Cena magii - Agata Franczak - ebook
NOWOŚĆ

Cena magii ebook

Agata Franczak

0,0

41 osób interesuje się tą książką

Opis

Oficer Filip Bodo dowodzi grupą w elitarnym oddziale Jednostki do Spraw Mocy i Magów. Odkąd pamięta, czuje niesłabnący gniew na samą myśl o magii i jej niszczycielskich skutkach, dlatego z pełnym oddaniem pilnuje, by nikt więcej nie ucierpiał z rąk magów. Wierzy w swoją misję bezgranicznie… do czasu.

Podczas jednej z akcji swojej grupy trafia przez przypadek w sam środek najgorszego koszmaru.

Lara Żmuda włada mocą, mogącą ratować ludzkie życia. Chcąc legalnie nieść pomoc i leczyć ludzi, poddaje się procedurze rejestracji w Jednostce do Spraw Mocy i Magów. Zamiast spokoju czeka ją jednak tragedia. Porwana i złamana, musi patrzeć, jak jej dar zmienia się w narzędzie tortur.

Filip ratuje ją i obejmuje programem ochrony świadków, po czym wywozi w bezpieczne miejsce, wiedząc, że oprawcy nie spoczną, dopóki jej nie odzyskają.

Skazani na siebie w odciętym od reszty świata zakątku Mazur, muszą nauczyć się sobie ufać. Podczas gdy Lara powoli odzyskuje siły, Filip usiłuje odkryć tożsamość człowieka stojącego za jej uprowadzeniem. Z czasem między oficerem a jego podopieczną rodzi się uczucie, którego żadne z nich się nie spodziewało.

Jednak wróg wciąż jest dwa kroki przed nimi, a rzeczywistość okazuje się bardziej skomplikowana niż przypuszczali. Zło nie zniknęło, ono jedynie się przyczaiło. Stawka jest zbyt wysoka, a moc Lary zbyt cenna, by ktokolwiek wypuścił ją z rąk.

Pełna emocji, namiętności i magii historia o krzywdzie, uzdrawiającej sile miłości oraz więzach, których nie da się zerwać.

„Cena magii” – finałowa powieść z uniwersum „Aż po świt”.

 

„Cena magii” ma wszystko, czego szukam w dobrym romantasy, emocje, napięcie i historię, od której trudno się oderwać.”

 Elżbieta Chróścicka, autorka

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej 18 roku życia.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 327

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Cena magiiAgata Franczak

DEDYKACJA

Randall Munroe w swojej książce oraz na blogu What If?, udowadnia za pomocą matematyki, że gdyby każdy z nas miał na świecie tylko jedną, losowo przydzieloną bratnią duszę, ludzkość byłaby skazana na samotność, a szansa na znalezienie miłości byłaby bliska zeru. Ale codzienność na każdym kroku kpi sobie ze statystyki. Bo najwspanialsze rzeczy zawsze rodzą się ze zwykłego, bezczelnego zbiegu okoliczności.

Dla każdego, kto szuka i nie traci nadziei. Znajdziecie.

Ostrzeżenie

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej 18 roku życia. Niektóre motywy mogą wywołać dyskomfort, niepokój lub silne emocje:

Opisowe sceny seksu

Przemoc i motywy tortur

Śmierć (w tym dzieci)

Głęboka trauma psychiczna

Rozdział 1

W piwnicy śmierdziało śmiercią.

Nie był to zapach dogasających zniczy, nagrobnych kwiatów stojących w oślizgłej wodzie czy starych wieńców.

Był to duszący smród rozkładającego się ciała i brudu oraz wymiocin i wszystkich pozostałych wydzielin ludzkiego ciała. Smród, którego nie da się zapomnieć ani pomylić z żadnym innym. Smród, który zostawia na człowieku prawie fizyczny znak.

I teraz czuł go znów, wżerający mu się w nos, osiadający gorzkim smakiem na języku, wypalający powietrze z płuc wraz z każdym wdechem.

Wstrzymywał oddech tak długo, jak się dało, gdy powoli i bezszelestnie schodził do piwnicy po stromych schodach. Spojrzał w górę i pokazał człowiekowi stojącemu u ich szczytu, aby ten czekał. Odwrócił się i ruszył. Kiedy dotarł na dół, zobaczył uchylone drzwi, przez które z brudnego okna naprzeciwko sączyło się mdłe światło. Okno było wąskie, pod samym sufitem, ale wpadało przez nie wystarczająco dużo światła, aby jego oczom ukazało się wszystko to, co skrywało to pomieszczenie. Filip wszedł do środka i obrzucił wzrokiem całą piwnicę. Smród dusił go tak bardzo, że aż załzawiły mu oczy. Zamrugał, bo przez moment był pewien, że łzy rozmyły mu ostrość widzenia. Ale po chwili zrozumiał, że to nie łzy, że to nie rozmazany przez nie obraz. Że to nie jakiś przyśniony w samotną noc koszmar. To była rzeczywistość, która wstrząsnęła nim tak bardzo, że jego żołądek ścisnął się mocno i szarpnął, a nim wstrząsnęły suche torsje. Od prawie dekady pracował w tej jednostce, widział już tak wiele, ale to… to było za dużo nawet dla niego. Zatęchłe powietrze paliło go w płuca, gdy patrzył na kilka leżących pod ścianą ciał w różnym stanie rozkładu, wokół których rozlała się kałuża trupich wydzielin. Po przeciwnej stronie, pod oknem, siedziała starsza kobieta z głową odchyloną i opartą o ścianę. Koło niej, jak umierające kociaki, tuliła się do siebie trójka dzieci, na oko nie starszych niż dziewięć czy dziesięć lat. Jedno z nich, chłopiec, uniosło z trudem głowę i popatrzyło na niego oczami zapadniętymi w wychudzonej twarzy. Dziecko trzęsło się i popiskiwało. Filip poczuł złość, tak wielką złość. Czuł, jak pali mu wnętrzności, wywołując torsje, wyciskając z oczu łzy. Cofnął się do schodów i zaczerpnął głębokiego oddechu.

– Otoczcie teren, odetnijcie dostęp, wezwijcie wsparcie, koronera i przede wszystkim karetkę, dwie karetki. I niech ktoś tu zejdzie z apteczką. Są tam ciała i żywi.

Wrócił do środka i podszedł do kobiety. Gdy kucnął przed nią, poruszyła głową i popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Była brudna, miała splątane, siwe włosy, na twarzy rozmazaną krew i bogowie wiedzą co jeszcze. Teraz cała trójka dzieci wpatrywała się w niego z przerażeniem. Z ulgą przyjął fakt, że żyją.

– Dzieci… one… dzieci… – zaczęła, ale delikatnie dotknął jej ramienia, wyczuwając pod brudną bluzką sterczące kości.

– Są tutaj, zaraz się nimi zajmiemy.

Kobieta pokręciła głową. Wyglądała, jakby z trudem zbierała myśli.

– Dzieci, bliźniaki. Próbowała je ratować… ale… ale… za późno…

– Kto? Kto was ratował? Dzieci żyją, siedzą tu obok.

– Nie… nie… bliźniaki – powiedziała ledwie szeptem i z trudem uniosła rękę, by wskazać na miejsce, gdzie leżały trupy.

Filip odwrócił się w stronę, którą pokazywała. Dookoła zwłok unosił się rój much, powietrze jakby zgęstniało, światło prawie tam nie docierało. Zmrużył oczy, bo nagle mu się wydało, że coś widzi. Wstał i zacisnął szczęki, aż poczuł ból w zębach. Z kieszeni bojówek wyjął małą latarkę i włączył ją, podchodząc ostrożnie do zwłok. Skierował na nie strumień światła.

I z jego ust wyrwał się krótki jęk.

W kącie, obok ciał, w kałuży płynów, siedziała kolejna kobieta. Na jej kolanach leżało dwoje dzieci, przyciągniętych do jej piersi. Ich ręce wisiały po bokach, głowy odchylały się bezwładnie. Blade twarze, na palcach plamy opadowe. Filip przełknął żółć, która podeszła mu do gardła. Kobieta tuliła do siebie martwe dzieci, kołysząc się lekko, mamrocząc coś pod nosem. Nie widział jej twarzy, głowę miała wtuloną pomiędzy głowy dzieci, a jej splątane, brudne włosy dodatkowo zasłaniały mu widok. Miała gołe nogi, całe w siniakach i nacięciach. Ubrana była chyba tylko w koszulkę, skóra na jej przedramionach wyglądała na przypalaną papierosami. Podszedł bliżej i kucnął przed kobietą. Smród był straszny, dookoła niej latały muchy, chodziły jej po włosach, wchodziły do otwartych ust dzieci. Kobieta kiwała się w tył-przód, tył-przód, wciąż i wciąż. Filip wyciągnął rękę, żeby odsłonić jej twarz, i wtedy kobieta poderwała głowę i zaczęła krzyczeć.

Cofnął gwałtownie dłoń i przeklął w myślach.

– Ciiii, ciiii, nic ci nie grozi. Pomożemy ci, ciiii, uratujemy was. – Zaczął mówić swoim najbardziej uspokajającym tonem, ale wyglądało na to, że nic z tego nie dociera do kobiety. Krzyczała i krzyczała, a ten agonalny wrzask rozrywał mu serce. Jedno z dzieci wysunęło się z jej objęć i upadło ze strasznym plaśnięciem na brudną podłogę. To sprawiło, że kobieta umilkła i popatrzyła na ciało. Jej oczy były wielkie i puste.

– Michaś, Michaś. Chodź tutaj, muszę cię uleczyć… Michaś… – szeptała i próbowała podnieść chłopca. Martwego chłopca.

Wtedy Filip zrozumiał, ona próbowała leczyć martwe dzieci. Dzieci, które wyglądały, jakby nie żyły od co najmniej kilku dni. Wydawało się, że kobieta zapomniała o jego obecności. Skupiła się na chłopcu, którego poranionymi dłońmi, z połamanymi do krwi paznokciami, starała się podnieść i przytulić. Filip usłyszał kroki, dużo kroków. W piwnicy nagle zrobiło się jasno, halogenowe lampy przyniesione przez jego ludzi ukazały w całej okazałości koszmar, który się tu rozegrał. Ktoś zaklął głośno, ktoś inny zwymiotował. Filip przełknął i wstał.

– Tutaj! Najpierw ona. – Wskazał na kobietę. Dwóch mężczyzn w czarnych bojówkach i koszulkach ratowników podeszło do niego.

– Kurwa, ja pierdolę – powiedział jeden i się odwrócił, starając się powstrzymać torsje.

– Trzeba jej odebrać ciała i zabrać ją do karetki. Wynieść ją stąd. Pomogę wam. – Znów kucnął przed kobietą, która zdawała się nie widzieć niczego prócz dzieci. Kiwała się wciąż, bez ustanku, tuląc do siebie dwójkę martwych ciał.

– Proszę pani, musi ich pani puścić, musimy panią zabrać – powiedział i sięgnął do niej. Kobieta zastygła w bezruchu, jak schwytana w światła reflektorów sarna. Miała szeroko otwarte oczy, którymi nawet nie zamrugała. Zaczęła kręcić głową, powoli, ale nieubłaganie.

– Nie, nie, nie… – Z jej ust wydostał się jęk. – Nie, nie, nie…

– Pomożemy pani, proszę nam pozwolić…

– Nie!!!!!! – Jej krzyk wstrząsnął wszystkimi obecnymi w piwnicy. – Nie, nie, nie!!!

Krzyczała i krzyczała, z nosa leciała krew, jej ręce rozbłysły niebieską poświatą i Filip zrozumiał, że starała się użyć mocy. Nie miała szans.

Odwrócił się do medyka.

– Daj jej coś na uspokojenie, bo się sama zabije. Nie ma siły na magię.

Usłyszał, jak medyk otwiera torbę i przygotowuje zastrzyk.

– Ciii, ptaszyno, ciii – zaczął mruczeć spokojnie. – Ciiii, ciiii.

Zaryzykował i dotknął jej policzka, a ona się wzdrygnęła, jakby ją uderzył. Ale przynajmniej jej krzyk ucichł, choć wolał nie wiedzieć, dlaczego zamilkła tak nagle, gdy poczuła czyjś dotyk.

– Ciiii, szaaaa, ciiii… – mruczał dalej i delikatnie gładził ją po policzku. Poczuł wilgoć na palcach i zrozumiał, że to łzy. Medyk nachylił się nad nią i kiwnął krótko głową. Drugi stanął obok i delikatnie ujął jej dłoń. Żyły na jej przedramieniu były wybrzuszone i dobrze widoczne. Ciało miała wychudzone.

– Może nie być łatwo – mruknął medyk i gdy drugi przytrzymał zdecydowanie jej ramię, wbił się w jej żyłę igłę, modląc się w myślach, aby się nie szarpnęła. Kobieta jednak ani drgnęła. Była jak posąg. Magia, której próbowała użyć, pozbawiła ją resztki sił i świadomości. Patrzyła jeszcze przez chwilę na Filipa tymi wielkimi, pustymi oczami i jej powieki zatrzepotały, kiedy środek zaczął działać. Po czym głowa jej opadła, a martwe dzieci wysunęły się z jej ramion i opadły na jej kolana.

Ktoś załkał, ktoś zaklął szpetnie.

– Zabierzcie dzieci. Są martwe, ale… Po prostu zabierzcie je – powiedział przez ściśnięte gardło Filip.

– Ale kobieta, ona… – zaczął medyk.

– Ja ją wezmę. Zajmijcie się resztą.

Patrzył, jak medycy ściągają z jej kolan dzieci i doskoczył do niej, gdy zaczęła się przechylać na bok. Złapał ją w ostatniej chwili. Wsunął ręce pod jej kolana i plecy, czując lepką wilgoć na jej nogach. Gdy ją uniósł, miał wrażenie, że kobieta nic nie waży. Przytulił ją do siebie i skierował się do wyjścia. Była niewładna, nieprzytomna. Pokonał ostrożnie schody i wyszedł przed budynek, a wtedy na teren posiadłości wjechały dwie karetki. Świeże powietrze było jak zbawienie. Gdy szedł do ambulansu, poprzysiągł sobie, że ten, kto to zrobił, będzie cierpiał przed śmiercią.

****

Czy to była śmierć? Musiała być, bo któż inny unosiłby ją tak lekko w bezpiecznych objęciach. Tak, to musiała być śmierć. To było najlepsze, co ją spotkało od tak długiego czasu. Śmierć. Gdyby wiedziała, że tak wygląda umieranie, w tak mocnych i dających ulgę objęciach, umarłaby wcześniej.

Rozdział 2

Kobieta nie odzyskała przytomności, gdy wnosił ją do karetki i kładł na noszach. W świetle dnia dostrzegł zaskoczony, że nie była starszą osobą, jak podejrzewał. Była zaskakująco młoda, możliwe, że mniej więcej w jego wieku. Na sobie miała jedynie koszulkę przypominającą szmatę i brudne figi. Ona cała była brudna, odór śmierci unosił się wokół niej gęstą chmurą. Wolał nie myśleć, jak długo była tu więziona, że doprowadzili ją do takiego stanu. Jej włosy przypominały pozlepiane, tłuste strąki nieokreślonego koloru. Medycy od razu się nią zajęli, z niemałym trudem założyli jej wenflon i podpięli kroplówkę, do której wstrzyknęli kolejne leki. Okryli ją, podłączyli aparaturę. Głośne BIP przecięło powietrze, gdy aparat zaczął monitorować jej serce. Za sobą usłyszał głosy, z domu wyszli kolejni jego ludzie, tym razem wyprowadzając starszą kobietę i trójkę maluchów. Od razu zostali zaprowadzeni do pozostałych karetek. Filip nie mógł oderwać wzroku od młodej kobiety. Była blada, posiniaczona, poraniona, wychudzona. Ale nie to było najgorsze, takie rany się wyleczą. Najstraszniejsze było jej puste spojrzenie, jakby w jej umyśle nic już nie zostało. Westchnął, nie mógł tu stać, miał masę roboty do odwalenia. Spodziewał się kryjówki przemytników artefaktów, a nie piwnicy pełnej trupów i skatowanych ludzi.

– Dokąd ich zabierzecie? Moi ludzie muszą tam dotrzeć i zapewnić im ochronę.

– Do szpitala w Białymstoku. Co tu, na bogów, się stało? – zapytał medyk.

– Nie mogę na razie nic powiedzieć, ale to sprawa jednostki. – Wyjął z kieszeni odznakę i podał ją medykowi. Ten tylko kiwnął głową.

– Magiczni.

– Magiczni – potwierdził Filip. – Tylko tym razem wygląda na to, że to oni są ofiarami. Moi ludzie zadbają o ich bezpieczeństwo, to świadkowie.

– Rozumiem.

Filip patrzył jak drzwi się zamykają i po chwili karetki ruszyły.

****

Zanim zakończyli wszystkie czynności, był późny wieczór. Na terenie posiadłości pracowali w sumie cztery jednostki i koroner. Z piwnicy wyniesiono łącznie osiem ciał, w różnym stanie rozkładu. Cztery osoby zostały zabrane karetkami. Sam dom, otoczony ogromnym terenem, dziko rosnącymi drzewami i krzewami, był zniszczoną ruderą bez wody i prądu. Prócz ludzi nie znaleźli tam nic więcej, ale oficerowie przeczesywali teren, szukając ukrytych schowków czy ziemianek, w których ktoś mógł jeszcze być. Od dłuższego czasu rozpracowywali grupę Zorana, Serba mieszkającego w Polsce. Ale szukali powiązań z handlem artefaktami na ogromną skalę, a nie z mordowaniem ludzi. Przeczesał ręką krótkie włosy, nawyk, który się nasilał, gdy był zdenerwowany lub zmęczony. Jego ludzie pracowali bez ustanku, zabezpieczyli, co się dało, zebrali wszystko, co tylko mogło być dowodem i powiązać tę makabrę z Zoranem. Rozejrzał się po raz ostatni po piwnicy i wrócił myślami do kobiety. Nie potrafił przestać roztrząsać tego, co jej zrobili. Wyszedł na górę i opuścił dom. Na podwórzu kręcili się jego ludzie, pakując swoje rzeczy do kilku czarnych samochodów terenowych. Podszedł do niego młody chłopak, który w jednostce pracował dopiero od kilku tygodni. „Biedny sukinkot, taki chrzest bojowy” – pomyślał.

– Prawie skończyliśmy, został tylko teren za domem, ale to też już długo nie potrwa.

– Nic?

– Na szczęście nic – przyznał chłopak. – Szefie, jak szef sądzi, co tu się stało?

– Właśnie tego spróbuję się zaraz dowiedzieć, jadę do szpitala. Pozbierajcie, co się da, zabezpieczcie, zostawcie dwóch ludzi na obserwacji. Gdyby coś się wykluło, dzwońcie.

– Tak jest.

– Wieczorem zameldujcie się w hotelu, spotkamy się w moim pokoju. Dam wam znać SMS-em.

Obrzucił szybkim spojrzeniem dom i ruszył do auta. Gdy opuszczał to przeklęte miejsce, wcale nie czuł ulgi.

****

Pierwsze kroki skierował do starszej kobiety, która była chyba w najlepszym stanie. Leżała na łóżku, podpięta do aparatury monitorującej funkcje życiowe i dwóch kroplówek. Przysunął sobie krzesło i usiadł. Popatrzyła na niego przytomnie.

– Jak się pani czuje?

– Lepiej, na ile to możliwe. Jutro mają mnie operować.

– Co konkretnie?

– Będą usuwać przedmiot.

Filip zerknął na nią, nic nie rozumiejąc.

– Przedmiot?

Skórcz bólu przeciął twarz kobiety.

– Przedmioty. Te, które w nas zaszywali. – Spojrzała mu w oczy. – Mówiłam to już temu drugiemu człowiekowi, ale mogę powiedzieć i panu. Łapali nas, obojętnie kogo, ot, przypadek. Ja wyszłam ze śmieciami wieczorem. Potem przywozili do tego domu… A tam rozcinali nam brzuchy i wkładali do nich małe przedmioty, metalowe zazwyczaj. Zaszywali, nadkażali ranę. I wtedy zostawiali nas z nią, z dziewczyną, aby nas leczyła. Non stop, bez końca.

– Ale… jaki mieli w tym cel? – zapytał wstrząśnięty, nie mógł w to uwierzyć.

– Na początku nie wiedziałam, ale potem usłyszałam, jak ze sobą gadają, gdy dziewczyna z wycieńczenia straciła przytomność. Oni próbowali ładować magią przedmioty. Tworzyć artefakty. Odkąd działacie, rynek im się znacząco skurczył, a oni chcą pieniędzy. Testują, czy moc użyta na człowieku, lecznicza moc, może naładować przedmiot zaszyty w nim. Nie wiem, czy się udało, byłam tam zaledwie kilka tygodni i dziewczyna szybko mnie wyleczyła. Potem udawała. Miałam szczęście. Ale dzieci, one chorowały bardziej. Musiała wciąż je leczyć, wciąż wsączać w nie magię, żeby utrzymać je przy życiu. Tylko że finalnie to nic nie dało, bo oni i tak je zabijali, żeby wyjąć przedmioty i uciszyć świadków. Nie zaszywali ran, dzieci się wykrwawiały…

Absolutna groza wstrząsnęła całym jego ciałem. Nigdy, przez całe życie, przez całą służbę, nie słyszał nawet o takim bestialstwie.

– Ta dziewczyna, długo tam była? – zapytał zduszonym głosem.

– Dłużej niż ja, dłużej niż ktokolwiek, kogo uratowaliście. Gdy mnie tam wrzucili, jedna kobieta umierała, a siedziała tam ponad miesiąc. Mówiła, że dziewczyna już tam była. Mieli tylko ją, z mocą. Ale szukali kolejnej osoby, do leczenia… – Kobieta potarła oczy dłońmi, spod jej powiek wyciekły łzy. – Co z nią? Trzymała się tak dzielnie, choć się nad nią znęcali, gdy nie chciała im pomagać, gdy odmawiała utrzymywania dzieci w agonalnym stanie. Ale te bliźniaki… to chyba było za wiele…

– Żyła, kiedy ją zabierali. Zaraz do niej pójdę. Dziękuję, że mi to pani powiedziała, ale będą potrzebne oficjalne zeznania. Czy widziała pani ich twarze? Może mężczyzny o imieniu Zoran?

– Ci, co nas cięli, nosili maski, a o tym Zoranie jedynie mówili. Poza tym tylko przynosili nam wodę raz dziennie i jakieś jedzenie czasami, ale byliśmy zbyt chorzy, aby jeść.

– Rozumiem. Jeszcze raz dziękuję i… – Zawahał się. – Zrobię wszystko, aby otrzymali to, na co zasługują.

– Więzienie w dobrych warunkach? – Była wykończona, ale jej głos ociekał sarkazmem.

Filip uśmiechnął się paskudnie i kobieta odpowiedziała tym samym.

Patrzyła, jak wychodzi z jej pokoju, jego ruchy przywodziły na myśl drapieżnika, który rozpoczął polowanie.

Rozdział 3

Gdy wyszedł z pokoju kobiety, musiał zatrzymać się na chwilę, żeby dojść do siebie. Oczywiście, że śmierć nie była mu obca, morderstwa się zdarzały. Pracował przy nich, w końcu handlarze artefaktów nie byli łagodnymi misiami. Ale to… to przekraczało wszystko, co kiedykolwiek dotąd zobaczył. Przez prawie całe dwudziestoośmioletnie życie nie widział takiego koszmaru. Zaczerpnął kilka głębokich oddechów i wziął się w garść. Musiał zobaczyć, jak czuje się dziewczyna. Nietrudno było odnaleźć jej salę. Na końcu korytarza, który wyglądem przypominał te sprzed dwudziestu lat i tak samo pachniał, stał jego człowiek. Drugi zapewne był w środku.

Podszedł do starszego mężczyzny i kiwnął mu głową. Gdy zadawał pytanie, miał ściśnięte gardło.

– Żyje?

– Żyje, szefie. Podpięli ją do tylu sprzętów, że chyba tylko NASA ma więcej. Myli ją długo, teraz śpi. Młody jest w środku, na wszelki wypadek. Nie wiem, czy szef da radę z nią porozmawiać.

– Nie mam takiego zamiaru, jeszcze nie teraz. Ale chcę ją zobaczyć. Zmienicie się po ośmiu godzinach.

– Możemy dwanaście…

– Chcę, żebyście byli na sto procent skupieni i sprawni, a jesteście na nogach od świtu. Osiem godzin.

– Tak jest – odparł mężczyzna i lekki uśmiech zamajaczył na jego ustach.

Filip wszedł do środka. Na krześle koło drzwi siedział jeden z ludzi Filipa. Wyglądał chłopięco, ale w rzeczywistości miał duże doświadczenie zdobyte na Węgrzech. Od roku mieszkał w kraju i pracował w jednostce, w grupie Filipa. To właśnie z powodu jego wyglądu wciąż nazywali go Młodym.

– Wszystko gra, szefie – powiedział ze śmiesznym akcentem.

– Dziękuję. Możesz iść na przerwę, posiedzę z dziewczyną.

– Cały czas śpi. Niczego szef się nie dowie.

– Tak, wiem. Mimo to posiedzę. Idź odpocząć, napić się kawy, zjeść coś. Wróć za godzinę.

– Tak jest, szefie. – Mężczyzna wstał i rozciągnął mięśnie pleców. Miał jasne włosy związane w kitkę, ciemne oczy i szeroki uśmiech. Wszystkie kobiety z ich jednostki, a było ich trzy, podkochiwały się w nim. Drzwi zamknęły się za nim cicho, gdy wyszedł, a Filip wziął jego krzesło, postawił je przy łóżku i usiadł na nim ciężko.

Faktycznie, dziewczynę umyto i opatrzono. Jej czyste teraz włosy zostały obcięte na wysokości szczęki. Miały zaskakujący odcień kości słoniowej. Jej oba przedramiona były owinięte bandażem, a niektóre zadrapania na twarzy zaklejono plastrami. Lewy płatek ucha wyglądał, jakby ktoś rozerwał go jednym szarpnięciem, może ciągnąc za kolczyk, choć na szczęście zdążył się już zagoić. Filip zaklął strasznie w myślach. Nie potrafił pojąć takiego bestialstwa. Pod przykryciem musiała być naga, bo rzeczywiście miała podpięte do ciała różne przewody. Na stojaku wisiały kroplówka i worek z krwią. Pod oczami dziewczyna miała czarne sińce, usta spierzchnięte i popękane. Opatrzono jej również połamane paznokcie, naklejając na nie opatrunki. Obie ręce leżały wzdłuż jej ciała. Patrzył na nią i czuł tak wielką złość, czystą, zimną furię. Za to, co jej zrobiono i do czego ją zmuszano. Za to wszystko, co spotkało tych ludzi, którzy byli z nią. Wyglądała tak bezbronnie, jakby najmniejszy podmuch wiatru mógł ją złamać. Przypominała mu ptaka poturbowanego przez ich kota, gdy Aleks i Filip byli jeszcze dziećmi. Miał połamane skrzydełka i przekrzywioną bezwładnie główkę, brakowało mu sił. Ale Aleks go uzdrowił.

Spojrzał teraz na jej twarz, na zapadnięte policzki, na wystające kości obojczykai chciał kogoś zabić. Zobaczył, jak jej oczy pod powiekami zaczynają się ruszać, jak rozchyla usta i próbuje coś powiedzieć. Jej serce przyspieszyło, co zaalarmowało maszynę, która zaczęła gwałtowniej pikać. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, pochylił się i ujął jej dłoń w swoją, delikatnie pogłaskał kciukiem jej palce.

– Ciiii, ptaszyno… ciiii, jestem tu. – Gładził jej dłoń, robił małe kółka. – Ciii, nic ci się już nie stanie, jestem tu…

Jej serce zwolniło, maszyna przestała wydawać ten drażniący dźwięk. Poczuł, jak delikatnie porusza palcami, ledwie drgnięcie. Po chwili jej dłoń znów opadła bezwładnie w jego delikatnym uścisku. Nie przestawał jednak uspokajająco głaskać jej palców.

Nie obudziła się. Tak było chyba lepiej. Gdy puścił jej dłoń i chciał rozprostować zdrętwiałe kości, aparatura znów zaczęła krzyczeć, a dziewczyna poruszyła głową. Usiadł szybko i ujął jej rękę. Zacisnęła lekko palce na jego dłoni, ale pomyślał, że to musiał być mimowolny skurcz. Mimo to nie puszczał jej, siedział z nią w ciszy, którą przerywało tylko pikanie aparatury. Siedział tak, gdy wrócił Młody, który obrzucił szefa szybkim spojrzeniem i wyszedł cicho. Siedział tak, gdy przyszedł lekarz, który popatrzył na niego groźnie, ale nic nie powiedział. Siedział tak, gdy przyszła pielęgniarka, która wymieniła worek z kroplówką i krwią. Siedział tak jeszcze długo w nocy, gdy zmienili się jego ludzie. W końcu delikatnie ułożył jej dłoń na okryciu i odczekał chwilę. Tym razem pozostała spokojna. Przymknął oczy i przełknął ciężko. Czuł straszny ciężar na ramionach.

W końcu wyszedł i kiwnął na swoich ludzi.

– Pilnujcie jej jak największego skarbu.

– Oczywiście, szefie.

– Miało być dziś spotkanie, ale… cóż. Już za późno. Spotkamy się jutro. Uważajcie na siebie i nie traćcie czujności.

Pokiwał im głową i ruszył do wyjścia pogrążonym w mroku korytarzem. Gdy wyszedł ze szpitala, od świeżego powietrza zakręciło mu się w głowie. Podszedł do samochodu, który był zaparkowany przy ulicy, i wsiadł do środka. Oparł z westchnieniem głowę o zagłówek. Wypuścił świszczący oddech i wyjął z kieszeni telefon. Nie kłopotał się zerkaniem na zegarek. Pora nie miała dla niego znaczenia. Wybrał numer i czekał.

– Filip, ty dupku, wiesz, która jest godzina? – Głos nie brzmiał na zaspany, raczej lekko zasapany.

– Dokończycie za chwilę, od tego seksu miesza ci się w głowie.

– Dupek – dodała w tle kobieta.

– W rzeczy samej. Tylko, że teraz…– Coś w jego tonie sprawiło, że w słuchawce po drugiej stronie zapadła cisza i nagle…

– Co się stało, bracie?

– Potrzebuję twojej pomocy, Aleks. Potrzebuję jak jeszcze nigdy.

****

Umieranie trwało i trwało. Potem śmierć ją porzuciła. Jak każdy. Coś się działo z jej ciałem. Nie chciała tego, chciała umrzeć. Przed oczami miała te obrazy, wciąż i wciąż, i wciąż. Umierające ciała, agonalne jęki, skurcze bólu, gdy zmuszali ją do wlewania w nich magii, leczenia ich. Sine usta, krew lecąca z uszu i nosa, z kącików ust. Tak bardzo chciała ich uzdrowić, uratować ich albo dać im wyzwolenie w śmierci. Kiedy odmawiała leczenia, krzywdzili inne dziecko. Płakała, krzyczała i próbowała ich ratować. I nie mogła, nie mogła… Zajęczała i chciała uciec od tego, ale oni wciąż z nią byli, małe ciałka, oczy pełne bólu i niemej prośby, błagania… „Dajcie mi umrzeć, dajcie mi umrzeć” – błagała w myślach. Aż nagle poczuła ten sam dotyk, dotyk śmierci. Śmierć trzymała ją za rękę i to dawało jej nadzieję, że może teraz już umrze…Chciała poprosić śmierć, żeby zabrała ją już teraz, że dość wytrzymała. Ale nie miała siły mówić, więc czekała. Czekała, żeby umrzeć.

Rozdział 4

– Najpierw musi wyjść ze szpitala. Chyba nie sądzisz, że tam wejdę, krzyknę od progu: „Zrobić miejsce”, i wyskoczę ze swoją mocą. Co z tobą, Filip?

– Hmm, tak, masz rację. – Potarł dłonią nieogoloną szczękę. – Po prostu nie myślę chyba jasno od czasu tego… – Westchnął. – To było tak straszne, na tak wielu poziomach, że wciąż nie potrafię sobie tego poukładać w głowie.

Po drugiej stronie zapadła cisza. W końcu usłyszał westchnienie brata.

– Nie sądziłem, że jest coś, co mogłoby tak tobą wstrząsnąć. I oczywiście, że pomogę, tylko nie możemy tego zrobić na oczach innych. I nie chodzi tylko o mnie, ale i o nią. Sam mówiłeś, że od tygodnia nie ma z nią kontaktu, mimo że jest przytomna. Jeśli nagle jej stan się poprawi, ktoś zacznie pytać, dlaczego…

– Wiem. Słuchaj, stoję przed szpitalem. Zaraz do niej pójdę, pogadam z lekarzem. Może uda mi się załatwić ten temat i ją zabrać.

– To by było najlepsze wyjście. A co z pozostałymi?

– Ta starsza kobieta jest już po operacji. Zabezpieczyłem przedmiot, który z niej wyjęli. Chciałbym, żebyś go przetestował i sprawdził, czy im się udało, ale nie wiem, czy zdołam go wyciągnąć, w końcu to dowód… Dzieci… Dwójka już lepiej, ale trzecie jest w stanie krytycznym, pojawiła się sepsa.

– Kurwa – warknął Aleks. – Myślałeś o Gai?

– Natan się nie zgodzi, a i ja nie chcę, aby się wychylała. Słuchaj, ten gość, Zoran, szukał kolejnego uzdrowiciela. Zaczynam się martwić o Gaję.

– Zaraz zadzwonię do Alfreda, ściągnę ich do nas. Tutaj będą bezpieczni.

– To dobry pomysł. Kiedy wyjdę ze szpitala, dam ci znać, co załatwiłem.

– Będę czekał na telefon.

Filip się rozłączył i schował komórkę do kieszeni spodni. Pogoda jak na lato nie rozpieszczała, było pochmurno, wiał lekki wiatr, w którym czuć było deszcz. Wszedł do szpitala i znów uderzył w niego ten charakterystyczny zapach, mieszanka lizolu i starych pomieszczeń. Poszedł prosto do sali kobiety i kiwnął pilnującemu jej człowiekowi.

– Możesz iść na przerwę.

– Tak jest, szefie – odparł tamten i już go nie było. Od tygodnia szef przychodził do kobiety i spędzał z nią długie godziny. Mimo że przytomna, nie było z nią kontaktu.

Filip wszedł i skierował się prosto do okna, które otworzył na oścież. W pokoju było duszno.

Kobieta leżała na plecach, z głową odwróconą w stronę w stronę ściany, wpatrując się w nią niewidzącym spojrzeniem. Gdy usiadł na krześle przy jej łóżku, nie wywołało to żadnej reakcji. Rany na twarzy i rękach się zagoiły, choć blizny wciąż straszyły intensywną czerwienią. Z palców miała już zdjęte opatrunki, jej opuszki były posmarowane jakąś tłustą maścią. Miała na sobie zwykłą koszulkę na ramiączkach i krótkie spodenki, które przyniósł jej dwa dni wcześniej i w które ubrały ją pielęgniarki. Nie chciał, aby była naga, wycierpiała już dość. Nie była przykryta, więc patrzył na jej poranione, powoli gojące się nogi, na wąskie biodra i zapadnięty brzuch. Ze stojaka skapywała do niej kroplówka z płynnym jedzeniem, bo kobieta nie reagowała na próby nakarmienia jej. Miała anemię, była blada, ale zauważył, że krem do ust, który też jej przyniósł, jest wykorzystywany i jej wargi są już w lepszym stanie.

– Nie wiem, czy mnie słyszysz, ale mam nadzieję, że tak – powiedział spokojnie i ujął jej dłoń w swoją. Poczuł, jak zaciska na jego ręce swoje pokaleczone palce. Jedyny przejaw reakcji na cokolwiek. Zaczął gładzić kciukiem wierzch jej dłoni, jej skóra była ciepła i sucha. – W każdym razie, mam dobre wiadomości. Dobre dla ciebie, bo nie dla mnie, znając tego smutasa. Niedługo zjawi się mój brat, który ci pomoże. Zabiorę cię stąd, a on cię wyleczy. Poczujesz się lepiej.

Patrzył z uwagą na jej twarz. Nic w jej wyrazie się nie zmieniło, jakby nie była świadoma jego obecności. Napawało go to prawdziwym lękiem. Jeśli jej umysł się poddał, mogło być dla niej za późno.

– Poza tym, mamy ślad tego skurwysyna. Już nad tym pracujemy, złapiemy go. Chcę żebyś o tym wiedziała. – Wciąż żadnej reakcji. – Próbujemy również ustalić, jak się nazywasz, ale z tym mamy problem z jakiegoś powodu. Ale to nic. Dowiem się. A teraz ci poczytam. Nie wiem, co lubisz, więc wybrałem książkę trochę w ciemno. Ale opinie ma dobre i kiedy wczoraj zacząłem, to się okazało, że jest ciekawie.

Wyjął z kieszeni telefon i odpalił aplikację. Wrócił do pierwszej strony i nie przestając gładzić dłoni kobiety, zaczął czytać.

****

Smród dusił ją, wyciskał łzy z oczu. W piwnicy było ciemno, ale szczury, które pojawiły się na wieczorną ucztę, wydawały te wwiercające się w umysł piski. Na początku je odganiała, ale było ich zbyt wiele. Przyciągnęła do siebie Michasia i pocałowała go w spocone czoło. Czuła, jak dreszcze wstrząsają jego małym, wymęczonym ciałem. Próbowała go wyleczyć, ale zabrakło jej sił, nie potrafiła wykrzesać z siebie ani odrobiny mocy. A on słabł coraz bardziej i bardziej. Załkała cicho i przytuliła go mocniej. Jego mała siostra spała przytulona do jej boku.

Zamknęła oczy i nagle poczuła to, ciepłą skórę, dłoń, ujmującą ją za rękę. Westchnęła. To był dobry dotyk, czekała na niego. Czekała, aż śmierć znów się pojawi i ją uwolni. Słyszała słowa, ale ich nie rozumiała. Nie potrafiły się przedrzeć przez grubą zasłonę bólu i wyczerpania. Ale ich ton był łagodny, głos spokojny i kojący. Więc czekała, z nadzieją, że to będzie już dziś. Że wreszcie będzie mogła zapomnieć. Czekała już tak długo, wytrzyma jeszcze chwilę.

****

Było już późno, gdy do sali wszedł lekarz. Filip odłożył telefon i przetarł zmęczone oczy.

– Znów pan tu jest? – zapytał chłodno doktor.

– Znów. Jaki jest jej stan?

Lekarz popatrzył na niego z niechęcią. Nie lubił ludzi z tej jednostki. Krążyły o nich różne plotki, częściowo pewnie prawdziwe. Ale nie mógł nic poradzić na jego obecność.

– Fizycznie lepiej. Rany się pozasklepiały, nie ma zakażenia, anemia opanowana. Musi przybrać na wadze, ale jest problem z jedzeniem. – Wskazał na kroplówkę. – Psychicznie jest źle. Nie ma z nią żadnego kontaktu. Nie jesteśmy w stanie jej karmić inaczej niż dożylnie, a to nie pomaga.

– Musimy ją zabrać ze szpitala, kiedy będzie to możliwe?

– Jak to: zabrać? – Ton lekarza nie spodobał się Filipowi.

– Zabrać. Dla jej bezpieczeństwa. Jest świadkiem, grozi jej niebezpieczeństwo. Tutaj mamy ograniczone możliwości ochrony.

Lekarz przez chwilę milczał. Na jego twarzy pojawił się jednak wyraz zrozumienia i złagodniał.

– Przeszła tak wiele. Potrzebuje jednak opieki medycznej, musimy podawać jej leki.

– Możemy się tym zająć. Muszę wiedzieć, czy zabranie jej jest już dla niej bezpieczne. Im dłużej tu przebywa, tym większe ryzyko.

Lekarz myślał przez chwilę, przyglądając się kobiecie.

– Dwa dni. Jeszcze tyle potrzebujemy, to minimum. Potem możecie ją przenieść w bezpieczne miejsce.

– Dobrze, czyli zabiorę ją w sobotę. Dziękuję, doktorze. A co z tym chłopcem?

Lekarz pokręcił przecząco głową i Filip poczuł skurcz w brzuchu. Kolejna śmierć.

– W takim razie nie zatrzymuję pana. Proszę na sobotę rano przygotować dokumenty, będę tu przed dziesiątą.

– Dobrze. – Nie dodał nic więcej, tylko po cichu wyszedł z sali, pozostawiając kobietę z Filipem. Gdy ten się upewnił, że lekarz odszedł, wyjął telefon i zadzwonił.

– W sobotę ją zabieram. Już dziś zacznę organizować bezpieczne miejsce, mam nawet pewien pomysł.

– Mam po was przyjechać?

– Nie. Nie chcę zwracać na ciebie uwagi, spotkamy się na miejscu. Bądź w niedzielę.

– Prześlij mi adres SMS-em.

– Okej. I Aleks… – zaczął, zanim brat się rozłączył. – Dziękuję.

– Jeszcze nie masz za co. Do zobaczenia.

Rozdział 5

Gdy on załatwiał papirologię, pielęgniarki przebrały kobietę w świeżą piżamę. Było ciepło, pogoda się poprawiła, więc znów wystarczyły spodenki i koszulka. Mimo że miał spakowaną dla niej całą walizkę nowych ubrań, nie chciał marnować czasu i odwlekać wyjazdu. W końcu lekarz pojawił się z dokumentami, które Filip podpisał. Nie było trudno dostać zgodę na objęcie jej ochroną i umieszczenie w bezpiecznym miejscu. Jego ludzie zgubili i tak wątły ślad Zorana i nikt nie chciał ryzykować, że ten ją odnajdzie. Dzieci i starszą kobietę zabrano już do bezpiecznego domu, gdzie mieli pozostać do czasu, aż zostaną schwytani wszyscy zamieszani w proceder.

Ostrożnie wziął ją na ręce i posadził na wózku inwalidzkim. Okrył jej nogi kocem, choć nie było takiej potrzeby. Nie chciał jednak, aby jej blizny przyciągały wzrok. Siedziała prosto, patrząc przed siebie. Nie powiedziała ani słowa, nie zareagowała w żaden sposób. Prowadził wózek ostrożnie. Za nim szedł jego człowiek, który tego dnia jej pilnował. Gdy wyszli ze szpitala na parking, uderzyło w nich ostre słońce, które raziło oczy i ogrzewało skórę. Kobieta drgnęła nieznacznie, ale to była jedyna oznaka, że wciąż jest w niej iskra życia. Dotarli do samochodu i Filip otworzył drzwi, po czym opuścił trochę oparcie jej siedzenia. Podszedł do niej i zdjął koc z jej nóg. Złożył podłokietniki wózka i ostrożnie wziął ją na ręce. Wydawało się mu, że westchnęła ledwie słyszalnie, ale uznał, że to myślenie życzeniowe. Ułożył ją na fotelu, zapiął pasy i wrócił po koc. Okrył ją delikatnie i popatrzył na jej twarz, wciąż bladą, na jej jasne włosy w niespotykanym odcieniu. Zamrugał i zamknął drzwi, a potem odwrócił się do czekającego obok wózka mężczyzny.

– Możesz wracać do domu. Dziś już nie będziesz potrzebny. Pod moją nieobecność śledztwem zajmie się Młody, będzie współpracował bezpośrednio ze mną. Skoncentrujcie się na wątku serbskim. I sprawdźcie bazy zaginięć w ostatnich sześciu miesiącach. Szukaliśmy kradzieży, trzeba szukać porwań i zaginięć, zwłaszcza dzieci.

– Tak, szefie. – Mężczyzna popatrzył na auto. – Czy ona z tego wyjdzie? Nie mogę uwierzyć, do czego potrafi doprowadzić moc.

Filip skrzywił się na te słowa. Od zawsze ukrywał tajemnice Aleksa, a od jakiegoś czasu również Gai. Ale nie wahał się przed szukaniem magicznych i zmuszaniem ich do rejestracji. Widział, jak magia potrafi wyprzeć z ludzi resztki człowieczeństwa, kiedy jeden z magicznych odkrył, czym jest Aleks. Filip uznawał moc za coś, co powinno wyginąć, za coś, co doprowadza ludzi do niegodnych czynów. Tylko że już nie był tego tak pewien. Teraz, gdy zobaczył, do czego mogą się posunąć niemagiczni, i zrozumiał, co może grozić magicznym tylko dlatego, że urodzili się z mocą.

– Tego nie zrobili magiczni. Pamiętaj o tym.

– Tak, nie miałem na myśli…

– Wiem. Chcę jedynie, żebyście pamiętali, kto stał się tu ofiarą, a kto jest przestępcą. I zajmijcie się tym, o czym mówiłem. Chcę mieć nazwiska i miejsca w poniedziałek na mailu. I, do cholery, niech ktoś wreszcie odkryje, jak nazywa się ta kobieta!

– Tak jest. A dokąd szef ją wiezie?

– To na razie wiem wyłącznie ja i tak musi zostać. Skupcie się na pracy.

Nie czekał na odpowiedź, tylko obszedł samochód i wsiadł do środka. Włączył silnik i klimatyzację. Popatrzył na leżącą bez ruchu kobietę i ruszył. Chciał się wreszcie wydostać z tego piekielnego miasta, zostawić za sobą ten koszmarny dom i jego piwnicę. Odetchnął z ulgą, gdy wyjechał z Białegostoku i wskoczył na drogę w kierunku Warszawy, a potem Mazur. Wiedział, że trasa będzie długa, ale opuszczenie tego miejsca było warte każdej godziny w samochodzie.

****

Dotarli do Węgorzewa późnym wieczorem. Miasto pełne było turystów, którzy o tej porze roku okupowali całe Mazury. Zatrzymał się przy małym sklepie spożywczym na obrzeżach i wysiadł. Bolały go mięśnie pleców. Nie chciał jej zostawiać samej, ale musiał kupić coś do picia i jedzenia. W lodówce w bagażniku miał kilka kroplówek z płynnym jedzeniem, będzie musiał jej podłączyć jedną na noc. Wszedł do sklepu i szybko wybrał kilka niezbędnych rzeczy, w tym zgrzewkę wody. Zapłacił i wrócił do auta. Zapakował wszystko do bagażnika i znów wsiadł za kierownicę. Westchnął, bo kobieta nawet nie przekręciła głowy, gdy go nie było. Wyjechał z miasta i włączył nawigację. Domek, który wynajął na fikcyjne nazwisko, znajdował się nad samym jeziorem Lemięt, w otoczeniu lasu i z dala od innych domów. Było w nim wszystko, czego potrzeba, na końcu podwórka znajdowały się pomost i linia brzegowa. Idealne miejsce dla kobiety i Aleksa. Idealne miejsce, żeby dojść do siebie i zniknąć. Wyjechał na drogę i skupił się na prowadzeniu. Szybko dotarli do wsi Pozezdrze, w której znajdował się całkiem sensowny sklep spożywczy, co przyjął z ulgą. Nie trzeba było mu niczego więcej. Miał tylko nadzieję, że w domu jest zasięg i będzie działał internet. Przejechał przez wieś i zwolnił, gdy nawigacja pokierowała go w boczną, szutrową drogę. Jechał przez rzadki las, pobocze porośnięte było wysokimi krzakami i trawą. Zaczynało robić się ciemno, droga nie była oświetlona, więc jechał ostrożnie. Im dalej jechał, tym las, przez który wiła się łagodnie droga, robił się gęstszy. Przez chwilę się zastanawiał, czy nie wpisał złych danych, ale nagle jego oczom ukazała się spora polana, a na niej całkiem przyjemny piętrowy dom letniskowy. Po lewej stronie zobaczył linię brzegową i ciemne teraz wody jeziora. Odetchnął z ulgą, bo był już zmęczony i wolał nie myśleć, jak zmęczona była ona. Wzrok utkwiła w oknie, ale odniósł straszne wrażenie, że nie widzi krajobrazów, które się za nim rozciągały. Zaparkował przed samym budynkiem i wysiadł z auta. Jeszcze w Węgorzewie napisał SMS-a do właściciela domu i teraz czekał na jego przybycie. Nie minęło dużo czasu, gdy usłyszał zbliżający się samochód. Gdy mała Skoda zatrzymała się za jego SUV-em i wysiadł z niej na oko siedemdziesięcioletni mężczyzna, Filip zamrugał zaskoczony. Po głosie spodziewał się kogoś młodszego.

– Pan Filip? – zapytał i podszedł do niego z wyciągniętą ręką. Filip ujął ją i uścisnął krótko.

– Zgadza się. Pan Tadeusz, jak rozumiem. Dziękuję za tak szybkie przybycie.

– O tej porze jestem już po obowiązkach w domu. – Sięgnął do kieszeni spodni i wyjął pęk kluczy. – Zrobiłem zakupy, o jakie pan prosił, włączyłem bojler, by woda się zagrzała. Dom jest posprzątany, świeżą pościel znajdziecie w sypialni na piętrze, nowe ręczniki są w łazience, też na piętrze. Nie ruszałem poszewek, uznałem, że sami je założycie. – Zerknął z ciekawością na samochód i leżącą na siedzeniu kobietę. – Żona zasnęła?

– Tak, kiepsko spała w nocy, dochodzi do siebie po zabiegu i potrzebujemy spokoju do rekonwalescencji.

– To lepszego miejsca niż to nie znajdziecie. Cisza, spokój, blisko do wody. Tylko komary, no ale to normalne. Zostawiłem wam jakieś psikadło w kuchni, ale są moskitiery w oknach, więc nie powinno być źle.

– Dziękuję, doceniam to. A teraz interesy. – Uśmiechnął się i wyjął portfel z kieszeni spodni, a z niego plik pieniędzy. – Kwota taka, jak się umawialiśmy?

– Tak, nic się nie zmieniło. – Starszy pan przyjął gotówkę z rąk Filipa, nawet jej nie przeliczywszy.

– Nie potrzebuję rachunku ani faktury. – Zobaczył, że mężczyzna się uśmiecha. – Ale zależy nam na ciszy i spokoju.

– Proszę się nie martwić, nikt wam nie będzie przeszkadzał. Domek znajduje się na terenie Obszaru Chronionego Krajobrazu Krainy Wielkich Jezior Mazurskich, linie brzegowe są tu nieprzyjazne, nikt tu się nie zapuszcza, a to miejsce od ponad dziesięciu lat nie jest wynajmowane turystom.

– Świetnie. A w sumie dlaczego?

– Wnuki tu przyjeżdżają na całe lato. Ale w tym roku ukończyli studia – wie pan, bliźniaki, dwóch chłopaków – i postanowili to uczcić za granicą, więc dom stoi pusty. Cud, że pan go znalazł.

– Trafiłem na jakieś stare wzmianki i zdjęcie mnie zainteresowało. Pięknie tutaj.

– Zgadza się. Moja żona kochała to miejsce. Przychodziła tutaj nawet wtedy, gdy była już bardzo chora.

– Och. Przykro mi.

– Tak, cóż. No nic, nie będę wam przeszkadzał, pewnie chcecie się rozpakować i odpocząć. Życzę udanego wypoczynku, gdyby coś było nie tak, proszę dzwonić. Skrzynka z bezpiecznikami jest w przedpokoju, główny zawór wody w łazience. W szopce za domem są akcesoria na grilla i ognisko, trochę pociętego drewna.

– Poradzimy sobie, dziękuję. Dobranoc.

Patrzył, jak mężczyzna wraca za kierownicę i odjeżdża. Gdy tylne światła Skody zniknęły, otworzył drzwi swojego auta i zaklął pod nosem, gdy w świetle samochodowej lampki zobaczył, że po policzkach kobiety płyną łzy.

– Ciiii, ptaszyno, już jestem. – Kucnął i ujął jej dłoń. Poczuł, jak drży i zaciska palce na jego ręce. Nie wiedział, co się stało, ale ścisnęło go w sercu, gdy zrozumiał, że to mógł być strach. – Chodź, już idziemy do domu.

Wstał, wyswobodził dłoń z uścisku i wsunął ręce pod jej kolana i plecy. Ujął ją ostrożnie i wyciągnął z auta. Skierował się od razu na piętro, gdzie znajdowała się sypialnia. W domu pachniało słońcem i latem, okna było otwarte, ale moskitiery pozakładane. Drzwi do sypialni zastał uchylone, więc wszedł do środka i podszedł od razu do dużego łóżka nakrytego kolorową narzutą. Ostrożnie położył kobietę na poduszkach i usiadł obok niej. Prawie nie czuł jej ciężaru, była taka chuda. Rozejrzał się dookoła i zobaczył wysoką lampę nocną stojącą przy stoliku koło łóżka. Włączył ją i zlustrował wzrokiem pokój. Stare meble, ale utrzymane w dobrym stanie. Czysto i schludnie. Materac wydawał się nowy. W rogu stała dwudrzwiowa szafa, pod dużym oknem znajdowały się fotel i stolik kawowy. Na drzwiach wisiało kilka haczyków, zapewne w roli wieszaka. Uśmiechnął się na ten widok. Wrócił wzrokiem do kobiety i pogłaskał ją po ręce.

– Idę po nasze bagaże, zaraz wracam. – Nie wiedział, czy go słyszy, więc wyszedł i szybko zszedł na dół. Wyjął bagaże i lodówkę z bagażnika i zaniósł je do sporego salonu połączonego z kuchnią. Zaskoczyło go, że były tu i zmywarka, i pralka, i ekspres do kawy, a nawet piekarnik i mikrofala. W salonie stały dwie spore sofy wyglądające na wygodne i dwa fotele nie do pary. Pomiędzy nimi ujrzał całkiem duży stół. Drewniana podłoga nie była niczym nakryta, w powietrzu unosił się zapach lata i kwiatów. Meble kuchenne pamiętały czasy dość odległe, ale, o dziwo, pasowały do tego miejsca. Cały dom wyglądał, jakby zatrzymał się w przeszłości. Filip schował do pojemnej lodówki jedzenie i wodę, które kupił, wziął walizki i udał się na piętro. Wszedł do sypialni i podszedł do kobiety. Leżała na boku i zamrugał na ten widok. Po raz pierwszy się poruszyła, zmieniła pozycję. Nadzieja rozbłysła w nim z nową siłą. Usiadł przy niej i zobaczył, że wciąż ma mokre policzki. Włosy jej oklapły, widać pielęgniarki nie zadały sobie trudu, żeby ją ponownie wykąpać. Zacisnął szczęki, aż zabolało.

– To nic, ptaszyno, zaraz to naprawimy.

Wstał i wyszedł z sypialni, by na końcu korytarza odnaleźć łazienkę. Okazała się dość duża, ze sporą wanną i narożnym prysznicem, umywalką i toaletą. Był zdziwiony, bo to miejsce wyglądało jak z katalogu Castoramy. Uśmiechnął się pod nosem, pomyślał, że wnukowie musieli dziadkowi wiercić dziurę w brzuchu o remont. Lepiej dla niego. Przepłukał wannę prysznicem, zatkał odpływ i odkręcił wodę. Ustawił stopień gorąca i dolał trochę stojącego na małej półce pod lustrem płynu do kąpieli. Wrócił do sypialni i wyjął z walizki z rzeczami dla niej wypchaną kosmetyczkę i zabrał ze sobą do łazienki. Nie wiedział, co będzie kobiecie potrzebne, więc wziął wszystko, co pakowała mu do koszyka dziewczyna z drogerii. Wyjął małą, okrągłą myjkę, szampon, żel do mycia ciała i balsam. Dwa kremy do twarzy , jeden na dzień, drugi na noc, jak wyjaśniła mu sprzedawczyni, postawił na półce, razem ze szczoteczkami i pastą do zębów. Odnalazł nowe ręczniki w szafce pod umywalką i przygotował dwa z nich. W tym czasie woda zdążyła zapełnić ponad połowę wanny. Zakręcił kran i wyszedł z łazienki.

Wszedł do sypialni i podszedł do łóżka. Kobieta leżała w takiej samej pozycji, jak wtedy, gdy wychodził. Oczy miała mokre, podobnie policzki. Przez chwilę się wahał, ale w końcu przełknął gulę w gardle i usiadł na łóżku.

– Muszę cię rozebrać, żeby cię umyć. Wykąpana poczujesz się lepiej. – Pogłaskał ją po dłoni i zobaczył, jak lekko poruszyła palcami pod jego dotykiem. – Nie bój się mnie, nie skrzywdzę cię. Nie będę ci się przyglądał, po prostu cię rozbiorę, zaniosę do wanny i wykąpię. Potem podamy ci obiad, jakkolwiek to brzmi i będziesz wreszcie mogła odpocząć. A jutro zjawi się Aleks i wszystko będzie dobrze.

Podniósł ją delikatnie i sięgnął po dół jej koszulki. Uniósł ją i ostrożnie ściągnął przez jej ręce i głowę. Na klatce piersiowej i niewielkich piersiach miała siniaki we wszystkich kolorach. Zacisnął zęby i spróbował opanować złość na myśl o bólu, jaki jej zadano. Oparł ją na powrót na poduszkach i sięgnął do jej spodenek. Zawahał się, ale w końcu pokręcił głową i delikatnie pociągnął je w dół jej długich, chudych nóg. Tak samo jak łydki, uda również nosiły ślady znęcania się. Lekarz powiedział, że nie została zgwałcona, co było dla niego ulgą. Na myśl, że do tego wszystkiego doszedłby gwałt, krew gotowała mu się w żyłach.