Bracia Dreks. Miłość jest blisko. Bracia Dreks, tom 1 - Kozłowska Paulina - ebook

Bracia Dreks. Miłość jest blisko. Bracia Dreks, tom 1 ebook

Kozłowska Paulina

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Miłość. Nadzieja. Szczęście. Są blisko.

Wojtek Dreks niedawno spędził noc z kobietą, która – nie mogąc pogodzić się z odrzuceniem – zaczyna go prześladować. Za namową zaniepokojonej rodziny, w obawie o swoje bezpieczeństwo, wynajmuje agencję ochrony. Nie spodziewa się jednak, że jego bodyguardem zostanie… kobieta, i to jeszcze o głowę niższa od niego!

Iga Daniec – młoda, ambitna profesjonalistka – niekoniecznie ma ochotę czuwać nad zdrowiem i życiem jakiegoś zarozumiałego biznesmena. Szczególnie teraz, gdy mierzy się z własnymi problemami.

Od początku relacja Igi i Wojtka jest pełna napięć, a współpracy nie ułatwia wyczuwalna między nimi chemia. Czy uda im się dojść do porozumienia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 399

Data ważności licencji: 2/14/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Miłość to najlepszy ze wszystkich drogowskazów, ale objawia się

często w nieoczekiwany sposób”.

Mój brat niedźwiedź

 

 

 

Copyright © Paulina Kozłowska

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Anna Koral

 

Korekta

Klaudia Opozda

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

Skład i łamanie

Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68742-33-6

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

– Chciałabym, żeby wszyscy chłopcy zniknęli z powierzchni ziemi! Jak dinozaury po uderzeniu meteorytu!

– Wcale tego nie chcesz. Chłopcy są fajni, a bez nich byłoby na świecie nudno.

Odrywam zapłakaną twarz od poduszki i spoglądam na mamę ze zdumieniem.

– Nieprawda! – krzyczę. – Nienawidzę ich! Ciągle się ze mnie śmieją i nazywają tyczką! A ten okropny Mariusz krzyczy na korytarzu, że jestem płaska jak deska!

Mama kręci głową ze strapioną miną, ale gdzieś w jej oczach dostrzegam zalążek uśmiechu. Czuję na plecach delikatny dotyk jej ciepłej dłoni i z zażenowania ponownie padam na łóżko, wydając z siebie dźwięki rodem z Parku Jurajskiego.

– Kochanie, nie przejmuj się…

– Co mam zrobić, żeby dali mi spokój?! – Nie daję za wygraną i podrywam się ponownie, żeby usiąść na łóżku po turecku. – Mam się malować jak cała reszta dziewczyn w klasie? Wypychać sobie stanik skarpetkami? – Spoglądam w dół i tam, gdzie bardzo chciałabym zobaczyć dwie spore półkule, widzę ledwo widoczne wzgórki.

Jestem ostatnią dziewczyną w klasie, która zaczęła nosić stanik, a i tak robię to tylko po to, żeby się ze mnie nie śmiali. Spokojnie mogłabym jeszcze przez rok paradować w sportowym topie, bo bardziej zaawansowana konstrukcja nie miałaby czego podtrzymywać.

Mama chrząka i marszczy swoje cudowne brwi, ewidentnie próbując ułożyć w głowie jakąś sensowną odpowiedź, która mnie pocieszy.

– Masz dopiero czternaście lat. Twoje ciało się jeszcze zmieni. Daj sobie czas. – Dotyka mojego policzka i z czułością ściera spływającą po nim łzę. – Prawdę mówiąc, wszyscy przechodzicie dosyć… zwariowany okres w swoim życiu. To, co mówią ci chłopcy, teraz nie ma żadnego znaczenia. Jesteś mądra, błyskotliwa i pomocna – recytuje moje zalety, ale wcale mnie to nie pociesza.

– Wolałabym być śliczna i głupia jak Marlena – rzucam bezmyślnie. – I mieć takie cycki jak ona. – Wystawiam przed siebie ręce i pokazuję, jak łaskawa była dla jednej dziewczyny z mojej klasy Matka Natura.

Mama trąca mnie, a ja posłusznie opuszczam je na kołdrę.

– To się liczy – mówi z powagą, po czymbierze moją dłoń, odgina jeden z palców i przykłada mi do skroni. – Tego nie odbierze ci nikt, rozumiesz? Twojej zaradności i mądrości. To one są dla kobiety najważniejsze. Bo mając te wszystkie cechy, zawsze sobie w życiu poradzisz, bez czekania na to, aż jakiś chłopak zwróci na ciebie uwagę.

– Mówisz tak, bo sama zawsze byłaś piękna i kształtna. Tata cały czas powtarza, że nie ma na świecie piękniejszej kobiety niż ty.

Na jej alabastrowej szyi pojawia się różowy odcień świadczący o tym, że moje słowa ją zawstydziły.

– Ale kiedy ja poznałam twojego tatę, miałam ponad dwadzieścia lat – mówi spokojnie z błąkającym się na ustach uśmiechem.

– Co to ma do rzeczy? – Wycieram nos w rękaw bluzy, rozmazując smarki na czarnym materiale.

Mama nie komentuje mojego zachowania, ale z pewnością czuje się tak, jakby cofnęła się do czasów mojego dzieciństwa, gdy przechodziłam bunt czterolatka. Wtedy też rzucałam się na łóżko z płaczem i wycierałam zasmarkany nos w cokolwiek, co było pod ręką.

– To, że wszystko jest piękne we właściwym czasie, Iguniu. – Gładzi mnie po rozczochranych włosach. – Dzwonek szkolny brzmi denerwująco o ósmej, ale pięknie o piętnastej.

Czuję ukłucie w sercu, ale zastanawiam się przez chwilę nad tym, co powiedziała.

– Chciałabym być kiedyś dla kogoś dzwonkiem o piętnastej… – Gdy wypowiadam te słowa, orientuję się, jak żałośnie brzmią.

Mama nie może powstrzymać śmiechu. Ten cudowny dźwięk łagodzi nieco mój nastrój i sprawia, że również mam ochotę się zaśmiać.

– Moja mała wojowniczko. – Mama chichocze lekko, a jej ciało pochyla się w moją stronę. – Ty z pewnością nie będziesz dla nikogo dzwoneczkiem.

– A kim? – pytam z nieufnością, bo przecież nie robiłaby mi nadziei, by po chwili zmienić zdanie.

Mama układa usta w dzióbek i stuka w nie palcem, udając teatralnie, że się zastanawia.

– Ty będziesz jak piorun – mówi po chwili. – Jak mocny błysk, któremu towarzyszy trzęsący szybami huk. I stanie się tak, nawet jeśli twoje piersi nie urosną. Bo ktoś pewnego dnia pokocha cię taką, jaka jesteś.

Rozdziawiam usta. O kurde! Czuję się, jakby zdradziła mi najpilniej strzeżoną tajemnicę. Chyba mi się to podoba.

Tylko kiedy to się stanie?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

Trzynaście lat później…

 

– Rozpoczynamy nowy tydzień od wspaniałej wiadomości, moja kochana! Tylko popatrz!

Teczka w kolorze wściekłej czerwieni ląduje na moim biurku w chwili, gdy sięgam po kubek. Przełykam łapczywie ślinkę na myśl o czekającej mnie rozkoszy ukrytej pod postacią gorącej kawy z dodatkiem syropu dyniowego, bitą śmietaną na wierzchu i posypką z wiórków czekoladowych. Moi współpracownicy i ojciec uważają, że profanuję ten najcudowniejszy z napojów, ale dla mnie – osoby powszechnie znanej jako miłośniczka kaw smakowych – jest to idealny sposób, aby w ciągu dnia nakarmić mózg odrobiną cukru.

– Twój najnowszy podopieczny. Czysty niczym dziewica – ćwierka Milena, moja asystentka. Strzeże mojego biura niczym mitologiczny Cerber wejścia do świata zmarłych, a do tego ma tak różowe włosy, że wygląda jak lizak Chupa Chups o smaku truskawkowym.

Unoszę brew i muskam językiem bitą śmietanę, która oblepia powierzchnię kawy. Zasysam lepką masę, na co Milena parska śmiechem.

– Dziewica?! – mruczę z rozkoszą, bo to określenie oznacza, że klient nigdy wcześniej nie korzystał z usług tego typu.

– Tak, złotko. – Milena puszcza mi oczko.

– Nietknięty i w czerwonej teczce. Intrygujące – ekscytuję się, dając jej znać skinieniem palca, żeby wyjęła dokumenty na stół. Zachęcam ją, by opowiedziała mi co nieco o nowym zleceniu, zanim zapoznam się z nim osobiście i przeanalizuję to, co przygotował mi Dział Pozyskiwania Informacji naszej agencji.

Oczywiście różowowłosa nie byłaby sobą, gdyby nie otwierała teczki z teatralnym pietyzmem, niemal podśpiewując pod nosem. Po jej reakcji przeczuwam, że tym razem ojciec podpisał umowę z kimś niezmiernie interesującym. Milena jako pierwsza ma wgląd do akt sprawy, zaraz po tym jak formalności dopną szef – czyli mój ojciec – oraz klient. Ja jestem tylko szarym pionkiem od brudnej roboty, który zawsze dowiaduje się o wszystkim na końcu.

– Ty mała szelmo, skończysz wreszcie swoje przedstawienie i powiesz mi, w czym rzecz? – Staram się, żeby mój głos brzmiał karcąco, ale wydaję z siebie coś na kształt przytłumionego śmiechu.

Milena pokazuje mi język, pośrodku którego znajduje się maleńki srebrny kolczyk. Gdy go widzę, przechodzą mnie dreszcze na wspomnienie jej spuchniętej buzi i sepleniącego bełkotu zaraz po przekłuciu. Dziewczyna siada po drugiej stronie biurka i z westchnieniem zapada się w puszystym fotelu z poduszkami.

W naszej agencji mamy trzy kolory teczek do oznaczania trudności spraw. Działa to podobnie jak triaż na szpitalnym oddziale ratunkowym, gdzie kod czerwony to stan zagrożenia życia, żółty – stan poważny, ale stabilny, zielony zaś to znak, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego i standardowe procedury są wystarczające. Wygląda więc na to, że nasz najnowszy nabytek ma spore kłopoty i wymaga ochrony dwadzieścia cztery godziny na dobę, z uwzględnieniem środków specjalnych.

– Wojciech Dreks… – zaczyna Milena, niemal wciskając palce w kartkę papieru, którą się posiłkuje, nie chcąc pominąć żadnego istotnego szczegółu. Robi sugestywną pauzę i szczerzy do mnie swoje królicze jedynki, jakby mężczyzna, o którym mówi, pochodził co najmniej z dynastii Windsorów.

Ściągam brwi i wzruszam ramionami. Najwyraźniej powinnam wiedzieć, kim jest Wojciech Dreks, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć.

– Nie wiesz, kto to – stwierdza zrozpaczona Milena i wolną ręką kreśli znak krzyża, jakbym z powodu swojej ignorancji była stracona dla świata.

Cóż mogę poradzić na to, że nie mam bladego pojęcia, kim jest ten człowiek? Jego nazwisko kompletnie nic mi nie mówi, a obracam się w vipowskich kręgach od przeszło trzech lat. Podejrzewam, że może to być jakiś ekscentryczny starzec, który zabunkrował się na wiele lat w swojej mrocznej rezydencji i u schyłku życia postanowił zwiedzić świat, ale boi się o własne bezpieczeństwo.

– A powinnam wiedzieć?

– Tak! – piszczy różowowłosa i pochyla się w moją stronę. – Jeśli jesteś młodą i atrakcyjną kobietą w wieku rozrodczym, to owszem, powinnaś wiedzieć, kim jest ten ogier!

Składam buzię w ciup, jakbym chciała zagwizdać.

– Jestem atrakcyjną młodą kobietą?

– Owszem, ale zdajesz się tego kompletnie nie dostrzegać. – Wywraca oczami, widząc, jak zaciskam usta, powstrzymując wybuch śmiechu. – Najwyraźniej los próbuje ci pomóc, podtykając pod nos megaciacho, skoro nie potrafisz znaleźć go sama.

– Cóż za głęboka analiza mojej osobowości! – naśmiewam się, splatając dłonie, po czym kładę je na szarym materiale koszuli, która marszczy mi się na brzuchu. – Szkoda tylko, że romansowanie z naszymi klientami jest surowo zabronione i nie ma mowy, żeby los podtykał mi pod nos akurat pana… Dreksa. – Udaję, że nie pamiętam nazwiska mężczyzny, żeby jeszcze trochę się z nią podroczyć. – Do brzegu, kochana!

Przygotowuję się mentalnie na najgorszy z możliwych typów klienta. Zestawienie słów „młody” i „mężczyzna” wywołuje w moim ciele dreszcz przerażenia. W swojej trzyletniej karierze w Agencji Ochrony Daniec Protekt miałam pod skrzydłami wielu swoich równolatków, ale szczególnie zapadł mi w pamięć jeden taki osobnik. Nie wspominam tej współpracy najlepiej. Oprócz profesjonalnej ochrony, którą zapewniałam, zdarzało mi się również prasować mu koszule i biegać do apteki po Gripex, bo jełop nie miał pojęcia, co począć z własną gorączką. Po tym przeżyciu zapowiedziałam ojcu, że nie będę się już bawić w niańczenie bogatych trzydziestolatków.

Najwyraźniej tatuś uznał, że moją cierpliwość można testować niczym wytrzymałość elastycznej gumy.

– Dobra… słuchaj uważnie, bo to jedna z tych historii, które wywołują u mnie rumieniec. – Milena dmucha na swoją krótką grzywkę, która dzisiaj wygląda, jakby dziewczyna wpadła w sidła pijanego fryzjera.

A co najbardziej mnie intryguje – jej policzki naprawdę pokrywają się szkarłatem.

– Nie pamiętam, żebyś czerwieniła się nawet wtedy, gdy przyszedł tutaj ten słynny aktor filmów akcji.

– Bo okazało się, że nie wygląda tak wspaniale jak w serialu.

Nie mogę się powstrzymać i wybucham śmiechem.

Boże, uwielbiam tego dzieciaka. Gdyby rodzice mieli mnie w przeszłości obdarzyć siostrą, to bardzo bym chciała, żeby miała osobowość Mileny.

– Wojtek Dreks… lat trzydzieści trzy – zaczyna od nowa, natychmiast poważniejąc. – Stoi na czele firmy Dreks i Synowie, którą przejął po swoim ojcu dwa lata temu, gdy ten uznał, że pora na emeryturę. Jest głównym dyrektorem i pracują z nim jeszcze dwaj jego bracia, również na dyrektorskich stołkach. Średni ma na imię Michał i rządzi Działem Promocji, a najmłodszy, Maciej odpowiada za finanse. – Robi pauzę i oblizuje usta ze spojrzeniem wygłodzonej tygrysicy. – Wszyscy wyglądają jak mokry sen niewinnych i niezdeprawowanych kobiet. – Mruży oczy w przypływie ekstazy, by po chwili się opanować. – Skupują interesujące krajobrazowo tereny i budują na nich hotele marzeń. Kojarzysz Calineczkę, tego molocha nad Bałtykiem?

Cholera! Dreks. Dreks. Dreks… Coś mi jednak mówi to nazwisko. Gdy Milena wspomniała o branży hotelowej, jakaś zapchana rura w moim mózgu w końcu się odetkała.

– Coś mi świta. Czy to nie ten obiekt, o którym mówią, że sięga samej plaży i psuje widok?

– Tak, skarbie! – Milena zaczyna bić mi brawo niczym arystokratka w filharmonii. – Jakiś mafioso chciał tam wybudować azyl dla swoich kumpli, ale go przymknęli. Jego żona sprzedała nieruchomość gminie, a do wójta jak książę na białym koniu zgłosił się Wojciech Dreks. Wykupił wszystko, uwolnił włodarzy od tego gorącego kartofla i zrobił tam pięciogwiazdkowy hotel z czterema basenami i mini aquaparkiem.

Jestem pod wrażeniem, że ona to wszystko wie. Pomijam milczeniem język, jakim opisuje światek przestępczy – z pewnością oglądała za dużo CSI czy innego crime fiction.

– Jesteś niczym najlepszy komputer w Pentagonie – mruczę z uznaniem, na co uśmiecha się dumna.

– Za to płaci mi twój ojciec. No więc… nasz adonis ma problem z pewną panną, z którą raz się umówił, a uściślając… którą DOGŁĘBNIE POZNAŁ. – Ostatnie dwa słowa wymawia w taki sposób, że nie mam wątpliwości, o jaki typ poznania jej chodzi.

Prostuję się na krześle, bo nie tego się spodziewałam. Do tej pory miałam do czynienia z osobami, które potrzebowały ochrony ze względu na swoje koneksje rodzinne lub majątek, a nie zawód miłosny. Powiedzieć, że czuję się zaintrygowana, to nic nie powiedzieć.

Milena dostrzega moje poruszenie i zaczyna uderzać palcem wskazującym w dolną wargę.

– Mamy go chronić przed kobietą? Ale dlaczego? – Mój mózg pracuje na najwyższych obrotach.

Nie spodziewałam się, że przedstawicielki mojej płci są aż tak niebezpieczne. Owszem, słyszałam historie o niezrównoważonych wariatkach uganiających się za Bogu ducha winnymi facetami, ale nie do tego stopnia, żeby ci wnioskowali o ochronę.

– Grozi mu ujawnieniem sekstaśmy, którą nagrała bez jego wiedzy podczas ich wspólnych igraszek – wypala Milena na jedynym wydechu, a ja niemal natychmiast zachłystuję się powietrzem.

– Żartujesz?!

Gdyby ktoś popatrzył na nas z boku, uznałby, że zachowujemy się jak typowe plotkary: ona opowiada, a ja wzdycham i sapię, zbierając szczękę z podłogi.

Milena przymyka powieki i przykłada dłoń do piersi niczym nobliwa staruszka przed ołtarzem.

– Bynajmniej. Po jednej z suto zakrapianych imprez zaprosiła go do siebie na drinka. Pan Dreks skorzystał z okazji, jak na pożeracza niewieścich serc przystało, ale przypłacił to gorącym nagraniem.

Jasny. Gwint.

Jestem totalnie oszołomiona. Nie wyobrażam sobie stosować wobec drugiego człowieka tak parszywych zagrywek. Nagrywanie wspólnej nocy bez wiedzy drugiej strony? Jezu Chryste, to wstrętne!

Nie należę do pruderyjnych kobiet, ale bliskość jest dla mnie czymś niezwykle intymnym i zarezerwowanym dla mężczyzny, któremu ufam choć w minimalnym stopniu. Nie zdarzyło mi się nigdy – a mam już dwadzieścia siedem lat na karku – przespać się z facetem, którego nie znałam, lub takim, którego poznałam chwilę wcześniej w barze.

Zaczynałam współczuć temu całemu Dreksowi, że został tak nieczysto potraktowany. Nikt, do cholery, nie chce, aby jego seksualne igraszki były dystrybuowane niczym nagranie na darmowych stronach porno – a przynajmniej nie bez wyraźnej zgody.

– No dobrze. – Powracam do rzeczywistości. – Ale co my, jako agencja ochrony, mamy poradzić na jego sekstaśmę?

– Sekstaśma to tylko jeden z elementów jej szantażu. Oprócz tego wysyła mu listy z pogróżkami i wydzwania do firmy, bawiąc się w głuche telefony. Do tego zaczęła go śledzić i niszczyć jego mienie. W ciągu ostatniego miesiąca trzykrotnie włamała się na teren jego posiadłości i zrobiła w niej sporą rozpierduchę. – Milena wyciąga palce i zaczyna na nich wyliczać: – Wybiła szyby w oknach, zdewastowała ogrodowe tuje, a najświeższy popis jej umiejętności to wylanie krowiego łajna tuż przed jego bramą.

– Wylała mu krowie gówno pod domem? – Oczy mało nie wychodzą mi z orbit. Robi się coraz ciekawiej.

– Tak, siostro! – Milena cmoka i uśmiecha się jak chochlik. – Mamy nagranie z kamer, jak podjeżdża jakimś rupieciem bez tablic, wyciąga wiaderko łajna i chlusta nim na bramę wjazdową. Śmiem twierdzić, że kobieta ma problemy psychiczne, i to poważne. Ewentualnie Dreks tak jej dogodził, że postradała rozum od dobrego bzykanka. – Zaśmiewa się z własnego żartu, a ja przywołuję ją do porządku swoim pozornie srogim spojrzeniem.

Co za historia.

Mam ochotę złapać się za głowę, ale jednocześnie odczuwam mrowienie ekscytacji na całym ciele. Uwielbiam podnosić sobie poprzeczkę i wręcz nie mogę się doczekać, aż wraz z zespołem zaczniemy uzgadniać plan ochrony pana Dreksa. W przypadku naszej zgranej ekipy sprawdza się powiedzenie, że im trudniej, tym ciekawiej. Nie każdy musi być taką sierotą jak mój osławiony klient od Gripeksu.

Więcej wiary w ludzi, panno Daniec!

– Policja powiadomiona?

– Oczywiście. Babsztyl zapadł się pod ziemię jak Houdini. Komendant miejski zaczyna się pocić z nerwów, bo Dreksowie to szychy, jakich mało, a kobieta wodzi ich za nos. Właśnie z tego powodu bracia namówili Wojtka na prywatną ochronę.

– Daj mi teczkę. – Wyciągam w jej stronę rękę i przechwytuję papiery.

Przeglądam je, czując na sobie spojrzenie Mileny. Pewnie czeka na moją reakcję, ale potrafię kamuflować swoje emocje jak mało kto. Od dziecka dogryzali mi w domu, że wszystko spływa po mnie jak po przysłowiowej kaczce. Na zewnątrz faktycznie tak właśnie wyglądałam: trochę znudzona i nad wyraz poważna. Wewnątrz jednak szalała burza, którą tylko ja potrafiłam okiełznać.

Jestem stuprocentowym zodiakalnym Skorpionem – nerwowa, pamiętliwa, ale sumienna i oddana swojej robocie bez reszty.

Wertuję kartki z informacjami o nieruchomościach, samochodach i najbliższych znajomych. Na ten moment robię to pobieżnie, bo lubię analizować dane w zaciszu własnego mieszkania. Widząc liczbę zgromadzonych papierów, zaczynam uświadamiać sobie, jakim krezusem jest Wojciech Dreks. Nikt o normalnych dochodach nie ma czterech aut za dwieście tysięcy każde i trzech mieszkań zlokalizowanych w różnych krajach Europy, o majątku zgromadzonym w kraju nie wspominając. Najwyraźniej mój nowy podopieczny śpi na pieniądzach.

Ta myśl sprawia, że na moment nieruchomieję.

– Skoro ma tyle kasy, dlaczego jej nie zapłaci, żeby się od niego odczepiła? – pytam, miętosząc suche usta.

Zdecydowanie powinnam je czymś posmarować. Gdybym miała cokolwiek do ich pielęgnacji, rzecz jasna.

– Próbował. – Milena rozkłada bezradnie ręce. – Nie od razu przyznała się do nagrania ich stosunku. Dopiero gdy Dreks próbował ją spławić, kupując drogie prezenty na pożegnanie, uświadomiła mu, że ma filmik. Powiedziała, że nie chce pieniędzy, tylko jego.

Gwiżdżę pod nosem. Czuję się, jakbym czytała scenariusz Fatalnego zauroczenia albo innego porąbanego thrillera. Ciekawe, czy stalkująca Dreksa kobieta przypomina Glenn Close.

No właśnie.

– Mamy jej fotografię?

– Policja ma nam podesłać maila z jej zdjęciem najpóźniej jutro. – Milena przewraca oczami. – Trwa dyskusja, czy mogą nam udostępnić fotkę z akt sprawy. Ale na dziewięćdziesiąt dziewięć procent będziemy ją mieli. Przecież musimy wiedzieć, przed kim go chronić.

Sprawa wydaje się oczywista, ale dla zachowania pozorów policja lubi czasami utrudniać nam działania. Zapewne już zaczęli nad tym pracować ludzie z naszego Działu Prawnego, więc chwilowo się o to nie martwię.

– Najwyraźniej pan Dreks to rzeczywiście okaz, jakich mało – mamroczę, docierając do ostatniej przezroczystej koszulki, w którą Milena wsunęła kilka fotografii: między innymi rodziców naszego nowego klienta i jego braci.

Z uznaniem spoglądam na idealnie pasującą do siebie parę po siedemdziesiątce. Mężczyzna, podpisany na zdjęciu jako Andrzej, wygląda jak sobowtór George’a Clooneya – ma olśniewający uśmiech z dołeczkami w policzkach i niebieskie oczy, w których dostrzec można inteligencję i charyzmę. Kobieta u jego boku – Hanna Dreks – ma krótkie blond włosy i szeroki uśmiech, dzięki któremu wygląda jak zwyczajna pani z sąsiedztwa, parająca się urzędniczą pracą.

– Wyglądają na miłych – oceniam szczerze, choć doskonale zdaję sobie sprawę, jak nadziani są ci ludzie i jakim interesem zarządzali przez całe swoje życie.

– Podobno tacy są. – Milena potwierdza moje przypuszczenia. – Ich wizerunek jest kryształowy. Żadnych zatargów w biznesowym świecie i ani jednej skargi pracowniczej przez dwadzieścia lat na rynku przejmowania nieruchomości.

Kolejny raz zadziwia mnie, że ludzie, którzy dysponują ogromnymi pieniędzmi, wyglądają tak… zwyczajnie. Bez świecenia metkami i tym podobnych.

– Mam wrażenie, że ci, którzy dorobili się majątku uczciwie, są o wiele bardziej powściągliwi w chwaleniu się dobrobytem. Podobno pieniądze lubią ciszę.

Milena patrzy na mnie z zachwytem, jakbym była nowym wcieleniem Platona.

– Niestety nie można tego samego powiedzieć o ich synach. Szczególnie o tym najstarszym. Oglądaj dalej.

Odkładam na biurko fotografię seniorów i wydaję z siebie przeciągłe zbolałe westchnienie na widok młodszej kopii Andrzeja Dreksa. Zatrzymuję spojrzenie na uśmiechniętym mężczyźnie po trzydziestce z włosami czarnymi jak lśniąca smoła i oczami w kolorze ciemnego piwa.

Cholera! Rzeczywiście wygląda tak, że klękajcie narody. Pomimo tego, że zdjęcie zostało wykonane w jakiejś knajpie i połowę jego ciała zakrywał masywny dębowy stół, to widać, że Wojciech jest bardzo wysoki i dobrze zbudowany. Być może nie ma sześciopaku i ramion jak Hulk, ale jego postawa wskazuje na zamiłowanie do sportu.

– Już się zakochałaś?

Odrywam wzrok od przystojnej twarzy rasowego biznesmena i patrzę na Milenę wzrokiem bazyliszka.

– Bardzo zabawne. Potrzeba czegoś więcej niż pięknych oczu, żebym coś poczuła – rzucam kąśliwie. – Poza tym wygląda jak większość naszych klientów. Śmiem twierdzić, że bywali tu znacznie przystojniejsi od niego.

Kłamię jak z nut i Milena doskonale o tym wie. Zazwyczaj z naszych usług korzystają wymuskani milionerzy, obwieszeni metkami i błyskotkami, lub zacni starsi panowie z sygnetami na palcach i farbowanymi włosami. Patrząc na fotografię Wojciecha Dreksa, mam wrażenie, że ktoś rozpylił w pokoju orzeźwiającą bryzę. I nie chodzi wcale o to, że gość ma piękną buźkę. Bardziej fascynuje mnie pewna witalność, która od niego bije. Nie wygląda jak nudziarz i domator, ale jak człowiek w ciągłym ruchu, nieustannie goniący króliczka. Z jednej strony mnie to przeraża, bo tacy są zazwyczaj krnąbrni i nie współpracują zbyt chętnie. Z drugiej zaś oznacza to, że będę musiała być maksymalnie skupiona na zadaniu i zapewnieniu mu bezpieczeństwa.

– Chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz! – Milena łypie na mnie, jakby miała ochotę przetrącić mi kark. – Który był niby przystojniejszy?

Pozornie zamyślonauciekam spojrzeniem w bok, udając, że szperam w pamięci, przeszukując cały katalog naszych byłych i obecnych klientów. Niestety żaden mężczyzna nie przychodzi mi akurat do głowy, więc Milena obwieszcza swój mały sukces mocnym klaśnięciem w dłonie.

– Tak myślałam, oszustko! – dogryza mi, zakładając nogę na nogę. – Jest jeszcze ciekawostka. Zostawiłam ją sobie na koniec.

Ściągam brwi tak mocno, że zapewne mam na środku czoła coś na kształt jednej puchatej kreski. Analizuję pospiesznie to, co usłyszałam do tej pory. Coś mi ewidentnie umyka. Czy to przez atrakcyjną aparycję nowego klienta? Mam nadzieję, że nie.

– Wiesz, że nie lubię niespodzianek.

Milena mruży jedno oko i celuje we mnie palcem.

– Nie dziwi cię, że ojciec przydzielił ci do ochraniania prawie dwumetrowe, wyrzeźbione jak Posejdon ciacho?

Poprawiam się niespokojnie – krzesło aż skrzypi pode mną złowieszczo. Czy jestem tym zdziwiona? Absolutnie nie. Wielu ludzi sądzi, że ochroniarz musi mieć muskulaturę Batmana i wyraz twarzy jak Brudny Harry. Nic bardziej mylnego. Prywatny ochroniarz ma za zadanie otaczać klienta kordonem bezpieczeństwa bez zwracania na siebie uwagi. Jego siłą są wiedza oraz umiejętność planowania i radzenia sobie w chwili kryzysu.

W czasie swojej kariery znalazłam się w przeróżnych podbramkowych sytuacjach, ale ani razu nie musiałam używać siły fizycznej albo środków przymusu. Zawsze wiedziałam, jak się zachować, i byłam przygotowana na wszelkie okoliczności, a dobry plan niwelował zagrożenia. Dlatego nasza agencja była tak rozchwytywana.

– Oświeć mnie, bo najwyraźniej tego potrzebuję.

Podczas gdy Milena zbiera się do udzielenia odpowiedzi, mam okazję dopić dyniowe latte do końca i wylizać brzegi kubka z resztek bitej śmietany. Czuję, jak endorfiny szczęścia buzują mi w żyłach, a umysł wyraźnie się orzeźwia.

Zerkam na zegarek. Dochodzi trzynasta, więc czekają mnie jeszcze dwie godziny papierologii. Przed rozmową z Mileną kończyłam ostateczny raport z ochrony znanej piosenkarki, która zrezygnowała z naszych usług z powodu wyprowadzki na Kretę. Każdy nasz klient ma w archiwum swoją półkę z pełną dokumentacją historii ochraniania. To wymysł mojego ojca – człowieka ceniącego słowo pisane.

– Zostałaś wytypowana, ponieważ pan Dreks w przyszłym miesiącu wybiera się w podróż, która ma na celu udobruchanie jego oponentów.

Nachodzą mnie złe przeczucia, a lśniące zielone oczy Mileny tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że za chwilę usłyszę coś, co zwali mnie z nóg.

– Na początku marca ma nad morzem ważne spotkanie w sprawie wykupienia jakiejś łąki czy czegoś takiego. Podobno mieszkańcy nie są z tego powodu zadowoleni i planują protest na czas jego przyjazdu. Nie może pokazać się tam z armią ochroniarzy. – Moja asystentka zawiesza znacząco głos i wstrzymuje oddech, wydymając policzki. – Wstępny plan jest taki, że będziesz towarzyszyła mu incognito. Nikt nie może się nawet domyślać, że zajmujesz się jego ochroną.

Wydaję z siebie jęk pełen rozpaczy. Zdaję sobie sprawę, co to dla mnie oznacza. Hasło „incognito” brzmi interesująco tylko w filmach, w których postawny facet ubiera ciemny garnitur i okulary przeciwsłoneczne. Dla kobiety oznacza to jedno: będzie zmuszona wcielać się w rolę, której absolutnie nie chce. Miałam już na koncie funkcję makijażystki i psiapsiółki. Kim będę u boku Wojtka Dreksa?

Milena najwyraźniej czyta mi w myślach, bo natychmiast rozwiewa moje wątpliwości.

– Wstępnie brane są pod uwagę dwie opcje. Będziesz jego asystentką albo… dziewczyną.

Dziewczyną?!

Przez chwilę piorunuję ją wzrokiem, doszukując się potwierdzenia, że to jakiś żart. Ona jednak znosi to z powagą i kręci głową, niszcząc moje płonne nadzieje.

– Żartujesz sobie?! – Mój głos przypomina jęk zarzynanej kury. – Od kiedy mamy w ofercie odtwarzanie… takiej roli jak PARTNERKA? Czy to pomysł mojego ojca?!

Twarz Mileny zmienia kolor na trupio blady.

– Z tego, co wiem, wpadli na to z Edwardem. Bardzo im zależy, żeby mieć Dreksa w naszym vipowskim portfolio. To szycha, do cholery!

Czemu nie dziwi mnie, że mózg mojego wujaszka mógł wygenerować taką głupotę? To właśnie przez niego musiałam kiedyś przez dwa miesiące udawać makijażystkę pewnej gwiazdy, choć pojęcie o makijażu mam takie samo, jak o fizyce kwantowej. Naprawdę nie mam pretensji o to, że sugerują mi rolę asystentki. Występowanie u boku Wojciecha jako jego dziewczyna to już jednak szczyt wariactwa!

Miałam zerknąć jeszcze na fotografie pozostałych braci Dreks, ale jak to mówią: to nie zając – nie ucieknie. Postanawiam zamiast tego natychmiast rozmówić się z ojcem. Stawianie mnie w takiej sytuacji i oczekiwanie, że będę udawała czyjąś dziewczynę, mając pod marynarką broń, jest co najmniej irracjonalne.

– Niech sam sobie udaje! – pokrzykuję wojowniczo.

Odpycham od siebie krzesło tak mocno, że przewraca się na podłogę. Wychodzę z biura sztywna niczym żołnierz, przecinam korytarz i wparowuję do gabinetu ze złotą grawerowaną tabliczką na drzwiach: Tomasz Daniec – dyrektor. Tuż za plecami słyszę szybkie kroki Mileny i jej mamrotanie, żebym się uspokoiła, bo za chwilę swoim zachowaniem doprowadzę do nikomu niepotrzebnej awantury.

– Córeczko…

– Co to ma znaczyć? Teraz mamy w statucie agencji prostytuowanie się dla podniesienia bezpieczeństwa klienta?! Daj mi jeszcze kozaki do połowy uda i wysadź na Rodeo Drive!

Ojciec wybałusza na mnie oczy i unosi się nieznacznie z fotela. Zastyga tyłkiem kilka centymetrów nad siedziskiem, a jego bujny wąs porusza się jak psi nos w trakcie węszenia.

– Iguniu!

– Nie iguniuj mi tutaj! Co jest grane?! Dlaczego o tak istotnych sprawach jak scenariusz działań dowiaduję się jako ostatnia?

Zawsze zdrabnia moje imię, gdy chce mnie szybko udobruchać. Splatam ramiona na piersi i tupiąc nogą, oczekuję na jego wyjaśnienia.

Ojciec prostuje się w sposób, którego nie widuję u niego zbyt często – wygląda, jakby czuł się przytłoczony lub zawstydzony moim zachowaniem. Może coś mu dolega? Ostatnio narzekał na bóle kręgosłupa. Być może za dużo trenuje. Po siedemdziesiątce dostał pierdolca na punkcie dbania o tężyznę fizyczną: kilka razy w tygodniu chodzi na siłownię i opłaca prywatnego trenera, który niby dostosowuje poziom ćwiczeń do jego wieku. Co nie zmienia faktu, że jego ciało nie jest tak wydolne i sprawne jak jeszcze dwadzieścia lat temu.

Lustruję uważnie jego zaczesane do tyłu szpakowate włosy i niebieskie oczy osadzone na szczupłej twarzy z wystającym podbródkiem. Na szczęście nie jestem do niego w ogóle podobna, bo gdybym odziedziczyła po nim żuchwę, to już dawno leżałabym na stole chirurga plastycznego.

– Teraz nie jest najlepszy moment – udaje mu się w końcu przemówić.

– Dlaczego szepczesz, do cholery? – pieklę się coraz bardziej, a tuż za moimi plecami Milena zaczyna nerwowo krążyć, jakby odstawiała taniec godowy.

Ojciec przymyka powieki na ułamek sekundy, by po chwili niemal wysyczeć w moją stronę:

– Bo nie jesteśmy tutaj sami.

Wstrzymuję oddech. Tylko nie to!

– Rozumiem, że to ta opanowana, profesjonalna i kompetentna ochroniarka?

Szarpię się do tyłu na dźwięk nieznanego męskiego głosu. A raczej czegoś, co przypomina mruczenie.

Przerażenie zaczyna pełznąć wzdłuż mojego kręgosłupa, gdy rozglądam się sztywno po gabinecie. Serce łomocze mi jak dzwon, gdy odwracając się w prawo i spoglądając w stronę części wypoczynkowej, dostrzegam trzy męskie sylwetki ubrane w szykowne garnitury. Panika zasnuwa mi oczy szarą mgłą, kiedy jeden z nich podnosi się z kanapy i rusza w moją stronę.

Jasna cholera! Powiedziałam przed chwilą na głos coś o prostytuowaniu się i wysokich kozaczkach. Chcę zapaść się pod ziemię!

Milena jęczy tak głośno, że czuję jej lament w centralnym punkcie klatki piersiowej. Chyba pora przyznać, że moje żelazne opanowanie czasami mnie zawodzi. Szczególnie wtedy, gdy zaczynam zdawać sobie sprawę, że swoją impulsywnością mogłam zaprzepaścić szansę ojca na pozyskanie majętnego klienta. Najwyraźniej wparowałam do jego gabinetu właśnie w takiej chwili.

– Dzień dobry, czy pani jest tą słynną Igą? – słyszę ciepły męski głos. Unoszę wzrok, który do tej pory wlepiałam w szarą wykładzinę, i dostrzegam wyciągniętą opaloną dłoń.

Jestem Igą? Bo mam wrażenie, że dudniąca krew wysadziła mi mózg w powietrze.

– Yyy… t-tak…

Spoglądam na twarz nieznajomego i przełykam ślinę tak mocno, że bolą mnie mięśnie szyi. Przed sobą mam mężczyznę o ciemnobrązowych włosach i roześmianych oczach koloru zasnutego chmurami nieba. W dziesięciostopniowej skali oceniam go na piętnaście, takim jest przystojniakiem. Jest coś znajomego w tej kwadratowej twarzy o wydatnych ustach. Czy ja go już wcześniej widziałam?

– Bardzo miło mi panią poznać. Nazywam się Michał Dreks – odzywa się przystojniak, podczas gdy ja stoję jak słup soli.

No tak! Ależ jestem głupia. Mój mózg zaczyna łączyć fakty niczym Antoni Piechniczek rozpracowujący taktykę meczu naszej reprezentacji. Dreks. Wojciech Dreks. Michał Dreks. Bracia Dreks! Podobni przystojniacy – stąd miałam wrażenie, że gdzieś go już widziałam.

Pospiesznie wyciągam dłoń, pozwalając, by oplotły ją ciepłe palce mężczyzny. Mam przed sobą jednego z braci, o których opowiadała mi chwilę wcześniej Milena, ale głos, który ze mnie drwił, z pewnością nie należy do niego. Tamten był wręcz szorstki od irytacji i wrogości, podczas gdy Michał Dreks wypowiada się spokojnie i w sposób niezwykle miły dla ucha.

– Najmocniej państwa przepraszam. – Mój ojciec postanawia ratować sytuację. – Moja córka bywa czasami subtelna jak tsunami.

Mam ochotę warknąć, że mógłby sobie darować usprawiedliwianie mnie w taki sposób. Nie mam już pięciu lat, żeby zwalał wszystko na moje emocjonalne rozchwianie.

Michał Dreks śmieje się pod nosem i spogląda przez ramię na swoich towarzyszy siedzących pod ścianą.

– Coraz bardziej mi się to podoba! – mówi, upychając dłonie w kieszeniach spodni szarego garnituru. – Widać, że wiele was łączy. Dogadacie się.

Gdzieś od strony kanapy słyszę ciche prychnięcie. Unoszę głowę, by zerknąć w tamtym kierunku, ale widok siedzącego typa przysłania mi kolejny mężczyzna idący w moją stronę. Nie mogę uwierzyć, że natura postanowiła powołać do życia kolejnego tak idealnego faceta.

– Bardzo miło mi panią poznać… – Jego dłoń wystrzela w moją stronę. – Maciej Dreks, najmłodszy z trójki. Cieszymy się, że to pani zajmie się naszą Whitney.

Potrząsa moją dłonią, a ja krzywię się na widok jego szerokiego uśmiechu. O jakiej Whitney on mówi? Najwyraźniej nadmiar męskiej urody ograniczył działanie mojego mózgu.

– Tej z Bodyguarda… – podpowiada mi z boku Milena głosem tak piskliwym, jakby była sekundę przed orgazmem życia.

– Och! Proszę o wybaczenie – zaczynam się tłumaczyć, kręcąc głową. – Nie wpadłam na to.

– Jaka lotna!

Znowu ten głos przypominający burczenie silnika odrzutowego.

Jeśli mam przed sobą Michała i Macieja, to typem w głębi gabinetu musi być Wojciech, dyrektor ich inwestycyjnego imperium i osobnik, którego mam ochraniać. Czy ta zrzędliwa małpa ma świadomość, że mogę odmówić i powiedzieć ojcu, żeby pocałował mnie w tyłek? Najwyraźniej jego przerośnięte ego nie pozwala mu dostrzec, że jest na dobrej drodze do stracenia najlepszej szefowej ochrony w tej części województwa.

– Nie możesz się powstrzymać, prawda? – oburza się najmłodszy adonis, posyłając bratu cierpkie spojrzenie. Jest w stosunku do niego nad wyraz delikatny. Na jego miejscu kazałabym mu się po prostu przymknąć.

Zauważam, że Maciej ma znacznie jaśniejsze włosy i oczy niebieskie jak morze na Riwierze Francuskiej. Jego sylwetka jest też bardziej atletyczna niż średniego z braci – najwyraźniej poświęca tężyźnie fizycznej znacznie więcej czasu.

Co nie zmienia faktu, że jego ocena również rozwaliłaby skalę.

– Zaczęliśmy spotkanie dosyć niefortunnie. – Ojciec obchodzi biurko i staje u mojego boku niczym anioł pokoju. – Wszystkim nam udzieliła się niepotrzebna nerwowość. Moja córka otrzymała teczkę z dokumentami bez konsultacji ze mną, stąd jej… wzburzenie. Nie zdążyłem wytłumaczyć jej pewnych rzeczy.

– Przecież prosił pan, żebym pokazała jej wszystko – wtrąca się Milena, nie potrafiąc ukryć zdumienia.

W odpowiedzi ojciec gromi ją wzrokiem, uśmiechając się tak sztucznie, jakby miał skurcz mięśni twarzy. Tłumię chichot, gdy zdaję sobie sprawę, że próbuje obarczyć ją winą za mój podły nastrój.

– Teraz to nieistotne – mamrocze, ledwo poruszając ustami. – Za chwilę wszystko sobie wyjaśnimy. Czy mogę poprosić panów do naszej sali konferencyjnej?

Boże, on naprawdę wrobi mnie w to zlecenie. Mam ochotę gryźć paznokcie na myśl o tym, że będę zmuszona przebywać z tym wrednym głosem niemal całą dobę.

Milena, sztywna jak pal Azji, kieruje przystojnych braci w stronę bocznych drzwi, za którymi znajduje się większa sala z długim stołem i krzesłami. Czuję, jak po moich plecach sunie kropla potu, gdy masywne postacie znikają mi sprzed oczu. Mam wrażenie, że stoję na środku sceny i czekam, aż ciężka czerwona kurtyna się rozsunie, żebym mogła rozpocząć swoją grę.

Czarna postać podnosi się z kanapy niczym pantera wyłaniająca się ze swojej kryjówki. Obserwowanie jej przypomina oglądanie filmu na najniższej prędkości odtwarzania. Wojciech sunie leniwie w moją stronę, jak gdyby miał mnóstwo czasu, i jakbym ja mogła czekać na niego do usranej śmierci. Jedną dłoń wsuwa do kieszeni spodni, a drugą nonszalancko układa na klapie marynarki. Tarcza srebrnego zegarka na skórzanym pasku mruga do mnie w dziennym świetle, jakby dawała mi sygnały ostrzegawcze.

Oczy nie współpracują z moją głową, bo zamiast pozostać totalnie obojętną na jego wygląd, wodzę spojrzeniem po klasycznym czarnym garniturze i białej koszuli rozpiętej lekko pod szyją. Skrawek opalonej skóry, która wystaje zza kołnierzyka, sprawia, że świerzbią mnie palce. Coś gniecie mnie w klatce piersiowej, gdy Dreks staje trzy kroki przede mną, a oczy o piwnych tęczówkach z zielonymi cętkami skanują moją zaczerwienioną z nerwów twarz.

Czuję w brzuchu wybuch ciepła, bo zaczynam się zastanawiać, jak by to było wtulić nos w to niezwykle męskie miejsce pomiędzy przyprószoną kilkudniowym zarostem szczęką a pulsującą na szyi tętnicą. Nozdrza swędzą mnie od jego zapachu: drzewa sandałowego, trawy cytrynowej i wanilii.

Cholera, muszę się opanować, a nie rumienić jak pensjonarka przed obliczem władczego hrabiego. Ochraniałam naprawdę potężne szychy, więc praca dla biznesmena z milionami na koncie powinna być dla mnie jak odhaczenie mleka i śmietany na liście zakupów.

Wpatrujemy się w siebie przez kilka sekund, podczas których Wojciech analizuje każdy fragment mojej twarzy z cynicznym uśmieszkiem. Uświadamiam sobie, że na buzi mam jedynie krem matujący i trochę tuszu do rzęs. Gdyby ojciec powiedział mi o tej wizycie wcześniej, wklepałabym w gębę coś, co nadałoby mi jakiegokolwiek koloru.

– Powiem to raz, ale mam nadzieję, że zapamiętasz. To nie był mój pomysł. Nie planowałem tego i uważam, że nie potrzebuję… ochroniarki – wyrzuca z siebie słowa powoli i dobitnie, pętając mnie swoim spojrzeniem.

Unoszę głowę, bo jest znacznie wyższy od braci. Wyglądam przy nim jak mała kura i chyba zaczynam rozumieć, dlaczego ojciec chce przydzielić to zadanie właśnie mnie. Nawet komuś z bujną wyobraźnią nie przyszłoby do głowy, że go ochraniam. Wygląda na to, że casting do roli „przyszywanej dziewczyny lub asystentki” jestem w stanie wygrać tylko ja.

Szkoda jedynie, że przyszły klient tak mnie drażni – nie zamieniłam z nim nawet dwóch zdań, a już mam go dosyć. Jego mina i postawa, którą zatruwa powietrze pomiędzy nami, odstraszają mnie jak cuchnący aerozol do tępienia owadów.

Mam na końcu języka ciętą ripostę, która uświadomiłaby mu, że wolałabym wykąpać się teraz w jeziorze polodowcowym niż przebywać z nim dwadzieścia cztery godzinę na dobę, ale się powstrzymuję. Błysk satysfakcji w jego oczach świadczy o tym, że zorientował się, iż kapituluję.

Nie mogę dopuścić, żeby własne humory sprowadziły mnie na manowce ani pozwolić, aby bracia Dreks rozpowszechnili informację o rezygnacji z naszych usług, bo jednej z ochroniarek nie podobał się scenariusz działań.

Wojciech rozciąga idealnie wykrojone usta w uśmiechu pełnym triumfu. Cofam się o krok i głosem słodszym niż miód zapraszam go do sali konferencyjnej.

– Proszę za mną, panie Dreks.

– Nie dam się w to wrobić – słyszę za sobą.

– Mogłeś pomyśleć wcześniej – odburkuję nieprofesjonalnie, nie potrafiąc zapanować nad ciętym językiem.

Po chwili dopiero reflektuję się, uświadamiając sobie, że mógł to usłyszeć. Spoglądam na niego przez ramię, ale zdaje się, że moja uwaga do niego nie dotarła. Oddycham z ulgą, rugając się w myślach za swój parszywy charakterek.

Powinnam dostać pod ochronę jakąś miłą gwiazdkę Instagrama, która zarabia na pierdzeniu do kamery, i przebrnąć w spokoju przez ten najtrudniejszy dla mnie okres. Ojciec nigdy nie obarczał mnie w tym czasie żadnymi wymagającymi obowiązkami, wiedząc, jak mocno przeżywam pierwsze miesiące nowego roku.

Dlaczego los przywiał mi tego człowieka akurat teraz?

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej