Bracia Dreks - Kozłowska Paulina - ebook

Bracia Dreks ebook

Kozłowska Paulina

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Michał Dreks ma słabość do motocykli i dużych prędkości. Podczas jednej z przejażdżek zostaje zatrzymany. Aby nie stracić prawa jazdy, zmyśla, że spieszy się do swojej dziewczyny na porodówkę. Gorliwa policjantka postanawia towarzyszyć mu do szpitala i sprawdzić, czy mówi prawdę.

Laura jest w trzecim miesiącu ciąży, bez środków do życia i dachu nad głową. Niedawno została oszukana i pozbawiona pracy. Przyjechała właśnie do szpitala na badania.

Przypadek sprawia, że na siebie wpadają. Michał podaje się za ojca dziecka Laury, co mocno skomplikuje życie obojga.

Czy udawany związek ma szansę przerodzić się w prawdziwe uczucie? I czy Michał, gdy pozna tajemnice Laury, nadal będzie chciał jej pomóc?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 330

Data ważności licencji: 10/3/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Może twoja historia nie zaczyna się zbyt szczęśliwie.

Ale to przecież dopiero początek. Najważniejszy jest ciąg dalszy.

Ten, który sam piszesz”.

 

Kung Fu Panda 2

 

 

 

Copyright © Paulina Kozłowska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Anna Koral

 

Korekta

Klaudia Opozda

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

Skład i łamanie

Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68923-03-2

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

Zaciekawione spojrzenia łypią na mnie znad kieliszków wypełnionych szampanem i czerwonym winem, gdy zasiadam przy stoliku na końcu sali.

Nic mnie to nie obchodzi – niech patrzą! Ktoś mądry kiedyś powiedział, że w pracy nie ma przyjaciół, są współpracownicy. Robię więc swoje – każdego dnia wyciskając, ile się da, a potem wracam do domu, zostawiając te wredne gęby zamknięte w czterech ścianach biurowca.

Z dziewczyny, która nie miała nic, stałam się kobietą, przed którą świat rozłożył szeroko ramiona i powiedział: „Zapraszam”.

Po raz ostatni rzucam okiem na wydekoltowany przód sukienki i sprawdzam taśmy podtrzymujące mój biust pod cieniutkim materiałem. Poprawiam włosy, które fryzjerka zaczesała na lewy bok, stylizując mnie na egzotyczną piękność.

– Zapraszam na scenę pomysłodawczynię Pluszowego Wspomnienia!

Unoszę się delikatnie, a osoby siedzące ze mną przy stoliku patrzą z naganą, sądząc, że w tak ważnej chwili postanowiłam wyjść do toalety.

– Maju, chodź do mnie! Och! Jej skromność jest przeurocza! – Marcel spogląda w bok i przywołuje kogoś ruchem ręki. – Przedstawiam państwu Maję Zubert! Nową projektantkę w Kuczyński Company i pomysłodawczynię Pluszowego Wspomnienia.

Zastygam kilka centymetrów nad siedziskiem. Otwieram usta, próbując nabrać powietrza, ale mam wrażenie, jakbym została odcięta od tlenu. Wbijam palce w sztywny obrus i osuwam się z powrotem na krzesło. Padam na nie ciężko, patrząc w osłupieniu, jak roześmiana rudowłosa kobieta wkracza na scenę i ląduje w ramionach Marcela. A potem jak gdyby nigdy nic odbiera od niego produkt, który wymyśliłam, i przytula go do piersi.

– Spójrz, Maju! Te wszystkie oklaski są dla ciebie! – Marcel wielkopańskim gestem wskazuje na zaproszonych gości. Dopiero po chwili dociera do mnie, że wszyscy stoją i wiwatują.

Tylko ja siedzę. Tylko ja wpatruję się w tę dwójkę, jakbym zobaczyła ducha. Tylko z moich ust wydobywa się rzężący oddech.

O co chodzi, do cholery?

Serce zaczyna mi bić gwałtownie, gdy próbuję zrozumieć tę tragikomedię, której jestem świadkiem. Zmuszam zamglony szokiem umysł do przypomnienia sobie każdej rozmowy z Marcelem, zaczynając od tej, podczas której powiedziałam mu o projekcie i pokazałam szkice, a skończywszy na tej, w czasie której deklarował, że weźmie mój pomysł pod swoje skrzydła i go wypromuje.

W którym momencie rozmawialiśmy o jakiejś Mai Zubert?! Nie przypominam sobie wyrażania zgody na to, żeby podszywała się pod pomysłodawczynię Pluszowego Wspomnienia! W ogóle widzę tę kobietę pierwszy raz w życiu.

Boże… Nie jestem w stanie wysiedzieć dłużej wśród tych zaaferowanych ludzi. Wrzucam telefon do torebki i podrywam się tak gwałtownie, że moje krzesło przewraca się z łoskotem. Nikt nie zwraca na mnie uwagi – wszyscy są wpatrzeni w Marcela i Maję, która wdzięczy się do niego, gdy ten wręcza jej ogromny bukiet kwiatów.

Człapię jak pijana w stronę głównego korytarza. Ściskam tren w dłoni tak mocno, że obawiam się, czy za chwilę nie rozerwę go na strzępy. Potykam się kilka razy, bo te cholerne szpilki są wyjątkowo niewygodne i nie czuję własnych stóp.

– Wszystko w porządku, dziecko? – Ciepła dłoń chwyta mnie za łokieć.

Unoszę głowę i jak przez mgłę dostrzegam znajome rysy. To ojciec Marcela. Człowiek, który nie ma pojęcia o naszym romansie, więc traktuje mnie z troską, jak każdą zatrudnioną w firmie stażystkę.

– Tak – odpowiadam nie swoim głosem. – Chyba zaszkodził mi… obiad.

Mężczyzna cmoka ze współczuciem, ale nie zawraca sobie mną głowy ani minuty dłużej i od razu rusza w stronę sceny, aby pogratulować swojemu pierworodnemu kolejnego sukcesu.

Docieram w końcu do wnęki prowadzącej na scenę i zderzam się z twardym ciałem.

– Laura…?!

Unoszę twarz ku znajomym błękitnym oczom, dysząc jak astmatyczka.

– Marcel.

Zastyga, gdy widzi, w jakim jestem stanie. Wpatrujemy się w siebie przez kilka sekund. Za jego plecami dostrzegam schodzącą ze sceny Maję z przyklejonym do twarzy szerokim uśmiechem. Marcel orientuje się, na kogo patrzę, i rozgląda się w popłochu, jakby szukał miejsca, w które może przede mną zwiać.

– Co tu się dzieje?! – Z nerwów ledwo poruszam ustami.

– Chodź! – Niespodziewanie odzyskuje rezon i odciąga mnie na bok. Szarpie mną przy tym jak nieposłusznym pieskiem, który nie chce wyjść na spacer.

Otwiera z impetem jakieś drzwi i wpycha mnie do środka. Przestraszona rozglądam się dookoła, gdy odnajduję włącznik światła. To składzik na miotły, szufle i inne graty służące do sprzątania obiektu.

Zdaję sobie sprawę, jak kuriozalnie muszę wyglądać wśród tego bałaganu, ubrana w złotą suknię i wysmarowana połyskującym balsamem.

– Marcel! Co to było? – Zaciskam dłonie po bokach i próbuję skupić na sobie jego spojrzenie. – Dlaczego ta kobieta stała obok ciebie na scenie i prezentowała mój pomysł?

Marcel ucieka wzrokiem i nerwowo przeczesuje dłońmi włosy.

– Tak będzie lepiej – wypala, a ja wzdrygam się, jakby mnie spoliczkował.

– Lepiej? Dla kogo? Co ty mówisz?!

Przestaje czochrać włosy i podpierając się pod boki, spogląda na mnie z determinacją.

– Dla całego tego interesu.

Wybałuszam oczy, bo nie na to się umawialiśmy.

– Laura… – Łapie mnie za ramiona, zanim zbiorę się na odpowiedź. – Tak będzie lepiej dla nas wszystkich. Wspólnie z moim prawnikiem doszliśmy do wniosku, że przedstawianie ciebie jako autorki pomysłu byłoby błędem. Pracujesz jako stażystka zaledwie od pół roku, i to na stanowisku niezwiązanym z projektowaniem czy szeroko rozumianym marketingiem. To nie wyglądałoby dobrze. Od projektów mam cały potężny dział, więc…

Otwieram usta i je zamykam, bo te tłumaczenia nie mieszczą mi się w głowie. Nie miałam pojęcia, że konsultował cokolwiek z prawnikiem.

– Przecież pieniądze, które na tym zarobię, i tak będą do naszej dyspozycji. – Marcel obniża głos, jak zawsze, gdy próbuje mnie urobić. – Za kilka miesięcy, kiedy sytuacja się unormuje i ojciec w końcu przekaże mi firmę, rozwiodę się z Mileną. A wtedy będziesz korzystała ze wszystkiego, co zarobię na Pluszowym Wspomnieniu. – Zaczyna gładzić moje ramiona w czułym geście, ale w jego oczach dostrzegam jakąś ostrożność.

I dociera do mnie jeszcze coś…

– Za kilka miesięcy? – Strącam jego dłonie i cofam się o krok. – Powiedziałeś, że twój adwokat wysłał już pozew do sądu i za kilka tygodni nie będziesz już żonaty!

– Mówiłem ogólnie. – Ucieka wzrokiem wyraźnie zmieszany. – To znaczy rozwiodę się… Wiesz, że to zrobię, ale jeszcze nie teraz.

Przykładam dłoń do czoła – jest zimne jak lód, a mimo to oblewa mnie pot. Nie wiem, co odpowiedzieć. Od dwóch miesięcy słyszałam o tym, że pozew jest już w sądzie, a świetny adwokat, który reprezentuje Marcela, załatwi rozwód z zamkniętymi oczami. Że sędzia wylosowany do sprawy to znajomy ze studiów Kuczyńskiego seniora, więc postara się zamknąć sprawę po góra dwóch spotkaniach.

– Marcel… Wiem, co mi mówiłeś. – Mój głos wibruje od nadmiaru emocji. – Pamiętam każde twoje wyznanie i w żadnym z nich nie wspominałeś, że… rozwiedziesz się… kiedyś!

– Skarbie… – Próbuje dotknąć mojej twarzy, ale robię unik i odskakuję w bok, o mało nie wpadając na przemysłowy odkurzacz. – Przecież wiesz, że szaleję na twoim punkcie. Będzie dobrze. Uwierz mi.

Gorycz podchodzi mi do gardła.

– Ty nawet nie złożyłeś pozwu, prawda?

Marcel przełyka ślinę, a ja wgapiam się w jego wolno poruszającą się grdykę.

– Będzie dobrze – mamrocze. – Musisz być cierpliwa. Miłość czasami wymaga poświęceń. W grę wchodzi ogromny majątek do podziału. Nie jestem byle spawaczem, który odda żonie Fiata i zdobędzie papier rozwodowy!

Że co?!

– Będzie dobrze? – sarkam. – A co z moim pomysłem? Z moją umową o pracę? Możliwością poznania pracy Działu Projektowego? Pomysłem, który przypisałeś zupełnie innej osobie? To ja wymyśliłam Pluszowe Wspomnienie! Ja jestem jego autorką! I to ja powinnam odbierać teraz gratulacje na scenie!

– Nie bądź śmieszna – prycha w tak okrutny sposób, że aż drętwieję. – Wiesz, ilu świetnych fachowców z całego kraju aplikuje na etat projektanta? – kontynuuje swoje tortury. – Ojciec odsiewa każdego, kto nie ma branżowego wykształcenia. Każdego, kto nie odbył rocznych praktyk w jakiejś dobrej agencji reklamowej lub pracowni projektowej. Nie spełniasz ani jednego z tych warunków. Jesteś specem od ekonomii i finansów, nie ma znaczenia, że przy okazji wpadłaś na coś tak genialnego. Musiałbym mocno się nagimnastykować, zanim przekonałbym ojca, żeby w ogóle zaprosił cię na rozmowę.

O mój Boże.

Patrzę na tego człowieka, z którym od trzech miesięcy dzieliłam radości, smutki i łóżko. To nie jest mój Marcel – mężczyzna, który uganiał się za mną, mamił swoją atencją i mówił, że jego małżeństwo to wydmuszka. Facet, który w zamian za szkice i całą koncepcję Pluszowego Wspomnienia obiecywał mi złote góry.

Złość rozlewa się po moim ciele jak ognista lawa, spychając na bok smutek i niedowierzanie. Wspomnienia z czasów, gdy byłam szkolnym popychadłem, powracają do mnie i uświadamiają mi, że znowu zostałam na lodzie. Po raz kolejny uwierzyłam komuś, kto obiecywał, że odmieni moje życie. I owszem, zmienił je… na o wiele gorsze.

– Kwiatuszku…

– To kradzież.

Marcel wciąga powietrze z głośnym świstem.

– Słucham?

– Podpisywanie się pod czyimś pomysłem i produktem to kradzież.

Coś przeskakuje w jego spojrzeniu i dostrzegam w nim wściekłość. Złości się na to, że rozmowa nie idzie po jego myśli, że nie łapię się po raz kolejny na piękne i czułe słówka.

Życie bywa jednak przewrotne. Dwa dni temu jęczałam od jego pieszczot, a dzisiaj zarzucam mu kradzież prosto w twarz.

– Nie mówisz chyba poważnie. – Robi krok w moją stronę.

Stoję twardo i unoszę podbródek. Z wściekłości robi mi się czerwono przed oczami.

– Wychujałeś mnie, Marcel.

Mruży oczy na dźwięk przekleństwa.

– Wydymałeś mnie koncertowo. Uwiodłeś, wyłudziłeś ode mnie projekty i kasę, a teraz… – Trzęsę się z nerwów. – …a teraz podstawiłeś naiwniaczkę bez kręgosłupa moralnego, która stojąc przed tymi wszystkimi ludźmi, przyjmuje gratulacje za coś, czego nigdy nie wymyśliła!

Wyrzucam z siebie słowa, nawet nie zastanawiając się nad ich konsekwencjami. Mówię prosto z serca, bo tak długo czekałam na swoją szansę, że nawet namiętność, która nas łączy, nie jest warta, aby z tego rezygnować.

– Ją też uwiodłeś swoją piękną gadką, że zgodziła się tak podłożyć?! Z pewnością! – Śmieję się z politowaniem. – Najwidoczniej opanowałeś sztukę oszukiwania kobiet do perfekcji! Zapomniałeś jednak o tym, że szkice i koncepcje Pluszowego Wspomnienia są na moim komputerze!

Praca w tak potężnej firmie nauczyła mnie jednego: wytocz konkretne działa i atakuj albo wykop sobie grób i czekaj na śmierć.

Marcelowi zaczyna drgać powieka, a jego urocza zazwyczaj twarz przemienia się w wykrzywioną od gniewu maskę.

– Czy ty mi grozisz? – Robi kolejny krok, popychając mnie tym samym na stojący za mną metalowy regał. – Grozisz mnie?! Prezesowi Kuczyński Company, na którego komputery przesłałaś wszystkie projekty? Myślisz, że jestem taki głupi? Że się nie zabezpieczyłem na wypadek takich scen, jakie teraz urządzasz?!

Półka wrzyna mi się w plecy, gdy szepcze swoje groźby prosto do mojego ucha. Zaczynam się trząść jak w delirce. Modlę się, aby nie zemdleć, bo nie mam pewności, czy mnie tu nie zamknie i nie zostawi na pastwę losu.

– Zastanów się dobrze, zanim zaczniesz deklarować coś, czego nie jesteś w stanie spełnić. – Przykłada spoconą dłoń do mojej szyi i ściska lekko. – A teraz posłuchaj mnie uważnie, Lauro Parot… Wszystkie dane z twoich komputerów zostały usunięte. Twoich rysunków i projektów już dawno tam nie ma. Tak jak od jutra nie ma cię w mojej firmie, w moim życiu i w moim łóżku. To ostatnie akurat napawa mnie smutkiem, bo pieprzysz się koncertowo. – Opuszka jego palca sunie leniwie po moim dekolcie.

Wstrząsa mną dreszcz przerażenia, gdy jego palec wsuwa się pomiędzy moje piersi. Odchylam głowę na bok, aby być jak najdalej od tych okrutnych ust. Wpatruję się w środki czystości stojące pod ścianą, czując, że coraz mocniej przypiera mnie do regału, z premedytacją, żeby zadać mi ból.

– Jeśli komukolwiek odważysz się powtarzać takie bzdury jak mnie przed chwilą… zniszczę cię. Od teraz twoje piękne usteczka nawet się nie zająkną o Pluszowym Wspomnieniu. Wyprowadzisz się z mieszkania, które ci wynająłem, i oddasz kartę płatniczą, którą ci dałem – wylicza spokojnie, jakby nie nazwał mnie przed chwilą swoim kwiatuszkiem. – A jutro zjawisz się grzecznie w firmie i złożysz rezygnację ze stażu. Po czym zabierzesz swoje rzeczy i znikniesz z mojego życia. Pluszowe Wspomnienie jest moje i mam na to wszelkie możliwe dowody. Pamiętaj o tym przy podejmowaniu nieroztropnych decyzji.

Z płuc wyrywa mi się szloch, a po policzkach ciekną łzy. Moja bezdenna głupota doprowadziła do tego, że od jutra zostanę bez pracy i dachu nad głową. Odwaga opuszcza mnie w okamgnieniu, gdy dociera do mnie tragizm tej sytuacji.

– Dlaczego mi to robisz? – Łkam jak małe dziecko, bo tak się właśnie czuję. Jak zdradzony, upokorzony i naiwny bachor. – Po co kazałeś mi tu przyjść, skoro od początku planowałeś przejąć mój pomysł?!

– Nie sądziłem, że tak emocjonalnie zareagujesz. I że przybiegniesz tu blada jak ściana. – Jego szczerość mną wstrząsa. – Ale jak to mówią, nie ma sytuacji bez wyjścia. Dobrze, że sobie wszystko wyjaśniliśmy. Jesteśmy przyjaciółmi, prawda, Lauro? Przyjaciele sobie wybaczają i potrafią się dogadać. A my właśnie się dogadaliśmy. – Zaciska drugą rękę na moim boku tak mocno, że aż jęczę z bólu. – Prawda? – Wciska palce jeszcze mocniej. – Jesteś grzeczną dziewczynką i będziesz trzymała buzię na kłódkę. Wiesz, że jeśli zaczniesz chlapać ozorem, to nasi prawnicy cię zniszczą. Jeśli chodzi o obronę interesów mojej rodziny, nie będę miał żadnych sentymentów. Zapamiętaj to.

Ciszę w pomieszczeniu zakłóca mój chrapliwy oddech. Jeśli przez jedną, króciutką sekundę wydawało mi się, że to może być jakiś głupi żart ze strony Marcela, to teraz moje złudzenia runęły jak domek z kart.

Człowiek, którego darzyłam uczuciem, perfidnie mnie wyrolował. Jestem tym tak wstrząśnięta, że chcę jak najszybciej uwolnić się z jego brutalnych ramion, uciec gdzieś daleko i wyć z rozpaczy. Pozbyć się tej sukienki, butów i zniszczyć fryzurę, którą mi zafundował.

– Tak! – wykrztuszam, a on uśmiecha się jak szaleniec. – Dogadaliśmy się.

Wydaję z siebie skowyt, gdy wyciska na moim policzku mokry pocałunek i opuszcza pomieszczenie. Ścieram jego ślinę z twarzy tak gwałtownie, że aż piecze mnie skóra. Dygoczę cała, rozglądając się dookoła, jakbym weszła do labiryntu i nie potrafiła się z niego wydostać.

Muszę stąd wyjść. Muszę wrócić do mieszkania i zacząć pakować swoje rzeczy. Dokąd mam się przenieść?

Olga! Tak, muszę do niej zadzwonić i poprosić ją, żeby mnie przyjęła na parę dni, zanim ochłonę i zacznę planować, co robić dalej. Z trudem otwieram maleńką torebkę i wygrzebuję z niej telefon. Ledwo widzę na oczy z powodu łez, które rozpuszczają mi tusz do rzęs i sklejają powieki.

– Nienawidzę cię! Nienawidzę! Zapłacisz mi za to! – Dłonie mi się trzęsą, jakbym dostała jakiegoś ataku.

Wyciągam telefon i wstrzymuję oddech.

Kamera, którą uruchomiłam, aby nagrać występ Marcela, cały czas była włączona…

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

Dwadzieścia jeden – tyle mam na koncie punktów karnych, gdy zauważam za sobą policyjny radiowóz z włączonymi bulajami. Niebieskie światła odbijają się od ścian kamienic, które mijam, a charakterystyczny dźwięk niesie się echem jak w amerykańskim filmie gangsterskim.

Było miło, ale się skończyło. Zaczynam lekko zwalniać ze świadomością, że to koniec mojej przejażdżki na dzisiaj. Mrowienie w ciele się nasila, gdy spoglądam na prędkościomierz. Sto dwadzieścia kilometrów na godzinę przy takiej maszynie to jak pływanie rowerem wodnym po jeziorze – ale idealne, żeby stracić prawo jazdy.

Zerkam przez ramię, aby upewnić się, że radiowóz, który siedzi mi na ogonie, to Kia Ceed w wersji kombi.

Drogówka. Ja pierdolę.

Nie zastanawiając się długo, zjeżdżam na niewielką zatoczkę przy nieczynnym chwilowo przystanku autobusowym. Na całe szczęście ruch jakby nieco zelżał, co jak na standardy stolicy jest zdumiewające. Im mniej świadków mojego upadku, tym lepiej.

Gaszę silnik, ściągam kask i kominiarkę. Moją spoconą twarz otula przyjemny chłód sierpniowego wieczora. Gdybym należał do romantyków – a nie należę – być może pozachwycałbym się bezchmurnym niebem i spokojem, o który trudno w tym mieście. Okoliczności jednak są, delikatnie mówiąc, mało sprzyjające.

Zsuwam rękawice motocyklowe i pospiesznie czochram włosy. Przełykam gorycz, bo najprawdopodobniej zostanę uziemiony i skazany na firmowego kierowcę. Nie wspominając o ponownym egzaminie, żartach ze strony braci i matce, która – dumna jak paw – powtórzy po raz setny swoje: „A nie mówiłam?”.

Spokojnie, Dreks, podpowiada chochlik w mojej głowie. Być może los się nad tobą zlituje i skontroluje cię jakiś miłośnik motocykli, który na widok twojego cacka dostanie palpitacji serca i zapyta o silnik, wrażenia z jazdy i tym podobne. Ewentualnie będziesz mógł zaprezentować swoją legendarną bajerę przed świeżo przyjętą funkcjonariuszką, która jeszcze nie została skalana policyjnym syndromem statystyk.

Jest jeszcze trzecia opcja, najgorsza. I gdybym wierzył w Boga lub Potwora Spaghetti, to zacząłbym gorączkowo odmawiać modlitwę.

– Dobry wieczór, panie kierowco. Młodsza aspirant Kaczorowska.

Chyba jednak powinienem zacząć się modlić, i to bardzo żarliwie.

– Cóż za spotkanie. Kolejne… – Próbuję zapanować nad irytacją w głosie. – Końcówka wakacyjnego sezonu, piękna pogoda… Myślałem, że relaksuje się pani na zasłużonym urlopie.

Wredny uśmieszek rozciąga tę znaną każdemu warszawskiemu motocykliście twarz.

– Panie Dreks… Nic mnie tak nie relaksuje jak pana motocykl na moim wideorejestratorze.

Uśmiecham się sztucznie na to jakże „serdeczne” powitanie, choć w okolicy pępka czuję zaciskający się węzeł.

– Wie pan, co jest powodem kontroli?

Ty wiedźmo!

– Domyślam się, ale nie odmówię sobie przyjemności posłuchania pani przemiłego głosu.

Dałbym sobie rękę uciąć, że dostrzegam w jej zielonych oczach błysk podniecenia. Nie mam jednak do czynienia ze zwykłą funkcjonariuszką, więc nie powinienem kierować się tym, co wyrażają jej ślipia. Niejeden już dał się nabrać na jej uśmieszek, by po chwili skończyć z najwyższym mandatem, jaki tylko można dostać. Tej kobiecie nie można ufać – jest jak maleńki, słodki ratlerek, który szczerzy kły, gdy tylko się zbliżysz, żeby go pogłaskać.

Młodsza aspirant Izabela Kaczorowska, wśród braci motocyklowej znana jako Kaczka. Chuda, bezkształtna i irytująca. Fatum wszystkich warszawskich motocyklistów.

Legenda głosi, że po tym, jak porzucił ją jakiś miłośnik jednośladów, postanowiła dokonać wendety na każdym motocykliście, którego spotka na swojej drodze. Nie zdziwiłbym się, gdyby stawiała kreski w swoim pamiętniku za każdym razem, gdy odebrała komuś prawo jazdy.

– Jechał pan sto dwadzieścia kilometrów na godzinę w terenie zabudowanym. – Sapie, udając, że jest jej mnie żal. – Troszkę za dużo, panie Dreks. Kto jak kto, ale pan zna taryfikator na pamięć.

Poprawiam się na siedzisku, co jej czujne policyjne oczy natychmiast wychwytują. Sunie po mnie wzrokiem, jakbym był ostatnim facetem na ziemi, i zatrzymuje się w kilku strategicznych miejscach: na umięśnionych udach, szerokich barkach. Staram się zachować opanowanie, gdy poświęca znaczną uwagę mojemu kroczu. Naprawdę nie mam z tym problemu, gdy robi to jakaś seksowna blondynka ze ślipiami jak sarna, ale mam przed sobą Kaczkę – kobietę o głęboko osadzonych oczach, spiczastym nosie i wąskich ustach, słowem: personifikację wrednej czarownicy ze wszystkich znanych mi bajek dla dzieci. Brakuje jej tylko pieprzyka z włosem i miotły.

– Cóż mogę powiedzieć… – Chrząkam, ściągając brwi. – Ma pani świętą rację. Lubię popędzać moją dziewczynkę, a ona wie, czego pragnę. – Klepię moją Hondę tak, jakby to były kobiece pośladki. Kaczorowska przełyka ślinę, co trochę poprawia mi nastrój, bo być może uda mi się balansować na tych dwuznacznościach aż do momentu, gdy uzna, że zasłużyłem jedynie na pouczenie.

– Oj, panie Dreks… – rechocze pod nosem jak psychopatka. – Gdybym nie miała po dziurki w nosie tej pańskiej teatralnej szczerości, to może bym machnęła ręką na te popisy. Ale szczerze mówiąc, zaczyna mi to działać na nerwy. Postawa uroczego lekkoducha nie przysłoni pańskiej wręcz maniakalnej miłości do łamania przepisów.

Cholera, dzisiaj jest wyjątkowo oporna. Dzielili w policji premiami i nie było jej na liście zasłużonych?

– A jeśli powiem, że trochę mi się spieszy…?

Kaczka wpatruje się we mnie oceniająco niczym mojej świętej pamięci ciotka Marta – największa hetera w rodzinie Dreksów.

– Ta melodia już mi się osłuchała – psioczy. – Zawsze mówi pan to samo. Ile to mamy punktów na koncie?

Zaciskam zęby z wściekłości. Ta chora baba naprawdę ma radochę z dręczenia mnie. Przecież doskonale wie, ile ich mam, bo całą pulę, którą uzbierałem, zawdzięczam właśnie jej.

– Dwadzieścia jeden.

– Och!

Moja nadzieja na pouczenie zostaje pogrzebana, gdy Kaczka odrywa ode mnie wzrok i zerka na moją najnowszą Hondę. Swoim złowrogim spojrzeniem podnosi mi ciśnienie, bo nic mnie tak nie wnerwia jak jej beznamiętna, zimna ocena. Nawet kompletny laik widzi, że ta maszyna jest wyjątkowa. Ogarnia mnie niepokój, bo najwyraźniej będę musiał się mocno nagimnastykować, aby wyjść z tego spotkania bez szwanku.

– Tym razem mam poważny powód.

Policjantka wpatruje się we mnie z uniesionymi brwiami. Jej oczy wypalają mi dziurę w twarzy – nie dostrzegam w nich wiary w moją prawdomówność. Zatrzymywała mnie niezliczoną ilość razy, więc doskonale wiemy, czego możemy się po sobie spodziewać. W tym momencie bije od niej ekscytacja spowodowana pewnością, że złapie mnie na kłamstwie i ostatecznie zrzuci z motocykla na jakiś czas.

– Jestem zaintrygowana. A jakiż to powód jest uzasadnieniem łamania przepisów drogowych? Zanim się pan namyśli – drwi – pokaże mi pan prawo jazdy i dowód rejestracyjny.

Kurwa, myśl, Dreks. Wyduś z siebie jakąś bajeczkę, dodaj czarujący uśmiech i będzie po wszystkim. Ale co może sprawić, że ten kat odstąpi od egzekucji?!

Rozpinam szybko kombinezon, nie potrafiąc ukryć złości. Wyciągam dokumenty z wewnętrznej kieszeni, zmuszając jednocześnie synapsy mózgowe do wytężonej pracy. Nie mam żadnych kół ratunkowych. Nie mogę zadzwonić do przyjaciela, nie pomoże mi publiczność. Udaję więc zafrasowanego, gdy Kaczka ogląda moje prawko, jakby to było jej najbardziej wyczekiwane trofeum.

Rozglądam się dookoła, licząc na to, że natchnie mnie jakaś reklama, jakiś Bogu ducha winny człowiek. Pocę się z nerwów i mam nadzieję, że Kaczka nie dostrzega kropelek nad moją górną wargą. Nie mogę stracić prawka. Nie ma takiej opcji! Jestem dyrektorem do spraw marketingu w jednej z największych firm inwestycyjnych na Mazowszu i muszę mieć możliwość samodzielnego podróżowania! Nie mówiąc już o tym, że na samą myśl o zamknięciu motocykla w garażu chce mi się, kurwa, płakać!

Jak na złość słyszę w oddali ryk silnika. Obracam głowę w stronę, z której nadchodzi, muskając wzrokiem ogromną reklamę sklepu z artykułami dla niemowląt. Dźwięk jest coraz głośniejszy i po chwili dostrzegam motocyklistę na czerwonym Kawasaki.

Artur. Tylko on lubuje się w takich oczojebnych kolorach. Ja jestem miłośnikiem czerni, więc moja Honda ma w sobie elementy pokryte włóknem węglowym. Jest mroczna jak pieprzony grzech. Wyprodukowali jedynie trzysta takich sztuk – nie pozwolę, żeby tak unikatowa maszyna zbierała kurz w garażu.

Znajomy zwalnia, gdy dostrzega, że to ja jestem frajerem kontrolowanym na przystanku. Zauważa również, kto się nade mną znęca, więc w ramach męskiej i motocyklowej solidarności przejeżdża przed nosem Kaczorowskiej na tylnym kole. Słyszę jej warczenie pod nosem, gdy patrzy zdegustowana, jak Artur odjeżdża w siną dal. Duszę w sobie śmiech, zapamiętując jednocześnie, aby wysłać mu wiadomość z podziękowaniem, gdy moje męki się skończą.

– Wiem, że jest pan jednym z tych szczęściarzy, którzy nie mierzą czasu, ale mnie się trochę spieszy.

Przekręcam się ponownie w jej stronę. Bobas w pieluszce uśmiecha się do mnie z tej pieprzonej reklamy, jakby powiesili ją specjalnie, żeby mnie wkurzyć. Wyszczerz Kaczorowskiej jest coraz szerszy. Ona już wie, że spotka ją ten niebywały zaszczyt pozbawienia Michała Dreksa prawa jazdy. Upaja się tą chwilą i pewnie zaliczy dzisiaj z tego powodu mokry sen.

Nie mam pojęcia dlaczego, ale dzieciak na billboardzie sprawia, że tężeję – i to nie z powodu jego uroku. Mój mózg zaczyna generować coś, co teoretycznie może się udać. To cholernie idiotyczny pomysł – nawet jak na mnie – ale nie mam za bardzo pola do manewru. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, a „ryzyko” to drugie imię każdego Dreksa.

Obracam się w stronę Kaczorowskiej i staram się być śmiertelnie poważny.

– Spieszę się do szpitala.

Patrzy na mnie spod byka, czekając na ciąg dalszy.

– Moja dziewczyna jest na oddziale położniczym.

Usztywnia się jak struna, a ja ani drgnę, bo przecież muszę grać rolę przejętego tatusia. Mierzy mnie wzrokiem, przez który boję się mrugnąć. Ta niema potyczka trwa jakieś pięć sekund i jest to najdłuższe pięć sekund mojego życia. W końcu Kaczka wyciąga w moją stronę rękę i oddaje dokumenty. Odbieram je od niej i czuję, jak z moich barków spada tonowy głaz.

Kurwa, ale jaja! Chyba mi się udało.

Kiedy myślę już tylko o tym, aby nasunąć na łeb kask, jechać prosto do domu i nalać sobie szklaneczkę whisky dla uspokojenia, Kaczorowska mówi coś, co najprawdopodobniej zapisze się na ciemnych kartach historii mojego życia.

– Świetnie – syczy jak żmija, a mnie przechodzą dreszcze. – Proszę prowadzić! Z chęcią przejadę się z panem do szpitala, żeby to potwierdzić. Jeśli pan kłamiesz, to możesz się pożegnać z uprawnieniami!

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej