Chodziłem po słonecznej stronie ulicy - Robert Ackermann - ebook

Chodziłem po słonecznej stronie ulicy ebook

Robert Ackermann

0,0

Opis

Chodziłem po słonecznej stronie ulicy – to epos o dzieciństwie żydowskiego chłopca urodzonego na Górnym Śląsku tuż po II wojnie światowej. To książka o dorastaniu w świecie, gdzie inteligencja spotyka się z ulicą, a elegancja z brutalnością życia. O byciu jednocze śnie „tu i tam”, Polakiem i Żydem, dzieckiem kultury i ulicy. Pełna żywych scen, wyrazistych postaci i prawdy, której nie da się wymyśleć. Autor, Robert Ackermann, z niezwykłą precyzją i autentycz nością odtwarza rzeczywistość PRL-u od podwórkowych bójek przez handel walutą na granicy prawa po dramaty tożsamości i pamięci. Chodziłem po słonecznej stronie ulicy – to szeroko zakrojona literacka epopeja o dorastaniu w świecie, który dopiero co podniósł się z ruin – i już zaczyna budować nowe podziały . To książka o formowaniu się świadomości: powolnym, często bolesnym rozpoznawaniu własnego miejsca – wśród ludzi, którzy sami nie są pewni, kim są. Autor rekonstruuje świat PRL-u bez nostalgii i bez oskarżeń. Pokazuje rzeczywistość, w której codzienność splata się z historią, a tożsamość nie jest dana raz na zawsze. Bohater dorasta w rzeczywistości, gdzie granice nie przebiegają tylko między państwami, ale także między ludźmi – i wewnątrz nich samych. Uczy się języka świata, w którym wiele rzeczy pozostaje niewypowie dzianych. Chodziłem po słonecznej stronie ulicy to książka, która nie oferuje zamknięcia. Pozostawia Czytelnika w stanie czuj ności – wobec historii, języka i własnego miejsca w opowieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 483

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Robert

Ackermann

Chodziłem po słonecznej

stronie ulicy

Chodziłem po słonecznej stronie ulicy

Copyright © Robert Ackermann

Redakcja i korekta: dr Anna Mierzejewska

Projekt okładki i skład tekstu: Studio Grafpa

ISBN 978-83-981377-2-0

Piaseczno 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem Roberta Ackermanna, autora książki Chodziłem po słonecznej stronie ulicy.

Printed in Poland

Portret z dzieciństwa – Robert Ackermann (zbiór własny)

Autor poprowadzi Czytelnika przez powojenny Śląsk z precyzją i zmysłem obserwacji: od bójek na skwerkach i pierwszych przyjaźni, przez świat zakazanych interesów, półlegalnego handlu i niepisanych zasad ulicy, aż po intymne dramaty tożsamości. To będzie opowieść o podwójnym życiu: między polskością a żydowskością, między pamięcią a przemilczeniem, między tym, kim się jest – a kim pozwala się być, o świecie, który zniknął, i o ludziach, którzy nauczyli się żyć w dwóch rzeczywistościach naraz.

Rozdział 1

Ostatni Żydzi na świecie

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Oddzielił światło od ciemności, stworzył ptactwo, ryby, rośliny zielone i drzewa. Stworzył wszelkie istoty naziemne, na koniec uczynił z prochu ziemi mężczyznę i niewiastę.

Minęło 5705 lat. Ziemia znów była bezładem i pustkowiem, a Bóg patrzył na nią z góry i widział, że spowija ją ciemność. Spoglądał na dół z nadzieją, że ujrzy istotę ludzką, z krwi i kości i z ludzką duszą. A świat opanowały demony.

Wyszła z ziemnej kryjówki. Z mrocznej jamy przykrytej zeszłorocznymi gałęziami i suchymi liśćmi. Wraz z wiosennym słońcem i pączkami na drzewach po raz pierwszy od trzech lat szła przed siebie. Kroczyła boso po małopolskiej łące, a proch ziemi, która wchłonęła tyle krwi, brudził jej miękkie stopy. Świat po apokalipsie. „Czy jest ostatnią Ocalałą?” – kołatało jej w umyśle to jedno uporczywe pytanie.

Była głodna, zmęczona, zmarznięta. Szła w kierunku miasta, nie mając nadziei, że ono jeszcze istnieje. Czy w mieście żyją istoty ludzkie? Czy usłyszy zrozumiały język?

Jej oczy odwykły od słonecznego światła, jej uszy zapomniały ludzkiej mowy. Była jak zamrożona, jak zahibernowana. Odległa o tysiące eonów gwiazda wysyłała fale świetlne, które pełgały po jej rozpuszczonych włosach i skurczonych od zimna mięśniach. Powoli odzyskiwała wzrok i słuch. Nauczyła się pod ziemią, że aby przeżyć, nie wolno patrzeć, słyszeć i czuć.

Słyszała śpiew skowronków i ćwierkanie polnych wróbli, widziała pierwsze pędy zielonej trawy i oziminy wyrywającej się do światła przez błotniste bruzdy ziemi.

I nagle z naprzeciwka pojawił się on: Mężczyzna. Barczysty, ogorzały, piękny, dorodny. Zatrzymała się, a serce biło jej jak szalone.

– Mam na imię Natan.

– To znaczy, że pan jest Żydem?

Mężczyzna patrzył przenikliwie na Kobietę. Twarz miał naznaczoną zmęczeniem, ale oczy były żywe, uważne.

– A pani? Pani też, prawda? Myślałem, że już nigdy nie spotkam Żydówki.

Zasłoniła usta dłonią. Łzy napłynęły jej do oczu.

– Sądziłam, że nie ma już naszego narodu na ziemi. Wyszłam z jej środka i szłam na oślep w poszukiwaniu Człowieka.

– Nie, nie jest pani sama. Ja też ocalałem. Żyję i chcę żyć.

Wyciągnął rękę. Ona spojrzała na nią nieufnie, a potem uścisnęła – drżąco, jakby dotykała ostatnich śladów człowieczeństwa we wszechświecie.

– Teraz jesteśmy tylko my. Reszta dopiero się okaże.

Ona była Ewą i trzymała za rękę jedynego Adama. To właśnie było Genesis, zapoczątkowanie Nowej Ery. Trzeba od początku stworzyć cywilizację. Dwie samotne ludzkie monady połączyły się w zadziwiający i niezwykły sposób, tworząc coś niepowtarzalnego: ludzkie życie. Moje życie.

W raju Bóg dał Adamowi zwierzęta. Stworzył je, by były pokarmem dla niego i jego żony i potomstwa z niej zrodzonego. A mój ojciec miał krowę. Tak jak pierwszy człowiek na ziemi, który został ulepiony z jej prochu w następnym dniu po stworzeniu bydła. Jakim cudem było w tym postapokaliptycznym czasie mieć zwierzę dające codzienny pokarm! To dzięki niemu przeżył on i jego małżonka i dzięki temu ja rosłem i rozwijałem się w łonie mojej matki. Moje serce, moje nerki, moje trzewia, moje kości i ścięgna powstały z krwi mojej matki karmionej mlekiem zwierzęcej rodzicielki.

Kiedy zamykam oczy i przenoszę się myślami do Polski, to tak wyobrażam sobie spotkanie moich rodziców w małopolskim bezludnym Edenie. Matka, ojciec – ocaleńcy z Zagłady i krowa żywicielka. I decyzja, która była jak błysk pioruna: będziemy razem i stworzymy rodzinę.

Żydzi polscy, którzy przeżyli wojnę, nie chcieli opowiadać o przeszłości. Nie inaczej było w moim domu. Wiem tyle, że moja mama była przekonana, że spotkała jedynego Żyda na świecie i nie zastanawiała się ani chwili, czy to będzie jej mąż czy nie.

Niestety, bardzo niewiele przekazano mi na temat przedwojennych losów mojej mamy. Miała na imię Aleksandra, ale mówiono do niej „Lola”. Pochodziła z dobrego domu Grossów, zasymilowanych polskich Żydów. Wspominała, że miała piękne dzieciństwo i nie zachowała żadnych negatywnych wspomnień we wczesnych latach, jeśli chodzi o antysemityzm.

Dziadkowie mieszkali w Krakowie, mieście, które do końca XVI wieku było stolicą Polski. Mama odebrała solidne wykształcenie, uczyła się francuskiego, niemieckiego, łaciny i greki oraz gry na pianinie. Nabywała dobrych manier, elegancji i znajomości etykiety obowiązującej w inteligenckich domach. Nie wiem, do której z krakowskich szkół chodziła. Nie były to na pewno szkoły wyznaniowe. Po dobrze zdanej maturze wybrała polonistykę na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, najstarszej polskiej uczelni ufundowanej przez pierwszą kobietę-króla, Jadwigę Andegaweńską.

Moja mama, niezwykle zdolna i oczytana, erudytka, skończyła studia ze świetnymi ocenami, co było wybitnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę jej żydowskie pochodzenie i fakt, że w latach trzydziestych sytuacja polityczna w kraju zaczęła robić się skomplikowana. Konflikty polsko-żydowskie rozgrzewały atmosferę akademicką, zaczęto wprowadzać ograniczenia dla studentów pochodzenia żydowskiego, getta ławkowe, pojawiały się incydenty wrogości i prześladowań. A ona zgłębiała serce polskości – język i literaturę.

Po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim mama pojechała kontynuować naukę w Wiedniu. Kraków zawsze ciążył ku stolicy Austrii; był pod jej zaborem przez ponad sto lat. Znaczenia ośrodka monarchii Habsburgów nie sposób przecenić. To było centrum życia kulturalnego, artystycznego, intelektualnego, finansowego, dyplomatycznego i politycznego. A z Galicji nie było tak daleko i było dogodne połączenie kolejowe. Oczywiście, to już były czasy po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, niemniej tradycja pozostała i krakowianie uważali za oznakę najwyższej nobilitacji doświadczenie wiedeńskiej egzystencji.

W Austrii mama studiowała germanistykę i filozofię. Lubowała się od małego w naukach humanistycznych. Wiedeń tamtych lat był jeszcze spokojnym miejscem, nad którym dopiero powoli gromadziły się ciemne chmury. W kawiarniach przy Ringstraße pachniało kawą i dymem cygar, a w powietrzu unosił się cichy ferment rozmów o duszy, o ego i o Freudzie. W tamtych salach, gdzie rozbrzmiewały nazwiska Husserla, Wittgensteina i Heideggera, matka miała zaledwie dwadzieścia dwa lata i umysł, który jeszcze wierzył, że świat można zrozumieć.

Przyjechała z Polski – z domu, w którym wciąż pachniało szabatem, choć nikt już nie zapalał świec. Ojciec wysłał ją do Wiednia z nadzieją, że tam znajdzie coś więcej niż los tradycyjnej żony i matki. W listach pisał: „Ucz się, córeczko. Filozofia to wolność, a wolność jest dziś rzeczą rzadką.”

Uniwersytet Wiedeński przyjął ją chłodno, ale nie wrogo. Kobieta na wydziale filozofii nie była już wyjątkiem, choć wciąż spoglądano na nią z ciekawością. W salach wykładowych siedzieli młodzi ludzie z całej Europy: Niemcy, Czesi, Węgrzy i Rosjanie, którym udało się uciec z ZSRR. Dyskutowali o fenomenologii, o „intencjonalności świadomości”, o tym, czy człowiek poznaje świat, czy tylko jego cień. Studenci przychodzili na wykłady w eleganckich płaszczach i z książkami owiniętymi w płótno, a po zajęciach szli do kawiarni – nie na kawę, lecz po rozmowę. Wiedeń żył dialogiem. W kawiarniach Central, Museum, Landtmann, Sperl przy stolikach siedzieli ludzie z całej Europy: młodzi lekarze, filozofowie, poeci i politycy. Mówiono tam wszystkimi językami dawnego cesarstwa, ale ton nadawał niemiecki – język Freuda, język, który uczył nowego myślenia.

Matka słuchała wykładów profesora Moritza Schlicka, tego samego, który wierzył, że język jest kluczem do prawdy. Kiedy wychodziła po zajęciach, szła do kawiarni Central, gdzie przy stolikach siedzieli uczeni, poeci i lekarze, a kelnerzy rozlewali kawę z manierą cesarskiego dworu. Tam po raz pierwszy usłyszała rozmowę o psychoanalizie, o „nieskończonej przestrzeni nieświadomości”.

– Freud to nowy Mojżesz – powiedział pewnego dnia młody doktorant, paląc papierosa. – Zamiast tablic przykazań przyniósł nam sny.

Matka uśmiechnęła się.

– A może tylko je nazwał, sklasyfikował i opisał? – odpowiedziała.

Wiedeń był wtedy centrum nowych idei. Wystarczyło usiąść przy stoliku, zamówić melange i już można było wdać się w spór o sens świata. W jednym rogu sali mówiono o muzyce Schönberga, w drugim o narodzinach faszyzmu. Każdy miał swoją teorię, lecz nikt nie znał niedalekiej przyszłości.

Wiedeń lat trzydziestych był jeszcze piękny – jak władczyni, która wciąż nosi klejnoty z dawnych czasów, choć wie, że jej imperium już nie istnieje. Miasto pachniało czekoladą, kawą i marcepanem, woskiem z politurowanych parkietów i perfumami z eleganckich drogerii. Wzdłuż Ringstraße jeździły tramwaje, a panowie i panie w kapeluszach spacerowali po Kärntner Straße z godnością. Na balkonach kamienic grały gramofony, a z otwartych okien słychać było walce Straussa – ostatnie tchnienie dawnego cesarstwa, które wierzyło w rytm i porządek.

Moja mama, młoda Polka z Galicji, wchodziła w ten świat z mieszaniną nieśmiałości i zachwytu. Ubrana skromnie, ale z elegancją, której nauczyła się w domu, przychodziła na wykłady z notatnikiem i piórem. Studiowała nie tylko filozofię i germanistykę, ale także sztukę życia – tę wiedeńską umiejętność bycia pomiędzy słowem a gestem.

To właśnie w tym świecie poznała Helenę Deutsch – kobietę, która zdawała się uosabiać całą nowoczesność i wolność Wiednia. Deutsch była już wtedy znaną psychoanalityczką, uczennicą Freuda, jedną z pierwszych kobiet w historii, które mogły mówić o psychice kobiety nie z zewnątrz, lecz z wnętrza jej doświadczenia. Helena była polską Żydówką i jej rodzice, tak samo jak moi dziadkowie, całkowicie zasymilowali się mieszkając w Polsce. Podobnie jak moja mama, Deutsch urodziła się w Galicji. Nosiła się prosto, z dystynkcją: ciemny kostium, biała bluzka, cienki sznur pereł, włosy upięte nisko, spojrzenie przenikliwe, ale łagodne.

Pewnego jesiennego dnia, kiedy mama weszła do małego pokoju spotkań studentek i studentów, Helena siedziała już tam, w kapeluszu i z teczką pełną notatek, i mówiła spokojnym głosem o tym, co znaczy być kobietą w medycynie, co znaczy mieć własny głos w świecie, który dotąd głównie słuchał mężczyzn. Matka usiadła nieco z boku, nasłuchując. I wtedy Helena się zwróciła – patrząc jej w oczy – i powiedziała coś w rodzaju: „Nie pozwól, żeby ktokolwiek ci powiedział, że jest coś na tym świecie niemożliwego”.

Jej opowieść była inspirująca: Helena mówiła, że gdy była młoda, uciekała z domu dwa razy, bo chciała dalej się uczyć – jak wspominała: „Mój wyjazd stał się dla nich sygnałem i zachętą… Idąc za moim »demoralizującym« przykładem, sześć odważnych dziewcząt … postanowiło opuścić swoje zamożne i pełne wygód domy”.

W kolejnych tygodniach spotykały się co jakiś czas w jednej z kawiarni przy Ringstraße, gdzie Helena dzieliła się refleksjami – o freudowskiej psychoanalizie, o kobiecości, o tym, jak medycyna może być misją, a nie tylko zawodem. Spotkanie z Heleną miało znaczenie symboliczne. W Galicji, skąd obie pochodziły, świat kobiet był nadal naznaczony ograniczeniami: edukacja, praca, wolność – wszystko to było powoli zdobywane. A w Wiedniu, dzięki niej, zobaczyła, że żyje tu kobieta, która nie tylko przeszła tę drogę, ale stała się autorytetem.

Helena opowiedziała, że po studiach medycznych pracowała jako asystentka w klinice psychiatrycznej w Wiedniu.

– Nie chodzi tylko o to, by być lekarzem, ale by zrozumieć człowieka i jego lęki i jego nadzieje. – powiedziała.

Kiedyś po wykładzie z psychologii klinicznej matka usiadła na końcu sali, by posłuchać jej prelekcji. Helena mówiła o kobiecości, o tym, że „uczucia kobiety nie są kopią uczuć mężczyzny, lecz ich własnym światem, zrodzonym z biologii, ale także z historii”. Słowa te zapadły matce w pamięć – tak bardzo różniły się od wszystkiego, czego uczono ją wcześniej.

Helena Deutsch mówiła o kompleksie macierzyństwa, o tym, że kobieta może żyć rozdarta między miłością a obowiązkiem, między pożądaniem a troską. Twierdziła, że społeczeństwo wymaga od kobiet niemożliwego: by były mądre, a zarazem ciche, ambitne, a jednocześnie skromne. „W tym pęknięciu – mówiła – rodzi się nasza dusza i nasz charakter.”

Po wykładzie matka długo chodziła po mieście. Przechodziła przez plac Marii Teresy, potem wzdłuż Opery, gdzie z wnętrza słychać było próbę orkiestry grającej uwerturę do Nabucco. Świat wydawał się wtedy nieskończenie uporządkowany, a jednocześnie kruchy. Wiedeń był miastem myśli i iluzji – iluzji, że rozum i kultura mogą uchronić człowieka przed barbarzyństwem.

Wieczorami w kawiarni Landtmann siadała przy stoliku, przy którym podobno bywał sam Freud. Zamawiała Einspänner i ciastko z wiśniami, rozkładała książki. Czasem przychodziła też Helena – przysiadała się i zaczynała rozmowę o uczuciach, o literaturze, o tym, co to znaczy „rozumieć człowieka”.

Mama patrzyła na nią z podziwem: oto kobieta, która wyjechała z Galicji, z Przemyśla – z tej samej ziemi, z której ona pochodziła – i zdobyła świat. Helena opowiadała, że jeszcze niedawno sama musiała walczyć o prawo do studiowania, że kiedyś w męskim świecie medycyny słyszała: „Kobieta może być pacjentką, ale nie lekarzem”. I że to ją tylko wzmocniło.

Wiedeń tamtych lat był pełen kobiet takich jak ona: pianistki, lekarki, poetki, które dopiero teraz mogły mówić własnym głosem. Ich rozmowy mieszały się z dźwiękami walców, stukotem tramwajów i śmiechem młodych oficerów. Ale w powietrzu dawało się wyczuć już coś ciężkiego, nieuchwytnego – jakby historia wstrzymywała oddech.

„Nie bój się myśleć” – powiedziała jej kiedyś Helena Deutsch. „Myślenie jest formą odwagi.” Te słowa matka zapisała w pamięci i nosiła ze sobą jeszcze długo, nawet po wojnie, kiedy świat, który znała, przestał istnieć.

Na ulicach Wiednia rozbrzmiewały różne języki, ale coraz częściej wśród nich słychać było krzyk: „Raus mit den Juden!” – jakby miasto zaczynało się jąkać, duszone kotłująca się wewnątrz własną nienawiścią.

Matka nie rozumiała wtedy jeszcze, że to nie tylko krzyk ulicy, lecz zapowiedź końca. W bibliotece uniwersyteckiej siedziała między półkami, gdzie pachniało kurzem i tuszem, i czytała Kanta, jakby jego „rzecz sama w sobie” mogła ją ochronić. Pisała w dzienniku: „Świat jest pełen słów, ale coraz mniej ludzi je słyszy.”

Czasami spotykała koleżankę z Galicji, Sarę, która studiowała germanistykę i wierzyła w poezję Rilkego bardziej niż w Boga. Razem chodziły na spacery promenadą nad Dunajem. Rozmawiały o tym, czy można wierzyć w dobro po wojnie, której nie przeżyły, ale o której mówiło się jak o cieniu z tyłu głowy. Sara mawiała: „Europa jest jak dom po wielkim pożarze – wszyscy chodzą, szukają resztek porcelany.”

Kiedy w 1934 roku zamordowano Schlicka, matka po raz pierwszy poczuła, że filozofia nie wystarczy, by zrozumieć świat. Zaczęła pisać do ojca coraz krótsze listy. Wspominała o książkach, ale między wierszami było widać lęk.

„Na wykładzie siedział chłopiec w brunatnej koszuli. Nie patrzył na profesora, tylko na mnie. Śmiał się.”

Mimo to nie wyjechała od razu. Została jeszcze, jakby chciała zapamiętać każde słowo, każdy kamień, każde okno Wiednia przed jego śmiercią. Chodziła do opery, do muzeum, słuchała Mozarta i Mahlera i myślała, że kultura to mur, który zatrzyma barbarzyństwo.

Nie zatrzymał.

W 1937 roku, gdy na fasadach kamienic pojawiły się flagi ze swastyką, zrozumiała, że czas filozofii się kończy. Ostatni wykład, na którym była, dotyczył sensu słowa „prawda”. Profesor mówił, że prawda wymaga odwagi. Ona siedziała w ostatnim rzędzie i wiedziała już, że odwaga będzie potrzebna nie w słowach, tylko w życiu.

Wróciła do Polski z kilkoma książkami, starym notesem i listem od Sary, która została w Wiedniu. Pisała w nim tylko jedno zdanie:

„Nie wiem, czy Bóg milczy, czy mówi językiem, którego już nie rozumiemy.”

Matka nie opowiadała o tamtych latach. Zdarzyło się, że kiedyś, gdy siedziała przy stole w Bytomiu wymknęło jej się zdanie:

– W Wiedniu wszyscy wierzyli, że rozum ocali świat. Ale świat nie posłuchał rozumu.

Tak skończył się jej Wiedeń – miasto dźwięków, myśli i pytań. A w mojej wyobraźni został obraz: młoda kobieta w płaszczu z karakułowym kołnierzem, z książką pod pachą, idąca przez plac Karla Luegera, po którym wiał wiatr historii, niosąc z sobą zapach kawy, popiołu i utraconej mądrości.

Po powrocie do Krakowa moja mama wyszła za mąż za adwokata. On również był Żydem. W latach trzydziestych nie do pomyślenia było, żeby Żydówka wyszła za goja. Niestety zbyt długo nie cieszyła się wspólnym życiem małżeńskim, ponieważ wybuchła II wojna światowa. Jej pierwszy mąż zginął, a ona sama przez całą okupację ukrywała się w lesie w okolicach Krakowa. Po tym jak Armia Czerwona zmusiła hitlerowców do wycofywania się, mogła opuścić swoją kryjówkę. To był rok 1945. Wtedy poznała mojego tatę.

Ojciec urodził się w Tarnopolu, który, podobnie jak Kraków, długo znajdował się w zaborze austriackim, a po odzyskaniu niepodległości ponownie znalazł się w granicach Polski.

Natan Mittelman, bo tak się nazywał, był typowym galicyjskim Żydem, takim, który został setki razy sportretowany na łamach arcydzieł literatury światowej, dzieł filmowych czy malarskich.

Galicja była zapomnianą przez Boga i ludzi prowincją. Obywatele żyli w wielkiej biedzie, a galicyjskie sztetle przedstawiały często obraz nędzy. Rodziny były liczne, a ze względów społecznych nie wolno było Żydom uprawiać ziemi. Przemysłu tutaj nie było. Do XIX wieku panowały w Galicji stosunki feudalne, takie jak na Zachodzie w średniowieczu. Po traktacie wersalskim, kiedy Polska na nowo mogła gospodarować tymi ziemiami, jej władze stanęły wobec olbrzymich trudności.

Przez dziesiątki lat narastały mity o Żydach galicyjskich, wyciskających pieniądze z kamienia. Byli zmuszeni do nędznego życia, bo nie było na tych terenach żadnej infrastruktury, przemysłu, bogactw mineralnych, a żyć z czegoś przecież trzeba było. Ojciec miał kilkoro rodzeństwa, było ich, zdaje się, sześcioro – bracia i siostry. Nie byli to religijni Żydzi, ale święta obchodzili. Tata nie miał możliwości, żeby się dłużej kształcić. Potrafił czytać i pisać, mówił świetnie w jidysz, czytał też po hebrajsku, chociaż nie uczęszczał do szkół religijnych. Panowała w nich dyktatura rabinacka. Młodzi ludzie często się przeciw niej buntowali i przystępowali do różnych ruchów politycznych, które umożliwiały emancypację.

Choć mój tata nie mógł pochwalić się akademickim wykształceniem, miał za to niezwykły urok osobisty, który pozwalał mu iść do przodu i zjednywał mu ludzi. Cieszył się ogromnym powodzeniem wśród kobiet. Był postawnym, przystojnym i czarującym mężczyzną. Lojalność, serdeczność, słowność – te cechy zjednywały mu wielu przyjaciół na wszystkich etapach jego życia. Do tego był przedsiębiorczy i pomysłowy, taki jak Żydzi opisani w powieściach Izaaka Singera czy przez polskich powieściopisarzy: Bolesława Prusa albo Elizę Orzeszkową.

Na przykład wpadł na pomysł, że będzie prażył nasiona słonecznika. Przygotowywał towar nocą, a w dzień tym handlował. W ten sposób utrzymywał całą liczną rodzinę. Łączyły go mocne więzi z najbliższymi. W tamtych czasach wszyscy czuli się za siebie odpowiedzialni, a on do tego wszystkiego miał silny instynkt opiekuńczy. Troszczył się o krewnych, przyjaciół, a często i o nieznajomych. Ludzie to widzieli i doceniali, a nieraz – wykorzystywali.

Żydowskie rody w polskiej Galicji żyły bardzo blisko siebie, często na małej powierzchni, stąd ich życie wspólnotowe musiało być podporządkowane jasnym regułom i wymagało ograniczania samolubstwa. Twarde warunki bytowe kształtowały jednostki odporne na życiowe zawirowania, samodzielne, przedsiębiorcze, a żydowski akcent kładziony na edukację powodował, że nawet bardzo biedne rodziny uczyły i synów i córki sztuki czytania, co od razu dawało życiowe szanse większe niż to było w rodzinach gojów, którzy żyli w tej samej okolicy.

W tamtych czasach Galicja była jak pograniczny świat – pomiędzy Wschodem a Zachodem, pomiędzy religią a nowoczesnością. W miasteczkach takich jak Tarnopol, Brody, Buczacz czy Stryj życie toczyło się powoli, w rytmie modlitwy, jarmarku i pór roku. Zapach świeżych bajgli i cebuli mieszał się z wonią smoły i końskiego potu na rynku, gdzie spotykali się wszyscy – Żydzi, Polacy, Rusini, Ormianie. Dzieci biegały wśród straganów, kobiety targowały się o len i mąkę, a starcy z pejsami przysiadywali pod murami bóżnicy, dyskutując o proroctwach i cenach miedzi.

Historia żydowskiego Tarnopola zaczynała się niemal równocześnie z historią samego miasta. Gdy w XVI wieku hetman Jan Tarnowski lokował osadę na kresowym pograniczu, zaprosił do niej także Żydów – zastrzegając jedynie, że nie będą mieszkać na rynku, lecz zobowiązał ich do współudziału w obronie murów. Od początku więc ich obecność wpisana była w strukturę miasta: byli kupcami, dzierżawcami, rzemieślnikami, pośrednikami między światem Wschodu a Zachodu.

Miasto rodzinne mojego ojca nie znało spokoju. Wojny kozackie połowy XVII wieku przyniosły zniszczenie i śmierć; powstanie Chmielnickiego przetoczyło się przez Podole jak ogień. Tarnopol spłonął, a wraz z nim straciło życie wielu jego mieszkańców. Społeczność żydowska – zdziesiątkowana – odbudowała się jednak z uporem. W kolejnych dziesięcioleciach handel zbożem i bydłem stał się podstawą jej bytu, a miasto zaczęło znów oddychać rytmem targów i modlitw.

W XVIII i XIX wieku Tarnopol wyrósł na jeden z ważniejszych ośrodków żydowskich Galicji. Synagogi i domy modlitwy wyznaczały duchową mapę miasta, a rabini z rodu Babadów przez pokolenia nadawali ton jego religijnemu życiu. Był to świat silnej tradycji, skrupulatnej nauki Talmudu, rytmu świąt i postów, świat uporządkowany przez prawo i pamięć.

A jednak właśnie tutaj, w tej samej przestrzeni, rozgorzał spór o nowoczesność. Na początku XIX wieku pojawił się Józef Perl, maskil – człowiek oświecenia żydowskiego. Założył nowoczesną szkołę, w której obok tradycyjnych studiów religijnych uczono języków, matematyki, przedmiotów świeckich. Chciał, by młodzi Żydzi Galicji potrafili wejść w świat państwowych gimnazjów i europejskiej kultury, nie tracąc własnej tożsamości. Jego działalność wywołała gwałtowny sprzeciw środowisk chasydzkich. Spór nie był jedynie pedagogiczny – był walką o duszę wspólnoty. W satyrycznym dziele Megale temirin Perl uderzał w przeciwników ostrzem ironii. Tarnopol stał się areną intelektualnego napięcia między tradycją a modernizacją.

W drugiej połowie XIX wieku miasto rozwijało się dynamicznie. Żydzi stanowili znaczną część mieszkańców – niemal połowę populacji na początku XX wieku. Byli obecni w handlu, w rzemiośle, w życiu miejskim. Powstawały organizacje społeczne i polityczne, także syjonistyczne. W 1893 roku utworzono pierwszy związek syjonistyczny, wyrażający tęsknotę za odrodzeniem narodowym w Ziemi Izraela. Równolegle trwały procesy asymilacyjne i lojalność wobec państwa habsburskiego, a później wobec odrodzonej Polski. Tarnopol był miejscem wielogłosowym – religijnym, narodowym, społecznym.

Przez place i drogi Tarnopola przetaczały się wozy chłopskie z Podola, z okolic Zbaraża, Trembowli, Buczacza. A wraz z nimi – krowy, jałówki, byki, cielęta. Żywy kapitał.

Mój ojciec miał wtedy dwadzieścia trzy lata. Był dobrze zbudowany, szeroki w ramionach, z ciemnymi włosami i tym szczególnym spojrzeniem, które łączyło czujność z uśmiechem. Miał instynkt handlowy i zdolność czytania ludzi szybciej niż oni sami czytali rachunki.

Właśnie wtedy związał się w interesach z innym młodym Żydem – Menachemem Goldbergiem. Goldberg był jego rówieśnikiem, może o rok starszy. Niższy, szczupły, o bystrych, lekko przymrużonych oczach. Mówił szybko, rachował jeszcze szybciej. Tam, gdzie ojciec wchodził w relację, Goldberg widział liczby. Tworzyli duet idealny.

Handel bydłem nie był zajęciem romantycznym. To była ciężka, fizyczna praca i gra nerwów. Wstawali przed świtem. W zimie jechali saniami, w lecie wozem zaprzężonym w konia. Drogi były wyboiste, błotniste, pełne kolein. Gdy docierali na jarmark – w Tarnopolu albo w jednej z okolicznych wsi – życie już wrzało.

Na rynku stały dziesiątki zwierząt. Uwiązane do drewnianych palików. Chłopi w lnianych koszulach i baranicach, Żydzi w kapeluszach i chałatach, Polacy, Rusini – wszyscy targowali się zawzięcie. Słowo było jak broń. Uścisk dłoni kończył transakcję, ale zanim do niego doszło, trzeba było przejść przez rytuał.

Ojciec i Goldberg chodzili wzdłuż rzędów krów jak generałowie oglądający wojsko.

– Ta ma dobre biodro – mówił ojciec półgłosem, naciskając dłonią zad zwierzęcia. – Zobacz, jak stoi. Nogi mocne.

Goldberg przykucał, zaglądał pod ogon, sprawdzał wymię.

– Mleczna, ale wychudzona. Chłop ją przetrzymał na słomie. Trzeba będzie dokarmić.

Podchodzili do właściciela.

– Ile pan chce? – zaczynał ojciec spokojnie, jakby pytał o pogodę.

– A ile pan da? – odpowiadał chłop, spluwając w bok.

Cena wyjściowa zawsze była zawyżona. Zaczynała się gra.

– Panie, za taką krowę? – wtrącał się Goldberg. – Przecież ona ledwo stoi. Trzysta złotych to i tak dużo.

– Trzysta?! – oburzał się sprzedawca. – Za darmo mam oddać? Czterysta pięćdziesiąt i ani grosza mniej.

Ojciec uśmiechał się lekko.

– Czterysta pięćdziesiąt to pan może w Stanisławowie dostać. Tu jest Tarnopol. Trzysta dwadzieścia i bierzemy od razu.

– Trzysta osiemdziesiąt.

– Trzysta trzydzieści i dorzuci pan powróz.

Milczenie. Spojrzenia. Krótka kalkulacja.

W końcu następował moment decydujący – splunięcie w dłoń i uścisk.

Tak rodził się obrót.

Bydło kupowane w okolicznych wsiach sprzedawali dalej – czasem rzeźnikom w Tarnopolu, czasem pośrednikom, którzy wysyłali transporty dalej na zachód. Zysk nie był ogromny na pojedynczej sztuce, ale przy kilku transakcjach dziennie robiła się suma, która pozwalała utrzymać rodzinę.

Między nimi – ojcem i Goldbergiem – istniało napięcie twórcze. Byli młodzi, ambitni, dumni.

Pewnego razu, po udanym targu pod Tarnopolem, usiedli na brzegu wozu, jedząc chleb z cebulą.

– Natan – powiedział Goldberg, licząc monety. – My całe życie będziemy tak stać w błocie?

Ojciec spojrzał przed siebie, gdzie nad polami unosił się kurz.

– A co chcesz robić? Zostać rabinem? Albo adwokatem w Krakowie?

– Chcę mieć własny skład. Nie tylko kupować i sprzedawać. Chcę, żeby ludzie przychodzili do mnie.

Ojciec zaśmiał się krótko.

– Najpierw niech przychodzą z pieniędzmi.

– Ty się śmiejesz, ale zobaczysz. Jeszcze będziemy kimś.

Ojciec spoważniał.

– My już jesteśmy kimś. Bez nas oni nie sprzedadzą, bez nas rzeźnik nie kupi. My łączymy wszystko w całość.

Goldberg zmrużył oczy.

– Tylko że nikt o tym nie pisze w gazetach.

– Gazety są dla tych, co mają czas czytać. My mamy czas liczyć.

Była w nich energia pokolenia, które nie chciało już tylko przetrwać. Chcieli budować. W ich rozmowach pojawiał się Lwów, Zamość, nawet Kraków . Ale na razie ich światem był rynek, wóz, zapach siana i dźwięk monet.

Ojciec potrafił przekonać najbardziej nieufnego chłopa. Nie kpił, nie wywyższał się. Mówił prostym językiem. Czasem opowiadał dowcip, czasem wspominał, że sam pochodzi z wielodzietnej rodziny. Budował zaufanie.

Gdy wracali wieczorem do Tarnopola, zmęczeni, brudni, ale zadowoleni, miasto witało ich światłem lamp naftowych i szmerem rozmów. W kieszeniach brzęczały monety, w głowach – plany.

Nie wiedzieli jeszcze, że ten świat jest kruchy. Że za kilka lat jarmarki zamilkną, a rynek, na którym stali ramię w ramię, stanie się miejscem strachu.

Ale wtedy, mając trochę ponad dwadzieścia lat, wierzyli w handel, w siłę słowa i w to, że kto umie patrzeć krowie w zęby i człowiekowi w oczy, ten poradzi sobie wszędzie. Właśnie ta szkoła jarmarku – surowa, bezlitosna, ucząca odwagi i błyskawicznej decyzji – pozwoliła mojemu ojcu przeżyć później to, czego nikt nie powinien był przeżyć.

Pewnego zimowego dnia ojciec z Goldbergiem wybrał się nie na jarmark do Tarnopola, lecz do oddalonej o kilkanaście kilometrów Trembowli. Miasteczko mniejsze, bardziej prowincjonalne, z ruinami starego zamku na wzgórzu i rynkiem, który w dni targowe zamieniał się w gęsty, hałaśliwy organizm.

Wyjechali jeszcze w nocy. Mróz ścinał oddech, para z pyska konia unosiła się jak dym. Natan siedział z przodu wozu, Goldberg z tyłu, owinięty w wełniany płaszcz.

– Dziś będzie ciężko – mruknął Goldberg. – Słyszałem, że przyjadą handlarze ze Stanisławowa.

– Tym lepiej – odpowiedział Natan. – Więcej konkurencji, większy ruch. Jak jest ruch, jest pieniądz.

Do Trembowli wjechali o świcie. Rynek już żył. Dzwoniły uprzęże, psy szczekały, kobiety sprzedawały jaja i sery, chłopi prowadzili bydło, ciągnąc je za powrozy. Nad wszystkim unosił się zapach gnoju, mokrej słomy i świeżo parzonej kawy zbożowej z karczmy przy rynku.

Tym razem interes był większy. Wieść niosła, że w oko­­licznych wsiach pojawiła się partia młodych byków – dobrze karmionych, przeznaczonych na ubój. Jeśli uda się kupić kilka sztuk po rozsądnej cenie, zysk będzie znaczący.

Zobaczyli je na skraju placu. Cztery rosłe byki, czarne, z szerokimi karkami. Przy nich stał Ukrainiec w wysokich butach i baranicy. Twarz twarda, zamknięta.

Ojciec podszedł pierwszy.

– Sława Bohu – przywitał się spokojnie.

Mężczyzna skinął głową.

– Bohu sława.

Goldberg obszedł zwierzęta bez słowa. Dotykał grzbietu, sprawdzał racice.

– Ile za sztukę? – zapytał tata.

– Pięćset.

Goldberg prychnął cicho.

– Pięćset? Za tyle to można w Tarnopolu kupić od rzeźnika gotowe mięso.

– To nie Tarnopol – odpowiedział chłodno sprzedawca. – To Trembowla.

Ojciec spojrzał mu prosto w oczy.

– Cztery sztuki to już nie detal. Weźmiemy wszystkie. Ale nie po pięćset.

– A po ile?

– Czterysta dziesięć.

Zapadła cisza. Wokół przechodzili inni handlarze, zerkając z zainteresowaniem. Transakcje na taką kwotę przyciągały uwagę.

– Czterysta osiemdziesiąt – rzucił sprzedawca.

Goldberg wstał z kucek.

– Jeden ma pękniętą racicę. Ten drugi kaszle. My ryzykujemy.

– Ryzyko jest wszędzie.

Ojciec odchylił się lekko, jakby już miał odejść.

– Chodź, Goldberg. Znajdziemy inne.

To był moment próby. Odejście było narzędziem.

Zrobili trzy kroki.

– Dobra! – zawołał za nimi Ukrainiec. – Czterysta pięćdziesiąt.

Ojciec odwrócił się powoli.

– Czterysta trzydzieści. I bierzemy teraz. Gotówką.

Goldberg już wyciągał sakiewkę, jakby decyzja zapadła. Mężczyzna patrzył chwilę na byki, potem na młodych Żydów.

– Czterysta czterdzieści.

Tata wyciągnął rękę.

– Niech będzie.

Uścisk był krótki, twardy. Goldberg liczył banknoty szybko, pewnie. Wokół zgromadziło się kilku obserwatorów. Ktoś mruknął:

– Tacy młodzi, a handlować umieją.

Po godzinie byki były już przywiązane do ich wozu. Trzeba je było doprowadzić do Tarnopola pieszo, powoli, by się nie zmęczyły.

Kiedy ruszyli z rynku, Goldberg odezwał się półgłosem:

– Przepłaciliśmy o dziesięć.

– Nie – odpowiedział Natan. – Zapłaciliśmy za to, że wziął nas poważnie.– Poważnie to się bierze pieniądz.

– Pieniądz przyjdzie. Widziałeś, jak patrzył? Następnym razem sam nas zawoła.

Goldberg uśmiechnął się pod nosem.

– Ty zawsze myślisz o następnym razie.

– Bo handel to nie jeden dzień. To pamięć, tradycja i zaufanie.

Słońce wzeszło wyżej. Zamek trembowelski na wzgórzu rzucał długi cień na miasteczko. Jarmark trwał dalej, krzyki, śmiech, targowanie. A oni, dwaj handlarze z Tarnopola, prowadzili cztery potężne byki drogą przez pola.

Nie wiedzieli jeszcze, że wkrótce przyjdzie czas, gdy żaden jarmark nie będzie dla nich bezpieczny, a żaden uścisk dłoni nie będzie niczego gwarantował. Ale w tamtej chwili świat miał jeszcze swoje zasady. A oni umieli w nim grać.

Żydzi galicyjscy tworzyli osobny świat: bogaty duchowo, choć ubogi materialnie. W małych sztetlach istniał własny porządek – oparty na micwie, halasze i cichym przekonaniu, że każde życie, nawet najbiedniejsze, ma w oczach Boga znaczenie. Nad wszystkim czuwał rabin, a życie codzienne wyznaczały nie państwowe kalendarze, lecz żydowskie święta i rytuały. Piątkowe popołudnie oznaczało zapach czulentu, błysk świec szabatu i błogosławieństwo ojca, który kładł dłonie na głowach dzieci, zanim wyszedł do synagogi.

Galicja nie była krainą szczęścia, lecz krainą wspólnoty. I choć bieda zaglądała w oczy, ludzie pomagali sobie, dzielili się chlebem, a wieczorami, przy świetle lamp naftowych, śpiewali niguny, melodie bez słów, które niosły więcej treści niż kazania.

Jednocześnie wśród młodych Żydów budził się duch buntu. Chasydzka pobożność ustępowała miejsca świeckim ideałom. W kawiarniach Tarnopola dyskutowano o syjonizmie, Bundzie, marksizmie. Część marzyła o Palestynie, część o komunizmie, inni o nowoczesnej, wolnej Polsce, w której Żydzi będą pełnoprawnymi obywatelami. Ojciec słuchał tych rozmów z uwagą. Widział, jak jego rówieśnicy wyjeżdżają do Lwowa, by tam szukać pracy, nauki, przyszłości. On sam został, przywiązany do Tarnopola, do ludzi, do języka, do obyczaju, w którym codzienność mieszała się z modlitwą.

Żydowska kultura galicyjska miała wtedy swoje dwa oblicza – to z chasydzkich miasteczek, mistyczne, pełne pieśni i legend o cudach cadyków, oraz to bardziej nowoczesne, z dużych miast, gdzie czytano Pereca, Asza i Singera, grano w teatrze, a kobiety zaczynały pisać wiersze i studiować. W Tarnopolu istniała nawet mała biblioteka żydowska i klub młodzieży, w którym uczono się hebrajskiego i organizowano przedstawienia purimowe. Ojciec czasem tam zaglądał, nie po naukę, ale dla ludzi – bo jak mówił później: „tylko ludzie dają ciepło”.

Galicja lat trzydziestych była jak stary świat z wierszy i modlitw, który jeszcze nie wiedział, że za chwilę zgaśnie. W soboty ulice pustoszały, w niedziele biły dzwony kościołów. Dzieci z różnych domów bawiły się razem, choć dorośli coraz częściej patrzyli na siebie z podejrzliwością. Nad sztetlami wisiało napięcie jak przed burzą. Polityka stawała się trucizną. W małych miasteczkach Żydzi żyli jakby na pograniczu dwóch epok – jednej, która się kończyła, i drugiej, która dopiero miała nadejść, nie wiadomo z czym: z wolnością czy z zagładą.

Po sztetlach ciągle jeszcze chodził szewc z torbą pełną kopyt i dratw, krawiec, który znał każdego klienta po imieniu, handlarz, który potrafił z pamięci wyrecytować ceny zboża i koni w całej okolicy. Byli też nauczyciele z chederów, zaczytani w Talmudzie, z cienkimi jak pergamin twarzami i głosami, które drżały, gdy wymieniali imię Boga. Dzieci biegały boso po błocie, ale w ich głowach brzmiały słowa w trzech językach – polskim, jidysz i hebrajskim – a czasem jeszcze niemieckim, jeśli w domu pamiętano czasy cesarza Franciszka Józefa.

Kultura żydowska w Galicji była wielogłosowa. W jednej chacie słuchano opowieści o Baal Szem Towie i cudach cadyków z Bełza czy Sadogóry, w drugiej czytano gazetę Chwila ze Lwowa i marzono o wyjeździe do Palestyny. Jedni wciąż wierzyli, że Mesjasz przyjdzie i odmieni los narodu; inni twierdzili, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, zakładać szkoły, warsztaty, związki zawodowe. Galicja była więc miejscem, gdzie religia zderzała się z polityką, a mistyka z socjalizmem. Na jednym rogu miasteczka modlono się w bóżnicy, na drugim rozmawiano o Marksie i Herzlu.

Żydowskie kobiety, dawniej zamknięte w domach, coraz częściej wychodziły na światło dzienne. Zakładały stowarzyszenia pomocy ubogim, uczyły dziewczęta rachunków i pisania, szyły dla żołnierzy mundury, a jednocześnie w szabat zapalały świece i śpiewały w jidysz kołysanki, które niosły się przez podwórza. Wśród młodych panował kult nauki. Nawet biedne rodziny wysyłały dzieci do gimnazjów w Stanisławowie, Drohobyczu, a jeśli Bóg pozwolił – do Lwowa. Uczyli się, bo wiedzieli, że tylko wiedza daje przepustkę do innego świata.

Na jarmarkach wciąż jeszcze stały drewniane kramy z tkaninami i garnkami, a w niedziele, po zamknięciu straganów, młodzież żydowska i polska spotykała się na wspólnych potańcówkach. Byli tacy, którzy wierzyli, że nowa Polska po 1918 roku stanie się ojczyzną wszystkich – bez różnic. Ale cień nieufności rósł z każdym rokiem. W gazetach pojawiały się paszkwile, w szkołach – ławki „dla swoich i dla obcych”.

Mimo to życie toczyło się dalej: śluby, bar micwy, narodziny. W soboty ulice cichły, a z okien wydobywał się śpiew Lecha dodi likrat kala. Dzieci grały w klasy na bruku, kobiety trzepały pierzyny, mężczyźni przesiadywali w kawiarniach, czytając Nowy Dziennik i dyskutując o tym, co będzie dalej. Mówiono, że Europa się gotuje, że gdzieś w Niemczech pewien człowiek o twardym spojrzeniu i ostrym głosie obiecuje porządek i dumę.

Galicja była także miejscem, w którym rodziła się literatura. Z tych ziem wyszli pisarze i poeci: Bruno Schulz, Józef Roth, Szymon An-ski, a nawet młodzi chłopcy, którzy pisali wiersze w jidysz, wierząc, że można ocalić świat słowem. Ich język był mieszaniną hebrajskiego, niemieckiego i polskiego – język pogranicza, w którym każde słowo miało cień drugiego. I w tym właśnie języku modlono się, kłócono i marzono.

Gdy zachodziło słońce nad stepami i polami, a cienie drzew wydłużały się na drogach, w domach rozbrzmiewał śmiech, modlitwa i muzyka. Czasem ktoś grał na skrzypcach, ktoś śpiewał melancholijną pieśń o Jeruzalem, której nikt już nie rozumiał do końca. W powietrzu unosiło się coś nieuchwytnego – przeczucie, że to wszystko, ten świat, te głosy i języki za chwilę znikną.

Po roku 1935 galicyjscy Żydzi zaczęli tracić grunt pod nogami. Zmieniały się nie tylko prawa, ale i powietrze – stawało się cięższe, jakby nadchodziła burza, której jeszcze nie było widać, ale której echo już drżało w ziemi. Polska po śmierci Piłsudskiego zaczęła się zamykać w sobie, coraz głośniej mówiła językiem nienawiści i podejrzeń. Na targach, w szkołach, w redakcjach gazet słowa „Żyd” i „wróg” zaczynały brzmieć niepokojąco blisko siebie.

W Tarnopolu, Brodach i Stanisławowie pojawiły się ulotki nawołujące do bojkotu żydowskich sklepów. W Krakowie, Lwowie i Drohobyczu studenci żydowscy musieli siadać w osobnych ławkach. Na prowincji nie było to jeszcze prawo, ale był to zwyczaj, który miał siłę prawa – zwyczaj, który rósł z roku na rok. Rabini w kazaniach mówili o pokorze i modlitwie, ale młodzi coraz częściej odwracali się od modlitewnych ksiąg i szukali sensu w działaniu: w syjonistycznych organizacjach, w „He-Chaluc”, w partiach lewicowych i w tajnych grupach, które planowały wyjazd do Palestyny.

Wieczorami w małych mieszkaniach odbywały się zebrania. Świece paliły się krótko, bo trzeba było oszczędzać, ale słowa paliły się długo – gorąco, jakby miały moc rozświetlenia świata. Dyskutowano o emigracji, o kibucach, o nowym człowieku, który nie będzie już Żydem proszącym, lecz Żydem pracującym na własnej ziemi. Ale większość nie wierzyła, że to możliwe. „Tutaj się urodziliśmy, tutaj umrzemy” – mawiali starcy w jarmułkach, „Ziemia Obiecana jest tam, gdzie stoi nasz dom.”

Lecz domy zaczynały drżeć. Po 1936 roku coraz częstsze były napaści, pobicia, pożary. Policja często przyglądała się z boku, a sądy były łaskawe dla tych, którzy bili w imię narodu. Nienawiść stawała się codziennością. W kawiarniach, gdzie niegdyś rozmawiano o Spinozie, rozbrzmiewały teraz szeptem plotki o Niemczech, o Hitlerze, o Austrii, o tym, że może i tu przyjdzie nowy porządek.

Mimo to Żydzi wciąż budowali. W Tarnopolu powstała nowa szkoła z hebrajskim jako językiem nauczania, w Brodach drukarnia wydawała modlitewniki, w Buczaczu otwarto teatr amatorski. W tych gestach było coś heroicznego – może w obliczu nadchodzącej ciemności Żydzi chcieli jeszcze raz zapalić światło. Na przedstawienia teatralne kobiety przychodziły w najładniejszych chustach, mężczyźni w wyprasowanych kapotach. Śmiali się, bili brawo, wyglądało to tak, jakby na chwilę zapomnieli, że za oknami gromadzi się mrok.

Życie toczyło się pozornie zwyczajnie, ale pod powie­rzchnią narastał niepokój. W domach zaczynano mówić półgłosem, listy czytano po cichu, a nazwiska krewnych z Niemiec wymieniano szeptem. Każdy znał kogoś, kto zniknął – wyjechał do Palestyny, do Ameryki, albo po prostu przestał pisać.

W 1938 roku, kiedy w Austrii pojawiły się flagi ze swastyką, w Tarnopolu zaczęto mówić: „To nas nie dotyczy”. Mówiono tak jeszcze w 1939, w pierwszych dniach września, kiedy radio nadawało komunikaty, że Hitler napadł Polskę, a na stacjach kolejowych panował chaos. Dopiero wtedy zrozumiano, że granice są tylko liniami na mapie, a historia nie zna granic.

Świat mojego ojca, galicyjski świat mądrych biedaków, chasydów i sceptyków, poetów i handlarzy, nauczycieli i krawców – zniknął w ciągu kilku miesięcy. Zostały po nim tylko bardzo nieliczne fotografie: twarze z brodami, dzieci w białych koszulach, kobiety w chustach, uśmiechnięte, jakby miały przed sobą jeszcze długie życie.

Latem 1941 roku, po ataku Niemiec na Związek Radziecki, Tarnopol znalazł się pod okupacją niemiecką. Rozpoczęły się pogromy i masowe egzekucje. Tysiące ludzi zostało zamordowanych w pierwszych tygodniach terroru. Wkrótce utworzono getto – jedno z pierwszych w Dystrykcie Galicja. Za murami stłoczono kilkanaście tysięcy osób. Powstał Judenrat, działały warsztaty pracy przymusowej, funkcjonowały kuchnie dla najuboższych. Codzienność stała się walką o chleb i o czas.

W 1942 roku rozpoczęły się deportacje do obozu zagłady w Bełżcu. Transporty odchodziły niemal bez przerwy. Innych rozstrzeliwano na miejscu, w pobliskich miejscowościach. Getto systematycznie redukowano, aż w czerwcu 1943 roku przestało istnieć. Nieliczni ocaleni doczekali wejścia Armii Czerwonej w 1944 roku. Po wojnie większość z nich opuściła miasto, które przestało być ich domem.

Niezwykły spryt, łatwość zjednywania sobie ludzi i nawiązywania kontaktów sprawiły, że ojciec przeżył Holokaust, i to przebywając na terenach, gdzie dominował żywioł ukraiński, właśnie ten, który rozpoczął likwidację żywiołu żydowskiego w Babim Jarze już w 1941 roku.

Co jeszcze bardziej nieprawdopodobne, przeżył dzięki Ukraińcom, u których ukrywał się, a których sam zawsze nazywał „bestiami”.

– „Oni byli gorsi niż Niemcy” – czasem wspominał po wojnie.

Jak przeżył i ile musiał zapłacić za ukrywanie, tego nie mówił. Trauma wojenna towarzyszyła mu do śmierci, tak jak jego żonie.

Z czasów tarnopolskich miał przyjaciela Goldberga, któremu uratował życie w czasie wojny. Los sprawi, że spotka się z nim znowu, ale już na emigracji.

Żydowski Tarnopol – przez stulecia pełen hebrajskich modlitw, koszernej kuchni, handlu i nauki – zniknął niemal całkowicie. Zostały we wspomnieniach cudownie ocalałych z Zagłady i w nielicznych zapiskach w archiwach

Przed kapitulacją Niemiec wiosną 1945 roku ojciec trafił w okolice Krakowa. Tam poznał w niezwykłych okolicznościach moją mamę. U polskiego chłopa trzymał w zagrodzie krowę, którą kupił już po ucieczce z Małopolski Wschodniej.

Kiedy zapadła decyzja o małżeństwie, a ona właściwie zapadła w mgnieniu oka, a nawet nie tyle zapadła, co po prostu była oczywistością, a więc od momentu połączenia się losów Loli i Natana krowa towarzyszyła im w ich wędrówce do miasta. A tym miastem, w którym postanowili założyć rodzinę, był śląski Bytom. I tak, w 1946 roku w prastarym śląskim grodzie małżeństwo Mittelmanów z krową zaczęło pisać nowy rozdział życia swojej rodziny.

Rozdział 2

Upadek

W ogrodzie Eden wszystko było proste, pod warunkiem, że człowiek nie zbliżał się do drzewa poznania. A kiedy się do niego zbliżył, dotknął – zobaczył świat bez dziecięcej nieświadomości. Doświadczył upadku. Drzewo poznania nie było rośliną – było granicą, za którą zaczynał się nowy rodzaj egzystencji.

Moje dzieciństwo miało swój ogród. Miałem swoje drzewa, swoje bezpieczne ścieżki, swoją niewinność opartą na zaufaniu, że świat jest uporządkowany, a dorośli panują nad biegiem rzeczy. A potem pojawiło się drzewo – przed naszą kamienicą w Bytomiu na Placu Słowiańskim

Uwielbiałem bawić się przed naszym domem w sercu naszego miasta. Czego myśmy tam z chłopakami nie wymyślali! Zabawy w Indian, w kowbojów, w partyzantów wojennych, gry w piłkę, w pikuty, w wojnę, w zośkę. Nie było dnia, żebyśmy się nie spotykali.

Wokół naszego placu rosły niewysokie drzewa: pachnące lipy, smukłe klony, rozłożyste kasztanowce. Robiliśmy wyścigi: kto wyżej wejdzie. Zakładaliśmy sobie bazy na co większych konarach. Ja miałem ulubione miejsce na klonie.

Pewnego wrześniowego popołudnia moi rodzice wybrali się do opery. Chcieli koniecznie zabrać mnie ze sobą. Mieli własną lożę w Operze Śląskiej. Za żadne skarby nie chciałem z nimi iść. Spektakle operowe, arie tenorów i sopranistek, popisy baletnic i baletmistrzów – to wszystko niepomiernie mnie nudziło. Natomiast moja mamusia uwielbiała. Tata chodził z nią, bo nie chciał jej sprawiać zawodu.

Tego dnia mama chciała pokazać się na przedstawieniu w najnowszej kreacji prosto z Wiednia. Gdy tylko rodzice wsiedli do taksówki, a w holu unosił się jeszcze zapach maminych francuskich perfum, powiedziałem niani, że ja też wychodzę. Nawet nie czekałem, co mi odpowie.

Było jeszcze jasno. Wybiegłem z domu i poleciałem prosto na skwer. Kolegów wtedy akurat nie było. Pewnie musieli wrócić do domu odrabiać lekcje. Co było robić? Wspiąłem się na swój ulubiony klon. Wznosił się wysoko jak drzewo poznania w ogrodzie Eden. Lubiłem patrzeć z niego, z samej góry, na swoją kamienicę, na okna mojego pokoju, naszego salonu i służbówki niani. Nasze okna lśniły jak kryształ. Widziałem też kamienicę, w której mieszkał mój przyjaciel. Delektowałem się tym widokiem i myślałem, jakim jestem szczęściarzem, że nie muszę teraz przesiadywać w loży, patrzeć na wyfiokowane damy i wyfraczonych dżentelmenów. Że nie muszę siedzieć sztywno w krochmalonym kołnierzu mojego marynarskiego ubrania i klaskać po uwerturach, ariach i chórach.

Bujałem w obłokach, wymyślałem zabawy na następny dzień, kiedy chłopaki będą na skwerze. I tak zacząłem się delikatnie huśtać na gałęzi. Delikatnie, z czasem coraz mocniej, będąc pewien, że nic mi się nie stanie. Takie przeświadczenie miałem od urodzenia: że jestem w czepku urodzony i że żadne zło mnie się nie ima. To przekonanie, jak łaskawy Czytelnik jeszcze nieraz zauważy, przyczyni się do moich wielkich sukcesów, ale też niejednokrotnie doprowadzi do dotkliwych porażek, będących karą za zbytnie zadufanie w sobie. Tak się właśnie stało. Upojony bujaniem na wysokości, nawet nie zauważyłem, kiedy lewa ręka, a za chwilę lewa część ciała omsknęła się z klonowego konara i za chwilę leżałem już na ziemi. Ba! Żeby na ziemi, pech chciał, że pod drzewem leżał duży kamień i akurat w niego przywaliłem ręką. Szok spowodowany nagłym upadkiem spowodował, że nie czułem pioruńskiego bólu. Ręka była złamana, jak się miało później okazać, aż w trzech miejscach: w łokciu, w nadgarstku i w obojczyku.

Na miejscu wypadku było tylko starsze małżeństwo. Prawdopodobnie znali mnie z widzenia, mieszkali za kościołem świętej Barbary.

Kobieta powiedziała do męża:

– Mój Boże, ale się dzieciak rozbił. Bohdan, będziesz musiał mu nastawić rękę. Widać, że ma zwichniętą. Chodź, pokręć mu dłonią!

– Kaziu, nie! Nie będę tego robił. Niech go obejrzy chirurg. Ja wolę się do tego nie mieszać.

Opatrzność nade mną czuwała. Gdyby pan Bogdan zaczął mi sam nastawiać kości, spowodowałby nieodwracalne uszkodzenia. Zamiast tego zawołał taksówkę i zostałem przewieziony do najlepszego szpitala wojewódzkiego – do Piekar Śląskich. Niewiele pamiętam, tyle tylko, że szybko trafiłem na stół operacyjny, gdzie pochylał się nade mną sam ordynator chirurgii ortopedycznej. Wszystko to działo się, gdy moi rodzice oglądali drugi akt opery, dopiero gdy opadła kurtyna i wychodzili do foyer, nasza niania, która pojechała do nich autobusem, powiedziała, co się stało. Rodzice, tak jak stali, w wieczorowych kreacjach, przyjechali taksówką do szpitala.

Od momentu, gdy mama z ojcem pojawili się w Piekarach, wszyscy zaczęli stawać na głowie, żeby mi dogodzić i zapewnić wysoki standard. Nazwisko ojca budziło respekt na Śląsku. Przeniesiono mnie z pięcioosobowej sali pooperacyjnej do jednoosobowego pokoju i oddelegowano dwie pielęgniarki do mojej dyspozycji. Niewątpliwie tata każdemu i każdej sowicie się odwdzięczył, wsuwając do kieszeni fartucha szpitalnego czy lekarskiego kitla jakieś pieniądze.

Czy to z powodu tego, że rodzice za późno pojawili się w szpitalu i nie było ich ze mną przed zabiegiem, czy po prostu z powodu pecha albo zwyczajnego zbiegu okoliczności, który sprawił, że ordynator miał gorszy dzień i mniej pewną rękę, coś przy operacji poszło nie tak. Już następnego dnia po wypadku okazało się, że zostałem źle zoperowany. Mamusia była bardzo zdenerwowana. Byłem jej oczkiem w głowie i nie mogła się pogodzić z tym, że dotykały mnie jakiekolwiek niepowodzenia. Po rozmowach z tatą, kilku telefonach, postanowiono sprowadzić dla mnie najlepszego specjalistę, profesora z Katowic. W tym momencie dla moich rodziców kwestia pieniędzy nie była zbyt istotna. Byli gotowi sprowadzić najlepszego specjalistę z Warszawy czy Poznania. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin zostałem poddany dwukrotnie narkozie. Miałem doskonałą opiekę, a za drugim razem operacja przebiegła fantastycznie. Radość, że jest już po wszystkim, przyćmił fakt, że założono mi gips nie tylko na lewą rękę, ale na całą klatkę piersiową i plecy. Byłem unieruchomiony. Nie mogłem poruszać się ręką. Nici z grania w piłkę, z zabaw na skwerze, z podchodów i biegania. Cieszyłem się tylko z tego, że opuszczę szkołę, bo za nią nie przepadałem.

Trzy tygodnie spędziłem w szpitalu w pojedynczej sali. Miałem najlepszą opiekę pielęgniarską na całym Śląsku. Przychodziły nie tylko starsze pielęgniarki szpitalne, ale młode praktykantki z Liceum Medycznego w Mikołowie, dziewczyny szesnasto-siedemnastoletnie. Ordynatorzy, profesorowie odbywali nieskończone konsylia nad moim przypadkiem; wszystko to, oczywiście, niebezinteresownie; liczyli na dyskretną wdzięczność ojca. Mamusia była u mnie codziennie i dostała od męża carte blanche na opłacanie pracowników szpitala. Takie to były czasy, że choć oficjalnie służba zdrowia w państwie socjalistycznym była darmowa, w rzeczywistości nikt nie chciał wykonywać porządnie swoich obowiązków bez dodatkowej gratyfikacji. Dotyczyło to, rzecz jasna, nie tylko opieki zdrowotnej, ale akurat w tym sektorze dochodziło do nadużyć zadziwiających nawet jak na standardy państw bloku wschodniego.

Ja, oczywiście, byłem poza tym wszystkim. Cieszyły mnie wizyty mamy i miłych, ślicznych pielęgniarek; mniej cieszyły odwiedziny nauczycielki, gdyż na oddziale odbywały się zajęcia szkolne dla pacjentów, a najbardziej martwiło mnie odcięcie od kolegów, brak ruchu i prawdziwych zabaw.

Po trzech tygodniach zdjęto mi gips. Ach, co to były za mecyje! Do personelu dotarło, że ich pupil za chwilę opuści placówkę i skończy się strumień pieniędzy i prezentów, który trafiał do ich kieszeni. Do ambulatorium odprowadzał mnie orszak pielęgniarek, stażystek, salowych, a dwóch profesorów czekało na mnie, by nożycami pozbawić mnie gipsowego gorsetu. Ten moment utkwił mi w pamięci dużo bardziej niż sam wypadek i dwie operacje pod narkozą. O, tak! Byłem przytomny, lekko znudzony prawie miesięcznym ślęczeniem w szpitalu, pozbawiony podniet i atrakcji. Jak zobaczyłem ordynatora zbliżającego się w kierunku mojej klatki piersiowej z wielkimi, rozwartymi, metalowymi nożycami – zamarłem z przerażenia. Kątem oka widziałem mamusię, która siedziała na białym, szpitalnym krześle i obserwowała to wszystko z szeroko otwartymi ze strachu oczami. Wiedziałem, że nie mogę po sobie pokazać, że też się boję. Skupiony, zamknąłem oczy i wstrzymałem oddech. Myślałem, że wystarczy jedno ciachnięcie i mój gips jak skorupa żółwia opadnie. Ale skąd! Zabieg trwał pół godziny. Otworzyłem oczy i zacząłem się przyglądać, ile to warstw bandaży połączonych zaschniętą zaprawą gipsową miałem na sobie. Hałas, pył, bałagan. Po uwolnieniu mnie z tego pancerza miałem na skórze zaschnięte kawałki białego gipsu i białawy pył we włosach. Mamusia załamała nade mną ręce; pielęgniarki próbowały doprowadzić mnie do ładu. Moja pierwsza przygoda ze szpitalem dobiegała końca.

Taryfa czekała na nas przed wejściem głównym do szpitala. Zostaliśmy odwiezieni pod sam dom w Bytomiu. W jadalni wszystko było nakryte do obiadu. Mogłem jeść prawą ręką, która nie była złamana. Po obiedzie przygotowano na moją cześć piętrowy tort z kremem, gorącą szarlotkę i lody, choć był już październik i było chłodno. Wszyscy chcieli uczcić mój powrót do domu. Zaraz przybiegł mój przyjaciel i kilku kolegów. Rodzice zastanawiali się, czy następnego dnia posłać mnie od razu do szkoły.

Kiedy goście sobie poszli, mogłem wreszcie chwilę odsapnąć. Bałem się poruszać lewą ręką; trzymałem ją nieruchomo pod stołem. Rodzice chcieli, żebym się wcześnie położył spać. Niania pomogła mi przebrać się w jedwabną piżamę. Miałem naszykowaną wykrochmaloną pościel z haftem richelieu, nieskazitelnie białą. Po miesiącu od wypadku mogłem po raz pierwszy położyć się we własnym łóżku. Mamusia przyszła pocałować mnie w czoło na dobranoc. A moja ręka była nadal sztywna.

Pierwszy październikowy poranek w domu. Przyjemnie było się obudzić. To była środa. Powinienem pójść do szkoły. Ustalono, że będę miał jeszcze dzień wypoczynku. Wstałem po dziewiątej, ubrałem się jedną ręką. Ze strachem zaczynałem sobie uświadamiać, że nie poruszam palcami lewej dłoni. Na razie nie przyznawałem się domownikom.

W czwartek poszedłem do szkoły. Już w szatni zapanował entuzjazm. Wszyscy chcieli się ze mną przywitać. Podawałem prawą rękę, lewą chowałem za siebie. Nie wolno mi było ćwiczyć na wuefie. Na innych przedmiotach nauczyciele dawali mi fory, nie odpytywali mnie i pozwalali mi nie pisać sprawdzianów. Tak minęły pierwsze dni po powrocie do szkoły.

Po niedzieli moja mama zaczęła się już mocno niepokoić. Z trudem poruszałem palcami, a kciukiem to już w ogóle! Miałem sprawną drugą rękę, ale przecież lewa też była mi potrzebna. Tydzień po zdjęciu gipsu pojechaliśmy znowu do szpitala, tym razem do Katowic, do profesora, który mnie operował. Taksówkarz czekał na nas przed budynkiem szpitala, a my na pierwszym piętrze, na oddziale ortopedii dziecięcej, zostaliśmy poddani wywiadowi lekarskiemu. Następnie wykonano mi badania i prześwietlenie. Mieliśmy przyjechać ponownie w czwartek.

Za dwa dni znów w Katowicach. Profesor miał niewyraźną minę. Zaprosił nas do swojego gabinetu.

– Szanowni państwo! Obejrzałem zdjęcia rentgenowskie, zbadałem złamaną rękę. Całą noc myślałem, co mogę dziś powiedzieć. Pani syn miał tak mocno ściśniętą dłoń gipsem, że uszkodzono mu nerw promieniowy. I, proszę pani, według całej dostępnej dziś w Polsce wiedzy akademickiej, nerw promieniowy w dłoni i nerw strzałkowy w nodze nie regenerują się. Jest mi bardzo przykro, że muszę przekazać takie nieprzyjemne wiadomości. Pracuję w zawodzie ponad trzydzieści lat i nie widziałem, żeby komukolwiek udało się zrehabilitować rękę w takim stanie. Trzeba będzie się pogodzić z tym, że syn nie podniesie już nigdy kciuka do góry.

Mojej mamusi zaszkliły się oczy. Drżącym głosem zapytała:

– Ależ, panie profesorze, naprawdę nie ma żadnych szans? Nie ma kliniki, która uratowałaby kciuk mojego synka?

– Nie ma. To znaczy, nie chcę sprawiać przykrości, ale według mojego rozeznania, żaden specjalista nie podejmie się takiego zadania.

– Rozumiem. Ach, tak… To bardzo niedobrze. Fatalnie… Dziękujemy, panie profesorze. Do widzenia!

Wracaliśmy taksówką do Bytomia w zupełnej ciszy. Oblicze mamy spochmurniało. Ja bałem się odzywać. Myślałem nad tym, czy profesor ma rację, czy może nie. Nie doceniłem jednak uporu, determinacji i woli walki mojej matki.

W domu mama powiedziała zdecydowanym tonem:

– Kochanie, zrobię wszystko, żebyś miał sprawną rękę. Poruszę niebo i ziemię. Pojedziemy do Wiednia, do Monachium albo do Nowego Jorku. Musisz ruszać kciukiem. Mój syn musi być sprawny!

Jeszcze tego samego dnia moja mama zaczęła wykonywać telefony i pisać telegramy do różnych miejsc. Faktycznie, jak zapowiedziała, poruszyła niebo i ziemię, żeby załatwić mi dalsze leczenie. Przez znajomości swoje i ojca próbowała dotrzeć do największych medycznych sław. Szukała dla mnie ośrodka rehabilitacyjnego w całej Polsce. Gdyby jej się nie powiodło, gotowa byłaby zabrać mnie w dowolne miejsce na świecie. Na szczęście nie było takiej potrzeby. Po trzech tygodniach poszukiwań zaproszono nas na pierwszą konsultację w Ośrodku Rehabilitacji Dzieci i Młodzieży w Rabce.

Rabka to piękne uzdrowisko w górach na południe od Krakowa. Po II wojnie światowej utworzono tam sanatorium dziecięce i centrum rehabilitacji. Szczególnie intensywny rozwój sieci takich placówek przypadł na lata pięćdziesiąte, kiedy w kraju wybuchła epidemia polio. Socjalistyczne państwo zapewniało bezpłatne leczenie i rehabilitację oraz realizację obowiązku szkolnego, a także stwarzało możliwość nauki zawodu umożliwiającego podjęcie pracy po opuszczeniu placówki.

Trzeba pochwalić dokonania socjalistycznych władz, że po straszliwej tragedii II wojny światowej w błyskawicznym tempie potrafiły zorganizować opiekę medyczną dla dzieci i młodzieży nie tylko poprzez sieć przychodni, szpitali, klinik i ośrodków, ale także na terenie placówek oświatowych wszystkich szczebli. Poziom tej opieki był niezwykle wysoki, biorąc pod uwagę zniszczenia wojenne, straty ludnościowe, uszczerbek majątku narodowego i ogromne potrzeby ludności. W przedszkolach czy szkołach podstawowych zatrudniono lekarzy szkolnych, pielęgniarki i higienistki; funkcjonowały również gabinety dentystyczne. Służba zdrowia była całkowicie bezpłatna. W placówkach edukacyjnych wykonywano szczepienia ochronne, uczono dbać o higienę, leczono zęby, udzielano pierwszej pomocy, podawano tran, prowadzono profilaktykę.

Dla obywateli polskich, którzy odnieśli największe straty w Europie i z najwyższym poświęceniem odbudowywali zniszczony kraj, epidemia, która zaczęła się rozwijać w 1951 roku, stanowiła ogromne wyzwanie i trudność. Choroba Heinego-Medina to choroba wirusowa powodująca niedowłady mięśni. Zdarzało się, że jej skutkiem była nieodwracalna niepełnosprawność.

Pierwsze ślady tej strasznej choroby odnaleziono już w Egipcie, gdzie na płycie nagrobkowej z około 1400 roku przed naszą erą znaleziono wyobrażenie mężczyzny z atroficzną kończyną dolną i stopą szpotawą. Dużo później chorobę sklasyfikowali dwaj lekarze: Niemiec Jakub Heine oraz Szwed Karl Oskar Medin. Epidemia zachorowań na polio pojawiła się w XIX wieku w Europie. Również w Polsce odnotowano wtedy pierwsze takie przypadki. Po 1945 roku epidemia rozszerzyła się na cały świat, powodując znaczący wzrost niepełnosprawności.

Jeszcze w okresie przedwojennym chorobą Heinego-­Medina zajmował się polski profesor Wiktor Dega. Odbywał staże w Szwecji i poznał szwedzki system opieki i rehabilitacji. W 1950 roku minister zdrowia Tadeusz Michejda mianował go na funkcję krajowego konsultanta do spraw rehabilitacji. To on zorganizował od podstaw system walki ze skutkami tej choroby. Co prawda, już w 1946 roku na konferencji Polskiego Towarzystwa Ortopedycznego i Traumatologicznego w Warszawie ustalono, że w każdym województwie należy stworzyć ośrodki ortopedyczne i zakłady rehabilitacji, a w miarę potrzeb sanatoria dla dzieci z następstwami choroby Heinego-Medina, ale dopiero gdy epidemia dotarła do nas z Czechosłowacji, sprawę potraktowano poważnie. W 1951 roku zanotowano 3 060 przypadków polio; zmarło 252 osób. W kulminacyjnym roku 1958 chorowało już 6 090 dzieci, z czego zmarło 348. Były to liczby alarmujące.

W naszym województwie powstał ośrodek rehabilitacyjny w Goczałkowicach. Kierował nim profesor Paweł Gąssowski. W tym sanatorium było siedemdziesiąt miejsc. Większy ośrodek komuniści stworzyli w Jastrzębiu-Zdroju – na sto trzydzieści miejsc, a największy w Busku-Zdroju – na sto osiemdziesiąt pięć miejsc. W województwie krakowskim powstały dwa sanatoria dziecięce – mniejsze w Rabce i większe w Radziszowie. We wszystkich ośrodkach dzieciom zapewniono realizowanie programu szkolnego. Do prowadzenia zabiegów kinezyterapii zaczęto zatrudniać magistrów wychowania fizycznego ze specjalnością z gimnastyki leczniczej. Dało to początek nowej grupie zawodowej – fizjoterapeutom.

Szczyt epidemii przypadł na rok 1958. Kto wtedy zarządzał służbą zdrowia? Należy podkreślić, że co najmniej do czasów Gierka rząd PRL zatrudniał fachowców, zmieniło się to całkowicie po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku, kiedy do wszystkich instytucji cywilnych wprowadzono komisarzy wojskowych.

Mamy lata pięćdziesiąte XX wieku. Tekę premiera dzierżył Józef Cyrankiewicz. W latach 1956–1961 funkcję ministra zdrowia sprawował Rajmund Barański, urodzony w 1894 roku w Raciążu. Studiował jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości, był lekarzem wojskowym w II Rzeczpospolitej, w latach trzydziestych uzyskał stopień doktora medycyny. Uczestniczył czynnie w powstaniu warszawskim pod pseudonimem „Rajmund”, a po klęsce powstania wyjechał z Warszawy z rannymi. Po wojnie przez trzy lata kierował Państwowym Instytutem Matki i Dziecka. Życiorys ministra Barańskiego i jego polityczna orientacja są dowodem na to, że w czasach PRL byli na wysokich stanowiskach również świetni fachowcy, którzy z komunizmem nie mieli nic wspólnego.

W czasie, kiedy resortem zdrowia zarządzał sanacyjny lekarz, a inny sanacyjny fachowiec koordynował powstawanie sieci ośrodków rehabilitacyjnych, w tym niełatwym okresie, gdy tysiące dzieci wymagało pomocy w walce ze strasznymi skutkami choroby Heinego-Medina, razem z mamą pojechałem na rehabilitację do Rabki.

Przez cały czas, od pierwszej konsultacji do ostatniego dnia zajęć w ośrodku rehabilitacji, mieszkaliśmy w prywatnym apartamencie. Na wszystkie zabiegi w sanatorium chodziłem z matką. Na basen i na terapię. Dzieci chore na polio i z innymi problemami mieszkały w tym czasie na terenie sanatorium.

Nasz wynajęty apartament w Rabce znajdował się na piętrze drewnianej willi o werandzie wspierającej się na toczonych słupach. Dom miał w sobie coś z pensjonatu z dawnych lat – lekkość konstrukcji. Oddychał górskim powietrzem, które wdzierało się wszędzie, nawet w szczeliny okie­nnych ram.

Drzwi do mieszkania były wysokie, z ciemnego drewna, z mosiężną klamką wygiętą w miękki łuk. Kiedy się je naciskało, wydawały cichy trzask, jakby drewno reagowało na zmianę temperatury. Na progu czuło się zapach żywicy zmieszany z wonią mydła i wilgotnych ręczników suszących się po powrocie z parku zdrojowego.

Okna były największym skarbem tego miejsca. Wysokie, dwuskrzydłowe, z drobnymi podziałami na szybach, wyznaczanymi drewnianymi szprosami. Szkło nie było idealnie równe – światło załamywało się na nim miękko, tworząc delikatne zniekształcenia obrazu. Gdy otwierało się skrzydła, zawiasy jęczały przeciągle, a do środka wpadało powietrze pachnące świerkiem i wilgotną ziemią. Firany były cienkie, niemal prześwitujące; poruszały się przy najmniejszym podmuchu, jak oddech domu.

Ściany miały kolor rozbielonej moreli – ciepły, nieco wyblakły, jakby słońce przez lata delikatnie wypłukiwało z nich intensywność. W przedpokoju farba była jaśniejsza, prawie kremowa, z subtelną fakturą, którą można było wyczuć pod palcami. Przy listwach przypodłogowych widać było drobne spękania – ślady zim i wilgoci.

W saloniku stał okrągły stół z jasnego drewna, nakryty haftowaną serwetą. Krzesła miały gięte oparcia i wyściełane siedziska w kolorze przygaszonej zieleni. Podłoga skrzypiała przy każdym kroku; szerokie deski były wytarte do matowego połysku.

Przy jednej ze ścian ustawiono kanapę obitą materiałem w drobny, roślinny wzór – liście i niewielkie kwiaty, które z daleka zlewały się w jednolitą tonację. Naprzeciw niej stał niski stolik z toczonymi nogami, na którym leżała gazeta i wazon z grubego szkła.

Sypialnia była skromniejsza. Dwa łóżka z metalowymi, malowanymi na biało ramami, ustawione równolegle. Narzuty w kolorze jasnego błękitu, lekko sprane, ale starannie wygładzone. Przy łóżku stał niewielki stolik nocny z lampką o mlecznym kloszu. Jej światło wieczorem było ciepłe i skupione, jakby odcinało wnętrze od świata zewnętrznego.

Szafa była wysoka, sosnowa, z prostymi panelami i drewnianymi gałkami. W środku pachniało drewnem i świeżością górskiego powietrza, które przenikało ubrania.

W kuchni naszych gospodarzy dominował biały kredens z przeszkloną górą. Szyby były delikatnie zamglone, za nimi ustawione talerze i filiżanki – proste, bez złoconych brzegów. Blat stołu miał ślady po nożu i kubkach, jakby każdy gość zostawił tam cząstkę swojej obecności.

Całe mieszkanie było pełne światła. Rano promienie słońca wpadały przez okna pod kątem i kładły się na podłodze w długich, jasnych pasach. Wieczorem wnętrze przybierało odcień miodowy, a cienie mebli wydłużały się, nadając im powagi.

Ten rabczański apartament nie był luksusowy. Był jednak przestronny w swojej prostocie. Miał w sobie coś z uzdrowiskowej powściągliwości – jasność, powietrze, oddech. Okna były jego oczami, drzwi – strażnikami ciszy, a meble – cichymi świadkami naszego pobytu.

W tamtym wnętrzu wszystko zdawało się tymczasowe, a zarazem trwałe. Jak letnie wakacje, które mijają, lecz pozostawiają w pamięci kolor ścian i skrzypienie podłogi, powracające po latach z zaskakującą wyrazistością. Beztroski nastrój psuła konieczność codziennych wizyt w ośrodku.

Pielęgniarki-terapeutki w sanatorium prowadziły kinezyterapię, ćwiczenia w wodzie, ćwiczenia w sali gimnastycznej i na świeżym powietrzu oraz fizykoterapię: parafinoterapię i elektrostymulacje. W Rabce stosowano zabiegi cieplne, które miały na celu poprawę ukrwienia kończyn, odżywianie mięśni i innych tkanek.

Poddawano mnie elektroterapii, stosując na moją dłoń prąd galwaniczny i faradyczny, celem zapobiegania zanikom mięśni i utorowania nowych szlaków nerwowych. Pielęgniarka jeździła elektrycznym wałkiem po mojej ręce. Jak wyjeżdżała poza fragment ciała bez czucia, to strasznie bolało. Syczałem wtedy, a moja mamusia wstrzymywała oddech.

W Rabce uważano, że ważne jest stosowanie gimnastyki, głównie ćwiczeń czynnych w wodzie, które uzupełniał masaż. Tego rodzaju kinezyterapię nazywano wówczas „ortopedią wodną”. Dużą wagę przywiązywano również do balneologii – kąpieli ogólnych lub miejscowych w solance. Z zabiegami tymi łączył się masaż w środowisku wodnym, w postaci głaskania i lekkiego rozcierania.

Wszystkie zabiegi pochłaniały mnóstwo czasu. Coraz bardziej tęskniłem za swoim poprzednim życiem w Bytomiu, a nie widać było żadnych efektów tych wszystkich starań pracowników sanatorium.

W niedziele przyjeżdżał do nas ojciec, zajęty interesami przez cały tydzień. No, w końcu ktoś musiał to wszystko opłacać, bo przecież mieszkaliśmy w apartamencie, a nie w bezpłatnym ośrodku. Chodziliśmy też codziennie do lokali gastronomicznych, jadaliśmy w restauracjach. Mama hojnie wynagradzała wszystkich pracowników ośrodka w Rabce. Więc tata musiał na to wszystko nastarczyć. I nastarczał, z nawiązką. Mój tata był absolutnie niezastąpiony w takich kwestiach.

Było późne popołudnie. Mamusia siedziała na ławce w parku zdrojowym, ubrana w jasny płaszcz. Patrzyła na mnie długo, zanim coś powiedziała.

– Wiesz, dlaczego tu jesteśmy? – zapytała.

Wzruszyłem ramionami. Wiedziałem oficjalną wersję: dla zdrowia, dla rehabilitacji. Ale w jej głosie było coś więcej.

– Człowiek czasem musi wyjechać daleko od domu, żeby zrozumieć, co jest dla niego najważniejsze – dodała ciszej.