uspokajający oddech. Ku mojemu mściwemu zadowoleniu wydaje się głęboko skrępowana własnym pytaniem. Unoszę brwi, ale zachowuję absolutny spokój w głosie:

– Nie, Anastasio, nie jestem gejem. – Anastasia. Urocze imię. Przyjemnie przetacza mi się po języku.

– Bardzo przepraszam. Tak jest… tu napisane. – Znów morduje kosmyk. Najwyraźnej ma taki tik.

To nie jej wypociny? Pytam ją o to, a ona blednie. Niech to szlag, naprawdę jest atrakcyjna, w taki subtelny sposób.

– Noo… nie. Pytania ułożyła Kate… panna Kavanagh.

– Pracujecie razem w gazetce?

– Nie. Mieszkamy razem.

Nic dziwnego, że jest taka roztrzepana. Drapię się po brodzie, rozważając, czy dać jej naprawdę w kość, czy nie.

– Zgłosiła się pani na ochotnika do przeprowadzenia wywiadu? – pytam i w nagrodę otrzymuję jej pokorne spojrzenie; denerwuje się moją reakcją. Podoba mi się to, jak na nią działam.

– Zostałam oddelegowana. Kate zachorowała – mówi cicho.

– To sporo tłumaczy.

Rozlega się pukanie do drzwi i wchodzi Andrea.

– Panie Grey, przepraszam, że przeszkadzam, ale następne spotkanie ma pan za dwie minuty.

– Jeszcze nie skończyliśmy, Andreo. Odwołaj to spotkanie.

Wytrzeszcza na mnie oczy, zbita z tropu. Patrzę na nią groźnie. Wyjdź! Natychmiast! Jestem zajęty małą panną Steele.

– Oczywiście, panie Grey – mówi, szybko się opanowując. Robi w tył zwrot i wychodzi.

Z powrotem skupiam uwagę na intrygującym, frustrującym stworzeniu na kanapie.

– Na czym stanęliśmy, panno Steele?

– Nie chciałabym panu w niczym przeszkadzać.

Och, nie, maleńka. Teraz moja kolej. Chcę wiedzieć, czy ta urocza buzia kryje jakieś tajemnice.

– Chcę się czegoś dowiedzieć o pani. Żeby było sprawiedliwie. – Gdy się odchylam na oparcie i przykładam palec do ust, zerka na nie i przełyka ślinę. Och, tak, ta sama reakcja co zwykle. To miło, że nie jest całkiem obojętna na moje wdzięki.

– Nie ma tego wiele – mówi, znowu się rumieniąc.

Onieśmielam ją.

– Jakie ma pani plany po dyplomie?

– Jeszcze żadnych, panie Grey. Przede mną ostatnie egzaminy.

– Mamy tu znakomity program dla stażystów.

Co mnie opętało, żeby w ogóle o tym wspominać? To wbrew zasadom, Grey. Nigdy nie posuwaj personelu… Ale przecież nie posuwasz tej dziewczyny.

Wydaje się zaskoczona i znów zagryza wargę. Czemu to takie podniecające?

– Tak? Będę to miała na uwadze – odpowiada. – Chociaż nie jestem pewna, czybym tu pasowała.

– Czemu pani tak mówi? – pytam. Co nie tak z moją firmą?

– To chyba oczywiste, prawda?

– Nie dla mnie. – Jej odpowiedź zbija mnie z tropu. Znów się rumieni, gdy sięga po dyktafon.

Cholera, ona wychodzi. Przebiegam w myślach mój terminarz na popołudnie – nie ma tam niczego, co nie mogłoby zaczekać.

– Chciałaby pani, żebym pokazał pani biuro?

– Na pewno jest pan na to zbyt zajęty, panie Grey, a przede mną długa droga.

– Wraca pani do Vancouver? – Spoglądam przez okno. To daleko jak cholera. I pada. Nie powinna jechać w taką pogodę, ale nie mogę jej zabronić. Ta myśl mnie irytuje. – No to proszę jechać ostrożnie. – Mówię to niezamierzenie surowym tonem. Szamoce się z dyktafonem. Chce wyjść z gabinetu, a ja, o dziwo, chciałbym ją zatrzymać. – Niczego więcej pani nie trzeba? – pytam, wyraźnie starając się ją zatrzymać.

– Tak, proszę pana – odpowiada cicho. Jej słowa, ich brzmienie mnie zaskakują… W ustach takiej bystrej dziewczyny… Przez chwilę wyobrażam sobie te usta na moje zawołanie. – Dziękuję za wywiad, panie Grey.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiadam; szczerze, bo od dawna nikt mnie tak nie zafascynował. Ta myśl budzi mój niepokój. Dziewczyna wstaje, a ja wyciągam rękę, żeby jej dotknąć. – Do następnego spotkania, panno Steele. – Mówię cicho, gdy nasze dłonie się spotykają. Tak, chcę wychłostać i zerżnąć tę dziewczynę w moim pokoju zabaw. Chcę ją mieć związaną i spragnioną… spragnioną mnie, ufną. Przełykam ślinę.

Nie ma mowy, Grey.

– Do widzenia, panie Grey. – Kiwa głową i szybko cofa rękę, zbyt szybko.

Nie mogę pozwolić jej tak zniknąć. Jest oczywiste, że rozpaczliwie pragnie wyjść. To irytujące, ale gdy otwieram drzwi gabinetu, doznaję olśnienia.

– Pilnuję, żeby tym razem pokonała pani próg – żartuję.

Jej usta zaciskają się w wąską linię.

– To bardzo miło z pańskiej strony – rzuca sucho.

Panna Steele bynajmniej nie jest potulna! Uśmiecham się szeroko za jej plecami, gdy wychodzi, i ruszam za nią. Andrea i Olivia wstrząśnięte śledzą nas wzrokiem. Tak, wiem. Ja ją tylko odprowadzam.

– Miała pani płaszcz? – pytam.

– Kurtkę.

Patrzę znacząco na Olivię, a ta natychmiast się rzuca po granatową kurtkę i podaje mi ją ze swoim zwykłym głupawym uśmiechem. Chryste, Olivia potrafi umęczyć – wiecznie robi do mnie maślane oczy.

No tak. Kurtka jest znoszona, tania. Panna Anastasia Steele powinna się lepiej ubierać. Podaję dziewczynie okrycie i gdy wkłada je na szczupłe ramiona, muskam ją u podstawy karku. Zamiera pod tym dotykiem i blednie.

Tak! Działam na nią. Ta świadomość jest niezwykle przyjemna. Idę swobodnym krokiem do windy i nacis­kam guzik, podczas gdy dziewczyna stoi obok, wyraźnie niespokojna.

Och, już ja bym cię uspokoił, mała.

Drzwi się otwierają, dziewczyna wpada do środka i odwraca się twarzą do mnie.

– Anastasio – mówię na pożegnanie.

– Christianie – odpowiada cicho.

Drzwi kabiny windy się zamykają, a dźwięk mojego imienia zawisa w powietrzu między nami – brzmi dziwnie i nieznajomo, ale seksownie jak diabli.

Muszę wiedzieć o niej wszystko.

– Andreo – rzucam ostro, wróciwszy do gabinetu. – Połącz mnie z Welchem, natychmiast.

Siadam za biurkiem i czekam na połączenie. Spoglądam na obrazy i przypominają mi się słowa panny Steele. „To, co zwyczajne, na nich wydaje się niezwykłe”. Tak bez dwóch zdań mogłaby powiedzieć o sobie.

Telefon dzwoni.

– Pan Welch na linii.

– Połącz.

– Proszę bardzo.

– Welch, musisz mi przygotować raport na temat pewnej osoby.

SOBOTA, 14 MAJA 2011

ANASTASIA ROSE STEELE

Ur.

10 IX 1989 r., Montesano, stan Waszyngton

Adres:

SW Green Street 1114, m. 7, Haven Heights,

Vancouver, stan Waszyngton 98888

Nr tel. kom.:

360-959-4352

Nr ubezp. zdrow.:

987-65-4320

Bank:

Wells Fargo Bank, Vancouver, stan Waszyngton, nr rach.: 306361, stan konta: $683,16

Zawód:

studentka studiów magisterskich

Uniwersytet Stanu Waszyngton w Vancouver,

college humanistyczny, język angielski

Ocena średnia:

4,0

Poprzednie miejsca nauki:

szkoła podst., gimnazjum, liceum w Montesano

Wynik testu SAT:

21502

Zatrudnienie:

sklep z materiałami budowlanymi Clayton’s,

NW Vancouver Drive, Portland, sprzedawca

(pół etatu)

Ojciec:

Franklin A. Lambert,

ur. 1 IX 1969, zm. 11 IX 1989

Matka:

Carla May Wilks Adams, ur. 18 VII 1970

mąż: Franklin A. Lambert, od 1 III 1989,

zm. 11 IX 1989

mąż: Raymond Steele, od 6 VI 1990

rozw. 12 VII 2006

mąż: Stephen M. Morton, od 16 VIII 2006,

rozw. 31 I 2007

mąż: Bob Adams, od 6 IV 2009

Przekonania polityczne:

nieznane

Przekonania religijne:

nieznane

Orientacja seksualna:

nieznana

Związki osobiste:

w chwili obecnej nie stwierdzono

Po raz setny pochylam się nad dokumentem otrzymanym dwa dni temu, usiłując rozgryźć zagadkową pannę Anastasię Rose Steele. Nie potrafię przestać myśleć o tej cholernej kobiecie i to zaczyna mnie poważnie wkurzać. W tygodniu, podczas szczególnie nudnego spotkania, przyłapałem się na tym, że odtwarzam w myślach jej wywiad. Jej roztrzęsione palce na dyktafonie, poprawianie włosów, zagryzanie wargi. Tak. To ostatnie działa na mnie za każdym razem.

A teraz oto parkuję na obrzeżu Portland, przed Clayton’s, rodzinnym sklepem z materiałami budowlanymi, w którym ona pracuje.

Jesteś durniem, Grey. Po co tu sterczysz?

Wiedziałem, że to się tak skończy. Cały tydzień… wiedziałem, że będę musiał znów się z nią zobaczyć. Wiedziałem to od chwili, w której szepnęła w windzie moje imię. Próbowałem się opierać. Odczekałem pięć dni, pięć nużących dni, sprawdzając, czy uda mi się o niej zapomnieć.

I nie czekam. Nie cierpię czekania… żadnego.

Nigdy wcześniej nie uganiałem się za kobietą. Te, które miałem, rozumiały, czego od nich oczekuję. Teraz się boję, że panna Steele jest po prostu za młoda i nie będzie zainteresowana tym, co mam do zaoferowania. Bo nie będzie, prawda? A może jednak będzie z niej dobra uległa? Potrząsam głową. No i proszę, siedzę jak ten osioł na podmiejskim parkingu w zapuszczonej części Portland.

W jej dossier nie pokazało się nic niezwykłego – poza ostatnią rubryką, o której nie mogłem przestać myśleć. Właśnie dlatego tu jestem. Czemu nie masz chłopaka, panno Steele? Orientacja seksualna nieznana – może to lesbijka? Prycham, uznając, że to niemożliwe. Przypominam sobie pytanie, które zadała podczas wywiadu, jej wielkie zażenowanie, blady rumieniec… Odkąd ją poznałem, lubieżne myśli nie dają mi spokoju.

Dlatego tu jesteś.

Skręca mnie, żeby znów się z nią spotkać – te niebieskie oczy prześladują mnie nawet w snach. Nie wspomniałem o niej Flynnowi i dobrze, bo teraz zachowuję się jak stalker. Może powinienem mu powiedzieć? Nie. Nie chcę, żeby dręczył mnie swoim najnowszym gównem, terapią skierowaną na rozwiązania. Po prostu trzeba mi rozrywki, a w tej chwili chcę takiej właśnie rozrywki – ekspedientki w sklepie z materiałami budowlanymi.

Skoro już się tu pofatygowałem… Sprawdźmy, czy mała panna Steele nadal wydaje się tak atrakcyjna.

Kurtyna w górę, Grey!

Gdy wchodzę, rozlega się beznamiętny elektroniczny dźwięk dzwonka. Sklep okazuje się zaskakująco duży, i chociaż prawie dobiega pora lunchu, jak na sobotę panuje tu spokój. Oczywiście pełno tu regałów z typowym badziewiem. Zapomniałem, jakich możliwości komuś takiemu jak ja dostarcza sklep z narzędziami. Zaspokajam swoje potrzeby, kupując głównie w Internecie, ale skoro tu jestem, może zaopatrzę się w parę artykułów: rzepy, kółka na klucze… O tak… Znajdę uroczą pannę Steele i trochę się zabawię.

Potrzebowałem całych trzech sekund, by ją wypatrzyć. Pochylona nad ladą, wpatruje się w ekran komputera i skubie lunch – bajgel. Z roztargnieniem ściera okruszek z kącika ust i wsuwa palec między wargi. Mój penis furka z wrażenia.

No, ile ty masz lat, czternaście?

Reakcje mojego ciała są irytujące. Może się to skończy, jak ją spętam, zerżnę, wychłostam… i niekoniecznie w tej kolejności. O, tak… Tego mi trzeba.

Jest pochłonięta swoim zajęciem, dzięki czemu mogę jej się uważnie przyjrzeć. Kiedy odsuwam na bok sprośne myśli, widzę, że jest atrakcyjna, bardzo atrakcyjna. Dobrze ją zapamiętałem.

Podnosi wzrok i zamiera. To równie denerwujące jak podczas pierwszego spotkania. Przygląda mi się badawczo – zszokowana, jak sądzę – i nie wiem, czy to reakcja pozytywna, czy negatywna.

– Dzień dobry, panno Steele. Jaka miła niespo­dzianka.

– Dzień dobry, panie Grey – mówi bez tchu, zdenerwowana. Ach, więc pozytywna.

– Właśnie byłem w okolicy. Muszę zaopatrzyć się w kilka artykułów. To przyjemność znów panią spotkać. – Prawdziwa przyjemność. Ma na sobie ciasny T-shirt i dżinsy, nie bezkształtne dziadostwo, które włożyła poprzednio. Nogi do szyi, talia wąska, doskonałe cycki. Nadal rozchyla wargi w zaskoczeniu, a ja z trudem się powstrzymuję, by nie złapać jej za podbródek i nie zamknąć ust. Przyleciałem z Seattle tylko po to, żeby cię zobaczyć, i tak wyglądasz, że warto było odbyć tę podróż.

– Ana. Mam na imię Ana. W czym mogę panu pomóc, panie Grey?

Bierze głęboki oddech, prostuje ramiona, jak wtedy, gdy przeprowadzała ze mną wywiad, i posyła mi taki uśmiech, jaki ma zarezerwowany dla klientów.

Piłka w grze, panno Steele.

– Potrzebuję paru rzeczy. Przede wszystkim spinek do kabli.

Moja prośba całkowicie ją zaskakuje; patrzy na mnie zszokowana.

Och, będzie niezły ubaw. Nie masz pojęcia, co potrafię zrobić z takimi spinkami, maleńka.

– Mamy spinki różnych wielkości. Pokazać panu? – pyta, odzyskując głos.

– Proszę prowadzić.

Wychodzi zza kontuaru i wskazuje jeden z regałów. Ma na sobie trampki. Nie wiedzieć czemu, zadaję sobie w duchu pytanie, jak wyglądałaby w niebotycznych szpilkach, od Louboutina… żadnych innych, tylko od Louboutina…

– Są na artykułach elektrycznych, alejka ósma. – Głos jej drży i robi się czerwona…

Działam na nią. Nadzieja rozkwita mi w piersi. Więc nie jest lesbijką. Uśmiecham się złośliwie.

– Proszę przodem. – Zapraszam ją gestem. Pusz­czając ją przed sobą, zachowuję dystans i mam czas podziwiać jej fantastyczny tyłek. Długi, gruby koński ogon odmierza czas jak metronom, do wtóru łagodnego kołysania bioder. Naprawdę ma wszystko jak trzeba: słodycz, uprzejmość, urodę, wszystkie fizyczne atrybuty, które cenię u uległej. Ale pytanie za milion dolarów brzmi: czy potrafi nią być? Zapewne nic nie wie o tym stylu życia – moim stylu życia – ale bardzo chcę jej go przedstawić. Tym razem daleko wybiegasz do przodu, Grey.

– Przyjechał pan do Portland w interesach? – pyta, przerywając moje myśli. Mówi cienkim głosem; udaje brak zainteresowania. Mam ochotę się roześmiać. Kobiety rzadko mnie rozbawiają.

– Odwiedzałem w WSU wydział zajmujący się uprawami rolnymi. Ma siedzibę w Vancouver – kłamię. Tak naprawdę przyjechałem spotkać się z panią, panno Steele.

Mina jej rzednie, a ja czuję się jak palant.

– Obecnie finansuję tamtejsze badania nad płodozmianem, a także z dziedziny gleboznawstwa. – To przynajmniej prawda.

– Wszystko w ramach pańskiego planu „nakarmić świat”? – Unosi brew rozbawiona.

– Coś w tym rodzaju – odpowiadam cicho. Czy ona się ze mnie nabija? Och, jeśli tak, z rozkoszą położyłbym temu kres. Ale jak zacząć? Może od kolacji, zamiast od zwykłej rozmowy kwalifikacyjnej… Ależ to będzie nowość, kolacja z potencjalną uległą.

Docieramy do spinek, ułożonych kolorami i według długości. Z roztargnieniem sunę dłonią po paczkach. Mógłbym ją zaprosić na kolację… Jak na randkę? Zgodziłaby się? Kiedy się oglądam, pilnie studiuje splecione palce. Nie jest w stanie patrzeć mi w oczy… to obiecujące. Wybieram dłuższe spinki. W końcu są bardziej uniwersalne, nadają się zarówno do unieruchomienia obydwu nadgarstków, jak i kostek obu nóg.

– Te będą dobre.

– Coś jeszcze? – szybko pyta, albo w ramach super­usłużności, albo chcąc pozbyć się mnie ze sklepu, nie wiem.

– Potrzebuję taśmy malarskiej.

– Robi pan remont?

– Nie, nie robię. – Och, gdybyś ty wiedziała…

– Proszę tędy – mówi. – Taśmę malarską mamy w dziale farb.

No śmiało, Grey. Nie masz dużo czasu. Wciągnij ją w rozmowę.

– Długo pani tu pracuje? – Oczywiście, znam już odpowiedź. W przeciwieństwie do niektórych, przygotowuję się do zajęć. Nie wiedzieć czemu, moje pytanie zbiło ją z tropu. Chryste, ta dziewczyna jest nieśmiała, mam zerowe szanse. Odwraca się szybko i idzie do działu opatrzonego napisem „Malowanie”. Podążam za nią ochoczo, jak szczeniak.

– Cztery lata – mówi cicho, gdy docieramy do taśm malarskich. Schyla się i podnosi dwie rolki różnej szerokości.

– Poproszę tę. – Szeroka jest dużo bardziej skuteczna jako knebel. Kiedy mi ją podaje, czubki naszych palców stykają się na mgnienie oka. Czuję rezonans w kroczu. Niech to szlag!

Blednie.

– Jeszcze coś? – Głos ma cichy i lekko schrypnięty.

Chryste, działam na nią tak samo jak ona na mnie. Może…

– Jeszcze chyba lina.

– Tędy. – Pędzi alejką, dając mi kolejną okazję podziwiania jej pięknego tyłka. – Jakiej konkretnie liny pan potrzebuje? Z włókien syntetycznych, naturalnych… szpagat… mam też przewody zasilające…

Cholera. Stop. Wzdycham, próbując odpędzić wizję – ona podwieszona u sufitu w moim pokoju zabaw.

– Proszę pięć metrów linki z włókna naturalnego. – Jest bardziej szorstka i zaciska się, gdy usiłujesz się z niej wyzwolić… moja ulubiona.

Palce jej drżą, ale odmierza pięć metrów jak zawodowiec. Wyjmuje z kieszeni nóż tapicerski, szybkim ruchem odcina linkę, zwija ją i zabezpiecza rasowym węzłem. Imponujące.

– Była pani harcerką?

– Nie przepadam za zajęciami w grupach zorganizowanych, panie Grey.

– A za czym przepadasz, Anastasio? – Jej źrenice ros­ną, gdy się w nie wpatruję.

Tak!

– Za książkami – odpowiada.

– A jakimi?

– Och, no, zwyczajnymi. Za klasyką. Głównie angielską.

Literatura angielska? Pewnie siostry Brontë i Jane Austen. I tym podobne romantyczne sentymentalizmy.

Niedobrze.

– Jeszcze czegoś pan potrzebuje?

– No nie wiem. A co by pani poleciła? – Zależy mi na jej reakcji.

– Do majsterkowania? – pyta zdziwiona.

Mało nie parsknę śmiechem. Och, maleńka. Nie przepadam za majsterkowaniem. Kiwam głową, tłumiąc wesołość. Przejeżdża po mnie wzrokiem, a ja tężeję. Ona mi się przygląda!

– Kombinezon roboczy – wypala. To następna najbardziej nieoczekiwana rzecz od czasów: „Czy jest pan gejem?”. – Chyba nie chce pan zniszczyć sobie ubrania. – Wskazuje moje dżinsy.

Nie mogę się powstrzymać.

– Zawsze mogę je zdjąć.

– Och. – Czerwieni się jak burak i spuszcza wzrok.

Ratuję ją z opresji.

– Wezmę jakiś kombinezon. W życiu nie chciałbym sobie zniszczyć ubrania.

Odwraca się bez słowa i rusza szybko alejką, a ja jej kuszącym śladem.

– Potrzebuje pan czegoś jeszcze? – pyta bez tchu, wręczając mi niebieski kombinezon. Jest głęboko zawstydzona, oczy wbija w podłogę. Chryste, działa na mnie jak diabli.

– Jak idzie z artykułem? – pytam w nadziei, że może trochę się rozluźni.

Podnosi wzrok i posyła mi przelotny uśmiech ulgi.

Wreszcie.

– To nie ja go piszę, tylko Katherine, panna Kavanagh. Moja współlokatorka. Jest bardzo zadowolona. Pracuje w gazetce i była załamana, że nie może sama przeprowadzić wywiadu.

To najdłuższe zdanie, jakie wypowiedziała, od kiedy się poznaliśmy, i dotyczy nie jej, ale kogoś innego. Interesujące.

Już mam rzucić jakiś komentarz, gdy ona dodaje:

– Martwi ją tylko to, że nie mamy żadnej oryginalnej pana fotografii.

Nieustępliwa panna Kavanagh chce fotografii. A więc szukamy rozgłosu, tak? Mogę się poświęcić. Dzięki temu będę mógł spędzić czas z pociągającą panną Steele.

– Na czym jej zależy?

Przez chwilę patrzy na mnie, a potem zakłopotana kręci głową, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Widzi pani, jestem na miejscu. Może jutro… – Mogę zostać w Portland. Pracować w hotelu. Na przykład w Heathmanie. Muszę ściągnąć Taylora, żeby przywiózł mi laptopa i ubranie. Albo Elliota – chyba że puka jakieś panny, jak to w weekend.

– Naprawdę zgodzi się pan na sesję zdjęciową? – Nie może powstrzymać zdziwienia.

Potwierdzam lekkim skinieniem głowy. Owszem, bo chcę spędzić z tobą więcej czasu…

Przyhamuj, Grey.

– Kate będzie w siódmym niebie… jeśli uda nam się znaleźć fotografa. – Uśmiecha się i twarz jej się rozjaśnia jak bezchmurny poranek. Ona jest oszałamiająca.

– Czekam jutro na wiadomość. – Wyjmuję z kieszeni dżinsów portfel. – Moja wizytówka. Znajdzie pani na niej numer komórki. Proszę zadzwonić przed dziesiątą rano. – A jak nie zadzwoni, wracam do Seattle i zapominam o wszystkim.

Ta myśl mnie przygnębia.

– W porządku. – Nadal uśmiecha się szeroko.

– Ana!

Oboje się odwracamy, gdy na końcu alejki pojawia się młody człowiek w dizajnerskich ciuchach. Pożera wzrokiem pannę Anastasię Steele. Do diabła, co to za fiut?

– Eee, przepraszam na chwilę, panie Grey. – Idzie do tamtego i dupek łapie ją w objęcia King Konga. Krew krzepnie mi w żyłach. To instynkt.

Zabieraj od niej łapy, fiucie.

Zaciskam dłonie w pięści i czuję się tylko trochę udobruchany, gdy ona nie odwzajemnia uścisku.

Szepczą coś do siebie. Może informacje Welcha są mylne. Może to jej chłopak. Jest w odpowiednim wieku i nie może oderwać od niej swoich wygłodniałych oczek. Na chwilę odsuwa ją od siebie na odległość ramienia, pożerając wzrokiem. Gest wydaje się niewiele znaczący, ale wiem, że to symbol posiadania, sygnał, bym się wycofał. Ona wydaje się zażenowana, przestępuje z nogi na nogę.

Przesrane. Należałoby odejść. Przeszarżowałem. To jej facet. Ale ona coś mówi i odsuwa się od niego, dotyka jego ramienia, nie ręki, spławia go. Na pewno nie są parą.

Świetnie.

– Eee… Paul, to Christian Grey. Panie Grey, to Paul Clayton. Jego brat jest właścicielem sklepu. – Posyła mi dziwne spojrzenie, którego nie rozumiem, i mówi dalej: – Znam Paula całe wieki, od kiedy tu pracuję, chociaż nie spotykamy się zbyt często. Jest na Princeton, studiuje zarządzanie.

Myślę, że ta przydługa paplanina ma mi przekazać, że nie są razem. To brat szefa, nie chłopak. Czuję ulgę, ale jej rozmiary są tak nieoczekiwane, że się zasępiam. Ta kobieta serio mnie opętała.

– Dzień dobry, panie Clayton. – Celowo używam ostrego tonu.

– Dzień dobry, panie Grey. – Jego uścisk dłoni jest nijaki, podobnie jak włosy. Dupek. – Chwila moment… chyba nie TEN Christian Grey? Od Grey Enterprise Holdings?

Owszem, ten, złamasie.

W jednej sekundzie staje się służalczy.

– Jezu… czym mogę panu służyć?

– Anastasia już o mnie zadbała, panie Clayton. Była niezwykle pomocna. – A teraz spadaj.

– Świetnie – tryska entuzjazmem, rozpływając się w olśniewającym uśmiechu i poważaniu. – Zobaczymy się później, Ana.

– Jasne – odpowiada, a Clayton oddala się z wolna w głąb sklepu. Odprowadzam go wzrokiem, aż znika.

– Coś jeszcze, panie Grey?

– To wszystko, dziękuję.

Cholera. Mój czas się kończy, a nadal nie mam pojęcia, czy uda mi się z nią znowu spotkać. Muszę wiedzieć, czy jest choć cień szansy, że rozważyłaby to, co mi chodzi po głowie. Jak mam ją zapytać? Czy ja sam jestem gotów zająć się uległą, która nie zna się na niczym? Potrzebowałaby solidnego szkolenia. Przymykając oczy, wyobrażam sobie ciekawe możliwości, które stwarza ta okazja… Samo szkolenie byłoby zajmujące. Pójdzie choćby na to? Czy zupełnie się mylę?

Wraca do lady i z pochyloną głową wbija moje zakupy na kasę. Popatrz na mnie, do cholery! Chcę znów zobaczyć jej twarz, ocenić, co myśli.

W końcu podnosi głowę.

– Czterdzieści trzy dolary.

I to wszystko?

– Torbę? – pyta, gdy podaję jej kartę.

– Poproszę, Anastasio. – Jej imię, piękne imię pięknej dziewczyny, gładko spływa mi z ust.

Szybko pakuje artykuły. To by było na tyle. Muszę iść.

– Zadzwonisz, jeśli zależy wam na tej sesji zdjęciowej?

Kiwa głową, oddając kartę.

– Więc może do jutra. – Nie mogę tak wyjść. Muszę dać znać, że jestem nią zainteresowany. – A… i jeszcze jedno… cieszę się, że panna Kavanagh nie mogła przeprowadzić wywiadu. – Wygląda na zaskoczoną i chyba jej schlebiłem.

To dobrze.

Zarzucam torbę na ramię i wychodzę ze sklepu.

Tak, wbrew zdrowemu rozsądkowi pragnę jej. Teraz muszę czekać… znowu, kurwa, czekać… Wysiłkiem woli, z którego Elena byłaby dumna, patrzę przed siebie, gdy wyjmuję z kieszeni komórkę i wsiadam do wynajętego samochodu. Świadomie się powstrzymuję, by nie obejrzeć się na nią. Nie obejrzę się. Nie obejrzę się. Mój wzrok biegnie do lusterka wstecznego, w którym widać front sklepu, ale w lusterku widać tylko osobliwą witrynę. Nie stoi w oknie, nie odprowadza mnie wzrokiem.

Szkoda.

Korzystając z szybkiego wybierania, wciskam 1 i dzwonię do Taylora. Odbiera przed pierwszym sygnałem.

– Słucham, panie Grey – mówi.

– Zarezerwuj pokój w Heathmanie, na weekend zostaję w Portland i przyprowadź mi SUV-a. Przywieź też laptopa i papiery, które są pod nim, i kilka zmian ubrań.

– Dobrze, proszę pana. A śmigłowiec?

– Niech Joe przyprowadzi go na Lotnisko Międzynarodowe Portland.

– Oczywiście, proszę pana. Będę za mniej więcej trzy i pół godziny.

Rozłączam się i ruszam. Więc mam kilka godzin w Portland, podczas których będę wyczekiwał potwierdzenia, czy dziewczyna jest mną zainteresowana. Co robić? Chyba czas na przechadzkę. Może ukoję dziwny głód ciała.

Minęło pięć godzin, a urocza panna Steele nie dzwoni. Co ja sobie myślałem, do cholery? Z okna hotelowego apartamentu obserwuję ulicę. Nie znoszę czekania, od zawsze tak mam. Pochmurna pogoda utrzymała się podczas całej przechadzki po Forest Park, ale spacer w żadnym stopniu nie wyleczył mnie z rozedrgania. Złoszczę się na nią, że nie dzwoni, ale przede wszystkim wściekam się na siebie. Siedzę tu jak idiota. Uganianie się za tą kobietą to strata czasu. Czy ja w ogóle kiedykolwiek uganiałem się za jakąś kobietą?

Grey, weź się w garść.

Wzdychając, jeszcze raz sprawdzam telefon w nadziei, że po prostu przeoczyłem połączenie, ale na próżno. Przynajmniej Taylor się dotoczył i mam wszystkie swoje graty. Czeka na mnie sprawozdanie Barneya dotyczące testów grafenu w jego dziale, a teraz mogę popracować w spokoju.

W spokoju? Nie zaznałem spokoju, odkąd panna Steele wpadła do mojego gabinetu.

Podnoszę wzrok dopiero o zmierzchu, gdy mój pokój pogrążył się już w szarych cieniach. Wizja kolejnej samotnej nocy jest przygnębiająca. Zastanawiam się, co robić, i wtedy telefon na drewnianym blacie biurka zaczyna wibrować. Na ekranie błyska chyba znajomy numer z prefiksem stanu Waszyngton. Nagle serce mi wali, jakbym przebiegł piętnaście kilometrów.

Czy to ona?

Odbieram.

– Ehm… pan Grey? Tu Anastasia Steele.

Rozdziawiam gębę w pełnym samozadowolenia uśmiechu. No proszę. Nerwowy, lekko chropawy, cichy głos panny Steele. Perspektywy na wieczór znacznie się poprawiły.

– Witam, panno Steele. Jak miło panią słyszeć. – Słyszę, jak oddycha nierówno, i ten dźwięk dociera do moich lędźwi.

Fantastycznie. Działam na nią. Tak jak ona na mnie.

– Ehm… chcielibyśmy ruszyć z sesją zdjęciową do artykułu. Jutro, jeśli się da. Jakie miejsce by panu odpowiadało?

Mój pokój. Tylko ty, ja i spinki do kabli.

– Zatrzymałem się w Heathmanie w Portland. Może wpół do dziesiątej jutro rano?

– W porządku, do zobaczenia w hotelu – wyrzuca jednym cięgiem, niezdolna ukryć ulgi i rozradowania w głosie.

– Nie mogę się doczekać, panno Steele. – Rozłączam się, żeby nie zdążyła wyczuć mojego podniecenia i zadowolenia. Rozpierając się w fotelu, patrzę na ciemniejącą panoramę miasta i przeczesuję rękami włosy.

Jak ja, do cholery, dopnę tę transakcję?

NIEDZIELA, 15 MAJA 2011

Z Mobym dudniącym w uszach biegnę Southwest Salmon Street w kierunku Willamette River. Jest wpół do siódmej rano, usiłuję przewietrzyć sobie głowę. Ostatniej nocy śniłem o niej. Niebieskie oczy, lekko chrapliwy głos… jej zdania kończone zwrotem „proszę pana” i ona klęcząca przede mną. Od kiedy ją poznałem, ustąpiły nawiedzające mnie od czasu do czasu koszmary. Ciekawe, co Flynn by na to powiedział. Ta myśl jest niepokojąca, więc ją ignoruję i skupiam się na swoim ciele, wyciskając z niego ile się da nad brzegiem Willamette. Słońce przedziera się przez chmury i daje mi nadzieję.

Dwie godziny później, wracając truchtem do hotelu, mijam kawiarnię. Może powinienem zabrać ją na kawę.

Jak na randkę?

Hm. No nie. Nie jak na randkę. Ta niedorzeczna myśl budzi mój śmiech. Na pogawędkę – niejako rozmowę kwalifikacyjną. Mógłbym dowiedzieć się więcej o tej zagadkowej kobiecie i czy jest zainteresowana, czy też tracę czas. Jadąc samotnie windą, rozciągam się. Kończę rozciąganie w apartamencie, skupiony i spokojny pierwszy raz od przyjazdu do Portland. Dostarczono śniadanie, a ja umieram z głodu. Nie znoszę tego uczucia. Zasiadam w dresie do śniadania, uznawszy, że zjem przed prysznicem.

Energiczne pukanie do drzwi. Otwieram, w progu stoi Taylor.

– Dzień dobry, panie Grey.

– Dzień dobry. Czekają na mnie?

– Tak, proszę pana. Rozłożyli się w pokoju numer sześćset jeden.

– Zaraz przyjdę. – Zamykam drzwi i wsuwam koszulę do szarych spodni. Włosy mam mokre po prysznicu, ale to mi zwisa. Jeden rzut oka na podejrzanego typa w lustrze i wychodzę, podążając za Taylorem do windy.

Pokój nr 601 jest pełen ludzi, świateł i aparatów fotograficznych, ale natychmiast ją zauważam. Stoi z boku. Gęste lśniące włosy ma rozpuszczone; opadają poniżej piersi. Ma na sobie obcisłe dżinsy, trampki, granatowy żakiet z krótkimi rękawami i biały T-shirt. Czy dżinsy i trampki to jej znak rozpoznawczy? Choć niezbyt eleganckie, podkreślają zgrabne nogi. Jej oczy, których spojrzenie rozbraja jak zawsze, rosną, gdy podchodzę.

– Panno Steele, znów się spotykamy. – Ujmuje moją wyciągniętą rękę i przez chwilę mam ochotę uścisnąć jej dłoń i unieść do ust.

Nie bądź śmieszny, Grey.

Ona rumieni się smakowicie. Wskazuje przyjaciółkę, która stoi zbyt blisko, czekając, aż zwrócę na nią uwagę.

– Panie Grey, to Katherine Kavanagh – słyszę.

Ociągając się, uwalniam jej dłoń i odwracam się do upartej panny Kavanagh. Jest wysoka, uderzająco piękna i zadbana, jak jej ojciec, ale ma oczy matki. Zawdzięczam jej poznanie uroczej panny Steele. Moja życzliwość rośnie.

– Wytrwała panna Kavanagh. Jak zdrowie? Zapewne czuje się już pani lepiej? Anastasia mówiła, że w zeszłym tygodniu nie była pani w najlepszym stanie.

– Czuję się świetnie, dziękuję, panie Grey.

Uścisk dłoni ma mocny, zdecydowany. Wątpię, by w całym jej życiu osoby uprzywilejowanej zdarzył się choćby jeden ciężki dzień. Dlaczego te dwie kobiety się przyjaźnią? Nic ich nie łączy.

– Dziękuję, że poświęcił nam pan czas – dodaje Katherine.

– To czysta przyjemność – odpowiadam i spoglądam na Anastasię, która nagradza mnie swoim wiele zdradzającym rumieńcem.

Czy tylko ja przyprawiam ją o rumieniec? To przyjemna myśl.

– José Rodriguez, nasz fotograf – kontynuuje Anastasia prezentację, a jej twarz się przy tym rozjaśnia.

Cholera. Czy to jej chłopak?

Rodriguez promienieje od słodkiego uśmiechu Anastasii.

Pieprzą się?

– Witam, panie Grey. – Gdy wymieniamy uścisk dłoni, Rodriguez spogląda na mnie ponuro. To ostrzeżenie. Facet mówi, żebym zjeżdżał. Lubi ją. Bardzo ją lubi.

No to piłka w grze, chłopczyku.

– Panie Rodriguez, gdzie mam się ustawić? – Mój ton jest wyzywający i facet to słyszy, ale Katherine interweniuje i wskazuje mi krzesło. Ach. Ta to lubi trzymać ster. Ta myśl budzi moje rozbawienie. Siadam, a inny młody człowiek, zapewne współpracownik Rodrigueza, włącza oświetlenie, które oślepia mnie na chwilę.

Niech to diabli!

Gdy blask opada, znajduję wzrokiem uroczą pannę Steele. Stoi w głębi pokoju, obserwując, co się wyprawia. Zawsze taka jest? Może to dlatego przyjaźni się z Kavanagh; zadowala się staniem w kulisach i pozwala Kavanagh dominować na proscenium.

Hmm… urodzona uległa.

Fotograf robi wrażenie zawodowca pełną gębą i zajmuje się tym, do czego go najęto. Przyglądam się pannie Steele, gdy ona obserwuje nas obu. Nasze spojrzenia się spotykają; jej wyraża uczciwość i niewinność i przez chwilę poddaję rewizji mój plan. Ale przygryza wargę i oddech więźnie mi w gardle.

Anastasio, nie. Nakazuję jej w myślach przestać się we mnie wpatrywać i ona, jakby mnie słyszała, pierwsza odwraca wzrok.

Grzeczna dziewczynka.

Katherine prosi, bym wstał, a Rodriguez strzela kolejne fotki. Wreszcie nadchodzi kres, i sesji, i moich szans.

– Jeszcze raz dziękuję, panie Grey. – Katherine rzuca się do ściskania mi dłoni, po niej fotograf, patrząc na mnie ze źle ukrywaną niechęcią. Jego wrogość wywołuje mój uśmiech.

O, chłopie… pojęcia nie masz.

– Niecierpliwie oczekuję pani artykułu, panno Kavanagh – mówię, skłaniając się przed nią lekko, uprzejmie. To na rozmowie z Aną mi zależy. – Czy mogę panią na chwilę prosić, panno Steele?

– Oczywiście – mówi zaskoczona.

Twoja szansa, Grey.

Rzucam banały obecnym w pokoju i wyprowadzam ją na korytarz, chcąc odciągnąć od Rodrigueza. Za drzwiami przystaje, nerwowo bawiąc się włosami, potem skubie skórki. Taylor wychodzi za nami.

– Zadzwonię później – mówię do niego i gdy już mnie nie słyszy, zapraszam Anę na kawę. Wstrzymuję oddech w oczekiwaniu na odpowiedź.

Jej długie rzęsy trzepocą, zasłaniając oczy.

– Muszę wszystkich odwieźć – mówi z żalem.

– Taylor! – drę się, aż dziewczyna podskakuje. Pewnie w mojej obecności się denerwuje – nie wiem, czy to dobrze, czy źle. I ciągle jest niespokojna. Na myśl o wszystkich sposobach, którymi mógłbym ją uspokoić, czuję zamęt w mojej głowie.

– Mieszkają przy uniwerku? – pytam. Kiwa głową, a ja każę Taylorowi porozwozić wszystkich. – Załatwione. Teraz może pani towarzyszyć mi na kawie?

– Eee… panie Grey… to naprawdę… – urywa.

Cholera. To znaczy „nie”. Transakcja wymyka się z rąk. Rozjaśnionym wzrokiem patrzy mi prosto w oczy.

– Proszę posłuchać, Taylor nie musi ich rozwozić. Zamienię się samochodami z Kate, jak da mi pan chwilę.

Moja ulga staje się wyczuwalna i uśmiecham się od ucha do ucha.

Mam randkę!

Otwieram drzwi i wracam do pokoju, Taylor ukrywa zdziwiony wzrok.

– Możesz przynieść mi kurtkę, Taylor?

– Oczywiście, proszę pana.

Odwraca się na pięcie, wargi mu drgają, gdy idzie spiesznie korytarzem. Odprowadzam go uważnym wzrokiem, aż znika w windzie. Opieram się o ścianę i czekam na pannę Steele.

Do diabła, co ja jej powiem?

Co pani powie na to, żeby być moją uległą?

Nie. Grey, moment. Nie wszystko naraz.

Taylor wraca po chwili, niosąc kurtkę.

– Czy to wszystko, proszę pana?

– Tak, dzięki.

Podaje mi ją i zostawia mnie na korytarzu. Stoję jak idiota.

Kiedy Anastasia skończy? Patrzę na zegarek. Na pewno ustala z Katherine szczegóły wymiany samochodów. Albo rozmawia z Rodriguezem, tłumacząc, że tylko dlatego idzie ze mną na kawę, by mnie udobruchać i nastawić pozytywnie do artykułu. Niedobrze. Może całuje go na pożegnanie.

Niech to szlag.

Wyłania się chwilę potem i mój nastrój się poprawia. Nie wygląda na kogoś, kto właśnie był całowany.

– Załatwione – oznajmia rezolutnie. – Chodźmy na kawę.

Ale jej zaczerwienione policzki nie pasują do pozy pewnej siebie.

– Proszę prowadzić, panno Steele.

Idzie krok przede mną, a ja ukrywam swój zachwyt. Doganiam ją, ciekaw jej stosunków z Katherine, a zwłaszcza tego, czy do siebie pasują. Pytam, jak długo się znają.

– Od pierwszego roku studiów. Mogę na niej polegać – mówi ciepłym tonem.

I niewątpliwie jest jej oddana. Przyjechała aż do Seattle, by zrobić ze mną wywiad, gdy Katherine była chora. Mam nadzieję, iż panna Kavanagh traktuje ją z taką samą lojalnością i równym szacunkiem.

Naciskam guzik przy windach i drzwi prawie natychmiast się otwierają. Namiętnie obściskująca się para odskakuje od siebie, zażenowana tym, że została przyłapana. Ignorujemy ich, wchodzimy do kabiny, ale zauważam szelmowski uśmieszek Anastasii.

Kiedy zjeżdżamy na parter, atmosfera jest pełna niespełnionego pożądania. I nie wiem, czy to emanacja tamtej pary, czy moja.

Tak, pożądam jej. Czy będzie chciała tego, co mam jej do zaoferowania?

Czuję ulgę, gdy drzwi znów się otwierają, i biorę ją za rękę. Zaskoczony stwierdzam, że jest chłodna i sucha. Może nie działam na nią tak bardzo, jak tego pragnę. Ta myśl jest zniechęcająca.

Za plecami słyszymy zażenowane chichoty.

– Co takiego jest w tych windach? – rzucam pod nosem.

Muszę przyznać, że ten chichot, taki zdrowy i niewinny, jest absolutnie czarujący. Panna Steele wydaje się równie niewinna jak tamci, więc gdy wychodzimy na ulicę, znów zaczynam kwestionować motywy, którymi się kieruję.

Jest za młoda. I jest też zbyt niedoświadczona, ale do diabła, fajnie trzymać jej dłoń w swojej.

W kawiarni kieruję ją do stolika i pytam, na co ma ochotę. Jąkając się, zamawia herbatę English Breakfast – z torebką podaną na talerzyku. Nie spotkałem się z czymś takim.

– Kawy pani nie chce?

– Nie przepadam za kawą.

– W porządku, herbata, torebka osobno. Cukier?

– Nie, dziękuję – odpowiada, wbijając wzrok w opuszczone dłonie.

– Coś do jedzenia?

– Nie, dziękuję. – Kręci energicznie głową i odrzuca do tyłu włosy, uwalniając kasztanowe przebłyski. Muszę czekać w kolejce, aż dwie leciwe panie za kontuarem wymienią uprzejmości z absolutnie wszystkimi klientami! To frustrujące i oddala mnie od mojego celu: Anastasii.

– Witaj, przystojniaczku, co mogę podać? – pyta z iskierką w oku starsza z kobiet. To tylko gładka buźka, moja słodka.

– Proszę kawę ze spienionym mlekiem. Herbatę English Breakfast z torebką na spodeczku. I jagodową muffinkę.

Może Anastasia zmieni zdanie i coś zje.

– Pan w Portland przejazdem?

– Tak.

– Na weekend?

– Tak.

– Pogoda nam się dziś poprawiła.

– Tak.

– Mam nadzieję, że wyjdzie pan nacieszyć się słońcem.

Przestań gadać i się, kurna, uwijaj.

– Tak – syczę przez zęby i oglądam się na Anę, a ona szybko odwraca wzrok.

Przygląda mi się. Ocenia?

Fala nadziei wzbiera mi w piersi.

– No i proszę. – Kobieta puszcza do mnie oko i stawia zamówienie na tacce. – Płacimy przy kasie, skarbie, i miłego dnia.

Zdobywam się na serdeczną odpowiedź:

– Dziękuję.

Przy stoliku Anastasia ogląda pilnie palce, myśląc Bóg wie o czym.

O mnie?

– O czym tak dumasz? – pytam.

Podskakuje i czerwieni się, gdy stawiam na stoliku jej herbatę i moją kawę. Siedzi milcząca i zawstydzona.

– Więc o czym? – powtarzam pytanie, a ona międli w palcach torebkę.

– To moja ulubiona herbata – mówi.

Zapisuję sobie w myślach wielkimi literami, że lubi English Breakfast Twiningsa. Przyglądam jej się, gdy zanurza torebkę w wodzie. Bardzo wymyślne przedsięwzięcie. Prawie natychmiast wyławia torebkę i odkłada na spodeczek. Wargi drżą mi z rozbawienia. Gdy wyjaśnia, że lubi czarną, słabą herbatę, przez chwilę myślę, że opisuje to, co lubi w mężczyźnie.

Weź się w garść, Grey. Ona mówi o herbacie.

Dosyć tego wstępu; czas się zabrać na poważnie do tej sprawy.

– To twój chłopak?

Jej brwi zbiegają się, tworząc małe v nad nosem.

– Kto?

Właściwa reakcja.

– Ten fotograf. José Rodriguez.

Śmieje się. Ze mnie.

Ze mnie!

I nie wiem, czy z ulgi, czy dlatego, że uważa, iż jestem śmieszny. Irytujące. Nie potrafię jej ocenić. Podobam jej się czy nie? Mówi mi, że to tylko kolega.

Och, skarbie, on chce być kimś więcej niż kolegą.

– Czemu pan uznał, że jest moim chłopakiem? – pyta.

– Po tym, jak się do niego uśmiechałaś i on do ciebie. – Nie masz pojęcia, no nie? Ten chłopak jest zakochany po uszy.

– Traktuję go raczej jak członka rodziny – mówi.

Okej, więc pożądanie jest jednostronne. Przez chwilę się zastanawiam, czy zdaje sobie sprawę, jak jest urocza. Kiedy patrzy na muffinkę, gdy oddzieram papierek, wyobrażam sobie ją na kolanach przede mną karmioną okruszek po okruszku. Ta myśl przeszkadza się skupić i podnieca.

– Chcesz trochę? – pytam.

Kręci głową.

– Nie, dziękuję. – Słyszę w jej głosie wahanie i znów opuszcza wzrok na dłonie. Czemu jest tak rozdygotana? Może przeze mnie?

– A tamten chłopak, którego poznałem wczoraj, w sklepie. To nikt bliski?

– Nie. Paul to po prostu kolega. Powiedziałam panu wczoraj.

Znów ściąga brwi, jakby zbita z tropu, i obronnym gestem krzyżuje ramiona. Nie lubi być pytana o chłopaków. Pamiętam, jak niewygodnie czuła się w sklepie, kiedy tamten objął ją gestem posiadacza.

– Czemu pan pyta? – dodaje.

– W męskim towarzystwie wydajesz się zdenerwowana.

Wytrzeszcza oczy. Są naprawdę piękne, barwy oceanu w Cabo, najbardziej niebieskiego z niebieskich mórz. Powinienem ją tam zabrać.

Co? Skąd ci to wpadło do głowy?

– Czuję się skrępowana przy panu – mówi i patrzy w dół, znów skubiąc skórki przy paznokciach. Z jednej strony jest niebywale uległa, z drugiej niebywale… prowokująca.

– I tak powinno być.

No. Powinno. Niewielu ludzi stać na odwagę, by powiedzieć mi, że moja obecność ich krępuje. Jest szczera i potwierdzam to na głos – ale ona odwraca oczy i nie wiem, o czym myśli. To frustrujące. Czy jej się podobam? Czy też jest w stanie ścierpieć to spotkanie, żeby przepchnąć wywiad Kavanagh? Więc jak?

– Jest pani tajemnicza, panno Steele.

– Nie ma we mnie niczego tajemniczego.

– Myślę, że jest pani bardzo zamknięta w sobie. – Jak każda dobra uległa. – Oczywiście poza tymi chwilami, w których się pani rumieni, czyli często. Chciałbym tylko wiedzieć, z jakiego powodu się pani rumieni. – W tym rzecz. To zmusi ją do odpowiedzi. Wkładając do ust kawałeczek muffinki, oczekuję na odpowiedź.

– Czy zawsze robi pan takie osobiste uwagi?

To naprawdę osobiste wycieczki?

– Nie zdawałem sobie sprawy, że może to pani tak odebrać. Czy obraziłem panią?

– Nie.

– Świetnie.

– Ale jest pan bardzo despotyczny.

– Od dawna stawiam na swoim, Anastasio. Pod każdym względem.

– Nie wątpię – szepcze, a potem chce wiedzieć, dlaczego jej nie poprosiłem, by zwracała się do mnie po imieniu.

Co?

I przypomniałem ją sobie w windzie, po wyjściu z mojego gabinetu – i jak zabrzmiało moje imię w jej bystrych ustach. Czy mnie przejrzała? Czy celowo się stawia? Tłumaczę, że poza rodziną nikt nie mówi mi „Christian”…

Nawet nie wiem, czy to moje prawdziwe imię.

Nie ruszaj tego, Grey.

Zmieniam temat. Chcę się o niej czegoś dowiedzieć.

– Jesteś jedynaczką?

Kilka razy mruga powiekami, nim odpowie, że tak.

– Opowiedz mi o swoich rodzicach.

Przewraca oczami i muszę powstrzymać odruch, by jej nie zbesztać.

– Mama mieszka w Georgii z nowym mężem, Bobem. Ojczym mieszka w Montesano.

Oczywiście wiedziałem o tym wszystkim z raportu, ale musiałem usłyszeć to z jej ust. To ważne. Układają się w życzliwy uśmiech, gdy mówi o ojczymie.

– A ojciec? – pytam.

– Mój ojciec zmarł, kiedy byłam mała.

Na moment z impetem ląduję w swoich koszmarach, patrzę na rozciągnięte na brudnej podłodze ciało.

– Przykro mi – mówię cicho.

– Nie pamiętam go – dodaje, przywracając mnie do teraźniejszości. Jej twarz się rozjaśnia, pogodnieje i wiem, że Raymond Steele był dla tej dziewczyny dobrym ojcem. Co do jej relacji z matką – to się zobaczy.

– Matka wyszła ponownie za mąż?

Śmieje się gorzko.

– Można tak powiedzieć. – Ale nie rozwija tematu. Jest jedną z niewielu znanych mi kobiet, które stać na to, by siedzieć i milczeć. To cudowne, ale nie w tej chwili.

– Nie jesteś zbyt wylewna, co?

– Ty też nie – odparowuje.

Och, panno Steele. Gramy dalej.

I z wielką przyjemnością, a także drwiącym uśmieszkiem przypominam jej, że już zrobiła ze mną wywiad.

– O ile dobrze pamiętam, zadałaś całkiem dociekliwe pytania.

Właśnie. Spytałaś mnie, czy jestem gejem.

Moje stwierdzenie przynosi żądany efekt – jest zażenowana. Zaczyna paplać o sobie, kilka szczegółów jest uderzających. Jej matka to nieuleczalna romantyczka. Pewnie kobieta z czwartym mężem przedkłada nadzieję nad doświadczenie. Czy ona wdała się w matkę? Nie potrafię się zdobyć, żeby ją o to zapytać. Gdyby powiedziała, że tak – nie byłoby dla mnie nadziei. I nie chcę, żeby ta rozmowa kwalifikacyjna się skończyła. Zbyt wielką sprawia mi przyjemność.

Pytam ją o ojczyma, a ona potwierdza moje przeczucia. Jest oczywiste, że go kocha. Twarz jej się rozświetla, gdy o nim mówi: o jego pracy (jest cieślą), jego hobby (piłka nożna i wędkowanie). Wolała zamieszkać z nim, gdy mama wyszła za mąż po raz trzeci.

Interesujące.

Prostuje ramiona.

– Opowiedz mi o swoich rodzicach. – Usiłuje odwrócić uwagę od swojej rodziny. Nie lubię o nich mówić, więc podaję gołe fakty.

– Tato jest prawnikiem, mama pediatrą. Mieszkają w Seattle.

– A czym się zajmuje twoje rodzeństwo?

Interesuje ją to? Pokrótce odpowiadam, że Elliot pracuje w budownictwie, a Mia jest w szkole kucharskiej w Paryżu. Słucha zachwycona.

– Podobno Paryż jest cudowny – wzdycha z rozmarzeniem.

– Jest piękny. Byłaś tam?

– Nigdy nie opuściłam granic Stanów. I to części kontynentalnej. – Jej głos gaśnie zabarwiony smutkiem. Mógłbym ją tam zabrać.

– Chciałabyś pojechać?

Najpierw Cabo, teraz Paryż? Weź się w garść, Grey.

– Do Paryża? Oczywiście. Ale tak naprawdę chciałabym zwiedzić Anglię.

Ekscytacja rozjaśnia jej twarz. Panna Steele chciałaby podróżować. Ale dlaczego do Anglii? Pytam ją o to.

– To ojczyzna Szekspira, Jane Austen, sióstr Brontë, Thomasa Hardy’ego. Chciałabym zobaczyć miejsca, które zainspirowały tych ludzi do napisania tak cudownych książek. – Widać, że to jej pierwsza miłość.

Książki.

To samo powiedziała wczoraj w Claytonie. A więc konkuruję z Darcym, Rochesterem i Angelem Clare’em; beznadziejnie romantycznymi bohaterami. Tego dowodu szukałem. Jest nieuleczalną romantyczką, jak jej matka – czyli nic z tego nie będzie. Na domiar złego patrzy na zegarek. Skończyła.

Spieprzyłem tę sprawę.

– Muszę już iść – mówi. – Mam dużo nauki.

Proponuję, że odprowadzę ją do samochodu przyjaciółki, co oznacza, że jeśli chcę dopiąć swego, będę musiał wracać do hotelu na piechotę.

Ale czy powinienem to ciągnąć?

– Dziękuję za zaproszenie na herbatę – mówi.

– Proszę bardzo, Anastasio. Cała przyjemność po mojej stronie.

Kiedy mówię te słowa, zdaję sobie sprawę, że ostatnie dwadzieścia minut było… przyjemne. Posyłam jej mój najbardziej oszałamiający uśmiech, z gwarancją podboju, i podaję rękę.

– Chodźmy.

Bierze moją dłoń i gdy wracamy do Heathmana, nie mogę się nadziwić, że tak mi dobrze, gdy czuję jej uścisk.

A nuż by się udało…

– Zawsze nosisz dżinsy? – pytam.

– Prawie zawsze.

To drugi minus. Najpierw nieuleczalna romantyczka, teraz noszenie dżinsów… Lubię moje kobiety w spódnicach. Lubię łatwy dostęp.

– Masz dziewczynę? – pyta ni z tego, ni z owego.

To trzeci minus. Wycofuję się z tej sprawy. Jej marzy się romans, a ja nie mogę jej go dać.

– Nie, Anastasio. Dziewczyny to nie moja bajka.

Wyraźnie zdziwiona odwraca się do mnie i niechcący schodzi na jezdnię.