Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
51 osób interesuje się tą książką
Najsilniejsze uczucia kiełkują nawet pośród ruin
Sofia ucieka z rodzinnej Andaluzji do Bostonu, wierząc, że znajdzie tam upragnioną wolność. Zamiast niej trafia do piekła. Haruje w barze, by zapewnić byt sobie i uzależnionemu bratu, a z każdym dniem coraz bardziej zatraca siebie – aż do chwili, gdy spotyka Ethana.
Syn Francy, utalentowanej kompozytorki, i Dominica, wpływowego prokuratora, jako jeden z nielicznych dostrzega ból, który zżera Sofię od środka. Jej cierpienie przykuwa jego uwagę, dlatego postanawia jej pomóc.
Z czasem dziewczyna przekonuje się do barw, w jakich Ethan maluje rzeczywistość. Choć pochodzą z dwóch różnych światów, zbliżają się do siebie – zraniona uciekinierka i chłopak, który mógłby mieć wszystko.
Łączące ich uczucie wyrasta jednak na jałowej, pełnej cierni ziemi. Może dać im siłę, by wreszcie rozkwitnąć... ale może też całkowicie ich zniszczyć.
18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 323
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Drogi Czytelniku,
Choć ta historia osadzona jest w tym samym uniwersum, co moja trylogia Universe (Beginning Moon, Flame Moon i Destiny Moon), jest to osobna historia i można czytać ją bez znajomości poprzednich tomów. Jeżeli jednak zdecydujesz się sięgnąć również po trylogię, być może odkryjesz kilka smaczków i nawiązań, które dodadzą głębi tej historii.
Cieszę się, że tu jesteś.
Witaj (ponownie) w Bostonie.
PS Niektóre rzeczy zostały zmyślone na potrzebę fabuły, np. ogród botaniczny i godziny jego otwarcia oraz inne miejsca.
W książce występują wulgaryzmy, przemoc oraz sceny o charakterze seksualnym. Rozważ swoją decyzję o przeczytaniu tekstu.
Ludwig Göransson – Can You Hear The Music (Oppenheimer Theme)
Hans Zimmer – Time (Inception Theme)
Omah Lay – soso
Teddy Swims – The Door
ORGAVSM – Ready to Love
Beneld & BURY – Feel
Sparklyel – You Are Heavenly
Sparklyel – Bewitch Me More
Two Feet – Her Life
Ruelle – War Of Hearts
Saint Avangeline – Your Rarest of Flowers
Zubi – Sugar
Dla Damiana.
To Tobie dedykuję każdą literę
i każdy oddech tej historii,
bo Ty jesteś jej najważniejszym bohaterem.
Podobno świat jest jeden, choć to zupełnie mylne stwierdzenie. Światów jest tak wiele, ile ludzi.
W tym jednym, moim, nie ma ramion, które mogłyby mnie ocalić. Nie ma słów, które mogłoby ukoić serce i myśli. Jedynym towarzyszem są łzy, a te mają swój ciężar. Potrafią spaść na ziemię cichutko i brzmieć głośniej niż wrzask. Niosą w sobie więcej, niż potrafią unieść słowa.
Nie każdy, kto mieszka pod naszym dachem, jest bliski. Najbardziej brakowało mi zrozumienia, wsparcia, kochania – bezwarunkowego, które jest jak tlen. Prostego, cichego. Mój świat w takich chwilach wydawał się zepsuty. Niczym zbudowany na fundamencie obojętności i z cegieł obietnic, które rozsypywały się w pył. Ale przecież nawet w tym gruzowisku można dostrzec ziarenko nadziei. Wystarczająco silne, by zaczęło kiełkować.
Może właśnie po to był mi ten ból? Abym zapragnęła czegoś więcej niż tylko przetrwania. Bym uwierzyła, że mogę stworzyć nowy świat. Taki, w którym dłonie będą schronieniem.
Ten świat musi nadejść, inaczej cały ból i krzyk nie miałyby sensu.
Boston, Massachusetts, grudzień
Śnieg nie padał mocno, natomiast Boston już przypominał pocztówkę – świąteczne lampki zdobiące latarnie, ledwo zauważalne światło księżyca, cichy szum samochodów w oddali. Biały puch pokrywał wąskie ulice, a śpieszący się gdzieś ludzie przemykali w grubych szalikach.
– Jesteś zadowolona? – zapytałem, naciągając na głowę kaptur od kurtki.
Melanie założyła na twarz jeden ze swoich najładniejszych uśmiechów i uniosła rękę, w której trzymała papierową, świąteczną torbę.
– Jasne! Dzięki, Brown. Mam nadzieję, że tata również się ucieszy.
– Czemu by nie miał? Tom uwielbia samochody. Kolekcjonerska figurka jego ulubionego modelu na pewno go zachwyci. To świetny prezent na Boże Narodzenie.
– Wzruszy się – dopowiedziała z rozbawieniem w głosie.
Wyszliśmy z centrum handlowego wprost na wzmagający się śnieg. Ani dla mnie, ani dla Melanie nie stanowił on problemu. Zamiast wsiąść do samochodu czy metra zdecydowaliśmy się na dłuższy spacer. Mróz szczypał mnie w nos i policzki. Oboje nie wzięliśmy rękawiczek, więc zabrałem od niej torby z zakupami. Przyjaciółka posłała w moją stronę nieśmiały uśmiech i schowała dłonie do kieszeni kurtki.
– Czy możemy teraz o tym porozmawiać? – przełamałem ciszę. Zerknąłem krótko w kierunku rudowłosej kobiety.
Nie odwzajemniła spojrzenia. Miałem wrażenie, że głębiej schowała się w kapturze.
– A jest o czym? – spytała cicho, ledwie ją słyszałem.
Spojrzałem w niebo, modląc się o cierpliwość.
– Martwiłem się.
– Jak widzisz, nie miałeś powodu.
– Nie ty jesteś od ustalania moich powodów do zmartwień – rzekłem.
Melanie wzruszyła ramionami. Mimo że w galerii na jej twarzy szybko się pojawił uśmiech, teraz mogłem o nim pomarzyć. Westchnąłem, podejmując próbę raz jeszcze.
– Mam prawo się zamartwiać, kiedy moja najlepsza przyjaciółka umawia się ze starszym mężczyzną przez internet, a następnie przez trzy godziny nie odpisuje – powiedziałem. – Nie masz pojęcia, co przeżywałem, gdy nie odpowiadałaś na wiadomości. Dziś nie wydajesz się szczęśliwa. Zakładam, że randka nie wyszła?
Milczała. Zagryzła wargę, jakby chciała się powstrzymać przed powiedzeniem czegoś głupiego. Pokiwała głową, znikomo się uśmiechnęła i opatuliła mocniej ramionami.
– Dlaczego? – ciągnąłem zainteresowany. – Melanie, proszę, powiedz coś.
Zatrzymałem się, ostrożnie łapiąc ją za przedramię. Adison zadarła głowę, by spojrzeć mi w oczy, a z jej ust wymsknęło się ciche westchnienie.
– Ethan, po prostu… Po prostu to nie wyszło, dobra?
– Skrzywdził cię?
– Nie – odparła natychmiast speszona. – Blake mnie nie skrzywdził. Czasem jest tak, że wydaje ci się, że idealnie do kogoś pasujesz, a potem to pęka jak bańka mydlana i zastanawiasz się dlaczego. Tak było w tym przypadku. Nie pasujemy do siebie. Potrzebowałam wczoraj chwili, żeby oswoić się z tą myślą, okej?
– Rozumiem – odrzekłem, przypatrując się jej niebieskim oczom. – Rozumiem, że było ci przykro, i mnie też jest przykro, że jesteś smutna. Czy mogę poprawić ci nastrój?
– Po prostu… – uniosła dłonie przed siebie, zaraz je opuszczając – …o niego nie pytaj.
– Na następną randkę pójdziesz z lokalizatorem w torebce.
Rozśmieszyłem ją tym. Melanie starła z nosa płatki śniegu, a potem obróciła głowę w lewo. Podążyłem za nią, bo wiedziałem, na co patrzy. Niewielki dom ozdobiony był świątecznymi lampkami, a jego dach pokrywał biały puch, tworząc wielką czapę. W środku tliło się żółte, przytulne światło. Mieszkali w nim nie tylko ludzie, ale też moje wspomnienia.
– Tęsknisz, prawda?
Uniosłem kąciki ust na pytanie Adison.
– Ja też – dodała nostalgicznie. – Graliśmy wspólnie w piłkę w ogrodzie. Mam gdzieś zdjęcie, jak zrywamy po kryjomu z niego róże. Zniszczyliśmy tak piękne kwiaty, a twój tata nawet nie był zły.
– Ta – przytaknąłem cicho. – On się nigdy na mnie nie denerwuje.
Melanie szturchnęła mnie łokciem w bok.
– Na mnie też nie.
– Nic dziwnego. Jesteś jego ulubienicą – powiedziałem i ruszyliśmy dalej.
Dom, któremu przypatrywaliśmy się przez krótką chwilę, był niegdyś moim domem. Moim i rodziców. Tam się urodziłem, wychowałem, stawiałem pierwsze kroki, a na podwórku uczyłem jeździć na rowerze. W nim bawiłem się z Melanie, jak jeszcze byliśmy dzieciakami. Kiedy skończyłem dziesięć lat, tata postanowił, że przeniesiemy się gdzie indziej. Argumentował to tym, że dorastam, że potrzebuję więcej przestrzeni i że zmiany są dobre. Nie narzekałem na to, gdzie mieszkam teraz. W dalszym ciągu w Bostonie, miałem bliżej na uczelnię, do centrum, no i sama nieruchomość była dwukrotnie większa. Miałem całe piętro dla siebie. Momentami czułem się, jakbym mieszkał sam – mama i tata dużo pracowali.
– Jaki masz prezent dla rodziców? – zagadnęła mnie Melanie, co chwilę poprawiając sobie kaptur na głowie.
– Mam dla mamy bransoletkę z wygrawerowanymi pierwszymi nutami jej własnej kompozycji oraz datę założenia szkoły muzycznej.
Przyjaciółka otworzyła usta ze zdziwienia, na krótką sekundę stając w miejscu. Przebiegłem wzrokiem po jej zaczerwienionej od mrozu twarzy.
– Żartujesz? Skąd wziąłeś jej pierwsze nuty? Pokazała ci?
– Nie. Poprosiłem o pomoc tatę. Wiedziałem, że będzie miał gdzieś schowane na strychu wszystkie kompozycje, które napisała mama. Nie powiedziałem mu, po co to chcę. Udałem, że jestem zaciekawiony i bla, bla, bla. – Uśmiechnąłem się.
– Będzie dłuuuugo płakać, kiedy już go odpakuje.
– Ta – przyznałem jej rację zadowolony. – Mama taka jest. Płacze, kiedy tylko się da.
– A dla taty co masz?
Uniosłem ramiona, dając jej do zrozumienia, że jeszcze nic i że nie za bardzo mam pomysł.
– Ciężko dać coś osobie, która ma już wszystko – wyjaśniłem. – Z tym chciałbym udać się do twojego ojca. Są najlepszymi przyjaciółmi, może mi podpowie.
– Oczywiście. Na pewno podpowie. – Mel zmarzniętą dłonią potarła moje ramię. Schowała ją natychmiast ponownie w kieszeń. – Dla ciebie też mam już prezent.
– Szybka jesteś.
– Byłeś pierwszą osobą, dla której coś kupiłam – odezwała się nieśmiało.
Uśmiechnąłem się w odpowiedzi i stuknąłem ją dwoma palcami w czoło.
– W tym roku na święta będzie nas więcej – dodała prędko. – Przylatują przyjaciele naszych rodziców z Belgii.
– Tata wspominał. Dawno ich nie było. Mam się przygotować na świąteczny harmider?
Melanie pokiwała bardzo szybko głową, szeroko się uśmiechając. Przewróciłem oczami.
– I wiesz jeszcze na co? – Uniosła brwi.
Natychmiast zrozumiałem, o co jej chodzi.
– Chcesz ubrać wspólnie choinkę, ta?
– Laaaaast Chrismast I gave you my heart! – zaczęła radośnie podśpiewywać.
Nigdy nie miałem serca jej odmówić.
Uderzenie w nos boli. Nie wiedziałem, czy bardziej niż mocny cios pod żebra albo kopnięcie w jaja. Ciężko było mi to porównać. Wszystkie wywoływały ból, którego nikt nie chciałby doznawać. Ale czy dla kogoś mógłbym to znieść?
Ta niespodziewana myśl opuściła moją głowę, kiedy poczułem uderzenie. Prędko przywołałem się do porządku. W ostatniej chwili schyliłem się i uniknąłem kolejnego spotkania z ręką Ashera. Mężczyzna uśmiechał się złowieszczo, ponawiając próbę wymierzenia ciosu. Udało mi się i tym razem. Oprócz robienia szybkich uników sam zacząłem na niego napierać. Próbowałem kolanem, łokciem, rękawicą – to wszystko na nic. Asher był bardzo szybki, sprawny i trochę ode mnie wyższy, a sam nie należałem do niskich facetów. Miałem metr osiemdziesiąt siedem, to i tak mniej niż ojciec. Asher odziedziczył wzrost po swoim. Ten miał ponad metr dziewięćdziesiąt. To niebywałe. Ojciec mojego najlepszego przyjaciela był przyjacielem z dzieciństwa mojego ojca. Identycznie jak z tatą Melanie. Był jeszcze jeden kumpel w ich paczce, ale parę lat temu wraz z żoną i córką wylecieli do Belgii, na stałe.
– Przestańmy – zaproponował Asher, odsuwając się ode mnie i głośno oddychając. – Za dwa dni są święta. Jak przyjdziemy z obitymi twarzami, rodzice się wściekną.
– Jak ci poszło na zaliczeniach? – zapytałem, schodząc z ringu.
Przysiadłem na jednej z ławek, ściągając rękawice treningowe. Obserwowałem, jak Asher chwyta swój ręcznik i pociera nim kark.
– Nie chciałbyś być na drugim roku inżynierii. Przy-najmniej dwa razy w tygodniu mam ochotę się zastrzelić.
Całkowicie się z nim zgadzałem, chociaż byłem o rok starszy i wybraliśmy zupełnie odmienne kierunki. Studiowałem na trzecim roku socjologii na Boston University i również nachodziły mnie myśli, że dłużej tego nie ogarnę.
– Nie chciałbyś czasem rzucić tych studiów? – pytał, kiedy szliśmy pod prysznic.
– Chyba nie – odparłem bez zastanowienia.
– Stawiasz nacisk na odpowiedzialność społeczną jak stary?
Wywróciłem oczami.
– To trochę co innego.
– Niczym się nie różnicie – ciągnął.
– Walker, mój ojciec jest prokuratorem okręgowym – zacząłem gadać, wrzucając torbę do szafki. – Jest oskarżycielem w sądzie karnym, nadzoruje śledztwa, podejmuje decyzje o postawieniu zarzutów, ma duży wpływ na lokalną politykę prawną…
– Walczy z przemocą, narkotykami i rasizmem – wtrącił Walker, rozkładając ręce. – Empatia, aktywne słuchanie, analiza… Nie uważasz, że jako student socjologii jesteś temu bliski?
Położyłem dłoń na klamce kabiny prysznicowej. Przyjaciel uśmiechnął się do mnie tym głupkowatym uśmiechem, a kiedy miałem mu odpowiedzieć, że mówi bzdury, on zniknął za szybą i odkręcił wodę.
– Nigdy nie chciałbym studiować prawa – mruknąłem do siebie.
Bywałem za kierownicą nerwowy. Zwłaszcza gdy w Bostonie trwała zima, a podczas niej tworzyły się gigantyczne korki na ulicach. Asher mieszkał w okolicy, gdzie te były nieuniknione o każdej porze roku. Normalnie próbowałbym je objechać, ale zawoziłem go do domu. Zaparkowałem przed bramą, kończąc z nim gadkę o nadchodzącym sylwestrze.
– W dalszym ciągu uważam, że mogliśmy się bardziej postarać – oznajmiłem i wyłączyłem silnik. – Sylwester w klubie. Słyszysz, jak to brzmi? Naprawdę nie mamy innej opcji?
– Nie wiem. – Walker wzruszył ramionami. – To zostańmy u ciebie na chacie. Pogramy sobie w gry, zamówimy pizzę, a Melanie zrobi nam pokaz swojej bielizny.
Zaśmiałem się, rozmasowując palcami czoło.
– Zapominasz, że mój ojciec ma urodziny w sylwestra i spędzają je wszyscy w domu.
– Posiadówka – żartował sobie. – Zapomniałem. To nie wiem. Możemy zostać u mnie, u Mel. Naprawdę w tym roku nie mam na nic pomysłu.
– Przemyślimy to jeszcze – obiecałem mu. – Ale jutro wyjdźmy, zróbmy coś.
– Spoko. – Asher wysiadł z samochodu i zabrał torbę z bagażnika. Nachylił się, opierając łokcie o dach. Poprawił palcami burzę jasnych loków opadających mu na czoło. – Zabierzmy Melanie. Poprawmy jej humor po tym kutasie z internetu.
– Asher! – zawołałem, kiedy chciał zamknąć drzwi. Popatrzył na mnie. – Nie przypominaj już jej o tym, dobra?
– Aż tak źle?
Przytaknąłem.
– Luz, nie pisnę ani słowa. Dzięki za podwózkę. Do jutra!
Do domu dotarłem stosunkowo późno. W nim przywitała mnie znajoma cisza. Taka, która nie pytała, gdzie byłem, ale też taka, którą można było poczuć w gardle. Nie zapaliłem światła, pozwalając, by przez panoramiczne okna wpadł blask ulicznych latarni. Chłód marmurowych płytek pod stopami oznaczał, że w domu przez cały dzień nikogo nie było. Przemierzyłem przestronny hol, prowadzący wprost do ogromnego salonu, i minąłem biało-beżową kuchnię. Przysiadłem w fotelu przy zimnym kominku.
Po kilkunastu minutach usłyszałem, że na posesję wjeżdża samochód. Poznałem po silniku, który to. Poszedłem w stronę drzwi prowadzących do garażu. Mama zabierała torby z zakupami z bagażnika, nie zauważyła mnie od razu.
– Ethan – powiedziała uszczęśliwiona, dopiero gdy wyciągnąłem ręce w jej kierunku. Zabrałem od niej torby. – Jak było na treningu?
– Bardzo lekko. Nie chciałem na święta mieć sińca pod oczami.
Mama poklepała mnie rozbawiona po ramieniu. Przepuściłem ją w drzwiach, zamykając je za sobą nogą. Położyłem zakupy na blacie i zapytałem:
– Jadłaś coś?
Taksowałem oczami kobietę, gdy ta ściągała buty, płaszcz i szalik, i wolnym ruchem rozpakowywałem torby. Gdy mama pokręciła głową, obdarowałem ją zimnym spojrzeniem.
– Nie zachowuj się jak ojciec. – Pogroziła mi palcem.
Zawsze mnie ten gest śmieszył. To chyba przez to, że mama była strasznie niska i kiedy robiła to w moją stronę czy ojca, wyglądała jak mała chihuahua skacząca do dobermana.
– Nie wiem, jak ty tak możesz – wymruczałem do siebie, kładąc na białym blacie łososia. – Grać, uczyć i skupiać się na muzyce bez jedzenia. Jak tata się dowie, to dostaniesz ochrzan. Kiedy wróci?
– Może niedługo – oznajmiła, uśmiechając się ciepło. – Zjesz z nami kolację?
Zgodziłem się.
– Za dużo pracujesz, mamo – odezwałem się po chwili ciszy.
Zamknęła lodówkę, zerkając na mnie pytająco.
– Za dwa dni jest wigilia, a my nie mamy jeszcze choinki. Zawsze szalałaś z tym przynajmniej tydzień wcześniej. Mam się tym zająć?
Jej mina mnie rozśmieszyła. Mama oparła się łokciami o blat, splatając ze sobą palce, i wygięła usta w podkowę.
– Chcesz ubrać choinkę? Sam?
– Nie mogę?
– Ależ możesz – zapewniła. – Ethan, ty nie przepadasz za ubieraniem choinki.
– Melanie lubi – wyjaśniłem krótko. – Zrobię to z nią. Przynajmniej to poprawi jej humor.
– Wszystko u niej dobrze? – spytała i wrzuciła do miski sałatę, a ja zabrałem się za krojenie pomidorów. Zwlekałem z odpowiedzią, ale w końcu przytaknąłem.
– Dawno jej nie było.
– To przez naukę – wyjaśniłem. – Mel jest na ostatnim roku prawa, nie ma na nic czasu. Ale ty chyba wiesz coś o tym, prawda?
Mama zamyśliła się przez chwilę, patrząc w pusty punkt przed sobą. Ledwo widocznie się uśmiechnęła.
– Oczywiście, love – powiedziała nostalgicznym tonem. – Na pocieszenie ci powiem, że im dalej, tym gorzej.
– Zabawne – warknąłem. – Chyba rozumiem, dlaczego wujek Tom rzucił te studia. Po aplikacji Melanie będzie ze stresu łysa. Szkoda by było.
– Tak mówisz?
– Lubię jej długie, rude włosy – odparłem cicho, chyba bardziej już do siebie, skupiając się na krojeniu. Uniosłem wzrok na mamę. Nie patrzyła na mnie. Zaciskała usta, jakby miała ochotę się uśmiechnąć. – Co?
– Kiedy chcecie ubrać choinkę? – zmieniła temat.
– Jutro.
– Dobrze. Chciałabym tylko…
– Tak, wiem – przerwałem jej niegrzecznie. – Powieszę bombkę, którą masz od swojej mamy, i będę na nią bardzo uważał.
Odpowiedziała mi uśmiechem. Nie byłem zdziwiony, że tata się w nim zakochał. Ta kobieta posiadała jeden z najpiękniejszych na świecie.
Mama z wykształcenia była muzykiem. Od dzieciaka grała na fortepianie, poszła na studia, kilka lat temu otworzyła prywatną szkołę muzyczną w Bostonie. Dobrze spełniała się w roli nauczycielki, mentorki. Dzieciaki ją uwielbiały. Nie uczyła ich tylko podstaw, ale też przygotowywała do egzaminów i koncertów. W domu co wieczór siadała do klawiszy. Lubiłem słuchać, jak mama cicho śpiewa i gra. Chwytałem wtedy drinka, herbatę czy wodę i opierałem łokcie o przeszkloną balustradę na piętrze.
Lubiłem, gdy dom wypełniała cisza, ale jeszcze bardziej, kiedy byli w nim rodzice.
Śnieg skrzeczał pod butami z każdym postawionym krokiem. Biały puch sypał w twarz, utrudniając widzenie. Chciałam przetrzeć oczy, ale nie miałam jak, bo w rękach trzymałam ciężkie siatki z zakupami. Przejeżdżający przez ulicę samochód wjechał prosto w kałużę z błota, pozostawiając na nogawkach moich starych spodni brązowe, mokre plamy. Dzisiejszego dnia już nic nie mogło bardziej zepsuć mi humoru.
Zatrzymałam się przed kamienicą, spoglądając w okna sąsiadów. Niemal u wszystkich stała choinka. Widać to po rozbłyskujących się lampkach, które rzucały kolorową poświatę na szary chodnik. Z nielicznych mieszkań dobiegały wesołe śmiechy, śpiewanie kolęd oraz głośne krzyki zachwyconych dzieciaków.
A potem przeniosłam oczy na okno swojej sypialni. Tam nie działo się absolutnie nic.
Zamiast ciepłego aromatu pierników i sernika powitał mnie duszący zapach tytoniu i alkoholu. Ten drugi był tak intensywny, że prawdopodobnie musiał wylać się na dywan. Upuściłam ciężkie siatki w przedpokoju i ściągnęłam stare buty. Odwiesiwszy przemoczony płaszcz na wieszaku, potarłam o siebie dłonie, by te się zagrzały. Wchodząc do salonu, nadepnęłam na pustą puszkę po piwie.
Thiago siedział w tym samym miejscu, w którym tkwił, kiedy wychodziłam do pracy. Rozluźniony i niczym się nieprzejmujący, upijał z butelki czystą wódkę, wykrzykując coś w stronę telewizora. Z każdym krzykiem stary, podziurawiony fotel uginał się pod jego ciężarem. Przytuliłam się barkiem do framugi, zerkając na kanapę. Na niej spał Dutch, najlepszy kumpel Thiago. Nie zauważył, że weszłam do mieszkania. Właściwie to nie zauważyłby nawet, gdyby ktoś go okradał.
Mały salon przypominał pobojowisko. Jakby przed chwilą przez mieszkanie przeszło tornado. Na podłodze walały się rozgniecione chipsy, brudne skarpetki i zmięte, stare gazety. Rozpadający się już stolik uginał się pod pustymi butelkami po piwie i wódce. Opakowania po pizzy i chińskim jedzeniu aż kipiały z kosza na śmieci, a ich zawartość zdążyła rozlać się na blat kuchenny. Na jednej ze ścian widniał przekrzywiony obrazek, jakby ktoś uderzył w niego przypadkiem.
Zacisnęłam powieki, nie dając upustu łzom.
– Thiago, sprzątałam tutaj dzisiaj przed pracą – odezwałam się przygnębionym tonem.
– I?
– I chciałam, żeby na święta było chociaż…
Nie dał mi dokończyć. Ciemnowłosy mężczyzna wydarł się do telewizora, rzucając w ekran resztkami chipsów.
– Ty kutasie! Komu to podajesz!
– …czysto – dokończyłam półszeptem.
Dalsza rozmowa nie miała sensu. Wróciłam do przedpokoju, zabrałam torby i zaczęłam je rozpakowywać. Mleko, kilka opakowań wędlin, ser, tuńczyk, który już jutro straci ważność. Wkładałam produkty do lodówki, błagając w duchu, by chociaż na jeden dzień stracić słuch. Tak żeby nie słyszeć krzyków Thiago. Nie mogłam momentami tego znieść. Dochodziła jedenasta. Pracowałam dzisiaj dziesięć godzin, jadłam tylko kanapkę, spałam pięć godzin i miałam koszmary.
Przez następne trzydzieści minut próbowałam doprowadzić kuchnię do ładu, tak aby przynajmniej blaty były widoczne. Kiedy mi się to udało i chciałam udać się do swojej sypialni, w drzwiach zatrzymał mnie Thiago.
– Udało ci się załatwić? – spytał, bełkocząc pod nosem.
Pokręciłam głową i schowałam ręce za plecami.
– Miałaś załatwić.
– Nie dałam rady. Za dwa dni jest wigilia. Roya nie było w pubie – kłamałam. Ostatnio robiłam to tak często, że byłam w tym bardzo przekonująca.
– No właśnie: zaraz jest durna wigilia – powiedział, wsuwając dłonie do kieszeni brudnych dresów. – Roy zawsze jest w pubie przed świętami, bo dla niego to dobry utarg. Chcesz mi powiedzieć, że go nie było?
– Nie było – powtórzyłam, przybierając ostrzejszy ton. Chwyciłam za klamkę do sypialni. – Pojawi się pewnie dopiero po świętach albo przed samym sylwestrem. Wytrzymasz do tego czasu.
Odwróciłam się z zamiarem wejścia do pokoju. Powstrzymał mnie. Boleśnie chwycił za nadgarstek, bez problemu oplatając wokół niego swoje długie palce. Zasyczałam z bólu, taksując zdenerwowaną twarz brata.
– Sofia, co ty, kurwa, robisz? – wyśmiał mnie, pociągając do siebie. – Mam wytrzymać kilka dni? Trzy? Cztery czy może siedem? Miałaś mi to, kurwa, załatwić. Zawsze mi ogarniasz, a teraz mówisz, że nic nie masz?
– Powtarzam ci, że…
– Ale mnie nie obchodzi, co ty powtarzasz. – Potarł palcami moją skórę, wywołując tym nieprzyjemne pieczenie. Zacisnęłam zęby. – Chcę i masz mi to jutro załatwić. Nie interesuje mnie, czy Roya nie było, czy się zaćpał, czy spędza uroczy czas z rodziną przy choince. Obiecał, więc ma, do chuja, ci to dać! Rozumiesz mnie?
– Tak, ale ja…
– Rozumiesz, Sofia?
– Tak – odpowiedziałam zrezygnowana.
Thiago puścił mnie, obrócił się na pięcie i powrócił do salonu, zagadując po hiszpańsku do Dutcha. Weszłam do pokoju, powstrzymując łzy. Nie miałam już siły, żeby pójść pod prysznic. Ochoty zresztą też nie, bo niejednokrotnie gdy z niego wychodziłam, Dutch przyglądał mi się wstrętnym spojrzeniem, na które mój brat nie reagował. Postanowiłam poczekać, aż ten wyjdzie albo zaśnie ponownie na kanapie. Przebrałam się w czyste, luźne ubrania i chwyciłam zeszyt nutowy oraz wystrugany niemal do zera ołówek. Przysiadłam na parapecie, z którego widoczny był zaśnieżony chodnik i ogródek. W nim stał niedbale ulepiony bałwan.
Przez cały dzień w głowie miałam skomponowaną melodię, ale ta wyleciała mi, gdy tylko przekroczyłam próg tego przeklętego mieszkania. Zrezygnowana odłożyłam zeszyt obok stóp i podciągnęłam kolana pod brodę. Przymknęłam powieki, głęboko oddychałam i pragnęłam wymazać ten dzień z pamięci.
Dziś było mnóstwo ludzi w pubie. Rozlałam setki piw, kilkadziesiąt bourbonów, odprawiłam paru napastujących mnie facetów, uciszyłam zbyt głośne toasty… Przez dobre dwadzieścia minut byłam ramieniem do wypłakania dla zranionej kobiety, która akurat dzień przed świętami postanowiła rozpaść się emocjonalnie. On odszedł, ona została z prezentami i łzami. Klasyka świątecznych związków. Słuchałam tego ze szmatą w dłoni i udawałam, że świetnie rozumiem.
Roy tak naprawdę pojawił się dziś w pubie. Przychodził dwa razy w tygodniu. Miał w nim swoich klientów, w tym mnie. Tego wieczoru usiadł przy barze tak jak zawsze. To ja odmówiłam. Powiedziałam mu, że nie mam pieniędzy.
W rzeczywistości kłamałam, bo nie chciałam widzieć mojego brata naćpanego w święta.
Kłamstwo nic mi nie dało. Jutro będę musiała iść do pracy i załatwić tę pieprzoną amfetaminę, a później znosić przez cały wieczór jego agresję. Obiecywałam sobie tej nocy, że to będzie ostatnia wigilia, którą spędzę w ten sposób.
Prawie dostałem zawału. Tak po prostu. Widząc przytaszczony przez Melanie zakurzony karton pełen bombek, przysiadłem na kanapie, walcząc z nadchodzącym atakiem serca. Rozmasowałem sobie powieki opuszkami palców, słysząc wesoły śmiech dziewczyny.
– Nie – powiedziałem stanowczo. – Nie spędzę kilku godzin na ubieraniu choinki w… to coś. Mel, tego jest… sto?
– Sto trzynaście, licząc ukochaną bombkę twojej mamy – poprawiła mnie, kucając przy kartonie. Zaczęła przeszukiwać ozdoby, ostrożnie je wyciągała i układała obok stóp. – Pójdzie nam szybko. Masz drabinę?
– Tak, gdzieś w garażu. – Spojrzałem na nią, wstając z miejsca. Melanie się do mnie uśmiechnęła, zakładając pasmo rudych włosów za ucho. – Przyniosę. Weźmy się do pracy. Obiecałem mamie, że ogarniemy to, zanim wróci.
Nie dałem jej szansy odpowiedzieć, chociaż coś mruczała pod nosem, w dalszym ciągu zachwycając się bombkami. Poszedłem do garażu po drabinę. Mimo metra dziewięćdziesięciu wzrostu nie było szansy, bym zawiesił ozdoby na szczycie choinki. Mama przesadziła – ten krzak miał około trzech metrów.
– Właściwie kiedy twoja mama załatwiła choinkę? – spytała Adison, gdy rozstawiłem drabinę. – I zdążyła założyć lampki?
– To tata – wyjaśniłem z półuśmiechem na ustach. – Jak tylko mu powiedziała, że będziemy po południu ją dekorować, rano wstał i pojechał po tego krzaka. Lampki też są jego sprawką.
Melanie zachichotała, związując włosy w kitę.
– Cały wujek Dominic – dodała.
– Ta – przyznałem jej rację. – Cały tata.
W towarzystwie Melanie czułem się swobodnie już od najmłodszych lat. Nie była nachalna, nie wymuszała na mnie odpowiedzi, nie zagadywała, kiedy widziała, że nie mam ochoty na rozmowę. Tkwiła przy mnie od dwóch dekad, zawsze gotowa wyciągnąć pomocną dłoń, gdybym jej potrzebował. Nie pozostawałem jej dłużny, bo sam byłem dla niej największym wsparciem. Przeżywałem z nią pierwsze złamane serce, niezdany egzamin na prawo jazdy, oferowałem ramię do wypłakania, gdy zakończyła burzliwą relację ze swoją najlepszą przyjaciółką. Byliśmy dla siebie niczym nasi ojcowie.
Zająłem się tyłem choinki, a przyjaciółka przodem. Wyjrzałem na nią zza krzaka, słysząc, jak ta przysuwa drabinę i nieudolnie się po niej zaczyna wdrapywać z bombką w dłoni.
– Melanie, spadniesz – ostrzegłem ją, mrużąc oczy.
Machnęła ręką. Wzruszyłem ramionami i przysunąłem się bliżej do niczego nieświadomej Melanie. Obserwowałem, jak dzielnie stawia stopy na coraz wyższym szczeblu. Nie robiło jej różnicy, że drabina się chwieje. Adison była uparta i zawsze musiała udowodnić, że ma rację.
– Co powie mama, jak zobaczy, że na święta masz skręconą kostkę lub potłuczoną głowę? – zapytałem, starając się ukryć uśmiech. – Wiesz, że te marmurowe kafle są bardzo twarde, no nie?
– Przestań ględzić, Ethan – skarciła mnie prędko, spoglądając w dół, a potem na szczyt choinki. – Ta bombka idealnie będzie pasowała na sam czubek. O! Zobacz! Mogłaby nawet…
Spodziewałem się tego. Absolutnie nie byłem tym zdziwiony. Melanie wyciągnęła rękę, by zawiesić złotą bombkę, co poskutkowało zachwianiem się i osunięciem po drabinie. Złapałem ją w ostatnim momencie, zanim uderzyła głową o kafelki. Wsunąłem dłoń pod jej kolana, drugą oplatając kark. Tłuczone szkło z bombki rozbryzgnęło się pod naszymi nogami.
– O nie, przepraszam… – zająknęła się, wbijając paznokcie w mój kark. Zawstydzona, zerknęła na rozwaloną bombkę, następnie na mnie. – Zaraz to posprzątam. Postaw mnie, a pójdę po…
– Przestań wierzgać – wszedłem jej w słowo, gdy próbowała ze mnie zeskoczyć. – Wbijesz sobie szkło w stopę.
– Ethan…
Uniosłem palec wskazujący, dając znać, żeby była cicho. Odstawiłem dziewczynę przy kanapie, na której od razu przysiadła. Wywróciłem oczami, widząc jej smutną minę. Melanie za bardzo przejmowała się błahostkami. Ominąwszy odłamki, udałem się do kuchni za plastikowym, okrągłym pudełkiem na szklane odpadki. Zacząłem ostrożnie zbierać większe kawałki bombki. Mel rzuciła się, by mi pomóc, ale natychmiast wbił jej się w dłoń odłamek. Przetarłem twarz dłońmi, życząc sobie cierpliwości.
– Adison – warknąłem. – Potrafisz siedzieć na dupie przez pięć sekund i się nie ruszać?
– Oczywiście, Brown – skwitowała sarkastycznie, przylepiając do twarzy sztuczny uśmiech. Odpowiedziałem jej tym samym.
Odkurzyłem najmniejsze odłamki i opatrzyłem palec Melanie. Podziękowała, trochę się pouśmiechała i zaraz wróciliśmy do zawieszania bombek. Tym razem to ja stawałem na drabinie, odbierając od przyjaciółki ozdoby. Wiedziałem, że coś ją trapi. Dziwnie się tego dnia zachowywała.
– O której mam po ciebie przyjechać? – spytałem, schodząc z drabiny.
– Około siódmej? – zaproponowała, chowając brzydsze bombki z powrotem do kartonu. – Muszę spakować prezenty na jutro. Dawno nie widziałam wujka Vincenta.
– Nie uważasz, że to dziwne?
– Co masz na myśli? – Mel uniosła głowę, by na mnie popatrzeć.
– Mój ojciec, twój – zacząłem wyliczać – tata Ashera i Vincent… są przyjaciółmi z dzieciństwa. A twoja mama, moja i żona Vincenta przyjaciółkami. Długo się ostatnio nad tym zastanawiałem.
– Doszedłeś do wniosku, że to wspaniałe? – Uśmie-chnęła się.
– Wspaniałe?
– Tak, wspaniałe – powtórzyła dobitniej Melanie. Zamknęła karton i podniosła się z podłogi. – Rzadko zdarza się coś takiego. To niesamowite, Ethan. Nasi ojcowie byli jak ja i ty. Od małego.
– Chcesz mi powiedzieć, że moje dzieci będą się przyjaźniły z twoimi?
Zachichotała, podając mi ostatnią bombkę, wyjętą z osobnego opakowania. Ozdoba z roku na rok wyglądała coraz gorzej. Biały lakier odpryskiwał, a namalowana na niej literka „P” robiła się coraz bledsza. Z daleka trudno ją dostrzec. Obróciłem w palcach bombkę, patrząc na Mel.
– Nigdy jej nie poznałem – wyznałem. – Petra. Wyjątkowo dziwne imię.
Przyjaciółka uderzyła mnie delikatnie łokciem w żebra. Skrzywiłem się.
– Nie mów tak. To twoja babcia. Była Niemką. Jak miała się nazywać? Angelina Jolie?
– Mama chce wieszać tę bombkę co roku. – Przyjrzałem się jeszcze raz starej ozdobie. – Nie wyobrażam sobie, co musiała czuć, kiedy się dowiedziała, że jej matka została zamordowana.
– Okropne jest to, że nie dowiedziała się, kim był ten morderca.
Wzruszyłem ramionami, wyciągając się i wieszając bombkę w bezpiecznym miejscu. Popatrzyłem na choinkę z zadowoleniem. Melanie obskoczyła kolorowy krzak dookoła, upewniając się, że wszystko jest na swoim miejscu, i zadowolona oświadczyła:
– Ciotka Francy będzie zachwycona! Jest śliczna! Wyszła nam lepiej, niż się spodziewałam. Podoba ci się?
– Tak – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – I wiesz… to wcale nie było takie złe.
Mrugnąłem okiem do Adison, chyba wprawiając ją tym w zakłopotanie. Była nieswoja i nie wiedziałem, dlaczego ją o to nie zapytałem. Chyba wiedziałem, że jak to zrobię, to straci humor na dobre. Odłożyłem więc to na wieczór.
– A jeśli już jesteśmy w temacie narodowości, to nie śmiej się z babci. Sam jesteś w połowie Niemcem.
Po części miała rację. Mama pochodziła z Niemiec, tata z Anglii i Stanów (mieszkał tu i tu), więc teoretycznie byłem mieszańcem, ale udawałem, że wcale tak nie jest. Nie potrafiłem powiedzieć nic po niemiecku, chociaż podobno jako dzieciak dobrze nim operowałem. Wszystko zapomniałem. Za to świetnie władałem językiem hiszpańskim.
– Och, błagam – roześmiałem się. – Mój ojciec jest w połowie Brytyjczykiem, a w połowie Amerykaninem. Pozostańmy przy tym, okej?
Melanie przyznała mi rację. Odprowadziłem ją do samochodu i obiecałem, że przyjadę o siódmej.
*
Wybraliśmy się do pubu o nazwie Ignite. Nie było to miejsce, do którego zaglądałem z wielką ochotą. Poszedłem tam tylko raz – wystarczyło. Nie chodziło wcale o muzykę czy piwo, bo to było naprawdę dobre, ale o ludzi. Przewijało się tam zbyt wielu dealerów desperacko poszukujących klientów. I to na tyle bezczelnych, że załatwiali swoje brudne interesy tuż przy barze, a barmanki nie miały pojęcia, co dzieje się pod ich nosem, albo udawały, że nic nie widzą.
Było tam mnóstwo pijanych dziewczyn, śmiejących się za głośno i łapiących obcych za rękę. Często zdarzały się bójki, ale ochrona rzadko interweniowała. Pub niższych sfer, jednak miał swoje zalety – dobre piwo, mocne drinki, blisko centrum. Jeśli by nie patrzeć uważnie na to, co się działo w kątach, można mile spędzić tam wieczór.
Nie piłem alkoholu, prowadziłem. Pojechałem po Melanie, później po Ashera. Zajęliśmy jeden z wolnych stolików i przez najbliższą godzinę rozmawialiśmy na temat jutrzejszej wigilii.
– Wiecie, że córka Vincenta w przyszłym roku wychodzi za mąż? – zagadnął nas Walker, zerkając na nas.
– Nie widziałam, żeby Liliana chwaliła się zaręczynami na Instagramie – odparła przyjaciółka. – W zasadzie, odkąd wylecieli do Belgii, to mało o niej słyszę. Znacznie się odsunęła.
– Nie ma w tym nic dziwnego – powiedziałem, unosząc ramiona. – Wylecieli jakieś sześć lat temu. Zdążyła ułożyć sobie tam życie i znaleźć innych przyjaciół.
– Szkoda, że wyjechali – westchnęła Mel, sącząc alkohol przez papierową słomkę. – Trochę czasu razem spędziłyśmy. Teraz nie zapyta, co u mnie. Nie będzie też jej jutro na wigilii. Spędza je z narzeczonym, mieszkają razem od roku.
– Tata ci opowiadał? – spytałem.
– Mama.
– Byłem wczoraj u Chudego. – Asher oparł łokcie o stół, nieznacznie się ku nam pochylając. Uśmiechnął się szeroko, unosząc brwi. – Załatwiłem nam na wigilię…
– Walker, nie. – Uniosłem palec wskazujący, uciszając go tym. – Nie będę jarał w święta.
Wygiął usta w podkowę, opadając plecami na skórzane obicie kanapy. Melanie zajęła się piciem piwa i rozglądaniem po pubie.
– Czemu? Ty nigdy nie chcesz.
– Bo zioło to gówno – oznajmiłem poirytowany. Obracałem w palcach pilot do samochodu. – Lubię czas, kiedy jesteśmy wszyscy razem. Nie chcę o dziesiątej zasnąć zjarany w pokoju, a rano się tłumaczyć rodzicom.
– Kumam. Nie musisz tego robić. Melanie, chcesz?
Rudowłosa dziewczyna unikała mojego wzroku. Miętoliła między zębami słomkę. Przewróciłem oczami, wsunąłem kluczyk do kieszeni spodni i wstałem, opierając dłonie o stolik.
– Nie muszę nawet słyszeć, co mu odpowiesz, bo wiem. – Starałem się przybrać obojętny ton.
– Ethan…
– Idę po sok – nie dałem jej dokończyć. – Chcecie coś jeszcze?
– Piwo.
Skinąłem głową na prośbę kumpla i udałem się prosto do baru. Musiałem przepchnąć się przez kilku pijanych typów i parę ładnych, równie nietrzeźwych dziewczyn. Nie miałem zamiaru słuchać, jak Melanie zgadza się na idiotyczny pomysł Ashera. Wiedziałem, jak to będzie wyglądało – po kolacji pójdziemy na górę, Walker się tam zjara, wciągnie w to Melanie i resztę wieczoru spędzę sam albo będę zmuszony zejść do rodziców i ich przyjaciół.
Zająłem ostatnie wolne miejsce przy barze. Beznamiętnie przesuwałem wzrokiem po towarzystwie – dwójka naćpanych facetów, która upijała bez przerwy wódkę, blondynka wypłakująca się na ramieniu brunetki i dwie barmanki. Jedna z nich była wysoka i z ogromną przyjemnością obsługiwała ludzi. Z wielkim uśmiechem na ustach nalewała klientowi piwo, odpowiadając na jego durne zaczepki. Jej śmiech mieszał się z gwarem sali. Był lekki, radosny.
Obok niej stała druga barmanka. Cichutka, nieobecna, jakby w zupełnie innym świecie. Wszystkie ruchy wykonywała mechanicznie. Sięgała po szkło, napełniała je, przesuwała po blacie. Patrzyła pustym wzrokiem w jeden punkt, gdzieś ponad naszymi głowami. Była bardzo ładna, ale nie na tyle, by krzyczała z plakatów. Jej twarz miała w sobie coś… smutnego.
Nie wiem, co mnie tknęło, ale zanim zdążyłem pomyśleć, odezwałem się do niej:
– Hej.
– Co podać? – spytała cichym głosem.
Nie spojrzała na mnie od razu. Myślami powracała z dalekiego miejsca. Białą szmatką przecierała szklanki. Zaczesała za ucho jasnobrązowe pasemko włosów, bo wydostało się z niedbałego kucyka.
– Jasne piwo.
Odstawiła wypolerowane szkło i schowała szmatkę do czarnego fartucha barmańskiego. Sięgnęła po nową szklankę i bez zastanowienia spełniła moją prośbę. Postawiła przede mną alkohol, mówiąc tylko krótkie „proszę”.
– Zły dzień? – zagadnąłem.
Młoda dziewczyna spojrzała w moje oczy. Wykrzesałem z siebie coś na kształt bladego uśmiechu, ale tylko ją tym odstraszyłem. Szatynka cofnęła się o krok i znów poprawiła włosy.
– Trochę – przyznała, ale jakby niechętnie. Tak jakby bała się ze mną rozmawiać.
– Zaraz się skończy i będziesz mogła wrócić do domu – powiedziałem, przysuwając do siebie pełny kufel.
– Słucham?
Nieznajoma dyskretnie przetarła sobie spierzchnięte usta kciukiem, powracając do poprzedniego zajęcia. Była zestresowana, zdenerwowana i bardzo zmęczona.
– Dzień – wyjaśniłem, przyciągając tym jej uwagę. – Dzień się zaraz kończy i będziesz mogła wrócić do domu.
– Ach, tak. Tak, do domu. – Uśmiechnęła się leniwie, nieśmiało, niemal niewidocznie. Nie spojrzała na mnie ani razu. Nawet nie zdążyłem zarejestrować, jakiego koloru ma oczy.
Nie powiedziałem nic więcej. Obserwowałem, jak obsługuje następnego młodego mężczyznę. Znów to samo – krótkie „proszę”, „dziękuję” i brak kontaktu wzrokowego. Nie odpowiedziała mu nawet wtedy, kiedy zapytał ją o numer telefonu. Odsunęła się jak oparzona, uderzając plecami o rozstawiony za nią arsenał alkoholu w butelkach. Mężczyzna odszedł niepocieszony, co sprawiło jej widoczną na twarzy ulgę.
Barmanka zerknęła w moją stronę, jakby się upewniała, że wciąż tu jestem.
– Wiesz – zaczęła cicho. – Dużo pracy. P-przed świętami z-zawsze tyle jest.
Dziwnie się zachowywała, jąkała się. Niby na mnie patrzyła, niby szukała kogoś oczami po sali. I jeszcze raz poprawiła włosy. Zakładała je za ucho, później wypuszczała, przypominając tym zagubioną, małą dziewczynkę. Nerwowo zagryzała wargę.
– Wszystko okej? – odważyłem się zapytać. W końcu nasze spojrzenia spotkały się na dłuższą chwilę.
Miała bursztynowe oczy.
– Tak, jasne, pewnie. Po prostu mam dużo pracy, a jutro wigilia, wiesz – zaśmiała się. – Trzeba wszystko przygotować. Choinkę, potrawy, spakować prezenty i wiesz… Rozumiesz – znów nerwowy śmiech – tak jakoś o wszystkim myślę.
Skrępowała się tym, że przyglądam się jej dłużej niż to konieczne. Dziewczyna wbiła wzrok w notatnik z zamówieniami i zamilkła.
– Jestem Ethan. – Darowałem sobie uścisk dłoni. Nie liczyłem, że odwzajemni ten gest, bo miała zdecydowany kłopot z fizycznym kontaktem.
– Sofia – cicho mruknęła.
– Co kupiłaś najbliższym pod choinkę, Sofia?
– Całą serię książek z Harrym Hole’em – odpowiedziała bardzo, bardzo szybko. – To taki bohater książek kryminalnych – wyjaśniła, widząc moją minę.
– Kto je napisał?
– Jo Nesbø.
– Ulubiony autor mojej mamy. – Uśmiechnąłem się ciepło. – Mamy cały regał tych książek. Jakoś nigdy mnie nie ciągnęło, by po którąś sięgnąć. Czytałaś? Lubisz?
– J-ja…
– Sofia, szybko, nie mam czasu.
Oboje odwróciliśmy głowę w kierunku źródła głosu. Mężczyzna. Dużo starszy od nas. Na czole miał długą, rozciągającą się bliznę, czarne włosy pozostawił w nieładzie. Nerwowo stukał brudnymi palcami o blat, świdrując oczami dziewczynę. Kiedy na niego popatrzyła, cała się spięła. Natychmiast odstawiła szklankę, jeszcze raz kciukiem przecierając pełne usta.
– Muszę iść… – jęknęła, unikając mojego wzroku.
Wyciągnąłem w międzyczasie banknot z portfela i przysunąłem go bliżej barmanki.
– Zaraz wydam ci resztę…
– Wesołych świąt, Sofia – powiedziałem markotnie, chwyciłem piwo i wróciłem do przyjaciół.
Postawiłem piwo przed Asherem i wtedy sobie przypomniałem, że zapomniałem zamówić dla siebie sok. Zająłem swoje miejsce, spotykając się z zainteresowanym spojrzeniem Melanie.
– Co tak długo? – zapytała rozbawiona. Walker zapewnił jej dobre towarzystwo.
– Była kolejka – skłamałem.
Nie miałem ochoty się z niczego tłumaczyć. Zerknąłem w stronę baru. Sofia rozmawiała ze starszym mężczyzną. Znów była nieobecna, smutna, przygnębiona.
– Opowiadałem Melanie, co kupiłem mamie na święta – wtrącił Walker. – Ona bardzo lubi makijaże, więc wpadłem na pomysł, że…
Przez resztę wieczoru Sofia przewinęła się przez moje myśli jedynie, a może aż, dwa razy.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Bloomed – Spin off trylogii Universe cz. 1
isbn: 978-83-8423-493-8
© Jedersafe i Wydawnictwo Amare 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Amare.
redakcja: Marta Grochowska
korekta: Emilia Kapłan
okładka: Izabela Surdykowska-Jurek
ilustracje: Wiktoria Juszczyńska, Weronika Drąg, Natalia Ostapska, Julia Stępień, Jedersafe
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Amare należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: kontakt@wydawnictwo-amare.pl
https://wydawnictwo-amare.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
