Cena naszych przeżyć - Ewa Lewandowska - ebook + książka

Cena naszych przeżyć ebook

Ewa Lewandowska

4,3

Opis

Im bliżej prawdy… tym bliżej dna

Flos Mortuus jest jedną z najlepszych detektywek w TCCD. Bez wahania nagina zasady, jeśli dzięki temu może doprowadzić sprawę do końca. Kiedy jednak seria brutalnych morderstw prowadzi ją do środowiska skupionego wokół niebezpiecznej substancji E-x, śledztwo zaczyna dotykać spraw, które są jej… zbyt bliskie.

Wraz z pojawieniem się nowego współpracownika i kolejnymi ofiarami granica między obowiązkami zawodowymi a życiem prywatnym coraz bardziej się zaciera. Rosnąca liczba tajemnic, obsesji i manipulacji sprawia, że Flos z każdym dniem traci kontrolę nad sytuacją. A gdy na jej drodze staje ktoś, kto doskonale rozumie ludzkie słabości i potrafi bezlitośnie je wykorzystywać, kobieta zostaje zmuszona zmierzyć się nie tylko z mordercą, lecz także z własną przeszłością.

W świecie pełnym uzależnień, kłamstw i przemocy najgroźniejszym przeciwnikiem Flos mogą okazać się jej własne demony.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 275

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (4 oceny)
2
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AldiReader

Dobrze spędzony czas

Dopadnij go, zanim on dopadnie Ciebie... Flos Martuus bada sprawę zabójstw, które łączy E-x. Kiedyś była to w pełni legalna substancja, jednak ze względu na silnie uzależniające działanie oraz możliwe skutki uboczne została zakazana. Sama Flos zna ją aż za dobrze. Jest już na etapie, na którym nie potrafi bez niej funkcjonować. Jest to wielowątkowa historia, którą czyta się niczym naprawdę dobry serial kryminalny. Jak dla mnie główna bohaterka i motyw z Paulem dają przestrzeń do stworzenia serii, do której chętnie bym wracała. Wątki kryminalne mieszają się tu z obyczajowymi i romansem. Dowiadujemy się wielu tajemnic z życia Flos. Nie jest to bohaterka krystaliczna. Często staje na granicy prawa, a nawet ją przekracza. Poznajemy jednak jej pobudki. Widzimy też, że nie jest z tego dumna, ale nie cofnie się przed niczym, jeśli w grę wchodzi ludzkie życie. Motyw uzależnienia, odwyku i tego, co następuje po nim, został bardzo realistycznie przedstawiony. Pokazuje, jak trudna i nierówna ...
00
charlottebooklover

Nie oderwiesz się od lektury

Wielki, ogromny szacunek dla autorki za podjęcie tak trudnych, bolesnych i niezmiernie ważnych społecznie tematów. Książka pokazuje bezlitosną prawdę o tym, co uzależnienie od środków odurzających robi z ludźmi. Stanowisko, status czy profil zawodowy nie mają tu żadnego znaczenia – problem może dotknąć każdego: premier, piosenkarka, pracownik niższego szczebla czy policjantka kryminalna, jak w przypadku głównej bohaterki. Żaden człowiek nie jest tak przezroczysty i "idealny", jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Lektura skłoniła mnie do niezwykle ważnych refleksji: 🚶‍♀️ Droga na skróty: Ludzka natura ma skłonność do szukania łatwiejszych wyjść i unikania bólu, co często wpędza nas w jeszcze większe pułapki. 🎭 Sztuka manipulacji: Jak chęć kontrolowania i manipulowania innymi wpływa na nasz własny obraz świata? Dlaczego tak łatwo ulegamy wpływom i dajemy się nakłonić do zła? 🫂 Potrzeba akceptacji: Czy to brak zrozumienia ze strony najbliższych najczęściej popycha nas w...
00

Popularność




Ostrzeżenie

W tre­ści książ­ki są po­ru­sza­ne te­ma­ty, któ­re mogą po­wo­do­wać dys­kom­fort u nie­któ­rych czy­tel­ni­ków. Są to mo­ty­wy:

› prze­mo­cy,

› sa­mo­bójstw,

› nar­ko­ty­ków.

I. Nowe i sta­re wię­zi

Spe­cja­li­ści alar­mu­ją o wzro­ście za­ży­wa­nia E-x wśród co­raz młod­szych osób. Po­mi­mo wie­lu kam­pa­nii uświa­da­mia­ją­cych dłu­go­trwa­łe skut­ki wy­co­fa­nego leku wi­zja zwięk­szo­nej wy­daj­no­ści jest dla wie­lu zbyt ni­sko wi­szą­cym owo­cem. Czy cią­gły wy­ścig za suk­ce­sem i nar­ko­ty­ki wy­koń­czą…

Prze­łą­czy­łam sta­cję, wzdy­cha­jąc i pa­trząc na na­wi­ga­cję, ile mi jesz­cze zaj­mie do­je­cha­nie do celu. W TC do­tar­cie z jed­nej czę­ści mia­sta do dru­giej może za­jąć na­wet po­nad go­dzi­nę. Je­śli oczy­wi­ście nie utknie się w kor­ku. Za­ci­snę­łam moc­no szczę­kę. Ścisk w żo­łąd­ku był co­raz sil­niej­szy. Uchy­li­łam okno, żeby otrzeź­wić się wcze­sno­czerw­co­wą bry­zą. Tro­chę, bo tro­chę, ale po­ma­ga­ło. Na­praw­dę to był nie­naj­lep­szy czas na mor­der­stwo. Za­miast po­znać no­we­go part­ne­ra na spo­koj­nie, bę­dzie­my mu­sie­li do­stro­ić się do sie­bie nad zwło­ka­mi. Na­wet się nie do­wiem, ja­kim jest ty­pem czło­wie­ka, a będę mu­sia­ła mu za­ufać, że ni­cze­go nie spier­do­li. Nic już na to nie po­ra­dzę. Te­raz bar­dziej roz­pra­szał mnie na­ra­sta­ją­cy ucisk w żo­łąd­ku. Mu­sia­łam się sku­pić i jak naj­szyb­ciej do­je­chać do celu.

W ciem­no­ściach wi­dzia­łam już od­bi­cia po­li­cyj­nych świa­teł. Wzię­łam głę­bo­ki od­dech, moc­niej za­ci­ska­jąc pal­ce na kie­row­ni­cy. Przy­byw­szy na miej­sce, szyb­ko się­gnę­łam do ple­ca­ka i cha­otycz­nie prze­rzu­ca­jąc rze­czy, zdo­ła­łam wy­ło­wić opa­ko­wa­nie ta­ble­tek, z któ­re­go wy­grze­ba­łam jed­ną i po­łknę­łam łap­czy­wie. Za­mknę­łam po­wie­ki, cze­ka­jąc na ulgę, po­tem wy­sia­dłam z sa­mo­cho­du. Prze­cho­dząc przez ta­śmy po­li­cyj­ne, po­ka­za­łam swo­ją od­zna­kę funk­cjo­na­riu­szo­wi po­li­cji. No­wo­cze­sny bia­ły dom, ja­kich wie­le na tym osie­dlu. Wnę­trze peł­ne mar­mu­ru, chłod­ne. Bez emo­cji. Wkła­da­jąc rę­ka­wicz­ki, przy­wi­ta­łam się ze wszyst­ki­mi. W moją stro­nę pod­cho­dził pew­nym kro­kiem wy­so­ki za­dba­ny bru­net. Wcze­śniej stał przy Jo­se­fie. Uśmie­cha­jąc się, wy­cią­gnął do mnie rękę. Je­dy­na oso­ba, któ­rej tu­taj nie zna­łam. Mój nowy part­ner.

– Do­bry wie­czór. Je­stem Edward Hale. Bę­dzie­my od dziś ze sobą pra­co­wać. Szko­da, że nie uda­ło się tego zro­bić w in­nych wa­run­kach – rzekł do mnie. Tak­że po­da­łam mu dłoń. Jego uścisk był moc­ny, ale bez­bo­le­sny. Ja­sno po­ka­zy­wał, że nie jest tu przy­pad­kiem.

– Flos Mor­tu­us. Miło mi – prze­sta­wi­łam się. – Wpro­wa­dzisz mnie w sy­tu­ację? – Od­wró­ci­łam się w stro­nę Jo­se­fa. Ten po­ki­wał gło­wą.

– Mat­ka de­na­ta pró­bo­wa­ła do­dzwo­nić się do syna. Gdy nie od­bie­rał ani nie od­dzwa­niał przez ko­lej­ne go­dzi­ny, po­sta­no­wi­ła przy­je­chać. Było to dla nie­go nie­ty­po­we, żeby być bez kon­tak­tu przez tyle go­dzin. Na miej­scu zna­la­zła otwar­te drzwi i zwło­ki Jo­sha Ba­ke­ra. Lat trzy­dzie­ści sześć, pra­cu­ją­cy w kor­po. Był w związ­ku z Oli­vie­rem Brow­nem, z któ­rym nie ma kon­tak­tu.

Ro­zej­rza­łam się po sa­lo­nie. Ofia­ra z roz­bi­tą po­ty­li­cą. Cia­­ło skie­ro­wa­ne w stro­nę wnę­trza miesz­ka­nia. Bli­sko zwłok le­ża­ły klu­cze od miesz­ka­nia. Mu­sia­ły mu wy­paść krót­ko po wej­ściu do środ­ka. Po­chy­li­łam się nad cia­łem. Przy no­gach le­żał roz­bi­ty wa­zon, a jego reszt­ki wy­sta­wa­ły z rany. Dru­gi cios był wy­ko­na­ny no­żem w ple­cy, w oko­li­ce le­we­go płu­ca. Na­rzę­dzie zbrod­ni zo­sta­ło wy­cią­gnię­te z miej­sca za­da­nia cio­su i od­rzu­co­ne na bok, co spo­wo­do­wa­ło duży krwo­tok, więc naj­praw­do­po­dob­niej to było bez­po­śred­nią przy­czy­ną śmier­ci Jo­sha.

– Ja­kieś śla­dy w in­nych czę­ściach domu? – za­py­ta­łam. – Dla mnie to wy­glą­da, jak­by coś nie po­szło zgod­nie z pla­nem. Za dużo cha­osu już na pierw­szy rzut oka.

– Tech­ni­cy za­bez­pie­cza­ją kuch­nię. Mu­si­my chwil­kę po­cze­kać, aż zro­bią swo­je. Sami je­ste­śmy tu od nie­daw­na – od­po­wie­dział Jo­sef.

– W ta­kich miej­scach czę­sto są ka­me­ry.

– Ba­ker i Brown nie mie­li mo­ni­to­rin­gu, ale nasi lu­dzie już kon­tak­tu­ją się w tej spra­wie z są­sia­da­mi – wtrą­cił Edward.

– Masz ja­kieś swo­je ob­ser­wa­cje? Je­stem cie­ka­wa two­jej per­spek­ty­wy. – Mó­wiąc, spoj­rza­łam na nie­go uważ­nie.

Przez chwi­lę jego twarz wy­ra­ża­ła zmie­sza­nie, ale po krót­kim wes­tchnie­niu za­czął punk­to­wać:

– De­nat zo­stał za­bi­ty z za­sko­cze­nia w mo­men­cie, gdy wcho­dził do miesz­ka­nia. Naj­praw­do­po­dob­niej wró­cił wcze­śniej do domu. Szcze­gó­ły będą zna­ne po wy­ko­na­nej au­top­sji, ale wy­da­je mi się, że spraw­ca był o wie­le niż­szy i słab­szy od nie­go.

– Śla­dy po wa­zo­nie są dość płyt­kie – wtrą­ci­łam. Edward ski­nął gło­wą.

– To nie wy­glą­da na ty­po­wy ra­bu­nek. Na pierw­szy rzut oka nic nie zgi­nę­ło – do­dał Jo­sef. – Bę­dzie­my mu­sie­li po­cze­kać, aż tech­ni­cy wszyst­ko za­bez­pie­czą, i do­wie­dzieć się, jak wy­glą­dał jego dzień.

– Mu­si­my się też do­wie­dzieć, gdzie jest jego part­ner. Nie jest wy­klu­czo­ne, że może mieć z tym zwią­zek. Brak kon­tak­tu z nim nie po­ma­ga – za­uwa­ży­łam. Po chwi­li do­da­łam: – W su­mie… Gdzie jest jego te­le­fon? – Wska­za­łam pal­cem cia­ło.

– Już za­bez­pie­czo­ny.

Po­de­szłam do ze­bra­nych do­wo­dów i po­szu­ka­łam wśród nich te­le­fo­nu. Wy­cią­gnę­łam z pla­sti­ku i od­blo­ko­wa­łam zim­nym pal­cem Jo­sha. Ką­tem oka wi­dzia­łam, że Edward chciał coś po­wie­dzieć, ale Jo­sef go szturch­nął i po­wie­dział coś ci­cho. Bil­lin­gi po­ka­za­ły wie­le nie­ode­bra­nych po­łą­czeń od mat­ki w cią­gu ostat­nich kil­ku go­dzin, tak­że kil­ka wy­cho­dzą­cych do Oli­vie­ra. W cią­gu dnia wy­ko­ny­wał wie­le po­łą­czeń, za­pew­ne więk­szość zwią­za­nych z pra­cą. Bę­dzie trze­ba zwe­ry­fi­ko­wać to wszyst­ko, gdy już po­ja­wi się ta bar­dziej ofi­cjal­na li­sta. We­szłam w wia­do­mo­ści i od razu sze­ro­ko się uśmiech­nę­łam.

– Co tam masz? – wes­tchnął Jo­sef, pod­cho­dząc i zer­ka­jąc mi przez ra­mię.

– Przez więk­szość dnia pi­sał ze swo­im chło­pa­kiem o pra­cy, jak sma­ko­wa­ła po­ran­na kawa i tym po­dob­ne, lecz kil­ka ostat­nich wia­do­mo­ści jest cie­ka­wych.

Oli­vier: Je­steś w sta­nie wró­cić wcze­śniej do domu?

Josh: Ra­czej nie… Mam jesz­cze jed­no spo­tka­nie. Coś się sta­ło? Mam za­dzwo­nić?

Oli­vier: Ech, nie przej­muj się. To nic ta­kie­go. Trzy­mam kciu­ki za do­bry me­eting ;*

Josh:Na pew­no? To do cie­bie nie­po­dob­ne.

Oli­vier:Na pew­no. Spo­koj­nie.

Josh: Okej, trzy­mam za sło­wo. Po­sta­ram się jak naj­szyb­ciej wró­cić.

Josh: Po­ga­da­łem z prze­ło­żo­nym i prze­ło­ży­li­śmy to spo­tka­nie na ju­tro. Znam cię.

Oli­vier: Po­łą­cze­nie nie­ode­bra­ne.

Oli­vier: Po­łą­cze­nie nie­ode­bra­ne.

Josh: Pro­szę, od­dzwoń. Jadę już do domu.

– Po­wiem, żeby jak naj­szyb­ciej zdo­by­li bil­lin­gi od ope­ra­to­ra – po­wie­dział Jo­sef po­wo­li. – Te­raz odłóż to na miej­sce – do­dał su­ro­wo.

– Taki mia­łam za­miar. Chodź­my do tej kuch­ni.

Na pierw­szy rzut oka wszyst­ko wy­glą­da­ło po­praw­nie, ale ku­chen­ne ak­ce­so­ria były bar­dzo dziw­nie po­ukła­da­ne. W sen­sie, jak na taki dom. Gdy pa­trzy się na ta­kie prze­strze­nie, to do­słow­nie wszyst­ko jest uło­żo­ne od li­nij­ki, jak­by to była wy­sta­wa w skle­pie. Tu­taj wy­glą­da­ło na: byle by było. Na pod­ło­dze znaj­do­wa­ły się tak­że małe kro­ple krwi; wąt­pi­łam, żeby na­le­ża­ły do Jo­sha, ale tego do­wie­my się nie­dłu­go. Jo­sef roz­glą­dał się po­wo­li. Otwie­rał wszyst­kie szaf­ki po ko­lei.

– Co tam kom­bi­nu­jesz? – za­py­ta­łam.

– Hm… Po­my­śla­łem, że roz­ło­że­nie tych rze­czy jest bar­dzo nie­na­tu­ral­ne, więc chcia­łem na coś zer­k­nąć. Wi­dzisz coś?

Zro­bił punkt, o któ­rym sama po­my­śla­łam. Na po­cząt­­ku nie wie­dzia­łam, co ta­kie­go zo­ba­czył w tych szaf­kach. Po chwi­li ob­ser­wa­cji za­uwa­ży­łam coś:

– Nie ma peł­ne­go kom­ple­tu szkla­nek, wła­ści­wie… dużo bra­ku­je.

– Ktoś mógł coś na szyb­ko prze­sta­wiać. Może wła­śnie coś roz­bił. Może to krew spraw­cy?

– W każ­dym ra­zie to dziw­ne. Ktoś przy­naj­mniej czę­ścio­wo tu po­sprzą­tał. Ko­lej­ny punkt su­ge­ru­ją­cy, że mor­der­stwo Ba­ke­ra mo­gło nie być pla­no­wa­ne.

– My­śli­cie, że cze­goś szu­kał?

– Inne czę­ści domu wy­glą­da­ją na nie­tknię­te. Mu­si­my się do­wie­dzieć, gdzie jest Oli­vier.

■ ■ ■

Po za­koń­cze­niu oglę­dzin po­je­cha­li­śmy na po­ste­ru­nek. W biu­rze cięż­ko opa­dłam na swój fo­tel. Spoj­rza­łam na sie­dze­nie na­prze­ciw­ko mnie. Już za kil­ka mi­nut ktoś tu usią­dzie. Pa­mię­tam, jak przed kil­ko­ma laty, pierw­sze­go dnia pra­cy w tym miej­scu sama tam sie­dzia­łam i roz­ma­wia­łam. Wes­tchnę­łam i cze­ka­jąc na Edwar­da, prze­glą­da­łam do­ku­men­ta­cję z miej­sca zbrod­ni. W kuch­ni zna­le­zio­no w ko­szu na śmie­ci roz­bi­te na­czy­nia. Było ich nie­wie­le, część chy­ba zo­sta­ła wy­nie­sio­na. Spraw­ca mu­siał za­brać je ze sobą, bo w ko­szu ze­wnętrz­nym nie zna­le­zio­no nic, co by pa­so­wa­ło. Nie było wi­dać tak­że żad­nych śla­dów wła­ma­nia, więc Brown mu­siał znać mor­der­cę i za­pro­sić go do środ­ka. Ewen­tu­al­nie ktoś go za­stra­szył. W ta­kim przy­pad­ku ra­czej nie miał­by cza­su, żeby na­pi­sać do part­ne­ra. Oli­vier czuł się nie­pew­nie. Czuł się przy nim nie­kom­for­to­wo, ale ra­czej nie spo­dzie­wał się ta­kie­go za­koń­cze­nia. Dla­cze­go nie po­wie­dział Jo­sho­wi, co do­kład­nie się dzie­je?

Puk. Puk. Spoj­rza­łam na otwie­ra­ją­ce się drzwi, zza któ­rych wy­chy­lał się Edward. Wsta­łam i sta­nę­łam przed biur­kiem, mó­wiąc:

– Czas na tro­chę bar­dziej ofi­cjal­ne przy­wi­ta­nie. Ehm. Wi­tam w two­im no­wym miej­scu pra­cy. To jest moje biu­ro, gdzie pro­wa­dzi­my też spo­tka­nia z ze­spo­łem. Ty masz miej­sce pra­cy na ze­wnątrz, obok Jo­se­fa, któ­re­go już po­zna­łeś, i Ste­ve’a, któ­ry do­łą­czy do nas póź­niej. Sama też więk­szość cza­su spę­dzam z wami, ale cza­sem się tu za­my­kam, jak mu­szę się sku­pić. Mam na­dzie­ję na do­brą współ­pra­cę. Spę­dzi­my ze sobą spo­ro cza­su. W naj­bliż­szych dniach po­znasz struk­tu­ry na­szej pra­cy. Chcia­łam za­dać ci też kil­ka py­tań, żeby le­piej wie­dzieć, cze­go się spo­dzie­wać. – Wró­ci­łam na swo­je miej­sce, wska­zu­jąc Edwar­do­wi fo­tel na­prze­ciw­ko. Po­czu­łam głód, ale nie mia­łam te­raz cza­su się tym za­jąć. – Oczy­wi­ście w dru­gą stro­nę też to dzia­ła.

– No ja­sne – od­po­wie­dział, zdej­mu­jąc płaszcz i zaj­mu­jąc wska­za­ne sie­dze­nie.

– Stre­sik? – Uśmiech­nę­łam się de­li­kat­nie. Edward od­wza­jem­nił uśmiech.

– Tro­chę. Mia­łem przy­je­chać tu do­pie­ro ju­tro rano. Nie­daw­no za­mel­do­wa­łem się w mo­te­lu. Za­mie­rza­łem nie­dłu­­go pójść spać.

– Prze­pra­szam… W mo­te­lu? Nie je­steś stąd?

– Nie. Wcze­śniej by­łem po­li­cjan­tem w mniej­szej miej­sco­wo­ści, więc jak zo­ba­czy­łem szan­sę, aby pra­co­wać w TC, nie mo­głem nie spró­bo­wać – po­wie­dział z bły­skiem w oku. – A miesz­ka­nie znaj­dę prę­dzej czy póź­niej.

– Do­ce­niam de­ter­mi­na­cję w ta­kim ra­zie. Przy ja­kich spra­wach wcze­śniej pra­co­wa­łeś? Zda­rza­ły się bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne sy­tu­acje?

– Głów­nie ra­bun­ki, ale w kil­ku spra­wach o mor­der­stwo lub na­paść też bra­łem udział. Więc spo­koj­nie… Nie będę kulą u nogi. – Za­śmiał się. – À pro­pos py­tań. Coś mi nie daje spo­ko­ju. Oso­ba, któ­ra mnie za­trud­ni­ła, na­zy­wa się Ma­rius Mor­tu­us.

– Zga­dza się – od­po­wie­dzia­łam, wie­dząc, do cze­go zmie­rza.

– Ro­dzi­na czy przy­pad­ko­wa zbież­ność na­zwisk? – za­py­tał z cie­ka­wo­ścią w gło­sie.

– Oj­ciec. Czy to coś nie­zwy­kłe­go, że dziec­ko wy­bra­ło ten sam za­wód co ro­dzic? – od­par­łam przez za­ci­śnię­te zęby.

– Nie było kon­tro­wer­sji, że cór­ka sze­fa jest ka­pi­ta­nem jed­nost­ki spe­cjal­nej? Jesz­cze w two­im wie­ku?

Zim­ne poty prze­szły mi przez ple­cy. Chcia­łam coś od­po­wie­dzieć, jed­nak to mię­śnie za­re­ago­wa­ły szyb­ciej. Się­gnę­łam przez biur­ko i zła­pa­łam go za koł­nierz. Zbli­ży­łam jego twarz do biur­ka. Nie był na to go­to­wy. Miał wol­ne ręce, ale nie pró­bo­wał się wy­rwać, mimo to czu­łam, jak na­pi­na cia­ło i cze­ka na roz­wój sy­tu­acji.

– Słu­chaj. To, czy in­nym ta de­cy­zja się po­do­ba, czy nie, nie jest waż­ne. A chcia­łam na­po­mknąć, że two­je po­dej­ście do tej spra­wy nie jest zbyt in­te­li­gent­ne, nowy. Na­szym za­da­niem jest po­moc lu­dziom, a nie zaj­mo­wa­nie się ja­ki­miś ta­ni­mi dra­ma­mi. Je­śli my­ślisz, że mo­żesz ta­kim za­cho­wa­niem coś zdzia­łać, to się gru­bo my­lisz – syk­nę­łam i go pu­ści­łam. Nie był już taki sko­ry do dal­szych ko­men­ta­rzy. W jego oczach wi­dzia­łam skry­wa­ny gniew. – Za­raz wró­cę i wte­dy ład­nie omó­wi­my spra­wę, po czym wspól­nie ob­ga­da­my wnio­ski z resz­tą.

Nie cze­ka­łam na re­ak­cję. Zgar­nia­jąc ple­cak, od razu się od­wró­ci­łam i skie­ro­wa­łam swo­je kro­ki w stro­nę to­a­le­ty. Opar­łam się cięż­ko o drzwi ka­bi­ny. Głód nie da­wał mi już spo­ko­ju. Się­gnę­łam po opa­ko­wa­nie ta­ble­tek. Wy­sy­pa­łam je na dłoń i chwi­lę na nie pa­trzy­łam. Cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że one też wpa­tru­ją się we mnie. Wsy­pa­łam je po­now­nie do opa­ko­wa­nia, zo­sta­wia­jąc jed­ną na środ­ku dło­ni, i szyb­ko ją po­łknę­łam.

Gdy wró­ci­łam do Edwar­da, nie pi­snął ani sło­wa o tym, co się sta­ło. Ze­bra­li­śmy do­tych­cza­so­we do­wo­dy i zro­bi­li­śmy dłu­gie spo­tka­nie ze wszyst­ki­mi. By­li­śmy w sta­nie zo­ba­czyć na na­gra­niach z mo­ni­to­rin­gu mo­ment, gdy przed mor­der­stwem Jo­sha ktoś przy­je­chał ciem­nym se­da­nem i zo­stał wpusz­czo­ny do środ­ka. Naj­pew­niej przez Oli­vie­ra. Ja­kieś dzie­sięć mi­nut póź­niej oso­ba ta pod­je­cha­ła od tyłu po­se­sji, skąd nie mie­li­śmy już na­grań. Oli­vie­ra nie było w domu, gdy przy­je­cha­ła mat­ka Jo­sha, ani nie wy­szedł z domu głów­nym wej­ściem. Więc naj­pew­niej od­je­chał sa­mo­cho­dem, któ­ry wi­dzie­li­śmy na na­gra­niu. Nie­ste­ty nie wie­dzie­li­śmy na­dal, czy żywy, czy nie. Krew z kuch­ni nie łą­czy­ła się z ni­kim z na­szej bazy da­nych. Oglą­da­li­śmy, jak Josh pod­jeż­dża na pod­jazd nie­świa­do­my, co się na­stęp­nie sta­nie. Po omó­wie­niu sek­cji zwłok po­twier­dzi­ło się, że rany zo­sta­ły za­da­ne na­rzę­dzia­mi, któ­re znaj­do­wa­ły się na miej­scu. Nic od­kryw­cze­go nie wy­szło w tym te­ma­cie. Od mat­ki ofia­ry i z bi­lin­gów do­wie­dzie­li­śmy się, że Oli­vier nie miał ro­dzi­ny, a przy­naj­mniej ta­kiej, z któ­rą utrzy­my­wał kon­takt. Zaj­mo­wał się do­ryw­czo księ­go­wo­ścią, bo Josh stwier­dził, że nie mu­siał pra­co­wać na pe­łen etat. Z wia­do­mo­ści, ja­kie wy­mie­nia­li, do­wie­dzie­li­śmy się, że Oli­vier na­le­żał do gru­py wspar­cia dla osób uza­leż­nio­nych od E-x, i to był na ra­zie nasz naj­lep­szy trop, żeby do­wie­dzieć się o nim tro­chę wię­cej. Spę­dzi­li­śmy do­brych kil­ka go­dzin, oma­wia­jąc wszyst­ko i two­rząc plan dzia­łań. Stwier­dzi­li­śmy, że tej nocy już dużo nie zdzia­ła­my, więc wró­ci­li­śmy do do­mów na bar­dzo krót­ki sen.

■ ■ ■

Je­cha­łam jako pa­sa­żer­ka z Edwar­dem na spo­tka­nie osób, któ­re bo­ry­ka­ją się z uza­leż­nie­niem od E-x. Przez więk­szość dro­gi nie od­zy­wa­li­śmy się do sie­bie. On sku­piał się na dro­dze, a ja sie­dzia­łam lek­ko sku­lo­na, pi­sząc wia­do­mo­ści na por­ta­lu rand­ko­wym. Nie­zbyt od­po­wied­ni czas, ale mu­sia­łam za­jąć czymś gło­wę, choć na chwi­lę. Od Edwar­da sły­chać było tyl­ko ­ci­che prze­ły­ka­nie kawy. W koń­cu mia­łam dość i za­czę­łam roz­mo­wę:

– Prze­pra­szam za wczo­raj. To było nie­pro­fe­sjo­nal­ne.

– Jest za co – oznaj­mił szyb­ko.

– By­łeś chu­jem.

– Wiem, też prze­pra­szam. Je­stem dość cie­kaw­ski. Cza­sa­mi trud­no mi się po­wstrzy­mać.

– Może się wy­da­wać, że to do­bra ce­cha w na­szej pra­cy, ale wszyst­ko ma swo­je gra­ni­ce. Mu­sisz tro­chę nad tym za­pa­no­wać.

Ko­lej­ne kil­ka mi­nut znów mi­nę­ły w ci­szy.

– Na moim osie­dlu są wol­ne miesz­ka­nia na wy­na­jem – po­wie­dzia­łam.

– Miał­bym te­raz być two­im są­sia­dem? – za­śmiał się.

– Aku­rat w moim blo­ku, o ile wiem, wszyst­ko jest za­ję­te, więc nie bę­dzie­my mi­jać się w win­dzie, je­śli o to py­tasz. Po­de­ślę ci póź­niej kon­takt. Jak sko­rzy­stasz, to sko­rzy­stasz. Jak nie, to nie.

– Dzię­ki – mruk­nął ci­cho.

Pod­je­cha­li­śmy na miej­sce, a mnie na samą myśl o roz­mo­wie na te­mat E-x skrę­ca­ło w żo­łąd­ku. Lub ewen­tu­al­nie mój mózg przy­po­mniał so­bie, że tej sub­stan­cji jesz­cze po wsta­niu nie bra­łam. Gdy we­szli­śmy na salę, spo­tka­nie jesz­cze trwa­ło. Opar­li­śmy się o ścia­nę i słu­cha­li­śmy hi­sto­rii ko­bie­ty, któ­ra za­czę­ła brać E-x, gdy jesz­cze był on prze­pi­sy­wa­ny przez le­ka­rzy. Lek ide­al­ny, miał po­ma­gać w wie­lu cho­ro­bach i za­bu­rze­niach. Od re­gu­la­cji emo­cji, snu, ape­ty­tu po zwięk­sze­nie sku­pie­nia i zdol­no­ści mo­to­rycz­nych. Zbyt szyb­ko tra­fił na ry­nek po zbyt krót­kich te­stach. Na po­cząt­ku efek­ty były nie­sa­mo­wi­te. W krót­ko­okre­so­wym za­ży­wa­niu nic nie wska­zy­wa­ło na wła­ści­wo­ści uza­leż­nia­ją­ce. Do­pie­ro po pew­nym cza­sie oka­zu­je się, że nie je­steś w sta­nie nor­mal­nie funk­cjo­no­wać bez nie­go. Po kil­ku mie­sią­cach E-x zo­stał wy­co­fa­ny z ryn­ku, od­kry­to wie­le za­nie­dbań na każ­dym eta­pie pro­duk­cji i do­pusz­cze­nia do sprze­da­ży. Czar­ny ry­nek za to szyb­ko pod­ła­pał te­mat. Ile lu­dzi za­czę­ło so­bie wma­wiać, że oni będą umie­li po­wie­dzieć stop, za­nim się uza­leż­nią. Prze­cież to tyl­ko, żeby zdać eg­za­min, do­stać awans, wyjść szyb­ko z de­pre­sji. Pro­blem tkwił w ludz­kiej na­tu­rze, któ­ra nie umie od­ma­wiać so­bie dro­gi na skró­ty. Sto­imy te­raz w po­ko­ju wy­peł­nio­nym ludź­mi, któ­rzy prze­szli, albo będą prze­cho­dzić, przez pie­kło wy­cho­dze­nia z uza­leż­nie­nia od E-x. O ile prze­ży­ją, bo wie­le osób, kie­dy tra­ci do­stęp do nar­ko­ty­ku, po­peł­nia sa­mo­bój­stwo. Naj­gor­sze jest to, jak sub­tel­nie on dzia­ła. Jak nor­mal­nie czu­jesz się w trak­cie bra­nia go ityl­ko w trak­cie bra­nia.

Ze skrę­ta­mi w żo­łąd­ku uda­ło mi się do­trwać do koń­ca spo­tka­nia i mo­gli­śmy po­dejść do pro­wa­dzą­ce­go.

– Dzień do­bry, Flos Mor­tu­us i Edward Hale z TCCD. Mo­gli­by­śmy za­dać kil­ka py­tań do­ty­czą­cych jed­ne­go z uczest­ni­ków tych spo­tkań? – za­py­ta­łam, po­ka­zu­jąc jed­no­cze­śnie od­zna­kę.

– Do­bry… Law­ren­ce Al­len, miło mi po­znać, ale nie wiem, w czy mogę po­móc. Co się sta­ło? – od­po­wie­dział prze­stra­szo­ny.

– Cho­dzi o Oli­vie­ra Brow­na. Chcie­li­by­śmy usta­lić kil­ka fak­tów z jego ży­cia. Spo­koj­nie, to tyl­ko dla jego do­bra – wy­ja­śnił Edward.

– Okej, okej… Jak wi­dzie­li­ście, dziś go nie ma. Nor­mal­nie przy­cho­dzi na każ­de spo­tka­nie. Jest men­to­rem dla wie­lu osób. Ma ja­kieś kło­po­ty?

– Na ra­zie nie mo­że­my od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Mam ro­zu­mieć, że pan Brown w prze­szło­ści był uza­leż­nio­ny od E-x? Mógł­by pan opo­wie­dzieć nam o tym coś wię­cej?

– Jest czy­sty od dwóch lat. Wcze­śniej pra­co­wał na­wet w tym biz­ne­sie, ale nie za wie­le o tym mó­wił. Stwier­dził, że cza­sa­mi nie­któ­rych rze­czy le­piej nie wie­dzieć… Po­ma­ga­łem mu na od­wy­ku.

– Jak coś ta­kie­go wy­glą­da? – za­py­ta­łam, czu­jąc pot ście­ka­ją­cy mi po cie­le. Splo­tłam ręce za ple­ca­mi, żeby nie było wi­dać, jak drżą.

– Ta­kiej oso­by nie na­le­ży zo­sta­wiać sa­mej. Na co dzień pra­cu­ję w kli­ni­ce, któ­ra po­ma­ga lu­dziom bez­piecz­nie scho­dzić z E-x. Po­moc po­le­ga na kon­tro­lo­wa­niu, co pa­cjent robi, ja­kie bra­ki za­czy­na­ją wy­stę­po­wać w or­ga­ni­zmie. Do­bra­nie pod to od­po­wied­nie­go le­cze­nia i po­moc psy­cho­lo­gicz­na na każ­dym eta­pie. Nie­ste­ty to cięż­kie za­da­nie, zwłasz­cza gdy oso­ba jest na eta­pie prze­cho­dze­nia psy­choz, ale w każ­dym sta­dium je­ste­śmy w sta­nie po­móc, żeby po­pra­wić ja­kość ży­cia pa­cjen­tów. Po pro­stu im prę­dzej, tym mniej­sze skut­ki od­czu­wa or­ga­nizm. – Mó­wiąc, pa­trzył bez­po­śred­nio na mnie. Po­czu­łam się eks­tre­mal­nie nie­kom­for­to­wo. – Tak czy ina­czej, każ­dy pa­cjent ma swo­je­go opie­ku­na, któ­ry po­ma­ga mu prze­cho­dzić ten cały pro­ces. Fun­do­wał mu to jego part­ner Josh Ba­ker. Nie­sa­mo­wi­cie wy­ro­zu­mia­ły fa­cet.

– Mie­li do­bry kon­takt? Jak wy­glą­da­ła ich re­la­cja? Czy Oli­vier wspo­mi­nał może o ja­kichś kon­flik­tach? – do­py­ty­wał się Edward.

– Prze­pra­szam za ilość py­tań. Za­cznij­my od re­la­cji z Jo­shem. – Spoj­rza­łam na Edwar­da, chy­ba zro­zu­miał, że za bar­dzo się roz­pę­dził. Zro­bi­łam krok w tył, na­praw­dę po­peł­ni­łam błąd, nie bio­rąc rano ta­ble­tek.

– Na ile mi wia­do­mo, to nie mie­li po­waż­niej­szych pro­ble­mów w związ­ku. Co do kon­flik­tów z in­ny­mi, trud­no stwier­dzić. Mówi się, że cza­sa­mi, jak się wej­dzie w ja­kiś krąg, to cięż­ko z nie­go wyjść. A on zde­cy­do­wa­nie w ta­kim krę­gu był. Nie­raz wspo­mi­nał, że spę­dzał czas głów­nie w miej­scach, gdzie al­ko­hol odej­mu­je ro­zum mło­dym lu­dziom. Mó­wił, że w okre­sie, kie­dy miał naj­więk­sze pro­ble­my, sie­dział w klu­bie i tyl­ko ob­ser­wo­wał, jak lu­dzie na bal­ko­nach się roz­my­wa­ją. Zda­wa­ło mu się, że two­rzą­ce się z nich cie­nie wska­zu­ją w jego stro­nę, a neo­ny na ścia­nach zmie­nia­ją kształ­ty. Opo­wia­dał, że miał mo­ment, gdy po­ło­żył się na be­to­no­wym par­kie­cie, bo chciał, żeby go zdep­ta­no. To był jego po­czą­tek psy­choz i na szczę­ście krót­ko po tym wy­lą­do­wał na od­wy­ku. Wię­cej nie­ste­ty ni­g­dy nie chciał zdra­dzić, a le­cze­nie szło w do­brym kie­run­ku, więc stwier­dzi­li­śmy, że nie ma sen­su na­ci­skać, bo jesz­cze się znie­chę­ci.

– Dzię­ku­je­my bar­dzo za po­moc. Edward, mo­żesz spi­sać dane do kon­tak­tu? Moż­li­we, że bę­dzie­my jesz­cze dzwo­nić. Tak samo, je­śli panu coś się przy­po­mni, pro­szę nas od razu po­wia­do­mić. Ja pój­dę przo­dem – oznaj­mi­łam i po­śpiesz­nie skie­ro­wa­łam się do to­a­le­ty.

Wy­mio­to­wa­łam, klę­cząc nad musz­lą klo­ze­to­wą, trzy­ma­jąc się trzę­są­cy­mi dłoń­mi za de­skę. Gdy cięż­ko ła­pa­łam od­dech mię­dzy ko­lej­ny­mi od­ru­cha­mi, roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

– Za­ję­te! – krzyk­nę­łam.

– Ku­pi­łem ci bu­tel­kę wody – usły­sza­łam głos Edwar­da.

– Zo­staw pod drzwia­mi. Coś mi za­szko­dzi­ło. Za­raz wyj­dę.

– Mam gło­śno za­cząć mó­wić, na co mi to wy­glą­da?

Prze­wró­ci­łam ocza­mi i chwiej­nie po­de­szłam do drzwi. Edward wszedł do środ­ka i za­blo­ko­wał za sobą za­mek. Po­dał mi bu­tel­kę. Prze­płu­ka­łam usta i krztu­sząc się, wzię­łam łap­czy­wie łyk. Pa­trzy­łam, jak Edward pod­cho­dzi do ple­ca­ka, któ­ry zo­sta­wi­łam koło musz­li, i szu­ka w nim cze­goś. Nie re­ago­wa­łam. Wie­dzia­łam, że już nie ma sen­su. Na­praw­dę, to był świet­ny po­czą­tek współ­pra­cy. Wy­cią­gnął zna­ne mi opa­ko­wa­nie i mi je po­dał. Wy­cią­gnę­łam jed­ną ta­blet­kę i po­łknę­łam.

– To przy­naj­mniej wy­ja­śnia twój wczo­raj­szy na­pad agre­sji. I bla­dą, prze­su­szo­ną cerę. I trzę­są­ce się ręce. I wy­mio­ty. I pew­nie w naj­bliż­szych dniach wię­cej rze­czy. Al­len to spe­cja­li­sta, do­my­ślił się po jed­nej roz­mo­wie. Gdy za­py­ta­łem go wprost, czy coś in­sy­nu­ował w trak­cie wy­wia­du, to po­wie­dział bez­po­śred­nio, że two­je ob­ja­wy są ty­po­we dla osób, któ­re są w po­cząt­ko­wych eta­pach gło­du. Cała się po­ci­łaś, mu­sia­ła­byś to zo­ba­czyć z na­szej per­spek­ty­wy.

Pró­bo­wa­łam od­czy­tać jego in­ten­cje, lecz szum w gło­wie prze­szka­dzał mi w my­śle­niu. Mó­wił spo­koj­nie, nie śmiał się.

– Co za­mie­rzasz zro­bić z tym fak­tem? – za­py­ta­łam.

– Nie wiem. Czy zgło­sze­nie cię do wła­sne­go ojca coś by dało? Wąt­pię, a nie chcę psuć na­szych ukła­dów. I tak mie­li­śmy nie­naj­lep­szy po­czą­tek. Chcę to na­pra­wić. Za­le­ży mi na tej pra­cy, więc chy­ba będę uda­wał śle­pe­go – od­po­wie­dział spo­koj­nie.

Spoj­rza­łam na nie­go ze zdzi­wie­niem. Zmy­sły po­wo­li wra­ca­ły mi na swo­je miej­sce. Zbli­ży­łam się do Edwar­da, się­ga­jąc po ple­cak. Spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy.

– Dzię­ku­ję. Na­wet nie wiesz, ile to dla mnie zna­czy. Ta pra­ca jest dla mnie do­słow­nie wszyst­kim – wy­mam­ro­ta­łam. – Jezu, co za wstyd… Dziś ci tłu­ma­czy­łam, że masz się wy­ka­zy­wać pro­fe­sjo­na­li­zmem. Je­stem ża­ło­sna! – Zła­pa­łam się za gło­wę.

– W ta­kim ra­zie je­ste­śmy kwi­ta. To co, za­czy­na­my od po­cząt­ku? – za­py­tał, wy­cią­ga­jąc do mnie rękę. Zła­pa­łam ją i pew­nie uści­snę­łam.

Prze­ka­za­li­śmy wszyst­kie in­for­ma­cje ze­spo­ło­wi i pró­bo­wa­li­śmy usta­lić, w ja­kich miej­scach mógł prze­by­wać Oli­vier. Zna­leź­li­śmy jego sta­re miej­sce za­miesz­ka­nia. Są­sie­dzi go ko­ja­rzy­li, ale ni­g­dy nie utrzy­my­wa­li z nim bliż­szych kon­tak­tów. Po­zna­li też Jo­sha, ale po­dob­no, gdy tyl­ko za­czę­li się spo­ty­kać, Oli­vier szyb­ko się wy­pro­wa­dził. Nie­ste­ty wciąż nie wie­dzie­li­śmy, gdzie do­kład­nie się po­zna­li ani w ja­kich oko­licz­no­ściach. Za­zna­czy­li­śmy na ma­pie kil­ka stref. Sta­re miesz­ka­nie Oli­vie­ra, dom Jo­sha i jego miej­sce pra­cy. Mu­sie­li się po­znać gdzieś w tych oko­li­cach. Na­nie­śli­śmy na to wszyst­kie bary i klu­by. Pró­bo­wa­li­śmy je na­stęp­nie po­rów­ny­wać z opi­sem, któ­ry usły­sze­li­śmy od Law­ren­ce’a.

Zna­leź­li­śmy jed­no per­fek­cyj­ne do­pa­so­wa­nie. Klub Lol­li­pop. Pla­no­wa­li­śmy tam po­je­chać, gdy do­sta­li­śmy in­for­ma­cję o pły­wa­ją­cych zwło­kach na obrze­żach mia­sta.

■ ■ ■

Cia­ło Oli­vie­ra Brow­na zo­sta­ło zna­le­zio­ne dry­fu­ją­ce na ta­fli je­zio­ra przez oso­by, któ­re urzą­dzi­ły w po­bli­żu ogni­sko. Do­kład­nej przy­czy­ny zgo­nu nie dało się okre­ślić na miej­scu, ale go­łym okiem wi­dać było otar­cia od lin na nad­garst­kach i kost­kach. Wciąż sto­jąc nad wodą, za­czę­li­śmy snuć do­my­sły.

– Ze­msta? Może miał ja­kieś dłu­gi? – za­pro­po­no­wał Jo­sef.

– Je­śli dzia­łał wcze­śniej w gru­pie prze­stęp­czej, nie trze­ba dużo, żeby chcie­li go zmieść – do­dał Edward.

– Po­wia­do­mię pa­to­lo­ga i tok­sy­ko­lo­ga, niech się zaj­mą jak naj­szyb­ciej zba­da­niem cia­ła Oli­vie­ra, że­by­śmy mo­gli spraw­nie kon­ty­nu­ować śledz­two. Nie wie­my, kie­dy i jak do­kład­nie zmarł, a woda nie po­ma­ga w usta­le­niu tego – po­wia­do­mi­łam ze­spół.

– Spójrz­cie na rany przy nad­garst­kach. Mu­siał się nie­źle szar­pać przed śmier­cią – do­łą­czył do dys­ku­sji Ste­ve. – My­śli­cie, że za­bi­li go w domu czy wy­wieź­li ży­we­go?

– Ra­czej zmarł poza do­mem. Nie mie­li­by na to cza­su. Nie za­po­mi­naj­my też o moż­li­wo­ści współ­pra­cy Oli­vie­ra z mor­der­cą. Nie wie­my na­dal, jaki był cel. Mo­gło coś po pro­stu pójść nie­zgod­nie z pla­nem. Wróć­my na ra­zie do do­mów. Mu­si­my i tak po­cze­kać na wy­ni­ki, a od­po­czy­nek też jest waż­ny – zde­cy­do­wa­łam.

– Cze­ka­my? A je­śli prze­ga­pi­my naj­waż­niej­szy mo­ment spra­wy i póź­niej bę­dzie tyl­ko go­rzej? – bu­rzył się Ste­ve.

– Pa­mię­taj­cie, że mamy do czy­nie­nia z do­mnie­ma­ną gru­pą prze­stęp­czą. Nie wie­my, czym się do­kład­nie zaj­mu­ją ani ilu mają lu­dzi. Mu­si­my być ostroż­ni, więc każ­da in­for­ma­cja, jaką bę­dzie­my mieć, idąc do klu­bu, może oka­zać się klu­czo­wa. Złe przy­go­to­wa­nie może kosz­to­wać za­wa­le­nie spra­wy lub ży­cie ko­goś z nas. Zle­cę po­li­cji pa­trol w nie­ozna­ko­wa­nych ra­dio­wo­zach wo­kół klu­bu. Będę was na bie­żą­co in­for­mo­wać – po­sta­no­wi­łam, od­wra­ca­jąc się i chcąc ru­szyć w stro­nę sa­mo­cho­du.

– Do kur­wy nę­dzy! So­bie chy­ba żar­tu­jesz! – krzyk­nął Jo­sef. – Da­mian o wie­le le­piej by wszyst­ko roz­pla­no­wał. – Od­wró­ci­łam się w jego stro­nę z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Po chwi­li po­wie­dział: – Okej… Prze­sa­dzi­łem, prze­pra­szam. To, co chcia­łem po­wie…

– Da­mia­na tu nie ma. Ro­zu­miem, że chcesz mieć już to wszyst­ko za sobą, żeby spę­dzić week­end z ro­dzi­ną. Nie­ste­ty przy tej spra­wie na to się nie za­no­si, więc wy­ko­rzy­staj czas, któ­ry masz dzi­siaj. Do­ty­czy to wszyst­kich. – Ro­zej­rza­łam się po ze­spo­le. Nikt już nie miał nic wię­cej do do­da­nia, a Jo­sef od­wró­cił się ode mnie, spusz­cza­jąc gło­wę.

Tym ra­zem uda­ło mi się wsiąść do sa­mo­cho­du. Opar­łam gło­wę o kie­row­ni­cę, li­cząc do dzie­się­ciu. W gło­wie kłę­bi­ło mi się mnó­stwo my­śli. Jo­sef ma ra­cję. Bra­ku­je mi go. Ni­g­dy nie będę w sta­nie go za­stą­pić. Czu­łam się, jak­bym be­cza­ła wnie­bo­gło­sy, ale nie uro­ni­łam żad­nej łzy. Tym ra­zem nie po­peł­ni­łam tego sa­me­go błę­du i wzię­łam przed wy­jaz­dem E-x. Czy by­ło­by mi le­piej, gdy­bym dała upust swo­im emo­cjom? Nie je­stem pew­na. Ni­g­dy nie by­łam w tym do­bra. Od­ru­cho­wo roz­dra­py­wa­łam z ner­wów skó­rę na dło­ni.

Kie­dy uda­ło mi się tro­chę opa­no­wać my­śli, wy­cią­gnę­łam te­le­fon i na­pi­sa­łam do ko­bie­ty z por­ta­lu rand­ko­we­go, py­ta­jąc, czy ma czas spo­tkać się za go­dzi­nę. Sama też nie by­łam go­to­wa spę­dzić tego dnia sa­mot­nie. Cze­ka­jąc na od­po­wiedź, usły­sza­łam pu­ka­nie w szy­bę sa­mo­cho­du. Edward py­tał ge­sta­mi, czy wpusz­czę go do środ­ka. Od­blo­ko­wa­łam za­mek.

– Od­wie­ziesz mnie na ko­mi­sa­riat? Póź­niej dam ci spo­kój.

– Okej – od­po­wie­dzia­łam krót­ko.

Usły­sza­łam sy­gnał wia­do­mo­ści, więc za­nim ru­szy­łam, zer­k­nę­łam na wia­do­mość z po­zy­tyw­ną od­po­wie­dzią. Uśmiech­nę­łam się do sie­bie. Ru­szy­łam.

– Kim jest Da­mian? – za­py­tał Edward. – Re­ak­cja was oboj­­­­ga była dość… spe­cy­ficz­na.

– Do­szli­śmy do po­ro­zu­mie­nia. Nic wię­cej nie po­trze­bu­jesz wie­dzieć – od­po­wie­dzia­łam oschle. – Czy Jo­sef i Ste­ve mó­wi­li ci coś, kie­dy ode­szłam?

– Tak, że­bym dał ci spo­kój.

– Uwiel­biasz wci­skać nos w nie swo­je spra­wy, co?

– Dla­te­go je­stem de­tek­ty­wem – oznaj­mił pew­nie Edward.

– Nie tędy dro­ga – ostrze­głam go po­now­nie.

– Szu­ka­nie uko­je­nia w nar­ko­ty­kach też nie jest dro­gą.

Za­śmia­łam się. Coś w tym jest.

– Nie znasz mo­jej sy­tu­acji.

– Za­wsze mo­żesz mi opo­wie­dzieć. Wie­le rze­czy mnie czy­sto po ludz­ku za­sta­na­wia. Jak już je­steś uza­leż­nio­na, to ra­czej bie­rzesz sta­le. A wczo­raj to za­nie­dba­łaś, i dla­te­go w ogó­le za­uwa­ży­łem, że coś jest nie tak – mó­wił, roz­cią­ga­jąc się na sie­dze­niu.

Na po­cząt­ku nie za­mie­rza­łam od­po­wia­dać, ale do­szłam do wnio­sku, że le­piej udzie­lić mu ja­kich­kol­wiek wy­ja­śnień, żeby po­czuł sa­tys­fak­cję. Mu­siał być po mo­jej stro­nie.

– Ostat­nio zwięk­szy­ła mi się to­le­ran­cja i jesz­cze było mi trud­no do­pa­so­wać daw­ko­wa­nie. Jed­na z wie­lu od­po­wie­dzi.

– Czy­li mogę za­da­wać ko­lej­ne py­ta­nia?

– Wy­czer­pa­łeś li­mit dzien­ny.

– Okej, więc wró­cę do tego ju­tro.

Spoj­rza­łam się na nie­go prze­lot­nie, krę­cąc gło­wą. Na­praw­­­­dę był nie­moż­li­wy. Za­nim do­je­cha­li­śmy na miej­sce, zmie­ni­li­śmy te­mat, roz­ma­wia­jąc o co­dzien­nych spra­wach, żar­tu­jąc so­bie. Gdy już za­wio­złam go na miej­sce, sama za­par­ko­wa­łam w po­bli­żu, we­szłam do ka­wiar­ni i ro­zej­rza­łam się za Joy.

■ ■ ■

Po chwi­li cze­ka­nia i kil­ku wy­mie­nio­nych wia­do­mo­ściach zo­ba­czy­łam ją. Uro­czą i drob­ną blon­dyn­kę, któ­rej uśmiech mógł przy­ćmić każ­dą nie­do­god­ność. Przed­sta­wi­ły­śmy się so­bie na­wza­jem i za­mó­wi­ły­śmy kawę.

– Pi­sa­łam już o tym, ale wolę się upew­nić jesz­cze raz. Mam dość nie­re­gu­lar­ną pra­cę, więc jak do­sta­nę te­le­fon, będę mu­sia­ła wyjść.

– Ja­sne, wspo­mi­na­łaś, że je­steś po­li­cjant­ką, tak? – po­wie­dzia­ła Joy, po­chy­la­jąc się lek­ko w moją stro­nę.

– Tak, ale to nic cie­ka­we­go. Chcę cię po­znać, sko­ro mamy tak mało cza­su.

– Co chcesz wie­dzieć w ta­kim ra­zie? – spy­ta­ła Joy, czer­wie­niąc się i roz­glą­da­jąc się wo­kół.

– Wy­da­jesz się bar­dziej nie­śmia­ła, niż bym się spo­dzie­wa­ła. Twój pierw­szy raz? W sen­sie rand­ko­wa­nie z nie­zna­jo­my­mi – spy­ta­łam z za­cie­ka­wie­niem.

– Tak… Chcia­łam spró­bo­wać cze­goś no­we­go – przy­zna­ła, krę­cąc ner­wo­wo ko­smy­kiem wło­sów.

– Pa­mię­taj, że w każ­dej chwi­li mo­żesz po­wie­dzieć stop, nie? Je­śli czu­jesz się nie­kom­for­to­wo, to nie ma z tym pro­ble­mu. Obie mu­si­my się do­brze ba­wić – upew­ni­łam się.

– Ja­sne. Nie ma ta­kiej po­trze­by na ra­zie. Cie­ka­wi mnie jed­nak… Czę­sto zda­rza ci się cho­dzić na ta­kie spo­tka­nia?

– Kie­dyś. Te­raz mia­łam dłuż­szą prze­rwę. Wiesz, jak to jest. Stu­denc­kie cza­sy.

– Za­zdrosz­czę ci pew­no­ści sie­bie. Że ro­bisz coś tak spon­ta­nicz­nie. – Pierw­szy raz zła­pa­ły­śmy dłuż­szy kon­takt wzro­ko­wy, obie się za­ru­mie­ni­ły­śmy, ale nie prze­ry­wa­ły­śmy tego. – Mo­gła­byś okre­ślić mnie jako nud­ną – do­da­ła.

– A je­śli szu­kam odro­bi­ny nudy w swo­im ży­ciu? – Szturch­nę­łam ją nogą za­czep­nie. Za­śmia­ła się de­li­kat­nie.

– Po­do­basz mi się – oznaj­mi­ła na­gle, co spra­wi­ło, że tym ra­zem ja się zmie­sza­łam.

– Hola, po­dob­no mia­łaś być nie­śmia­ła, a tu z ta­kim bez­po­śred­nim wy­zna­niem mi wy­jeż­dżasz? – Po­wo­li się­gnę­łam po jej dłoń. Pa­trzy­łam, czy jest z tym w po­rząd­ku, i jak wszyst­ko na to wska­zy­wa­ło, splo­tłam na­sze pal­ce. – Nie mogę po­wie­dzieć nic mniej niż tyle, że to od­wza­jem­niam.

– Przy­je­cha­łaś au­tem?

– Za­par­ko­wa­łam w po­bli­żu.

Po­ki­wa­ła gło­wą. Po­pro­si­ła kel­ne­ra o ra­chu­nek i za­pła­ci­ła za nas obie. Chcia­łam jej zwró­cić za moją część, ale tyl­ko mach­nę­ła ręką.

– Pi­sa­ły­śmy o czymś in­nym niż roz­mo­wa. Mó­wi­łaś, że nie masz dużo cza­su, praw­da? Jak po­dasz mi swój te­le­fon, to wpi­szę ci mój ad­res.

Dro­ga na szczę­ście była krót­ka, bo na­pię­cie mię­dzy nami było nie do znie­sie­nia. Gdy tyl­ko prze­kro­czy­ły­śmy próg miesz­ka­nia, Joy przy­cią­gnę­ła mnie do sie­bie. De­li­kat­nie po­ca­ło­wa­łam ją w szy­ję, póź­niej w usta. Ona sama, moc­no na­pie­ra­jąc, wsu­nę­ła mi nogę mię­dzy uda. Jej wcze­śniej­sza nie­pew­ność cał­ko­wi­cie znik­nę­ła. Zła­pa­łam ją pod po­ślad­ka­mi i pod­nio­słam. Ro­zej­rza­łam się po miesz­ka­niu, szu­ka­jąc drzwi do sy­pial­ni.

– Dru­gie drzwi – wy­szep­ta­ła Joy, a ja nie po­zwo­li­łam jej wię­cej cze­kać.

■ ■ ■

Obu­dził nas sy­gnał mo­je­go te­le­fo­nu. Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Pią­ta. Nie było źle. Tak jak ocze­ki­wa­łam, wy­ni­ki przy­szły szyb­ko. Wciąż naga, wy­szłam do sa­lo­nu, upew­nia­jąc się, że Joy zo­sta­ła w łóż­ku, i za­dzwo­ni­łam do wszyst­kich po ko­lei z in­for­ma­cją, że wi­dzi­my się nie­dłu­go na po­ste­run­ku. Wzię­łam głę­bo­ki od­dech. Czu­łam lek­kie za­wro­ty gło­wy i za­ląż­ki drże­nia rąk. Chcia­łam szyb­ko wziąć E-x. Się­gnę­łam po swój ple­cak i po­szu­ka­łam ła­zien­ki. Zro­bi­łam, co mu­sia­łam, i wró­ci­łam do sa­lo­nu. Ro­zej­rza­łam się. Było to dość spo­re miesz­ka­nie, jak na jed­ną oso­bę. Trzy sy­pial­nie plus ła­zien­­­­ka. Za ple­ca­mi usły­sza­łam otwie­ra­nie drzwi i zie­wa­nie Joy.

– Prze­pra­szam. Nie chcia­łam cię obu­dzić. Mu­szę się za­raz zbie­rać, mogę tyl­ko sko­rzy­stać z prysz­ni­ca?

– Yhm, po­trze­bu­jesz ubrań na zmia­nę? – spy­ta­ła, pod­cho­dząc do mnie od tyłu i obej­mu­jąc mnie. – Póź­niej bę­dziesz mu­sia­ła jesz­cze raz przy­je­chać, żeby je od­dać.

Od­wró­ci­łam się, by spoj­rzeć jej w twarz. Po­gła­ska­łam ją po po­licz­ku i cmok­nę­łam w czo­ło.

– Też po­do­ba mi się ten po­mysł.

– Wy­da­je mi się, że mo­że­my się do­brze do­ga­dać. Chcę cię po­znać bli­żej. – Joy uśmiech­nę­ła się do mnie.

– Joy… Jed­na rzecz, że­by­śmy były na pew­no na jed­nej stro­nie. To był one ni­ght stand. Wia­do­mo, mo­że­my spo­tkać się kil­ka razy, ale nie je­stem od­po­wied­nią oso­bą do two­rze­nia cze­goś wię­cej. Nie chcę po pro­stu zra­nić któ­rejś z nas.

– Je­steś pew­na? Mo­że­my po­dejść do tego na lu­zie. Je­śli się oka­że, że to był zły po­mysł, spę­dzi­my po pro­stu ra­zem kil­ka mi­łych chwil. Cze­mu by nie spró­bo­wać?

– Wie­dzia­łam, że to jed­nak nie two­je kli­ma­ty. – Od­su­nę­łam się de­li­kat­nie, choć na­dal obej­mo­wa­łam jej bio­dra.

– Do­brze się ba­wi­łam. Trud­no mi po pro­stu prze­łknąć fakt, że mia­ła­bym cię tyl­ko na chwi­lę.

Spoj­rza­łam na nią uważ­nie. Coś w tym było i jak mo­gła­bym jej od­mó­wić, gdy tak na mnie pa­trzy­ła? Po­ca­ło­wa­łam ją.

– Wy­gra­łaś. Mu­szę iść pod prysz­nic. Czy moja uro­cza part­ner­ka przy­go­tu­je mi w tym cza­sie ubra­nia? – spy­ta­łam za­dzior­nie.

– Już się robi – od­po­wie­dzia­ła z sze­ro­kim uśmie­chem.

Nie chcia­ło mi się wy­cho­dzić spod go­rą­ce­go stru­mie­nia wody. Trwa­łam te­raz w chwi­li, któ­ra od­dzie­la­ła mnie od co­dzien­nych wy­zwań. Nie­ste­ty, czas był się obu­dzić. Ubra­nia Joy wy­jąt­ko­wo do­brze na mnie le­ża­ły. Coś przy­ku­ło moją uwa­gę. Po­wą­cha­łam koł­nierz. Skro­pi­ła go per­fu­ma­mi, któ­re mia­ła wczo­raj na so­bie. Mą­dra­la, będę o niej te­raz my­śla­ła jesz­cze bar­dziej. Zwią­za­łam gór­ną część wło­sów w kok i wy­szłam z ła­zien­ki. Joy cze­ka­ła, za­zna­cza­jąc coś na kart­kach.

– Spraw­dzasz te­sty tak z sa­me­go rana?

– Co? A, no tak. Pi­sa­łam ci o tym. I tak już nie za­snę – po­wie­dzia­ła za­spa­na.

– Prze­pra­szam za to.

– Spo­koj­nie, nie mu­sisz.

– Mogę sko­rzy­stać z eks­pre­su? Na­pi­ję się kawy i już daję ci spo­kój.

– Roz­gość się. W pierw­szej szaf­ce od le­wej są kub­ki.

Cze­ka­jąc, aż ku­bek się na­peł­ni, ro­zej­rza­łam się jesz­cze raz po po­miesz­cze­niu. Mia­łam ocho­tę za­dać Joy tyle py­tań, żeby do­wie­dzieć się wię­cej. Czu­łam eks­cy­ta­cję, gdy my­śla­łam o nad­cho­dzą­cych chwi­lach z nią. Na­stęp­nie strach, że po­zna mnie za bar­dzo i bę­dzie za­wie­dzio­na, ja­kim czło­wie­kiem je­stem. Od­go­ni­łam te my­śli py­ta­niem:

– Wiesz, jak wy­obra­ża­łam so­bie two­je miesz­ka­nie?

– Hm? – Joy pod­nio­sła gło­wę znad kar­tek.

– Po­le­cę tro­chę ste­reo­ty­po­wo, ale jak się do­wie­dzia­łam, że je­steś na­uczy­ciel­ką bio­lo­gii, to my­śla­łam, że bę­dziesz mia­ła peł­no ro­ślin, po­roz­sta­wia­nych w każ­dym ką­cie.

– Zdra­dzić ci se­kret? Moi ucznio­wie my­ślą tak samo, i jak jest ja­kaś oka­zja, ku­pu­ją mi ro­śli­ny do­nicz­ko­we. Pro­blem w tym, że je­stem se­ryj­nym mor­der­cą kwiat­ków… Nie mam ser­ca im tego po­wie­dzieć.

Tym­cza­sem do­pi­łam kawę i mu­sia­łam po­że­gnać się z Joy. Kil­ka go­dzin spo­ko­ju za­stą­pi­ła go­rą­ca dys­ku­sja mię­dzy mną a resz­tą współ­pra­cow­ni­ków.

■ ■ ■

Po zba­da­niu cia­ła Oli­vie­ra przy­czy­ną śmier­ci oka­zał się E-x. Daw­ka tej sub­stan­cji prze­kro­czy­ła wszel­kie nor­my. Oprócz tego w jego krwi zo­sta­ły zna­le­zio­ne ane­ste­ty­ki. Dys­ku­to­wa­li­śmy o kil­ku moż­li­wo­ściach. Ce­lem od po­cząt­ku był on. Mo­ty­wy mo­gły być róż­ne. Od oku­pu po ze­mstę lub dłu­gi. Nie wy­klu­cza­li­śmy, że ce­lem mógł być tak­że Josh. Oli­vier mógł­by wte­dy chcieć uciec, ale coś po­szło nie­zgod­nie z pla­nem i też zo­stał za­mor­do­wa­ny. Lub na od­wrót. To Josh zle­cił za­bój­stwo i chciał za­pew­nić so­bie ali­bi, ale do­szło do nie­po­ro­zu­mie­nia, więc sam też zo­stał ofia­rą. Naj­bar­dziej praw­do­po­dob­na po­zo­sta­ła jed­nak pierw­sza opcja. Krew z kuch­ni oka­za­ła się na­le­żeć do Oli­vie­ra. Mu­siał się zra­nić roz­bi­tym szkłem. Bli­scy Ba­ke­ra uwa­ża­li, że męż­czyź­ni nie mie­li żad­nych pro­ble­mów. Co praw­da, tego ni­g­dy nie da się w peł­ni wy­klu­czyć, ale na ra­zie przy­ję­li­śmy to jako fakt. Wie­my, że mor­der­ca znał się z Oli­vie­rem, ale on po­czuł się nie­pew­nie, wi­dząc go u pro­gu swo­je­go domu. Mimo wszyst­ko z ja­kie­goś po­wo­du wpu­ścił go do środ­ka. Spraw­cą była jed­na oso­ba – naj­praw­do­po­dob­niej. Ewen­tu­al­nie ktoś mógł cze­kać w au­cie. Roz­ma­wia­li w kuch­ni, gdzie spraw­ca mu­siał po­dać ofie­rze sub­stan­cję usy­pia­ją­cą. Za­nim ta w peł­ni za­dzia­ła­ła, Oli­vier pró­bo­wał ucie­kać lub się bro­nić, co tłu­ma­czy­ło­by roz­bi­te na­czy­nia w kuch­ni. Do tego mo­men­tu wszyst­ko było do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ne i prze­my­śla­ne. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Cena na­szych prze­żyć

isbn 978-83-8423-700-7

©Ewa Le­wan­dow­skai Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Ma­rze­na Kwiet­niew­ska-Ta­lar­czyk

ko­rek­ta: Aga­ta Ogó­rek

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@no­va­eres.pl

http://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.