Ebook dostępny w abonamencie bez dopłat od 08.12.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
25 osób interesuje się tą książką
Warszawa, 1943 rok. Irena Sochacka żyje samotnie w okupowanej stolicy. Rozważna, ostrożna, przyzwyczajona do milczenia i wszechobecnego strachu, próbuje przetrwać, nie zwracając na siebie uwagi. Wszystko zmienia się jednak, gdy w jednej z ciemnych uliczek, tuż po godzinie policyjnej, spotyka Samuela – żydowskiego chłopca ukrywającego się po aryjskiej stronie miasta. Od tej chwili Irena nie potrafi już myśleć wyłącznie o własnym ocaleniu. Rodzi się w niej cichy bunt, który popycha ją ku coraz bardziej ryzykownym decyzjom. Wkrótce bohaterka zostaje wyrwana z pozornie bezpiecznej Fregaty i trafia do Adrii, eleganckiego lokalu przeznaczonego dla Niemców. Tam staje się częścią propagandowego eksperymentu i znajduje się pod chłodnym spojrzeniem oficera Franza Bauera. Cena życia to powieść pełna napięcia, w której każdy wybór niesie za sobą odpowiedzialność. Jeden może ocalić życie, inny – bezpowrotnie je zniszczyć Jaką cenę zapłaci Irena za swoje decyzje?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 306
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Magdalena Wojtkiewicz, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Zdjęcie na okładce: © Ildiko Neer / Trevillion Images
Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-792-8
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Drogi Czytelniku, kimkolwiek jesteś, musisz wiedzieć, że trzymasz w dłoniach nie tylko moje wspomnienia, lecz także świadectwo życia w czasie okupacji, czyli obraz tego, co tak naprawdę działo się w okupowanej Warszawie. Piszę to wszystko, bo dotarłam do miejsca, w którym człowiek widzi już na horyzoncie kres ostatniej prostej. Poczułam smutek, wiedząc, że odchodzę z tego świata, a wraz ze mną moja historia. Historia, która nie była darem niebios, lecz spadła na mnie jak głaz ze stromego zbocza. Nie potrafiłam go obejść. Musiałam się na niego wspiąć, by iść dalej.
O tej przeprawie postanowiłam opowiedzieć światu. Zanim jednak do niej przejdę, czuję się zobowiązana powiedzieć kilka słów o tym, co wojna robi z ludzką psychiką. Bo pisząc te wspomnienia, chcę, by jedno wybrzmiało głośno: nigdy nie wolno odwracać wzroku od cudzej krzywdy. Jednocześnie wiem, jak wyglądało życie w tamtym czasie i jak ogromne ryzyko wiązało się z niesieniem pomocy. Wojna była sprawdzianem. Jedni zdawali go lepiej, inni gorzej, ale warunek pozostawał niezmienny: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Długo trzymałam się tej zasady, nawet wtedy gdy świat wokół przestawał ją rozumieć.
Historia, którą chcę opowiedzieć, nie zaczyna się w chwili dokonania mojego pierwszego trudnego wyboru. Jej prawdziwy początek sięga znacznie dalej – tak daleko, że opisanie wszystkiego wymagałoby wielu tomów. Tych niełatwych do rozstrzygnięcia decyzji było zbyt wiele, by każdą z nich umieścić w jednej książce. Dlatego zaczynam od roku tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego, kiedy strach był codziennością, a zło przestało szokować. Zanim jednak dojdę do sedna, muszę cofnąć się o kilka lat. Do czasów, gdy byłam jeszcze kimś zupełnie innym.
Nazywam się Irena Sochacka, z domu Bielecka. Rodzina i bliscy mówili na mnie Irenka. Lubiłam, gdy się tak do mnie zwracali, bo wtedy czułam się bezpiecznie. A potem przyszła wojna i Irenka nie przetrwała, została tylko Irena. Ale po kolei. Urodziłam się w tysiąc dziewięćset siedemnastym roku, w niewielkiej miejscowości pod Warszawą. Do stolicy przyjechałam dopiero jako młoda kobieta. Miałam głowę pełną planów i przekonanie, że świat stoi przede mną otworem. To tu poznałam Józefa. Był starszy ode mnie i służył w wojsku. Zostaliśmy narzeczeństwem długo przed wojną, ale pobraliśmy się rok przed jej wybuchem, nie przeczuwając jeszcze, jak szybko nasze życie zostanie rozbite na kawałki.
We wrześniu trzydziestego dziewiątego roku Luftwaffe zasnuło warszawskie niebo. Nikliśmy w pyle gruzów, a wszystko wokół waliło się jak domek z kart. Tamte wydarzenia są niepojęte dla kogoś, kto ich nie przeżył. Żadna książka ani film nie oddadzą lęku, którego myśmy doświadczyli na własnej skórze. Widz zamknie oczy. Czytelnik odłoży książkę. Po kilku dniach obaj zapomną o losach bohaterów, których reżyser czy autor tak pieczołowicie kreował. Przecież wojna jest przerażająca, to i ty musisz być przerażony!
My nie potrzebowaliśmy przypomnień. Codziennie patrzyliśmy śmierci w oczy. Strach osiadł w nas tak głęboko, że nawet po upływie dekad baliśmy się śmiać. Po dziś dzień uśmiecham się jedynie kącikiem ust. Nigdy nie pozwalam sobie na więcej.
Mój mąż, Józef Sochacki, żołnierz Wojska Polskiego, walczył w kampanii wrześniowej, broniąc z oddaniem stolicy. Walczyli żołnierze, walczyliśmy i my. Cywile. Zarówno starzy, jak i młodzi. Każdy na swój sposób, byleby tylko nie dać wejść Niemcom do miasta. Kierowaliśmy się głosem serca, nie dopuszczając do świadomości faktu, że nasze starania są niczym wobec potęgi niemieckiej armii, z którą przyszło nam się mierzyć. Byliśmy malutcy jak mrówki i tak samo jak one zjednoczeni.
Po wojnie powstało wiele publikacji, reportaży i dokumentów opisujących to, co działo się zarówno przed wejściem Wehrmachtu, jak i podczas rządów okupanta. Nie zamierzam powielać tego, co zostało już wielokrotnie nazwane i przedstawione. Świadomie pomijam szczegółowe relacje z tamtych dni. Jestem pewna, że każdy polski obywatel zna historię swojej ojczyzny i wie, w jaki sposób Niemcy nas traktowali. Ja natomiast przytoczę kilka wydarzeń, które wypełniły moją codzienność i które miały wpływ na decyzje, jakie później podjęłam. Musicie jednak wiedzieć, że to, co za chwilę napiszę, jest zaledwie kroplą w morzu tego, czego doświadczaliśmy przez pięć lat rządów „panów świata”.
Jeśli chcecie wiedzieć, po czym poznać, że w państwie źle się dzieje – spójrzcie na dzieci. Te osobliwe istoty w sposób zupełnie nieświadomy wyciągają na światło dzienne to, co dorośli próbują ukryć. Przemycają swoje obserwacje w najprostszych czynnościach. Wyczytasz całe zło z tego, co śpiewają, o czym rymują i w jakie gry grają. Gdy otacza je spokój, myślą o lodach i latawcach, a kiedy wokół nich panuje piekło, bawią się w wojnę. Jedni udawali Niemców, bijąc po twarzach rówieśników. Inni toczyli walki pod murami, ustawiając ołowiane żołnierzyki w szeregi. Wszystkie, niezależnie od zabawy, krzyczały jedno: Hände hoch! Czasem potrafiły człowieka tak wystraszyć, że serce galopowało w klatce piersiowej do późnej nocy.
Skoro już jesteśmy przy niemieckich hasłach, nie sposób nie wspomnieć o kolejnym, bardzo dobrze nam znanym: wird mit dem Tode bestraft – podlega karze śmierci. Niemieckie komendy wryły się nam w pamięć jak pacierz. Na każdym kroku trzeba było uważać. Krzywo spojrzałaś na Niemca – kara. Ociągałeś się w pracy – kara. A, nie daj Bóg, działasz w konspiracji – kara groziła nie tylko tobie, ale i dziesiątkom innych. Za młodu człowiek dostawał pasem od ojca czy matki. Nie za mocno, bardziej dla postrachu niż bólu. Teraz ojca zastąpił Niemiec, a pas zmienił się w Parabellum. Nie szczędzili amunicji. Strzelali do mieszkańców jak do kaczek. Nazywaliśmy ich kosiarzami, bo za nic mieli ludzkie życie – kosili Polaków, jak im się podobało. Bez żadnych zasad czy praw. Wedle uznania.
Przejdę teraz do getta warszawskiego. Nie było ono dla nas abstrakcyjną nazwą ani oddaloną częścią miasta – codziennie, idąc do pracy, mijaliśmy drewniany most nad ulicą Chłodną i wysokie mury oddzielające nas od żydowskiej dzielnicy. Słyszeliśmy dochodzące zza nich krzyki Żydów. Wtedy i my krzyczeliśmy, ale tylko wewnętrznie – tak, by nikt nas nie usłyszał. Wiedzieliśmy, że również nas mogłaby spotkać kara śmierci.
Z czasem jednak społeczna bezsilność zaczęła przeradzać się w ruch oporu. Ci, którym nie brakowało odwagi, próbowali pomagać Żydom. Czasem im się udawało, częściej kończyło porażką. Niemcy byli okrutni. Nie przypominali ludzi, raczej istoty pozbawione sumienia. Myślę, że ich starania, aby Bóg o nich zapomniał, spełniły się z nawiązką. Szczególnie zapadł mi w pamięć moment, gdy po stronie aryjskiej, tuż przy samych murach getta, zbudowali wesołe miasteczko. Po jednej stronie uciecha, po drugiej głód i śmierć. Lata później przeczytałam wiersz Campo di Fiori autorstwa Czesława Miłosza. Poeta idealnie oddał absurd czasu, w którym przyszło nam żyć. Bez krzyku, bez oskarżeń. Samym zestawieniem obserwacji.
Niemcy robili wszystko, by złamać ducha narodu. Wszelkimi sposobami. Żyliśmy przez nich w ciągłym napięciu. Codziennie rano wychodziło się z domu, nie wiedząc, czy wróci się do niego wieczorem. W głowach mieliśmy mętlik i strach, ale każdy chciał żyć dalej. A żeby przeżyć, musieliśmy pracować i zarabiać. Na płotach aż roiło się od kartek z ogłoszeniami: „Pójdę do pracy”, „Szukam zajęcia”, „Ugotuję coś z niczego”. Ale obok nich wisiały też i inne, znacznie boleśniejsze. „Szukam syna – Wiesiu, czekam na ciebie na Wierzbowej”. „Antoni Szwagierczak – zaginął w ’42 – wysoki, z blizną na policzku. Rodzina zaginionego mieszka na Wąskiej”. „Ludmiła Wiewióra – oddam kartki. Ulica Targowa 2”. Odwracałam od nich wzrok. Nie potrafiłam patrzeć na te ogłoszenia. I tak zbyt wiele już dźwigałam na barkach.
Przez lata chodziłam ulicami Warszawy z przekonaniem, że Józef – mój mąż – zaraz po aresztowaniu w trzydziestym dziewiątym został wywieziony gdzieś daleko w głąb Rzeszy, a może nawet już nie żył. Dopiero na początku czterdziestego drugiego dotarła do mnie wiadomość, że trafił do Stalagu Hammerstein, czyli obozu jenieckiego na Pomorzu. Żył. Pracował w komandzie roboczym i podobno czekał na zwolnienie. Powinnam poczuć ulgę, ale ja wiedziałam, czym ta informacja pachnie. Kłamstwem. Perfidnym, śmierdzącym z daleka kłamstwem. Niemcy mówili wszystko, co chcieliśmy usłyszeć, tylko po to, żeby uśpić naszą czujność. Nie wierzyłam im. Nigdy nie wyjawiali całej prawdy. Mijały miesiące. Józefa jak nie było, tak nie było. Przychodziłam więc dalej do tego samego okienka, z tym samym pytaniem i tym samym nazwiskiem na ustach. Urzędniczka rozpoznawała mnie już z daleka. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, podnosiła oczy znad papierów i rzucała:
– Następna.
A ja nie wiedziałam, czy woła kobietę stojącą za mną, czy drwiła ze mnie, że jestem kolejną, która przychodzi pytać o Sochackiego. Aż w końcu nadszedł rok czterdziesty trzeci, a ja przestałam chodzić do okienka. Rok ten okazał się przełomowym. Nie tylko dla mnie, bo straciłam nadzieję na powrót Józefa, lecz także dla całej Warszawy. Najcięższy dotychczas okres okupacji. Byliśmy zmęczeni ciągłymi represjami, łapankami, godzinami policyjnymi, które nieustannie się zmieniały. Głodni i zmarznięci, zaczęliśmy imać się wszystkiego, co dawało cień szansy na przetrwanie.
Przed wojną należałam do grupy, której Niemcy nie znosili najbardziej – do ludzi wykształconych, samodzielnie myślących, potrafiących jednoczyć innych. W pierwszych miesiącach okupacji jakoś sobie radziłam. Miałam jeszcze oszczędności. Kierowana intuicją, w tysiąc dziewięćset czterdziestym roku nie zarejestrowałam się w Biurze Ewidencji Ludności. Niestety, z czasem sytuacja materialna stawała się coraz trudniejsza. Oszczędności topniały szybciej, niż sądziłam. Szukałam różnych prac dorywczych. Szyłam, prałam, piekłam ciasta. Wszystko to pozwalało przetrwać z dnia na dzień, ale nie dawało żadnego zabezpieczenia. Nie miałam dokumentu potwierdzającego zatrudnienie – Ausweisu – a jego brak niósł ze sobą ogromne ryzyko. Po zatrzymaniu jako żona aresztowanego żołnierza, przedstawicielka inteligencji i – co najgorsze – osoba bez dokumentów, trafiłabym do obozu przejściowego przy Skaryszewskiej bez pytań i tłumaczeń. Każdy w Warszawie to wiedział. Wtedy jednak los się do mnie uśmiechnął. Pewnego piątkowego dnia, podczas spaceru nad Wisłą, spotkałam znajomą, Anielę Zarzycką, początkującą aktorkę, która przed wojną grywała niewielkie role na deskach teatru. Zwierzyłam się jej ze swoich trosk, a ona od razu podchwyciła temat. Sama wówczas pracowała jako kelnerka w znanym wszystkim lokalu U Aktorek. To właśnie Aniela podsunęła mi pomysł, żebym spróbowała dostać posadę w kawiarnio-restauracji Fregata przy ulicy Mazowieckiej 11. Lokal prowadziła Zofia Dziakiewiczowa – żona pułkownika Wojska Polskiego. Kobieta o niezłomnym sercu i ciężkim charakterze, która zatrudniała głównie żony i córki wojskowych. Wiedziała bowiem, w jak trudnej znalazłyśmy się sytuacji. Pomagała, jak mogła, a co najważniejsze – dawała kartę pracy.
Poszłam zatem właśnie tam, a Zofia od razu mnie przyjęła. Po tym, jak po raz pierwszy dla niej zaśpiewałam, dostałam pensję wyższą o kilka groszy i występy co drugi dzień. Lubiłam śpiewać i nie sprawiało mi to trudności. Mogłam przynajmniej na chwilę zapomnieć o otaczającym mnie świecie i oddać się muzyce. Po kilku tygodniach przeprowadziłam się bliżej Fregaty. Wynajęłam pokój w jednej z ocalałych kamienic. W tamtym czasie miałam poczucie, że szczęście mi sprzyja. Na chwilę zrobiło mi się lżej. Byłam wśród swoich, przestałam czuć głód, czasami ładniej się ubrałam.
Dziewczęta, z którymi pracowałam, były śliczne, młode i wesołe – mimo terroru, jaki rozgrywał się za oknem. Ale przecież my żyłyśmy. Wojna była wojną, ale młodość pozostawała młodością. Miałyśmy po dwadzieścia parę lat, niektóre nawet mniej. Czasem coś się wypiło, czasem zapaliło papierosa. Zdarzyło się potańczyć do zakazanej muzyki, pośmiać z klientem i zawiesić wzrok na czyjejś twarzy odrobinę za długo. Czułam się lżej, niż wypadałoby w tamtych czasach. Ale w ten sposób radziłyśmy sobie z tym, co nas otaczało. Coraz częściej dochodziły do nas informacje o masowych mordach w obozach. Mówiło się głośno o transportach z gett – o Żydach wywożonych w jedną stronę. Wojna zmierzała w złym kierunku.
Martwiłam się o Józefa. I nie byłam jedyną, która za nim płakała. Wiedziałam, że miał powodzenie u kobiet. Zawsze był rozrywkowy, lubiany, łatwo nawiązywał kontakty. Miałam tego świadomość. A jednak martwiłam się o niego. Po ludzku. Tak, jak martwi się o drugiego człowieka, z którym dzieliło się życie. Dopiero wtedy zrozumiałam, że troska nie zawsze wyrasta z miłości. Czasami rodzi się z samego faktu bycia z kimś blisko. Wszystkie jednak – pomimo dramatów – chciałyśmy czuć, że istniejemy. Że nie jesteśmy tylko kartką na żywność ani pionkiem w cudzej grze. Nie byłyśmy wydmuszkami pozbawionymi duszy i nadziei. Jeszcze nie. Jeszcze Niemcom nie udało się nam tego odebrać.
Dwa lata później, podczas wydawania kenkart, miałam okazję sama zadeklarować zawód. Podałam więc fikcyjny. Zresztą jak większość z nas. W rubryce „zawód wyuczony” wpisałam: gospodyni domowa, w miejsce zawodu wykonywanego pojawiło się: śpiewaczka kawiarniana. Niewiele skłamałam, gdyż od dziecka miałam talent do śpiewu, a w tamtym czasie pracowałam już we Fregacie. Gdybym nie posłuchała rodziców i nie została wykwalifikowaną stenotypistką, być może gościłabym dziś na estradach wielkich sal balowych.
Pomagała mi także uroda – tak mówili i mieli rację. Wyróżniałam się na tle kobiet, wśród których żyłam. Nie piszę tego, by się pochwalić. Po prostu to był fakt, który w tamtych czasach mógł być zarówno darem, jak i przekleństwem. Byłam blondynką, ale nie o tlenionych włosach, lecz o naturalnym odcieniu pszenicy, i zawsze starannie upiętych nad karkiem w ciasny kok. Mówiono mi, że mam dziecięcą twarz. Delikatną, drobną, na której szybko różowiły się policzki. Pomimo upływu lat nadal często się rumienię. Taka niewdzięczna ta moja przypadłość. A oczy… One były moją dumą. Ciemne niczym węgiel, budziły zachwyt wśród znajomych. Czemu piszę o nich w czasie przeszłym, skoro nadal żyję? Bo dziś są zapadnięte i otoczone siatką zmarszczek. Ich kolor nie budzi już zachwytu. Czasem przyglądam się sobie w lustrze i próbuję zajrzeć w nie głęboko, chcąc odszukać choćby cień tej iskry, którą mieniły się w młodości. Lecz na marne. Niemal osiemdziesięcioletni wzrok jest już równie zmęczony, co nogi i ręce. Ale wtedy, w latach trzydziestych, mogłam zrobić wyjątkową karierę. Życie jednak miało wobec mnie inny plan. Nie będę tu pisać o boskim zamyśle, bo wojna zostawiła po sobie zbyt wiele cierpienia, by doszukiwać się w niej działań Boga. W każdym razie część tamtych marzeń spełniła się później – inaczej niż sobie to wyobrażałam, i w czasie, którego nigdy bym dla siebie nie wybrała.
Myślę, że nadszedł odpowiedni czas, by przejść do właściwej historii. Tej, która zmieniła mnie na zawsze. Nie jestem pisarką, więc wybaczcie, jeśli nie wszystko będzie dla was zrozumiałe. Piszę bowiem jako kobieta, która przeżyła coś, co nosiła w sobie do dziś i dłużej nie chce tego robić. Cofnę się wspomnieniami do miejsca, w którym po raz pierwszy od wybuchu wojny zaśmiałam się bez strachu. Do chwili, w której wydawało mi się, że los choć na moment mi sprzyja i dam radę przeżyć wojnę. Wiecie już, Moi Drodzy, gdzie się zaczyna historia?
Fregata nie była miejscem ani wystawnym, ani modnym. Była jednak przestrzenią wypełnioną gwarem rozmów i dźwiękami muzyki. Pierwszy wieczór, kiedy dołączyłam do sześcioosobowej zmiany, od razu utwierdził mnie w przekonaniu, że muszę zmienić swoje nastawienie do ludzi. Wcześniej, nauczona życiem, starałam się unikać kontaktu z drugim człowiekiem. Najzwyczajniej w świecie nie ufałam nikomu. Nie miałam karty pracy, każdy mógł mnie zadenuncjować choćby do Arbeitsamtu – niemieckiego urzędu pracy.
Teraz sytuacja się zmieniła. Miałam nareszcie mocne papiery. Mogłam śmielej kroczyć ulicami miasta, podnosić wzrok, kiedy mijałam przechodniów. A jednak nieufność wobec drugiego człowieka nie zniknęła od razu. Nadal uważałam na to, co robię i mówię. Minęło kilka dobrych tygodni, zanim zaczęłam funkcjonować w restauracji jak pozostałe dziewczęta. Te zawsze śmiały się głośno, śpiewały bez skrępowania i tańczyły lekko jak piórko. Na szczęście z każdym dniem było coraz lepiej.
Szczególnie za sprawą Leokadii Mareckiej – drobnej, szczupłej piosenkarki, która przed wojną występowała w zespole Marzenie. Grali głównie na weselach i rodzinnych uroczystościach, ale jako siostra zaginionego podczas kampanii wrześniowej żołnierza Leokadia znalazła zatrudnienie we Fregacie. Jej entuzjazm i radość życia wsiąkały we mnie głęboko i koiły zszargane nerwy niczym wazelina spękane wargi. Tak, z Leosią pracowało mi się zdecydowanie najlepiej.
Natomiast klientela była bardzo różnorodna. Przychodzili zarówno zwykli pożeracze chleba, jak i robotnicy wracający ze zmian, szmuglerzy, a czasem ktoś, kogo lepiej było nie pytać o imię. Bywali też, choć rzadko, chłopaki z konspiracji. Zazwyczaj tylko wtedy, gdy mieli coś do przekazania szefowej Zofii. Wpadali na chwilę, siadali przy stoliku w kącie sali, pili szybko i znikali.
Zdarzało się również, że zaglądali do nas Niemcy. Najczęściej patrol. Wchodzili bez zapowiedzi, rozglądali się uważnie, sprawdzali dokumenty, liczyli pieniądze w kasie. Robili notatki, burczeli coś pod nosem, po czym wychodzili jak gdyby nigdy nic. A my zostawałyśmy z tym napięciem w żołądku, które drażniło przez resztę dnia.
Droga do Fregaty zajmowała mi zazwyczaj piętnaście minut. Gdy się śpieszyłam – niewiele ponad dziesięć. Mazowiecka była ruchliwą ulicą, pełną obcych twarzy i przypadkowych spojrzeń, które krzyżowały się i znikały bez śladu. Do Warszawy pomimo represji wciąż zjeżdżali ludzie z całej Generalnej Guberni. Jedni szukali tu pracy, inni próbowali coś sprzedać albo ukraść. Starałam się nie zwracać na nich uwagi. Szłam prosto do celu, z opuszczonym wzrokiem, jak wszyscy.
Tego dnia miałam drugą zmianę, co oznaczało, że wychodziłam z lokalu tuż przed godziną policyjną. Miasto wtedy cichło gwałtownie, a każdy krok stawał się ostrożniejszy. Musiałam bardzo się śpieszyć, by opuścić lokal przed dwudziestą. Kilka minut spóźnienia i mogłam, przy dobrych wiatrach, skończyć na dołku. O tym jednak myślałam dopiero przed końcem pracy.
Teraz zaczynałam zmianę. Już zza rogu słyszałam charakterystyczny dla Fregaty dźwięk akordeonu i harmonijki, który brzmiał zbyt głośno jak na czasy, w których przyszło nam żyć. Ale nic dziwnego, w końcu była sobota. Tego dnia każdy chciał odpocząć po ciężkiej pracy. Napić się kieliszka czystej, zjeść coś ciepłego, zapomnieć na chwilę o wojnie. Byłam niemal pewna, że pojawi się kilku szmuglerów wracających ze wsi. Z daleka dało się ich poznać po płaszczach, a wypchane torby zdradzały, że mają przy sobie zapasy: ziemniaki i drób, czasem coś więcej. Zofia miała prawdziwą smykałkę do interesów. Potrafiła wszystko tak zorganizować, że Fregata nigdy nie świeciła pustkami. Pod względem kuchni zawsze miałyśmy co podać na talerz stałej klienteli.
Lokal był ciasny i skromniejszy od innych w mieście, ale właśnie to dawało mu przewagę – tu każdy czuł się jak u siebie. Na szczęście Niemcy jeszcze nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, jak bardzo było tu „po naszemu”. W Warszawie trzeba było uważać na wszystkich i wszystko. Nawet między sobą ważyłyśmy słowa. Nigdy nie było wiadomo, komu można zaufać. Przez niemal cztery lata okupacji widziałam już wiele. Zdarzało się, że przyjaciel zdradzał przyjaciela, że najbliższy kolega okazywał się donosicielem. Smutno było na to patrzeć, ale nie należało udawać, że takie rzeczy się nie zdarzają.
Drzwi Fregaty skrzypnęły lekko, gdy je pchnęłam, a dzwoneczek zawieszony nad framugą zabrzęczał ostrzegawczo. Na ułamek sekundy cała sala obróciła się w moim kierunku. Kiedy upewnili się, że to nie Niemcy, napięcie opadło. Stali bywalcy unieśli dłonie w geście powitania, a Leokadia wybiegła mi naprzeciw.
– No, wreszcie – rzuciła półgłosem. – Zośka szaleje na kuchni. Podobno Maniek się nie zjawił.
Uśmiechnęłam się do niej i przeszłam za ladę, żeby założyć fartuch. Sala już żyła własnym rytmem. Tego wieczoru nie śpiewałam ja, ale Antonina – niska szatynka o ostrym spojrzeniu i głosie, który zupełnie nie pasował do ciasnego wnętrza restauracji. Brzmiał jak z desek opery, a my w ogóle nie miałyśmy sceny. Zarówno Antonina, jak i każda z nas stała na trzech zbitych ze sobą skrzynkach, trzymając w dłoni lichy mikrofon. Za nią, na stołkach, siedzieli Tadeusz z akordeonem i Kazik z harmonijką. Całą trójką wyglądali nieco groteskowo, ale w okolicy nie mieli sobie równych. Występy muzyczne we Fregacie były ważną częścią dnia. Zofia powtarzała uparcie, że lokal bez muzyki to nie lokal. Uważała, że klienci przy akompaniamencie melodii dawali się ponieść dźwiękom i zamawiali kolejne kieliszki oraz jedli dwa razy więcej. A my miałyśmy z tego pieniądze. Czasem bywało tak tłoczno, że ledwo dało się przecisnąć między stolikami.
Zawiązałam sznurki fartucha ciasno wokół pasa i wygładziłam kołnierzyk sukienki. Ten drobny, codzienny gest pozwalał mi wejść w rolę beztroskiej kelnerki. Jeszcze raz ogarnęłam wzrokiem salę.
– Spokojnie, Leosiu. Dzisiaj i tak wszyscy będą jeść ciemny chleb i pić wódkę spod lady. Nic więcej nie jest im potrzebne do szczęścia.
To powiedziawszy, wtopiłam się w tłum. Z notesikiem w ręku krążyłam między stolikami, zbierałam zamówienia, czasem podchwytywałam refren śpiewany przez Antoninę. Fregata pulsowała życiem. To był nasz mały bunt, by nie dać się Niemcom.
Nie minęła nawet godzina, gdy pod lokal podjechał na rowerze Maniek. Chłopak miał przewieszony przez ramię jutowy worek, z którego sączyła się krew. Nie trzeba było się domyślać, co kryło się w środku. Drób. Dużo ryzykował, przywożąc zabite zwierzęta. Ciemne plamy krwi na worku były proszeniem się o kłopoty. Ale Maniek dobrze wiedział, że skoro my w sobotę próbujemy żyć, to Niemcy tym bardziej się bawią. Sobota niosła ze sobą złudne poczucie wolności. Miasto oddychało wtedy inaczej. Wolniej. Nawet za murami getta bywało ciszej – rzadziej słychać było strzały czy niemieckie okrzyki. Potem przychodziła niedziela. Skacowani, rozdrażnieni esesmani potrafili tego dnia urządzić najwięcej łapanek. Ale do niedzieli brakowało jeszcze kilku godzin. Tego wieczoru miałyśmy ręce pełne roboty. Skupiałyśmy się tylko na niej, bo lepiej było nie myśleć za wiele o tym, co może przynieść jutro.
Niepostrzeżenie zbliżała się dwudziesta. Zofia razem z Kazikiem i Tadeuszem zaczęli wypraszać gości. Ktoś dopijał w pośpiechu, ktoś inny mruczał pod nosem, ale każdy, bez wyjątku, wiedział, że nie ma zmiłuj. Trzeba było wracać do domu. Razem z Antoniną i Leokadią zajęłyśmy się sprzątaniem. Muzyka ucichła, gwar opadł, Fregata zapadała w osobliwy bezruch. Stoły były już puste, szkło wytarte, podłoga zamieciona.
Wyszłam z restauracji tuż przed dwudziestą. Wiedziałam, że drogę powrotną do mieszkania będę musiała pokonać niemal biegiem. Marcowe powietrze pachniało już wiosną, ale wciąż niosło ze sobą chłód zimy. Do tego było wilgotno. Owinęłam się ciaśniej płaszczem i ruszyłam biegiem. Ulica była pusta. Tylko ja i dźwięk obcasów uderzających o bruk. Przeżegnałam się w duchu, by tylko nie spotkać patrolu. Minęłam uliczkę odbiegającą od głównej arterii. Nie paliła się tam żadna latarnia, przez co droga przypominała czarną dziurę.
Poczułam dreszcz na karku i niemal w tym samym momencie usłyszałam ciche skomlenie. Zadrżałam i zrobiłam jeszcze kilka kroków, nim zorientowałam się, co słyszę. Dzieci płakały wszędzie – to nie było nic niezwykłego. Płacz stał się naszą codziennością. Ale nie o tej porze. Nie tuż przed wybiciem godziny policyjnej. Nawet dzieci bez domu wiedziały, że po zmroku trzeba być cicho. Wojna nauczyła nas wszystkich, jak mamy się zachowywać, żeby przeżyć. A to dziecko płakało głośno. Serce ścisnęło mi się boleśnie. Wiedziałam, że nie powinnam była się zatrzymywać, ale to zrobiłam. Zawróciłam i weszłam w uliczkę. Coś poruszyło się wśród ciemności jak zwierzę złapane w sidła. Podeszłam bliżej i wtedy je zobaczyłam. Zaledwie zarys małej postaci, cień przyklejony do ściany.
– Cicho – wyszeptałam. – Nie płacz, bo cię usłyszą.
Dziecko cofnęło się, zaszurało nogami po bruku.
– Nicht schlagen1– wymamrotało. – Nicht schlagen.
Zamarłam. Głos należał do chłopca. Powoli wyciągnęłam ku niemu dłoń, ale zatrzymałam ją w pół drogi.
– Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy. Nie jestem Niemką.
Czułam, że mi się przygląda, choć prawie go nie widziałam.
– Jesteś tu sam? – zapytałam najciszej, jak było to możliwe.
Nie zdążył odpowiedzieć, gdyż z głębi uliczki dobiegło stłumione nawoływanie. Kobiecy głos drżał ze strachu.
– Samuel… Samuel…
Chłopiec drgnął, jakby ktoś pociągnął go za niewidzialną nić. Odwrócił się i pobiegł, znikając w ciemności. Zostałam sama pośrodku wąskiej uliczki z przeczuciem, że coś właśnie mnie minęło – albo że dopiero się zaczęło.
Imię dudniło mi w głowie, nie chciało ucichnąć. Samuel. Nie miałam wątpliwości – to było żydowskie imię. A skoro on był Żydem, to kobieta, która go wołała, musiała być Żydówką. Sam fakt, że oboje znaleźli się po stronie aryjskiej, pachniał śmiercią. Wiedziałam, że idąc za nimi, wydaję na siebie wyrok. A jednak coś nieustannie szeptało mi w głowie: nie bądź obojętna jak wszyscy .
Ruszyłam więc ich śladem. Obejrzałam się tylko raz. Potem już patrzyłam wyłącznie przed siebie, w mrok, który wciągał mnie z każdym krokiem. Ostrożnie wyjrzałam zza winkla. Chłopiec i kobieta zatrzymali się przy opuszczonej kamienicy. Jej okna były czarne i ślepe, a wejście do ruin ledwie dało się rozpoznać. Kobieta rozejrzała się nerwowo, raz w jedną, raz w drugą stronę, po czym wsunęła się z chłopcem do środka. Podążyłam za nimi najciszej, jak potrafiłam. Weszłam tylko kilka kroków w głąb ruin i wtedy ich sylwetki rozpłynęły się w ciemności. Dopiero po chwili dostrzegłam cienką smugę światła, która wydobywała się spod luźnej deski w podłodze. Kobieta podważyła ją ostrożnie. Chłopiec zszedł pierwszy, znikając w otworze. Ona zerknęła jeszcze raz w stronę ulicy, a potem ruszyła za nim. Deska opadła cicho na swoje miejsce, a światło zgasło.
Zostałam sama, wpatrzona w pustą przestrzeń. Serce biło mi tak mocno, że czułam je w gardle. Pchana ciekawością podeszłam jeszcze bliżej i próbowałam odnaleźć ukryte wejście w podłodze, ale bez skutku. Było zbyt ciemno. Przesuwałam bezszelestnie dłonią po deskach, po kawałkach gruzu i kamieniach. Wtedy usłyszałam kroki. Zamarłam, wciąż przykucnięta na podłodze. Chwilę później do wnętrza ruin wpadł biegiem mężczyzna, a zaraz za nim dwoje dzieci potykających się o kamienie. Przez moment mnie nie widzieli. Ja widziałam tylko zarysy ich sylwetek. Dopiero gdy się podniosłam, zauważyli mnie. Zastygli w bezruchu. Wtedy dostrzegłam, że mężczyzna trzyma przy piersi niewielkie zawiniątko. Przez sekundę myślałam, że to pakunek, ale rozległo się ciche kwilenie i zrozumiałam, że to niemowlę. Obok mężczyzny stały zaś dwie dziewczynki, obie z włosami związanymi w kucyk na środku głowy. Uniósłszy dłonie, zrobiłam krok w tył.
– Nie bójcie się – wyszeptałam. – Na Boga… Nie przyszłam tu, żeby wam zrobić krzywdę. Przyrzekam.
Mężczyzna nie poruszył się ani o centymetr. Stał sztywno, a dziewczynki przywarły do jego nóg. Dopiero po chwili ciszy odważył się zapytać:
– Kim jesteś?
– Nazywam się Irena – odpowiedziałam szybko. – Irena Sochacka. Pracuję we Fregacie. W restauracji tuż za rogiem.
– Wiem, gdzie to – uciął oschle.
Odetchnęłam głęboko i zaczęłam mówić dalej.
– Nic mnie nie łączy z Niemcami. Usłyszałam płacz dziecka… potem kobiecy głos. Ktoś zawołał chłopca po imieniu. Samuel. On uciekł, a ja bałam się, że coś mu się stanie, więc poszłam za nim.
Znowu zapadła cisza. Wyczuwałam na sobie ciężar męskiego wzroku. Potem mężczyzna spojrzał na dziewczynkę stojącą obok. Cichym, nerwowym szeptem wypowiedział coś w jidysz. W tej samej chwili usłyszeliśmy twardy, miarowy stukot obcasów. W naszą stronę szedł niemiecki patrol. Nie było czasu na dalsze tłumaczenia. Mężczyzna wcisnął mi niemowlę w ramiona, a sam osunął się na kolana i gorączkowo zaczął macać dłonią po podłodze. W końcu odnalazł to, czego szukał, i drzwiczki zgrzytnęły cicho.
– Wchodźcie – rzucił. – Szybko.
Z wnętrza kryjówki wychyliła się kobieta ze świecą. Gdy mnie zobaczyła, znieruchomiała, a sińce wokół jej oczu pociemniały. Mężczyzna nic jej nie tłumaczył. Przystawił tylko palec wskazujący do ust, nakazując ciszę. Oddałam niemowlę zalęknionej młodej kobiecie. Przytuliła je do siebie ciasno, aby nie zapłakało. Stukot obcasów rozbrzmiewał gdzieś niedaleko nas. Wstrzymałam oddech i miałam pewność, że nie tylko ja to zrobiłam.
W półmroku, wyczekując najgorszego, przyjrzałam się otaczającym mnie twarzom. Mężczyzna stał napięty jak struna, gotów zaatakować w każdej chwili. Dwie dziewczynki i chłopczyk, którego wcześniej spotkałam w ciemnej uliczce, kryli się za matczyną spódnicą. Zrozumiałam, że wpadłam w tarapaty. I kiedy wydawało mi się, że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, z mroku piwnicy wyłoniła się kolejna kobieta – starsza od nas wszystkich. A może tylko bardziej zniszczona przez wojnę. U jej nóg, na zimnej, wilgotnej ziemi, coś się poruszyło. Przyjrzałam się uważniej. Leżało tam jeszcze jedno dziecko. Przykryte jedynie płaszczem, nieruchome, jakby pogrążone we śnie. Drgnęłam, ponieważ pomyślałam, że to być może wcale nie był sen, lecz coś znacznie gorszego.
Wstrzymywane dotąd powietrze wyrwało mi się z ust szarą smugą pary. Było tu jeszcze zimniej niż na zewnątrz, a dziecko leżało bez ruchu. Chciałam się przesunąć… ale nie mogłam. Nikt z nas nie ruszył się nawet o centymetr. Nad naszymi głowami rozlegał się stukot obcasów. Ktoś krążył chwilę – kroki zbliżały się, oddalały, wracały jeszcze raz, aż w końcu ucichły na dobre.
Dopiero wtedy padło pytanie:
– Kim jesteś? – Głos kobiety był chropowaty.
Podeszła do mnie. Miała twarz pooraną zmarszczkami, włosy ciasno ściągnięte z tyłu głowy i oczy wyprane z emocji. Patrzyła tak, jak patrzą ludzie, którym odebrano złudzenia.
– Nazywam się Irena Sochacka. Usłyszałam płacz chłopca i…
– Tu się nic nie słyszy i nic nie widzi – przerwała mi ostro. – A już na pewno nie chodzi się za dziećmi.
Znów zapadła cisza. Czułam na sobie spojrzenia wszystkich.
– Bałam się, że coś mu się stanie.
– Wiesz, co grozi i tobie, i nam? – Kobieta postąpiła krok w moją stronę.
Skinęłam głową.
– Wiem. Śmierć.
– Jeśli przyszłaś tu z ciekawości, to źle trafiłaś. Jeśli po pieniądze, tym gorzej. Ale jeśli po tym, co zobaczyłaś, zechcesz nam pomóc, musisz wiedzieć jedno: w chwili podjęcia decyzji stracisz wolność.
Przełknęłam ślinę, czując suchość w gardle. Nie przyszłam tu po nic z tego, co wymieniła. Przyszłam, bo byłam głupia. Przez tyle lat uważałam na każdy krok, a teraz wszystkie lekcje poszły do kosza.
– Nie mam zamiaru nikogo zdradzić – odparłam cicho.
Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na mnie, bacznie obserwując.
– Zamiary nic tu nie znaczą. To za mało.
Zapadła cisza.
– Albo zostajesz i bierzesz na siebie tę tajemnicę – wymamrotała. – Albo wychodzisz i zapominasz o nas. Rozumiesz?
– Rozumiem.
– A więc?
Nie potrafiłam wydusić z siebie słowa. Wszystko zaczęło mi się rozmywać przed oczami. Twarz kobiety, ciemne ściany kryjówki, skulone postaci w kątach, niemowlę. I do tego ten zapach… potu, niemytych ciał. Osiadł mi w gardle, przyprawiając mnie o mdłości. Czułam, jak krew dudni mi w skroniach. Czułam te oczy zwrócone na mnie, lecz patrzące nie z nadzieją, a z nieufnością, jakbym była podejrzana.
– Mogę… – Przełknęłam ślinę. – P-przynieść jedzenie.
Pokręciła głową.
– Jedzenie mamy. Zawsze jakieś się znajdzie. Ale… – Wskazała brodą na dziecko leżące na ziemi. – Lekarstwa. Tego nam potrzeba. Nie tylko dla niego. Takich jak on jest więcej. A leków nie kupi się na bazarze.
Przyjrzałam się nieruchomemu ciału pod płaszczem.
– Mogę go zobaczyć? – Czułam, jak serce miota mi się w klatce piersiowej.
Kobiety rozeszły się na boki, by mnie przepuścić. Zbliżyłam się powoli, po czym kucnęłam. Dotknęłam dłonią ciała chłopaka. Wyglądał na nastolatka, choć równie dobrze mógł być młodszy. Wojna postarzała szybciej niż czas. W półmroku nie widziałam dokładnie jego twarzy. Wokół warg miał ciemną obwódkę – może brud, a może zeschniętą krew. Przesunęłam dłonią, kładąc ją na jego czole. Chłopiec był rozpalony. Jego skóra aż parzyła. Nagle otworzył oczy. W słabym świetle świecy zamigotały białka. Drgnęłam, przestraszona jego spojrzeniem, on jednak się nie poruszył. Nie miał na to sił. Tylko patrzył. Po cichu, bez walki, zaprzyjaźniony ze śmiercią.
– To Chaim. – Starsza kobieta odezwała się za moimi plecami. Spojrzałam na nią przez ramię. – Jak widać, najsłabszy. A to są: Samuel – wskazała na chłopca z uliczki – Chana, Rywka, Lea i Kalman – mówiła spokojnie, wymieniając po kolei członków rodziny. – Niemowlę nie jest ich. My tylko pomagamy.
Powróciłam wzrokiem do chorego chłopca.
– To jak? Przyniesiesz leki?
– Nie wiem jeszcze, czy mi się uda, ale…
– Więc zostajesz – przerwała, nie dając mi dokończyć zdania. – Teraz musisz myśleć za nich i przede wszystkim o nich. Po tej stronie miasta ich życie nic nie znaczy. Są jak szczury, których Niemcy się brzydzą. Dlatego gęba w kubeł. Jeśli piśniesz o nas komukolwiek choćby słówko, to będziemy szybsi niż Szwaby.
Podniosłam się powoli.
– Za kogo ty mnie masz? – spytałam z nieskrywaną złością. – Nie jestem bezdusznym stworzeniem. Jak mogłabym wydać dzieci na pewną śmierć?
Patrzyła na mnie badawczo.
– Na imię mi Danuta. – W jej oczach przeskoczyła iskra zawziętości. – I tyle ci wystarczy wiedzieć. Kalman, wyprowadź ją. – Zrobiła krok w tył.
Mężczyzna wyrósł przede mną niczym ściana. Nie odezwał się ani słowem, odwrócił, wspiął po schodkach drabinki i ostrożnie uniósł deskę. Najpierw wyjrzał, odczekał chwilę, obserwując otoczenie, a dopiero potem wyszedł. Podążyłam za nim, z nikim się nie żegnając.
– Jeszcze jedno – odezwała się Danuta, zatrzymując mnie w pół kroku. – Nie wracaj tu. My cię znajdziemy.
Skinęłam głową, choć nie byłam pewna, czy to zauważyła.
Kalman cały czas szedł przodem. Przygarbiony, blisko ścian budynków. Był niemal bezszelestny. Starałam się robić to samo, co on. Stawiałam stopy ostrożnie, rozglądałam się dookoła i nasłuchiwałam czyichś kroków. Przy rogu ulicy zatrzymałam się i odruchowo chwyciłam go za rękaw. Odwrócił się tak gwałtownie, że się go przestraszyłam.
– Dalej pójdę sama – wyszeptałam. – Wracaj już.
Przez chwilę jeszcze stał przede mną nieruchomo, jakby chciał zaprotestować, ale w końcu cofnął się i zniknął w ciemności, pozostawiając po sobie pustkę. Do kamienicy, w której mieszkałam, dotarłam z sercem walącym o żebra. Dopiero gdy zamknęły się za mną drzwi, odetchnęłam pełną piersią.
Ale ulga nie trwała długo. Tej nocy nie spałam. Miotałam się na łóżku w ciasnym pokoju, który ledwie mieścił materac przykryty wełnianym kocem. W kącie pomieszczenia stała koza, a na niej garnuszek z wodą. Obok była wąska szafka i lampa naftowa rzucająca drżące światło na ściany. Skrzynia na ubrania i nic więcej. Skromnie. Bardzo skromnie, a i tak o stokroć lepiej niż tamci, których zostawiłam w składziku pod ziemią. Leżący na zimnej ziemi Chaim nie dawał mi spokoju. Wiedziałam już, że nie mogę się wycofać. Musiałam zdobyć lekarstwa. Nawet jeśli oznaczało to ryzyko, którego wcześniej tak zażarcie starałam się unikać.
Nazajutrz w pracy byłam obecna jedynie ciałem. Moje myśli wciąż krążyły wokół żydowskiej rodziny, kryjówki i chorego chłopca. W głowie rozważałam możliwe drogi zdobycia lekarstw, ale każda z nich po chwili sprawiała wrażenie równie absurdalnej, jak poprzednia. Im dłużej dumałam, tym bardziej wszystko wydawało się nierealne. W końcu przyszła mi do głowy Zofia, która ryzykowała więcej niż inni. Utrzymywała kontakty z chłopakami z konspiracji, więc miała lepsze dojścia do trudno dostępnych przedmiotów. Wiedziałam, że nie mogłam zdradzić jej tajemnicy, którą złożyłam Danucie, ale mogłam zapytać o leki.
Szefową odnalazłam na zapleczu. Stała przy stole, pochylona nad zeszytem, w którym skrupulatnie zapisywała daty dostawy żywności.
– Zofio? – zaczęłam ostrożnie.
Podniosła wzrok znad zeszytu. Wymieniłyśmy spojrzenia i w jej oczach dostrzegłam, że już wiedziała, że nie chodzi o zmianę w grafiku. Jej twarz natychmiast stężała.
– Mów.
Nie krążyłam wokół tematu. Przez lata okupacji nauczyliśmy się od razu przechodzić do sedna sprawy.
– Potrzebuję lekarstw.
Uniosła brwi.
– Dla siebie? Nie wyglądasz na chorą.
– Nie – odpowiedziałam chłodno. – Ale to pilne.
Zamknęła zeszyt i oparła się dłońmi o blat.
– Jakich?
– Na zbicie gorączki. A najlepiej… – zawahałam się na ułamek sekundy – sulfonamidów.
Zmrużyła oczy ostrzegawczo.
– Wiesz, o czym do mnie mówisz? – zapytała powoli. – Wiesz, ile to kosztuje i jak się takie rzeczy załatwia?
Skinęłam głową.
– Wiem. I wiem, że masz ludzi. Zapłacę. Albo odrobię. Będę pracować za darmo, ile trzeba.
Jej spojrzenie stwardniało. Zabrała zeszyt z blatu i schowała go do szuflady.
– Może mam, a może nie mam.
– Nie prosiłabym, gdyby sprawa była błaha. Ta nie jest. Wiem, że…
– Ireno – upomniała mnie. – Mogę spróbować załatwić coś na zbicie gorączki: aspirynę, chininę. Może jakieś opatrunki. Ale na nic więcej nie licz.
– To za mało.
W oczach Zofii przeskoczyła iskra złości. Kobieta nie lubiła, gdy ktoś oczekiwał od niej zbyt wiele.
– To wszystko, co mogę dla ciebie zrobić – ucięła chłodno. – Nie jestem Niemcem, żeby mieć dostęp do lekarstw. Dostaniesz to, co uda się załatwić. I tak już ryzykuję.
Skinęłam głową. Miała rację, a ja nie miałam prawa żądać więcej.
– Dziękuję.
Odwróciła się, ale zanim odeszła, rzuciła jeszcze przez ramię:
– Nie pytaj mnie skąd i nie mów mi dla kogo. Nie chcę nic wiedzieć.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
