77 osób interesuje się tą książką

Opis

Szach i mat, a wszyscy umrzemy

Współpracuj albo zginą wszyscy, na których ci zależy...

Gdy upiorna bogini nawiedza ją w snach i wciąga w koszmarną rozgrywkę, Dora Wilk już rozumie, co oznacza gra o wszystko. Próbując pogodzić wilki, wampiry i magicznych, by nie dopuścić do apokalipsy, odkrywa, jak bardzo skopane jest jej drzewo genealogiczne i jej własna przeszłość. Wiedźma nie ma chwili wytchnienia.

A to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Czy tym razem Dora, Miron i Joshua pójdą na dno?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 431

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rafowi, który cierpliwie znosi to, że więcej czasu spędzam w Thornie niż w domu,

i Przyjaciołom, dla których warto zejść do siódmego kręgu Piekieł

Rozdział 1

Starałam się nie uderzyć go tylko dlatego, że mogłam to zrobić. Oddychaj, myślałam, oddychaj, nie możesz go znokautować tylko dlatego, że jest idiotą. Właściwie mogłam, ale gdybym miała robić to każdemu napotkanemu idiocie, moja droga usłana byłaby ciałami. Jedno z nich, bez wątpienia, należałoby do Gwidona.

– Powiedziałam ci już, nie możesz tu zostać na noc. Umawialiśmy się od samego początku: figle, ale nie spanie, tak? – Ton, jakim mówiłam, mógłby zamrozić niewielki staw, ale na słowiańskim bóstwie nie zrobił wrażenia. Jeszcze chwila i zostaną mi rękoczyny.

Nerwy miałam w strzępach. Nie tylko z powodu Gwidona; powtarzające się snowidzenia wysysały ze mnie mnóstwo energii. Gdybym tylko pamiętała, czego dotyczyły… Czegoś złego, bez wątpienia, ale rano zostawały mi w głowie tylko zlepki emocji i zaschnięte na policzkach łzy. Frustrujące.

– Nie możesz mnie tak traktować, Jado – miauczał. Czy bogom wypada miauczeć? – Nie jestem zabawką z sex shopu!

Przetarłam twarz dłońmi, odgarniając splątane rude pasma z czoła. Czy w dwudziestym pierwszym wieku kobiety naprawdę słyszą takie właśnie teksty od swoich dość przypadkowych partnerów? Spotykaliśmy się jakieś dwa miesiące, dwa, trzy razy w tygodniu, na szybki i zwykle satysfakcjonujący seks, bez randek, bez gadania, bez planów. Przynajmniej z mojej strony. Czy słowiańskie bóstwa były bardziej monogamiczne niż wiedźmy z domieszką magii Pani Północy? Zastanawiałam się, czy to ze mną jest coś nie tak, czy to on ma kłopoty z adaptacją do mojej rzeczywistości. Jego skargi wpadały mi jednym uchem, by wypaść drugim. Patrzyłam, nie rozumiejąc, jakim cudem od miłego bzykanka doszliśmy do monologu Gwidona o moim lęku przed zaangażowaniem się w związek? Jaki związek, do cholery?

– Gwidonie, daj spokój, od początku uprzedzałam, że nie interesują mnie związki – mruknęłam, świadoma, że nic, co powiem, i tak do niego nie dotrze.

Czy odwiedził jakiegoś terapeutę, który kazał mu stawić czoło swoim uczuciom i zwerbalizować je? Werbalizował i miał gdzieś, czy słucham. Nie słuchałam. Chciałam, żeby już skończył, ubrał się i wyniósł z mojego pokoju, z mieszkania, najlepiej z mojego miasta. Mógł tu mieszkać trzysta lat dłużej niż ja, ale był nomadą, a ja od kilku tygodni pełniłam funkcję Namiestniczki Starszyzny, miałam w Thornie mieszkanie, przyjaciół, agencję detektywistyczną, którą prowadziłam z Mironem i Joshuą, moimi przyjaciółmi i współlokatorami.

Właściwie to przez nich zaczęłam sypiać z Gwidonem.

Mieszkanie z dwoma apetycznymi samcami – z którymi nie mogę lub nie powinnam się przespać – i utrzymywanie celibatu może skończyć się źle lub bardzo źle. Nie mogę być wygłodniała, jeśli nie chcę się rzucić na nich, gdy zaspani rano drepczą do łazienki, gdy zasypiają na kanapie w naszym pokoju dziennym, gdy widzę Joshuę w mojej koszulce… Potrząsnęłam głową, by oddalić od siebie te myśli, bo i tak zrobiło mi się gorąco. Nasza sytuacja była dość skomplikowana i bez wiedźmich brudnych fantazji. Nagle uświadomiłam sobie, że zapewne obaj słyszą wszystko, co mówi Gwidon, i to lepiej niż ja.

– Mógłbyś się przymknąć? Jest środek nocy, nie chcę obudzić chłopaków.

– Chłopaków? Nie myśl, że zapomniałem o twoich chłopcach, nieopierzonym aniele i zdegenerowanym diable. To przez nich mnie nie chcesz, tak? Przyznaj się, sypiasz z nimi?

Na Boginię, czemu się tak ciskał? Słynął z luźnego podejścia do spraw seksualnych, między innymi dlatego go wybrałam. Skąd ta zmiana?

– Doskonale wiesz, że nie sypiam. Są przyjaciółmi, braćmi.

Nagięłam nieco rzeczywistość – o braciach nie miewam mokrych snów, nie mam ochoty wpatrywać się w nich w nieskończoność, nie jestem zazdrosna, gdy spotykają się z dziewczynami… Miron kogoś przyprowadził, nie widziałam jej, ale słyszałam chichot. Po samym dźwięku, jaki wydawała, wiedziałam, że jej nie pokocham. Zacisnęłam odruchowo pięści.

– Braćmi? – Znów zjadliwy ton. – Jasne, ślinicie się wszyscy na swój widok, nie przepuścicie żadnej okazji, by się dotknąć, mieszkacie ze sobą… Jeśli nie uprawiacie seksu, to jest to jedyna rzecz, jakiej razem nie robicie. Tylko dlatego potrzebujesz mnie…

– Cieszę się, że to do ciebie dotarło, Gwidonie. Nigdy nie obiecywałam ci nic ponad zabawę kilka razy w tygodniu.

Miał rację. Miron i Joshua byli kimś więcej niż przyjaciółmi, ale nie, nie byli moimi kochankami. Kochałam ich bezgranicznie, nie mogłam bez nich żyć, ale nie zamierzałam z nimi spać. Joshua był moim aniołem stróżem – został nim w ekstremalnych okolicznościach, dzięki czemu mógł uratować mi życie, kiedy socjopatyczny mag chciał zabić mnie i kilkunastu nadnaturalnych. Miron był naszym diablim przyjacielem, seksownym i obłędnie pięknym. Może nawet uległabym jego kuszeniu, ale odkąd wiem, że nasz anioł – od trzech i pół wieku żyjący w celibacie – podkochuje się we mnie, a prawo anielskie zabrania mu ze mną spać, to rozumiecie, nie mogę go skrzywdzić, a intymny związek z Mironem podpadałby pod tortury.

Słowiańskie bóstwo nadal perorowało o swojej krzywdzie, mojej nieczułości, niebezpiecznie zbliżając się do wyznania miłości. Musiałam interweniować.

– Gwidonie, ochłoń. Nie mówisz poważnie. Jesteś znany z lubieżnego trybu życia od jakichś tysiąca trzystu lat. Nie chcesz związków, zobowiązań… Przykro mi to mówić, ale chyba niechcący cię poraziłam, wybacz.

Mrugał przez chwilę, nie rozumiejąc.

– Wiesz, że jestem także wiedźmą płodności, prawda?

Przytaknął. Wszyscy w Thornie wiedzieli, od kiedy po zabiciu maga stałam się kimś w rodzaju lokalnej celebrytki, zupełnie niechcący.

– To, jak się zachowujesz, deklaracje uczuć, gadki o związkach i zazdrości, do bólu przypomina reakcje śmiertelników na moją magię, rozumiesz? Właśnie dlatego nie spotykałam się z nimi więcej niż raz, co utrudniało mi nieco dobrą samoocenę. Jakimś cudem, choć jesteś bóstwem, zareagowałeś na moją moc jak śmiertelnik. Nie wiem czemu. Może za bardzo poluzowałeś osłony.

– Nie używałem ich – mruknął, nagle zaskoczony.

Zaklęłam.

– Do cholery, prosiłam cię!

– No przepraszam, ale jestem starszy i silniejszy, nie przyszło mi to do głowy.

– Odkąd przejęłam moce ofiar maga, jestem o wiele silniejsza niż trzydziestoletnia wiedźma. Jestem naładowana energią jak piorun kulisty! Staram się chronić was przed tym, ale mimo wszystko jesteśmy z jednego systemu, więc nie jesteś odporny, jeśli nie używasz osłon. – Znów potarłam twarz. Niech ta rozmowa już się skończy.

– Rzuciłaś na mnie urok?

– Nie, nie używam uroków, nie przeszłam rytuałów magii płodności, ale Katarzyna – znał ją, była głową miejscowej Starszyzny, niewiele młodszą od niego wiedźmą i szefową mojego sabatu – zwróciła mi uwagę, że nie pozbędę się tego, co mam w genach. Przetwarzam dziedzictwo linii płodności, dostosowując je do swoich potrzeb, ale ono zawsze będzie częścią mnie i będzie oddziaływało na otoczenie.

Przytaknął znowu. Na jego twarzy dostrzegłam zagubienie.

– Przez millenium niczyja magia nie była dla mnie zagrożeniem – powiedział cicho.

– Moja też by nie była, gdybyś nie był arogantem i nie zlekceważył środków ostrożności, Gwidonie.

Było mi go żal, nagle wyglądał jak chłopiec, którym na pewno nie był. Ciemnymi jak gorzka czekolada oczami wpatrywał się w opuszki swoich palców, splecionych na kolanie. Miałam ochotę podejść i przeczesać mu gęste czarne włosy, ale nie uległam pokusie. Jeśli był pod wpływem czaru, mój dotyk tylko pogorszyłby sytuację.

– Nie martw się, to minie. Tyle że nie możemy już się spotykać. Odchorujesz i zapomnisz.

– Uwierzysz, jeśli powiem, że nie wierzę? Nie wierzę, że mógłbym o tobie zapomnieć.

Przytaknęłam.

– Tak właśnie działa urok. Wydaje ci się, że mnie kochasz, choć tak naprawdę mnie nie znasz.

– Czy oni też są pod wpływem czaru? – Skinął na ścianę, więc domyśliłam się, że mówi o moich współlokatorach. – Widziałem, jak na ciebie patrzą.

– Nie, oni są z innego systemu, moja magia na nich nie działa. Po prostu się lubimy.

Zaśmiał się gorzko.

– Sama w to nie wierzysz.

– To nie kwestia wiary, Gwidonie. Moja magia nie działa na istoty z chrześcijańskiego systemu. Nie w ten sposób, jak na ciebie czy na śmiertelników.

– Nie o tym mówiłem – mruknął.

Drżał. Odwróciłam oczy, by nie widzieć tej chwili słabości. Jak mogłam nie zauważyć objawów zaczadzenia magią? Skąd mogłam wiedzieć, że aroganckie bóstwo nie potraktuje moich ostrzeżeń poważnie?

– Możesz tu zostać na noc – mruknęłam, widząc, że drżenie przeradza się w szloch. – Nie jesteś sobą, nie powinieneś szwendać się po mieście.

– Zostać? Z tobą? – Na Boginię, bóstwo ze spojrzeniem szczeniaczka…

– Nie, zostań tu, ja pójdę spać na kanapę.

Złapałam szlafrok i uciekłam do kuchni, zostawiając Gwidona w pościeli. Do rana będzie nieco bardziej racjonalny. Ostatnie, czego mi trzeba, to próba samobójcza odtrąconego bóstwa. Nie żartuję, takie sytuacje zdarzały się już w przeszłości. To byłby bardzo czarny PR, a ostatnio mój wizerunek został wystarczająco nadszarpnięty.

Przeszłam do kuchni, pięknej i przestronnej. Wciąż nie mogłam się nadziwić talentom dekoratorskim Kaspiana, który zajmował się przenosinami moich rzeczy z realnego Torunia do nadnaturalnego Thornu. Wróż był geniuszem koloru i detalu, niewielkim wysiłkiem i sporą dawką talentu potrafił wyczarować unikalną przestrzeń.. Moja piękna rustykalna kuchnia stanowiła tego najlepszy dowód. Wstawiłam czajnik i sięgnęłam po filiżankę. Nasypałam trzy czubate łyżki czekolady i czekałam, aż woda się zagotuje. Na Boginię, potrzebowałam serotoniny. Oparłam się o blat, pozwalając, by włosy rdzawą kaskadą zasłoniły mi twarz.

– Słonko, dobrze się czujesz? – Usłyszałam za sobą głęboki głos diabła.

– Jasne, diabełku. Małe kłopoty w raju, ale już opanowane. – Nie odwróciłam się, nie musiał widzieć moich wilgotnych oczu ani drżących ust.

Nie uwierzył w mój lekki ton, ale i nie skomentował. Bezszelestnie podszedł i objął mnie ramionami. Oparł brodę na czubku mojej głowy. Był tak wysoki, że przy nim czułam się mała, co stanowiło miłą odmianę. Nie szarpałam się, pozwoliłam się pocieszyć. Ciepło jego ciała przenikało przez szlafrok. Przypomniało mi się, jak wiele razy spaliśmy ze sobą, z akcentem na sen. Kiedyś tym ciepłem uratował mnie przed wydrenowaniem, ogrzewał mnie całą noc, gdyby nie on i Joshua, nie przeżyłabym. Teraz to nie była kwestia życia i śmierci, ale polubiłam przytulanie. Miron był propagatorem przytulania, a i ja, jako istota magiczna, miałam ogromną, nie zawsze uświadomioną, potrzebę dotyku.

– Miron? – Usłyszałam nagle za nami podirytowany kobiecy głos.

Odwróciliśmy się jednocześnie. W progu stała półnaga dziewczyna, zapewne randka Mirona. Nie mogłam nie zauważyć, że wyglądała jak moja młodsza siostra. Rude włosy, o nieco jaśniejszym niż mój odcieniu, opadały na białe ramiona. Miała zgrabne i kształtne ciało, choć była niższa ode mnie, na oko o pięć centymetrów, co i tak dawało jakieś metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Pełne usta, zadarty nos, niebieskie, a nie szare oczy… Tak, wyglądała BARDZO jak ja. Jej zniecierpliwienie też coś mi przypominało.

– Co tu robisz? Czemu mnie zostawiłeś?

Auć, igiełki irytacji wbijały się w naszą skórę. Jeśli dziewczyna myślała, że diabeł się speszy albo nas sobie przedstawi, to się zawiodła.

– Wracaj do łóżka, albo jeszcze lepiej: ubierz się i idź do siebie, mała – powiedział spokojnie. Nie zamierzała się podporządkować, moc wypełniła przestrzeń między nami. Cholera, nawet wiedźmą była jak ja. Osłoniłam nas przed furią kochanki diabła, powiększając jej frustrację, bo byłam od niej znacznie silniejsza.

– O co tu chodzi? Jakieś chore zabawy? Nie robię trójkątów – wrzeszczała.

Przez chwilę pomyślałam, że może warto zawołać Gwidona, ta mała była tak podobna do mnie, że pewnie nie zauważyłby różnicy, ale przypomniałam sobie, że to laska Mirona. Uśmiechnęłam się w duchu – do czasu. Znałam mojego przyjaciela wystarczająco, by wiedzieć, że to nie potrwa długo. Jeśli ja miałam kłopoty z zaangażowaniem, to w słowniku diabła tego słowa w ogóle nie było.

– Nikt cię o to nie prosi, Anno. Zostaw nas samych, proszę. – Hm, chłodny ton mieliśmy opanowany do perfekcji, lata treningu zrobiły swoje.

– Jeśli stąd wyjdę, to nigdy nie wrócę – pisnęła wiedźma.

– Tak będzie chyba najlepiej. – Groźba nie zrobiła na Mironie wrażenia.

Wypuściła powietrze z sykiem i ruszyła do sypialni. Trzasnęła drzwiami. Joshua pewnie już nie spał. To druga burza, która przetoczyła się przez nasze mieszkanko w ciągu zaledwie godziny. On jeden nie przysparzał temu miejscu awantur. Żyjący w celibacie nieśmiały anioł. Jedyną jego słabością była muzyka. Nie upijał się, bo żadne z nas nie mogło się upić, nie rozrabiał, był schludny i pedantyczny, lubił prace domowe. Ideał. W ostatnich tygodniach był mi najlepszą żoną, jaką mogłam sobie wyobrazić. Przez trzy stulecia właściwie nie miał domu, bo, buntując się przeciw despotycznemu dziadkowi, archaniołowi Gabrielowi – tak, temu od zwiastowania – pomieszkiwał po jakichś norach lub wbijał się na waleta do klitki Mirona. Dopiero to mieszkanie, nagroda od Starszyzny za pokonanie maga, stało się pierwszym miejscem, które mógł nazywać swoim. Nic dziwnego, że na fali entuzjazmu taką przyjemność sprawiało mu odkurzanie, gotowanie, zaopatrywanie naszej lodówki. Uwielbiałam ten zapał i każdego dnia cieszyłam się, że zaproponowałam jemu i Mironowi udziały w mieszkaniu. Gdyby nie oni, nie dożyłabym nagrody, więc w pełni na nią zasłużyli, nawet jeśli Starszyzna wolała udać, że nie wie o ich zaangażowaniu w sprawę.

– Była… ładna, co nie? – zapytałam po chwili ciszy. Miron wciąż obejmował mnie w talii ramieniem, a czubek brody opierał o moją głowę.

– Zauważyłaś – westchnął.

– Co? – spytałam niewinnie.

– Była tak podobna. Pomyślałem, że nie robię nic złego, ale gdy my… Musiałem uważać, by nie wołać twojego imienia. To nie był dobry pomysł.

– Oj, diabełku... – Odwróciłam się, by spojrzeć mu w oczy. – Wszyscy popełniamy błędy. Zgadnij, kogo przypomina mi Gwidon.

– Choć jest tylko bladą wersją, nie?

– Jasne, podobnie jak ta panienka, ładna, ale brak jej…

– Ognia. – Uśmiechał się szeroko. – Jesteśmy popaprani, wiesz?

– Wiem. Na dodatek nie możemy wracać do swoich pokojów, bo żywe dowody naszego popaprania wciąż grzebią się w naszej pościeli. – Przytuliłam policzek do jego gołej skóry. Na Boginię, mogłam się uzależnić od tego uczucia.

– Kanapa? – zapytał po prostu.

– To jest pomysł – mruknęłam, kosmyk długich, ciemnych włosów Mirona łaskotał mnie po twarzy, ale nie odgarnęłam go – albo chodźmy do Joshui, wbijemy mu się pod kołdrę.

Nie byłby to pierwszy raz. Joshua regularnie miewał koszmary, jego krzyki budziły nas w nocy i spotykaliśmy się, tak samo zaniepokojeni, przy drzwiach sypialni, która znajdowała się między naszymi. Sny wytrącały anioła z równowagi, majaczył, krzyczał, płakał. Wystarczyło jednak, że go przytulaliśmy, a uspokajał się, spał do rana, zwinięty w kłębek jak kociątko. Nigdy nie pytałam, co takiego mu się śni, że doprowadza go do takiego stanu, on też nie wracał do tego rano. W ramach podziękowania robił nam śniadanie.

– Dziś nie krzyczy – powiedział diabeł.

– Gwidon krzyczał, twoja panna krzyczała, nie wystarczy?

Drzwi do sypialni Joshui uchyliły się z lekkim skrzypnięciem i anioł pojawił się w progu – wyglądał okropnie. Długie, jasne włosy były splątane, przyklejone do spoconego czoła. Twarz miał bledszą niż ja, a oczy podkrążone i szkliste.

– Nie mam siły krzyczeć, ale czuję się fatalnie – wychrypiał.

Podszedł kilka kroków w naszą stronę, ledwie trzymał się na nogach. Chwyciłam go, nim upadł. Krzyknęłam przerażona, czując, jaki był rozpalony. Na Boginię, czy anioły mogą chorować?

Rozdział 2

Nie wierzyłam w to, co się działo. Mój anioł stróż wiotczał mi w ramionach, półprzytomny osuwał się na podłogę. Bogini, ratuj! Boże, ratuj swego syna. Byłam gotowa modlić się do każdego, kto byłby gotów mnie wysłuchać. W oczach Joshui nie widziałam nic, prócz pustki, ciszy zapowiadającej coś złego.

– Miron, co mu jest? – krzyknęłam. Diabeł dopadł do nas. Spoglądał w nieobecną twarz przyjaciela, położył dłoń na rozpalone czoło.

– Na piekielne zastępy, płonie! – warknął.

Jego spojrzenie upewniło mnie, że sprawa jest poważna. Diabły i anioły nie chorowały. Nigdy. Nie groziły im ziemskie bakterie i wirusy, ich ciała regenerowały się po urazach. Joshua zachorował, miał gorączkę, stracił przytomność i nie odzyskiwał jej. Było w tym coś nadprzyrodzonego i niebezpiecznego. Miron nigdy nie wydawał się bliższy paniki niż teraz.

Dźwignęliśmy ciało i zanieśliśmy je do łazienki. Choć Joshua był szczupły, może nawet chudy, to swoje ważył. Miał ciężar, jaki zwykle miały trupy. Nie, nie pozwolę, choćbym miała bić się z Kostuchą do upadłego. Nie oddam go.

Od godziny siedziałam w wannie, w lodowatej wodzie. Anioł, wciąż nieprzytomny, opierał się plecami o moją pierś, a ja przytrzymywałam go, by się nie utopił lub nie zachłysnął wodą. Drżałam, całkiem już posiniała z zimna, ale gorączka Joshui nie spadała. Nie wiedzieliśmy, ile dokładnie miał stopni, skala w termometrze kończyła się na 42 stopniach, na ludzkiej śmierci, ale on nie był człowiekiem, do cholery. Nie myślałam jasno. Wtłaczałam w niego swoją energię, wolę życia, która obudziłaby cały cmentarz, zaklinałam na wszelkie świętości. Nie odzyskiwał przytomności. Płakałam, krzyczałam, groziłam i kusiłam. Miron klęczał przy wannie i zdawał się rozpadać. Na Boginię, nie mogę stracić ich obu. Serce diabła jest bardziej kruche, niż wszyscy zakładają, uświadomiłam sobie półprzytomnie. Nie może bezczynnie patrzeć, nic nie robiąc, prześladowałoby go to do końca życia.

– Miron, błagam, biegnij do Sanktuarium, przyprowadź Jemiołę – powiedziałam ochrypłym głosem.

Patrzył na mnie chwilę i wiedziałam, że domyśla się, czemu go o to proszę.

– On jest aniołem, wasza magia nie podziała.

– Znasz jakiegoś anielskiego uzdrowiciela w okolicy? – warknęłam. – Jemioła jest stara, może pamięta czasy, kiedy nasze systemy nie były jeszcze ostatecznie skłócone. Może wie, co mu jest, może… – Znów płakałam. Musiałam chwycić się tej nadziei.

– Zaraz będę z powrotem – powiedział.

Oby nie było za późno, pomyślałam, ale zacisnęłam zęby, nim słowa wydostały się na zewnątrz.

Zostałam sama z nieprzytomnym aniołem. Tak gorącym, że zagrzał wodę w wannie.

– Kochanie, wróć do mnie, wróć do nas. Nie odchodź, ptaszyno – szeptałam mu do ucha, całując skronie, każdy skrawek ciała, jaki miałam w zasięgu ust.

Zdesperowana sięgnęłam po moc, tę samą, którą kiedyś ożywiłam dwa wampiry. Dociskając dłonie do jego piersi, posłałam mu do głowy obrazy. Wiedziałam, że nas kocha, więc jak mantrę powtarzałam zaklęcie: żyj dla nas, ptaszyno. Serce pod moimi palcami przyśpieszyło, z ust wydostało się ciche jęknięcie.

– Joshua, odezwij się, jeśli mnie słyszysz – krzyknęłam, zbyt blisko jego ucha, by to mogło być przyjemne.

– Kocie – wyszeptał pieszczotliwe przezwisko, jakie mi nadał, i dodał chrapliwie: – nie pozwól im mnie zabrać.

– Komu, kochanie?

– Nie pozwól, nie pozwól…

Zaczynałam się obawiać, że majaczy, ale odwrócił się lekko i zobaczyłam jego niemal granatowe tęczówki. Wyglądał na przytomnego i zdecydowanego.

– On przyjdzie, Doro, nie pozwól – szeptał słabym głosem.

– Nikomu nie pozwolę cię zabrać, nawet Śmierci. Jesteś mój. – Twardo wymówiłam ostatnie słowo. I wierzyłam w nie z całych sił.

– Twój? – zapytał z niedowierzaniem.

– O tak, mój. I nie będę się tobą dzielić z nikim. Prócz Mirona – dodałam dla porządku.

Uśmiechnął się. Blado, ale jednak. Zaczynałam mieć nadzieję, że może jednak coś wskóram.

Mówiłam do niego, opowiadałam mu jakieś głupie historyjki, składałam obietnice i zaklinałam. Zmuszałam, by słuchał, by reagował, trzymałam go na powierzchni przytomności tak samo, jak trzymałam jego głowę nad powierzchnią wody. Czułam, że odsiecz nadchodzi.

*

– Nic nie zdołam zrobić, Jado. Mogę mu tylko trochę zbić gorączkę, ale nie wiem, co to za choroba, nie znam się na leczeniu aniołów – powiedziała Jemioła.

Patrzyła tak, jakby bała się, że uderzę ją za jej bezradność. Musiałam wyglądać jak obłąkana. Widziała zresztą, jak wyrzucam za drzwi Gwidona i Annę. Nie byłam miłą wiedźmą.

– Wybacz Jemioło, nie chciałam krzyczeć. Boję się o niego. Uśmierz gorączkę, proszę. – Postarałam się, by zabrzmiało to jak uprzejma prośba i skrucha, a nie rozkaz, a to już wiele w tej sytuacji.

Szepcząc zaklęcie, pochyliła się nad aniołem, który leżał teraz w swoim łóżku, rozebrany z mokrych spodni od piżamy i okryty prześcieradłem. Nie odstępowałam go. Gdy odeszłam na chwilę, by zmienić ubranie, był bardziej niespokojny. Leżałam przy nim, tuląc go i głaszcząc po wilgotnych włosach, które płynnym złotem rozlewały się na poduszce, oklejały moje ramiona, mieszały się z moimi rdzawymi kosmykami.

Nie radzę sobie z bezradnością. Jestem typem wojowniczki. Teraz jednak nie wiedziałam, z czym i jak mam walczyć. Łzy nieprzerwanym potokiem spływały mi po twarzy. Miron stał krok od łóżka. Pociemniały na twarzy, zacięty, zły. Jeśli ja cierpiałam, znając Joshuę nieco ponad rok, jak cierpiał diabeł, przyjaźniący się z nim trzy i pół wieku?

– Chodź do nas, diabełku – szepnęłam, wyciągając rękę w jego stronę.

Bez słowa położył się z drugiej strony łóżka. Rozpalone ciało chorego leżało między nami. Kiedyś to oni leżeli tak ze mną, wydrenowaną i umierającą, całą noc oddawali mi energię. Ocalili mnie. Gdyby i tym razem mogło to zadziałać... Brakło łez. Palce nieprzerwanie błądziły po głowie, po policzku, po gładkiej skórze na piersi mojego osobistego stróża. Czemu ja nie mogę go ochronić?

Jemioła wyszła, zostawiając nas ze strachem i bólem. Obiecała szukać informacji. Przytaknęłam, choć nie wierzyłam, że coś wskóra. Wszystko w rękach Pana, to jemu podlegał mój skrzydlaty chłopiec.

Nie spałam do rana, czuwając nad niespokojnym snem Joshui. Chyba znów nawiedzał go koszmar, bo płakał i rzucał się, majaczył. Przytulałam go i uspokajałam. Kilka razy jeszcze, półprzytomny, błagał, bym nie pozwoliła go zabrać. Obiecywałam, że nie pozwolę. I, na Boginię, zamierzałam dotrzymać słowa. Dłoń Mirona odnalazła moją.

*

Łomot do drzwi wyrwał mnie z odrętwienia, w jakie popadłam nad ranem. Miron wymknął się z łóżka i poszedł sprawdzić, kto się dobija do naszego mieszkania. Po chwili usłyszałam z salonu odgłosy kłótni. „Przyjdzie po mnie”, przypomniały mi się słowa Joshui i błaganie, bym nie pozwoliła go zabrać. Biały płomień furii rozrastał się, wypełniając mnie od środka. Wstałam, uspokajająco głaszcząc śpiącego anioła po twarzy. Wreszcie było coś konkretnego, co mogłam zrobić dla przyjaciela.

W drzwiach stał Gabriel, a za nim – trójka anielskich strażników, mięśniaków od czarnej roboty. Miron zagradzał im drogę.

– Diabełku, idź do Joshui – powiedziałam cicho. Na dźwięk mojego głosu podskoczyli. Miron zerknął przez ramię, niepewny, co powinien zrobić. Był u kresu sił. – Nie martw się, kochany, zajmę się naszymi gośćmi, a teraz idź, nie chcę, by został sam.

Skinął głową. Nie przywykłam do takiego posłusznego diabła, wypełniającego polecenia bez ironicznego komentarza. Niech wróci normalność, pomyślałam.

– Gabrielu – spojrzałam chłodno na archanioła stojącego w progu mojego mieszkania – cóż cię sprowadza i czemu przemocą chcesz naruszyć świętość naszego domostwa? Chyba nie planujesz znów mamić mnie wizją zwiastowania?

– Joshua jest chory – bardziej oświadczył, niż spytał.

Nie zamierzałam kłamać.

– Tak. Jest chory. Czy wiesz, co mu jest? – zapytałam podejrzliwie.

Może i byli rodziną, ale nie od dziś niebo sięga po ekstremalne środki dla własnych celów. Pokręcił głową.

– Nie, ale zabieram go do nieba.

– Nie – mój głos przeciął powietrze jak ostrze. Strażnicy anielscy wzdrygnęli się. Nieczęsto ktoś sprzeciwiał się drugiemu archaniołowi Rady.

– Nie będę tego z tobą konsultował. To mój wnuk, przyznany ci anioł stróż, ale jest chory, więc nie będzie wypełniał obowiązków, to chyba oczywiste.

– Nie – oświadczyłam. – Wiedział, że przyjdziesz. Kazał mi obiecać, że nie pozwolę go zabrać. I nie złamię obietnicy, choćbym musiała przelać tu twoją krew. Joshua nie jest tylko moim aniołem stróżem, jest przyjacielem. I jest coś, o czym może nie wiesz.

– Co takiego? – zapytał lekceważąco.

– Jeśli ja mam anioła stróża, on ma wiedźmę strażniczkę. Pilnujemy i chronimy się nawzajem. Więc o zabraniu go zapomnij. Za bardzo się bał, że nigdy go nie wypuścicie, bym była gotowa ryzykować.

– Umrze tu!

– Wiem, że wolałby umrzeć wolnym, niż żyć w niewoli – powiedziałam kategorycznie, choć gardło ścisnęło mi się na taką myśl. – Ale wciąż mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Patrzył na mnie ze złością. Anielscy strażnicy stali zdezorientowani za jego plecami, czekając na rozkazy.

– Gabrielu, powiedz mi – starałam się mówić spokojnie – jako kto tu dziś przyszedłeś?

– Co masz na myśli?

– Czy jesteś tu jako archanioł, członek Rady, zleceniodawca służby Joshui i jego przełożony, który przybył tu, by go zabrać wbrew jego woli do nieba? Czy jako jego dziadek, który wyczuł, że chłopiec, na którym mu zależy, jest chory i przybył zmartwiony, chcąc udzielić mu pomocy? Ostrzegam, tylko w jednym z przypadków będziesz mógł wejść do tego mieszkania. Jest chronione, nie możesz wejść bez mojej zgody, wiesz o tym. Kim więc jesteś, Gabrielu? Co jest dla ciebie ważniejsze?

Milczał. Arogancja na pięknej twarzy stopniała. Ramiona w eleganckim jasnopopielatym garniturze opadły. Wpatrywał się we mnie najbardziej niebieskimi oczyma, jakie w życiu widziałam.

– Przelałabyś moją krew? – zapytał nieoczekiwanie.

– Nie przelałabym krwi dziadka mojego przyjaciela. Przelałabym krew aroganckiego dupka, który nie chce zostawić go w spokoju.

– Zabiłbym cię, nie możesz się równać aniołowi w pełni majestatu.

– Gdyby do tego doszło, pewnie tak, zabiłbyś mnie. Ale nie zrobisz tego.

– Nie zrobię? – Uśmiech błąkał mu się po ustach.

– Nie zrobisz. I nie dlatego, że musiałbyś tłumaczyć Radzie, czemu zabiłeś wiedźmę, która była miła Panu na tyle, by ofiarował jej anioła stróża i udzielił mu łaski pełni majestatu. Nie zrobisz tego, bo musiałbyś wytłumaczyć swojemu wnukowi, dlaczego zabiłeś jego przyjaciółkę, kobietę, którą kochał.

Gabriel drgnął.

– Czyli wiesz. Jak zamierzasz to wykorzystać?

– Zamierzam go kochać, jak dotąd. Na tyle, na ile pozwolą nam okoliczności. Znam prawo, Gabrielu.

– Wyrzekniesz się potrzeb ciała?

Wzruszyłam ramionami. Wbrew obiegowym opiniom nie byłam nimfomanką. Kiedyś, nim zyskałam na mocy, musiałam pożywiać się energią śmiertelników w trakcie seksu, jak sukub. Nie zrozumcie mnie źle, nie narzekałam. Seks jest fajny, ale nigdy dość ważny, by tracić coś ważniejszego.

– Czy wyrzekłabyś się dla niego magii? – zapytał nieoczekiwanie Gabriel, nie przestając prześwietlać mnie błękitnymi sztyletami.

Nie wiedziałam, skąd akurat takie pytanie przyszło mu do głowy, ale odpowiedziałam bez wahania:

– Wyrzekłabym się dla niego życia, gdyby od tego zależało jego życie, Gabrielu.

– Zaskakujesz mnie, wiedźmo.

– Dziękuję.

– Skąd wiesz, że to był komplement?

– Jeszcze żyję, prawda? A ty wyglądasz świetnie, ale nie wypalasz mi oczu blaskiem. Wnioskuję więc, że zaskakiwanie to nie rozgniewało cię, lecz dostarczyło jakiegoś urozmaicenia. – Byłam potwornie zmęczona, nie miałam siły na gierki.

– Tak, niewiele mnie zaskakuje po tylu mileniach.

– Nie odpowiedziałeś mi, Gabrielu. Jako kto tu jesteś? Bo albo wyjdziecie stąd wszyscy, albo jako dziadek nie potrzebujesz sługusów i oni wychodzą.

Byłam wyczerpana, chciałam usiąść. Potarłam oczy, spuchnięte i piekące po całej nocy bez snu, za to pełnej płaczu. Archanioł szepnął coś strażnikom. Wyszli, zamykając za sobą drzwi.

– Zapraszam do kuchni, Gabrielu, zrobię nam kawy. – Nie chciałam wprowadzać go do Joshui, dopóki nie dowiem się więcej o samej chorobie mojego anioła, jak i o zamiarach Gabriela. Archaniołowie potrafią być wredni i przewrotni.

Skinął głową z uśmiechem. Tak, przyjmowanie go w kuchni zaczynało być jakąś tradycją. Zupełnie jak kilka miesięcy temu siedział na białym krześle z Ikei, a ja nasypywałam do ekspresu ulubionej kawy o lekko waniliowym aromacie.

– Powiedz mi, Gabrielu, czy masz coś wspólnego z chorobą Joshui? – zapytałam, siląc się na spokój.

– Nie! – zaprzeczył gwałtownie. Uwierzyłam mu. West-chnęłam.

– To nie jest nasza magia, Jemioła nie mogła go uleczyć. Walczymy z gorączką. Z trudem zdołałam przywrócić mu przytomność, ale nie mogę zwalczyć przyczyn choroby. – Znów zapiekły mnie oczy. Oparłam się ciężko o stół, kryjąc twarz w dłoniach.

– Co masz na myśli, mówiąc, że przywróciłaś mu przyto-mność?

– Był w ciemności. Odchodził. Przywołałam go. Odnalazłam jego duszę i pokazałam mu obrazy, dla których wiem, że chciałby wrócić. – Nie miałam pojęcia, jak dokładniej wytłumaczyć mu moją magię. – Kiedyś ożywiłam tak dwa martwe wampiry. – Nie wiedziałam, jak wygląda kwestia duszy wampirów w katechizmie Gabriela, ale nie zaprotestował. Znów patrzył, jakby chciał przejrzeć mnie na wylot.

– I obudził się? – zapytał. Skąd to napięcie w jego głosie?

– Tak. Zdołał ostrzec, że przyjdziesz, i błagał, bym nie pozwoliła go zabrać.

– Nie rozumiem, jak to się mogło stać. Nie powinnaś móc na niego wpływać, jest aniołem, ty wiedźmą – powiedział, kręcąc głową. – Dlaczego chce tu zostać, skoro czuje, że umiera? Skoro ja poczułem to w niebie, on musi być tego świadomy. Dlaczego chciałby umierać tutaj?

– Kochamy się, a miłość nie przejmuje się systemami. Czy gdybyś wiedział, że umierasz, nie wolałbyś mieć u boku tych, których kochasz, Gabrielu?

– Nie rozumiesz słów, których używasz. Jesteś jeszcze dzieckiem!

– Gabrielu, jestem wiedźmą, władam magią miłości. Wiem o niej więcej niż inni.

Chwyciłam jego palce, lekko wzdrygnął się, ale nie wyrwał z uścisku.

– Pozwól, pokażę ci – powiedziałam.

Przez chwilę wahał się, ale w końcu przytaknął. Pozostawało mi tylko mieć nadzieję, że Gabriel nie był takim sukinsynem, za jakiego uchodził. Otworzyłam się na niego, rozsunęłam zasłony między naszymi jaźniami. Weszłam i odnalazłam jego duszę. Drgnął. Właściwie nigdy nie robiłam tego na przytomnym obiekcie, nie przyszło mi na myśl, że mogą temu towarzyszyć jakieś sensacje. Spytałam wzrokiem, czy mam przerwać, ale zaprzeczył. Wróciłam do jego duszy, złotej i bardzo jasnej, ale zimnej, jakby uśpionej. Przez chwilę sondowałam ją tą częścią mojej magii, którą odziedziczyłam po przodkach ze strony matki. Zamknęłam oczy i wzmocniłam osłony, by nie widzieć tego, co odnalazłam, nie chciałam wkraczać w intymne sprawy Gabriela. Pozwoliłam, by sam oglądał obrazy, które zachował w pamięci, a które naznaczone były miłością, wyczuwaną mój zmysł. Żył bardzo długo, ale miałam mu do pokazania znacznie mniej obrazów, niż pokazywałam Joshui, mniej niż znalazłabym we własnej jaźni, choć miałam dopiero trzydzieści lat. Zrobiło mi się smutno i odruchowo mocniej ścisnęłam palce archanioła. Gdy znów na niego spojrzałam, miał mokre policzki, a na jego twarzy rysował się wyraz zagubienia.

– Widziałaś?

– Nie naruszyłam twojej prywatności, Gabrielu. Pokazałam ci tylko to, czym dla ciebie była miłość. Nie mam wpływu na to, co zobaczyłeś.

– Cofam, co powiedziałem. Wiesz, co to miłość. Czy mój wnuk…

– Jego pokaz trwał znacznie dłużej, Gabrielu. Twój wnuk ma wielkie serce.

– To dobrze – powiedział cicho.

Nie widziałam go takim. Czy ktokolwiek widział Gabriela słabego i niepewnego?

– Gabrielu, co dolega Joshui?

– Podejrzewam, że gorączka przemiany. Powikłanie po uzyskaniu pełni majestatu. Może był zbyt słaby, by ją udźwignąć.

– Czy Pan dałby mu ten dar, nie patrząc na to, że może go zabić?

– Nie byłby to pierwszy raz. – Gabriel uśmiechnął się smutno.

– Jak mu pomóc?

– Tylko Rafael pomoże. On jest uzdrowicielem.

– Bóg Uleczy. Tak tłumaczy się jego imię, prawda? – Przytaknął. – Mamy problem. Rafael nienawidzi mnie i Joshui.

Znów przytaknął.

– Zdobędę leki, nie zdradzając, kto ich potrzebuje. Dostaniecie je jeszcze dziś – oświadczył z mocą.

– Dziękuję, Gabrielu. – Łzy pociekły mi po policzkach.

– Nie dziękuj. Opiekuj się nim. Ma szczęście. – Wstał i ruszył ku wyjściu. Zatrzymał się w progu i obrócił. – Wiesz, co znaczy twoje imię, Teodoro?

– Nikt tak na mnie nie mówi, Gabrielu. Teraz jestem po prostu Dorą albo Jadą.

– Ale nadal jesteś tą, która raduje Pana. – Uśmiechnął się. – Może dlatego jest ci tak łaskawy, choć jesteś w innym systemie. A może, wedle innego tłumaczenia, jesteś jego darem, darem dla mojego wnuka, dla nas wszystkich?

– Może. Gabrielu – powiedziałam z wahaniem – jesteś też Panem Snów, prawda? – Skinął głową. – Stąd wiedziałeś, co się śniło Joshui? Wiesz, że ma koszmary?

Jakiś cień przebiegł przez jego twarz.

– Przykro mi, Teodoro, jeśli ktoś miałby ci o tym opowiedzieć, powinien to być Joshua.

– On chyba nie pamięta tych snów po przebudzeniu – szepnęłam – ale boi się ich.

– Niestety, to tajemnica mojego wnuka, nie moja. Nawet gdybym chciał ci ją ujawnić, wiąże mnie przysięga.

– Czyli nie jest to tajemnica wyłącznie Joshui, prawda? Nie jemu obiecywałeś…

– Nie, ale gdybym ci zdradził cokolwiek, ktoś miałby podstawy, by domagać się mojego odejścia z nieba.

Zostawił mnie zaskoczoną przy kuchennym stole. Gdy drzwi się za nim zatrzasnęły, wróciłam do sypialni Joshui. Miron siedział na brzegu łóżka, trzymając dłoń przyjaciela.

– Dobrze, nie pozabijaliście się – mruknął na mój widok.

– Nie było nawet blisko. – Posłałam mu blady uśmiech. – Obiecał nam pomóc, wydębi lek od Rafaela.

– Przywykłem, że przy tobie nie jest sobą.

– Po prostu kocha wnuka i martwi się o niego.

– Taaa, nawet jeśli gros kłopotów jego wnuka to skutek chorych ambicji dziadka.

– Kocha, jak może, Mironie. Ma serce, choć chyba boi się go używać.

– Uwierzę na słowo. – Skrzywił się. – Najważniejsze, że obiecał pomoc. Nigdy nie złamałby danego słowa.

– Nawet danego wiedźmie.

Wpełzłam do łóżka i przywarłam do Joshui. Mruczał przez sen, wciąż niespokojny. Był blady, spod ciemnych, długich rzęs przezierały sińce. Jego wciąż trochę chłopięca, mimo trzystu pięćdziesięciu wiosen życia, twarz wyglądała na zabiedzoną, choć jeszcze wczoraj rano był okazem zdrowia. Odgarnęłam mu z czoła złote kosmyki. Nie mogłam uwierzyć, że nieco ponad rok temu nie było go w moim życiu. Byłam przerażona przeczuciem pustki, która by w nim zawitała, gdyby zabrakło anioła. Przywarłam ustami do jego skroni i w rozpaloną skórę wyszeptałam:

– Nie waż się nas zostawiać, ptaszyno, bo znajdę cię choćby w Edenie i przetrzepię twój pierzasty tyłek, zrozumiano? – Nie brzmiałam groźnie, jak na mnie byłam aż zbyt ckliwa i słodka. Ale dzięki tym słowom uczyłam się odnajdywać w roli dobrej Jady i nie irytowałam samej siebie. Prawie.

*

Godzinę później wciąż nie było znaku od Gabriela. Czekaliśmy, nie wychodząc z łóżka Joshui.

– Mironie, czy wam się też zdarzają takie rzeczy?

– Nam, znaczy diabłom? – Przytaknęłam. – Nie, gorączka przemiany nam nie grozi, nie przemieniamy się. Nie mamy skrzydeł, nie zdarza nam się pełen majestat, bo to znak łaski Pana, a jak wiesz, nie jesteśmy jego ulubieńcami. Nie wierzę, że Joshua nie zasłużył na skrzydła i na majestat. Myślę, że może odchorowuje, bo to było takie nagłe, zaskakujące. Plus więź z tobą, z nami, jego emocje rozszalałe bardziej niż przez ostatnie trzy wieki, za dużo wszystkiego.

– Wyjdzie z tego, prawda? – Nie mogłam przestać gładzić włosów anioła.

– Musi, nie pozwalam sobie na myślenie, że może być inaczej.

– Może powinniśmy pozwolić Gabrielowi go zabrać, wyleczyć.

Miron potrząsnął głową zdecydowanie.

– Nie, Joshua by tego nie chciał, poza tym… może teraz ma większe szanse. Boję się, co zrobiłby mu Rafael, gdyby znalazł go w niebie. O uleczeniu myślałby na końcu. Im dalej od Rafaela, tym lepiej dla Joshui.

Anioł niespokojnie drgnął we śnie, mówił coś bezgłośnie.

Co, jeśli całe szczęście, jakie możesz sobie wyobrazić, jest w rękach aniołów? Jednego, który cię nienawidzi, drugiego, który sam nie wie, co o tobie myśleć, i trzeciego, który jest nieprzytomny? Ale nie tęskniłam za czasami, kiedy w moim życiu nie było aniołów, diabłów, magii. Za dzieciństwem i dojrzewaniem bez świadomości, że jestem wiedźmą i że moje recesywne geny to coś więcej niż jasna karnacja, rude włosy i grupa krwi zero Rh minus. Teraz miałam wszystko, czego potrzebowałam do szczęścia. Jedynym moim zmartwieniem na tę chwilę było, co zrobić, by nic z tego nie utracić.

– Jeśli w ciągu godziny nie przyjdą, sama pójdę do nieba. Może poproszę przed całym Trybunałem, może przekonam archaniołów i ich żony, że nie jestem zagrożeniem, a Joshua zasługuje na leki.

– Nigdzie nie pójdziesz. – Miron szarpnął mnie za rękę. – Zrozumiano? Nie wtargniesz tam, zabiją cię. Nie pozwolę. Skontaktuję się z Lucem.

Gdy anioły zawodzą, kto zostaje, jeśli nie Niosący Światło, Książę Piekieł, dziadek mojego kochanego diabła?

*

Młoda, smukła anielica stała w progu wyraźnie przestraszona. Zmęczona, potarłam twarz. Zdarzało się, że byłam straszakiem na wilkołaki, może i psychopatyczni magowie powinni mnie unikać, ale od kiedy stałam się straszakiem na młodociane anioły?

– Kim jesteś? – spytałam.

– Łucja – wydukała. – Przysłał mnie Gabriel.

– Masz przesyłkę?

Przytaknęła. Odetchnęłam z ulgą. Podała mi sakiewkę, ścisnęłam palcami miły ciężar.

– Gabriel chce wiedzieć, czy jest poprawa. Kiedy mam wrócić? – zapytała niepewnie.

Pokręciłam głową i szerzej otworzyłam drzwi, zapraszając ją do środka.

– Wejdź, proszę. Poczekaj u mnie. Poczęstuj się kawą, jedzeniem, czymkolwiek, zaraz wrócę.

Zostawiłam zaskoczoną anielicę w drzwiach i pobiegłam do pokoju Joshui. Miron podciągnął przyjaciela, a ja podetknęłam mu buteleczkę z płynem do ust. Niech zadziała, niech to nie będzie pułapka. Na Boginię, przecież nawet nie miałam pewności, że Rafael nie domyślił się, dla kogo jest lek. Klęczałam przy łóżku, opierając się pięściami o podłogę, niezdolna, by wstać. Wpatrywałam się w bladą twarz przyjaciela, szukając oznak zmiany, na lepsze czy na gorsze. Miron wciąż obejmował Joshuę. Widziałam jego skupienie, ściągniętą twarz, zaciśnięte szczęki. Słaby oddech chorego przyśpieszył. Gdy anioł otworzył oczy, niemal zemdlałam, zapowietrzona, z dłońmi poplamionymi krwią. Nawet nie zauważyłam, że wbijam paznokcie w skórę. Spojrzałam na Mirona. Uśmiechał się półprzytomnie.

– Dora… – wyszeptał anioł – Miron… udało się wam.

– To tobie się udało, ptaszyno. – Pogłaskałam go po policzku i pocałowałam.

Przez chwilę, bez słowa, przytulałam czoło do wciąż rozpalonego ciała anioła. Wyczuwałam jego aurę, była mocniejsza niż jeszcze chwilę temu. Znów czułam życie, nie pustkę. Miałam już pewność, że wyliże się z tego.

– Za chwilę wrócę, muszę porozmawiać z Łucją.

– Tym dzieciakiem? – Uśmiechnął się Miron.

– Dziewczyną. – Też się uśmiechnęłam na myśl o anielskiej nastolatce. – Gabriel będzie chciał wiedzieć, że dochodzisz do siebie.

– Nie pozwoliłaś mu mnie zabrać – wyszeptał Joshua.

– Nigdy nie łamię danego słowa, ptaszyno, przecież wiesz. – Uścisnęłam go raz jeszcze i podniosłam się z podłogi.

Anielica siedziała na kanapie z podkulonymi nogami. Przeglądała jakieś babskie pismo, zostawione tu przez Katię, moją przyjaciółkę. Gdybym nie wiedziała, nie poznałabym, kim jest. Oczywiście nie chodzi o brak skrzydeł – anioły nie noszą ich na co dzień, tylko w pełni majestatu, jeśli go osiągną. Wszystkie znane mi anioły były imponująco piękne, przystojne. Wszystkie mają aurę, która nie pozostawia mnie obojętną. Łucja była bardzo młodym aniołkiem, metrykalnie sporo młodszym ode mnie. Jej twarz nosiła ślady ledwie co osiągniętego nastolęctwa. Była trochę za szczupła, nieco nieproporcjonalna, za długie nogi, za długie ręce. Taki anielski źrebaczek. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc, z jakim zaangażowaniem wczytuje się w artykuł o trendach w makijażu. Była nim tak pochłonięta, że nie zauważyła, kiedy podeszłam.

– Łucjo – powiedziałam spokojnie – Joshua zdrowieje, przekaż to Gabrielowi. Może nas, oczywiście, odwiedzić. Zawsze będzie tu mile widziany jako dziadek naszego przyjaciela.

– Cieszę się – wydukała, wciąż niespokojnie spoglądając na mnie spod jasnej grzywki. – Czy naprawdę groziłaś Gabrielowi?

– Tak, ale to były emocje. Żadne z nas nie chciało rozlewu krwi, martwiliśmy się o Joshuę i tyle.

– Ale zabiłaś wampira i maga?

– Maga zabił Joshua, ratując co najmniej dziesięć osób.

Była pod wrażeniem.

– Wiesz, że mówią, że jesteś jego drogą na skróty do pełni majestatu? Że bez ciebie nie miałby skrzydeł?

Wzruszyłam ramionami.

– Joshua to dobry anioł i przyjaciel. Zasłużył na skrzydła. I może gdyby nie ja, nie miałby ich dzisiaj, ale też nie byłby chory, nie byłby na granicy życia i śmierci.

– Każdy anioł marzy o skrzydłach – powiedziała tęsknie.

– Nie śpiesz się do nich, maleńka, jesteś jeszcze młoda. Gabriel podejrzewał, że choroba Joshui jest właśnie konsekwencją przemiany.

– Jako anioł pocztowy raczej na skrzydła nie zasłużę – chlipnęła.

– Rób, co do ciebie należy, najlepiej, jak możesz. Nigdy nie wiesz, co spodoba się Panu – powiedziałam sentencjonalnie. – Ilu zakładało, że może spodobać mu się myśl o ratowaniu wiedźmy? Pan jest nieprzewidywalny, anielico.

– To prawda – westchnęła. – Muszę już iść…

– Zostań, jak długo chcesz, możesz poczytać, obejrzeć sobie coś, zjeść… Jesteś posłańcem dobrej nowiny, więc miło nam cię gościć.

– Muszę iść do Gabriela… – powiedziała, ale jej wzrok z tęsknotą zatrzymał się na dłużej na stosiku gazet i na telewizorze. W niebie była tych rozrywek pozbawiona. W Thornie mieliśmy kablówkę. Podejrzewałam, że kradzioną, ale satelity, jak komórki, nie działały w magicznym mieście.

– Możesz nas odwiedzić, chłopcy się ucieszą – zapewniłam ją życzliwie.

Drgnęła zaskoczona.

– Chłopcy?

– Miron i Joshua. Mieszkamy tu w trójkę.

Oblała się rumieńcem. Hm, o Joshui wiedziała, więc domyślam się, na myśl o kim te policzki płonęły. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Dobrze, że nie słyszała, jak nazwał ją dzieckiem. Serce dziewczyny może pęknąć z mniej ważkich powodów. Wstała szybko, otrzepując tunikę.

– Zmykam – mruknęła i uciekła.

Heksalogia o Dorze Wilk. Tom 2. Bogowie muszą być szaleni

Copyright © by Aneta Jadowska 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2020

Redakcja i korekta – Dorota Pacyńska, Aneta Wieczorek, Agnieszka Zygmunt

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Magdalena Babińska / Dedodesign.pl

Ilustracje wewnątrz książki – Magdalena Babińska / Dedodesign.pl

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I tej edycji, Kraków 2020

ISBN EPUB: 978-83-8129-716-5ISBN MOBI: 978-83-8129-715-8

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Dagmara Kolasa

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka

Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Próchno, Gabriela Matlak, Aldona Liszka, Szymon Gagatek, Tomasz Czernich

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga, Karolina Żak

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Łukasz Szreniawa, Marta Tabiś

Administracja i finanse: Klaudia Sater, Monika Płuska, Honorata Nicpoń, Ewa Koza

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Strona redakcyjna