Cecora - Kazimierz Gliński - ebook

Cecora ebook

Kazimierz Gliński

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

ISBN 8-32-053506-9

 

Książka dostępna w zasobach: 
Książnica Podlaska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 405

Rok wydania: 1985

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



CECORA

Kazimierz

Gliński

CECORA

— Czego się waszmoać afcymasz?... Wszelako...

gą-

W tej chwili Adme zatrzymała się.

VIII

IX

X

XI

XIII

XV

297761

CECORA

Powieść historyczna z pierwszej połowy XVII wieku

Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza

Warszawa 1985

Opracowanie graficzne: Stanisław Kaźmierczyk

Przypisy:

Józef Lech Kowalczyk

■ Tekst niniejszego wydania skolacjonowano z pierwodrukiem w „Tygodniku Mód i Powieści" z 1901 r., nry 1—52

ISBN 83-205-3506-9

Copyright by Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 198 5

Zaledwie słońce zapadło za mury Lwowa, gdy ktoś trzykrotnie uderzył kołatką w bramę domostwa Ibrahima Mitrasa. Uderzenie to snadź dobrze było znane, bo ani zza okapu muru odźwierny się pokazał, ani stróżliwy pies warknął, jeno zaskomlił radośnie, a ciężkie wrzeciądze wnet zaskrzypiały i brama rozwarła się szeroko.

— A toć niespodzianka dla Mitrasów — ozwał się stary człek, stróż nieodstępny domu Ibrahimowego.

— Witaj sułtanie!... A co tam u was słychać?

— Pan rotmistrz zawsze mnie sułtanem nazywa, a ja już...

Tu machnął ręką suchy, niski i łysy człeczyna, zdejmując z głowy czapkę futrzaną.

— Co słychać, Jarucho? — spytał znów pan rotmistrz z uśmiechem.

— Jedno i to samo: ja koło furty, panna u krosien, a pan przy altembasach \

Młoda a piękna twarz rotmistrza, siedzącego na rosłym bachmacie, na wspomnienie altembasów skrzywiła się lekko. Zsiadł z konia i, rzucając wodze towarzyszącemu mu pachołkowi, odezwał się krótko do Jaruchy:

— Zdrowi?

— Zdrowi, jak się widzi... A pan rotmistrz?

— Przecz patrz, że jak rydz wyglądam.

— Toć chwalić Pana Boga!

— A jużci, że chwalić — odpowiedział przyjezdny.

Poklepał starego po ramieniu, który do ręki młodego panka, u-branej w rękawiczkę łosiową, schylił się — i szybko postąpił ku drzwiom, prowadzącym do domu Ibrahima Mitrasa. Pies duży, kudłaty, który widocznie także na powitanie czekał i podskakiwał co chwila, to dreptał niecierpliwie dokoła gościa, gdy ten z odźwiernym rozmawiał, znać zawiedziony w swoich nadziejach, skomlić zaczął, skubiąc z boku, piaskowego koloru, suknię podróżnego.

— A i ty, pieski synu, mnie witasz! — odezwał się pan Plichta, rotmistrz chorągwi pancernej, herbu Półkozic, który po ojcach i dziadach imię Konstantego na chrzcie świętym otrzymał.

Pieski syn rad był z powitania. Podniósł się, obie łapy na piersi rycerza położył i potężny pysk do pocałunku nadstawił.

— Puszczaj, puszczaj, stary szczekaczu, bo mnie śpieszno! — rzekł, zdejmując z siebie psie łapy.

— A pójdziesz... ja ci tu zaraz... — zawołał Jarucha, szukając niby kamyka na drodze.

Plichta uśmierzył groźne zapędy sułtana, pogładził raz jeszcze: psie kudły i wszedł do sieni wykładanej marmurem, a od mozaiki J świecącej, wonnej i barwnej od przepychu kwiatów, które, w ozdob- j nych donicach stojąc, dwuramiennym szeregiem wskazywały wej— ście na piętro. j

Dom Ibrahima Mitrasa, bogatego kupca ormiańskiego, znany byłj w mieście całym. Zewnętrzny jego wygląd nie odznaczał się niczym| od innych domostw, natomiast wnętrze świeciło niezrównanymi przepychem bogactw. Co tylko fantazja ludzka wymarzyć mogła,j tu z tym się spotkała. Kobierce perskie osłaniały tafle kamienne; podłogi, lekkie tkaniny, przezrocze jak mgła, zwieszały się u okien' malaturami ozdobnymi; złotogłów i adamaszek ciężkimi festonami; obramowywały cisowe odrzwia, złote pająki u wklęsłych wisiały pułapów, a rzadkie jeszcze wówczas zwierciadła odbijały podobiznę postaci całej. Nie mówić już o marmurach, rzeźbach, posągach, które patrzyły z każdego niemal ścian załomu; o szafach gdańskich i sprzętach wybrednego smaku, brązowanych bogato w lwy i smo-J ki i inne potwory zamorskie; o miękkich otomanach i nargilach1,' znanych jeno na Wschodzie dalekim, którymi pan Mitras upajał j

się z lubością podczas sjesty poobiedniej, jedząc różany sorbet1 i popijając smakołyk wodą malinową.

Do tego przybytku rozkoszy zaufani i przyjaciele wejść jeno mogli; dla interesantów i klientów wchód był z ulicy, gdzie sklep, składający się z kilku komnat, świecił najprzedniejszymi towarami Wschodu i Zachodu.

Pan Mitras stosunkowo niedawno do zdobytego bogactwa zamieszkał w stolicy ruskiej. Niespełna lat dwadzieścia, jak przybył do Lwowa z żoną cudownej piękności, która, po kilku latach pożycia małżeńskiego, zostawiwszy mu córkę Adme, przepadła gdzieś bez wieści. Mitras, jak bóbr beczał po stracie onej, lecz od tej chwili w złote zaczął porastać pierze. Fortuna rosła, pomnażała się z dniem każdym i ludzie dziwili się i zazdrościli, i szeptali na ucho, że Ibrahim duszę diabłu zapisał. Po zniknięciu żony Mitras cały córce się oddał, która matkę z piękności okradła.

Jak tam szło wychowanie ukochanej jedynaczki, Bóg raczył wiedzieć. Ojciec nie odmawiał jej w niczym, lecz to, co miał, nie odpowiadało i w tysiącznej części marzeniom Ibrahimowym. Z całym zapałem zajął się handlem, który wymagał czujności, pilności i obrotów pieniężnych, ale przebiegły i praktyczny umysł Mitra-sa wszystkiemu zaradzić potrafił. Sklep rósł jak ciasto drożdżowe, z dniem każdym przybywało klientów, bo nigdzie takich altemba-

sów i tkanin, aksamitów i adamaszków dostać nie można było.

t,

Dwór królewski w Mitrasowym sklepie zaczął zaopatrywać potrzeby swoje, za nim poszli magnaci i szlachta bogatsza. Nie było roku, żeby Mitras na wschód turecki lub na wołoskie południe nie pojechał; sięgnął i do Anglii wilgotnej, a miasta niemieckie znał wszystkie jak paciorki swojego różańca. W tych wszystkich podróżach towarzyszyła mu Adme, z którą się był nierad rozłączać. Poznała więc świat i wiedzy, właściwej umysłowi niewieściemu, nabyła. Mitras sprowadzał zamorskie kosztowności i zbytki, które łatwy v pokup znajdowały, bo Polska już się stroiła, tonęła w złocie i miękkich puchach jedwabiu. Łącząc tak cegłę pracy z cementem wytrwałości, po leciech kilkunastu Mitras wystawił sobie dom duży i murowany, napełnił go wewnątrz przepychem wymarzonym i o milionowym wianie dla ukochanej Adme jął przebąkiwać.

Prawda, że gruchnęła wieść, gdy razu pewnego z Carogrodu powrócił, o wymordowaniu przez Ibrahima karawany jakiejś, której złoto zagrabił, ale Mitras nie przyznawał się do tego. Nie zaprzeczał, że dźgnął kindżałem jakiegoś poganina, ale to dawno temu, przez zemstę, gdy niechrzczeniec puścił się w nieprzystojne lansa-dy do jego żony, bez jej woli i pozwolenia. Wtedy go dźgnął i basta! Łupem się zaś nie posilił, bo golec nic nie miał przy sobie.

Plichta wiedział o tym wszystkim; na zarzezanie poganina zgodził się, ale łokcia, którym mierzył altembasy, przebaczyć nie mógł. Mimo to, ilekroć do Lwiego grodu zawitał, nie omieszkał zakołatać do dworu Ibrahimowego... I teraz tak się stało.

Szedł pośpiesznie przez schody, brzęcząc szablicą o marmur, ale nie doszedł jeszcze do drzwi bawialni, gdy z szelestem rozsunęła się adamaszkowa zasłona i wybiegła Adme.

— Kostek! — zawołała, wyciągając ku niemu na pół obnażone ręce, a piękna twarz o ściągłych rysach wschodnich i oczach palących błysnęła purpurą rumieńców.

— Nie witaj mnie, waćpanna, tak serdecznie — zawołał Plichta, przyciskając do ust długie, różowe a opierścienione paluszki — bo Kostek wszystkie kosteczki waćpanny połamie z zadowolenia wielkiego.

— Łam!... — zaśpiewała Adme — jeno zrozum raz waszmość, jak przyjacielskim sercem cię witam.

Rycerz wpatrzył się w oczy dziewczyny — dwa płomienie spotkały się z sobą.

— Miłujesz? — szepnęła.

Plichta żar uczuł pod sercem, miał już odpowiedzieć: „jak wściekły!", ale wtem altembasy Mitrasa błysnęły mu przed oczyma i „wściekłość" zwiały.

— Siadaj waćpanna, a ja przy niej, bo czasu nam nie stać na próżne madrygały2 — rzekł, tłumiąc westchnienie.

Łuki brwi czarnych ściągnęły się nad płonącymi oczyma pięknej

Ormianki, stała w miejscu, patrząc na Plichtę, choć on o krok już się oddalił.

— A zaraz mars, dąs — zaśmiał się rycerz, ujmując obie dłonie dziewczyny. — Czy, gdyby niemiłym mi pobyt tu był, nawiedzałbym dom Mitrasa? Widzisz waćpanna, że coś mnie tu ciągnie, i dziś nawet sprzeniewierzyłem się powinności żołnierskiej, bo zamiast śpieszyć do kwatery hetmańskiej, milkę drogi nadałem, ażeby powitać i wraz pożegnać moje u...podobanie.

— Upodobanie? tylko upodobanie?... — odezwała się Adme. — A ja myślałam, że waćpan inaczej „u" swoje zakończysz — dodała, siadając na sofie o miękkich tureckich poduszkach.

— Ba! — westchnął Plichta, zajmując miejsce naprzeciw. — Z żołnierską służbą, to jak z miedzianką*, imasz się jej, a nie wiesz, czy za łeb, czy za ogon uchwycisz, skręci się zawsze i u-gryzie.

— Przecz wojny nie ma?

— Turczyn się ku Dniestrowi już zbliża.

— I waść idziesz?...

— A waćpanna myślisz, że kury będę na jajka sadzał?

Niepokój odmalował się w czarnych oczach Adme; spojrzała

strwożona na Kostka i pochylając się ku niemu rzekła:

— Jak to dobrze, że waćpan ojca nie zastał, możemy dłużej być sami.

— A ojciec gdzie?

— Przybyli kupcy z Carogrodu®, poszedł od nich towary odbierać.

— Wolej by z tym kupiectwem skończył, a o szlachectwie pomyślał — wyrwało mu się z ust.

— Co mu po tym! — odparła Adme. — Czy ono mu bogactwa by dodało?

— Ale tobie by dało...

Urwał, a chciał powiedzieć: może mnie.

— Cóż mi brakuje? — szepnęła Adme — mam wszystko. I gdyby waćpan był nieco inny...

•Miedzianka — gadzina, w której na razie trudno łba od ogona odróżnić (przypis autora).

8 Carogród — Konstantynopol, Stambuł, dawna nazwa stolicy Turcji.

— A jakimże mnie waćpanrta^jnieć byś chciała?

— Pamiętasz waćpan, żeś latoś serdeczniej do mnie mówił?...

— Gorąco było, a wapory wychodziły z ziemi i we łbie kręciły.

Adme powilgotniało w oczach.

— A to co? a to co? —szepnął Plichta.

— Łzy! — odpowiedziała, zaciskając z lekka wargi.

— I czegom ja tu przyjechał?! — zawołał powstając rycerz. — Hetman w Żółkwi na swego rotmistrza czeka... Wolej było do niego śpieszyć, niż łzy łatwe niewiastom z oczu wyciskać.

— Siadaj waćpan, siadaj! a wżdy się nie dziw smutkowi memu: przecie to pożegnanie...

Plichcie coś w sercu zamgliło, a że białogłowy zawsze na rotmistrza niewymowny urok wywierały, usiadł bliżej i nie broniącą się dłoń niewieścią w miękki uścisk wziął.

— Widzisz waćpanna — szeptał — że ja nie taki zły, jak może mnie przed waćpanną ludzie wymalowali, jeno rycerzowi nie zawsze o czymś lubym pomyśleć wolno. Da Bóg, wojna się skończy, a nie będziesz waćpanna krzywa na mnie...

— Waćpan z Turczynem nie wojował jeszcze?

— Tatarom to już patrzyłem w ślepie, alem tego drugiego poganina nie widział dotąd.

— Znasz waćpan ich język?

— Ba, skąd?...

Adme zamyśliła się na chwilę. Jakieś myśli z szybkością błyskawicy przebiegały przez jej czoło, a usta drgały. Pochylała się ku Plichcie, to lekko wstecz się cofała, zdawało się, że chciała dać się ująć, to coś ją odtrącała od niego; w oczach na przemian łzy, to ognie gniewu świeciły, czegoś pragnęła a bała się, a pierś falowała coraz szybciej, a nozdrza ślicznego wykroju wachlowały nerwowo.

— Dlaczego waćpanna o to mnie pytasz? — zapytał Plichta.

— Na wojnie różnie bywa, a broń Boże nieszczęścia, waćpan byś się porozumieć nie umiał.

— To cóż na to poradzić?...

Adme wahała się chwilę.

— Co? może waćpanna na wojaczkę by się ze mną wybrała?... Ciekawym, co by hetman powiedział, gdybym z takim grzecznym pacholikiem do niego przydybał?

— Dziewosłębiłby nam — odparła Adme rumieniąc się.

— Waćpanna jeno o tym myślisz, a to nie czas, doprawdy, nie czas jeszcze. Nie godziłoby się waćpannie wdową zostać od razu.

— Waćpan umierać myślisz?

— Nie dziś przynajmniej, kiedy mi jest tak dobrze z tobą, Adme, a co jutro przyniesie, już jedynemu Bogu wiadomo.

— Dlaczegóż waćpan o wdowieństwie moim mówisz, gdy jeszcze nie wiem, czy męża będę miała?

— Ty, Adme?

— Ja, jako mnie widzisz — ja!

— Bylebyś nie żałowała pocisków swych oczu, a trup pewien.

— Waćpan żyjesz jeszcze — rzuciła Adme.

Rotmistrzowi znów coś pod sercem zamgliło, a w uchu szept posłyszał: bierzże ją!... Pochylił się, ujął, jeno już tkliwiej, dłoń drżącą dziewczęcia i szepnął:

— Adme!...

— Co, Kostek?...

— Mnie śpieszno...

— Dokąd?

I już się pochylała mu w ramiona, ale on się obudził ze snów kołysanki, odtrącił ją bardzo, bardzo lekko i rzekł:

— Do hetmana.

— A!... do hetmana!... — odpowiedziała z jakimś odcieniem bólu. — Idź, śpiesz... — dodała po chwili.

Plichta stał jak na węglach żarzących. Niezrównana piękność Admy, ogień, jaki bił od niej, pociągały go i w słodką niewolę brały. Lękał się jednak óków tych, jakby czuł, że one silniejsze będą nad wszelkie żelaza i pęta, niemało też przyczyniały się do tej falistości uczuć pana rotmistrza i altembasy Mitrasa. Adme inaczej to rozumiała, jej cale inne rzeczy roiły się po głowie.

— Waćpanna mnie by już wyprawić chciała — rzekł, z przymusem się uśmiechając.

— Sam tego chcesz, nie ja chcę!

— Ba, ba! gdyby nie terminy różne, które mi każą na czas się stawić, nie wygnałabyś mnie waćpanna stąd i ożogiem.

— Waćpan czasami tak mówisz, jak dawny Plichta.

— Ale on się i teraz nic a nic nie odmienił, jeno waćpanna zrozumieć mnie nie chcesz.

— Rozumiem już waćpana.

— Dalibóg, że my po szwedzku rozmawiamy — rzucił Plichta, wzruszając ramionami.

— A któż nam wzbrania rozmawiać inaczej?

— Wżdy to prawda. Zatem...

— Zatem?...

— Jaką pomoc dać mi waćpanna obiecałaś, gdybym w jasyr popadł albo w innych terminach z Tatarem lub Turczynem rozmówić się chciał?

— Na chwilę siądź waćpan, a powiem.

Plichta wypełnił rozkaz i usiadł przy Admie, patrząc w jej o-czy, które teraz unikały spojrzeń jego.

— Podaruję coś waćpanu.

— Amulet?

— Nie masz waćpan żadnego?

— Mam ryngraf Plichtów, przez rodzica mi dany, a ongi w Rzymie poświęcony, i relikwie świętych na piersi, które mi macierz zawiesiła przed dniami kilku.

— I więcej nic... od nikogo?

Rycerz wpatrzył się w Admę.

— Co za myśl w waćpannie się urodziła?

— To ja dam!... — rzekła szybko — ale nie ryngraf, nie amulet, nie kości świętych; one waćpana od nieszczęść ustrzegą, mój dar — dopomoże.

— A co to ma być?

— Znasz waćpan Gila?

— To stworzenie nieboże, którego przyrodzenie podcięło od dołu, a spłaskąło u góry?

— On sam!

— A co mi z tego małpięcia za pociecha będzie?

— Nie śmiej się waćpan; on chętliwie służby się waćpana chwyci, potrafiłeś go już zjednać podarunkami niemałymi.

— Ściągał mi żupan i pas, gdym nieraz do was gościną zjeżdżał.

— Weź go waść z sobą!...

— Po tatarsku gadać już zaczynamy — zaśmiał się Plichta.

— Nie, to on wyręczy w tym waćpana, gdy — broń Boż<; — zła jakaś przygoda was spotka.

— To myśl!... — zawołał Plichta. — A rozum ma?

— Nie bój się. o niego. Chytrek większy, niż patrzy na to.

— Ale zdaje się, że to najprzedniejszy ulubieniec waćpanny?

— Dla was i jego oddam!...

— Dobra ty jesteś, Adame!

— Nic, tylko dobra, tylko dobra!... A ja waćpanu powiem...

Powstała.

— Co, Adame? — głosem czulszym odezwał się Plichta.

— Nic, nic — szepnęła — bo zaczniemy po węgiersku gadać.

Obróciła się i wyszła.

„Jeżeli ja tej dziewki nie miłuję, to niech mnie jasne pioruny ubiją!" — zawołał w duchu Plichta.

Po chwili weszła Adme, a za nią wtoczył się karlik, Tatarczuk, lat czterdziestu, lecz wzrostu czteroletniego dzieciaka. Szorstki zarost na brodzie był tak nikły, że przezeń przezierała skóra ciemna i pomarszczona jak ulęgałka na słońcu. Potwornej wielkości głowa, o ciemieniu spłaszczonym, jakby kto w nie oskardem grzmotnął, chwiała się na cienkiej szyi, pod którą kadłub się kłębił, osadzony na koszlawych, w pałąk wygiętych nogach. Ręce długie dochodziły do kostek prawie; przewalał się na obie strony, gdy szedł, i robił wrażenie kuli pogiętej, toteż czasem Kulką w domu Mitra -sa go zwano. Gilem nazywała go Adme, chociaż Gił-Gułła było właściwe jego miano.

Ubrany był w czerwień, suknię miał pasem złotym przepasaną, chowającym się pod potwornym brzuszyskiem. Podszedł do rotmistrza, kiwnął się, aż się Plichta żachnął, bo zdawało mu się, że głowa karła pod nogi mu wleciała.

— Dzień dobry panu rotemistrzowi — rzekł.

— Dzień dobry, kupidynku! — odpowiedział Plichta, a zwracając się do Admy, zapytał:

— I to małpie waćpanna mi darujesz?...

— Na zawsze!

— A jak ten Goliat na koniu siedzieć będzie?

— Nogami za kolebakę i jazda — rzekł Gil.

Plichta się zaśmiał.

— Hetman mi chorągiew odbierze, gdy jej takiego towarzysza przyprowadzę.

— Heteman rad będzie z Gila — odpowiedział Gił-Gułła.

— Więc przyjmujesz waćpan podarunek? — spytała Adme.

— Sam nie wiem — zawahał się rotmistrz.

— Weź go waćpan, ja spokojniejsza będę!

Gdy to mówiła, miała oczy spuszczone ku ziemi, a na twarzy smutek ogromny.

— Żal ci się rozstawać z Gilem?...

— O, nie, nie! — przerwała szybko.

— Szczerze mówisz?

Adme podniosła oczy przepojone jakąś mgłą dziwną.

— Ty wiesz, że ja zawsze mówię szczerze.

Smutek Admy zdawał się Plichcie udzielać i kusić go do wyznań serdeczniejszych. Ujął jej dłoń — zimna była, przyłożył do ust — zapłonęła. Wpatrzył się w jej oczy i rzekł pieściwie:

— Przecie nie rozstajemy się na zawsze.

— Kto wie! — odpowiedziała Adme.

— Powrócę, jak miły mi Bóg, powrócę! A oną pamiątkę od ciebie — wskazał na Gila — pilnować jak oka w głowie będę. Jeżeli mu dam w gębę, to chyba psi syn gorącego mi sadła za skórę zaleje!...

Porwał w uniesieniu obie dłonie nie broniącej się Admy i do ust przycisnął.

Nagle zwrócił się do Gila:

— Marsz! — krzyknął.

I gdy ten znikł jak kamfora, lewicą objął kibić dziewczyny i w wargi się wpił. Całował, całował bez pamięci, bez końca, aż tchu nie stało piersi, aż serce zakrzyczało: „dość, bo się spalę!..." Jeszcze, jeszcze, raz ostatni, przedostatni, ostatni... I tchnął głęboko, aż żarem powietrze wionęło.

Adme osunęła się ku ziemi i za kolana go chwyciła.

— Wstań, wstań — mówił Plichta — nie godzi się.

Uniósł ją z ziemi jak paciorkę perłową i na sofie posadził.

Adme nie puszczała rąk jego, pociągała go ku sobie, ale on się opamiętał i ochłódł.

— Czas w drogę! — szepnął. — Hetman do kuny wpakuje, gdy

nie ubiegnę go w Żółkwi. No, bądź zdrowa, Adme, bo mi się marzy, żeśmy się zapomnieli zanadto.

— Jeszcze raz! — szepnęła Adme, podgarniając się ku niemu.

— Nie mogę! dalibóg, nie mogę, bo do swojej chorągwi nie dojadę.

Mówił to z pewnym zniecierpliwieniem, które dobrze odczuła Adme.

— Gdzie Gil? — zawołał obzierając się dokoła i zrobił krok ku przyległej komnacie.

— Poczekaj, zawołam go sama — rzekła Adme — i parę przestróg na drogę mu dam.

Wyszła szybko z pokoju, a widząc karła siedzącego przy kominie, wezwała go do siebie.

— Teraz bacz, co ci mówiłam, bacz pilnie, bo żywy z rąk mych nie wyjdziesz! — zawołała gorączkowo. — Bądź okiem, uchem, czym chcesz, ale gdyby tam... Rozumiesz?... Pisz po tatarsku... tylko tak, jak my, z lewej ku prawej ręce, by przyłapany list jeden Bóg tylko mógł odczytać...

— Gil wszysteko rozumie — wybełkotał karzeł.

Po chwili Plichta opuszczał dworzec Mitrasa, a za nim, okrom pachołka, jechał na darowanym przez Admę koniu Gil, rękami i nogami kulbaki się trzymając.

Jarucha parsknął śmiechem widząc tego nowego towarzysza rotmistrza, pachołek obiedwie pięście do gęby włożył i dławił się, a Plichta w bok się ująwszy cmoknął na konie i spojrzawszy na Gila zawołał:

— Odbijanego!...

Rączym kłusem ruszyły rumaki, a Gil w rytm ruchów swojego wierzchowca odbijał się jak worek sieczki, stękał głucho, ale rżnął naprzód, i gdy raz Plichta zapytał, dlaczego tak zawodzi umierają-co, odpowiedział:

— Zad boli, panie rotemistrzu.

Adme długo patrzyła z okna swojego mieszkania na odjeżdżających. Policzki jej gorzały, oczy paliły się jak dwie gromnice, a piersią tchu ledwo mogła zachwycić.

Plichta znikł za załomami murów, a ona jeszcze stała; świeży oddech poranku zwiał ostatni obłok szarego kurzu, a ona jeszcze patrzyła; nagle twarz jej pobladła śmiertelnie, małe piąstki ścisnęły

się gwałtownie i nie odrywając oczu od pustej już ulicy, na której chodnikach przesuwał się kiedy niekiedy obojętny przechodzień, szepnęła:

— I nie spojrzał nawet!...

Fala gniewu czy wstydu okryła jej czoło, jagody, szyję, pierś ciężko dyszącą; łuki brwi się ściągnęły groźbą jakąś, a rozpalony koral ust zdawał się krwią żywą tryskać.

— Chroń cię Bóg, ażebym się dowiedziała, że masz inną niż mnie! — z zaciśniętych warg jej wybiegło.

W takim stanie zastał ją Mitras.

Załatwiwszy kupieckie interesy, wszedł do swojej „kancelarii", zrzucił suknię, a szlafrok wziął, który jedwabnym sznurem przepasał, nogi ozuł w bogato a wzorzysto szyte papucie z zadartymi nosami, tak że wyglądały jak dwie gondole weneckie, którymi ślizgał się cicho po puszystych kobiercach swych komnat. Na łysej głowie miał myckę w gwiazdy i półksiężyce, złotym i srebrnym szy- * chem dzierzgane, twarz podobną do żółtego arbuza, w którym ktoś, na figle, podobiznę twarzy ludzkiej nakreślił, a zamiast oczu dwie muszkatołowe gałki włożył. Nie grzeszył pięknością bogów, ale boski spokój miał w sobie; znać było od razu, że to był ten, któremu się dobrze dzieje. Wszedł cicho, ruchem kaczkowatym, bo okrągłość jego postawy nie pozwalała na chód inny, a widząc Admę z marsem gniewu na czole, z płomieniem na licach, zatrzymał się w pół komnaty i spytał:

— Co to takiego, Adme?

— Plichta był!... — odpowiedziała.

Mitras zatrząsł się jak galareta, rozczepierzył ręce obie i powtórzył:

— Plichta?...

Adme nie odpowiedziała nic.

— I co? — zapytał Mitras.

— Pojechał.

Mitras drgnął, jakby go insekt zdradziecki ubódł w miejsce ła-chotliwe, po chwili rzekł:

— I czemuś go nie zatrzymała?

— Spieszył do Żółkwi, do hetmana.

— Tak, tak — pokiwał głową Ibrahim. — Sułtan Achmed6 z potęgą idzie nad Dniestr. Mówili mi Tatarzy z Krymu przybyli, z którymi kupieckie rachunki mam, że i Kantemir wyruszył kozactwu rogów przytrzeć... Pan Plichta musiał pójść, a cóż ty, biedaczko, teraz poczniesz?...

— Czekać będę dniami i nocami, nie tylko na niego czekać!...

— To masz dwóch?... Gil! — w głos krzyknął, obracając się ku drzwiom swojej sypialni.

— Gila nie ma... — odpowiedziała Adme.

— A gdzież ten Tatarczuk zaszył się?

— Poszedł z Plichtą.

Mitras gębę od ucha do ucha rozdziawił.

— Na wojnę?...

— Nie, na przeszpiegi!...

Mitras nic a nic nie rozumiał.

— Co to za galimatias, Adme? Gil poszedł, z Plichtą poszedł, dlaczego poszedł?

— Ja mu kazałam.

— To dobrze, że ty mu kazałaś, ale dlaczego ty mu kazałaś?...

— Pan Plichta mnie kocha i nie kocha.

— Zastanów się, perełeczko — odezwał się Mitras — że w tym, co powiedziałaś, żadnego sensu nie ma. Można, oglądając towar, kupić go lub nie kupić, ale kochać i nie kochać?...

Potrząsnął głową.

— Takiej muzyki nie słyszałem jeszcze!

Adme szybko podeszła do ojca.

— Dobrze powiedziałeś, ojcze: można towar kupić lub nie kupić, tysiąc razy wziąć do rąk, zachwycać się miękkością aksamitu połyskiem jedwabiu, przepatrzeć, zmiąć — i odrzucić...

— To bywa codziennie, brylanciku, codziennie.

— Ja jestem tym towarem, ojcze!...

Mitras aż do ziemi przysiadł.

— Ty, ty, ty?

— Tak, ja!

Twarz Ibrahima przybrała barwę popielatą.

6 Achmed I — sułtan turecki, który panował od 16*03 do 1617 r.

— On musi inną niewiastę miłować — półszeptem odezwała się Adme.

— To źle, to bardzo źle — zastękał Mitras.

Po chwili dodał:

— Ja bym tego szlachcica nie chciał stracić. Myślałem, że przy bogactwie dom Mitrasów podniesie się i wyszlachci, z Plichtami się łącząc. Jam go za swego już miał i dymek sam sobie w nos puszczał. Ale — dodał, wyciągając krótkie swoje ręce ku Admie — on tak czule patrzył na ciebie!...

Adme trzęsła się jak w febrze.

— Ciebie, ojcze, pycha, a mnie serce boli — jęknęła.

Mitras usiadł na wzorzysto wyszywanej poduszce i sposępniał. Twarz, przed chwilą jeszcze uśmiechem i pogodą patrząca, obwisła i pochmurna się stała. Milczał, potem nieśmiało wzrok podniósł na Admę i wyszeptał:

— Trzeba go było związać...

— Nie mogłam!... — zawołała Adme z rozpaczą.

— Cóż teraz myślisz, bo ja za głupi jestem do takich spraw?...

Adme dyszała szybko, walczyła z powstającym wciąż szałem, aż

wreszcie trzęsącym się, urywanym, nabrzmiałym łzami i żalem głosem odezwała się:

— Ja nie wiem... może więcej widzę, niż jest, może jest więcej, niż widzę. Ale on nie takim był, gdy raz ostatni dom nasz nawiedzał. W tym coś jest, a może... ktoś jest.

— A jeżeli tak? — zapytał Mitras.

— Jeżeli tak... — powtórzyła Adme.

Umilkła na chwilę, a oczy piorunami zabłysły.

— Jeżeli tak... Niech prosi Boga swojego, bym wpierw od niej skonała!

II

Działo się to w roku 1617 na początku jesieni, a jesień była piękna, że śmiało ją nazwać można było wiosny przypomnieniem, takim ciepłem darzyła, takie jeszcze skarby zieloności rozsiewała naokół, a choć gdzieniegdzie złociły się już Ustki na drzewach i ob-ramowywały się czerwienią, to złoto i ta czerwień dodawały tylko przepychu przyrodzie całej, dzierzgając powoli płaszcz królewski, jakim się wkrótce przyodziać miała przodownica zimy białej.

Na wszystkich drogach, prowadzących do stolicy Rusi Czerwonej i zamku żółkiewskiego, panował ruch niemały. Ciągnęły pułki lekkiej i ciężkiej jazdy, chorągwie pancerne, zaciągi szlacheckie i poczty panów, pomiędzy którymi przodował książę SamuA Korecki, osobiście proszony przez króla Zygmunta, by wziął udział w walce przeciwko Porcie Otomańskiej3, której potęga zagrażała całości Rzeczypospolitej.

Aczkolwiek główną przyczyną zbliżającej się burzy był właśnie ów pan Samuel, kniaź na Korcu, który roku ubiegłego bez wiedzy i pozwolenia stanów Rzeczypospolitej4, wprowadzając na tron wołoski strąconego przez padyszacha5 hospodara Mohyłę a teścia swojego — najechał z bitnym rycerstwem zaprzyjaźnione z Polską państwo, zdobył Jassy M, sto tysięcy Turków wymordował, aż sam popadł w niewolę i cudem prawie z niej się wydobył; król Zygmunt nie chciał mu swej niełaski okazać i w tak krytycznej chwili pozbawiać się pomocy możnego rycerza, tym bardziej że sam zajęty wojną moskiewską musiał część wojsk od boku króle wica Władysława oderwać i wysłać na wzmocnienie niewielkich sił, jakimi rozporządzał hetman wielki koronny, Stanisław Żółkiewski.

Nie przebaczający zbyt łatwo uraz i krzywd doznanych, szedł z doborowym rycerstwem kniaź Samuel, dumny potomek Olgier-dowiców, herbu Pogonią, ożeniony z hospodarówną Katarzyną Mo-hylanką, a szedł, by pomścić sromotę niewoli i hospodarstwo przy Mohyle utrzymać.

Zbliżająca się wojna nie uśmiechała się wcale królowi polskiemu. Piątała jego zamysły ku dalekiej północy skierowane, zresztą sojusz z Turcją, przez szereg koronowanych poprzedników jego zawarty, począwszy od Zygmunta I, święcie był przez Portę Oto-mańską dochowywany, tak że Zygmunt Stary, pomimo nalegań cesarza Karola V oraz Juliusza II, Leona X, Klemensa VII i Adriana, papieżów, jako też Zygmunt August, wciągany przez nuncjusza Commendoniego do przyłączenia się do ligi książąt chrześcijańskich, utworzonej przez Piusa V przeciw Turkom — dali głosy odmowne, zabezpieczając w ten sposób państwo polskie od wszelkich zatargów z groźnym sąsiadem.

Szabla polska nie lękała się krzywych pałaszy muzułmanów, lecz po co było jątrzyć sąsiednią potęgę, dochowującą wiernie traktatów?

Już i tak było dość gonitw za dzikim tatarstwem, których nawet władza padyszacha w karbach posłuszeństwa utrzymać nie mogła, ale samorzutne wyprawy panów polskich, jak Stefana Potockiego, Michała Wiśniowieckiego i kniazia Samuela, wzburzyły krew syna słońca, 'marzącego o świata podboju. Dał się jednak przekonać i teraz sułtan Ahmed posłom królewskim, Targońskiemu i Kochańskiemu, przybyłym w tej sprawie do Carogrodu, złożył nawet Tomżę, wsadzonego przeciwko paktom na hospodarstwo, lecz gdy po odnowieniu ugody czterdzieści tysięcy kozactwa ruszyło na Morze Czarne, spaliło Synopę6 i Trebizondę 7, spustoszyło ziemie i miasta, i słodki sen haremowy potężnemu władcy przerwało, wysłał straszliwego Kantemira z hordą Tatarów na Ukrainę, a Skin-derowi-baszy rozkazał przejść Dniestr i Podolowi zagrozić.

Rzucona rękawica musiała być podjęta.

Na odsiecz ziemiom ruskim szedł hetman wielki, wspomagany przez poczty panów, głównych sprawców nieszczęścia.

Kniaź na Korcu nie odmówił swych usług i, jakkolwiek miał pewną urazę do hetmana, przywiódł mu zastęp liczny, a w bojach zaprawny. Miały się też połączyć z wojskami hetmańskimi i pułki księcia Jerzego Zbaraskiego, krajczego koronnego, który w trzy tysiące koni jazdy doborowej od Berszady 8 ku wojskom hetmańskim pośpieszał.

W rozwiane motyle bujały z wiatrem chorągwie ziem i województw, furczały proporczyki w czerwonych promieniach zachodzącego słońca, świeciły szable szlacheckie, miecze i zbroje rycerskie, ziemia drżała od tętentu kopyt i dział turkotu, moc ciurów sunęła za taborem, czuwając nad dobytkiem pańskim, a chorągiew hetmańska z herbem Lubicz — Żółkiewskich, i Pogonią — Koreckich, zdawały się przekomarzać z sobą i jedwabnym szelestem w napowietrzny swar uderzać.

I tak, czerniejącymi jeszcze szlakami od ostatnich napadów tatarskich, wił się wąż barwny a długi, błyszczący a gwarny, sunąc ku południowo-wschodnim granicom ziem Rzeczypospolitej.

Pod Białym Kamieniem 9, na stepie, wojsko stanęło obozem. Rozbijano namioty, zaciągano straże, a choć żadnego napadu znikąd nie można się było spodziewać, Żółkiewski, jako uczeń ze szkoły Batorego, w rygorze trzymał wszystkich i rozkazywał spać pół okiem, pół uchem czuwać, jakby nieprzyjaciel był tuż za obozowiskiem. Bez opowiedzenia się starszym, rotmistrzom i namiestnikom, nikt nie miał prawa z obozu się wysuwać, wszelki gwałt i burda ostro były karane, ciurów zaś czekały łozy za każde naruszenie porządku.

Zaledwie się wojsko zatrzymało, we wszystkich szeregach zawrzało jak w ulu.

Nie o spoczynku jednak myślano — nasamprzód trzeba było brzuchy głodne nakarmić i spragnione gardła przepłukać.

Przed namiotami panów zaczęli się uwijać kucharze w białych fartuchach, pajucy w kozackich strojach nieśli na tacach gąsiory win wybrednych i puchary ze szkła rżniętego, pacholiki — bochny białego i czarnego chleba; potrącano się, łajano, czasami szeroki śmiech gdzieś wybuchnął albo trefna piosnka żołnierska wyrwała się z rwaru i ciżby i wionęła przez powietrze, orzeźwione chłodem wieczoru.

Ale zapach pieczonego mięsiwa pierwszeństwo wziął nad wszystkim.

Koło rozwieszonych na kozłach ćwierci wołów zaczęły się kupić gromady wojowników i wciągać w płuca zapach miły. Wachlowały nozdrza, a szczęki mimo woli się poruszały. Gdy kucharze wzięli się do krajania mięsiwa, wszczął się gwar nie do opisania i ruch, jakby wojsko całe do szturmu iść miało.

Jeno w namiotach pańskich i wojskowej starszyzny ucztowano porządnie, choć wino i tam rozwiązywało usta i do wesołości pobudzało. Sypały się trefne żarty i dowcipy, aż noc wczesna położyła dłoń milczenia na obóz cały.

Gwar umilkał powoli, ale z szybkością dziwną. Rozkaz starszyzny, by wszystko ku spoczynkowi się miało, wykonany był z całą dokładnością. Jak kapelmistrz jednym poruszeniem swej pałeczki hamuje burzę rozigranych tonów i do powolnego milczenia przymusza, tak gwarne przed chwilą obozowisko uciszać się zaczęło na skinienie jednej, a potężnej dłoni.

Olbrzymia równina, na której zatrzymały się zastępy rwącego się do boju rycerstwa, podobna była do instrumentu wielkiego, którego wszystkie struny czy klawisze przed chwilą grzmiały rozpa-saną orgią tonów, lecz oto nagle tu i tam coś zawarczało groźnie i rozhulane dźwięki wnet się ukołysały, gdzieniegdzie jeno przyciszonymi odezwały się akordami, ale skarcone umilkły, dąsając się słabym szmerem i stłumionym szeptem niechęci. To ozwały się bębny wojskowe, warknęły — i obóz ścichł...

Milczenie!

Płoną tylko gdzieniegdzie przygasające ogniska, odezwą się hasła straży, koń gdzieś zarży i odpowiedź otrzyma albo krzyk ciury przerwie milczenie, gdy z batem pańskim się zapozna.

Po chwili zaczerwieniło się na wschodzie, jakby odbicie łuny dalekiego pożaru, i księżyc na step spojrzał, a patrząc przez mgieł opary, odęty był i czerwony jak twarz pijaka. Ale im bardziej odrywał się od ziemi i na błękity się wzbijał, tym coraz szybciej otrząsał się z tej czerwoności, szlachetniał, piękniał, aż się wysrebrzył cały i witał złote gwiazdy, mrugające ku niemu wesoło. Jasnym okiem obiegł obozowisko i widać, że rad był; srebrnym światłem, każdego namiotu dotknął, srebrnym pierścieniem opasał kadłub armaty każdej, zawisł na ostrzach proporców, ślizgał się po drzewcach kopii rycerskich, blaskiem łagodnym całował czoła śpiących bojowników; jakby mówił: „śpijcie! śpijcie! niosę wam spoczynek i orzeźwienie".

Najdłużej uczta biesiadna przeciągnęła się w namiocie kniazia

Samuela Koreckiego. Krążyły puchary, animusz się wzmagał, a z nim śmiech i gwar wzrastał, dobry zaś duch wojska całego, które na bój turecki z kawalerską fantazją szło, pozwalał słodkim marzeniom się oddawać i nowej sławy niezwiędłe splatać wawrzyny.

Na uczcie u kniazia było dużo znanego rycerstwa, a i pan Plichta był, który zrazu przydan do boku królewica, uczciwie na Moskwie się parał, lecz gdy potrzeba było pomoc panu hetmanowi wielkiemu wysłać, wyprosił się na ową wyprawę, bo, jak powiadał, różne już kości ogryzał, jeno jeszcze tureckiego ścierwa nie smakował.

Pomimo że zboczył nieco z drogi dla zobaczenia pięknej Admy, w czas jeszcze w Żółkwi stanął i służby swoje hetmanowi polecił, z czego Żółkiewski był rad, bo znał Kostka jako rycerza nieustraszonego, choć warchoła po trosze.

Plichta od razu przypadł wszystkim do serca. Żółkiewskiemu z męstwa, Koreckiemu z warcholstwa się podobał, a niewiastom, które spotkał na dworcu hetmańskim, z miękkiego serca, do podboju, jak się zdawało, łatwego.

Z Koreckim od razu dali sobie gęby i dziś na uczcie piją a przy-mawiają.

Ze znaczniejszych był młody jeszcze Tomasz Zamojski, syn Jana, wojewoda kijowski, powinowaty Żółkiewskich przez Herburtów, bo żona hetmana, Regina, z Herburtów się rodziła; Herman Denhoff, młodzieniec waleczny, stojący na czele rajtarii cudzoziemskiej; Aleksander Kalinowski, starosta kamieniecki, Jan Tyszkiewicz i Stefan Chmielecki, szlachcic niebogaty, ale w wojaczce zaprawny i duszą całą^wojennemu rzemiosłu oddany.

— Otóż tak, mości panowie! — kończył rzecz swoją kniaź Samuel. — Dawno takiego animuszu nie czułem, jak teraz. Ta wojenka uśmiecha mi się jak dziewka gładka i, da Bóg, zalejem Turczynowi sadła za skórę, a tron wołoski Mohyłom powrócim.

— Dawno już nie była Rzeczpospolita nasza w opałach takich ■— ozwał się Chmielecki. — Wojna na Moskwie, a tutaj Turczyn, psubrat, zęby na nas pokazał.

— Wprzód mu je pokazał kniaź Korecki — rzucił Plichta — on jeno teraz odgryza się.

— Wybijem mu je, że mu się odechce próbować kaszy polskiej — rzekł na to kniaź.

— Że się oparzy, to się oparzy! — Chmielecki na to.

— Hukniem mu: Ałłach! przed samym serajem10 — zawołał pan Samuel.

— A znasz, kniaziu, tam drogę? — spytał szybko Plichta.

— Ot, o co pyta! — zaśmiał się Korecki.

— Pono łatwiej do Jedykuły tam trafić — odezwał się młody wojewoda kijowski.

— Nie siedziałbym w tej paskudnej turmie, gdyby nie krewniak wasz — odparł kniaź.

— Co, Żółkiewski?

— A waszmość nie wiesz o tym?...

— W czymże zawinił? — spytał wojewoda.

— Odwołaniem ludu mojego spod Jass, którem już zdobył i groził pomstą pohańcom za śmierć Wiśniowieckiego. Kniaź Michał u-marł ze zgryzoty, gdy kupa go opadła i musiał wyrzec się dokonanego zwycięstwa. Kto go pomścić miał, jeżeli nie ja?

— Ale waszmość rzecz całą podjąłeś bez wiedzy i woli stanów koronnych.

— Miałżem prosić i nie otrzymać?

— Albo jest prawo, albo go nie ma — rzucił Zamojski.

— Albo jest wolność, albo jej nie ma! — odpowiedział wyniośle Korecki.

— Kniaź wolnością nazywasz upodobanie własne.

— Czy Rzeczpospolita dla nas, czy my dla Rzeczypospolitej?! — zawołał pan Samuel.

— Wpierw my dla niej, a potem ona z wypłatą pośpieszy.

— W ten sens czyniąc, ani byś się opamiętał, panie wojewodo kijowski, jak absolutum dominium11 w poprzek drogi by ci staięło.

— Jeżeli dom sobie budujem — odezwał się Plichta — to na to, by móc chadzać po izbach wszystkich i próg według swej woli przestępować, a nie po to, by nam: a zaś! ktoś mówił.

— Wiwat, Plichta! — tu i tam zawołano.

— Baczyć na nasze wolności musim! — huknął Tyszkiewicz.

— Ależ panowie a bracia — znów odezwał się Zamojski. — Dom

każdy, by ład w nim był, gospodarza mieć musi. Gospodarzem onym jest prawo i rząd.

— My stanowimy rząd i prawo, więc wyżej jesteśmy praw wszelkich! — zawołał Plichta.

— Przelewaliśmy krew nieraz za prawa nasze i wolności, a wżdy nie po to, by nas na jatki bisurmanom oddawać! — krzyknął Korecki.

— Żółkiewski i was, kniaziu, odwoływał a molestował, byście wojną bezprawną nie nawodzili nieszczęścia na Rzeczpospolitą.

— Żem gromił?

— Nie proszony — dodał wojewoda.

— Wam się nie dziwię, że mówicie tak, krew Batorych w was płynie.

— A w was Olgierdów, którzy, zdaje się, niezbyt smakowali w wolnościach podobnych — przyciął Zamojski.

— Lecz od onego czasu dużo wody upłynęło i Koreccy — dodał z przyciskiem pan Samuel — zasmakować mogli. Wy zaś...

— Co ja zaś?... — rzucił się Zamojski.

— Nie liczycie wieków za sobą — rzekł dumnie kniaź.

— Lecz zasług dość mamy, ażeby zrównoważyć szale — z nie mniejszą dumą odpowiedział wojewoda.

— Przyjdzie i na was chwila, że sztorcem staniecie.

— Wątpię!

— Pomyśli i o was pan hetman, poczekajcie ino trochę!...

— Ale waszmość grubą urazę masz do hetmana — odezwał się Plichta.

— Posiedź waść w Jedykuli, a potem ze mną gadaj — odparł Korecki.

— Zrobiłbym jako i wy — rzekł Plichta.

— Toś brat mój! — zawołał kniaź, potężną dłoń kładąc na ramieniu rotmistrza.

— Widząc, że ludzie was opuszczają, potrzeba było usłuchać hetmana — odezwał się milczący dotąd starosta kamieniecki.

— Posłuchaj raz, to i raz drugi musiałbyś to zrobić.

— A waszmość coś uczynił? — zapytał Plichta.

— Z pięciuset ludu, którzy zostali przy mnie, rzuciłem się na krociowe zastępy Skinder-baszy. Korecki się nie poddaje!...

— Wiwat kniaź! — huknął Plichta, podnosząc kielich do góry.

— Wiwat wolności nasze! — zawołał pan Samuel.

— I prawa Rzeczypospolitej — Zamojski dodał, uderzając kolejno w puchary.

— Długo wasza mość przesiedziałeś w onej strasznej wieży nad Bosforem? — zapytał Plichta, gdy uciszyło się nieco.

— Bóg to wie, jam czasu nie liczył!

— A jak wydostaliście się stamtąd i przydybaliście znów do nas?...

— Żonie mej, poczciwej Kachnie Mohylance, winienem wyzwolenie swoje.

— Co? co? jak?... — odezwały się tu i tam głosy.

— Jak? Ano, tak było, jeżeliście ciekami. Gdy nechrest mnie zmógł i do Stambułu w podarunku sułtanowi dał, ten, dowiedziawszy się, kim jestem, w ten sens odezwał się do mnie: „Słysz, Korecki! wy-siekłeś ty moich pod dostatkiem, że sam Allach musiał się zdziwić, gdy taka kupa synaczków jego przed nim stanęła. Powinienem cię obwiesić, a później w Bosforze utopić, gdzie pławię swoje kochanki niewierne. Ale żal mi ciebie, boś chwat, i jeśli się namyślisz i ra naszą wiarę przystaniesz, to trójbuńczucznym baszą cię zrobię i jed-nę z cór swoich ci oddam". A ja na to: „Dziękuję waszej miłości za łaskę, ale swojej się Kachny nie wyrzeknę za żadną cenę". Na co się sułtan poruszył nieco i tak prawi: „Do kogo ty to mówisz?" A ja: „Do waszej sułtańskiej mości". On na to: „Namyśl się, dopó-kim dobry, bo każę cię ze skóry obedrzeć, wysmarować miodem i w pasiece mojej postawić". „Jużem się namyślił, wasza miłość". „I jak?" „Każ do pasieki prowadzić!" Sułtan poczerwieniał jak ćwikła w occie i nuż mi przedstawiać piękności swojej wiary i przyjemności pośmiertne, których nasza święta religia dać nie może. Chciałem go w gębę zamalować, alem się strzymał, jenom coś paskudnego powiedział, bo zaraz kazał swoim eunuchom związać mnie i w Jedykuli na dno wieży rzucić.

— To dziwno, że waszmość pana nie uśmiercił od razu — odezwał się Plichta.

— Miał jeszcze nadzieję, psi syn, że ulegnę i na szlachetną krew chrześcijańską szczekać pocznę.

— Praw waszmość dalej, bo ciekawość nas rozpiera — odezwało się głosów kilka ze stron różnych.

— Zapakowali mnie na samo dno jamy i głodem morzyć poczęli. Codziennie przychodził do mnie stary eunuch sułtana, Ihajda zwany, i pytał: „Wyrzekniesz się swej wiary?" A ja mu: „Ruszaj, kundlu!" „Przyjmiesz łaskę sułtana?..." A ja mu: „Jak mu wszystkie dziewki pobałamucę w seraju!" „Pomnij, Korecki, że jedwabny sznur już plotą dla ciebie". Ja go w pysk — i zacząłem się modlić do Panienki Poczajowskiej, by mnie z tych terminów wyrwała. Ale jakem się później dowiedział, to rozmowa moja z eunuchem, szczególniej jej zakończenie, podobały się padyszachowi: „Wy, tacy synowie, łapy byście lizali, a on rżnie w gęby! Wezyrem 17 go zrobię, niech jeno Mahometa za ojca chrzestnego sobie weźmie". Nazajutrz wyciągnęli mnie z wieży, ubrali przystojnie, dali jadła i napoju do syta, i Greka Ajpułę w posługi do mnie przysłali. Myślę sobie: „widzi mi się, że wisieć będę". Zacząłem się przygotowywać na śmierć, ale zrobiłem ślub, że jeżeli cudem jakim wydostanę się z tej dziury, to wiarę świętą katolicką przyjmę i do Loreto pojadę, by tam wotum spełnić. Miia tak tydzień jeden i drugi, przychodzi znów eunuch od sułtana (ale nie ten, z którym rozmawiałem ostatnim razem) i przez kraty już do mnie: „Przyjmiesz wiarę naszą?..." „Jutro" — ja na to. Przychodzi jutro: „Przyjmiesz wiarę naszą?" „Jutro" — odpowiadam. Tak było przez dwie niedziele. A Ajpuło codziennie przynosił mi wino w kielichu, które sumiennie wypijałem. Razu pewnego piję, aż tu mnie coś w ozór kłuje. Patrzę: pilnik i powróz na łokci pięćdziesiąt.

— Dobrym waszmość kieliszkiem popijałeś! — przerwał Plichta.

— Niech sczeznę, jeżeli prawdy nie mówię.

— Praw waszmość dalej, praw dalej! — wołano.

— Biorę tedy Ajpułę na spytki i co waszmość państwo powiecie? To Kachna moja przekupiła Greczyna i taki mi podarunek przysłała. Zacząłem go ściskać, aż wrzeszczał, bo mu wszystkie kości chrupały, ale opowiedział, co i jak było i że straż spita o bożym świecie już nie wie, a łódź na Bosforze czeka na mnie. Piłowałem do północy; potem po sznurze na dół, z Ajpułą na karku mi siedzącym, do łodzi i przed siebie! Załoga była liczna, z Wołochów samych złożona, a po tatarsku przybrana. O wszystko moja Kachna

"Wezyr (z tur.) — dawny tytuł ministra tureckiego.

postarała się — daj jej Panie Boże tron hospodarski, a mnie panowanie na nim.

Buchnął śmiech.

— Czekajcie, panowie hromada, nie tu koniec Korecjady. Płyniemy Bosforem, noc widna, fale tańczą dokoła, aż niedaleko pałacu sułtana spotykamy łódź i kilku ze straży nadwornej. „Kogo wieziecie?..." — pytam. — „Ihajdy" — odpowiadają. „Dokąd?" — „Na dno Bosforu" — „Za co?" — „Że Koreckiego nie nawrócił, a w pysk wziął". — „A topcie go!" — zawołałem — i nimem się opatrzył, już dał się słyszeć plusk i worek z moim eunuchem na dno poszedł.

— Toś go waszmość gracko na tamten świat wyprawił!... — zakrzyknął Plichta.

— Ot, co znaczy absolutum dominium! — zwrócił się kniaź do Zamojskiego.

— Dalej praw waszmość, bo zaczniecie przytykiwać sobie i końca się nie dowiemy — wołano.

— Przez Dardanele, gdzie to okaźne osły się rodzą, przebyliśmy szczęśliwie i na gładkie wypłynęliśmy morze. Spotkała nas burza, ale do Matki Boskiej Częstochowskiej jużem się modlił i ona kazała falom mnie nie tykać. Niedaleko Sycylii dopiero dognał nas okręt turecki i zagarnąć chciał. Trwoga była niemała; przerażony Ajpuło radził moim Wołochom, by mnie wydać i w ten sens się wykupić. Już zaczęli zdrajcy głos podnosić, alem ich tak wszystkich wymalował, że na tamtym świecie pamiętać będą. Tymczasem okręt wraży nas zahaczył i spuścił drabinę. My po niej i na Turka. Nie upłynęło trzech ojczenaszów, jak wyrzezaliśmy bisurmanów, a tym, którzy modlili się o łaskę, pozwoliłem, by się sami potopili. Na komendę skoczyli wszyscy, z wielką radością ryb, którym, jak słyszałem, mięso niechrzczeńców smakuje.

— Nie uwierzyłbym, gdyby nie waszmość to nam prawił! — zawołał Plichta.

— Mam od Ojca Świętego potwierdzenie spraw onych, które pod przysięgą na świętej spowiedzi zeznałem.

— To kniaź i do Rzymu dotarłeś?

— A stamtąd do Loreto, gdzie noc całą w domku Przenajświętszej Panienki krzyżem przeleżałem.

— Szeroko o tym we Włoszech gadają — wtrącił Denhoff. — Signor Korekki ma mir tam niemały *.

(Denhoff niedawno powrócił z Rzymu, dokąd jeździł razem z posły króla Zygmunta).

Po skończonej a prawdziwej opowieści podniosły się okrzyki i gwar niemały. Podniósł się nawet wojewoda kijowski i, trącając swoim kielichem o kielich kniazia, rzekł:

— Takiego rycerza zdrowie nie żal wypić!...

Zaczęli się żegnać i wychodzić. Korecki przeprowadzał każdego do progu namiotu; ostatnio wychodzącego Plichtę zatrzymał i rzekł:

— Podobałeś mi się waszmość — daj gębę!...

Przeszedł z nim za próg.

— Śpi brać nasza — rzekł — jeno w namiocie hetmańskim światło jeszcze smyrga.

Podali sobie ręce.

— Vale12, Plichta!

— Vale, Korecki!

Plichta przydybał do swojej kwatery, a kniaź, raz jeszcze spojrzawszy na światło migające w namiocie hetmana, mruknął:

— Żebym na ciebie nie pryskał, tego nie powiem.

Żółkiewski nie spał.

Objechawszy obozowisko, powrócił do swego namiotu i chodząc odmawiał pacierze.

Na stołku drewnianym, niedaleko wyjścia, siedział Jan Kurzań-ski, domowTnik i stary przyjaciel hetmana, i miód popijał garnców-ką. Twarz miał jowialną, oczy śmiejące się, wąsy jak wiecheć długie, a białe jak mleko. Na środku głowy przezierała łysina, z lekka białym puchem przesypana, z czego wnosił Kurzański, że włosy mu odrastają. Wzrostu był średniego, tuszy dobrej — nos nieco za czerwony i obrzękły świadczył o nieomijaniu kielicha; w ogóle jednak pan Kurzański wyglądał czerstwo, ale dusiła go czasami astma. Raz w raz wąsy umoczone w miodzie ocierał, cmokał i, przymrużając lewe oko, prawym patrzył na hetmana, jakby chciał wiedzieć, czy prędko z Panem Bogiem skończy, a z nim rozmawiać pocznie.

Żółkiewski szeptał półgłosem: Pater noster19 i liczył ziarnka różańca z bukszpanowego wyrobione drzewa. Postaci wyniosłej był, a choć siedemdziesiąt dwa lata wieku liczył, trzymał się równo i chód miał pewny. Włos siwy, przycięty niemal przy samej skórze, okrywał czaszkę podłużną nieco, broda strzyżona okalała twarz suchą, o rysach wyrazistych, na której dotąd znać było ślady piękności dawnej. Oczy jasnobłękitne świeciły męstwem i determinacją, wyraz całej postawy znamionował męża wielkiej siły duszy i serca.

Krokiem powolnym, szepcąc cicho modlitwy, chodził wzdłuż namiotu. Silnym ogniem płonący kaganek stał na trójnogu, płomień się chwiał lekko i na wzorzystym kobiercu, którym namiot był wysłany, rysował długi, czarny cień hetmańskiej postaci, wpół przełamując, gdy hetman zbliżał się do ścian namiotu, wydłużając, gdy się oddalał.

Po chwili Żółkiewski pacierz skończył, naprzeciw Kurzańskiego stanął i rzekł z uśmiechem:

— Smakuje miodek hetmański, Jasiu?

— Niczego! — odparł zapytany, ocierając wąsy. — Nie spodziewałem się, że obozowa piwnica waszej miłości taki specjał ma.

— Krew stara potrzebuje czasem rozgrzewki — rzekł hetman.

— Onej jednak niech wasza miłość nie używa zanadto.

— A to czemu?

— We łbie kręci i choć sercu wigoru dodaje, pedałom odejmuje moc wszelką. Wasza miłość mówisz stojący, a ja siedzący słucham, co jest nieuszanowaniem, ale wstać nijak nie mogę.

— Nie fatyguj się waszmość, obrazy żadnej tu nie ma — odparł Żółkiewski.

Przeszedł się parę razy i, zatrzymując się znów przed Kurzań-skim, odezwał się:

— Jasiu!...

— Słucham miłości waszej.

— Co myślisz o tej naszej wyprawie wojennej?

— Uda się.

— O tym nie wątpię, choć otrzymałem dziś list od króla Zygmunta, bym na baczności się miał...

— Przestroga zbyteczna dla takiego znawcy spraw wojennych, jak miłość wasza.

— Nie w tym rzecz.

— A w czym?

— Dwie wojny! Rzeczpospolita ogołocona z żołnierza; ostatnia jej moc to w onych szeregach, co idą nad Dniestr; za jej całość odpowiedzialny dziś ja tylko jestem. Nie daj Bóg nieszczęścia, potęga otomańska zaleje Polskę całą.

— Animusz niezwykły jest w wojsku miłości waszej — odpowiedział Kurzański. — Do boju jak do poloneza staną!

— A potem pójdzie nieskończony — rzekł hetman, czyniąc aluzję do tak zwanej figury tańca, a na myśli mając pierwszy wielki zatarg z islamem który się nie skończy inaczej, jak zwaleniem się jednej z dwóch sił bojujących.

Do obozu hetmańskiego dobiegły wesołe, rozgłośne, choć dalekie okrzyki. Hetman stanął i przysłuchiwał się chwilę.

— To ucztuje Korecki — odezwał się Jan Kurzański.

— Przyczyna nieszczęść!... — rzekł Żółkiewski.

Krokiem miarowym znów się przechadzać zaczął, wreszcie zbliżył się do starego przyjaciela i, stając tuż przed nim, odezwał się:

— Daj łyk!

Kurzański wręczył garncówkę, hetman wypił tchem jednym i zaczął swój zwyczajny spacer po namiocie.

Po chwili znów się zatrzymał.

— Jasiu!

— Do usług waszej miłości.

— Masz cebulę przy sobie?...

Kurzański wyjął z zanadrza srebrny, duży, pękaty godzinnik, który klekotał głośno, i jął się przypatrywać uważnie.

— Która?

— Osina dochodzi.

— Wczesny czas jeszcze. Chce mi się do Jagodyniec pojechać i Jaszczołdów odwiedzić.

» I s 1 a m — tu: wyznawcy wiary mahometańskiej, Turcy i Tatarzy.

— Za Białym Kamieniem leżą tuż, droga niedaleka — odpowiedział Kurzański.

— Pojedziesz waszmość ze mną?

— Jakby to miłość wasza nie wiedziała, że do Halszki mam się!...

Żółkiewski zaśmiał się.

— Ostrożnie, wasze, ostrożnie! — rzekł. — Bo, jak mi się widzi, imć pan opiekun jej, Symforian Jasinowski, niezbyt rad na kawalerów spogląda.

— Upewnij, wasza miłość, Symforcia, że ja już gębą tylko grzeszę — odpowiedział domownik Żółkiewskich.

— Wody nie zmącisz?

— Jeno w źródło kryształowe ze smakiem spojrzę, a takim jest Halszka Jaszczołdówna.

— Każ waść konie podać... Ale prawda, waćpan nie możesz wstać!...

Kurzański sapnął i podniósł się.

— Gdy o dziewkę rzecz idzie, to i nogi nabierają wigoru — rzekł.

— Pojedziem samotrzeć: ja, ty i Plichta. Polubiłem tego hajda-makę... Pozwij go waść!

Kurzański zawadził nogą o sprzęt jakiś, zatoczył się trochę i splunął.

— Nie zwal mi namiotu, Jasiu! — rzekł hetman.

— Prędzej sam się zwalę, gdyby do ostateczności przyszło... — zabełkotał nieco Kurzański.

Podniósł nogę, przestąpił próg i wyszedł.

Nie upłynęło ćwierć godziny, jak dał się słyszeć tętent prowadzonych koni i Plichta z Kurzańskim do namiotu weszli.

— Jakże się uczta u Koreckiego udała? — spytał Żółkiewski, zwracając się do pana Konstantego.

— Przepiłem wszystkich, wasza miłość — nie słabszy mam łeb od pięści.

— Wróg daleko, to o szklanice stuknąć się nie wzbraniam, lecz gdy przed Turkiem nos w nos staniemy, wtedy zaś! — rzekł hetman i dodał:

— Mam do waszmość pana suplikację.

— Do usług waszej miłości.

— Chcę odwiedzić niedaleko stąd mieszkającą powinowatą swoją. Rad byłbym, żebyś waszmość mi towarzyszył. Chcesz?...

— Dość rozkazu — odpowiedział Plichta.

— To rzecz prywatna, mości rotmistrzu, więc proszę!... W służbie wojennej potrafię rozkazać.

— Iw rzeczy prywatnej usłużyć waszej miłości zaszczytem jest — odpowiedział rotmistrz.

— Polubiłem waćpana, choć tam, na moskiewskiej wyprawie, zawarcholiłeś trochę, jak słyszałem, i z racji chwilowo zaległego żołdu konfederacji się imałeś. Ledwie cię uproszono.

— Ale uproszono, wasza miłość — rzekł nieco dumnie Plichta.

— Żołnierstwu przykładem stać obowiązek jest starszych, nie samemu w czas wojenny burzyć a wichrzyć. Waszmość, jak i wielu tu z was, w służbie mojej nie byliście jeszcze. U mnie przykazaniem pierwszym — posłuch!

— A jeżeli brykną? — wtrącił Kurzański.

— Topór i kat! — rzekł hetman krótko.

— Na głowy szlacheckie? — spytał Plichta, jakby zdziwiony.

— Na inne jest szubienica — odpowiedział Żóikiewski.

W Plichcie wzburzyło się coś wewnątrz i zawarczało, ale szepnął sobie w duchu: „gdybym hetmanem był, czyniłbym tak samo, jako i ty!"

Spojrzał na surową, poważną, wyniosłą postać hetmańską i pomyślał: „to mąż — taki słów swoich nie zbłażni". A jednak w duszy mu coś burczało, w uszach dzwonił głos Koreckiego o wolnościach mówiący.

Hetman zwrócił się do Kurzańskiego:

— Jasiu!

— Co wasza miłość rozkaże?

— Zacnego towarzysza mamy, możem jechać...

Po chwili dodał:

— Az konia mi nie zlecisz?

— Rokosz podniosę, zobaczy wasza miłość, że rokosz podniosę, a ty mi łba nie zetniesz, bo żal ci będzie Kurzańsia.

— Nie próbuj, Jasiu, bo sam nad sobą zmiłowania bym nie miał. Ale, ale — zwrócił się do Plichty. — Wiedz waszmość, dokąd jedziemy: do Jaszczołdów, a jeżeli masz głowę zawrotną, to ostań lepiej.

— Dlaczego tak, wasza miłość?

— Waćpan, słyszałem, jak mucha na lep, tak na niewiasty łasy.

— Zostawiłem już serce po drodze — westchnął Plichta.

— A daleko?

— Wedle Lwowa.

— Oby gdzieś na rozstaju nie siedziało i nie przybiegło do waćpa-na, gdy ujrzysz Halszkę Jaszczołdównę.

— Taka urodna? — podchwycił Plichta.

— Zapytaj Kurzańsia — rzekł hetman z uśmiechem.

— Nie psuj, wasza miłość, spraw moich — odezwał się Kurzań-ski — bo mi na złość rozmiłuje się w dziewce.

Tak rozmawiając, wyszli i siedli na konie, gdy nagle, jakby spod namiotu hetmańskiego, coś się porwało i z ogromną potoczyło szybkością. Zaledwie opamiętać się mogli, jak to coś zniknęło, jakby się w ziemię zapadło, kurz tylko wskazywał drogę, którędy pobiegło, lecz wiatru oddech lekki kurz ten zwiał i nic już nie przerwało ciszy nocnej.

— Co za bies!? — rzekł hetman i znak krzyża na piersi położył.

— Niech wasza miłość na chwilę się tu wstrzyma — odezwał się Plichta — ja biesa tego za łeb chwycę.

Spiął konia, pomknął ku tej części obozu, gdzie jego chorągiew stała, i wpadł do namiotu.

— Gil! — wrzasnął, stając pośrodku.

Gil chrapał jak zabity.

Plichta za kark go pochwycił i uniósł ku górze.

—^Adme, ratuj! — wyjęknął Tatarczuk.

Na wspomnienie tego imienia Plichta przypomniał sobie przyrzeczenie dane Admie, że tylko wtedy karłowi w gębę da, gdyby mu sadła gorącego za skórę zalał. Opuścił więc Gila na ziemię, który bryznął jak żaba.

— Spałeś, pokrako? — zawołał.

— Sepałem, panie rotemistrzu!

— Jak ci sypnę, to amen w swoim tatarskim języku zapomnisz...

— Czego pan rotemistrz taki zły?

Plichta za ucho go wziął.

— Co robiłeś koło namiotu hetmańskiego? — zapytał.

— Ja nic nie robiłem.

— Łżesz!...

— Sepałem, panie rotemistrz u!...

— Pamiętaj, kukło krymska, że tu nie takich jak ty wieszają!

— Pamiętam, panie rotemistrz u!...

Gapiowatość Gila, niewinność odpowiedzi rozbroiły Plichtę. Odjął rękę od ucha, które miał wielką ochotę potargać, i rzekj:

— O pysk swój dbaj, a na przeszpiegi ruszaj, gdy ja ci każę...

Skoczył na konia i wrócił do Żółkiewskiego.

— Urn!... ciężka s ł u ż e b a!... — mruknął Gil za odjeżdżającym.

— Cóż waść ułowiłeś? — spytał hetman Plichtę.

— Nic, wasza miłość, to Tatarczuk mój był pod namiotem.

Żółkiewski pomyślał chwilę.

— Skąd go waść masz?

Plichta się zająknął.

Hetman powstrzymał konia i wpatrzył się w twarz rotmistrza.

— Wybacz, wasza miłość!... to może głupio wygląda, ale dała mi go pewna osoba, bym (gdy nie daj Boże) w ciężkie terminy popadł, swojego tłumacza miał.

— Pewna osoba?... — rzekł hetman.

— Czy nie ta wedle Lwowa? — rzucił Kurzański.

— Zgadłeś waszmość — wesoło odpowiedział Plichta. — Miłuje mnie, odmówić nie mogłem.

— Bacz jednak, waszmość, by ten Tatarczuk nie wąchał się ze swoimi przypadkiem.

— O to jestem spokojny, wasza miłość — żywot swój za mnie da!

Ruszyli stępa przez obozowisko, opowiedzieli się strażom i wyjechali na step gładki.

Noc była miesięczna a ciepła jak w przededniu wiosny. W bujnych trawach nurzały się kopyta końskie, obfita rosa rozsypywała się w skry brylantowe. Żółkiewski zwrócił się do Kurzańskiego i rzekł:

— Zaśpiewaj, Jasiu!

Kurzański pomilczał chwilę, chrząknął, wąs podkręcił, podniósł o-czy ku niebu i, biorąc się w boki prawicą, huknął na step cały:

Gdy Mars uderzył w hałaśliwe surmy,

Szedłem na boje, jako rycerz godny,

Wolen postrachu na jasyr, na turmy,

Wawrzynów głodny!

Próżno wróg groził mieczem podniesionym,

Jezus z Maryją jako pawęż stawał —

Drżał nieprzyjaciel przed okrzykiem onym I tył podawał.

Najświętsza Para niebu ku ozdobie Rycerskim sprawom daje moc wszelaką.

A zaś, pohańcze! mocować się tobie Z kompanią takąt

Nie zmoże szatan ni żadna przygoda,

Jeśli wojownik onych imion pomny —

Do sławy ojców nowy listek doda

Rycerz niezłomny!...

Kurzański umilkł, Plichta zwrócił się ku niemu:

— Jakbyś mi waść miodem serce pomazał! To śpiew! Czyje to, waszmość?

— Nie poznajecie, mości rotmistrzu?

— Zali Jana z Czarnolasu?...

— Niby tak i niby nie — odpowiedział Kurzański, uśmiechając się wesoło, a jednym okiem ku hetmanowi mrugając. — Znalazłbyś tam waść parę rytmów imć pana Kochanowskiego, ale one w kupie całej tak zniknęły, że ich ani dopatrzyć.

— Zali nie domyślasz się, że ich autorem jest Kurzańsio? — rzekł hetman.

Plichta zdjął czapkę futrzaną i skłonił się z konia.

Czołem, czołem, panie Kurzański, nie wiedziałem, z kim jadę.

Tan Jan wydął policzki i pykał.

— Widzisz, mości rotmistrzu — rzekł hetman z uśmiechem — że i na żółkiewskim zamku muzy panują...

— To kunszt niemały takie rymy układać — odparł Plichta. — Niejeden raz chciałem madrygał wdzięczny wysztyftować i nijak nie mogłem. Powiedz mi waćpan, jak to czynisz? — zwrócił się do Kurzańskiego.

— Waćpan pytasz i pytasz... Co tu rzec? Bez inspiracji rym się nie sklei.

— A skąd ona inspiracja przychodzi?

— Różnie bywa: czasem z wiatru, czasem z wilgoci, a najczęściej od miodu zapachu. Kto wie, czy zbratałby się Apollo ze mną, gdyby nie piwnica hetmańska.

— Mówiła mi szafarka, że w piwnicy braki wciąż większe, od kiedy waszmość rymów się jąłeś — odpowiedział Żółkiewski.

— Pannica brzydka! — zawołał Kurzański — a mówiłem, iżby milczała jak ryba, to poema napiszę.

— Bój się Boga, Jasiu! — zawołał hetman. — Czymże wonczas gości swoich podejmę w zamku żółkiewskim?

— Rymami ich upoi pan Kurzański — rzekł Plichta. — Pośpią się, jakbyś wasza miłość tęgiego wina dał.

Kurzański głową pokręcił.

— Rzekłbym coś, ale waszmość minie wyzwiesz na ostre, a szkoda byłoby waćpana — odpowiedział.

Minęli Biały Kamień.i lekkim pomknęli kłusem. Na tle rozjaśnionego nieba, w oddaleniu pewnym, zarysowały się drzew kupki.

— Jagodyńce! — rzekł hetman.

III

Imć pan Symforian Jasinowski od lat trzech mieszkał w Jago-dyńćach z panną Małgorzatą Suproniczówną, ciotką Halszki Ja-szczołdówny, sprawując wraz z nią obowiązek opiekuna nad mieniem mu powierzonym i wychowaniem Halszki.

Przyjęte obowiązki spełniał sumiennie, zebrany grosz, jaki mu ziemia dała, odwoził do Lwowa i lokował u Ibrahima Mitrasa na procent niewielki, ale pewny.

Gospodarstwem kobiecym zajmowała się letnia już panna Suproniczówną, wtajemniczając w arkana kuchni, chlewni, drobiu, warzywa i mleczywa, ogrodownictwa i sadownictwa dobiegającą już do lat siedemnastu Halszkę Jaszczołdównę. W rzędzie tych zajęć prym trzymały roboty ręczne; ale o ile one dla przyjemności służyły, o tyle gospodarstwo niewieście opędzało potrzeby domowe i S7tuki praktycznego życia uczyło.

Od dwudziestu lat dopiero Jagodyńce stały się T3<?7C7ołdów wła snością. Przed czasem onym pustka tu bv>s S7tvpra t step i^no szj roki; na wiele mil dokoła nie widn- tr ?adnpj ^ed/iby ludzkiej, tylko obszar głuchy, porośnięty bur? 4 nem ' trawą tętniący kiedy niekiedy od kopyt końskich naj-/dnvch hord tatarskich, brzmiący od jęków niewiast w jasyr prowadzonych i jasny od pożaru traw, a gwarny od hałasów odsieczowej pogoni.

Trzy szlaki przecinały ten obszar ziemi: czarny, kuczmański i wołoski; a wszystkie biegły ku stolicy Rusi, niosąc jej zagładę i śmierć. Kraina obiecana, ziemia mlekiem i miodem płynąca, leżała odłogiem. Miodobiorne kwiaty pokrywały kurhany i zgliszcza siedzib dawnych, czasem się koń zapadł w lochowisko nieznane. Zdumiał się człek, widząc wąskie szyje przekopów podziemnych, tę pracę mrówczą strachu i przerażenia.

Niebezpiecznie ludziom na ziemi było, kryli się pod ziemią.

Ale z czasem, jako tamy przeciwko wylewowi tych fal barbarzyńców, powstawały zamki i grody. Pod ich opieką zaczęły się kupić wsie i osady ludzkie, powstawać chutory, gdzie osiadali najczęściej wojownicy i oczajdusze, dla których życie było zabawką, a śmierć wypoczynkiem miłym.