Bloomed - Jedersafe - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Bloomed ebook i audiobook

Jedersafe

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

32 osoby interesują się tą książką

Opis

Najsilniejsze uczucia kiełkują nawet pośród ruin

Sofia ucieka z rodzinnej Andaluzji do Bostonu, wierząc, że znajdzie tam upragnioną wolność. Zamiast niej trafia do piekła. Haruje w barze, by zapewnić byt sobie i uzależnionemu bratu, a z każdym dniem coraz bardziej zatraca siebie – aż do chwili, gdy spotyka Ethana.

Syn Francy, utalentowanej kompozytorki, i Dominica, wpływowego prokuratora, jako jeden z nielicznych dostrzega ból, który zżera Sofię od środka. Jej cierpienie przykuwa jego uwagę, dlatego postanawia jej pomóc.

Z czasem dziewczyna przekonuje się do barw, w jakich Ethan maluje rzeczywistość. Choć pochodzą z dwóch różnych światów, zbliżają się do siebie – zraniona uciekinierka i chłopak, który mógłby mieć wszystko.

Łączące ich uczucie wyrasta jednak na jałowej, pełnej cierni ziemi. Może dać im siłę, by wreszcie rozkwitnąć... ale może też całkowicie ich zniszczyć.

18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 323

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 47 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magdalena Hermann-Urbańska i Marcin Charzewski

Oceny
4,4 (79 ocen)
50
17
10
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Pebibep

Całkiem niezła

ciekawa pozycja
20
Gitareczkagosia

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, polecam! Z niecierpliwością czekam na tom 2!
21
SanFox

Całkiem niezła

Trochę mdła, ale ogólnie fajnie się czytało, do czasu aż uświadomiłam sobie, że druga część będzie kontynuacja, a nie historia Mel i Asha.. nie wiem co może znaleźć się w kolejnej części, bo szczerze w tej historii mimo zamysłu nic szczególnego się nie dzieje. Cała książka to czekanie czy coś się odwali i do ostatniej strony ciągnie się w słodko pierdzacy sposób, przez co nawet to co dzieje się przy zakończeniu nie wzbudza szoku ani większych emocji.
21
madziula912

Dobrze spędzony czas

Całkiem dobra książka, mocno mnie wciągnęła, jestem ciekwa, co się wydarzy w następnej części.
21
Dagmara73

Nie oderwiesz się od lektury

ok
21



Informacja od autora

Dro­gi Czy­tel­ni­ku,

Choć ta hi­sto­ria osa­dzo­na jest w tym sa­mym uni­wer­sum, co moja try­lo­gia Uni­ver­se (Be­gin­ning Moon, Fla­me Moon i De­sti­ny Moon), jest to osob­na hi­sto­ria i moż­na czy­tać ją bez zna­jo­mo­ści po­przed­nich to­mów. Je­że­li jed­nak zde­cy­du­jesz się się­gnąć rów­nież po try­lo­gię, być może od­kry­jesz kil­ka smacz­ków i na­wią­zań, któ­re do­da­dzą głę­bi tej hi­sto­rii.

Cie­szę się, że tu je­steś.

Wi­taj (po­now­nie) w Bo­sto­nie.

PS Nie­któ­re rze­czy zo­sta­ły zmy­ślo­ne na po­trze­bę fa­bu­ły, np. ogród bo­ta­nicz­ny i go­dzi­ny jego otwar­cia oraz inne miej­sca.

W książ­ce wy­stę­pu­ją wul­ga­ry­zmy, prze­moc oraz sce­ny o cha­rak­te­rze sek­su­al­nym. Roz­waż swo­ją de­cy­zję o prze­czy­ta­niu tek­stu.

Playlista

Lu­dwig Görans­son – Can You Hear The Mu­sic (Op­pen­he­imer The­me)

Hans Zim­mer – Time (In­cep­tion The­me)

Omah Lay – soso

Ted­dy Swims – The Door

OR­GA­VSM – Re­ady to Love

Be­neld & BURY – Feel

Spar­kly­el – You Are He­aven­ly

Spar­kly­el – Be­witch Me More

Two Feet – Her Life

Ru­el­le – War Of He­arts

Sa­int Avan­ge­li­ne – Your Ra­rest of Flo­wers

Zubi – Su­gar

Dedykacja

Dla Da­mia­na.

To To­bie de­dy­ku­ję każ­dą li­te­rę

i każ­dy od­dech tej hi­sto­rii,

bo Ty je­steś jej naj­waż­niej­szym bo­ha­te­rem.

Prolog

Po­dob­no świat jest je­den, choć to zu­peł­nie myl­ne stwier­dze­nie. Świa­tów jest tak wie­le, ile lu­dzi.

W tym jed­nym, moim, nie ma ra­mion, któ­re mo­gły­by mnie oca­lić. Nie ma słów, któ­re mo­gło­by uko­ić ser­ce i my­śli. Je­dy­nym to­wa­rzy­szem są łzy, a te mają swój cię­żar. Po­tra­fią spaść na zie­mię ci­chut­ko i brzmieć gło­śniej niż wrzask. Nio­są w so­bie wię­cej, niż po­tra­fią unieść sło­wa.

Nie każ­dy, kto miesz­ka pod na­szym da­chem, jest bli­ski. Naj­bar­dziej bra­ko­wa­ło mi zro­zu­mie­nia, wspar­cia, ko­cha­nia – bez­wa­run­ko­we­go, któ­re jest jak tlen. Pro­ste­go, ci­che­go. Mój świat w ta­kich chwi­lach wy­da­wał się ze­psu­ty. Ni­czym zbu­do­wa­ny na fun­da­men­cie obo­jęt­no­ści i z ce­gieł obiet­nic, któ­re roz­sy­py­wa­ły się w pył. Ale prze­cież na­wet w tym gru­zo­wi­sku moż­na do­strzec zia­ren­ko na­dziei. Wy­star­cza­ją­co sil­ne, by za­czę­ło kieł­ko­wać.

Może wła­śnie po to był mi ten ból? Abym za­pra­gnę­ła cze­goś wię­cej niż tyl­ko prze­trwa­nia. Bym uwie­rzy­ła, że mogę stwo­rzyć nowy świat. Taki, w któ­rym dło­nie będą schro­nie­niem.

Ten świat musi na­dejść, ina­czej cały ból i krzyk nie mia­ły­by sen­su.

Rozdział 1.

Zacznijmy od zimy

Ethan

Bo­ston, Mas­sa­chu­setts, gru­dzień

Śnieg nie pa­dał moc­no, na­to­miast Bo­ston już przy­po­mi­nał pocz­tów­kę – świą­tecz­ne lamp­ki zdo­bią­ce la­tar­nie, le­d­wo za­uwa­żal­ne świa­tło księ­ży­ca, ci­chy szum sa­mo­cho­dów w od­da­li. Bia­ły puch po­kry­wał wą­skie uli­ce, a śpie­szą­cy się gdzieś lu­dzie prze­my­ka­li w gru­bych sza­li­kach.

– Je­steś za­do­wo­lo­na? – za­py­ta­łem, na­cią­ga­jąc na gło­wę kap­tur od kurt­ki.

Me­la­nie za­ło­ży­ła na twarz je­den ze swo­ich naj­ład­niej­szych uśmie­chów i unio­sła rękę, w któ­rej trzy­ma­ła pa­pie­ro­wą, świą­tecz­ną tor­bę.

– Ja­sne! Dzię­ki, Brown. Mam na­dzie­ję, że tata rów­nież się ucie­szy.

– Cze­mu by nie miał? Tom uwiel­bia sa­mo­cho­dy. Ko­lek­cjo­ner­ska fi­gur­ka jego ulu­bio­ne­go mo­de­lu na pew­no go za­chwy­ci. To świet­ny pre­zent na Boże Na­ro­dze­nie.

– Wzru­szy się – do­po­wie­dzia­ła z roz­ba­wie­niem w gło­sie.

Wy­szli­śmy z cen­trum han­dlo­we­go wprost na wzma­ga­ją­cy się śnieg. Ani dla mnie, ani dla Me­la­nie nie sta­no­wił on pro­ble­mu. Za­miast wsiąść do sa­mo­cho­du czy me­tra zde­cy­do­wa­li­śmy się na dłuż­szy spa­cer. Mróz szczy­pał mnie w nos i po­licz­ki. Obo­je nie wzię­li­śmy rę­ka­wi­czek, więc za­bra­łem od niej tor­by z za­ku­pa­mi. Przy­ja­ciół­ka po­sła­ła w moją stro­nę nie­śmia­ły uśmiech i scho­wa­ła dło­nie do kie­sze­ni kurt­ki.

– Czy mo­że­my te­raz o tym po­roz­ma­wiać? – prze­ła­ma­łem ci­szę. Zer­k­ną­łem krót­ko w kie­run­ku ru­do­wło­sej ko­bie­ty.

Nie od­wza­jem­ni­ła spoj­rze­nia. Mia­łem wra­że­nie, że głę­biej scho­wa­ła się w kap­tu­rze.

– A jest o czym? – spy­ta­ła ci­cho, le­d­wie ją sły­sza­łem.

Spoj­rza­łem w nie­bo, mo­dląc się o cier­pli­wość.

– Mar­twi­łem się.

– Jak wi­dzisz, nie mia­łeś po­wo­du.

– Nie ty je­steś od usta­la­nia mo­ich po­wo­dów do zmar­twień – rze­kłem.

Me­la­nie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Mimo że w ga­le­rii na jej twa­rzy szyb­ko się po­ja­wił uśmiech, te­raz mo­głem o nim po­ma­rzyć. Wes­tchną­łem, po­dej­mu­jąc pró­bę raz jesz­cze.

– Mam pra­wo się za­mar­twiać, kie­dy moja naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka uma­wia się ze star­szym męż­czy­zną przez in­ter­net, a na­stęp­nie przez trzy go­dzi­ny nie od­pi­su­je – po­wie­dzia­łem. – Nie masz po­ję­cia, co prze­ży­wa­łem, gdy nie od­po­wia­da­łaś na wia­do­mo­ści. Dziś nie wy­da­jesz się szczę­śli­wa. Za­kła­dam, że rand­ka nie wy­szła?

Mil­cza­ła. Za­gry­zła war­gę, jak­by chcia­ła się po­wstrzy­mać przed po­wie­dze­niem cze­goś głu­pie­go. Po­ki­wa­ła gło­wą, zni­ko­mo się uśmiech­nę­ła i opa­tu­li­ła moc­niej ra­mio­na­mi.

– Dla­cze­go? – cią­gną­łem za­in­te­re­so­wa­ny. – Me­la­nie, pro­szę, po­wiedz coś.

Za­trzy­ma­łem się, ostroż­nie ła­piąc ją za przed­ra­mię. Adi­son za­dar­ła gło­wę, by spoj­rzeć mi w oczy, a z jej ust wy­msknę­ło się ci­che wes­tchnie­nie.

– Ethan, po pro­stu… Po pro­stu to nie wy­szło, do­bra?

– Skrzyw­dził cię?

– Nie – od­par­ła na­tych­miast spe­szo­na. – Bla­ke mnie nie skrzyw­dził. Cza­sem jest tak, że wy­da­je ci się, że ide­al­nie do ko­goś pa­su­jesz, a po­tem to pęka jak bań­ka my­dla­na i za­sta­na­wiasz się dla­cze­go. Tak było w tym przy­pad­ku. Nie pa­su­je­my do sie­bie. Po­trze­bo­wa­łam wczo­raj chwi­li, żeby oswo­ić się z tą my­ślą, okej?

– Ro­zu­miem – od­rze­kłem, przy­pa­tru­jąc się jej nie­bie­skim oczom. – Ro­zu­miem, że było ci przy­kro, i mnie też jest przy­kro, że je­steś smut­na. Czy mogę po­pra­wić ci na­strój?

– Po pro­stu… – unio­sła dło­nie przed sie­bie, za­raz je opusz­cza­jąc – …o nie­go nie py­taj.

– Na na­stęp­ną rand­kę pój­dziesz z lo­ka­li­za­to­rem w to­reb­ce.

Roz­śmie­szy­łem ją tym. Me­la­nie star­ła z nosa płat­ki śnie­gu, a po­tem ob­ró­ci­ła gło­wę w lewo. Po­dą­ży­łem za nią, bo wie­dzia­łem, na co pa­trzy. Nie­wiel­ki dom ozdo­bio­ny był świą­tecz­ny­mi lamp­ka­mi, a jego dach po­kry­wał bia­ły puch, two­rząc wiel­ką cza­pę. W środ­ku tli­ło się żół­te, przy­tul­ne świa­tło. Miesz­ka­li w nim nie tyl­ko lu­dzie, ale też moje wspo­mnie­nia.

– Tę­sk­nisz, praw­da?

Unio­słem ką­ci­ki ust na py­ta­nie Adi­son.

– Ja też – do­da­ła no­stal­gicz­nie. – Gra­li­śmy wspól­nie w pił­kę w ogro­dzie. Mam gdzieś zdję­cie, jak zry­wa­my po kry­jo­mu z nie­go róże. Znisz­czy­li­śmy tak pięk­ne kwia­ty, a twój tata na­wet nie był zły.

– Ta – przy­tak­ną­łem ci­cho. – On się ni­g­dy na mnie nie de­ner­wu­je.

Me­la­nie szturch­nę­ła mnie łok­ciem w bok.

– Na mnie też nie.

– Nic dziw­ne­go. Je­steś jego ulu­bie­ni­cą – po­wie­dzia­łem i ru­szy­li­śmy da­lej.

Dom, któ­re­mu przy­pa­try­wa­li­śmy się przez krót­ką chwi­lę, był nie­gdyś moim do­mem. Moim i ro­dzi­ców. Tam się uro­dzi­łem, wy­cho­wa­łem, sta­wia­łem pierw­sze kro­ki, a na po­dwór­ku uczy­łem jeź­dzić na ro­we­rze. W nim ba­wi­łem się z Me­la­nie, jak jesz­cze by­li­śmy dzie­cia­ka­mi. Kie­dy skoń­czy­łem dzie­sięć lat, tata po­sta­no­wił, że prze­nie­sie­my się gdzie in­dziej. Ar­gu­men­to­wał to tym, że do­ra­stam, że po­trze­bu­ję wię­cej prze­strze­ni i że zmia­ny są do­bre. Nie na­rze­ka­łem na to, gdzie miesz­kam te­raz. W dal­szym cią­gu w Bo­sto­nie, mia­łem bli­żej na uczel­nię, do cen­trum, no i sama nie­ru­cho­mość była dwu­krot­nie więk­sza. Mia­łem całe pię­tro dla sie­bie. Mo­men­ta­mi czu­łem się, jak­bym miesz­kał sam – mama i tata dużo pra­co­wa­li.

– Jaki masz pre­zent dla ro­dzi­ców? – za­gad­nę­ła mnie Me­la­nie, co chwi­lę po­pra­wia­jąc so­bie kap­tur na gło­wie.

– Mam dla mamy bran­so­let­kę z wy­gra­we­ro­wa­ny­mi pierw­szy­mi nu­ta­mi jej wła­snej kom­po­zy­cji oraz datę za­ło­że­nia szko­ły mu­zycz­nej.

Przy­ja­ciół­ka otwo­rzy­ła usta ze zdzi­wie­nia, na krót­ką se­kun­dę sta­jąc w miej­scu. Prze­bie­głem wzro­kiem po jej za­czer­wie­nio­nej od mro­zu twa­rzy.

– Żar­tu­jesz? Skąd wzią­łeś jej pierw­sze nuty? Po­ka­za­ła ci?

– Nie. Po­pro­si­łem o po­moc tatę. Wie­dzia­łem, że bę­dzie miał gdzieś scho­wa­ne na stry­chu wszyst­kie kom­po­zy­cje, któ­re na­pi­sa­ła mama. Nie po­wie­dzia­łem mu, po co to chcę. Uda­łem, że je­stem za­cie­ka­wio­ny i bla, bla, bla. – Uśmiech­ną­łem się.

– Bę­dzie dłu­uuugo pła­kać, kie­dy już go od­pa­ku­je.

– Ta – przy­zna­łem jej ra­cję za­do­wo­lo­ny. – Mama taka jest. Pła­cze, kie­dy tyl­ko się da.

– A dla taty co masz?

Unio­słem ra­mio­na, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że jesz­cze nic i że nie za bar­dzo mam po­mysł.

– Cięż­ko dać coś oso­bie, któ­ra ma już wszyst­ko – wy­ja­śni­łem. – Z tym chciał­bym udać się do two­je­go ojca. Są naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi, może mi pod­po­wie.

– Oczy­wi­ście. Na pew­no pod­po­wie. – Mel zmar­z­nię­tą dło­nią po­tar­ła moje ra­mię. Scho­wa­ła ją na­tych­miast po­now­nie w kie­szeń. – Dla cie­bie też mam już pre­zent.

– Szyb­ka je­steś.

– By­łeś pierw­szą oso­bą, dla któ­rej coś ku­pi­łam – ode­zwa­ła się nie­śmia­ło.

Uśmiech­ną­łem się w od­po­wie­dzi i stuk­ną­łem ją dwo­ma pal­ca­mi w czo­ło.

– W tym roku na świę­ta bę­dzie nas wię­cej – do­da­ła pręd­ko. – Przy­la­tu­ją przy­ja­cie­le na­szych ro­dzi­ców z Bel­gii.

– Tata wspo­mi­nał. Daw­no ich nie było. Mam się przy­go­to­wać na świą­tecz­ny har­mi­der?

Me­la­nie po­ki­wa­ła bar­dzo szyb­ko gło­wą, sze­ro­ko się uśmie­cha­jąc. Prze­wró­ci­łem ocza­mi.

– I wiesz jesz­cze na co? – Unio­sła brwi.

Na­tych­miast zro­zu­mia­łem, o co jej cho­dzi.

– Chcesz ubrać wspól­nie cho­in­kę, ta?

– La­aaaast Chri­smast I gave you my he­art! – za­czę­ła ra­do­śnie pod­śpie­wy­wać.

Ni­g­dy nie mia­łem ser­ca jej od­mó­wić.

Rozdział 2.

Domowa melodia

Ethan

Ude­rze­nie w nos boli. Nie wie­dzia­łem, czy bar­dziej niż moc­ny cios pod że­bra albo kop­nię­cie w jaja. Cięż­ko było mi to po­rów­nać. Wszyst­kie wy­wo­ły­wa­ły ból, któ­re­go nikt nie chciał­by do­zna­wać. Ale czy dla ko­goś mógł­bym to znieść?

Ta nie­spo­dzie­wa­na myśl opu­ści­ła moją gło­wę, kie­dy po­czu­łem ude­rze­nie. Pręd­ko przy­wo­ła­łem się do po­rząd­ku. W ostat­niej chwi­li schy­li­łem się i unik­ną­łem ko­lej­ne­go spo­tka­nia z ręką Ashe­ra. Męż­czy­zna uśmie­chał się zło­wiesz­czo, po­na­wia­jąc pró­bę wy­mie­rze­nia cio­su. Uda­ło mi się i tym ra­zem. Oprócz ro­bie­nia szyb­kich uni­ków sam za­czą­łem na nie­go na­pie­rać. Pró­bo­wa­łem ko­la­nem, łok­ciem, rę­ka­wi­cą – to wszyst­ko na nic. Asher był bar­dzo szyb­ki, spraw­ny i tro­chę ode mnie wyż­szy, a sam nie na­le­ża­łem do ni­skich fa­ce­tów. Mia­łem metr osiem­dzie­siąt sie­dem, to i tak mniej niż oj­ciec. Asher odzie­dzi­czył wzrost po swo­im. Ten miał po­nad metr dzie­więć­dzie­siąt. To nie­by­wa­łe. Oj­ciec mo­je­go naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la był przy­ja­cie­lem z dzie­ciń­stwa mo­je­go ojca. Iden­tycz­nie jak z tatą Me­la­nie. Był jesz­cze je­den kum­pel w ich pacz­ce, ale parę lat temu wraz z żoną i cór­ką wy­le­cie­li do Bel­gii, na sta­łe.

– Prze­stań­my – za­pro­po­no­wał Asher, od­su­wa­jąc się ode mnie i gło­śno od­dy­cha­jąc. – Za dwa dni są świę­ta. Jak przyj­dzie­my z obi­ty­mi twa­rza­mi, ro­dzi­ce się wściek­ną.

– Jak ci po­szło na za­li­cze­niach? – za­py­ta­łem, scho­dząc z rin­gu.

Przy­sia­dłem na jed­nej z ła­wek, ścią­ga­jąc rę­ka­wi­ce tre­nin­go­we. Ob­ser­wo­wa­łem, jak Asher chwy­ta swój ręcz­nik i po­cie­ra nim kark.

– Nie chciał­byś być na dru­gim roku in­ży­nie­rii. Przy-naj­mniej dwa razy w ty­go­dniu mam ocho­tę się za­strze­lić.

Cał­ko­wi­cie się z nim zga­dza­łem, cho­ciaż by­łem o rok star­szy i wy­bra­li­śmy zu­peł­nie od­mien­ne kie­run­ki. Stu­dio­wa­łem na trze­cim roku so­cjo­lo­gii na Bo­ston Uni­ver­si­ty i rów­nież na­cho­dzi­ły mnie my­śli, że dłu­żej tego nie ogar­nę.

– Nie chciał­byś cza­sem rzu­cić tych stu­diów? – py­tał, kie­dy szli­śmy pod prysz­nic.

– Chy­ba nie – od­par­łem bez za­sta­no­wie­nia.

– Sta­wiasz na­cisk na od­po­wie­dzial­ność spo­łecz­ną jak sta­ry?

Wy­wró­ci­łem ocza­mi.

– To tro­chę co in­ne­go.

– Ni­czym się nie róż­ni­cie – cią­gnął.

– Wal­ker, mój oj­ciec jest pro­ku­ra­to­rem okrę­go­wym – za­czą­łem ga­dać, wrzu­ca­jąc tor­bę do szaf­ki. – Jest oskar­ży­cie­lem w są­dzie kar­nym, nad­zo­ru­je śledz­twa, po­dej­mu­je de­cy­zje o po­sta­wie­niu za­rzu­tów, ma duży wpływ na lo­kal­ną po­li­ty­kę praw­ną…

– Wal­czy z prze­mo­cą, nar­ko­ty­ka­mi i ra­si­zmem – wtrą­cił Wal­ker, roz­kła­da­jąc ręce. – Em­pa­tia, ak­tyw­ne słu­cha­nie, ana­li­za… Nie uwa­żasz, że jako stu­dent so­cjo­lo­gii je­steś temu bli­ski?

Po­ło­ży­łem dłoń na klam­ce ka­bi­ny prysz­ni­co­wej. Przy­ja­ciel uśmiech­nął się do mnie tym głup­ko­wa­tym uśmie­chem, a kie­dy mia­łem mu od­po­wie­dzieć, że mówi bzdu­ry, on znik­nął za szy­bą i od­krę­cił wodę.

– Ni­g­dy nie chciał­bym stu­dio­wać pra­wa – mruk­ną­łem do sie­bie.

By­wa­łem za kie­row­ni­cą ner­wo­wy. Zwłasz­cza gdy w Bo­sto­nie trwa­ła zima, a pod­czas niej two­rzy­ły się gi­gan­tycz­ne kor­ki na uli­cach. Asher miesz­kał w oko­li­cy, gdzie te były nie­unik­nio­ne o każ­dej po­rze roku. Nor­mal­nie pró­bo­wał­bym je ob­je­chać, ale za­wo­zi­łem go do domu. Za­par­ko­wa­łem przed bra­mą, koń­cząc z nim gad­kę o nad­cho­dzą­cym syl­we­strze.

– W dal­szym cią­gu uwa­żam, że mo­gli­śmy się bar­dziej po­sta­rać – oznaj­mi­łem i wy­łą­czy­łem sil­nik. – Syl­we­ster w klu­bie. Sły­szysz, jak to brzmi? Na­praw­dę nie mamy in­nej opcji?

– Nie wiem. – Wal­ker wzru­szył ra­mio­na­mi. – To zo­stań­my u cie­bie na cha­cie. Po­gra­my so­bie w gry, za­mó­wi­my piz­zę, a Me­la­nie zro­bi nam po­kaz swo­jej bie­li­zny.

Za­śmia­łem się, roz­ma­so­wu­jąc pal­ca­mi czo­ło.

– Za­po­mi­nasz, że mój oj­ciec ma uro­dzi­ny w syl­we­stra i spę­dza­ją je wszy­scy w domu.

– Po­sia­dów­ka – żar­to­wał so­bie. – Za­po­mnia­łem. To nie wiem. Mo­że­my zo­stać u mnie, u Mel. Na­praw­dę w tym roku nie mam na nic po­my­słu.

– Prze­my­śli­my to jesz­cze – obie­ca­łem mu. – Ale ju­tro wyjdź­my, zrób­my coś.

– Spo­ko. – Asher wy­siadł z sa­mo­cho­du i za­brał tor­bę z ba­gaż­ni­ka. Na­chy­lił się, opie­ra­jąc łok­cie o dach. Po­pra­wił pal­ca­mi bu­rzę ja­snych lo­ków opa­da­ją­cych mu na czo­ło. – Za­bierz­my Me­la­nie. Po­praw­my jej hu­mor po tym ku­ta­sie z in­ter­ne­tu.

– Asher! – za­wo­ła­łem, kie­dy chciał za­mknąć drzwi. Po­pa­trzył na mnie. – Nie przy­po­mi­naj już jej o tym, do­bra?

– Aż tak źle?

Przy­tak­ną­łem.

– Luz, nie pi­snę ani sło­wa. Dzię­ki za pod­wóz­kę. Do ju­tra!

Do domu do­tar­łem sto­sun­ko­wo póź­no. W nim przy­wi­ta­ła mnie zna­jo­ma ci­sza. Taka, któ­ra nie py­ta­ła, gdzie by­łem, ale też taka, któ­rą moż­na było po­czuć w gar­dle. Nie za­pa­li­łem świa­tła, po­zwa­la­jąc, by przez pa­no­ra­micz­ne okna wpadł blask ulicz­nych la­tar­ni. Chłód mar­mu­ro­wych pły­tek pod sto­pa­mi ozna­czał, że w domu przez cały dzień ni­ko­go nie było. Prze­mie­rzy­łem prze­stron­ny hol, pro­wa­dzą­cy wprost do ogrom­ne­go sa­lo­nu, i mi­ną­łem bia­ło-be­żo­wą kuch­nię. Przy­sia­dłem w fo­te­lu przy zim­nym ko­min­ku.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach usły­sza­łem, że na po­se­sję wjeż­dża sa­mo­chód. Po­zna­łem po sil­ni­ku, któ­ry to. Po­sze­dłem w stro­nę drzwi pro­wa­dzą­cych do ga­ra­żu. Mama za­bie­ra­ła tor­by z za­ku­pa­mi z ba­gaż­ni­ka, nie za­uwa­ży­ła mnie od razu.

– Ethan – po­wie­dzia­ła uszczę­śli­wio­na, do­pie­ro gdy wy­cią­gną­łem ręce w jej kie­run­ku. Za­bra­łem od niej tor­by. – Jak było na tre­nin­gu?

– Bar­dzo lek­ko. Nie chcia­łem na świę­ta mieć siń­ca pod ocza­mi.

Mama po­kle­pa­ła mnie roz­ba­wio­na po ra­mie­niu. Prze­pu­ści­łem ją w drzwiach, za­my­ka­jąc je za sobą nogą. Po­ło­ży­łem za­ku­py na bla­cie i za­py­ta­łem:

– Ja­dłaś coś?

Tak­so­wa­łem ocza­mi ko­bie­tę, gdy ta ścią­ga­ła buty, płaszcz i sza­lik, i wol­nym ru­chem roz­pa­ko­wy­wa­łem tor­by. Gdy mama po­krę­ci­ła gło­wą, ob­da­ro­wa­łem ją zim­nym spoj­rze­niem.

– Nie za­cho­wuj się jak oj­ciec. – Po­gro­zi­ła mi pal­cem.

Za­wsze mnie ten gest śmie­szył. To chy­ba przez to, że mama była strasz­nie ni­ska i kie­dy ro­bi­ła to w moją stro­nę czy ojca, wy­glą­da­ła jak mała chi­hu­ahua ska­czą­ca do do­ber­ma­na.

– Nie wiem, jak ty tak mo­żesz – wy­mru­cza­łem do sie­bie, kła­dąc na bia­łym bla­cie ło­so­sia. – Grać, uczyć i sku­piać się na mu­zy­ce bez je­dze­nia. Jak tata się do­wie, to do­sta­niesz ochrzan. Kie­dy wró­ci?

– Może nie­dłu­go – oznaj­mi­ła, uśmie­cha­jąc się cie­pło. – Zjesz z nami ko­la­cję?

Zgo­dzi­łem się.

– Za dużo pra­cu­jesz, mamo – ode­zwa­łem się po chwi­li ci­szy.

Za­mknę­ła lo­dów­kę, zer­ka­jąc na mnie py­ta­ją­co.

– Za dwa dni jest wi­gi­lia, a my nie mamy jesz­cze cho­in­ki. Za­wsze sza­la­łaś z tym przy­naj­mniej ty­dzień wcze­śniej. Mam się tym za­jąć?

Jej mina mnie roz­śmie­szy­ła. Mama opar­ła się łok­cia­mi o blat, spla­ta­jąc ze sobą pal­ce, i wy­gię­ła usta w pod­ko­wę.

– Chcesz ubrać cho­in­kę? Sam?

– Nie mogę?

– Ależ mo­żesz – za­pew­ni­ła. – Ethan, ty nie prze­pa­dasz za ubie­ra­niem cho­in­ki.

– Me­la­nie lubi – wy­ja­śni­łem krót­ko. – Zro­bię to z nią. Przy­naj­mniej to po­pra­wi jej hu­mor.

– Wszyst­ko u niej do­brze? – spy­ta­ła i wrzu­ci­ła do mi­ski sa­ła­tę, a ja za­bra­łem się za kro­je­nie po­mi­do­rów. Zwle­ka­łem z od­po­wie­dzią, ale w koń­cu przy­tak­ną­łem.

– Daw­no jej nie było.

– To przez na­ukę – wy­ja­śni­łem. – Mel jest na ostat­nim roku pra­wa, nie ma na nic cza­su. Ale ty chy­ba wiesz coś o tym, praw­da?

Mama za­my­śli­ła się przez chwi­lę, pa­trząc w pu­sty punkt przed sobą. Le­d­wo wi­docz­nie się uśmiech­nę­ła.

– Oczy­wi­ście, love – po­wie­dzia­ła no­stal­gicz­nym to­nem. – Na po­cie­sze­nie ci po­wiem, że im da­lej, tym go­rzej.

– Za­baw­ne – wark­ną­łem. – Chy­ba ro­zu­miem, dla­cze­go wu­jek Tom rzu­cił te stu­dia. Po apli­ka­cji Me­la­nie bę­dzie ze stre­su łysa. Szko­da by było.

– Tak mó­wisz?

– Lu­bię jej dłu­gie, rude wło­sy – od­par­łem ci­cho, chy­ba bar­dziej już do sie­bie, sku­pia­jąc się na kro­je­niu. Unio­słem wzrok na mamę. Nie pa­trzy­ła na mnie. Za­ci­ska­ła usta, jak­by mia­ła ocho­tę się uśmiech­nąć. – Co?

– Kie­dy chce­cie ubrać cho­in­kę? – zmie­ni­ła te­mat.

– Ju­tro.

– Do­brze. Chcia­ła­bym tyl­ko…

– Tak, wiem – prze­rwa­łem jej nie­grzecz­nie. – Po­wie­szę bomb­kę, któ­rą masz od swo­jej mamy, i będę na nią bar­dzo uwa­żał.

Od­po­wie­dzia­ła mi uśmie­chem. Nie by­łem zdzi­wio­ny, że tata się w nim za­ko­chał. Ta ko­bie­ta po­sia­da­ła je­den z naj­pięk­niej­szych na świe­cie.

Mama z wy­kształ­ce­nia była mu­zy­kiem. Od dzie­cia­ka gra­ła na for­te­pia­nie, po­szła na stu­dia, kil­ka lat temu otwo­rzy­ła pry­wat­ną szko­łę mu­zycz­ną w Bo­sto­nie. Do­brze speł­nia­ła się w roli na­uczy­ciel­ki, men­tor­ki. Dzie­cia­ki ją uwiel­bia­ły. Nie uczy­ła ich tyl­ko pod­staw, ale też przy­go­to­wy­wa­ła do eg­za­mi­nów i kon­cer­tów. W domu co wie­czór sia­da­ła do kla­wi­szy. Lu­bi­łem słu­chać, jak mama ci­cho śpie­wa i gra. Chwy­ta­łem wte­dy drin­ka, her­ba­tę czy wodę i opie­ra­łem łok­cie o prze­szklo­ną ba­lu­stra­dę na pię­trze.

Lu­bi­łem, gdy dom wy­peł­nia­ła ci­sza, ale jesz­cze bar­dziej, kie­dy byli w nim ro­dzi­ce.

Roz­dział 3.

Śnieg pod łza­mi

Sofia

Śnieg skrze­czał pod bu­ta­mi z każ­dym po­sta­wio­nym kro­kiem. Bia­ły puch sy­pał w twarz, utrud­nia­jąc wi­dze­nie. Chcia­łam prze­trzeć oczy, ale nie mia­łam jak, bo w rę­kach trzy­ma­łam cięż­kie siat­ki z za­ku­pa­mi. Prze­jeż­dża­ją­cy przez uli­cę sa­mo­chód wje­chał pro­sto w ka­łu­żę z bło­ta, po­zo­sta­wia­jąc na no­gaw­kach mo­ich sta­rych spodni brą­zo­we, mo­kre pla­my. Dzi­siej­sze­go dnia już nic nie mo­gło bar­dziej ze­psuć mi hu­mo­ru.

Za­trzy­ma­łam się przed ka­mie­ni­cą, spo­glą­da­jąc w okna są­sia­dów. Nie­mal u wszyst­kich sta­ła cho­in­ka. Wi­dać to po roz­bły­sku­ją­cych się lamp­kach, któ­re rzu­ca­ły ko­lo­ro­wą po­świa­tę na sza­ry chod­nik. Z nie­licz­nych miesz­kań do­bie­ga­ły we­so­łe śmie­chy, śpie­wa­nie ko­lęd oraz gło­śne krzy­ki za­chwy­co­nych dzie­cia­ków.

A po­tem prze­nio­słam oczy na okno swo­jej sy­pial­ni. Tam nie dzia­ło się ab­so­lut­nie nic.

Za­miast cie­płe­go aro­ma­tu pier­ni­ków i ser­ni­ka po­wi­tał mnie du­szą­cy za­pach ty­to­niu i al­ko­ho­lu. Ten dru­gi był tak in­ten­syw­ny, że praw­do­po­dob­nie mu­siał wy­lać się na dy­wan. Upu­ści­łam cięż­kie siat­ki w przed­po­ko­ju i ścią­gnę­łam sta­re buty. Od­wie­siw­szy prze­mo­czo­ny płaszcz na wie­sza­ku, po­tar­łam o sie­bie dło­nie, by te się za­grza­ły. Wcho­dząc do sa­lo­nu, na­dep­nę­łam na pu­stą pusz­kę po pi­wie.

Thia­go sie­dział w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym tkwił, kie­dy wy­cho­dzi­łam do pra­cy. Roz­luź­nio­ny i ni­czym się nie­przej­mu­ją­cy, upi­jał z bu­tel­ki czy­stą wód­kę, wy­krzy­ku­jąc coś w stro­nę te­le­wi­zo­ra. Z każ­dym krzy­kiem sta­ry, po­dziu­ra­wio­ny fo­tel ugi­nał się pod jego cię­ża­rem. Przy­tu­li­łam się bar­kiem do fra­mu­gi, zer­ka­jąc na ka­na­pę. Na niej spał Dutch, naj­lep­szy kum­pel Thia­go. Nie za­uwa­żył, że we­szłam do miesz­ka­nia. Wła­ści­wie to nie za­uwa­żył­by na­wet, gdy­by ktoś go okra­dał.

Mały sa­lon przy­po­mi­nał po­bo­jo­wi­sko. Jak­by przed chwi­lą przez miesz­ka­nie prze­szło tor­na­do. Na pod­ło­dze wa­la­ły się roz­gnie­cio­ne chip­sy, brud­ne skar­pet­ki i zmię­te, sta­re ga­ze­ty. Roz­pa­da­ją­cy się już sto­lik ugi­nał się pod pu­sty­mi bu­tel­ka­mi po pi­wie i wód­ce. Opa­ko­wa­nia po piz­zy i chiń­skim je­dze­niu aż ki­pia­ły z ko­sza na śmie­ci, a ich za­war­tość zdą­ży­ła roz­lać się na blat ku­chen­ny. Na jed­nej ze ścian wid­niał prze­krzy­wio­ny ob­ra­zek, jak­by ktoś ude­rzył w nie­go przy­pad­kiem.

Za­ci­snę­łam po­wie­ki, nie da­jąc upu­stu łzom.

– Thia­go, sprzą­ta­łam tu­taj dzi­siaj przed pra­cą – ode­zwa­łam się przy­gnę­bio­nym to­nem.

– I?

– I chcia­łam, żeby na świę­ta było cho­ciaż…

Nie dał mi do­koń­czyć. Ciem­no­wło­sy męż­czy­zna wy­darł się do te­le­wi­zo­ra, rzu­ca­jąc w ekran reszt­ka­mi chip­sów.

– Ty ku­ta­sie! Komu to po­da­jesz!

– …czy­sto – do­koń­czy­łam pół­szep­tem.

Dal­sza roz­mo­wa nie mia­ła sen­su. Wró­ci­łam do przed­po­ko­ju, za­bra­łam tor­by i za­czę­łam je roz­pa­ko­wy­wać. Mle­ko, kil­ka opa­ko­wań wę­dlin, ser, tuń­czyk, któ­ry już ju­tro stra­ci waż­ność. Wkła­da­łam pro­duk­ty do lo­dów­ki, bła­ga­jąc w du­chu, by cho­ciaż na je­den dzień stra­cić słuch. Tak żeby nie sły­szeć krzy­ków Thia­go. Nie mo­głam mo­men­ta­mi tego znieść. Do­cho­dzi­ła je­de­na­sta. Pra­co­wa­łam dzi­siaj dzie­sięć go­dzin, ja­dłam tyl­ko ka­nap­kę, spa­łam pięć go­dzin i mia­łam kosz­ma­ry.

Przez na­stęp­ne trzy­dzie­ści mi­nut pró­bo­wa­łam do­pro­wa­dzić kuch­nię do ładu, tak aby przy­naj­mniej bla­ty były wi­docz­ne. Kie­dy mi się to uda­ło i chcia­łam udać się do swo­jej sy­pial­ni, w drzwiach za­trzy­mał mnie Thia­go.

– Uda­ło ci się za­ła­twić? – spy­tał, beł­ko­cząc pod no­sem.

Po­krę­ci­łam gło­wą i scho­wa­łam ręce za ple­ca­mi.

– Mia­łaś za­ła­twić.

– Nie da­łam rady. Za dwa dni jest wi­gi­lia. Roya nie było w pu­bie – kła­ma­łam. Ostat­nio ro­bi­łam to tak czę­sto, że by­łam w tym bar­dzo prze­ko­nu­ją­ca.

– No wła­śnie: za­raz jest dur­na wi­gi­lia – po­wie­dział, wsu­wa­jąc dło­nie do kie­sze­ni brud­nych dre­sów. – Roy za­wsze jest w pu­bie przed świę­ta­mi, bo dla nie­go to do­bry utarg. Chcesz mi po­wie­dzieć, że go nie było?

– Nie było – po­wtó­rzy­łam, przy­bie­ra­jąc ostrzej­szy ton. Chwy­ci­łam za klam­kę do sy­pial­ni. – Po­ja­wi się pew­nie do­pie­ro po świę­tach albo przed sa­mym syl­we­strem. Wy­trzy­masz do tego cza­su.

Od­wró­ci­łam się z za­mia­rem wej­ścia do po­ko­ju. Po­wstrzy­mał mnie. Bo­le­śnie chwy­cił za nad­gar­stek, bez pro­ble­mu opla­ta­jąc wo­kół nie­go swo­je dłu­gie pal­ce. Za­sy­cza­łam z bólu, tak­su­jąc zde­ner­wo­wa­ną twarz bra­ta.

– So­fia, co ty, kur­wa, ro­bisz? – wy­śmiał mnie, po­cią­ga­jąc do sie­bie. – Mam wy­trzy­mać kil­ka dni? Trzy? Czte­ry czy może sie­dem? Mia­łaś mi to, kur­wa, za­ła­twić. Za­wsze mi ogar­niasz, a te­raz mó­wisz, że nic nie masz?

– Po­wta­rzam ci, że…

– Ale mnie nie ob­cho­dzi, co ty po­wta­rzasz. – Po­tarł pal­ca­mi moją skó­rę, wy­wo­łu­jąc tym nie­przy­jem­ne pie­cze­nie. Za­ci­snę­łam zęby. – Chcę i masz mi to ju­tro za­ła­twić. Nie in­te­re­su­je mnie, czy Roya nie było, czy się za­ćpał, czy spę­dza uro­czy czas z ro­dzi­ną przy cho­in­ce. Obie­cał, więc ma, do chu­ja, ci to dać! Ro­zu­miesz mnie?

– Tak, ale ja…

– Ro­zu­miesz, So­fia?

– Tak – od­po­wie­dzia­łam zre­zy­gno­wa­na.

Thia­go pu­ścił mnie, ob­ró­cił się na pię­cie i po­wró­cił do sa­lo­nu, za­ga­du­jąc po hisz­pań­sku do Dut­cha. We­szłam do po­ko­ju, po­wstrzy­mu­jąc łzy. Nie mia­łam już siły, żeby pójść pod prysz­nic. Ocho­ty zresz­tą też nie, bo nie­jed­no­krot­nie gdy z nie­go wy­cho­dzi­łam, Dutch przy­glą­dał mi się wstręt­nym spoj­rze­niem, na któ­re mój brat nie re­ago­wał. Po­sta­no­wi­łam po­cze­kać, aż ten wyj­dzie albo za­śnie po­now­nie na ka­na­pie. Prze­bra­łam się w czy­ste, luź­ne ubra­nia i chwy­ci­łam ze­szyt nu­to­wy oraz wy­stru­ga­ny nie­mal do zera ołó­wek. Przy­sia­dłam na pa­ra­pe­cie, z któ­re­go wi­docz­ny był za­śnie­żo­ny chod­nik i ogró­dek. W nim stał nie­dba­le ule­pio­ny bał­wan.

Przez cały dzień w gło­wie mia­łam skom­po­no­wa­ną me­lo­dię, ale ta wy­le­cia­ła mi, gdy tyl­ko prze­kro­czy­łam próg tego prze­klę­te­go miesz­ka­nia. Zre­zy­gno­wa­na odło­ży­łam ze­szyt obok stóp i pod­cią­gnę­łam ko­la­na pod bro­dę. Przy­mknę­łam po­wie­ki, głę­bo­ko od­dy­cha­łam i pra­gnę­łam wy­ma­zać ten dzień z pa­mię­ci.

Dziś było mnó­stwo lu­dzi w pu­bie. Roz­la­łam set­ki piw, kil­ka­dzie­siąt bo­ur­bo­nów, od­pra­wi­łam paru na­pa­stu­ją­cych mnie fa­ce­tów, uci­szy­łam zbyt gło­śne to­a­sty… Przez do­bre dwa­dzie­ścia mi­nut by­łam ra­mie­niem do wy­pła­ka­nia dla zra­nio­nej ko­bie­ty, któ­ra aku­rat dzień przed świę­ta­mi po­sta­no­wi­ła roz­paść się emo­cjo­nal­nie. On od­szedł, ona zo­sta­ła z pre­zen­ta­mi i łza­mi. Kla­sy­ka świą­tecz­nych związ­ków. Słu­cha­łam tego ze szma­tą w dło­ni i uda­wa­łam, że świet­nie ro­zu­miem.

Roy tak na­praw­dę po­ja­wił się dziś w pu­bie. Przy­cho­dził dwa razy w ty­go­dniu. Miał w nim swo­ich klien­tów, w tym mnie. Tego wie­czo­ru usiadł przy ba­rze tak jak za­wsze. To ja od­mó­wi­łam. Po­wie­dzia­łam mu, że nie mam pie­nię­dzy.

W rze­czy­wi­sto­ści kła­ma­łam, bo nie chcia­łam wi­dzieć mo­je­go bra­ta na­ćpa­ne­go w świę­ta.

Kłam­stwo nic mi nie dało. Ju­tro będę mu­sia­ła iść do pra­cy i za­ła­twić tę pie­przo­ną am­fe­ta­mi­nę, a póź­niej zno­sić przez cały wie­czór jego agre­sję. Obie­cy­wa­łam so­bie tej nocy, że to bę­dzie ostat­nia wi­gi­lia, któ­rą spę­dzę w ten spo­sób.

Roz­dział 4.

Smut­na dziew­czy­na

Ethan

Pra­wie do­sta­łem za­wa­łu. Tak po pro­stu. Wi­dząc przy­tasz­czo­ny przez Me­la­nie za­ku­rzo­ny kar­ton pe­łen bom­bek, przy­sia­dłem na ka­na­pie, wal­cząc z nad­cho­dzą­cym ata­kiem ser­ca. Roz­ma­so­wa­łem so­bie po­wie­ki opusz­ka­mi pal­ców, sły­sząc we­so­ły śmiech dziew­czy­ny.

– Nie – po­wie­dzia­łem sta­now­czo. – Nie spę­dzę kil­ku go­dzin na ubie­ra­niu cho­in­ki w… to coś. Mel, tego jest… sto?

– Sto trzy­na­ście, li­cząc uko­cha­ną bomb­kę two­jej mamy – po­pra­wi­ła mnie, ku­ca­jąc przy kar­to­nie. Za­czę­ła prze­szu­ki­wać ozdo­by, ostroż­nie je wy­cią­ga­ła i ukła­da­ła obok stóp. – Pój­dzie nam szyb­ko. Masz dra­bi­nę?

– Tak, gdzieś w ga­ra­żu. – Spoj­rza­łem na nią, wsta­jąc z miej­sca. Me­la­nie się do mnie uśmiech­nę­ła, za­kła­da­jąc pa­smo ru­dych wło­sów za ucho. – Przy­nio­sę. Weź­my się do pra­cy. Obie­ca­łem ma­mie, że ogar­nie­my to, za­nim wró­ci.

Nie da­łem jej szan­sy od­po­wie­dzieć, cho­ciaż coś mru­cza­ła pod no­sem, w dal­szym cią­gu za­chwy­ca­jąc się bomb­ka­mi. Po­sze­dłem do ga­ra­żu po dra­bi­nę. Mimo me­tra dzie­więć­dzie­się­ciu wzro­stu nie było szan­sy, bym za­wie­sił ozdo­by na szczy­cie cho­in­ki. Mama prze­sa­dzi­ła – ten krzak miał oko­ło trzech me­trów.

– Wła­ści­wie kie­dy two­ja mama za­ła­twi­ła cho­in­kę? – spy­ta­ła Adi­son, gdy roz­sta­wi­łem dra­bi­nę. – I zdą­ży­ła za­ło­żyć lamp­ki?

– To tata – wy­ja­śni­łem z pół­u­śmie­chem na ustach. – Jak tyl­ko mu po­wie­dzia­ła, że bę­dzie­my po po­łu­dniu ją de­ko­ro­wać, rano wstał i po­je­chał po tego krza­ka. Lamp­ki też są jego spraw­ką.

Me­la­nie za­chi­cho­ta­ła, zwią­zu­jąc wło­sy w kitę.

– Cały wu­jek Do­mi­nic – do­da­ła.

– Ta – przy­zna­łem jej ra­cję. – Cały tata.

W to­wa­rzy­stwie Me­la­nie czu­łem się swo­bod­nie już od naj­młod­szych lat. Nie była na­chal­na, nie wy­mu­sza­ła na mnie od­po­wie­dzi, nie za­ga­dy­wa­ła, kie­dy wi­dzia­ła, że nie mam ocho­ty na roz­mo­wę. Tkwi­ła przy mnie od dwóch de­kad, za­wsze go­to­wa wy­cią­gnąć po­moc­ną dłoń, gdy­bym jej po­trze­bo­wał. Nie po­zo­sta­wa­łem jej dłuż­ny, bo sam by­łem dla niej naj­więk­szym wspar­ciem. Prze­ży­wa­łem z nią pierw­sze zła­ma­ne ser­ce, nie­zda­ny eg­za­min na pra­wo jaz­dy, ofe­ro­wa­łem ra­mię do wy­pła­ka­nia, gdy za­koń­czy­ła burz­li­wą re­la­cję ze swo­ją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką. By­li­śmy dla sie­bie ni­czym nasi oj­co­wie.

Za­ją­łem się ty­łem cho­in­ki, a przy­ja­ciół­ka przo­dem. Wyj­rza­łem na nią zza krza­ka, sły­sząc, jak ta przy­su­wa dra­bi­nę i nie­udol­nie się po niej za­czy­na wdra­py­wać z bomb­ką w dło­ni.

– Me­la­nie, spad­niesz – ostrze­głem ją, mru­żąc oczy.

Mach­nę­ła ręką. Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi i przy­su­ną­łem się bli­żej do ni­cze­go nie­świa­do­mej Me­la­nie. Ob­ser­wo­wa­łem, jak dziel­nie sta­wia sto­py na co­raz wyż­szym szcze­blu. Nie ro­bi­ło jej róż­ni­cy, że dra­bi­na się chwie­je. Adi­son była upar­ta i za­wsze mu­sia­ła udo­wod­nić, że ma ra­cję.

– Co po­wie mama, jak zo­ba­czy, że na świę­ta masz skrę­co­ną kost­kę lub po­tłu­czo­ną gło­wę? – za­py­ta­łem, sta­ra­jąc się ukryć uśmiech. – Wiesz, że te mar­mu­ro­we ka­fle są bar­dzo twar­de, no nie?

– Prze­stań glę­dzić, Ethan – skar­ci­ła mnie pręd­ko, spo­glą­da­jąc w dół, a po­tem na szczyt cho­in­ki. – Ta bomb­ka ide­al­nie bę­dzie pa­so­wa­ła na sam czu­bek. O! Zo­bacz! Mo­gła­by na­wet…

Spo­dzie­wa­łem się tego. Ab­so­lut­nie nie by­łem tym zdzi­wio­ny. Me­la­nie wy­cią­gnę­ła rękę, by za­wie­sić zło­tą bomb­kę, co po­skut­ko­wa­ło za­chwia­niem się i osu­nię­ciem po dra­bi­nie. Zła­pa­łem ją w ostat­nim mo­men­cie, za­nim ude­rzy­ła gło­wą o ka­fel­ki. Wsu­ną­łem dłoń pod jej ko­la­na, dru­gą opla­ta­jąc kark. Tłu­czo­ne szkło z bomb­ki roz­bry­zgnę­ło się pod na­szy­mi no­ga­mi.

– O nie, prze­pra­szam… – za­jąk­nę­ła się, wbi­ja­jąc pa­znok­cie w mój kark. Za­wsty­dzo­na, zer­k­nę­ła na roz­wa­lo­ną bomb­kę, na­stęp­nie na mnie. – Za­raz to po­sprzą­tam. Po­staw mnie, a pój­dę po…

– Prze­stań wierz­gać – wsze­dłem jej w sło­wo, gdy pró­bo­wa­ła ze mnie ze­sko­czyć. – Wbi­jesz so­bie szkło w sto­pę.

– Ethan…

Unio­słem pa­lec wska­zu­ją­cy, da­jąc znać, żeby była ci­cho. Od­sta­wi­łem dziew­czy­nę przy ka­na­pie, na któ­rej od razu przy­sia­dła. Wy­wró­ci­łem ocza­mi, wi­dząc jej smut­ną minę. Me­la­nie za bar­dzo przej­mo­wa­ła się bła­host­ka­mi. Omi­nąw­szy odłam­ki, uda­łem się do kuch­ni za pla­sti­ko­wym, okrą­głym pu­deł­kiem na szkla­ne od­pad­ki. Za­czą­łem ostroż­nie zbie­rać więk­sze ka­wał­ki bomb­ki. Mel rzu­ci­ła się, by mi po­móc, ale na­tych­miast wbił jej się w dłoń odła­mek. Prze­tar­łem twarz dłoń­mi, ży­cząc so­bie cier­pli­wo­ści.

– Adi­son – wark­ną­łem. – Po­tra­fisz sie­dzieć na du­pie przez pięć se­kund i się nie ru­szać?

– Oczy­wi­ście, Brown – skwi­to­wa­ła sar­ka­stycz­nie, przy­le­pia­jąc do twa­rzy sztucz­ny uśmiech. Od­po­wie­dzia­łem jej tym sa­mym.

Od­ku­rzy­łem naj­mniej­sze odłam­ki i opa­trzy­łem pa­lec Me­la­nie. Po­dzię­ko­wa­ła, tro­chę się po­uśmie­cha­ła i za­raz wró­ci­li­śmy do za­wie­sza­nia bom­bek. Tym ra­zem to ja sta­wa­łem na dra­bi­nie, od­bie­ra­jąc od przy­ja­ciół­ki ozdo­by. Wie­dzia­łem, że coś ją tra­pi. Dziw­nie się tego dnia za­cho­wy­wa­ła.

– O któ­rej mam po cie­bie przy­je­chać? – spy­ta­łem, scho­dząc z dra­bi­ny.

– Oko­ło siód­mej? – za­pro­po­no­wa­ła, cho­wa­jąc brzyd­sze bomb­ki z po­wro­tem do kar­to­nu. – Mu­szę spa­ko­wać pre­zen­ty na ju­tro. Daw­no nie wi­dzia­łam wuj­ka Vin­cen­ta.

– Nie uwa­żasz, że to dziw­ne?

– Co masz na my­śli? – Mel unio­sła gło­wę, by na mnie po­pa­trzeć.

– Mój oj­ciec, twój – za­czą­łem wy­li­czać – tata Ashe­ra i Vin­cent… są przy­ja­ciół­mi z dzie­ciń­stwa. A two­ja mama, moja i żona Vin­cen­ta przy­ja­ciół­ka­mi. Dłu­go się ostat­nio nad tym za­sta­na­wia­łem.

– Do­sze­dłeś do wnio­sku, że to wspa­nia­łe? – Uśmie-chnę­ła się.

– Wspa­nia­łe?

– Tak, wspa­nia­łe – po­wtó­rzy­ła do­bit­niej Me­la­nie. Za­mknę­ła kar­ton i pod­nio­sła się z pod­ło­gi. – Rzad­ko zda­rza się coś ta­kie­go. To nie­sa­mo­wi­te, Ethan. Nasi oj­co­wie byli jak ja i ty. Od ma­łe­go.

– Chcesz mi po­wie­dzieć, że moje dzie­ci będą się przy­jaź­ni­ły z two­imi?

Za­chi­cho­ta­ła, po­da­jąc mi ostat­nią bomb­kę, wy­ję­tą z osob­ne­go opa­ko­wa­nia. Ozdo­ba z roku na rok wy­glą­da­ła co­raz go­rzej. Bia­ły la­kier od­pry­ski­wał, a na­ma­lo­wa­na na niej li­ter­ka „P” ro­bi­ła się co­raz bled­sza. Z da­le­ka trud­no ją do­strzec. Ob­ró­ci­łem w pal­cach bomb­kę, pa­trząc na Mel.

– Ni­g­dy jej nie po­zna­łem – wy­zna­łem. – Pe­tra. Wy­jąt­ko­wo dziw­ne imię.

Przy­ja­ciół­ka ude­rzy­ła mnie de­li­kat­nie łok­ciem w że­bra. Skrzy­wi­łem się.

– Nie mów tak. To two­ja bab­cia. Była Niem­ką. Jak mia­ła się na­zy­wać? An­ge­li­na Jo­lie?

– Mama chce wie­szać tę bomb­kę co roku. – Przyj­rza­łem się jesz­cze raz sta­rej ozdo­bie. – Nie wy­obra­żam so­bie, co mu­sia­ła czuć, kie­dy się do­wie­dzia­ła, że jej mat­ka zo­sta­ła za­mor­do­wa­na.

– Okrop­ne jest to, że nie do­wie­dzia­ła się, kim był ten mor­der­ca.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, wy­cią­ga­jąc się i wie­sza­jąc bomb­kę w bez­piecz­nym miej­scu. Po­pa­trzy­łem na cho­in­kę z za­do­wo­le­niem. Me­la­nie ob­sko­czy­ła ko­lo­ro­wy krzak do­oko­ła, upew­nia­jąc się, że wszyst­ko jest na swo­im miej­scu, i za­do­wo­lo­na oświad­czy­ła:

– Ciot­ka Fran­cy bę­dzie za­chwy­co­na! Jest ślicz­na! Wy­szła nam le­piej, niż się spo­dzie­wa­łam. Po­do­ba ci się?

– Tak – od­po­wie­dzia­łem zgod­nie z praw­dą. – I wiesz… to wca­le nie było ta­kie złe.

Mru­gną­łem okiem do Adi­son, chy­ba wpra­wia­jąc ją tym w za­kło­po­ta­nie. Była nie­swo­ja i nie wie­dzia­łem, dla­cze­go ją o to nie za­py­ta­łem. Chy­ba wie­dzia­łem, że jak to zro­bię, to stra­ci hu­mor na do­bre. Odło­ży­łem więc to na wie­czór.

– A je­śli już je­ste­śmy w te­ma­cie na­ro­do­wo­ści, to nie śmiej się z bab­ci. Sam je­steś w po­ło­wie Niem­cem.

Po czę­ści mia­ła ra­cję. Mama po­cho­dzi­ła z Nie­miec, tata z An­glii i Sta­nów (miesz­kał tu i tu), więc teo­re­tycz­nie by­łem mie­szań­cem, ale uda­wa­łem, że wca­le tak nie jest. Nie po­tra­fi­łem po­wie­dzieć nic po nie­miec­ku, cho­ciaż po­dob­no jako dzie­ciak do­brze nim ope­ro­wa­łem. Wszyst­ko za­po­mnia­łem. Za to świet­nie wła­da­łem ję­zy­kiem hisz­pań­skim.

– Och, bła­gam – ro­ze­śmia­łem się. – Mój oj­ciec jest w po­ło­wie Bry­tyj­czy­kiem, a w po­ło­wie Ame­ry­ka­ni­nem. Po­zo­stań­my przy tym, okej?

Me­la­nie przy­zna­ła mi ra­cję. Od­pro­wa­dzi­łem ją do sa­mo­cho­du i obie­ca­łem, że przy­ja­dę o siód­mej.

*

Wy­bra­li­śmy się do pubu o na­zwie Igni­te. Nie było to miej­sce, do któ­re­go za­glą­da­łem z wiel­ką ocho­tą. Po­sze­dłem tam tyl­ko raz – wy­star­czy­ło. Nie cho­dzi­ło wca­le o mu­zy­kę czy piwo, bo to było na­praw­dę do­bre, ale o lu­dzi. Prze­wi­ja­ło się tam zbyt wie­lu de­ale­rów de­spe­rac­ko po­szu­ku­ją­cych klien­tów. I to na tyle bez­czel­nych, że za­ła­twia­li swo­je brud­ne in­te­re­sy tuż przy ba­rze, a bar­man­ki nie mia­ły po­ję­cia, co dzie­je się pod ich no­sem, albo uda­wa­ły, że nic nie wi­dzą.

Było tam mnó­stwo pi­ja­nych dziew­czyn, śmie­ją­cych się za gło­śno i ła­pią­cych ob­cych za rękę. Czę­sto zda­rza­ły się bój­ki, ale ochro­na rzad­ko in­ter­we­nio­wa­ła. Pub niż­szych sfer, jed­nak miał swo­je za­le­ty – do­bre piwo, moc­ne drin­ki, bli­sko cen­trum. Je­śli by nie pa­trzeć uważ­nie na to, co się dzia­ło w ką­tach, moż­na mile spę­dzić tam wie­czór.

Nie pi­łem al­ko­ho­lu, pro­wa­dzi­łem. Po­je­cha­łem po Me­la­nie, póź­niej po Ashe­ra. Za­ję­li­śmy je­den z wol­nych sto­li­ków i przez naj­bliż­szą go­dzi­nę roz­ma­wia­li­śmy na te­mat ju­trzej­szej wi­gi­lii.

– Wie­cie, że cór­ka Vin­cen­ta w przy­szłym roku wy­cho­dzi za mąż? – za­gad­nął nas Wal­ker, zer­ka­jąc na nas.

– Nie wi­dzia­łam, żeby Li­lia­na chwa­li­ła się za­rę­czy­na­mi na In­sta­gra­mie – od­par­ła przy­ja­ciół­ka. – W za­sa­dzie, od­kąd wy­le­cie­li do Bel­gii, to mało o niej sły­szę. Znacz­nie się od­su­nę­ła.

– Nie ma w tym nic dziw­ne­go – po­wie­dzia­łem, uno­sząc ra­mio­na. – Wy­le­cie­li ja­kieś sześć lat temu. Zdą­ży­ła uło­żyć so­bie tam ży­cie i zna­leźć in­nych przy­ja­ciół.

– Szko­da, że wy­je­cha­li – wes­tchnę­ła Mel, są­cząc al­ko­hol przez pa­pie­ro­wą słom­kę. – Tro­chę cza­su ra­zem spę­dzi­ły­śmy. Te­raz nie za­py­ta, co u mnie. Nie bę­dzie też jej ju­tro na wi­gi­lii. Spę­dza je z na­rze­czo­nym, miesz­ka­ją ra­zem od roku.

– Tata ci opo­wia­dał? – spy­ta­łem.

– Mama.

– By­łem wczo­raj u Chu­de­go. – Asher oparł łok­cie o stół, nie­znacz­nie się ku nam po­chy­la­jąc. Uśmiech­nął się sze­ro­ko, uno­sząc brwi. – Za­ła­twi­łem nam na wi­gi­lię…

– Wal­ker, nie. – Unio­słem pa­lec wska­zu­ją­cy, uci­sza­jąc go tym. – Nie będę ja­rał w świę­ta.

Wy­giął usta w pod­ko­wę, opa­da­jąc ple­ca­mi na skó­rza­ne obi­cie ka­na­py. Me­la­nie za­ję­ła się pi­ciem piwa i roz­glą­da­niem po pu­bie.

– Cze­mu? Ty ni­g­dy nie chcesz.

– Bo zio­ło to gów­no – oznaj­mi­łem po­iry­to­wa­ny. Ob­ra­ca­łem w pal­cach pi­lot do sa­mo­cho­du. – Lu­bię czas, kie­dy je­ste­śmy wszy­scy ra­zem. Nie chcę o dzie­sią­tej za­snąć zja­ra­ny w po­ko­ju, a rano się tłu­ma­czyć ro­dzi­com.

– Ku­mam. Nie mu­sisz tego ro­bić. Me­la­nie, chcesz?

Ru­do­wło­sa dziew­czy­na uni­ka­ła mo­je­go wzro­ku. Mię­to­li­ła mię­dzy zę­ba­mi słom­kę. Prze­wró­ci­łem ocza­mi, wsu­ną­łem klu­czyk do kie­sze­ni spodni i wsta­łem, opie­ra­jąc dło­nie o sto­lik.

– Nie mu­szę na­wet sły­szeć, co mu od­po­wiesz, bo wiem. – Sta­ra­łem się przy­brać obo­jęt­ny ton.

– Ethan…

– Idę po sok – nie da­łem jej do­koń­czyć. – Chce­cie coś jesz­cze?

– Piwo.

Ski­ną­łem gło­wą na proś­bę kum­pla i uda­łem się pro­sto do baru. Mu­sia­łem prze­pchnąć się przez kil­ku pi­ja­nych ty­pów i parę ład­nych, rów­nie nie­trzeź­wych dziew­czyn. Nie mia­łem za­mia­ru słu­chać, jak Me­la­nie zga­dza się na idio­tycz­ny po­mysł Ashe­ra. Wie­dzia­łem, jak to bę­dzie wy­glą­da­ło – po ko­la­cji pój­dzie­my na górę, Wal­ker się tam zja­ra, wcią­gnie w to Me­la­nie i resz­tę wie­czo­ru spę­dzę sam albo będę zmu­szo­ny zejść do ro­dzi­ców i ich przy­ja­ciół.

Za­ją­łem ostat­nie wol­ne miej­sce przy ba­rze. Bez­na­mięt­nie prze­su­wa­łem wzro­kiem po to­wa­rzy­stwie – dwój­ka na­ćpa­nych fa­ce­tów, któ­ra upi­ja­ła bez prze­rwy wód­kę, blon­dyn­ka wy­pła­ku­ją­ca się na ra­mie­niu bru­net­ki i dwie bar­man­ki. Jed­na z nich była wy­so­ka i z ogrom­ną przy­jem­no­ścią ob­słu­gi­wa­ła lu­dzi. Z wiel­kim uśmie­chem na ustach na­le­wa­ła klien­to­wi piwo, od­po­wia­da­jąc na jego dur­ne za­czep­ki. Jej śmiech mie­szał się z gwa­rem sali. Był lek­ki, ra­do­sny.

Obok niej sta­ła dru­ga bar­man­ka. Ci­chut­ka, nie­obec­na, jak­by w zu­peł­nie in­nym świe­cie. Wszyst­kie ru­chy wy­ko­ny­wa­ła me­cha­nicz­nie. Się­ga­ła po szkło, na­peł­nia­ła je, prze­su­wa­ła po bla­cie. Pa­trzy­ła pu­stym wzro­kiem w je­den punkt, gdzieś po­nad na­szy­mi gło­wa­mi. Była bar­dzo ład­na, ale nie na tyle, by krzy­cza­ła z pla­ka­tów. Jej twarz mia­ła w so­bie coś… smut­ne­go.

Nie wiem, co mnie tknę­ło, ale za­nim zdą­ży­łem po­my­śleć, ode­zwa­łem się do niej:

– Hej.

– Co po­dać? – spy­ta­ła ci­chym gło­sem.

Nie spoj­rza­ła na mnie od razu. My­śla­mi po­wra­ca­ła z da­le­kie­go miej­sca. Bia­łą szmat­ką prze­cie­ra­ła szklan­ki. Za­cze­sa­ła za ucho ja­sno­brą­zo­we pa­sem­ko wło­sów, bo wy­do­sta­ło się z nie­dba­łe­go ku­cy­ka.

– Ja­sne piwo.

Od­sta­wi­ła wy­po­le­ro­wa­ne szkło i scho­wa­ła szmat­kę do czar­ne­go far­tu­cha bar­mań­skie­go. Się­gnę­ła po nową szklan­kę i bez za­sta­no­wie­nia speł­ni­ła moją proś­bę. Po­sta­wi­ła przede mną al­ko­hol, mó­wiąc tyl­ko krót­kie „pro­szę”.

– Zły dzień? – za­gad­ną­łem.

Mło­da dziew­czy­na spoj­rza­ła w moje oczy. Wy­krze­sa­łem z sie­bie coś na kształt bla­de­go uśmie­chu, ale tyl­ko ją tym od­stra­szy­łem. Sza­tyn­ka cof­nę­ła się o krok i znów po­pra­wi­ła wło­sy.

– Tro­chę – przy­zna­ła, ale jak­by nie­chęt­nie. Tak jak­by bała się ze mną roz­ma­wiać.

– Za­raz się skoń­czy i bę­dziesz mo­gła wró­cić do domu – po­wie­dzia­łem, przy­su­wa­jąc do sie­bie peł­ny ku­fel.

– Słu­cham?

Nie­zna­jo­ma dys­kret­nie prze­tar­ła so­bie spierzch­nię­te usta kciu­kiem, po­wra­ca­jąc do po­przed­nie­go za­ję­cia. Była ze­stre­so­wa­na, zde­ner­wo­wa­na i bar­dzo zmę­czo­na.

– Dzień – wy­ja­śni­łem, przy­cią­ga­jąc tym jej uwa­gę. – Dzień się za­raz koń­czy i bę­dziesz mo­gła wró­cić do domu.

– Ach, tak. Tak, do domu. – Uśmiech­nę­ła się le­ni­wie, nie­śmia­ło, nie­mal nie­wi­docz­nie. Nie spoj­rza­ła na mnie ani razu. Na­wet nie zdą­ży­łem za­re­je­stro­wać, ja­kie­go ko­lo­ru ma oczy.

Nie po­wie­dzia­łem nic wię­cej. Ob­ser­wo­wa­łem, jak ob­słu­gu­je na­stęp­ne­go mło­de­go męż­czy­znę. Znów to samo – krót­kie „pro­szę”, „dzię­ku­ję” i brak kon­tak­tu wzro­ko­we­go. Nie od­po­wie­dzia­ła mu na­wet wte­dy, kie­dy za­py­tał ją o nu­mer te­le­fo­nu. Od­su­nę­ła się jak opa­rzo­na, ude­rza­jąc ple­ca­mi o roz­sta­wio­ny za nią ar­se­nał al­ko­ho­lu w bu­tel­kach. Męż­czy­zna od­szedł nie­po­cie­szo­ny, co spra­wi­ło jej wi­docz­ną na twa­rzy ulgę.

Bar­man­ka zer­k­nę­ła w moją stro­nę, jak­by się upew­nia­ła, że wciąż tu je­stem.

– Wiesz – za­czę­ła ci­cho. – Dużo pra­cy. P-przed świę­ta­mi z-za­wsze tyle jest.

Dziw­nie się za­cho­wy­wa­ła, ją­ka­ła się. Niby na mnie pa­trzy­ła, niby szu­ka­ła ko­goś ocza­mi po sali. I jesz­cze raz po­pra­wi­ła wło­sy. Za­kła­da­ła je za ucho, póź­niej wy­pusz­cza­ła, przy­po­mi­na­jąc tym za­gu­bio­ną, małą dziew­czyn­kę. Ner­wo­wo za­gry­za­ła war­gę.

– Wszyst­ko okej? – od­wa­ży­łem się za­py­tać. W koń­cu na­sze spoj­rze­nia spo­tka­ły się na dłuż­szą chwi­lę.

Mia­ła bursz­ty­no­we oczy.

– Tak, ja­sne, pew­nie. Po pro­stu mam dużo pra­cy, a ju­tro wi­gi­lia, wiesz – za­śmia­ła się. – Trze­ba wszyst­ko przy­go­to­wać. Cho­in­kę, po­tra­wy, spa­ko­wać pre­zen­ty i wiesz… Ro­zu­miesz – znów ner­wo­wy śmiech – tak ja­koś o wszyst­kim my­ślę.

Skrę­po­wa­ła się tym, że przy­glą­dam się jej dłu­żej niż to ko­niecz­ne. Dziew­czy­na wbi­ła wzrok w no­tat­nik z za­mó­wie­nia­mi i za­mil­kła.

– Je­stem Ethan. – Da­ro­wa­łem so­bie uścisk dło­ni. Nie li­czy­łem, że od­wza­jem­ni ten gest, bo mia­ła zde­cy­do­wa­ny kło­pot z fi­zycz­nym kon­tak­tem.

– So­fia – ci­cho mruk­nę­ła.

– Co ku­pi­łaś naj­bliż­szym pod cho­in­kę, So­fia?

– Całą se­rię ksią­żek z Har­rym Hole’em – od­po­wie­dzia­ła bar­dzo, bar­dzo szyb­ko. – To taki bo­ha­ter ksią­żek kry­mi­nal­nych – wy­ja­śni­ła, wi­dząc moją minę.

– Kto je na­pi­sał?

– Jo Nes­bø.

– Ulu­bio­ny au­tor mo­jej mamy. – Uśmiech­ną­łem się cie­pło. – Mamy cały re­gał tych ksią­żek. Ja­koś ni­g­dy mnie nie cią­gnę­ło, by po któ­rąś się­gnąć. Czy­ta­łaś? Lu­bisz?

– J-ja…

– So­fia, szyb­ko, nie mam cza­su.

Obo­je od­wró­ci­li­śmy gło­wę w kie­run­ku źró­dła gło­su. Męż­czy­zna. Dużo star­szy od nas. Na czo­le miał dłu­gą, roz­cią­ga­ją­cą się bli­znę, czar­ne wło­sy po­zo­sta­wił w nie­ła­dzie. Ner­wo­wo stu­kał brud­ny­mi pal­ca­mi o blat, świ­dru­jąc ocza­mi dziew­czy­nę. Kie­dy na nie­go po­pa­trzy­ła, cała się spię­ła. Na­tych­miast od­sta­wi­ła szklan­kę, jesz­cze raz kciu­kiem prze­cie­ra­jąc peł­ne usta.

– Mu­szę iść… – jęk­nę­ła, uni­ka­jąc mo­je­go wzro­ku.

Wy­cią­gną­łem w mię­dzy­cza­sie bank­not z port­fe­la i przy­su­ną­łem go bli­żej bar­man­ki.

– Za­raz wy­dam ci resz­tę…

– We­so­łych świąt, So­fia – po­wie­dzia­łem mar­kot­nie, chwy­ci­łem piwo i wró­ci­łem do przy­ja­ciół.

Po­sta­wi­łem piwo przed Ashe­rem i wte­dy so­bie przy­po­mnia­łem, że za­po­mnia­łem za­mó­wić dla sie­bie sok. Za­ją­łem swo­je miej­sce, spo­ty­ka­jąc się z za­in­te­re­so­wa­nym spoj­rze­niem Me­la­nie.

– Co tak dłu­go? – za­py­ta­ła roz­ba­wio­na. Wal­ker za­pew­nił jej do­bre to­wa­rzy­stwo.

– Była ko­lej­ka – skła­ma­łem.

Nie mia­łem ocho­ty się z ni­cze­go tłu­ma­czyć. Zer­k­ną­łem w stro­nę baru. So­fia roz­ma­wia­ła ze star­szym męż­czy­zną. Znów była nie­obec­na, smut­na, przy­gnę­bio­na.

– Opo­wia­da­łem Me­la­nie, co ku­pi­łem ma­mie na świę­ta – wtrą­cił Wal­ker. – Ona bar­dzo lubi ma­ki­ja­że, więc wpa­dłem na po­mysł, że…

Przez resz­tę wie­czo­ru So­fia prze­wi­nę­ła się przez moje my­śli je­dy­nie, a może aż, dwa razy.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Blo­omed – Spin off try­lo­gii Uni­ver­se cz. 1

isbn: 978-83-8423-493-8

© Je­der­sa­fe i Wy­daw­nic­two Ama­re 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Ama­re.

re­dak­cja: Mar­ta Gro­chow­ska

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek

ilustracje: Wiktoria Juszczyńska, Weronika Drąg, Natalia Ostapska, Julia Stępień, Jedersafe

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Ama­re na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: kon­takt@wy­daw­nic­two-ama­re.pl

https://wy­daw­nic­two-ama­re.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.