Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Powieść Jerzego Hardie-Douglasa Boomer to poruszająca opowieść o życiu Piotra Milesa, cenionego chirurga, reprezentanta pokolenia baby boomers, czyli osób urodzonych w latach 1946–1964.
(…) "Boomer" to powieść, która oferuje czytelnikowi głęboką refleksję nad życiem i relacjami międzyludzkimi. Autor kreuje złożone i wielowymiarowe postacie, z którymi czytelnik może się utożsamiać. Piotr Miles jest przedstawiony jako postać niezwykle realistyczna, doświadczająca wypalenia zawodowego i melancholii, przechodząca transformację od zgorzkniałego samotnika do osoby odnajdującej radość w rodzinie. (…)
Jerzy Hardie-Douglas wykazuje się specjalistyczną wiedzą, co nadaje powieści autentyczność. Posiada imponującą wiedzę medyczną, zwłaszcza z zakresu chirurgii, przez co opisy operacji są niezwykle autentyczne i szczegółowe. Podobnie sceny związane z lotnictwem. (…)
Powieść porusza uniwersalne i ważne tematy, które rezonują z doświadczeniami wielu czytelników. Książka eksploruje kwestie starzenia się i tożsamości boomerów w zmieniającym się świecie, a także poszukiwanie sensu życia, drugiej szansy oraz znaczenia relacji rodzinnych i przyjacielskich. (…)
Autor stara się poruszyć wiele zmysłów u czytelnika. Książka jest bogata w opisy kulinarne, które dodają jej ciepła, a szczegółowe opisy win, alkoholi i muzyki wzbogacają tło kulturowe. Wizualne i zapachowe detale, na przykład krajobrazy Hiszpanii czy opisy wnętrz domów, budują immersję i pobudzają wyobraźnię. Intymne sceny są opisane w sposób naturalistyczny, z naciskiem na emocje i wrażenia zmysłowe.
Mimo że fabuła obejmuje codzienne życie, nie brakuje w niej punktów zwrotnych, które utrzymują dynamikę i napięcie. (…)
Szczegółowe opisy profesji i życia codziennego, przeplatane humorem i głęboką refleksją nad kondycją ludzką, sprawiają, że książka ta może stać się ulubioną pozycją czytelników ceniących autentyzm, głębię psychologiczną i opowieści o transformacji”.
Fragment recenzji Nataszy Bednarek oraz dr Klaudii Dróżdż, wieloletniej redaktor naczelnej Wydawnictwa Ossolineum
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 704
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mimo że dopiero dochodziła dwudziesta pierwsza, za oknem już od kilku godzin panował całkowity mrok. Nie lubił jesieni. Od końca września czekał z utęsknieniem na wiosnę. Nadchodzące miesiące traktował po trosze jak wyjęte z życia. Nie przepadał za wstawaniem do pracy w ciemnościach i wracaniem po zmroku. Tak było i już tego nie zmieni. Nigdy nie zdobył się na odwagę, by zmienić swoje miejsce na ziemi.
Wiele lat temu mógł to zrobić. Mógł wyjechać. No ale się nie zdecydował. Dziś byłby w innym miejscu, innym czasie, innym otoczeniu? Czy lepszym? Może tak, ale nie zrobił tego i klamka zapadła. Mimo że wiedział, iż na zmiany jest już za późno, wracał czasami myślami do tamtych chwil, gdy nie skorzystał z nadarzającej się okazji.
Spojrzał znów w okno. Na tle wszechobecnej czerni zobaczył tylko odblask lampki palącej się przy fotelu i rozmazane odbicie siedzącej postaci – faceta z kieliszkiem w dłoni. Dobrze, że obraz był nieostry. Źle reagował na swoją fizjonomię. Nie mógł pogodzić się z tym, że ten starzejący się mężczyzna w szybie to naprawdę on. Odwrócił wzrok od okna. W przeciwieństwie do ciemności na zewnątrz, półmrok panujący w pokoju mu pasował. Był sam. Sam ze swoimi myślami, z winem i sączącą się z głośnika muzyką. Od około roku jego stan psychiczny pozostawiał wiele do życzenia. Może nie był w depresji, ale do stanu określanego jako cieszenie się życiem była długa droga. Sięgnął po stojącą na stoliku butelkę. Zbliżał się do połowy. Dziś się nie śpieszył. Miał dużo czasu. Nalał kolejny kieliszek. Shiraz z doliny Barossy. Langmeil the freedom 1843. Czternaście i pół procent. Wino było drogie i mimo że go było na nie stać, rzadko kupował egzemplarze przekraczające dwieście złotych za jedną butelkę. Rzadko nie znaczy nigdy. Kilka droższych win trzymał na specjalne okazje.
Dziś nie było specjalnej okazji, a jednak je otworzył. Po prostu miał ochotę na „wino wolności”. W opisie trunku można było przeczytać, że ma bogaty i intensywny aromat dojrzałej śliwki satsuma, mokki i ciasteczek anzac, które łączą się z nutami cedru, fiołków i słodkich przypraw. Niezłe bzdury. Nigdy nie rozumiał tego bajkopisarstwa. Nie wiedział, co to są śliwki satsuma ani ciasteczka anzac, i nawet nie zamierzał sprawdzać. Po prostu wino mu smakowało lub nie. Pił wyłącznie czerwone. Lubił wina ciężkie, mocno wytrawne, o intensywnej barwie i wyczuwalnych garbnikach, ale jednocześnie z delikatną nutką owocową, co zwykle zapewniał dobry shiraz lub kupaż z cabernet. No i wino nie mogło mieć mniej niż czternaście procent. Mimo że znawcy twierdzili, że to fałszywe kryterium jakości wina, on wiedział swoje. Dobre wino nie może być zbyt słabe i zbyt tanie. A to wino było najzwyczajniej w świecie smaczne.
Podkręcił głośnik. W pieczołowicie dobranej playliście przyszła kolej na Gato Barbieriego. Uwielbiał saksofon i Gato, a Europy mógł słuchać w nieskończoność. Miał dwóch ulubionych Argentyńczyków. Jednym był Julio Cortázar, z którego książkami pożegnał się dawno temu, a drugim właśnie Barbieri. Pociągnął kolejny łyk wina. Czuł się zrelaksowany i w jakiś sposób wyciszony. Miał wolny wieczór, zero obowiązków i mógł być przez chwilę sam ze sobą. Dziś jedynym jego towarzyszem był dwuletni berneńczyk o wdzięcznym imieniu Pastor. Imię w dość jednoznaczny sposób nawiązywało do faktu, że Pastor był psem… pasterskim. Zwierzak spał mocno, zajmując całą dwuosobową skórzaną kanapę stojącą około metr od jego fotela.
Telefon zadzwonił tak niespodziewanie, że mało nie wypuścił z rąk kieliszka. Spojrzał na numer. Nic mu nie mówił, więc odrzucił połączenie. Po kilkunastu sekundach natarczywy dźwięk pojawił się ponownie. Zatrzymał odtwarzanie muzyki i tym razem odebrał.
– Doktor Miles?
– Tak, słucham, kto mówi?
– A, nie poznał mnie pan? Dorota. Pielęgniarka anestezjologiczna. Dzwonię z bloku na prośbę doktora Mickiewicza. Otworzył brzuch u młodego chłopaka i sobie nie radzi. Prosi o pomoc.
– No tak, ale ja nie mam dziś telefonu. Chyba że o czymś nie wiem.
– Oczywiście, panie doktorze. Ma pan rację. Dyżur pod telefonem ma ordynator, doktor Bizun, ale nie odpowiada. Właściwie to ma wyłączony aparat. Gdyby mógł pan przyjechać, bylibyśmy wdzięczni. To znaczy Marek by był.
– Kurwa – zaklął na tyle głośno, że pielęgniarka musiała go usłyszeć.
– To jak będzie, panie doktorze? Dzwoniliśmy już do pani doktor Meller i doktora Zająca, ale nikt nie odbiera. Marek, to znaczy doktor Mickiewicz, przykrył ranę i czeka. Anestezjolog się niecierpliwi. Atmosfera gęsta. Pewnie się pan domyśla.
– Mam w dupie anestezjologa. Proszę dać mi chwilę pomyśleć.
Co mu strzeliło do głowy, żeby odebrać ten pierdolony telefon! Wypił już pół butelki wina. Nie żeby mu zaczęło szumieć, ale też całkowicie trzeźwy nie był. Z drugiej strony jest w końcu lekarzem. Co za popieprzona sytuacja. Oczywiście nie pierwszy raz stanął przed podobnym dylematem, ale czasy się zmieniają. Standardy się zmieniają. Dziś nikt nie usprawiedliwi podpitego chirurga, ale też nie usprawiedliwi nieudzielenia pomocy.
Kurwa, kurwa mać.
– No dobrze. Okej. Będę za trzydzieści minut. Niech Mickiewicz już nic nie grzebie w tym brzuchu. Czekajcie na mnie.
– Bardzo dziękuję. Przekażę doktorowi, że pan przyjedzie.
Langmell the Freedom, Gato Barbieri. Można włożyć sobie to wszystko w dupę. Jak i wolny wieczór. Wstał z fotela i poszedł do łazienki. Już nie był wyluzowany. Szybko zrzucił ubranie i wszedł pod prysznic. Gorąca woda, potem zimna i znów gorąca. Zmoczył twarz wodą perfumowaną, do ust wsunął pastylkę Fishermens Friend, włożył kurtkę i poszedł do garażu. Brama powoli się otwierała. Do szpitala miał niecałe dwadzieścia minut jazdy – w nocy kilka mniej. Był jeszcze wczesny czwartkowy wieczór, więc prawdopodobieństwo kontroli drogowej niewielkie, ale jeśli go zatrzymają, co powie? Będą mieli w czterech literach jego tłumaczenie i leżącego na stole operacyjnym chłopaka.
– Kurwa. Co za jebane życie.
Włączył bieg i jego wielki mercedes wytoczył się na ulicę. Co ma być, to będzie.
*
Marek Mickiewicz odszedł od stołu operacyjnego. Usiadł w rogu sali na stołku, złożył na brzuchu ubrane w rękawice, splecione ręce i czekał. Wcześniej przykrył ranę jałową serwetą i poinformował wściekłego anestezjologa o koniecznej przerwie w zabiegu. Po co w ogóle wpieprzył się w tę operację. Chłopak miał dwadzieścia dwa lata, chociaż wyglądał na szesnaście. Mały, szczupły, o dziecięcych rysach twarzy. Brzuch bolał go podobno od dwóch, no może trzech dni. Początkowo cały, potem głównie w prawym podbrzuszu. Od wczoraj gorączkował. Wysokie CRP, leukocytoza powyżej dwudziestu tysięcy i miejsce bolesności z wyraźnymi objawami otrzewnowymi wskazywały jednoznacznie na zapalenie wyrostka robaczkowego – przypadek książkowy. Oznaczył grupę krwi i umówił się z anestezjologiem, że zabieg rozpoczną o dwudziestej. Chłopak nie jadł od wczoraj, jednak tuż przed przyjęciem do szpitala wypił szklankę wody, więc postanowili poczekać trzy godziny. Mógł zrobić TK brzucha, ale diagnoza wydawała się tak oczywista, że odstąpił od badań obrazowych. O dziewiętnastej zadzwonił do lekarza mającego dyżur pod telefonem, doktora Bizuna, ordynatora oddziału chirurgii, swego przełożonego. Chciał go uprzedzić, że o dwudziestej, zaraz po zmianie instrumentariuszek na bloku, zaczyna zabieg i prosi o ewentualną asekurację. Zamierzał dodać, że chłopak jest młody, szczupły i raczej nie będzie potrzeby pomocy, ale woli zadzwonić na wszelki wypadek.
Miał tak powiedzieć, tyle że Bizun nie odbierał. Dzwonił kilkakrotnie – bez skutku. Chuj wyłączył telefon. Bizun znany był z takich numerów. Wypełniał swoim nazwiskiem brakujące dyżury „pod telefonem”, tam, gdzie nie mogli znaleźć chętnego na asekurowanie dyżurujących kolegów, a potem miał to w nosie. Mickiewicz powinien był przełożyć rozpoczęcie operacji do czasu, gdy zapewni sobie potencjalną pomoc, ale znieczulał doktor Lewandowski, niezły furiat, z którym od dawna miał na pieńku. Zresztą nie tylko on. Dlatego postanowił nie przekładać zabiegu i zacząć sam. W końcu od kilku ładnych lat miał specjalizację i chociaż nie należał do chirurgicznej elity, przy asyście pielęgniarki powinien sobie poradzić.
No i teraz siedział zrozpaczony na tym pieprzonym stołeczku, ze splecionymi na brzuchu rękoma. Zaintubowany pacjent leżał na stole, przykryty jałowym obłożeniem. W sali operacyjnej panowała cisza; słychać było jedynie miarowy dźwięk aparatu do znieczulenia. Przy głowie pacjenta siedziała pielęgniarka anestezjologiczna. Anestezjolog ostentacyjnie wyszedł z sali i poszedł na kawę do swojej dyżurki.
Na początku operacji przez piętnaście minut Marek próbował otworzyć jamę brzuszną, ale dolna część pochewki mięśnia i otrzewna były pogrubiałe, szarawe i ściśle zlepione z tkankami. Gdy w końcu znalazł miejsce możliwego otwarcia jamy otrzewnej i był w środku, spróbował rozpreparować naciek, ale tylko ponadrywał tworzące podropiały konglomerat, trudne do zidentyfikowania tkanki, z których coraz mocniej sączyła się krew. Po godzinie trwania operacji, właściwie jeszcze jej na dobre nie zaczął. Dał za wygraną i poprosił Dorotę, pielęgniarkę anestezjologiczną, o poszukanie pomocy. Bizun miał dalej wyłączony telefon. Świstocki był na urlopie we Włoszech, a kolejni chirurdzy, Meller i Zając, nie odbierali. Został więc tylko Miles.
Piotr Miles niedawno skończył sześćdziesiąt trzy lata. Teoretycznie nie pracował już w oddziale – przynajmniej nie na wcześniejszych warunkach. Od kilku lat był czymś w rodzaju chirurgicznego freelancera. Przychodził na oddział rzadko, głównie po to, by zoperować swoich pacjentów, których kwalifikował do operacji w prowadzonych przez siebie poradniach. Od kiedy odmówił brania dyżurów pod telefonem, jego stosunki z pozostałymi lekarzami się pogorszyły, jednak nikt nie mógł odmówić mu doświadczenia. Przez lata był tu ordynatorem. Zrezygnował na własne życzenie, z bliżej nieznanego powodu. Oficjalnie mówił pytającym, że to „wypalenie” i że pełniona funkcja zaczęła go nudzić. Pewnie było w tym sporo prawdy.
Z Mickiewiczem łączyła go ponaddziesięcioletnia znajomość, ale bez większej zażyłości. Dzieliła ich znaczna, ponaddwudziestotrzyletnia różnica wieku i doświadczenia. Miles był jego kierownikiem specjalizacji i mentorem. Tyle że to była przeszłość. Kilka lat temu Miles skrytykował Marka za brak należytego nadzoru nad jakimś pacjentem, za lekkomyślność i niepotrzebną brawurę. Zrobił to publicznie, przy kolegach, świadomie go upokarzając. No i mieli za sobą incydent rywalizacji o kobietę. Niby nic ważnego. Obaj nic nie ugrali, ale zadra pozostała. A teraz musiał prosić go o pomoc. Pochylił głowę, przymknął oczy i czekał.
*
Piotr wjechał na podwórze szpitalne. Znalezienie miejsca parkingowego, zazwyczaj graniczące z cudem, o tej godzinie nie było już trudne. Zamknął auto i przez dość szczelnie wypełnioną poczekalnię SOR-u dotarł do wind. Oddział chirurgii znajdował się na czwartym piętrze. Drzwi windy otworzyły się na skąpo oświetlony korytarz i znajdującą się vis à vis dyżurkę pielęgniarską. Pielęgniarka siedziała w fotelu z podwiniętymi, przykrytymi kocem nogami i przy świetle lampki nocnej przeglądała jakieś kolorowe pismo. Zdziwiona podniosła głowę, ale powiedziała tylko „dobry wieczór”, nie pytając o przyczynę wizyty.
Skinął głową i poszedł do pokoju lekarskiego, w którym miał jeszcze swoją szafkę. Przebrał się, wrócił do wind i zjechał na znajdujący się na pierwszym piętrze blok operacyjny. Winda otwierała się na mały przedsionek, z którego jedne z kilku drzwi prowadziły do śluzy bloku. Większość wieszaków była pusta. Rozebrał się do bokserek, przeszedł boso kilkanaście metrów, odszukał swoje podpisane crocsy i przebrał się w leżący na regale jednorazowy strój operacyjny. Na drugim były poukładane maski i czepki chirurgiczne. Ponieważ uważał, że w flizelinowym czepku wygląda fatalnie, założył na głowę własną, kolorową czapeczkę chirurgiczną. Zawsze tak robił. Płócienna czapka miała nadrukowane ziejące ogniem chińskie smoki i wyglądał w niej znacznie lepiej. Poza tym wiązały się z nią miłe wspomnienia. Wszedł na półokrągły korytarz, z którego promieniście rozchodziły się wejścia na sale operacyjne. Prawie w drzwiach natknął się na salową, od której dowiedział się, że operacja przeprowadzana jest na sali C. Przez chwilę miał ochotę zajrzeć najpierw na salę i porozmawiać z Mickiewiczem, ale się rozmyślił i wszedł do pokoju zwanego potocznie „myjnią”.
Przez trzy minuty szorował szczotką ręce, spoglądając na swoje odbicie w lustrze wiszącym nad służącą za umywalkę stalową rynną. To, co widział w odbiciu, i tym razem mu się nie bardzo spodobało. Zbyt dużo wina, zbyt wiele nieprzespanych nocy i czort wie, czego jeszcze. Był wobec swego wyglądu bardzo krytyczny, choć może nie do końca słusznie. W sumie był w dobrej formie fizycznej, lepszej niż dziewięćdziesiąt procent jego rówieśników. Także intelektualnie wciąż trzymał wysoki poziom.
Nie miał pojęcia, co czeka go na sali operacyjnej. Rozmawiając przez telefon z pielęgniarką anestezjologiczną, nie spytał o pacjenta i przyczynę operacji. Właściwie nie bardzo go to interesowało. Ta wiedza niczego nie zmieniała. I tak musiał tu przyjechać. W końcu taki zawód sobie wybrał. Wrzucił szczotkę do umywalki, łokciem uruchomił dozownik płynu dezynfekcyjnego, uniósł ręce, biodrem otworzył drzwi do sali i wszedł do środka.
*
Mickiewicz poderwał się ze stołka.
– Już pan jest? Szybko. Dziękuję i przepraszam, ale naprawdę nie miałem już kogo poprosić o pomoc.
Mimo wieloletniej współpracy nigdy nie przeszli na ty, co w środowisku uchodziło za dość nietypowe. Jednak wszyscy wiedzieli, że Miles niechętnie spoufala się ze współpracownikami. Sam zwracał się do nich po imieniu, ale nie oczekiwał tego w drugą stronę.
– No dobra. Co się dzieje? Powiedz dwa słowa o chorym. A gdzie jest anestezjolog? – Mówiąc to, odwrócił się do siedzącej przy pacjencie pielęgniarki. – Operacja się chyba jeszcze nie skończyła?
Nie trzeba było mieć ukończonych studiów psychologicznych, by wyczuć, że Miles nie był w dobrym nastroju.
– Już po niego dzwonię – odpowiedziała nieco zmieszana Dorota.
– No dobra, to wracajmy do pacjenta. Co jest grane?
Mickiewicz w kilku zdaniach opisał przebieg choroby, objawy oraz kłopoty, na jakie natrafił już na początku zabiegu.
–Wydaje się, że to naciek okołowyrostkowy, ale z drugiej strony wywiad jest dość krótki.
Na salę wszedł Lewandowski. Podszedł do aparatu do znieczulenia i zaczął sprawdzać parametry. Fakt, że nie powiedział nawet „dzień dobry”, czy raczej „dobry wieczór”, i nie spróbował wytłumaczyć swej nieobecności przy pacjencie, wyraźnie rozzłościł Milesa.
– A kolega był na zakupach? W sklepie nocnym? Dopóki trwa operacja, ma pan być na sali. Czy to jasne? Chyba że przepisy się zmieniły.
Lewandowski nie zaryzykował wdawania się w polemikę. Zagryzł wargi, pokręcił coś przy swoim dragerowskim kombajnie i usiadł obok pielęgniarki.
– No to do roboty. Przejdź na drugą stronę. Skoro już mnie ściągnąłeś, to ja będę operował.
Mickiewicz marzył o takim scenariuszu. Był już wystarczająco przestraszony i zestresowany, więc nie miał ochoty brać na siebie odpowiedzialności za kontynuację zabiegu, tym bardziej pod dyktando Milesa. W momencie zamienienia się miejscami odpowiedzialność za wszystko, co się stanie, spadała na głównego operatora.
Miles westchnął głęboko i odsłonił ranę.
Marek otworzył brzuch typowym cięciem przyprostnym prawym dolnym, na granicy mięśnia prostego brzucha. Cięcie było dość uniwersalne i wygodne przy zapaleniu wyrostka robaczkowego.
Miles wyciągnął upchaną w ranie serwetę i włożył palec do jamy brzusznej. Manewr trwał zaledwie około dziesięciu sekund.
– Proszę nóż. – Odwrócił się do instrumentariuszki.
Tego wieczoru instrumentowała doświadczona pielęgniarka, Jola, osoba z ponaddwudziestoletnim stażem pracy. Przyszła do szpitala dziesięć lat po Milesie, ale wcześniej przez dwa czy trzy lata pracowała w Poznaniu.
Piotr naciął ranę około dwa centymetry w dół i trzy w górę, co najmniej podwajając jej długość.
– Lancetron, proszę.
Naciął nożem elektrycznym tkankę podskórną, koagulując naczynia, po czym zrobił to samo z pochewką mięśnia. Skoagulował, a częściowo odsunął naczynia nabrzuszne i palcami odłuszczył mięsień, docierając do otrzewnej. Nożyczkami przedłużył otwarcie. W górnym biegunie rany naciek nagle się kończył i zaczęły być widoczne pętle jelita cienkiego.
– Jak ty chciałeś to, kurwa, zoperować przez dziurkę od klucza?
Mickiewicz milczał, patrząc na pewnie poruszającego się starszego kolegę. Miles włożył rękę do brzucha i wytoczył na powłoki zapalny konglomerat, składający się z kątnicy, wyrostka robaczkowego, sieci i pętli jelita cienkiego. Palcami zaczął rozklejać pozlepiane narządy, uwalniając zbiornik śmietanowatej ropy.
– Proszę łyżeczkę. – Pobrał wydzielinę ropną do badania bakteriologicznego, a resztę odessał ssakiem. – Proszę dwa twarde peany.
Zacisnął narzędzia z dwóch stron na sieci większej, która w tym miejscu miała grubość co najmniej trzydziestu milimetrów, odciął nożyczkami zapalnie zmienione tkanki, pod peanami jej pozostałą część, tak aby zapobiec krwawieniu. Zdjął narzędzia i przejrzał końcową pętlę jelita cienkiego, sprawdzając, czy nie ma uchyłka Meckela. Nie było, więc palcami zaczął uwalniać z nacieku jelito cienkie, starając się dotrzeć do resztek zgniłego wyrostka. Wyrostek wykazywał cechy martwicy rozpływnej i miał kolor szaroczarny z otworem w jednej drugiej długości. Usunął kamień kałowy, który wypadł z wyrostka i leżał obok jelita, po czym odciął wyrostek blisko podstawy. Podwiązał kikut i przemył povidonem. Próba typowego wgłobienia kikuta do nacieczonej kątnicy się nie udała, więc dał sobie spokój. Pozostała część wyrostka położona była ku górze i oklejona dość zwartym naciekiem ze ścianą jelita grubego. Peanem ostrożne oddzielił resztę wyrostka od ściany kątnicy, nieznacznie nadrywając jej surowicówkę. Pochylił się, przez chwilę przyglądał, po czym machnął ręką, sygnalizując instrumentariuszce, że nie zamierza szyć lekko uszkodzonych tkanek. Operacja zmierzała ku końcowi.
– Proszę povidon do płukania.
Dostał kubek rozcieńczonego brązowego płynu.
– Żarty? Proszę co najmniej litr.
Włożył rękę w dół rany, w okolice jamy Douglasa, i wlał połowę zawartości naczynia. Odessał ssakiem roztwór środka odkażającego i powtórzył manewr, odsysając dość sumiennie kolejną porcję cieczy. Wsadził rękę do góry, sprawdził, czy nie ma wydzieliny pod wątrobą, i wlał jeszcze resztkę płynu do prawej „rynny”, wypłukując przestrzeń wzdłuż wstępnicy.
– Dren, proszę.
– Który numer? – spytała instrumentariuszka.
– Przecież wiesz, że nie mam pojęcia o numeracji. Nie wkurwiaj mnie. Daj taki, jaki trzeba, średni.
Zaakceptował rozmiar podanej silikonowej rurki, włożył do brzucha lewą rękę, a prawą przebił peanem powłoki nacięte wcześniej na długości dziesięciu milimetrów, dość nisko w prawym podbrzuszu. Chwycił dren peanem i umieścił w dole jamy otrzewnowej, upewniwszy się, że koniec tkwi w najniższym miejscu, między odbytnicą a pęcherzem moczowym. Pozostałą część drenu wyciągnął nad skórę i przyszył.
– No dobra. Jest późno, więc pomogę ci zamknąć ranę. – Po raz pierwszy od chwili przejęcia zabiegu, no może od czasu drobnej uwagi o dziurce od klucza, odezwał się do Marka.
Operacja na wznowionym etapie trwała niecałe czterdzieści minut.
– Wiesz, czemu nie mogłeś dać sobie rady?
Marek milczał.
– Bo jesteś durną pipą. Nie można ryzykować życia człowieka z powodu popisywania się możnością wykonania operacji z małego cięcia. Na drugi raz nie wzywaj mnie, dopóki się nie upewnisz, że nie możesz czegoś zrobić przez cięcie odpowiednie do warunków panujących w brzuchu.
– Dziękuję i jeszcze raz przepraszam. Wezmę sobie do serca to, co pan powiedział. – Mickiewicz wyglądał na naprawdę skruszonego, chociaż kolejne uwagi wygłaszane przez Milesa w obecności osób trzecich były, delikatnie mówiąc, przykre. – Zamkniemy już brzuch z panią Jolą. Jeszcze raz dziękuję.
– Okej, jak chcesz. Nie będę się napraszał. Dziękuję i życzę dobrej nocy. Aha, i opisz za mnie zabieg. Przy okazji się podpiszę.
– Tak, oczywiście. Dobranoc
Miles wyszedł z bloku, wjechał na oddział, przebrał się i wezwał taksówkę. Chyba nikt się nie zorientował, że był lekko „trącony”. Nie miał o to do siebie pretensji, ale nie chciał kusić losu. Po auto przyjedzie rano taksówką lub uberem. W końcu go stać.
*
Obudził się około ósmej. Właściwie to obudził go pies. I tak był łaskawy, że pozwolił Piotrowi pospać. Zazwyczaj wskakiwał do łóżka około szóstej trzydzieści, domagając się spaceru. Piotr nie mógł wykluczyć, że dziś Pastor próbował go obudzić wcześniej, ale po prostu mu się to nie udało. Wczoraj po powrocie dokończył butelkę australijskiego shiraza. Grzech było zostawiać wino, skoro zostało już otwarte. Nie bardzo pamiętał, czy położył się spać pijany, chociaż jedna butelka, do tego wypita na raty, zwykle nie robiła na nim dużego wrażenia. Kojarzył, że nad ranem coś mu się śniło. Temat snu pamiętał doskonale. Uprawiał seks – ostry i dość wyuzdany – ale obudził się przed finałem. Tyle że nadal miał wzwód. Corpus delicti tego, co miało miejsce w jego hipokampie.
Przyciągnął do siebie swego berneńczyka i przez chwilę głaskał go oraz czochrał, co psu sprawiało wyraźną przyjemność. W końcu wstał z łóżka. Termometr pokazywał pięć stopni Celsjusza, ale świeciło słońce i dzień zapowiadał się sympatycznie. W piątki zaczynał pracę w poradni dopiero o dwunastej, więc mógł sobie pozwolić na poranne lenistwo. Otworzył drzwi, wypuścił psa do ogrodu, a sam udał się do łazienki. Wziął długi, gorący prysznic, ogolił się, lekko spryskał jedną z licznych stojących w łazienkowej witrynce wód perfumowanych. Wybrał Sauvage Diora. Zgodnie z reklamą, perfumy miały mieć nuty zapachowe kalabryjskiej bergamotki i ambroksanu. Podobnie jak przy opisie win, niewiele mu to mówiło. Nie miał pojęcia, jak pachnie bergamotka kalabryjska ani co to jest ambroksan. Perfumy musiały się mu po prostu podobać i intrygować kobiety. Właściwie to drugie było ważniejsze.
Z wiekiem skonstatował, co nie było zresztą zbyt odkrywcze, że w kontaktach z kobietami, zabiegając o ich życzliwość, musi się coraz bardziej starać. Oznaczało to konieczność dbania o wygląd, ubiór, zapach, ale też gotowość do wydawania na rzecz kobiet coraz większej ilości pieniędzy. Nie uważał tego za coś niesprawiedliwego, raczej za naturalną kolej rzeczy. Piotr miał w życiu dość sprecyzowane priorytety.
Ustawienie tego rankingu było trudne, bo wiele z nich było równoważnych. W pierwszej piątce, bez rozstrzygania o kolejności, znalazły się: kobiety, wino, muzyka, kuchnia i praca. Jeszcze z dziesięć lat temu dopisałby podróże, sport i kino, ale na podróżowanie i oglądanie filmów miał coraz mniejszą ochotę. Nie znaczy to, że przestał wyjeżdżać, chodzić do kina albo czy odpalać czasem Netflixa, robił to po prostu rzadziej. Ze sportu pozostał tylko przy joggingu. Wcześniej chodził na siłownię i basen, a jeszcze wcześniej uprawiał szermierkę, lecz wszystkie te aktywności jakieś trzy lata temu całkowicie porzucił.
Początkowo, a właściwie przez wiele lat, praca w każdej postaci zajmowała zdecydowanie pierwsze miejsce, ale w miarę upływu czasu zaczęło zastępować ją pojęcie pracy zarobkowej. Co prawda nadal musiała sprawiać przyjemność, nie mogła być udręką, ale też, a może przede wszystkim, miała służyć zdobywaniu środków finansowych na wszystkie wymienione wcześniej przyjemności. Tak mu się w głowie pozmieniało. I musiał przyznać, że to się udawało. Pracę, którą wykonywał przez wiele lat, między innymi będąc ordynatorem, pracę polegającą na pozostawaniu w dyspozycyjności przez całą dobę siedem dni w tygodniu, na jeżdżeniu prawie co noc do zabiegów operacyjnych, a wszystko za bez mała Bóg zapłać, zostawił dawno za sobą.
Przez chwilę oglądał ubrania w garderobie, myśląc o potencjalnych piątkowych planach. Zdecydował się na flanelowe chinosy, T-shirt Pepe Jeans z długim rękawem i miękki kaszmirowy sweter. Był trochę gejowski, ale miły w dotyku, a on sam nie przejmował się tym, co inni pomyślą. Miasto było spore, choć nie stanowiło wielkiej aglomeracji. Wielu ludzi go znało i raczej nikt nie mógłby posądzić go o homoseksualne ciągoty. Wręcz odwrotnie. A poza wszystkim nie miał nic przeciwko gejom. Tyle że w rzeczywistości był bardzo heteroseksualny. Może nawet za bardzo. I taką miał opinię. Narzucił na siebie kurtkę i przywołał Pastora. Zwierzę wyczuło, że szykuje się spacer, i było przeszczęśliwe. Pies cieszył się jeszcze bardziej, gdy Piotr spuścił go ze smyczy, kiedy w końcu dotarli do pustego o tej porze wybiegu dla psów. Postanowił, że około dziesiątej zadzwoni na oddział do dyżurnego i spyta o operowanego w nocy pacjenta. Nie przewidywał żadnych kłopotów, ale taki miał styl pracy. Lubił „monitorować” operowanych przez siebie chorych. A potem? Praca i wieczór do zagospodarowania. Czas pokaże, jak go spędzi. Chociaż od rana, od tego snu, doskonale wiedział, czego by chciał. Tylko że chciejstwo to jedno, a real często bywa czymś zupełnie niekompatybilnym z marzeniami.
*
Pola właściwie nie miała żadnych większych planów na piątek. Wstała po dziewiątej, wzięła dość długą kąpiel, leżała w wannie prawie czterdzieści pięć minut i co chwila dolewała gorącej wody, wypiła kawę i około dziesiątej zadzwoniła, by upewnić się, czy zaplanowana na jedenastą wizyta u kosmetyczki jest aktualna. Gdy umawiała się tydzień wcześniej, została zapisana „warunkowo”. Teraz Anka, do której chodziła od wielu lat, potwierdziła, że da radę i o jedenastej będzie do dyspozycji. Odpisała SMS-em, że przyjedzie. Napisała Andrzejowi kartkę, że gdyby wpadł, tak jak się wstępnie umawiali, to nie będzie jej w domu co najmniej do pierwszej, po czym zjechała windą do podziemnego garażu.
Pola mieszkała sama w sporym lofcie, ale od czasu do czasu wpadał do niej Andrzej. Był cztery lata młodszy. Starała się utrzymywać ten układ w ryzach, ceniła sobie swoją niezależność, jednak miło było mieć oparcie w drugiej osobie. Tylko czy rzeczywiście w nim miała? Tak czy owak, Andrzej dysponował kluczem do jej mieszkania. Od dawna wiedziała, że to nie jest wielka miłość ani wybór na wieki. Raczej, nieco wulgaryzując temat, zaspokajacz potrzeb fizycznych. No jeśli odrobinę więcej, to niewiele.
Miesiąc temu skończyła czterdzieści trzy lata. Wiek, w którym teoretycznie mogła jeszcze myśleć o założeniu rodziny. Właściwie ostatni dzwonek. Tyle że o tym nie myślała. Chciała zachować status quo i poważne myśli o przyszłości raczej od siebie odsuwała. Była singielką, całkowicie niezależną finansowo.
Jej ojciec był Szwedem. Pracował w przedstawicielstwie Volvo w Warszawie i tam poznał jej matkę. Właściwie go nie pamiętała, bo rodzice się rozwiedli, gdy miała trzy lata, a kilka lat później dość niespodziewanie zmarł. Po ojcu pozostało jej tylko nazwisko. Svenson. Pola Svenson. Matka była adwokatem, cieszyła się chyba dobrym zdrowiem i nadal pracowała w zawodzie w dużej warszawskiej kancelarii Bednarz–Słomczyński. Widywały się rzadko. Nawet rozmowy telefoniczne odbywały się sporadycznie. Nie świadczyło to o ich złych relacjach, po prostu widocznie nie miały takiej potrzeby. A właściwie głównie matka nie miała. Mieszkały w różnych miastach, co też nie sprzyjało częstym kontaktom.
Pola w wieku dwudziestu czterech lat skończyła iberystykę i wyniosła się z Warszawy. Chciała mieszkać sama, a w stolicy nie była w stanie kupić nawet małej kawalerki. Pożyczyła pieniądze od mamy i przeniosła się do miejscowości, którą już wcześniej miała na oku. Tam kupiła dwupokojowe mieszkanie. Mamę spłaciła w ciągu pięciu lat. Rok po przeprowadzce otworzyła agencję nieruchomości specjalizującą się w poszukiwaniu domów i apartamentów w Hiszpanii. Interes szedł dobrze. Miała partnerów biznesowych w Maladze i Barcelonie, kilka razy w roku odwiedzała Półwysep Iberyjski. Firma była kameralna – zatrudniała jedną pracownicę i księgową. Pośredniczyła w kupnie w Hiszpanii około sześciu, siedmiu, no w porywach ośmiu nieruchomości rocznie, co w zupełności wystarczało na dostatnie życie.
Po kilku latach stać ją było nie tylko na zamianę mieszkania na luksusowy loft, lecz także na zakup niewielkiego domu w Andaluzji. No i miała nielimitowany czas pracy, co bardzo jej odpowiadało. Będąc ze swoją asystentką w kontakcie telefonicznym, do biura zaglądała zwykle co drugi, a czasami nawet co trzeci dzień.
Wsiadła do swego audi A3 i dość brawurowo wyjechała na szczęśliwie jeszcze niezbyt ruchliwą ulicę. U Anki była pięć minut przed czasem, ale fotel był już pusty i gotowy na jej przyjęcie. Właśnie chciała wyłączyć telefon, by w pełni móc się zrelaksować, gdy nadszedł sygnał SMS-a. Początkowo nie rozpoznała numeru. Nie miała go w spisie kontaktów, ale gdy otworzyła wiadomość, serce zabiło jej mocniej. To był Piotr.
Nie kontaktowali się co najmniej od roku. Przeżyli kilkumiesięczny romans, choć wtedy może naiwnie myślała, że to coś więcej. A potem wszystko się popsuło. To Piotr zawsze inicjował spotkania. I nagle przestał. W chwili, gdy była pewna, że ta znajomość ma przyszłość i zaczyna być więcej niż obiecująca. Po kilku tygodniach zadzwoniła, ale usłyszała, że jest zawalony pracą. Jego tłumaczenie trochę obrażało jej inteligencję, więc dała sobie z nim spokój. I od tej pory cisza. Aż do dziś.
SMS był krótki: „Masz ochotę się spotkać wieczorem?”. Jedno krótkie zdanie, ale doskonale wiedziała, co się za nim kryje. Na dziewięćdziesiąt procent seks. W pierwszym odruchu chciała odpisać, by się bujał, ale nie zrobiła tego. Myślała.
Na razie wyciągnęła się na rozłożonym do pozycji horyzontalnej fotelu i poddała zabiegom. Full relaks. Niech Piotr poczeka na odpowiedź. Tylko co mu, kurwa, odpowiedzieć? Czego sama chce?
*
Wrócił z psem do domu. Wsypał do miski suchą karmę, a sam zajął się przygotowaniem posiłku. W dni powszednie nie jadł śniadań, pił jedynie kawę lub dwie i wychodził do pracy. Oczywiście tylko wtedy, gdy miał poranny dyżur. Pierwszym posiłkiem był zwykle późny lunch, a niekiedy dopiero kolacja. Tak się nauczył. Wiedział, że to niezbyt zdrowe, przynajmniej z tak zwanego naukowego punktu widzenia. Tyle że do różnorakich teorii miał ograniczone zaufanie, a poszcząc nawet do wieczora, wcale nie czuł się źle. No ale był piątek i postanowił jednak coś przekąsić. Dochodziła dziesiąta. Zgodnie z planem zadzwonił do szpitala. Pacjent się wybudził, lecz wciąż przebywał na intensywnej terapii, chociaż jego stan według dyżurnego był dobry. Po południu mieli go przenieść na chirurgię.
Piotr wyjął trzy jajka, rozbełtał je z łyżeczką kwaśniej śmietany, posolił, popieprzył i wyrzucił na rozgrzaną patelnię naleśnikową, na której wcześniej rozpuścił sporo masła. Zrobił omlet, na wierzch ścinających się jajek ułożył porwane prosciutto, rukolę i cienkie plasterki pomidora. Usmażone jajka zsunął na talerz i złożył na pół. Dawno nie jadł omletu, więc wciągnął go szybko i z apetytem. Skończył, wypił szklankę soku pomarańczowego i włożył naczynia do zmywarki. Był dobrym kucharzem, ale ostatnio zupełnie nie miał motywacji do gotowania. Nie miał dla kogo. Pichcąc w domu, ograniczał się do prostych, szybkich dań. Coraz częściej zdawał się na gust restauracyjnych kucharzy.
Dochodziła jedenasta. Przypomniał sobie dzisiejszy sen i poczuł niesamowitą chęć przeżycie tego w realu. Właściwie myślał już o tym, idąc z Pastorem na spacer. Miał kilka opcji. Od zawsze był typem poligamisty. I od zawsze miał potencjalną szansę uprawiania seksu z którąś z kobiet, z którymi utrzymywał incydentalne relacje intymne. Jednak tym razem jego pierwszym wyborem była Pola. Bardzo zapragnął ją zobaczyć. Nie odzywał się do niej od prawie roku, ale chyba nie bez powodu to właśnie ona była uczestniczką dzisiejszych sennych fantazji. To nie był pierwszy raz, kiedy o niej myślał. Robił to ewidentnie coraz częściej.
Wyjął telefon i napisał jedno krótkie zdanie. Wpatrywał się w tekst, nie mogąc się zdecydować, czy wysłać SMS. Nie był do końca pewien, czy rzeczywiście chce odnowienia tej znajomości. Czy jest na to gotowy, a przede wszystkim: czy to w ogóle realne? Podszedł do swego iPada, odszukał Spotify i ulubioną playlistę. Innej używał do biegania, innej przy piciu wina i wieczornym relaksie. Odszukał kawałek AFelicidade brazylijskiej grupy Baila Nova. Nie rozumiał prawie nic z portugalskiego tekstu, chociaż kiedyś sprawdził, że felicidade oznacza „szczęście”. Słuchał przez chwilę kołyszącej muzyki, wprowadzając się w błogi nastrój, i w końcu wcisnął „wyślij”. Poleciało.
*
Pola wróciła do domu przed czternastą. Andrzeja nie było. Kartka leżała tam, gdzie ją zostawiła.
„Hmm. Nawet nie zadzwonił. Może to znak” – pomyślała. Dziś nie zamierzała już iść do firmy. Nadal nie wiedziała, co odpowiedzieć na SMS-a Piotrka. Gdy z nią zerwał, a przecież tak trzeba to, co się stało, nazwać, miała przez kilka tygodni może nie depresję, ale wyraźny spadek nastroju. Czuła się urażona i potraktowana instrumentalnie. Dzieliła ich znaczna różnica wieku, dwadzieścia lat, ale jakoś dla obojga nie było to nigdy problemem. Ich związek, jeśli w ogóle można tak z perspektywy czasu nazwać ich relację, był początkowo oparty głównie na seksie, lecz z czasem wydawało jej się, że łączy ich coś więcej. I wydawało się, że obojgu to odpowiadało. Przyjęła w końcu do wiadomości, że coś się skończyło, i gdy przestała już de facto o nim myśleć, dziś ten SMS.
Gdyby Andrzej przyszedł lub chociaż napisał, pewnie posłałaby Piotrka w diabły lub nic nie odpowiedziała. Andrzej jednak się nie zjawił. Miała pretekst. No i postanowiła z niego skorzystać.
„Jesteś pewien? Gdzie i o której?” I „wyślij”. Na odpowiedź czekała około trzech minut.
„Tak. Jestem pewien. Powinienem napisać już dawno, ale to nie jest takie łatwe. Przyjadę po Ciebie około dziewiętnastej. Może być?”
„Może być. Będę czekać”.
Wiedziała już, jak przebiegnie dzisiejszy wieczór. I mało ją obchodziło, co będzie dalej. Miała w planie zrobienie obiadu, ale ochota na gotowanie gdzieś się ulotniła. Pola poczuła, że jest podniecona. Włożyła rękę w bieliznę, czując, jak zwilgotniała.
„Jaka ze mnie durna cipa” – pomyślała i uśmiechnęła się do siebie. Właściwie zapowiada się miły wieczór. Zamiast przygotowywania obiadu zrobiła podwójne espresso. Pieprzyć Andrzeja.
*
O jedenastej trzydzieści Piotr zabrał pozostawiony poprzedniej nocy przed szpitalem samochód i pojechał do poradni chirurgicznej, w której był na kontrakcie, odrębnej umowie ze szpitalem. Wynagrodzenie stanowiła prowizja od udzielonych porad i wykonanych zabiegów. Poradnictwem zajmował się we wtorki, a na piątek zostawiał sobie drobne zabiegi skórne. Większe zabiegi wykonywał na bloku operacyjnym w szpitalu, zwykle dwa, trzy razy w miesiącu. Poza tym od czasu do czasu przeprowadzał większe operacje, przede wszystkim brzuszne onkologiczne, u swoich pacjentów przekierowanych z poradni lub, co zdarzało się najczęściej, u znajomych potrzebujących pomocy chirurgicznej. Od pewnego czasu zaczął jednak te większe zabiegi poważnie ograniczać. Adrenalina, której wyrzutu pojawiającego się przy dużych operacjach przez lata potrzebował do życia jak kania dżdżu, teraz nie była mu niezbędna, a wręcz przeciwnie, zaczęła mu przeszkadzać. Napięcie towarzyszące wielogodzinnym zabiegom, a przede wszystkim temu, co działo się w jego głowie przed operacją i po niej, zaczęło mu ewidentnie doskwierać.
Poradnia zajmowała pół piętra w należącym do szpitala, ale oddalonym od niego o kilka kilometrów dwupiętrowym budynku. Na dziś zabukował sobie dziewięć zabiegów. Nie za mało, nie za dużo. Około trzech, może trzech i pół godziny pracy.
Przywitał się z rejestratorkami i poszedł prosto do swego gabinetu. Szafę z ubraniem chirurgicznym miał w pomieszczeniu, w którym przyjmował pacjentów. Obok znajdowała się mała sala zabiegowa. Niewielka, ale w pełni wystarczająca do jego potrzeb. Zajrzał do swojej minisali operacyjnej, w której czekała już przygotowująca zestawy zabiegowe pielęgniarka, przebrał się i poprosił pierwszego pacjenta.
Siedemdziesięciodwuletnia kobieta miała raka skóry w okolicy powieki dolnej. Widział ją już około miesiąc wcześniej, gdy kwalifikował do zabiegu, ale teraz, po założeniu lupy operacyjnej, obejrzał zmianę ponownie. Guz teoretycznie nie był duży, może pięć, maksimum sześć milimetrów średnicy. To, że był rakiem, nie ulegało wątpliwości i nie potrzebował do rozpoznania dodatkowych badań czy wycinków. Widział setki, a raczej tysiące takich zmian. Problemem było umiejscowienie. Guz zaczynał się około trzech milimetrów od brzegu powieki. Ta lokalizacja powodowała, że większość chirurgów nie kwapiła się do jego usunięcia, obawiając się pooperacyjnego wywijania się powieki z obnażaniem spojówki oka, czyli powstania tak zwanego oka basseta. Ujął skórę w dwa palce i nie miał już wątpliwości, że może zmianę bezpiecznie wyciąć, nie obawiając się powikłań. Zmarszczki i nadmiar skóry tym razem były atutem pacjentki.
Położył chorą na stole operacyjnym, ustawił światło, zdezynfekował pole operacyjne, uważając, by używany do tego środek nie nalał się do oka. Następnie już śmielej obmył oko trzyprocentowym kwaskiem bornym, wysuszył skórę i zaznaczył markerem linie cięcia. Pozostało obłożyć miejsce zabiegu jałowym przykryciem i można było zaczynać znieczulenie i „operację”. Ostrzyknął pole operacyjne około pół mililitrem jednoprocentowej lignocainy. Do środka znieczulającego dodał kroplę rozcieńczonej adrenaliny. Poza nim nikt ze znanych mu chirurgów tak nie robił, ale Piotr miał swoje przyzwyczajenia i nie zamierzał ich zmieniać. Drugim przyzwyczajeniem było używanie lupy operacyjnej przy absolutnie wszystkich zabiegach skórnych. Koledzy uważali to za pozę i dziwactwo, za plecami kpili sobie z tego nawyku, gdy tymczasem nie mieli pojęcia, że ten niezbyt drogi, bo kosztujący około trzech tysięcy złotych sprzęt był jednym ze źródeł jego sukcesu.
Piotr miał opinię najlepszego chirurga od skóry w promieniu co najmniej stu kilometrów i nikt nie przypuszczał, że powodem tej dobrej opinii były, poza niewątpliwie dużym doświadczeniem, nie jakieś szczególne wrodzone umiejętności, tylko powiększanie półtorakrotne obrazu operowanej zmiany. Mogli go naśladować, a nie chcieli. Jednak to nie był już jego problem.
Dzięki lupie poprowadził cięcie łódkowate bardzo blisko guza, minimalizując powierzchnię wycinanego preparatu. W tym przypadku wymagane było radykalne wycięcie w granicach skóry zdrowej, a nie jakiś szczególnie duży jej margines. Prowadzenie cięcia było chwilą szczególnej koncentracji. Nie pozwalał sobie, aby w czasie tego aktu cokolwiek go rozpraszało. Czasami nawet na chwilę wstrzymywał oddech. Jak snajper przed oddaniem strzału. Zawsze do zmian skórnych używał ostrza numer piętnaście, czym też różnił się od kolegów. Część tnąca ostrza była stosunkowo mała i lekko zaokrąglona w kształcie litery „S”. Jemu odpowiadała.
Wycięcie raka zajęło mu dwie minuty. Koagulowanie krwawiących naczyń zwykle nie było konieczne, bo po zszyciu skóry w tej okolicy malutkie naczynia pompujące krew pod równie małym ciśnieniem samoistnie przestawały krwawić. Ranę zszył pojedynczymi, niewchłanialnymi szwami numer pięć zero, czyli o przekroju około jednej dziesiątej milimetra. Wycięcie i zeszycie rany trwało łącznie mniej więcej dziesięć minut. Ze względu na bliskość oka zrezygnował z posmarowania linii szwów povidonem w maści (co przy innych umiejscowieniach robił rutynowo), a jedynie powtórnie przemył ranę kwaskiem bornym. Poinformował pacjentkę, że szwy zdejmie pielęgniarka po siedmiu dniach, a wynik histopatologiczny usuniętej zmiany będzie do odbioru po trzydziestu, i się z nią pożegnał.
Może nie była to bardzo ambitna chirurgia, ale, o dziwo, udało mu się przekonać samego siebie, że jest to zadanie tak samo ważne jak wycinanie raka jelita grubego czy operacje trzustki. Z tych wykonywanych masowo zabiegów skórnych czerpał nie tylko satysfakcję. To było jego główne źródło dochodu. Dobrego dochodu.
I tak pracował. Pacjent po pacjencie, bez żadnych, nawet półminutowych przerw, przez nieco ponad trzy godziny.
O piętnastej pożegnał współpracowników i wyszedł na świeże powietrze. Otworzył wyciszony na czas pracy telefon i odczytał wiadomości, które w międzyczasie nadeszły. Pierwsza była od Mickiewicza. Informował, że pacjent jest już na oddziale chirurgii, ma się dobrze, a z drenu spłynęło od operacji łącznie około stu mililitrów nieco krwistego płynu. Druga była od Poli.
„Kolacja czy inne plany?” I emotikon z figlarną buźką.
Najpierw odpisał Markowi:
„Okej. Zostaw dren jeszcze przez dobę. Możesz odstawić kroplówki i dać mu pić. Gdyby były jakieś kłopoty, dzwoń, ale takowych nie przewiduję”.
Poli odpowiedział krótko:
„No cóż. Wpierw kolacja… stolik zarezerwowany”. Przekaz był raczej czytelny.
Dochodziła szesnasta. Czas na spacer z psem.
*
W oczekiwaniu na wieczorną randkę Pola postanowiła jednak zajrzeć do swego biura. Miała wpaść zobaczyć się z Martą jutro rano, ale sobota nie była najlepszym dniem na załatwianie spraw służbowych, szczególnie gdy nie było wiadomo, jak potoczą się losy piątkowego wieczoru. Postanowiła wezwać ubera i po piętnastu minutach siedziała w niebieskim priusie. Prowadzący auto kierowca wyglądał dość egzotycznie, jednak ponieważ się nie odzywał, trudno było odgadnąć jego pochodzenie. Gdyby miała zgadywać, postawiłaby na Gruzję lub Armenię.
Dojechała do firmy w dziesięć minut. Jej pracownica i zarazem przyjaciółka, Marta, nie wydawała się zdziwiona nagłym pojawieniem się szefowej, a przynajmniej tego nie okazywała.
– Wydawało mi się, że miało cię dziś nie być?
– Fakt, ale zmieniłam zdanie. Pierwotnie chciałam wpaść rano. Wiem, że mimo soboty planowałaś być jutro w biurze trzy, cztery godziny, ale nie jestem pewna, czy w tym czasie dam radę przyjechać. Tak więc, w imię zasady: co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, jestem. A skoro jestem, to powiedz, co słychać. Było jakieś info z Malagi? Juan miał mieć jakieś propozycje domów w Almuñecar lub Nerji.
– A tak. Jakbyś zgadła. Przesłał rano maila. Co prawda w Nerji nic nie ma, ale pojawiła się chyba ciekawa oferta z Frigiliany. Domek szeregowy przy Calle San Sebastián, czyli na deptaku. Sto trzydzieści dziewięć metrów kwadratowych. Przestronny salon i jadalnia. Duża, dobrze wyposażona kuchnia. Do tego przytulny salon, który, jak się wydaje, można łatwo przekształcić w dodatkową sypialnię, i wygodna sypialnia dwuosobowa oraz łazienka z wanną. No i świetny taras, idealne miejsce do relaksu na świeżym powietrzu i jedzenia posiłków na zewnątrz. Właściciel chce dwieście sześćdziesiąt tysięcy euro. Oferty nie ma jeszcze w sieci ani w „Idealiście”. Nie wiem, jak Juan to wyczaił, ale dowiedział się pierwszy i natychmiast przesłał nam propozycję. Jak wiesz, Frigiliana jest droga, a ofert sprzedaży nadzwyczaj mało. Myślę, że ta jest warta grzechu. Mimo że jest tylko jedna sypialnia, łatwo będzie wygospodarować drugą. No i położenie! Znaleźć coś sensownego przy Calle San Sebastián jest nadzwyczaj trudno. Przesłał trochę zdjęć. Dom wygląda naprawdę dobrze. Boże, gdyby mnie tylko było stać… No ale za mało mi płacisz. – Marta się roześmiała.
Miała zaraźliwy, choć nieco zbyt głośny śmiech. Była sześć lat młodsza od Poli. Studiować zaczęła późno. Zaliczyła dwa lata turystyki i dość niespodziewanie rzuciła studia, aby wyjechać z poznanym Hiszpanem do Barcelony. Miłosne uniesienie trwało nieco ponad rok i zakończyło się tak nagle, jak się zaczęło. Wybranek okazał się niezbyt stały w uczuciach, ale jak się wydawało, Marta dość bezboleśnie przeżyła rozstanie. Została jeszcze przez pół roku w Katalonii i tam, dość przypadkowo, na raucie u znajomych natknęła się na Polę. Od słowa do słowa zgadały się, że mogłaby zacząć dla niej pracę. Wyjazd na Półwysep Iberyjski pozwolił Marcie nauczyć się hiszpańskiego w stopniu bardziej niż komunikatywnym. I tak już szósty rok dość zgodnie współpracowały.
– Hmm. Muszę to przemyśleć. To znaczy, żeby nie było niedomówień, ofertę, a nie podwyższenie ci uposażenia.
Tym razem obie się roześmiały.
– No wiesz. Tylko cię uczulam, że nie mamy zbyt dużo czasu. Ani Edwards, ani Villanda Lux, ani żadne z innych miejscowych biur nie wiedzą jeszcze o tym domu. Chwilowo jest w prywatnym obrocie. Jednak nie wydaje mi się, by udało się to zachować w tajemnicy dłużej niż tydzień, no może dziesięć dni. Mogę poprosić Juana, aby spróbował przytrzymać ofertę przez taki okres, lekko ją zadatkował, ale raczej nie dłużej. Zastanów się i daj mi szybko jakieś instrukcje. Oki?
– Dobra, przemyślę sprawę. Dziś nie bardzo mam do tego głowę. Może jutro coś postanowię.
– A co? Jakiś romantyczny wieczór z Andrzejem?
– Myślisz, że tylko Andrzej jest na tym padole? Może i będzie romantyczny, ale nie z Andrzejem. Tyle ci mogę powiedzieć i musi ci to chwilowo wystarczyć. Lecę. Buziaki. Prześlij mi na maila tę ofertę ze zdjęciami.
– Zrobi się. Miłego wieczoru!
– I tobie. Nie siedź zbyt długo.
*
Przez cały spacer z psem miał w uszach słuchawki i delektował się nowym albumem Erica Claptona Meanwhile. Album był świeżynką i miłym zaskoczeniem – sześć nowych utworów i osiem starych, tych ze współpracy z Vanem Morrisonem i Jeffem Beckiem.
Fakt, że siedemdziesięcioośmioletni muzyk mógł nagrać tak znakomity album, a do tego z nowymi utworami, napawał Piotra otuchą. Czasami miewał rodzaj egzystencjalnej nostalgii związanej z przemijaniem, czyli wulgaryzując starzeniem się, ale takie przypadki jak Clapton były najlepszą terapią. A przecież facet nie prowadził raczej higienicznego trybu życia. Nadużywał narkotyków i alkoholu, całe życie był uzależniony od kobiet. A tymczasem co? Meanwhile – album cudo.
Pociągnął swego berneńczyka w stronę rzeki. Pies oczywiście nie miał nic przeciwko temu. Pogoda dopisywała i mimo że było chłodno, przez większość dnia świeciło słońce, choć wieczorem miało się zachmurzyć. Wbrew obowiązującym przepisom na błoniach spuścił psa ze smyczy i nawet pozwolił mu na krótką kąpiel. Wrócili po godzinie.
Dochodziła siedemnasta. Jeszcze będąc w pracy, zarezerwował stolik w klimatycznej włoskiej restauracyjce Bella Vista. Knajpka znajdowała się na skraju parku na niewielkim wzgórzu z widokiem na rzekę. Zastanawiał się, czy po Polę pojechać swoim mercedesem, czy taksówką. Każde rozwiązanie miało dobre i złe strony. W końcu zdecydował, że pojedzie autem i zostawi je na parkingu restauracji. Zadzwonił jeszcze raz do lokalu i poprosił o zabukowanie miejsca parkingowego. To była jedyna restauracja w mieście, która oferowała taką usługę.
Nalał wody do wanny, wykąpał się, po czym leżał jeszcze w gorącej wodzie przez piętnaście minut. Po wyjściu ogolił się, chwilę się zastanawiał i w końcu delikatnie spryskał skórę d’Ombre Leather Toma Forda. Używał tej wody od niedawna, ale miał do niej wyjątkową słabość. Zgodnie z ulotką świeże esencje musującego imbiru, kolendry i kardamonu miały ożywiać ziemiste aspekty zapachu, zapewniając jasny, cytrusowy i ziołowy wpływ. Do tego podobno urzekający szafran dodawał jasnej interpunkcji do świecącego skórzanego akordu, dodatkowo wzmocnionego uzależniającą nalewką waniliową. Czytanie tej poezji było lepsze niż oglądanie kabaretu. Jedyną prawdą był zapach skóry. Trochę jakby wąchał pasek od spodni, ale co dziwne, wywoływał miłe doznania. Kojarzył się mu z prerią, wolnością i galopującymi końmi. Niewątpliwie był męski, mimo że producent zapewniał, że jest unisex. Osobiście wolałby, aby kobieta nim nie pachniała. Nie wiedział, jak na ten zapach reagują kobiety, ale dziś wieczorem miał nadzieję to sprawdzić. Poza dezodorantem, zwykła rexona cobalt, bo tu od lat nie eksperymentował, pozostał dylemat wyboru ubioru.
Wieczorna kolacja, ale zdecydowanie randkowa, nie wyjście do opery. Wszedł do rozległej garderoby i zaczął przeglądać wiszące koszule. Postanowił postawić na bordowy T-shirt z długim rękawem Tommy Hilfiger, miękkie beżowe flanelowe spodnie i brązową tweedową marynarkę Massimo Dutti. Wieczorem temperatura mogła spaść do dwóch, trzech stopni Celsjusza, więc włożył flauszową marynarską kurtkę. Co prawda pasowała do reszty jak pięść do nosa, ale po prostu ją lubił.
O osiemnastej czterdzieści pięć pożegnał się z Pastorem, który jak zawsze wyczuwał, kiedy jego pan go opuszcza, i zrezygnowany leżał na kanapie, przyglądając się smutnym wzrokiem przygotowaniom do wyjścia.
Kilka minut przed dziewiętnastą Piotr podjechał pod dom Poli. Czekał mniej niż minutę. Wyszła, rozejrzała się i po chwili zauważyła Piotra, który na wszelki wypadek mrugnął światłami. Przez chwilę myślał, czy nie wyjść i nie otworzyć drzwi od strony pasażera, ale doszedł do wniosku, że to zbyt staroświeckie i Pola raczej takiego gestu nie oczekuje.
Wsiadła i od razu poczuł ten zapach. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo za nim tęsknił. Nie mógł go z niczym pomylić. Mademoiselle Chanel. Zapach absolutnie obezwładniający. Kiedyś musi sprawdzić, jak go opisują bajkopisarze z Douglasa czy Sephory. Ciekawe, czy piszą, że wywołuje u parterów natychmiastowe seksualne podniecenie? Jak widać, Pola miała stały, niezmienny gust albo wiedziała, jak to działa na mężczyzn.
Cmoknęła go w policzek i spytała:
– No to dokąd po przerwie?
– Nie znęcaj się. Popełniłem błąd, a teraz chcę go naprawić. Będzie czas na rozliczenie mnie. W ramach namiastki przeprosin zapraszam do Bella Vista.
– Hmm… Czemu ten wybór mnie nie dziwi? Właściwie nie powinnam ci tego mówić, ale mam z tym lokalem miłe wspomnienia związane z nami. Często był „starterem” do kontynuacji wieczoru w zupełnie inny sposób.
– Tak? Nie pamiętam. – Uśmiechnął się trochę łobuzersko. – Skoro tak twierdzisz, to po co wyważać otwarte drzwi i wymyślać jakieś nowe scenariusze? No ale to będzie twój wybór.
– Mój? Myślałam, że nasz.
– Twój, bo ja już wybrałem.
– Okej. Nie brnij. Jedźmy już do tego „pięknego widoku”.
*
Mieli kilka minut jazdy do knajpki, gdy w samochodzie odezwał się dźwięk telefonu.
Spojrzał na wyświetlacz. Dzwonił doktor Bizun, ordynator oddziału.
„Czego ten chuj chce?” – pomyślał. „Nie pozwolę, żeby zepsuł mi ten wieczór”. W pierwszym odruchu chciał zignorować telefon, ale Pola zidentyfikowała, kto dzwoni, i poprosiła, by odebrał.
– Hej, facet. Wiem, o czym myślisz, ale to twój szef. Odbierz. Może to coś ważnego. W błahej sprawie by nie dzwonił o tej porze.
– Po pierwsze, to nie jest mój szef. Jestem samodzielnym pracownikiem naukowym i mam Bizuna w dupie. Po drugie, nie mam dziś dyżuru ani dyżuru pod telefonem. Już wczoraj przyjeżdżałem za niego do szpitala. Pierdolony krętacz. Jeśli myśli, że znów będę za niego pracował, to się srogo myli.
Telefon przestał dzwonić, ale po chwili Bizun znów spróbował się połączyć.
– Kurwa mać. Może coś się dzieje z wczorajszym pacjentem. Chyba jednak odbiorę. – I przycisnął zieloną słuchawkę na panelu auta.
– Dobry wieczór, kolego. Mówi Bizun.
– Wiem, kto mówi. Wyświetla mi się pana nazwisko. O co chodzi?
– Rozumiem pana zdenerwowanie. A przy okazji dziękuję za wczoraj. Wie pan, rozładował mi się telefon. Nie zauważyłem i żyłem w błogim przeświadczeniu, że na oddziale jest spokój. Jeszcze raz przepraszam i dziękuję. Dzwonię w sprawie pana pacjenta, Karola Mnicha, architekta.
– Mnicha? Tak, pamiętam. Pacjent z rakiem żołądka. Z tego, co wiem, kończy właśnie chemię przedoperacyjną. Jestem z nim umówiony za dwa tygodnie na operację. To znajomy rektora uniwersytetu. Prosił mnie, abym się nim zajął. Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko temu. A jeśli pan ma, to proszę sobie go przejąć. Od dawna nie palę się do wielogodzinnych zabiegów, a szczególnie do gastrektomii.
– Ależ kolego, nic bardziej mylnego. To pana pacjent, jego wybór, a do tego z rekomendacji VIP-a, który wyraźnie chce, aby to pan operował. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu.
– To czemu pan dzwoni? Jestem, szczerze mówiąc, trochę zajęty.
– No właśnie chcę wyjaśnić, jeśli mi pan pozwoli dokończyć.
– Przepraszam. Faktycznie jestem trochę podenerwowany. Proszę kontynuować.
– Właśnie próbuję. Otóż rzeczony Mnich dziś po południu pokrwawił. Poprosiłem naszych gastrologów o próbę zatrzymania krwawienia. Chory jest już przyjęty do nas na oddział. Wykonali endoskopię i udało się ostrzyknąć krwawiące naczynie i zatrzymać krwotok, ale twierdzą, że nie mogą ręczyć za długotrwałą skuteczność tej metody. Naczynie ma średnicę zapałki i sterczy z owrzodzenia w masie guza, w okolicy krzywizny małej. Guz nie jest zresztą bardzo rozległy, znajduje się w części przedodźwiernikowej, a przejście do dwunastnicy jest swobodne. Niemniej to tykającą bomba. Myślę, że nie dotrwa dwóch tygodni do planowego terminu operacji. Już teraz musieliśmy mu przetoczyć trzy jednostki krwi.
Piotr milczał.
– Jest pan tam, doktorze Miles?
– Tak jestem. Słyszałem, co pan mówił. Myślę… Proponuję taki układ. Jeśli chory ponownie pokrwawi dziś w nocy, to pana zmartwienie. Jest pan ordynatorem i ma pan u mnie dług. Poza tym nie mam żadnego obowiązku przyjeżdżać do szpitala, gdy nie mam dyżuru pod telefonem, a takowych, jak pan wie, nie mam od co najmniej roku. Reasumując, jeśli pacjent przeżyje noc bez kolejnego krwotoku, przyjadę jutro po południu i go zoperuję. Od pana oczekuję tylko, by porozmawiał pan z jednym z lekarzy dyżurnych, żeby nie było gadania, że muszą stać do, jakby nie patrzeć, planowego i to wcale niekrótkiego zabiegu, a do tego w sobotę w godzinach popołudniowych. No i żebym nie musiał chandryczyć się z anestezjologami, a szczególnie z tym idiotą Lewandowskim. Aha. I prosiłbym o przygotowanie dla chorego na jutro co najmniej trzech jednostek krwi.
– No dobrze. Jest pan bardzo kategoryczny, ale spełnię pana oczekiwania. Mam nadzieję, że pacjent nie pokrwawi do jutrzejszego południa. To o której pan będzie?
– Nie jestem kategoryczny, tylko wkurwiony. Będę o piętnastej.
– Dobrze. Przepraszam, jeśli przeszkodziłem. Miłego wieczoru.
– Wzajemnie.
– No faktycznie, nie byłeś zbyt miły. Wiesz, przecież nie musimy dziś spędzić razem wieczoru. Mam nadzieję, że przed nami jeszcze niejeden, i weekend.
– Nawet o tym nie myśl. Bizun to łobuz i leń wykorzystujący ludzi. Do tego, moim zdaniem, bardzo przeciętny chirurg. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek wykonywał gastrektomię u chorego z rakiem żołądka. Jest posrany, że będzie musiał tego faceta zoperować. Do tego to pacjent polecany przez dość mocno umocowanego profesora. Boi się odpowiedzialności. Najchętniej by go gdzieś wypchnął, ale skoro ten pokrwawił, to jest w czarnej dupie i nie może go spławić z oddziału. Wyświadcz mi przysługę i spróbujmy spędzić razem miło czas. Chociaż przez chwilę nie chcę myśleć o pracy i o chirurgii. Okej?
– Okej.
*
Do Bella Vista dotarli około dziewiętnastej dwadzieścia. Restauracja była rzęsiście oświetlona i mimo że do świąt pozostawało jeszcze półtora miesiąca, wyczuwało się już przedświąteczną atmosferę. Zostawił auto na wcześniej zarezerwowanym parkingu i kelner poprowadził ich do stolika. Otrzymali miejsce przy oknie z widokiem na rzekę i rozciągające się nabrzeże. Księżyc oświetlał krajobraz za szybą. Na wysokości restauracji widać było pływającą w wodzie rodzinę łabędzi, co wraz z przybranymi w światełka drzewami tworzyło dość kiczowaty, ale niewątpliwie ciepły nastrój. W lokalu zajęta była mniej więcej połowa miejsc. Blisko bufetu, przy którym na hokerach siedziało kilku mężczyzn, palono w ozdobnej „kozie”, co jeszcze potęgowało przedświąteczną atmosferę. Na ścianach wisiały zdjęcia toskańskich krajobrazów – plantacji drzewek oliwnych, winnic i wijących się między wzgórzami ścieżek otoczonych strzelistymi cyprysami, prowadzących do samotnych zabudowań położonych wśród zielonych wzgórz. Ścianę za barem zdobiły rodzinne fotografie, niektóre z początku dwudziestego wieku w odcieniu ochry. Zdjęcia kobiet i mężczyzn, często w roboczych fartuchach, złapanych przez fotografa w trakcie pracy w kuchni czy krzątających się między stolikami w jakiejś może neapolitańskiej trattorii. Ewidentnie miały sugerować „rodzinny interes” z tradycjami i włoskie pochodzenie właścicieli ristorante. Zabieg marketingowy, który Piotr widział wiele razy, ale który był chyba zawsze skuteczny.
Po kilku minutach podeszła młoda kelnerka z kartami dań i win. Raczej nie była Włoszką, bardziej Ukrainką, ale wyglądała sympatycznie. Piotr otworzył na początek kartę alkoholi i zaproponował Poli, by rozpoczęli wieczór od wyboru wina. Nie musiał pytać, jaki rodzaj preferuje, bo doskonale pamiętał, że – podobnie jak on – wyłącznie czerwone. Po jej akceptacji zamówił butelkę Sartori di Verona Corte Brà Amarone della Valpolicella Classico Riserva DOCG. Szczerze mówiąc, oboje nie znali żadnego z wymienionych w karcie, ale to akurat miało piętnaście i pół procent i było dość drogie, więc spełniało dwa z kilku kryteriów, którymi Piotr się zwykle kierował. Na trunek nie musieli długo czekać. Kelnerka otworzyła butelkę przy stoliku i zgodnie z rytuałem nalała odrobinę do kieliszka, dając Piotrowi do spróbowania. Ten powszechny zwyczaj zawsze go bawił. Bo co miałby zrobić, gdyby wino mu nie smakowało? Zrezygnować z otwartej butelki i poprosić o inną? W końcu sam je wybrał. Na szczęście wino miało wspaniałą, prawie granatową barwę i dyskretny wiśniowy posmak. Może – jak na jego gust – zawierało zbyt mało garbników, ale było naprawdę smaczne. Potwierdził, że jest w porządku, i oba kieliszki zostały napełnione do jednej czwartej.
Stuknęli się i postanowili, że zanim zaczną rozmowę, wybiorą coś do zjedzenia. Oboje nie jedli obiadu i mieli naprawdę ochotę na dobry posiłek. Przejrzeli kartę. Była dość krótka. Zgodnie wybrali jako przystawkę mozzarellę z bawolego mleka z sardelami sycylijskimi i kawiorem Antonius. Potem już zamówienia się różniły. Pola poprosiła o pierś z kaczki mullard, smażone foie gras i smardze, a Piotr wybrał polędwicę wołową, szpinakowe szpecle i sos truflowy. Poprosił, aby mięso było raczej dobrze wysmażone. Z wiekiem zmienił mu się w tej kwestii gust. Dawniej jadał, chyba trochę dla szpanu, całkowicie krwistą polędwicę, potem półkrwistą, a obecnie preferował dobrze wysmażoną. Kiedyś, zapytany, skąd taka zmiana, zażartował, że być może ma już dosyć krwi.
Gdy złożyli zamówienie, Pola odsunęła się nieco od stołu, założyła nogę na nogę i trzymając kieliszek, zapytała:
– No to mów, co jest grane?
Nie była zaczepna, uśmiechała się, ale chyba rzeczywiście chciała jakiejś konkretnej odpowiedzi. Piotr wiedział, że prędzej czy później takie pytanie padnie, co nie znaczyło, że miał gotową błyskotliwą odpowiedź.
– No cóż. Po prostu się stęskniłem. I wiele spraw przeanalizowałem. Wiem, że zachowałem się paskudnie. Bardzo cię przepraszam. Im więcej czasu mijało od naszego rozstania, tym częściej o tobie myślałem. Bardzo ciepło myślałem. Od dawna wiem, że popełniłem błąd. I może nie powinienem tego mówić, ale przesilenie nadeszło dziś w nocy. Śniłaś mi się w tak naturalistyczny sposób, że nie bardzo wiedziałem po przebudzeniu, czy to był sen, czy jawa. I od razu powiem, że to był sen niezwykle erotyczny. Spędziliśmy w nim wspaniałe chwile, ba, chyba godziny, a ja byłem bardzo, ale to bardzo usatysfakcjonowany.
– A ja? Też byłam usatysfakcjonowana? – Pola uśmiechnęła się zalotnie.
– No wiesz. Nie chcę mówić za ciebie, ale nie wyglądałaś na rozczarowaną.
– No i co chcesz z tym zrobić?
– Myślę, że się domyślasz, ale najpierw wypijmy trochę wina. Opowiedz, co u ciebie się działo przez ten rok. Masz kogoś, kto mnie zastąpił?
– No dobrze, jak chcesz. Jak wiesz, trudno opowiedzieć w paru zdaniach rok życia. Co do „zastępstwa”, to pewnie się domyślasz, że przyroda nie lubi pustki. Ktoś jest. Nic poważnego, ale gdyby nasze spotkanie miało się przekształcić w coś więcej, muszę tę sprawę uczciwie załatwić. Pracuję, gdzie pracowałam. W ostatnim roku byłam siedem razy w Hiszpanii, z tego trzykrotnie, mniej więcej po dwa tygodnie, w moim domu w Salobreñi. Kupiłam i sprzedałam kilka nieruchomości. Nieco lepszy wynik niż rok temu. Generalnie nie mogę narzekać. Pewnie mogłabym zarobić więcej, ale musiałabym też więcej pracować, a aż taka zachłanna nie jestem. Dziś pojawił się ciekawy dom na sprzedaż w Andaluzji, konkretnie w Frigilianie. Bardzo lubię tę wioskę, chociaż stała się zbyt popularna, zadeptana przez turystów i gdyby to o mnie chodziło, to w życiu nie chciałabym tam mieszkać. Jednak nie kupuję dla siebie, tylko na sprzedaż. Intuicja mi mówi, że to spora okazja. Dom nie jest tani, bo Frigiliana w ogóle jest droga, ale myślę, że mogłabym na nim i tak sporo zarobić. Kosztuje tyle, że nie kupię go bez obejrzenia, a to wymaga pilnego lotu do Malagi. I tak sobie teraz pomyślałam, wiem, że to zwariowany pomysł, właściwie przyszedł mi do głowy przed chwilą, ale… może byś się ze mną wybrał na dwa, trzy dni do Hiszpanii?
*
Rozmowa niespodziewanie zaczęła zmierzać w kierunku, którego Piotr się nie spodziewał. Początkowo być może chciał po prostu powtórzyć w realu swoje nocne senne fantazje. Gdy jednak zobaczył Polę przed domem, kiedy wsiadła do samochodu, poczuł zapach jej perfum, gdy się odezwała, uśmiechnęła – wszystko się zmieniło. Nagle zapragnął zdecydowanie czegoś więcej. Na pewno nie jednodniowej przygody. A teraz niespodziewanie jeszcze przed podaniem przystawek otrzymał propozycję, która mogła zmienić jego życie. Nagle w ułamku sekundy zdał sobie sprawę z szansy, jaką otrzymał, a jednocześnie z ryzyka, które niosła różnica wieku, i z tego, że na podjęcie decyzji nie będzie miał miesięcy. Nie będzie miał nawet tygodni. Pewnie nawet nie będzie miał kilku dni.
Pola wyczuła, że jej słowa wywołały u Piotra niespodziewane napięcie i nieco go spłoszyły. W końcu trochę go już poznała.
– No to jest zupełnie spontaniczna propozycja. Naprawdę przyszła mi do głowy przed chwilą. Wiem, że pewnie, choćby ze względu na twoją pracę, nierealna. Przepraszam.
– O czym ty mówisz? Po prostu mnie totalnie zaskoczyłaś. Dam ci odpowiedź tak szybko, jak to możliwe.
Przez chwilę zaległa niezręczna cisza. Na szczęście na stole pojawiły się zamówione przystawki. Mozzarella z kawiorem i sardelami okazała się świetnym wyborem. Popili danie kolejnym kieliszkiem wina. Było coraz lepsze.
– Czy smakowało państwu? – spytała kelnerka.
– Tak, było super – odpowiedział Piotr za nich dwoje, ale wyraził faktyczne zdanie ich obojga.
Spojrzał za okno. Zachmurzyło się i wody ani łabędzi już nie było widać. W szybie odbijały się natomiast refleksy z rozświetlonej ogniem „kozy” i ich stolik. Piotr się zorientował, że wino się kończy, i chciał zamówić drugą butelkę, ale Pola powstrzymała go jednym ruchem ręki.
– Spokojnie. Show must go on – powiedziała, ciepło się uśmiechając.
– Dobra. Jak uważasz.
Nagle przestała go obchodzić zamówiona polędwica. Zapragnął natychmiast pojechać z Polą do domu. Chyba było to po nim widać, bo kobieta po raz drugi tego wieczoru przejęła inicjatywę.
– Hej, Piotr. Pilot do wieży. Wszystko ma swoje miejsce i czas. Luzuj.
Cholera. Jak mógł z niej dobrowolnie zrezygnować? Durny palant.
*
Około dwudziestej pierwszej trzydzieści postanowili opuścić Bella Vistę. Pola zaproponowała wspólne zapłacenie rachunku, ale tylko dla zachowania pozorów, wiedząc z góry, jaka będzie reakcja. Każde z nich było stać na zaszalenie w nawet bardzo drogiej restauracji, ale wiadomo było od początku, że dziś płaci Piotr. Zostawił dość hojny napiwek i zamówił ubera. Samochód podjechał po pięciu minutach. Tym razem również toyota prius, tyle że szara, a kierowcą był Hindus. Piotr, zamawiając ubera, podał oczywiście adres swego domu, ale teraz, by nie było wątpliwości, powtórzył głośno kierowcy, dokąd mają jechać.
Pola nie zareagowała protestem czy zdziwieniem. Czyli wszystko było jasne. Miles mieszkał na przedmieściach, przy ulicy Kasztanowej, w ładnym i, jak na parterówkę, sporym powierzchniowo bungalowie.
Dom kupił piętnaście lat temu z drugiej ręki, ale wprowadził w nim potem wiele zmian. Jedną z nich było wybudowanie na działce dziesięciometrowego basenu. Kiedyś planował go zadaszyć, by przedłużyć sezon, ale ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. W zamian za to zainwestował w roletę zasłaniającą nieckę basenową w chłodne dni i zaciągnął po sezonie, gdy spuścił już wodę. Sam dom miał około stu sześćdziesięciu metrów kwadratowych, trzy sypialnie, salon otwarty na dużą, nowoczesną kuchnię i dwie łazienki. Główna sypialnia, przy której była większa z łazienek, miała dodatkowo sporą garderobę. Jedną z przeróbek, których dokonał po kupnie domu, było wygospodarowanie przy łazience miejsca na saunę. Od kilku lat nie skorzystał z niej ani razu, a z basenu korzystał właściwie tylko wtedy, gdy latem odwiedzali go znajomi lub któraś z kobiet, z którymi utrzymywał przelotne relacje, w dość zresztą sprecyzowanym celu.
Dom był nieco oddalony od ulicy, a większa część działki wraz z tarasem graniczyła z niewielkim parkiem. Gdy go kupował, od dwóch lat był w związku z pielęgniarką Hanią, młodszą od niego o dziesięć lat. Związek przetrwał niecałe trzy lata. Rozstali się w dość dobrej atmosferze. Po roku na Kasztanową wprowadziła się kolejna partnerka, dziennikarka Ania, młodsza od niego o osiem lat. Ten związek z kolei przetrwał dwa lata. Miles miał świadomość swego charakteru poligamisty, jednak jego niewątpliwą zaletą była umiejętność rozstawania się ze swoimi kobietami w sposób pokojowy. Z obiema utrzymywał zresztą do dziś przyjazne relacje.
Właściwie najgorzej potraktował Polę, którą porzucił dość niespodziewanie i bez wcześniejszego przygotowania jej na to. Wielokrotnie zastanawiał się, dlaczego to zrobił. Nie miał wątpliwości, że ze wszystkich kobiet na niej zależało mu najbardziej. No więc dlaczego? Nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. Może przestraszył się trwalszego związku z osobą o dwadzieścia lat młodszą. Albo trafiła na moment jego kryzysu. A teraz wysiadała z nim z ubera przed jego domem. Piękna, nadal młoda, zmysłowo pachnąca i z całą pewnością wiedząca, czego chce i co robi.
Otworzył drzwi wejściowe i natychmiast został „zaatakowany” przez Pastora cieszącego się z powrotu pana. W podobnie radosny sposób jak z Piotrem, pies przywitał się z Polą. Jego zachowanie jednoznacznie wskazywało na to, że ją rozpoznał.
*
W ciągu tych kilku wieczornych godzin, zaabsorbowany Polą, zupełnie zapomniał o Pastorze. Pies przed nocą musiał wyjść jeszcze na spacer. Zapalił światło w salonie i, nie zdejmując kurtki, odwrócił się do swojej towarzyszki.
– Sorki, ale muszę wyjść z psem. Jak widzisz, niewiele się tu zmieniło, więc wszystko o tym domu wiesz. Obsłuż się. Wyjmij jakieś winko z winkowej chłodziarki, puść sobie muzykę. Krótko mówiąc, rób to, na co masz ochotę. Ja za niecałe pół godziny wrócę. Może tak być?
– Jasne. Idź z Pastorem, bo inaczej nie da nam potem spokoju. O mnie się nie martw. Dam sobie radę.
– Dobra. Idziemy, Pastor.
Pies rzucił się w kierunku drzwi, skacząc na Piotra i utrudniając założenie obroży. Pogodowo wieczór był zdecydowanie gorszy niż dzień. Ochłodziło się i pojawiła się niewielka mżawka. Psu to wcale nie przeszkadzało. Intensywnie obwąchiwał każdy kamień i krzaczek, co chwila posikując. Mimo wszystko dobrze by było, aby pies się wypróżnił, co z niezwykłą regularnością czynił właściwie każdego wieczoru. To dawało szanse na to, że rano będzie mniej natarczywy. A przecież nie wiadomo, kiedy się położą, a tym bardziej – kiedy zasną. Miał nadzieję, że nie szybko. Musiał jednak pamiętać, że mimo iż jutro będzie sobota, prawdopodobnie będzie musiał operować. I to nie będzie ani łatwy, ani krótki zabieg.
Mimo że przez ponad trzydzieści lat wykonał dobrze ponad dwadzieścia tysięcy dużych operacji, każdorazowo w przeddzień odczuwał pewien niepokój. Często zbliżająca się operacja śniła mu się w nocy. Nawet taka, którą wcześniej wykonywał pięćdziesiąt razy. Co ciekawe, w czasie samego zabiegu był zawsze pozbawiony emocji i całkowicie skoncentrowany. Zero stresu. Jednak przed i po było inaczej. Dużo gorzej. Zdarzało się, że zabieg śnił mu się kolejnej nocy, już po jego wykonaniu. Wtedy w myślach odtwarzał przebieg operacji minuta po minucie, ruch po ruchu, analizując każdy szczegół i szukając ewentualnych błędów. Taki zapętlony film. Potem przez kilka dni obserwował pacjenta, monitorując, czy nie pojawiają się objawy powikłań. Często bał się zadzwonić na oddział, by spytać o jego stan zdrowia. Bał się też, że usłyszy telefon ze złymi wiadomościami. Telefon, po którym będzie musiał jechać do szpitala, naprawiać to, co sknocił. I mimo że był świetnym chirurgiem i miał bardzo mało powikłań, te nachodzące go myśli nie zmieniały się wraz z upływem lat. Można by pomyśleć, że w końcu się przyzwyczai i przestanie ciągle myśleć o swoich pacjentach, o odpowiedzialności za nich. Że przestanie się obwiniać za każde gorsze gojenie rany czy pooperacyjną gorączkę. Tyle że nic się nie zmieniało. Właściwie było tylko gorzej. Dlatego w końcu poczuł, że tego nie wytrzymuje. Że musi coś w swoim życiu zmienić.
Zrezygnował z ordynatury i zaczął wycofywać się z dużych operacji. Jednak czasami trudno mu było odmówić. I tak miało być właśnie jutro.
– Kurwa mać. Mogłem mieć jutro taki fajny dzień, a musiałem się ugiąć. Kurwa, kurwa. No ale dobra. Nic nie zmienię. Zgodziłem się i tyle. Co ma być, to będzie – zaklął dość głośnio i spojrzał na psa, którego pozycja wskazywała na to, że wreszcie postanowił się załatwić.
Mogli wracać.
*
Wszedł do domu, zdjął Pastorowi szelki i udał się do salonu. Poli nie było. W rogu pokoju paliła się stojąca lampa, dość oszczędnie oświetlając wnętrze, a w adapterze kręcił się winyl. Trudno było pomylić. David Sanborn Pearls. Pokój wypełniał wręcz niesamowity dźwięk saksofonu altowego. Muzyka była niezwykle seksowna, oplatająca swą zmysłowością. Płyta pochodziła z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku, ale ten rodzaj muzyki nigdy się nie starzał. David Sanborn. Legenda jazzu. Boże. Z kim on nie grał! Z Alem Jarreau, Erikiem Claptonem, Paulem Simonem, Stevie Wonderem, Milesem Davisem i wieloma innymi sławami. Pola wiedziała, co puścić. Wyraźnie robiła nastrój.
Piotr odrobinę przyciszył gramofon i zaczął rozglądać się po mieszkaniu. Drzwi do sypialni były uchylone, a znajdującą się obok łazienkę nieco dyskretnie oświetlały jedynie ledowe żaróweczki rozmieszczone w posadce wzdłuż podstawy wanny. Pola była pod prysznicem. Obszar przyporządkowany prysznicowi był wydzielony z łazienki jedynie za pomocą pojedynczej szyby. I mimo że szyba pokryta była kroplami wody i nieco zaparowana, lekko przymglony widok nagiej, obmywającej się wodą kobiety był niezwykle podniecający.
Piotr zrzucił ubranie i wślizgnął się do niej pod prysznic. Przylgnął do jej pleców i delikatnie pocałował w kark. Obróciła się powoli i zaczęli się całować. Długo, namiętnie. Głaskała jego twarz, plecy, pupę, a potem przeniosła rękę do przodu, obejmując sztywny członek. Odwzajemniał jej pieszczoty, schodząc powoli prawą ręką wzdłuż pleców w okolice pośladków, a potem wchodząc palcami między nieco rozchylone nogi. Delikatnie wsunął palec, lekko go zgiął i poszukał miejsc największej podniety, po czym obrócił Polę ponownie plecami do siebie i przez podbrzusze dotarł do już nabrzmiałej łechtaczki. Delikatnie masował to miejsce, przesuwając w jedną i drugą stronę palec między łechtaczką a pochwą. Robił to kilka minut, do momentu, gdy nie usłyszał, jak głośno wzdycha. Jej oddech przyśpieszył. Była gotowa do prawdziwego seksu. Wyszli spod prysznica. Sięgnął po dwa ręczniki. Wytarli się szybko i bardzo pobieżnie, by nie stracić tego, co już osiągnęli. Od sypialni dzieliło ich tylko kilka kroków.
Rzucili się na łóżko, przywarli do siebie, całując i obejmując wzajemnie. Po krótkiej chwili Pola przekręciła się na plecy, a on bez najmniejszego trudu wszedł w nią. Poruszał się, zmieniając tempo i od czasu do czasu dotykając ręką łechtaczki. Po kilku minutach wysunął się z niej i zsunął między jej nogi. Była mokra, lekko słona i nieco kwaśna. Podobnie jak kiedyś skojarzyła mu się z ostrygą i było to bardzo miłe skojarzenie. Dotykał jej warg sromowych i łechtaczki na zmianę wargami i językiem i czuł, jak jest ponownie coraz bardziej podniecona. Łechtaczka jeszcze bardziej nabrzmiała i jej dotykanie sprawiało Poli wyraźnie wielką przyjemność. Chciał przerwać, ale wyczuła to i szepnęła, by jeszcze tak robił:
– Jeszcze chwilę, proszę. Mój Boże. Jaki mam odlot.
Mówiła prawdę, bo jej usta zrobiły się niezwykle zimne. Wiedział doskonale, że to jeden z objawów orgazmu i podniecenia, którego się nie da ukryć. Krew przemieściła się w inne miejsca. A po chwili Pola wyszeptała:
– Połóż się, proszę, na plecach.
